Kategorie
Recenzje

Recenzja: Lucky Luke (2009)

Advertisements
Luke nie ma szczęścia do aktorskich adaptacji. O ile filmy animowane z jego udziałem wychodzą nieraz rewelacyjnie, o tyle filmy aktorskie… erm… trochę gorzej. Oczywiście, mają swoje plusy i nie można powiedzieć, że wszystkie to totalne chały. A biorąc pod uwagę, że jak dotąd nakręcono ich tylko trzy, to kto wie czy następne nie będą o wiele lepsze…
Ale pewnie zaraz powiecie: „Zaraz, trzy? Przecież są tylko dwa. Ten żałosny film z Terrencem Hillem, który nawet nie starał się zagrać dobrze Luke’a; i ten… osobliwy film, który opowiada o Daltonach próbujących zdobyć magiczne sombrero. Czyżby był jakiś jeszcze?” Właśnie tak. Był jeszcze jeden, z 2009, wyreżyserowany przez Jamesa Hutha. A ponieważ tak jak ta abominacja z Hillem, nosił dość niebanalny tytuł Lucky Luke, odróżnia się go od całej reszty dzięki rokowi jego wejścia na ekrany. W Polsce nikt go nie zna z tej prostej przyczyny, że nigdy nie trafił do naszych kin, puszczony został tylko przez Canal+. Ja sama dowiedziałam się o jego istnieniu dopiero rok temu i wyczytałam, że spośród trzech aktorskich adaptacji jest on uważany za najlepszy ze wszystkich. Na szczęście znalazłam w Internecie wersję z polskimi napisami, ściągnęłam ją, obejrzałam i muszę przyznać, że film zrobił na mnie wrażenie. Choć zaliczyłam też kilka facepalmów i nie zawaham się wyliczyć kilku z nich w trakcie recenzji.

Jedną z pierwszych rzeczy, która odróżnia ten film od reszty ekranizacji Lucky Luke’a jest to, że dużo miejsca poświęca się korzeniom samotnego kowboja. Na początku mamy retrospekcję, w której widzimy jak bandyci zabijają rodziców Luke’a na jego oczach. On sam umyka do znajomego staruszka, który mówi mu: „Jesteś szczęściarzem, Johnie Luke! Jesteś Lucky Luke!” I tutaj zaliczyłam swój pierwszy facepalm. John Luke? Naprawdę? Dlaczego od razu nie nazwali go John Luke Smith? W każdym razie wychodzi na to, że Luke to jego  nazwisko, chociaż pewnie nie jestem jedyną osobą, która przyzwyczaiła się myśleć, że to jego imię. Ale to jeszcze nie koniec niespodzianek związanych z przeszłością Luke’a.
W każdym razie po tym dramatycznym wstępie akcja przenosi się do czasów, kiedy nasz bohater jest już dorosły i będąc na środku pustyni dostaje wiadomość od prezydenta. Po przybyciu do prezydenckiego pociągu dowiaduje się, że sprawa dotyczy zaprowadzenia porządku w pewnym miasteczku, przez które z powodu przestępczości nie można przeprowadzić linii kolejowej. Owym miasteczkiem okazuje się być Daisy Town. Co więcej – i tu uwaga, bo będzie bomba – jest to rodzinne miasto Lucky Luke’a.
Daisy Town. Miasto, które wyrosło w kilka dni na środku pustkowia. Miasto, do którego Luke zawędrował pewnego razu w trakcie swej podróży i którego (za namową mieszkańców) został szeryfem. Miasto, które pod sam koniec opustoszało równie nagle, co się pojawiło, z powodu gorączki złota – to miasto ma być miejscem narodzin Lucky Luke’a? Ten błąd merytoryczny znajduje się niebezpiecznie blisko kochającej matki Dahlii Gillesbie w ekranizacji Silent Hill.
Ale odstawmy sprawę oryginalnych komiksów na później. Dość, że przy okazji dowiadujemy się, że ojciec Luke’a był Irlandczykiem, a (wnioskując z retrospekcji) jego matka była Indianką (to ma sens; po mamie odziedziczył czarne włosy i ciemniejszą skórę, a po tacie… irlandzkie szczęście?). W każdym razie…
Luke dociera do Daisy Town, dręczony po drodze wspomnieniami z dzieciństwa. Na miejscu dowiaduje się, że miasto opanowane jest przez bandytów, a ludność cywilna pochowała się w beczkach. Co więcej, przywódcą oprychów jest nie kto inny, tylko Pat Poker – jeden z pierwszych przeciwników Luke’a, który w komiksie robił mniej więcej to samo, co w tym filmie, czyli oskubywał hazardzistów w pokera, trząsł miastem i zabijał każdego szeryfa, który próbował wprowadzić jakiś porządek. Luke przypina gwiazdę do marynarki i każe Pokerowi się wynosić. Przez pierwsze kilka scen robi to, co umie najlepiej – unieszkodliwia drobnych bandytów, próbujących go zastrzelić i strzela szybciej niż jego własny cień. Pat Poker jest tak zdesperowany, że posyła po Billy Kida, ale ten również zawodzi. Przy okazji Luke’a prześladuje blond tancerka, Belle Starr, która wywołuje na jego twarzy głupkowaty uśmiech.
Wszystko się radykalnie zmienia, kiedy pewnego dnia w barze Pat Poker zaczyna drwić z Luke’a i jego bezkrwawego sposobu unieszkodliwiania przeciwników. Luke w końcu traci cierpliwość i wyzywa go na pojedynek strzelecki, po którym Pat Poker osuwa się na ziemię martwy.
Fakt ten – że zabił człowieka i sprzeniewierzył się złożonej przed laty przysiędze – przybija Luke’a tak mocno, że kowboj kładzie się na torach, czekając aż pociąg skróci jego męki. Dzięki interwencji Jolly Jumpera, Luke postanawia się jednak nie zabijać, ale odstawia kolta na grobie rodziców i decyduje się zostać rolnikiem. Niebawem pojawia się Belle Starr i oznajmia, że zawsze go kochała i chce mu pomóc. Licho jednakże nie śpi, bo wkrótce do Daisy Town przybywają kolejni bandyci, a odkrywszy, że słynny Lucky Luke nie ma pistoletów, chcą to wykorzystać i pozbyć się na dobre obrońcy prawa, wieszając go na drzewie.
W tym momencie na scenę wkraczają starzy znajomi Luke’a – Jesse James i Calamity Jane – którzy ratują go od pewnej śmierci. Jane, bo Luke jest jej przyjacielem, Jesse James zaś, bo chce się z nim zmierzyć w epickim pojedynku. Calamity robi z Jessego i Billy Kida chińskich ochotników na szeryfów, a sama zabiera Luke’a na farmę i próbuje go przekonać do porzucenia roli i powrotu do pistoletu. Wkrótce, niejako przypadkiem, wszyscy czworo (Lucky Luke, Calamity Jane, Jesse James i Billy Kid) odkrywają pewien wstrząsający sekret i (z różnych powodów) łączą siły, aby powstrzymać tajemniczego złoczyńcę.
Tyle mniej więcej mogę powiedzieć o fabule, aby nie zdradzić zakończenia, które jest zarówno do pewnego stopnia przewidywalne, jak i cudownie zaskakujące w ostatecznym starciu. Jednak kiedy pierwszy raz oglądałam scenę finałowej konfrontacji motywy głównego antagonisty wydawały mi się cokolwiek naciągane.
Wielkim plusem a zarazem minusem tego filmu są różne nawiązania do komiksów Morrisa. Jest na przykład taka scena w nocy, kiedy Lucky Luke załadowuje do dyliżansu bandytów, którzy mają zostać zabrani do więzienia, w tym przewijającego się przez pierwsze albumy z Lucky Luke’iem Pete’a Pistoleta. Pocztylionem tego dyliżansu jest Hank Bully, facet, z którym Lucky Luke pracował dwa razy i który wygląda dość markotnie. Luke pyta go o nowinki, a on odpowiada, że Goldie Digger, córka Dicka, jest w szóstym miesiącu ciąży. Jest też scena z Jesse Jamesem i Billy Kidem palącymi trawkę Lucky Luke’a, która nabiera jeszcze większego sensu, jeśli wie się o problemach Morrisa z francuską i amerykańską cenzurą.
Jednocześnie niektóre części „mythosu” samotnego kowboja zostały najwyraźniej niezrozumiane przez Jamesa Hutha, poczynając od małych rzeczy, a na wyżej wspomnianym Daisy Town skończywszy. Wiele z tych merytorycznych błędów ma związek z postaciami. Chociażby to, że to nie Jesse James okraszał swoje wypowiedzi tekstami Szekspira tylko jego brat, Frank. Tak więc z jednej strony mamy te małe smaczki, które każdy fan śledzi i wyłapuje, z drugiej strony ten sam fan może zaliczyć serię facepalmów.
Ale postacie mniej więcej zostały zachowane. Billy Kid w wykonaniu Michaëla Youna (który pięć lat wcześniej zagrał także Iznogouda) jest dziecinny i popędliwy, a Calamity Jane (Sylvie Testud) jest twardą kobietą, która potrafi zaprowadzić porządek wśród zgrai bandytów i strzelbą wymusza na nich rycerskość wobec dam. Daniel Prevost jako Pat Poker być może jest zbyt zaokrąglony na twarzy, ale wypowiadane przez niego teksty pasują do jego cynicznego komiksowego pierwowzoru. No i nie zapomnijmy o Jolly Jumperze, który po prostu wymiata i pod koniec filmu musi mieć ostatnie słowo.
Jednakże – a przyznaję to z trudem – Belle Starr w filmie z Terrencem Hillem wzbudziła we mnie więcej sympatii niż Belle Starr w tym filmie, grana przez Alexandrę Lamy. Oglądając tę narzucającą się Luke’owi panienkę, wiele razy chciałam nasłać na nią zgraję strażniczek moralności. Nie wiem jak zachowywała się Belle z komiksów, ale wątpię, aby właśnie tak. Poza tym jest jedną wielką chodzącą kliszą. Tancerka z marzeniami, aby obejrzeć wielki świat, jednocześnie zakochana w głównym bohaterze, który okazuje się być jej miłością z dzieciństwa. Ile razy widzieliśmy coś takiego?
A sam Lucky Luke, grany przez Jeana Dujardina? Jak on wyszedł, szczególnie na tle pozostałych dwóch filmów aktorskich? Z całą pewnością lepiej niż Luke w interpretacji Hilla, który był lalusiowatym wymoczkiem. I choć Til Schweiger jako Luke był kozacki i mógłby grać w reklamach Malboro, to wydaje się trochę za czysty i za gładki. Jean Dejurdin ma postrzępione i wytarte ubranie oraz kilkudniowy zarost – właśnie tak powinien wyglądać kowboj, który przez całe dnie wędruje po Dzikim Zachodzie i rzadko kiedy ma możliwość się odświeżyć. Poza tym Dejurdin potrafi wyczuć postać Luke’a – jest chłodny, sprytny i stanowczy, rzuca celne riposty, kiedy trzeba, nie mówiąc już o tym, że całkiem nieźle zagrał rozpacz Luke’a po zabiciu Pata Pokera.
Od strony humorystycznej ten film nie zawiera zbyt wiele żartów (a niektóre z nich są dość toporne). Stanowczo przeważa tutaj wariant dramatyczny, ale to wcale nie znaczy, że jest źle. Atmosfera małego miasteczka opanowanego przez zbiry, prawie wymarłego, a do tego położonego gdzieś na spieczonym w słońcu odludziu; a także scena śmierci Pata Pokera i sposób w jaki odmalowane zostały uczucia Luke’a (począwszy od gry aktorskiej Dejurdina, a na montażu różnych obrazów skończywszy) – to wszystko wyszło bardzo sugestywnie. Widać, że James Huth chciał zrobić film w konwencji Darker and Edgier (w zasadzie to facet, który wyreżyserował Zabójczą kolację, więc może to i lepiej, że nie wrzucił żadnego żartu w swoim stylu?). No i sam pomysł z dzieciństwem Luke’a nie wyszedł najgorzej, choć można było je ukazać lepiej, dodać więcej scen pokazujących stare dobre czasy albo nawiązań do komiksów z Kid Lucky’m. Ten film ma również porywającą piosenkę tytułową, która swobodnie mogłaby konkurować z Poor Lonesome Cowboy, pieśnią z Ballady o Daltonach i czołówką Nowych Przygód Lucky Luke’a. Prawda, jest kilka rzeczy, które wyszły źle (wciąż nie przebolałam tego idiotyzmu z Daisy Town), ale nie można powiedzieć, że to beznadziejny film. W porównaniu z pozostałymi dwoma rzeczywiście jest lepszy. Z całą pewnością wart obejrzenia, szczególnie dla kogoś otwartego na widok Luke’a w niecodziennej sytuacji.
Kategorie
Aktualności

