Krótka notka o „Wednesday”

Rodzina Addamsów… któż jej nie lubi? To chyba jedna z najsłynniejszych rodzin w amerykańskiej popkulturze i wprowadzenie wielu dzieci do konceptu czarnego humoru.

Ja akurat wychowałam się na kreskówce Rodzina Addamsów z 1992 roku, puszczanej swego czasu na Cartoon Network. Przez wiele lat była to dla mnie najlepsza wersja tych postaci. Wtedy też moim ulubionym członkiem rodziny stała się mała Wednesday i to się nie zmieniło, kiedy obejrzałam filmowe adaptacje Addamsów. Po latach jednak miałam okazję obejrzeć internetowy twór fanowski Adult Wednesday i szczerze mówiąc nie przypadł mi do gustu. Kiedy zaś usłyszałam, że Tim Burton będzie robił na Netfliksie serial o Wednesday, myślałam, że będzie to coś podobnego do tamtej serii.

Mój stosunek zmienił się po obejrzeniu zwiastuna Wednesday, w którym najpierw główna bohaterka wrzuca piranie do basenu z drużyną pływacką, a potem zostaje przeniesiona do nowej, bardziej gotyckiej szkoły. Wygląd Pugsley’a, Morticii i Gomeza Addamsów również przypadł mi do gustu. Tak więc czekałam na premierę serialu.

Teraz, po obejrzeniu pierwszego sezonu, mam mieszane uczucia.

Po zemście na prześladowcach swojego młodszego brata, Wednesday zostaje wyrzucona z ósmej już szkoły i – z wyroku sądu – musi uczęszczać na terapię. Gomez i Morticia postanawiają wysłać córkę do Akademii Nevermore – szkoły dla dziwaków, wilkołaków, wampirów, syren i innych stworów, do której sami kiedyś uczęszczali. Na początku Wednesday chce jak najszybciej uciec z nowej szkoły, ale szybko okazuje się, że Nevermore i sąsiednie miasto Jericho skrywają kilka tajemnic – po lesie grasuje potwór, szeryf twierdzi, że Gomez popełnił kiedyś morderstwo, a według pewnej przepowiedni Wednesday ma zniszczyć szkołę. W dodatku już od jakiegoś czasu Wednesday miewa wizje z przeszłości i przyszłości.

Zacznijmy od głównej bohaterki. Ten serial z jednej strony czerpał dużo z filmowej wersji Wednesday Addams w wykonaniu Christiny Ricci – ponurej, cynicznej i wrednej dziewczynki. Z drugiej strony jednak Burton próbuje robić coś swojego z tą postacią. Po pierwsze, ta Wednesday ma piętnaście lat i zachowuje się mniej jak upiorna mała dziewczynka, a bardziej jak zbuntowana nastolatka w okresie dojrzewania, która nie przepada za obściskującymi się rodzicami i myśli, że wysyłając ją do Nevermore chcą oni zrobić z niej „normalną” dziewczynę. Po drugie – jest ten konflikt między Wednesday a Morticią; konflikt trochę jednostronny, ale niechęć Wednesday do matki można do pewnego stopnia zrozumieć. Po trzecie – obsesja Wednesday na punkcie sekretów Nevermore i Jericho, która naraża na niebezpieczeństwo ją i jej przyjaciół, zostaje jej wygarnięta i to przez kilka postaci. Po czwarte wreszcie – jest ten wątek mocy, które się w dziewczynie niedawno przebudziły, i sam w sobie nie jest zły i ma pewien sens (w końcu w rodzinie Addamsów jest przynajmniej jedna czarownica – Babcia Addams).

Niektóre z tych rzeczy wychodzą całkiem nieźle, zwłaszcza że Wednesday z jednej strony jest młodocianym detektywem, a z drugiej musi się skonfrontować z pewnymi swoimi niezbyt zdrowymi zachowaniami, szczególnie wobec ludzi wokół siebie. Jednocześnie jednak im dłużej jest ona na ekranie, tym bardziej jej podejście do wszystkich dookoła robi się męczące. Fakt, że zamiast standardowych przerysowanych postaci, których zwykle nie jest nam szczególnie żal, kiedy dzieje im się krzywda, mamy bardziej zniuansowanych bohaterów (takich jak pragnąca chronić Akademię Nevermore dyrektorka, szukający sprawiedliwości, ale podejrzliwy wobec dziwaków szeryf, prześladowcy i królowie liceum, którzy przechodzą przez rozwój postaci), tylko to wrażenie pogłębia.

