Kategorie
Krótka notka

Krótka notka o premierze drugiego sezonu „Pennywortha”

Advertisements

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do pierwszego sezonu Pennywortha.

Rok temu wielką niespodzianką (z różnych powodów) okazał się Pennyworth – serial Epixa o burzliwej młodości wiernego lokaja Batmana, Alfreda Pennywortha. Serial miał swoje mocne strony, tak pod kątem postaci, jak i klimatu opowieści szpiegowskiej z tajnymi organizacjami i alternatywną wersją historii Wielkiej Brytanii. Oczywiście, były tam wątki, które mnie wkurzały, ale generalnie byłam pod wrażeniem tego serialu.

Finał pierwszego sezonu skończył się na tak niesamowitym cliffhangerze, że musiałam dowiedzieć się, co będzie potem. Niemniej jednak bałam się, że Pennyworth zostanie anulowany po pierwszej serii, biorąc pod uwagę to, że jest to serial na podstawie DC nie robiony przez CW, poświęcony postaci pobocznej, a do tego mający pełnoprawną czołówkę – do tej pory wiele z genialnych serii podpadających pod te kryteria kończyło na pierwszym sezonie (do końca życia będę przeżywać żałobę po Powerless).

Na szczęście Epix zapewne czuł to samo co ja, bo kilka miesięcy po zakończeniu pierwszego sezonu ogłosił, że trwają pracę nad drugim. Wczoraj zaś ów drugi sezon miał wreszcie premierę.

Tak jak mówiłam, finał pierwszego sezonu był niesamowity, wręcz wybuchowy (hłe, hłe) – po nieudanej rewolucji zorganizowanej przez The Raven Society ojciec Alfreda, Arthur (który należał do Raven Society) postanowił wysadzić pałac Backingham podczas przyjęcia. Alfred musiał podjąć stanowcze kroki i zabić swojego staruszka zanim ten nacisnąłby detonator, ale wszystko wymknęło się spod kontroli, przez co Alfred musiał wyciągnąć z płonącego pałacu nieprzytomną królową.

Przenosimy się więc o rok później – Wielka Brytania została opanowana przez Raven Union, które powstało z Raven Society. Martha Kane (przyszła matka Batmana) działa nadal dla No Name League, która jest pewnego rodzaju ruchem oporu w faszystowskim Zjednoczonym Królestwie; tymczasem pracujący dla CIA Thomas Wayne oficjalnie ma być attaché kulturowym, pełniącym rolę obserwatora, który będzie dostarczał informacje o tym, co się dzieje. Tymczasem tytułowy bohater, Alfred, ma pełne ręce roboty – prowadzi nocny klub, a jednocześnie wykonuje wraz z Bazzą i Dave Boyem różne roboty dla No Name League – wszystko po to, aby móc wraz z matką wyjechać do Ameryki.

Jak wspominałam we wstępie, wiele rzeczy w poprzednim sezonie mi się podobało i wiele mnie wkurzało. Podobało mi się to, jak ten serial podchodził do pokazywania PTSD Alfreda z wojska; że – pomimo bycia w kategorii R – nie epatował brutalnością aż tak bardzo jak inne seriale superbohaterskie w tej kategorii; że Alfred miał całkiem sporą sieć wsparcia (nie tylko przyjaciół z wojska, lecz także rodziców, którzy byli ważną częścią fabuły w niemal każdym odcinku); że mamy jakiś wgląd w rodziców Batmana, zanim zostali rodzicami Batmana; że pojawia się tam genialna postać Frances Gaunt; że cały serial ma taki fajny retro klimat. Jednocześnie wkurzało mnie to, że Bruno Heller zdawał się powtarzać pewne schematy z Gotham (między innymi, Alfred zaczynał przypominać coraz bardziej w swoim rozwoju postaci Jima Gordona); że zamiast sympatycznej relacji między Alfredem Pennyworthem a Thomasem Wayne’m mieliśmy przyszłego ojca Batmana wykorzystującego Alfreda do brudnej roboty i że Thomas Wayne w ogóle był świętoszkowatą łajzą. I choć byłam pełna nadziei na ten sezon, są w nim momenty, które sprawiły, że przypomniałam sobie o tym jak pewne rzeczy mnie wkurzały.

Nawiasem mówiąc, scena z Alfredem w nocnym klubie, kiedy to wymusza na oficerze Raven Union swoje zasady, jest genialna i zwiastuje to, jakim gospodarzem będzie w przyszłości.

Zacznijmy od głównego bohatera – bo w tym momencie znów zaczyna mi przypominać Jima Gordona z Gotham, tylko – że tak powiem – z początku trzeciego sezonu, kiedy to wydaje się, że porzucił swój idealizm i w zasadzie pracuje tylko dla pieniędzy. Jest to, oczywiście, zrozumiałe, biorąc pod uwagę to, że chce uciec z faszystowskiego kraju wraz z przyjaciółmi i matką. Poza tym, tak jak w poprzednim sezonie Alfred miał mnóstwo snów o poległych przyjaciołach i o piekle pola walki, tak tutaj ma sny o zmarłym ojcu, ponieważ świadomość, że Arthur Pennyworth był w Raven Society i że jego terrorystyczny czyn uczynił z niego bohatera w tym środowisku, sprawia, że Alfred ma sprzeczne uczucia wobec ojca. Wciąż go kocha, wciąż chce go zachować w pamięci i żałuje, że go zabił, ale jednocześnie to, kim był i kim się stał, sprawiło, że Alfred chce od tego uciec, niemal tak samo jak chce uciec od rządów Raven Union. Niemniej jednak mam nadzieję, że przynajmniej w najbliższych odcinkach stanie się bardziej heroiczny (ostatnia scena z byłym kolegą z oddziału wydaje się zwiastować jakiś większy konflikt).