Aktualności: Spóźnienia i alternatywy

Advertisements

Na wstępie od razu chciałam was przeprosić za to, że nie ma nowego Ze wspomnień fana. Powód tego stanu rzeczy jest taki, że w piątek wieczorem zachorowałam i kiedy próbowałam napisać kolejny artykuł z serii, byłam zmęczona i osłabiona, i mój mózg odmawiał posłuszeństwa po napisaniu tytułu i pierwszego zdania. Postaram się poprawić na przyszłość.

W związku z tym postanowiłam wam wynagrodzić brak artykułu, na który czekaliście, którąś z moich wcześniejszych prac publicystycznych. Padło na recenzję trzeciego filmu aktorskiego o Lucky Luke’u. Jako że jestem wielką fanką samotnego kowboja, a film Jamesa Hutha miejscami puszcza oczko do tych ludzi, którzy znają Luke’a z komiksów, wydaje mi się, że recenzja będzie korespondować do pewnego stopnia z tematyką tego bloga (a przynajmniej jedną z głównych tematyk).

Nie opublikowałam też jeszcze swojego vloga, a to z dwóch powodów. Po pierwsze – słyszałam, że vlogerzy zbierają sporo hejterów, i tych, którzy hejtują tylko po to, aby wyładować swoją agresję, będąc animowymi. A że moje konto na YouTube jest podpisane moim nazwiskiem (bardzo ci dziękuję, Google+), byłoby to jeszcze bardziej ryzykowne. Po drugie – wolałabym jednak nagrać to, kiedy jestem sama w domu. Wtedy nie obawiałabym się, że ktoś wszedłby mi do pokoju albo że nagrałyby mi się jakieś nieporządane dźwięki z telewizora. Tak więc nie – nie bedzie żadnego vloga, przynajmniej na razie.

To chyba tyle. See ya!

Kategorie
Fanfiction Powrót do przyszłości

[FF: Powrót do przyszłości] Jak Marty poznał Browna

Advertisements
Pamiętam, że moi rodzice byli przez dłuższy czas nieufni wobec doktora Browna. I w zasadzie im się nie dziwię. Większość ludzi na naszej ulicy uważała go za dziwaka, który nic, tylko siedzi w swoim garażu i robi tam jakieś podejrzane eksperymenty. Dla kogoś, kto nie znał go zbyt dobrze, mówiący stricte naukowym językiem, prawie nigdy nie opuszczający swojego domu Emmett Brown był jednym z tych sąsiadów, którego powinno się unikać, chociażby po to, aby nie szargać swojej reputacji i samemu nie zostać uznanym za dziwaka. Niektórzy się z niego śmiali, innych przyprawiał o dreszcze, a innym był całkowicie obojętny.
Jak ja go wtedy postrzegałem? Powiedzmy, że przez całe moje dzieciństwo i okres dojrzewania doktor był dla mnie zagadką. Zagadką, której nie chciałem odkryć, pamiętając wszystkie opowieści, które rozpowiadały o nim po całym podwórku dzieciaki (chyba z tysiąc razy słyszałem tę historyjkę jakoby doktor porywał domowe zwierzątka z ogródków sąsiadów, aby potem robić na nich eksperymenty). Ale jednocześnie jakaś mała część mnie była bardzo ciekawa, co kryje się w tym brudnym domku, ogrodzonym drucianym płotem jak jakaś Strefa 51.

