
Wysypka, urazy, Penhale z durnowatymi pomysłami – jednym słowem: przeciętne święta w kornwalijskim Portwenn, z którymi musi użerać się nasz ulubiony, cierpiący na lęk przed krwią lekarz!
Może pamiętacie, jak kiedyś opowiadałam o serialach, których kontynuację chciałabym zobaczyć? Wtedy serio, myślałam, że Doktor Martin skończył się na dziewięciu sezonach. Dopiero jakiś czas później dowiedziałam się, że wyjdzie dziesiąty sezon, a potem okazało się, że jeszcze wydano na koniec odcinek świąteczny, czyli Last Christmas in Portwenn właśnie.
I mam wrażenie, że gdyby nie to, że ostatni odcinek sezonu dziesiątego ładnie zamykał większość wątków, można by potraktować Last Christmas in Portwenn jako finał całej serii, który dopieszcza jedne postaci (jak farmaceutka pani Tishell), a wątki inne popycha dalej (Morwenna i Al, Penhale i Janice). Przy czym Last Christmas in Portwenn przedstawia też typową fabułę przeciętnego odcinka Doktora Martina, tylko z elementami świątecznymi: Ktoś wykazuje jakieś dziwne objawy, z którymi nie idzie do doktora Ellinghama z różnych powodów; ktoś nagle ma wypadek, w którym dochodzi do urazu głowy, nogi albo innej części ciała, więc trzeba do niego jechać jak najszybciej; Al i Bert Large’owie mają pomysł na tymczasowy biznes, pani Tishell zaleca się do doktora Ellinghama, a on sam jest wiecznie skwaszony, ale ma też cieplejsze momenty.
Tym razem wszystko zaczyna się od tego, że doktor Martin Ellingham i jego żona, Louisa, zabierają swojego syna Jamesa do Groty Mikołaja, ale kiedy wreszcie przychodzi jego kolej, aby usiąść na kolanach Mikołaja, doktor Martin zauważa, że grający Mikołaja Leonard intensywnie się drapie. Odkrywając, że to wysypka, lekarz rozkazuje zamknięcie groty, dopóki nie zbada Leonarda i nie wykluczy choroby zakaźnej. Tym samym sprawia zawód Jamesowi, któremu zależało na spotkaniu Mikołaja. Louisa zaś opowiada Jamesowi o tym, że kiedyś w Portwenn odbywała się świąteczna parada lampionów i za namową syna postanawia ją zorganizować… dwa dni przed Gwiazdką; posterunkowy Penhale słyszy od swojej dziewczyny Janice, że piosenka 12 Days of Christmas jest romantyczna i postanawia ofiarować ukochanej te same prezenty, co w kolędzie; Al i Bert prowadzą konkurs zgadywania wagi indyka; pani Tishell ostatnio nie czuje się zbyt dobrze i myśli, że umrze; a z rana doktor Ellingham dowiaduje się, że jego matka (z którą miał raczej napięte relacje) zmarła na zawał.
W zasadzie od początku tego odcinka doktor Martin jest niby prezentowany jako Grinch, który nie przepada za świętami… ale jak się oglądało serial, to się wie, że większość z jego narzekań ma bardziej związek ze zdrowiem publicznym (i powiedzmy sobie szczerze: Leonard może i chce dobrze, ale wiele z jego zachowań jest nieodpowiedzialnych). Jednocześnie odcinek łączy tę niechęć do świąt z bolesnymi wydarzeniami z dzieciństwa, które też wpływają na jego samoocenę i relacje z rodziną (zwłaszcza Jamesem, który myśli, że przez tatę Mikołaj ich nie odwiedzi).
I w sumie najlepsza scena w całym serialu to ta, w której Leonard opowiada doktorowi Ellinghamowi historię o tym, jak sam kiedyś nienawidził świąt i jak po śmierci żony przebieranie się za Mikołaja dało mu nowy cel w życiu. Zwłaszcza że Leonard zdaje się też rozumieć, czym tak naprawdę kieruje się doktor Martin.
Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