Przejdźmy teraz do przyszłych państwa Wayne – coś, co mi trochę zgrzytało jeszcze w poprzednim sezonie, to to, że Martha i Thomas są, że tak powiem, zbyt zajebiści – potrafią walczyć i posługiwać się bronią, a to oznacza, że ich śmierć w Alejce Zbrodni z każdym odcinkiem robi się coraz mniej prawdopodobna. Scenarzyści pewnie jeszcze nie mają pomysłu jak to rozwiązać (biorąc pod uwagę to, że w uniwersum jeszcze całe lata miną, zanim dojdzie do tej tragedii; teraz Thomas i Martha nie są nawet w związku), ale ci państwo Wayne na razie są w stanie obronić się sami.

Thomas Wayne mnie trochę mniej wkurza, niż poprzednio – nadal bardziej stoi na uboczu i nadal ma momenty, kiedy spogląda trochę z góry na Marthę i jej sprawę, a do tego okazuje się, że jest zaręczony z inną, bo „tak jakoś wyszło”… ale jednak ma się wrażenie, że trochę mu bliżej do tego Thomasa Wayne’a, którego znamy z komiksów. Po pierwsze – widać, że nie podoba mu się brak reakcji ze strony amerykańskiego rządu wobec dyktatury w Wielkiej Brytanii; po drugie – o swoim niedawnym pobycie w szpitalu (w poprzednim sezonie Thomas został postrzelony) mówi, że zyskał nowy szacunek do lekarzy i twierdzi, że to jedyna czysta profesja (co może być zwiastunem tego, że w przyszłości sam zostanie lekarzem, zamiast być finansistą). No i Martha mu wygarnia jego zachowanie, a patrzenie jak Martha Kane wygarnia Thomasowi Wayne’owi zawsze było wielkim plusem tej produkcji.

No właśnie – humor. Humor jest tu całkiem niezły. Po pierwsze mamy Alfreda, który zbywa królową (z którą się w poprzednim sezonie przespał), twierdząc, że pracuje i ona każe jego matce przekazać (jak nastolatka, która jest obrażona na swojego chłopaka), że „jest okrutną bestią i że ona nim gardzi”. Po drugie – kiedy Martha mówi Alfredowi: „Kiedyś miałeś zasady.”, on odpowiada: „Miałem też pluszowego misia o imieniu Toby.” Po trzecie wreszcie – mamy to. Myślę, że scenarzyści się dopiero rozkręcają w tym departamencie.

Jeśli chodzi o czarne charaktery, to Lorda Harwooda widzieliśmy tylko na filmie, moją ulubioną Frances Gaunt w sumie też, za to ciekawie zapowiada się w tym sezonie Bet Sykes (grana przez Palomę Faith). Spotykamy ją jako oficer przesłuchującą „wywrotową młodzież” i w przeciągu całego odcinka zachodzi w niej interesująca przemiana, która każe sądzić, że Sykes ma przed sobą ciekawy arc. Poza tym w tym odcinku pojawia się również ciekawa postać oprawcy torturującego ofiary reżimu (na przykład, George’a Orwella) i biorąc pod uwagę to, co się z nim dzieje, mam wrażenie, że jeszcze wróci.

Wspomnę jeszcze o brutalności – tak jak przy poprzednim sezonie, serial nie epatuje nią aż tak bardzo jak w innych serialach o superbohaterach z kategorią R. Prawda, Sykes rozbija komuś czajnikiem głowę, a scena z George’m Orwellem przyprawia o ciarki, ale jednak ta krew nie leje się tak bardzo, w porównaniu z takim, na przykład, Punisherem (gdzie w pewnym momencie jedna z postaci musiała wyciągać sobie zęby przeciwnika z głowy).

Podsumowując – mam pewne obawy, co do tego jak ten sezon się rozwinie, ale mam też pewne nadzieje. Przede wszystkim jest miejsce na mnóstwo fajnych wątków i na to, aby postaci nie były bucami. Nadal ufam, że rozwinięte zostaną tutaj wątki, które znamy z innych wersji Batmana – miedzy innymi, że zobaczymy więź, która połączy Alfreda i państwo Wayne i rozwinęła się tak bardzo, że będą oni gotowi powierzyć mu swoje jedyne dziecko. No i skoro jest ten wątek podróży do Ameryki, mam nadzieję, że pod koniec sezonu bohaterowie tam trafią i zobaczymy Gotham w latach sześćdziesiątych.

Autor: redhatmeg

Filozof kultury, doszukujący się głębokich odniesień w najbardziej rozrywkowych filmach, książkach i serialach. Lubi analizować to, co czyta i ogląda. Ma nadzieję na wydanie książki. Przez niektórych nazywana Królową Fluffu.

Zobacz archiwum

Leave a Reply