Moja rodzina (przed moim, rzecz jasna, wypadem w przeszłość) nie była najciekawszą z rodzin. Mój ojciec był popychadłem Biffa Tannena, matka wydawała się wypalona i znudzona; siostra i brat przeciętni, zajęci własnymi sprawami. Ja sam przez większą część swego dzieciństwa zachowywałem się jak każdy normalny dzieciak – bawiłem się z kolegami, grałem w gry wideo, czytałem komiksy, jeździłem na desce, z przerwami na spanie, jedzenie i szkołę. A im starszy byłem, tym mniej chętnie wracałem do domu, gdzie nie było nic ciekawego i gdzie niepodzielnie panowała apatia i pesymizm. A im mniej byłem zachwycony swoim domem, tym bardziej fascynował mnie dom doktora Browna.
Aż w końcu, kiedy miałem gdzieś tak piętnaście lat, doktor zaczął coraz częściej gościć w moich myślach. Naraz zastanawiałem się kim jest, skąd się wziął, czy ma rodzinę albo jakichś przyjaciół, jaki jest naprawdę. Bardzo chciałem się tego dowiedzieć. Chciałem oddzielić plotki od prawdy. Chciałem wiedzieć o nim cokolwiek. Gdzie jednak miałem szukać tych informacji?
Pomyślałem sobie, że rodzice mogą coś wiedzieć. W końcu doktor Brown miał już swoje lata i mieszkał na tym samym osiedlu, co tata (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało; nie wiedziałem jeszcze o starym domu doktora), więc istniało jako takie prawdopodobieństwo, że moi starzy go znali. Dlatego też pewnego popołudnia, przy obiedzie odchrząknąłem i odezwałem się:
– Hej, tato. Mogę o coś spytać?
Tata odwrócił wzrok od lecącego w telewizji jakiegoś starego sitcomu i spojrzał na mnie, uśmiechając się uprzejmie. Raczej nie spodziewał się, że chcę go zapytać o coś związanego z okresem dojrzewania. Po prostu cieszył się, że może być dla mnie autorytetem w jakiejś sprawie.
– Tak, synu? O co chodzi? – spytał.
– Wiesz coś może… – zacząłem trochę niepewnie, ale zaraz odchrząknąłem, wyprostowałem się i przeszedłem wreszcie do sedna sprawy: – Wiesz coś może o doktorze Brownie?
Nagle uśmiech mojego ojca zastąpiło zmieszanie. Oboje z mamą spojrzeli na siebie ze zdziwieniem, Linda i David też oniemieli. Następnie rodzice znów popatrzyli na mnie z zatroskaniem, jakbym był chory.
– Czy coś się stało, Marty? – zapytała mama.
– Wiesz, że możesz nam wszystko powiedzieć – wtrącił tata.
– Nie, nie, wszystko dobrze – zapewniłem ich. Po krótkiej pauzie dodałem: – Pytałem tylko, czy wiecie coś może o doktorze Brownie. Wiadomo coś o nim?
– Tak. Że jest stuknięty – odparł David, prychając śmiechem.
– Nie mów tak, kochanie – skarciła go mama, po czym spojrzała znów na mnie. – Wiesz, Marty, ani ja, ani twój ojciec nie interesowaliśmy się poczynaniami pana Browna. Byliśmy zbyt zajęci myśleniem o naszej przyszłości.
– Jestem pewien, że Emmett Brown jest bardzo miłym człowiekiem – oświadczył tata – ale na wszelki wypadek trzymaj się z dala od jego domu. Niektórzy bywają bardzo drażliwi, jeśli przekroczy się próg ich posesji, szczególnie, gdy są to ludzie o, powiedzmy, „nietypowym” usposobieniu.
Już chciałem coś powiedzieć, kiedy pomyślałem sobie, że zabrałem się do tego w zły sposób. Powinienem od razu zacząć od jakichś starszych źródeł. Najlepiej było poszukać kogoś, kto był mniej więcej w tym samym wieku, co sam doktor, albo i wyżej. Od razu pomyślałem o Stricklandzie.
Następnego dnia, od razu po przekroczeniu progu szkoły, zacząłem rozglądać się za nim. I tak oto, idąc niespiesznie po szkolnym korytarzu, czekałem aż na horyzoncie pojawi się mój znajomy wicedyrektor. Nie musiałem czekać długo, bowiem po zrobieniu kilku kroków, od razu natknąłem się na łysą czachę Stricklanda.
– O, właśnie pana szukałem! – odparłem i zaśmiałem się  nerwowo. – Mam pewien problem i pomyślałem, że pan pomoże mi go rozwiązać.
– Masz problem, chłopcze. I to bardzo poważny – odrzekł ponuro, a mój wzrok powędrował na podłogę. – Brakuje ci dyscypliny.
– To też – stwierdziłem, po czym spojrzałem na Stricklamda. – Pan zna się na ludziach, prawda?
– Tak – powiedział krótko.
– I na pewno może pan powiedzieć całkiem dużo o niejednym obywatelu Hill Valley – ciągnąłem dalej. Kiedy znów przytaknął, przeszedłem do sedna sprawy: – A taki doktor Brown? Co pan mi może powiedzieć o nim?
W pierwszej chwili wytrzeszczył na mnie oczy, ale zaraz potem wyprostował się i znów przybrał ten swój poważny wyraz twarzy.
– Z całą pewnością nie ma doktoratu, więc nie nazywaj go doktorem. Podejrzewam, że nawet nie skończył studiów.
W tonie jego głosu dało się wyczuć jakąś mieszankę pogardy i szyderstwa. Przez chwilę jego usta uformowały się w lekki uśmieszek, potwierdzając prawdziwość moich obserwacji.
– Nie zbliżaj się do niego, bo jeszcze coś ci się stanie, McFly. Jego szalone eksperymenty stanowią zagrożenie dla całego osiedla. Dziwi mnie, że jeszcze nikt nie zamknął tego człowieka w zakładzie psychiatrycznym.
Wtem zadzwonił dzwonek na lekcję i musiałem ruszyć w stronę klasy. Usiadłem w ławce i starałem się skupić na lekcji. Nie potrafiłem jednakże przestać myśleć o doktorze Brownie. Strickland miał tendencję do wyolbrzymiania pewnych swoich obserwacji, jeśli chodzi o ocenianie ludzi. Wielu uczniów nazywał obibokami tylko dlatego, że spóźnili się do szkoły o minutę albo grali na gitarze. Wielu całkiem porządnych gości było w jego mniemaniu chuliganami, bo śmieli przyjść do szkoły ubrani, jak to on określał, „w niestosowne stroje” albo słuchali „tej wstrętnej, rockowej muzyki”. Tak więc było duże prawdopodobieństwo, że i w tym przypadku trochę przesadzał. Nie dowiedziałem się zbyt wiele. W zasadzie rozmowa ze Stricklandem potwierdziła tylko to, co wiedziałem już wcześniej – że doktor Brown jest naukowcem i że uważa się go za stukniętego.
Po szkole pytałem o doktora jeszcze kilka innych osób, ale wszyscy mówili mi to samo, co rodzice i Strickland. Poszedłem nawet do biblioteki, aby sprawdzić, czy nie znajdę czegoś w kronice miasta albo starych gazetach, jednak po przebrnięciu przez niewiarygodną ilość nic nieznaczących artykułów, zasnąłem nad kroniką i obudziła mnie dopiero bibliotekarka.
Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że jest tylko jeden sposób, aby ostatecznie przekonać się o tym, kim jest Emmett Brown. Musiałem przedostać się do jego domu i na własne oczy sprawdzić, czy rzeczywiście jest tym niebezpiecznym szaleńcem, za którego wszyscy go mieli. Nikomu o tym nie mówiłem (gdybym komuś powiedział, ten ktoś zapewne doniósłby o mnie rodzicom, a oni by mnie uziemili) i nikt w zasadzie nie miał pojęcia, co szykuję, bo zachowywałem się w miarę normalnie.
Tylko przez trzy weekendy z rzędu obserwowałem dom doktora Browna. Patrzyłem jak wychodzi po zakupy i wyrzuca śmieci. Widziałem jak wyprowadza swojego psa. Przyglądałem się również samemu budynkowi, który w zasadzie był dużym, burym garażem z małymi, drewnianymi drzwiczkami z lewej strony. To właśnie przez te drzwiczki doktor zwykle wychodził załatwić coś na mieście. Brama garażu nigdy się nie otwierała i nie znajdowałem żadnego tylnego wyjścia. Wyglądało więc na to, że drzwi frontowe były moją jedyną szansą na przedostanie się do środka.
Kiedy wreszcie nadeszła sobota, którą wyznaczyłem sobie na mój heroiczny wyczyn, byłem podekscytowany. Próbowałem udawać, że wszystko jest normalnie; że właśnie wychodzę na miasto zabawić się z kumplami. I chyba mi się udało, bo moi rodzice i rodzeństwo nie zauważyli nic niepokojącego w moim zachowaniu. Wyszedłem na zewnątrz i ruszyłem na spotkanie z przeznaczeniem.
Zdecydowałem się na porę wczesno-poranną, bo wtedy na ulicach nie ma prawie nikogo. Dotarłszy na miejsce, rozejrzałem się dookoła, a kiedy przekonałem się, że wszyscy siedzą w domach, przeszedłem do dzieła. Zbliżyłem się do drucianego płotu i zacząłem się po nim wspinać. Kilka sekund później byłem na samym szczycie, przełożyłem lewą nogę na drugą stronę, a potem ułożyłem się twarzą do ulicy i przeniosłem prawą nogę, a następnie ostrożnie zszedłem na dół. Będąc jakieś pół metra nad ziemią, zeskoczyłem.
Usłyszałem jak serce zaczyna mi mocniej bić. Gdyby Jennifer poszła ze mną, zapewne w tym momencie powiedziałaby: „Marty, wciąż możesz zawrócić. Przejdź na drugą stronę i zapomnijmy o tym szaleństwie.” Ale ja nie chciałem wracać. Nie, kiedy byłem tak blisko. Nie, kiedy stałem na podjeździe Emmetta Browna i mogłem się dowiedzieć, co było w jego domu.
Nagle usłyszałem jak zamek od drzwi frontowych zaskrzypiał. Szybko podbiegłem do nich i schowałem się za ścianą, zanim drzwi się otworzyły. Po chwili doktor wyszedł na dwór z workiem śmieci w rękach i skierował się w stronę kubłów, zostawiając wejście otwarte na oścież. Doktor był do mnie odwrócony tyłem. Po raz pierwszy widziałem go z bliska i nie mogłem się nadziwić jaką dziwaczną ma fryzurę. Nie chodziło tylko o samo ułożenie, ale i o kolor. Nigdy w życiu nie widziałem tak białych włosów. Miałem wrażenie, że patrzę na jakiegoś sobowtóra Einsteina… Sobowtóra Einsteina w dżinsach i hawajskiej koszuli.
Ale zaraz ocknąłem się z mojego otępienia i wślizgnąłem do środka, tak jak planowałem na samym początku. Tam od razu zacząłem rozglądać się za jakąś kryjówką, ale zaraz zapomniałem o tym i zająłem się podziwianiem wnętrza. To był zaiste dziwny dom. Z kuchenką, lodówką, łóżkiem, telewizorem i tym podobnymi artykułami codziennego użytku. Ale na ścianach, półkach i stołach znajdowały się przeróżne zegary – od stylowych antyków po budziki-koty. Na kuchennym stole walały się dziwne urządzenia, a koło drzwi stała najprawdziwsza szafa grająca. Moje zdziwienie spotęgowało się jeszcze bardziej, kiedy ujrzałem naprzeciw siebie ogromny wzmacniacz. Wyobraziłem sobie przez chwilę, jak fajnie byłoby podłączyć do niego moją gitarę i sprawdzić ile to cudeńko daje czadu.
Sam nie wiedziałem co o tym myśleć. Z jednej strony te zegary mogłyby się co poniektórym wydać tak dziwne, że aż przerażające, ale z drugiej… z drugiej strony było w tym małym domku coś swojskiego, coś przyjaznego. Żaden z walających się po kątach wynalazków nie wydawał mi się jakimś narzędziem masowej zagłady, która mogłaby komukolwiek zrobić krzywdę. W dodatku zgromadzone przez doktora rupiecie były mieszanką nowoczesności i staromodności.
Szczekanie psa przywołało mnie na ziemię. Niebawem wielki owczarek szetlandzki (albo jakaś mieszanka owczarka szetlandzkiego) wybiegł mi naprzeciw, zatrzymał się tuż przede mną i zaczął na mnie warczeć.
– Spokojnie, piesku, nie chcę was okraść – powiedziałem do niego.
Poczułem jak robi mi się gorąco, ale to jeszcze nie był koniec.
– Wielki Szkocie! Kim ty jesteś?! – wykrzyknął ktoś za moimi plecami.
Po chwili usłyszałem za sobą skrzypnięcie zamykanych drzwi. Kiedy się odwróciłem, ujrzałem przyglądającego mi się z wyrazem zmieszania (a nawet lekkiego szoku) doktora Browna. Mogłem się tylko domyślać, co sobie o mnie myślał. Złodziej. Włamywacz. Chuligan. Czekałem, aż nazwie mnie którymś z tych imion.
– Przepraszam, panie Brown – zacząłem z nerwowym uśmieszkiem na twarzy. – Zapewniam, że nie mam żadnych złych zamiarów. Ja tylko… No cóż… – Spuściłem wzrok. Co miałem mu powiedzieć? Że chciałem się dowiedzieć, jak naprawdę wygląda jego mieszkanie?
Nagle jego twarz przybrała bardziej opanowany wyraz. Doktor Brown przeniósł wzrok na swojego psa.
– Einstein, siad.
Pies usłuchał, ale wciąż wpatrywał się we mnie z niechęcią. Oczy doktora znów przeniosły się na mnie:
– Wystaw przed nim rękę.
Stałem jak wmurowany. Czy on chciał, abym sam dał się ugryźć Einsteinowi?
– No, wystaw rękę – ponaglił mnie doktor. – Niech cię obwącha. Dzięki temu następnym razem nie będzie na ciebie szczekał.
Nie chciał, aby jego pies szczekał na włamywacza? To było dość osobliwe. Z drugiej strony może Einstein miał zwyczaj cichego zagryzania swoich ofiar.
Ale postanowiłem zaryzykować. Niespiesznie, z lekkim wahaniem wyciągnąłem drżącą dłoń w stronę pupilka doktora Browna. Einstein przytknął do niej nos i obwąchał ją ze wszystkich stron. Po chwili niepewnie położyłem dłoń na jego głowię i pogłaskałem go. Po czym jego ogon podniósł się i zamerdał z boku na bok. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że już nie jestem dla niego obcy. Spojrzałem jednak z niepokojem na jego pana. Wydawał się zmieszany, ale próbował to zmieszanie ukryć. Poczułem potrzebę, aby się wytłumaczyć.