Ogólnie rzecz biorąc, nie czuć specjalnie, że ten serial jest o Addamsach. W zasadzie to przypomina bardziej Monster High albo serię disneyowskich filmów ZOMBIES – ot, jest sobie szkoła dla potworów – wampirów, wilkołaków, syren itd. – i jest pobliskie miasteczko, które patrzy na tę szkołę i jej uczniów podejrzliwie. W duchu typowych seriali o nastolatkach rozwiązujących zagadki, Wednesday przedstawione są nawet dwa potencjalne love interesty, z którymi nie ma ona żadnej chemii. Jest też wątek purytanów, którzy dopuścili się dawno temu ludobójstwa i jedną z ofiar była przodkini Addamsów (a w pewnym momencie nawet Gomez i Morticia przedstawieni są jako „ofiary systemu”). Rzadko kiedy trafiają się tam sceny, z których Addamsowie są znani – ten serial traktuje się miejscami zbyt poważnie.

Aczkolwiek kiedy inni Addamsowie już się pojawiają, czarny humor, z którego są znani, na chwilę powraca. Nie chodzi mi tutaj tylko o Gomeza i Morticię, którzy wyskakują kilka razy w ciągu całej historii i odgrywają istotną rolę. W jednym odcinku Wednesday odwiedza wujek Fester, który zachowuje się tak, jak w każdej innej wersji – jest szalony, dziwaczny i wkłada ręce gdzie popadnie, co sprawia, że ogląda się go z przyjemnością, zwłaszcza w kontraście do bardzo poważnej Wednesday.

Kolejny wątek, który mi nie do końca przypadł do gustu – moce Wednesday i związana z nią tajemnica. Im częściej były one omawiane przez ludzi z boku, którzy się o nich dowiadywali, tym bardziej czekałam na jakiś zwrot akcji z nimi związany. Każdy, z kim Wednesday rozmawiała o swoich wizjach, ostrzegał ją o tym, że są mylące i przedstawiają niepełny obraz sytuacji; i że sama Goodie Addams, która się w nich pojawia, pogrążyła się w zemście. Niestety, i w tym względzie serial jest dość przewidywalny.

Powiem jednak tak – o ile sama historia jest już trochę wyświechtana, o tyle są tam bardzo dobre pomysły. Sama Akademia Nevermore jako miejsce, gdzie kształcił się Edgar Allan Poe, mające własne tradycje i tajemnice; problemy ze związkami, jakie mogą mieć syreny, biorąc pod uwagę ich moce; wmieszany w morderstwo Gomez; protekcjonalna wobec młodszego kolegi Wednesday, bo ten przypomina jej brata Pugsley’a… Nawet to, że Wednesday uczy się nie być samotniczką i że na dłuższą metę jej charakterystyka „wszyscy dookoła to idioci, a emocje to przeszkoda” robi się po prostu męcząca dla wszystkich dookoła, do pewnego stopnia ujdzie.

Generalnie odnoszę wrażenie, że to jedna z tych produkcji, która sama w sobie jest całkiem ciekawa i być może dałaby się jakoś obronić, ale ponieważ doczepiona jest do jakiejś znanej marki, to ją trochę ściąga w dół. Zwłaszcza że Wednesday nie ma tej charakterystycznej czarnej komedii, która sprawiała, że Rodzinę Addamsów tak fajnie się oglądało; dusza Rodziny Addamsów prawie nie została zachowana. Już od jakiegoś czasu mam takie odczucia wobec różnych seriali i być może jest to symptom większego problemu dzisiejszych czasów, kiedy to wytwórnie chcą tworzyć produkcje na podstawie już dobrze kojarzonych i sprawdzonych franczyz.

W zasadzie to nie mogę powiedzieć, aby powyższe mankamenty bardzo utrudniały mi frajdę z samego serialu. Tak więc powiem tak: jeśli byliście Wednesday zainteresowani, to obejrzyjcie pierwsze dwa-trzy odcinki i potem oceńcie, czy chcecie oglądać dalej. Nie oczekujcie jednak, że będzie to tradycyjny klimat Rodziny Addamsów.

Leave a Reply