– Panie Brown, ja… ja… Przysięgam, nie chciałem nic ukraść ani nic z tych rzeczy.
– Wiem, chłopcze – powiedział spokojnym tonem. – Włamywacze nie są aż tak głupi, aby wchodzić do czyjegoś domu wcześnie rano. Nie masz też żadnej puszki z farbą ani kija, więc nie przyszedłeś tutaj, aby coś zniszczyć – dodał i podszedł do mnie. – Pozostaje tylko pytanie… – Spoważniał. – Po co właściwie tutaj przyszedłeś?
– Ja… ja…
Znowu nie wiedziałem co powiedzieć. A doktor czekał. Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę i czułem się jakbym miał osiem lat i został przyłapany na kradzieży ciastek z kredensu. Chyba już wtedy przeczuwałem, że to w gruncie rzeczy miły człowiek. Wyglądał na miłego człowieka i z całą pewnością nie należał do tych zgryźliwych staruszków, którzy szczują psy na dzieciaki sąsiadów i wyganiają intruzów, kiedy tylko ci wkroczą na ich posesję. Zasługiwał na prawdę. Dlatego postanowiłem mu tę prawdę dać. Wziąłem głęboki oddech i powiedziałem:
– Ja chciałem się czegoś o panu dowiedzieć.
– Hę? – Spojrzał na mnie, podnosząc wysoko brwi.
– Ludzie mówią o panu różne rzeczy, a ja chciałem się przekonać, czy to prawda.
Wciąż patrzył na mnie ze zdziwieniem. A ja dodałem:
– Chciałem pana poznać, doktorze Brown.
Przez krótki moment wpatrywał się we mnie z wyrazem konsternacji na twarzy, ale potem uśmiechnął się przyjaźnie.
– W takim razie zacznijmy od nowa – oświadczył i wyciągnął do mnie rękę. – Doktor Emmett Lathorp Brown, do usług.
Niepewnie chwyciłem jego dłoń i uścisnąłem ją. Jego silny uścisk mnie zdziwił. W zasadzie doktor Brown, mimo białych włosów i kilku zmarszczek na twarzy, nie wyglądał na specjalnie wiekowego staruszka.
Po chwili przedstawiłem się:
– Marty McFly.
– Miło mi cię poznać, Marty – powiedział cicho doktor i przerwał uścisk.
Nagle jego uśmiech zrzedł, a oczy znów się rozszerzyły, jakby doktor przypomniał sobie o czymś ważnym.
– Wielki Szkocie! – zawołał. – Wybacz, Marty. Gdzie moje maniery? Rozgość się, zaraz cię czymś ugoszczę.
I szybko pobiegł do kuchni.
Tymczasem Einstein, który nadal spoglądał na mnie, machając ogonem, zaczął koło mnie radośnie skakać. Kucnąłem przed nim i znów go pogłaskałem. Przez chwilę żałowałem, że nie jesteśmy na powietrzu, bo mógłbym się z nim pobawić w aport.
– Chcesz się czegoś napić, Marty? – doszedł mnie nagle głos doktora. – Kawy? Herbaty?
– Erm… może pepsi?
– Raczej nie mam. Dałbym ci zbożowy napój alkoholowy, ale jesteś niepełnoletni.
Dopiero po krótkiej chwili namysłu zdałem sobie sprawę, że chodziło mu o piwo.
Zgodziliśmy się na herbatę. Podczas, gdy doktor zajmował się jej przygotowywaniem, ja zacząłem się znów rozglądać po pomieszczeniu. Zapadła cisza, która była poniekąd niezręczna, choć w zasadzie taka być nie powinna.
– Fajne zegary – powiedziałem, aby ją przerwać.
– Wiem, że to wygląda trochę dziwnie, ale to taki eksperyment z czasem – wyjaśnił, stawiając czajnik na kuchence. – A mówiąc o czasie – odezwał się znów i spojrzał na swój podręczny zegarek. – Chyba czas nakarmić Einiego.
Tak oto dowiedziałem się jak zdrabnia się imię Einsteina.
A po chwili zobaczyłem jak Einie podchodzi do jednego ze stołów, na którym stało pochylone ku dołowi koryto. Na tym korycie znajdowały się trzy puszki z psim żarciem, które przed ześlizgnięciem się na dół blokowało coś metalowego. W pewnym momencie to metalowe coś puściło, zanim jednak puszka opadła na dół, została złapana przez stojący koło koryta chwytak, nad nim zaś znajdował się otwieracz. Chwytak zaczął okręcać puszkę o 360 stopni, przyczyniając się do jej otwarcia. Następnie przeniósł ją nad leżącą pod stołem miskę dla psa i wsypał do niej karmę. Czekający niecierpliwie na ukończenie tej całej procedury Einstein wreszcie mógł się najeść.
Ja z kolei byłem pod wrażeniem i chciałem zobaczyć inne wynalazki doktora w akcji.
Gwizd czajnika oznajmił, że woda się zagotowała. Doktor zalał herbatę mnie i sobie, po czym zaprosił mnie do starego fotela, sam zaś usiadł na łóżku (a w zasadzie była to posłana kanapa). Wtedy zobaczyłem, że na ścianie przy łóżku wisiały portrety Newtona, Einsteina (naukowca, nie psa), Franklina i chyba Edisona, jak również dwa wycinki z gazety oprawiony w ramkę. Nagłówki głosiły: „Rezydencja Browna spłonęła” i „Ziemię sprzedano pod zabudowę”. Doktor od razu zauważył, że patrzę w tamtą stronę i cichym, spokojnym tonem odezwał się:
– Pewnie się dziwisz, po co ktoś miałby trzymać na widoku wycinek z gazety informujący o tym, że spłonął jego dom.
Nie odpowiedziałem, ale tak właśnie myślałem.
Odłożył herbatę na nocny stolik, podniósł się z miejsca i zaczął opowiadać z pasją o tym jak pracował nad bardzo ważnym eksperymentem. Nie pamiętam już dokładnych szczegółów – ani tego, czego dotyczył ten eksperyment, ani tego jak przebiegł (zresztą i tak zapewne połowy z tego nie rozumiałem). Pamiętam z tej opowieści tylko to, że doktor zostawił w piekarniku lasagnię i tak był zajęty swoim doświadczeniem, że zapomniał o niej, przynajmniej do momentu, w którym nagle nie poczuł przypływu ciepła i zapachu dymu. Wszystkie próby samodzielnego zgaszenia pożaru spełzły na niczym, więc w końcu doktor zadzwonił po straż pożarną i zajął się wyciąganiem na zewnątrz wszystkiego, co się dało. Ostatecznie jednak po ugaszeniu pożaru dom nie nadawał się do zamieszkania.
– Może to i dobrze? – powiedział doktor, uśmiechając się smutno. – Nie potrzebowałem tak dużego domu. A ze sprzedaży ziemi dostałem dość pieniędzy, aby zostało mi jeszcze na potrzebny sprzęt. No i…  – Nagle jego uśmiech przybrał bardziej radosny wyraz i doktor wyciągnął spod łóżka gaśnicę. – No i nauczyłem się, że zawsze trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność.
Wskazał oczami na górę. Skierowałem wzrok na sufit i zobaczyłem czujnik dymu.
Chciałem opowiedzieć doktorowi o tym, jak w wieku ośmiu lat podpaliłem dywan w salonie, ale nasza rozmowa zeszła na muzykę i doktor wyciągnął pudło ze swoją kolekcją płyt. Przeważały tam kawałki jazzowe, ale doszukałem się tam też klasyków rocka i rock’n’rolla. Byłem pod wrażeniem tego, jak wiele unikalnych albumów znajdowało się w tej kolekcji, mimo że wiele z nich nie należało do moich ulubionych kawałków.
Powiedziałem mu, że gram na gitarze, że mam zespół garażowy, że chciałbym kiedyś wystąpić przed większą widownią, ale czasem mam wrażenie, że nigdy do tego nie dojdzie.
– Dlaczego, chłopcze? – spytał i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
– No, cóż… Rodzina McFly’ów nie jest zbyt ambitna. Mój ojciec jest pomiatany przez swojego szefa, mój brat pracuje w fastfoodzie, a siostra ciągle siedzi w domu. I żadne z nich nie chce tego zmienić. Czasami wydaje mi się, że ciąży na nas jakaś klątwa i nigdy żadnemu z nas nie uda się nic osiągnąć.
– Ale ty chcesz coś osiągnąć – powiedział doktor i po raz kolejny się do mnie uśmiechnął. Następnie przechylił się bardziej w moją stronę i oświadczył nieco teatralnym szeptem: – Dla chcącego nie ma nic trudnego, Marty.
To był pierwszy raz, kiedy usłyszałem to zdanie z jego ust, a miałem je usłyszeć jeszcze wiele razy w ciągu naszej wspólnej znajomości (przynajmniej odnośnie mojej kariery muzycznej).
Oparł się o ścianę z tym samym wyrazem twarzy i oznajmił:
– Jesteś jeszcze młody. Wystarczy, że się doskonalisz i że się nie poddajesz. Jest duże prawdopodobieństwo, że ci się uda. Wyliczyłbym ci to, ale kalkulator gdzieś mi się zapodział.
Prychnąłem śmiechem.
Nie był szalony. Może i mówił banalne rzeczy, ale nie był szalony jak wszystkim się wydawało. Każdy rozsądny człowiek mógłby powiedzieć mi to, co on. W zasadzie moja dziewczyna często mi powtarzała, że nasz zespół ma szansę do czegoś dojść, a daleko jej było do szaleństwa.
Rozmawialiśmy dalej o różnych rzeczach. Zdarzało się, że doktor Brown podnosił się z miejsca i w bardzo energiczny sposób opowiadał mi o czymś, kiedy indziej mówił cicho, w skupieniu. Kochał naukę we wszystkich jej przejawach. Potrafił na okrągło o niej mówić tak jak dziecko mówi o ulubionej kreskówce. I choć nie wszystko do mnie docierało (w zasadzie więcej niż połowa mi umykała), to słuchałem jego wywodów z dużym zainteresowaniem. Dla kogoś takiego jak ja – wychowanego w domu, gdzie wszystko było nijakie i apatyczne – był to powiew świeżości. A przy tym Emmett Brown wydawał się być rozsądny i optymistyczny. Sto razy wolałem w tamtej chwili siedzieć w jego zagraconym domu, niż wracać do siebie.
Od czasu do czasu do mnie albo doktora zbliżał się Einstein, a my, nie przerywając rozmowy, zajmowaliśmy się nim. Raz nawet Einie podszedł do mnie, oparł przednie łapy na moich kolanach i zaczął mnie lizać. Zachichotałem i pogłaskałem go po głowie, ale ni stąd ni zowąd mój wzrok padł na jeden z wiszących na ścianie zegarów i zdałem sobie sprawę z tego, że jest już późne popołudnie.
– Bardzo przepraszam, ale muszę już iść – oznajmiłem i wstałem na równe nogi. – Zaraz będzie obiad i rodzice mnie zabiją, jeśli się nie pojawię.
– Rozumiem. – Oparł ręce na kolanach, po czym postawił je na materacu i podniósł się z łóżka. – Czy mogę cię jeszcze o coś zapytać, zanim wyjdziesz?
Poczułem się trochę nieswojo, ale przytaknąłem.
– Co ci o mnie opowiadali?
Odchrząknąłem i spuściłem wzrok. Naprawdę chciał wiedzieć? W zasadzie po tym jak go bliżej poznałem, nie chciałem mu robić przykrości. Ale zapytał mnie. Miałem skłamać?
– Mniejsza o to – odparłem po chwili uśmiechając się nerwowo. – Ludzie czasem nie mają o niczym pojęcia, a myślą, że wszystko o wszystkich wiedzą.
– Mówili, że jestem szalony? – spytał domyślnie.
Przez chwilę milczałem, ale potem odparłem:
– Niektórzy. Strickland twierdzi, że jest pan niebezpieczny. Ale on jest idiotą i paranoikiem, więc niech się pan nie przejmuje – dodałem szybko. Uśmiechnąłem się do niego i powiedziałem: – Ja myślę, że jest pan zarąbisty.
– To dobrze? – zapytał, ale zaraz się rozpromienił, więc pewnie domyślił się, że tak.
W pewnym momencie doktor Brown spoważniał i popatrzył na mnie w dziwny sposób, jakby mnie badał. Wyszedł na środek swojego mieszkania i odwrócił się do mnie tyłem z wyrazem głębokiego zamyślenia na twarzy i ręką przytkniętą do brody. Najwyraźniej myślał nad czymś intensywnie. Nagle spojrzał na mnie.
– Marty, tak sobie myślę, że może… – zwrócił się do mnie niepewnie, ale zaraz machnął ręką i odparł: – Nie, to głupie. Zapomnij o tym. Chociaż… – ponownie się zamyślił.
Czułem, że czas mnie nagli, że powinienem już iść. Ale chciałem się dowiedzieć, co chodziło mu po głowie. Albo wmawiałem sobie, że chcę się tego dowiedzieć, a tak naprawdę chciałem opóźnić swój powrót do domu.
– Niech pan to wreszcie powie, doktorze.
Jego brwi podniosły się, a potem zapytał:
– Marty, czy ty gdzieś pracujesz?
– Nie, ale tak po prawdzie nigdy jeszcze o tym nie myślałem.
– A byłbyś zainteresowany posadą na pół etatu jako mój asystent? Prowadziłbyś filmową dokumentację, pomagał przy eksperymentach, czasem zajął Einsteinem. Za, powiedzmy… pięćdziesiąt dolarów tygodniowo? O ile, oczywiście, twoi rodzice nie będą mieli nic przeciwko – dodał pospiesznie. – Co ty na to, chłopcze?
Widziałem po jego minie, że oczekuje z niepokojem na moją odpowiedź. Teraz z kolei to ja się zastanawiałem, ale namysł nad jego propozycją nie zabrał mi zbyt wiele czasu. Nawet, gdyby doktor oferował mi dolara tygodniowo, praca z nim zapowiadała się na bardziej ekscytującą, niż w fastfoodzie, w którym pracował mój starszy brat; czy nawet etat mojego ojca. Poza tym po bliższym poznaniu doktora Browna zdążyłem go polubić.
Odpowiedź była jasna jak słońce. Dlatego wyciągnąłem rękę w jego stronę. Uścisnęliśmy sobie dłonie, pieczętując umowę, i uśmiechnęliśmy się do siebie nawzajem.
Tak oto narodziła się ta dziwna przyjaźń. Przyjaźń między dwoma facetami, których dzieliła różnica wieku, wykształcenie i upodobania, a mimo to dogadywali się wyśmienicie. Przyjaźń, która spowodowała wiele zakłóceń w czasoprzestrzeni, a jednocześnie pozwoliła je naprawić i to z jeszcze lepszym skutkiem. Przyjaźń, która zawiodła nas w przeszłość, przyszłość i z powrotem. Dla nas obu była to jedna z najwspanialszych rzeczy, które nas spotkały. Od tamtego ranka moje życie nie było już takie samo i wiedziałem, że doktor sądzi podobnie.
Ostatecznie nie mogliśmy się lepiej dobrać.
Kategorie
Aktualności

Aktualności: rozkład jazdy

Advertisements

Doszłam do wniosku, że należałoby wprowadzić pewną systematyczność na tym blogu. W konkretnych dniach tygodnia będę przesyłać konkretne teksty, chociaż ze względu na to, że w tym roku muszę napisać magisterkę, mogę się z pewnymi uaktualnieniami spóźniać. Na razie wygląda to tak:
– Miłość van Hoovena – środy,
Ze wspomnień fana – soboty bądź niedziele,
– Fanfiction do Powrotu do przyszłości (na razie tylko pojedyncze opowiadania, ale mam też jeden fanfik wieloczęściowy) – piątki,
To jak na razie tyle. Okazjonalnie będę wrzucać tutaj artykuły i opowiadania, na które akurat będę miała wenę, a lada chwila pojawi się tutaj pierwszy fanfik do Powrotu do przyszłości, tak więc zostańcie z nami!

Kategorie
Miłość van Hoovena

Miłość van Hoovena – Prolog

Advertisements
W podróży w interesach Cedrick van Hooven zatrzymał się w gospodzie „Sokółka”, nie podejrzewając nawet konsekwencji swojej decyzji. Nie dość, że ten pierwszy lepszy zajazd był pełen osobników spod ciemnej gwiazdy, to jeszcze było tam potwornie brudno. Rudy niziołek z baczkami, walizką pełną najpotrzebniejszych rzeczy i okularami na nosie; w zielonym kubraku i spodniach oraz białej koszuli, w dodatku bez butów, obszarpanym rezydentom gospody wydawał się być wyjęty z innego świata, a przypięta do pasa wzorem archemskich wyższych sfer szpada, tylko dopełniała tego obrazu.
Cedrick ledwo przecisnął się przez tłum, a przy tym parę razy koło jego stóp przebiegły jakieś robaki. Kiedy doszedł do lady, gdzie rezydował ogr wyglądający na zapracowanego, Cedrick musiał stanąć na palcach, a i tak w ogóle nie został przez oberżystę zauważonym.
– Przepraszam – odezwał się nieśmiało Cedrick.
Ogr nadal nie zwracał na niego uwagi, tylko zakrzyknął do kogoś:
– Chipswick! Twoje piwo już gotowe!
– Przepraszam – dodał bardziej stanowczo Cedrick, ale zaraz inny ogr odepchnął go z taką siłą, że niziołek padł na ziemię.
Chipswick, nawet jak na ogra, był bardzo postawny. Miał wysokie czoło, pod którym ledwo można było dostrzec jego małe oczka. W jednej ręce trzymał piwo, które popijał łapczywie, a w drugiej – wielką gicz, w którą od czasu do czasu wgryzał się i zaraz pożerał wielki kawałek, mlaszcząc niemiłosiernie. Skupiał w sobie wszystkie stereotypy związane z ogrami.

Cedrick wstał z podłogi, otrzepał się i znów podszedł do lady. Dopiero wtedy Chipswick zwrócił na niego uwagę. Odgryzając kolejny kawałek mięsa, uśmiechnął się drwiąco, po czym odwrócił się do barmana:

 

– Popatrz kogo tu przywiało?

 

Barman aż pochylił się ku Cedrickowi (niziołek mógł mu się lepiej przyjrzeć – barman był średniej postury jak na ogra, miał jednak o wiele przyjemniejsze rysy twarzy), po czym zachichotał i dodał:

 

– Co, do cholery, taki wyfiołkowany niziek robi w tej zawszonej dziurze?

 

– Szukam pokoju na noc, dobra osobo – powiedział grzecznie Cedrick.

 

– To zależy ile masz przy sobie pieniędzy – odparł oberżysta. – Ile zamierzasz zapłacić, za sen w mojej gospodzie?
– Dobra osobo, tyle ile będzie trzeba. Ale jeśli będziecie dla mnie niegrzeczny, to sobie pójdę.
– To chyba jedyne, co możesz zrobić, kiedy ktoś cię obraża. Raczej ciebie biją, niż ty ich, co niziek? – zakpił Chipswick.
– Uważaj, panie, bo jeszcze się zdziwisz – odrzekł Cedrick i zwrócił się do oberżysty: – To jak z tym pokojem?
– Dobrze ci radzę, niziek – ciągnął rozmowę Chipswick. – Nie podskakuj, bo sobie krzywdę zrobisz.
– Jaka jest najtańsza stawka? – dopytywał się niziołek, ignorując go.
– Ta mała szpada to jakiś żart – kpił dalej Chipswick. – Pewnie się złamie przy pierwszym ciosie.
Barman, który wiedział, że lepiej nie denerwować Chipswicka, nie śmiał się nawet odezwać do Cedricka. Sam niziołek był bardzo senny, od rana strasznie się nachodził po mieście, aby dokonać kilku transakcji. Nie miał ochoty, ani na to, aby walczyć, ani aby szukać innej gospody. Dlatego jedyną odpowiedzią na zaczepki ogra było:
– Tak, tak, a teraz daj mi spokój.
Zdenerwowany tym brakiem choćby najmniejszego wzburzenia, Chipswick aż wypił jednym łykiem piwo i, ocierając usta rękawem, wstał. Cedrick nie wstawał, tylko odwrócił się na krześle w jego stronę. Zmęczenie sprawiało, że oczy lepiły mu się, a głowa ciążyła jak ołów. Światło żarówek nie pomagało. Jak bardzo chciał spać; jak bardzo chciał, żeby ten wielkolud zostawił go w spokoju! To jednak wydawało się niemożliwe, gdyż ogr wyglądał na rozwścieczonego.
I wtedy drzwi frontowe do „Sokółki” otworzyły się z hukiem na oścież. Mimowolnie Cedrick spojrzał w tamtą stronę, nie przypuszczając nawet, że od tego momentu jego życie się całkowicie zmieni. Do „Sokółki” weszła elfka. Miała jasną, pociągłą twarz delikatnej dziewczyny i krótko obcięte czarne włosy. Ubrana była w długą, brązową spódnicę i lnianą koszulę.
Na jej widok Chipswick zamilkł. Usiadł i tylko uśmiechnął się rubasznie.
Wyglądała jak zwykła wieśniaczka, ale mimo to Cedrick nie mógł oderwać od niej wzroku. Podobała mu się. Było w niej coś, co sprawiło, że serce biło silniej, w ciele budziła się jakaś nowa energia i wola życia. Zapragnął podejść do niej i chociaż trochę z nią porozmawiać, ale wstydził się. Na szczęście (czy też może raczej nieszczęście) nieznajoma sama przysiadła się do niego i zamówiła piwo. Cedrick przez chwilę zbierał odwagę, aby coś do niej zagadnąć. Obmyślał w głowie plan działania, ale wrodzona nieśmiałość sprawiała, że zwlekał z jego zrealizowaniem. Akurat kiedy już miał coś do niej powiedzieć, odezwał się Chipswick:
– Co tam, elfuchu? Okradłaś kolejnego przechodnia? A może dla odmiany coś wyżebrałaś?
– Wynoś się, Chipswick – powiedziała, nawet na niego nie spoglądając.
– Jak pan się odzywa do kobiety?! – oburzył się Cedrick.
– Cicho, niziek – rzucił tylko ogr i znowu zwrócił się do elfki: – No, pogadaj ze mną, śmierdzący elfie.
– Proszę przeprosić tę panią – wtrącił stanowczo Cedrick. Elfka tylko zerknęła na niego ze zdziwieniem i wypiła z opanowaniem łyk piwa.
– „Panią”? – prychnął śmiechem Chipswick. – Czy ty jesteś ślepy, niziek? To elf! Elfki to nie panie – w tym momencie spoważniał i z obrzydzeniem zaczął krzyczeć: – Elfy to zaraza, która zaatakowała nasz kraj i niszczy go! Elfy okradają nas i odurzają się! Niszczą naszą kulturę swoimi pieśniami i mają za nic nasze wartości!
– To ty masz kulturę? – zakpiła elfka i aż prychnęła śmiechem. – Nie zauważyłam.
– Ty! – wrzasnął Chipswick i aż wstał.
Cedrick szybkim ruchem wyciągnął szpadę i wycelował ostrze w nos ogra, który zrazu ze zdziwienia (a nawet lekkiego lęku) aż znieruchomiał, ale potem spojrzał na Cedricka z kpiącym uśmiechem. Wszyscy w gospodzie ucichli i zaczęli się przyglądać niziołkowi, który groził szpadą ogrowi. Nawet elfka przerwała picie piwa i spojrzała na obu mężczyzn przed sobą.
– Żądam satysfakcji, panie Chipswick – oświadczył Cedrick. – Chyba, że przeprosi pan tę panią. Wtedy nie będziemy musieli walczyć.
– Przeprosić ją? – znów zaśmiał się Chipswick. – Nigdy!
– W takim razie, niech pan weźmie jakąś broń.
– Załatwię cię siekierą, niźku – powiedział, wyciągnąwszy rękę do barmana, który wyszedł na chwilę i wrócił z wielkim, drwalskim toporem. Podał go Chipswickowi.
– Niech tak będzie – zgodził się Cedrick i zszedł z krzesła.
Wyszedł na środek sali. Ogr położył gicz na blacie baru i natychmiast do niego dołączył. Zaciekawieni walką goście otoczyli ich, zostawiając jednak obu zawodnikom sporo miejsca do manewru. Sama elfka przedostała się na sam przód, aby móc obejrzeć ten dziwny pojedynek. Cedrick na jej widok aż się zarumienił. Zaraz jednak spojrzał w stronę swojego przeciwnika i skupił się na walce, która miała nadejść.
Ogr z wrzaskiem, trzymając siekierę nad sobą, zaczął biec w stronę niziołka, który stał bez ruchu i myślał nad tym jak zaatakuje. Ledwie Chipswick znalazł się metr od Cedricka, ten szybkim ruchem musnął jego brzuch, zostawiając długą, niezbyt głęboką, ale krwawiącą kreskę. Następnie, kiedy jego przeciwnik zamachnął się siekierą, aby go zabić, przeskoczył w bok tak szybko, że Chipswick uderzył już tylko w drewnianą podłogę. Spojrzał w prawo, gdzie Cedrick stał i czekał. Ogr wyciągnął broń z parkietu. Znów podbiegł do niziołka i zaczął wymachiwać siekierą zapewne w nadziei, że któryś cios go dosięgnie. Jednak Cedrick przewidział jego strategię (co właściwie nie było takie trudne) i przeskakiwał radośnie na wszystkie strony (wrodzona zdolność niziołków do skakania nawet na dwa metry okazywała się pomocna przy każdej walce, jaką Cedrick stoczył). Raz machnął w powietrzu szpadą i zranił ogra w prawe ramie, przez co ten zaczął mieć trudności w utrzymaniu broni. Nadal jednak ciął nim w powietrzu, aby dopaść niziołka. Cedrick był jednak za szybki. W mgnieniu oka udało mu się zranić drugie ramie Chipswicka, który już zaczynał ciężko dyszeć ze zmęczenia, nie potrafiąc nawet określić, kiedy niziołek się pojawi.
Wszyscy obserwatorzy patrzyli na to ze zdumieniem. Ogr Chipswick – ten, którego nikt z miejscowych nie śmiał wyzwać na pojedynek, a każdy obcy, który spróbował, ginął jeszcze przed upływem minuty – właśnie był pokonywany przez niziołka, który skakał wyżej niż którykolwiek ogr czy elf. Szczególnie siedząca przy ladzie elfka patrzyła na to z satysfakcją. O nią było przecież całe to zamieszanie. O jej honor walczył ten mały knypek. Spodziewała się, że Chipswick go dekapituje albo przetnie na pół, a tu co? Aż żałowała, że sama się z nim nie rozprawiła i to już dawno.
Chipswick przewrócił się ze zmęczenia, a siekiera opadła na ziemię z hukiem. Cedrick przestał skakać i zaczął iść w stronę ogra, który patrzył na niego z niewymownym strachem. Wszyscy spodziewali się, że niziołek zabije go, ale Cedrick, tylko stanął przed nim i, wymierzywszy ostrze szpady w jego gardło, zapytał:
– To co, panie Chipswick? Przeprosi pan, tę elfkę za to wszystko, co pan o niej mówił?
– T-tak – wyjęczał Chipswick.
– To do dzieła, panie Chipswick – odparł Cedrick i schował szpadę.
Na czworakach Chipswick podszedł do elfki, podniósł wzrok i z niechęcią wycedził przez zęby słowa:
– Przepraszam, Winifred, że nazwałem cię elfuchem.
Nareszcie Cedrick poznał jej imię. Winifred. Całkiem ładnie.
Winifred przez chwilę nie wiedziała, co zrobić i czy powinna być wdzięczna niziołkowi, czy nie. Czuła satysfakcję, że teraz Chipswick klęczał przed nią i ją przepraszał, ale jednocześnie możliwe, że w gospodzie zaczną myśleć, że potrzebny jej jest mężczyzna; że sama nie potrafi się bronić. Zawsze była samodzielna, musiała zmagać się ze wszystkim i wszystkimi. Tylko raz ktoś musiał ją uczyć walki i nie tylko, ale dzięki temu mogła sobie poradzić i była w stanie przeżyć. A teraz pojawił się ten niziołek i zawalczył o jej honor. Co za wstyd!
Wszyscy gapili się na nią bardzo natarczywie. Czekali na to jak zareaguje na klęczącego przed nią Chipswicka. Bez słowa pogłaskała go po głowie jak psa. Następnie wróciła do barmana, nawet nie spoglądając w stronę Cedricka. Walka się skończyła, więc po chwili wszyscy powrócili do swoich stolików, a sam zwycięzca do miejsca obok Winifred. Tylko dwóch ogrów zabrało poszkodowanego ziomka do szpitala.
Cedrick usiadł na swoim poprzednim miejscu i, ośmielony swoim zwycięstwem, odezwał się grzecznie do Winifred:
– Witam panią.
Spojrzała na niego z niezadowoleniem, co sprawiło, że nagle stracił pewność siebie. Czyżby zrobił coś nie tak?
– Jestem Cedrick van Hooven – przedstawił się, mając nadzieję, że zainteresuje ją tym, ale Winifred tylko siedziała i piła powoli piwo. Cedrick nie zamierzał się poddawać. – Tamten ogr nazwał panią Winifred. Może zechciałaby pani…
– Słuchaj, no pan – odezwała się wreszcie do niego z lekkim poirytowaniem. – Nie interesują mnie miniaturki.
Te ostre słowa uderzyły w niego jak grom. Jego serce zabolało go i stało się nagle ciężkie jak ołów. Nie spodziewał się, że po walce o jej honor zostanie tak potraktowany. Ale z drugiej strony, mógł się tego spodziewać. Elfy nie przepadały za niziołkami, miały o nich pewne wyobrażenie – nie przystające do rzeczywistości, ale jak najbardziej zrozumiałe. A ta pani mogła uznać jego zachowanie za coś niestosownego. Jednakże wciąż jej reakcja – zwłaszcza po tym, co przed chwilą zaszło – wydawała mu się przesadzona.
Cedrick odrobinę odsunął się od elfki, zapytał barmana o ceny pokoi i o to, gdzie mógłby dziś spędzić noc. Tym razem od razu otrzymał odpowiedź. Po krótkim namyśle postanowił wziąć pokój na samym dole.
Łóżko było twarde, a całe pomieszczenie śmierdziało potwornie i było strasznie zimno, jednak to nie stan jego pokoju sprawił, że ta noc była dla Cedricka van Hoovena tak okropna. Nie potrafił zapomnieć o elfce i jej okrutnych słowach. Większość kobiet byłaby zachwycona tym, że mężczyzna broni ich, kiedy ktoś źle do nich odezwie. Może po prostu Cedrick spędzał zbyt dużo czasu wśród klasy średniej i wyższej, aby zrozumieć kobiety z marginesu. Chociaż próbował to sobie tłumaczyć na różne sposoby, nie potrafił sprawić, aby jego złamane serce przestało go boleć. Może to też przez to, że często słyszał docinki dotyczące jego rasy, a mimo to zdarzały się takie, których nie potrafił zapomnieć.
Chciał zasnąć, chciał już nie myśleć o tej przykrej sprawie, ale nie mógł. Elfka Winifred zadomowiła się w jego myślach i wydawało się, że na zawsze tam pozostanie. A on miał jeszcze trochę do zrobienia w tym mieście. Być może następnego dnia będzie lepiej. Być może, jeśli skupi się na pracy i pójdzie dalej, nie będzie myśleć o tym, co się dzisiaj wydarzyło. Miał taką nadzieję. Przecież jedna kobieta nie była warta takich mąk. Prawda?
Ale czasu nie dało się zmienić. Ani tym bardziej biegu wypadków, które miały nadejść.