Aktualności: Spóźnienia i alternatywy

Na wstępie od razu chciałam was przeprosić za to, że nie ma nowego Ze wspomnień fana. Powód tego stanu rzeczy jest taki, że w piątek wieczorem zachorowałam i kiedy próbowałam napisać kolejny artykuł z serii, byłam zmęczona i osłabiona, i mój mózg odmawiał posłuszeństwa po napisaniu tytułu i pierwszego zdania. Postaram się poprawić na przyszłość.

W związku z tym postanowiłam wam wynagrodzić brak artykułu, na który czekaliście, którąś z moich wcześniejszych prac publicystycznych. Padło na recenzję trzeciego filmu aktorskiego o Lucky Luke’u. Jako że jestem wielką fanką samotnego kowboja, a film Jamesa Hutha miejscami puszcza oczko do tych ludzi, którzy znają Luke’a z komiksów, wydaje mi się, że recenzja będzie korespondować do pewnego stopnia z tematyką tego bloga (a przynajmniej jedną z głównych tematyk).

Nie opublikowałam też jeszcze swojego vloga, a to z dwóch powodów. Po pierwsze – słyszałam, że vlogerzy zbierają sporo hejterów, i tych, którzy hejtują tylko po to, aby wyładować swoją agresję, będąc animowymi. A że moje konto na YouTube jest podpisane moim nazwiskiem (bardzo ci dziękuję, Google+), byłoby to jeszcze bardziej ryzykowne. Po drugie – wolałabym jednak nagrać to, kiedy jestem sama w domu. Wtedy nie obawiałabym się, że ktoś wszedłby mi do pokoju albo że nagrałyby mi się jakieś nieporządane dźwięki z telewizora. Tak więc nie – nie bedzie żadnego vloga, przynajmniej na razie.

To chyba tyle. See ya!

[FF: Powrót do przyszłości] Jak Marty poznał Browna

Pamiętam, że moi rodzice byli przez dłuższy czas nieufni wobec doktora Browna. I w zasadzie im się nie dziwię. Większość ludzi na naszej ulicy uważała go za dziwaka, który nic, tylko siedzi w swoim garażu i robi tam jakieś podejrzane eksperymenty. Dla kogoś, kto nie znał go zbyt dobrze, mówiący stricte naukowym językiem, prawie nigdy nie opuszczający swojego domu Emmett Brown był jednym z tych sąsiadów, którego powinno się unikać, chociażby po to, aby nie szargać swojej reputacji i samemu nie zostać uznanym za dziwaka. Niektórzy się z niego śmiali, innych przyprawiał o dreszcze, a innym był całkowicie obojętny.

Jak ja go wtedy postrzegałem? Powiedzmy, że przez całe moje dzieciństwo i okres dojrzewania doktor był dla mnie zagadką. Zagadką, której nie chciałem odkryć, pamiętając wszystkie opowieści, które rozpowiadały o nim po całym podwórku dzieciaki (chyba z tysiąc razy słyszałem tę historyjkę jakoby doktor porywał domowe zwierzątka z ogródków sąsiadów, aby potem robić na nich eksperymenty). Ale jednocześnie jakaś mała część mnie była bardzo ciekawa, co kryje się w tym brudnym domku, ogrodzonym drucianym płotem jak jakaś Strefa 51.

Czytaj dalej „[FF: Powrót do przyszłości] Jak Marty poznał Browna”

Aktualności: rozkład jazdy

Doszłam do wniosku, że należałoby wprowadzić pewną systematyczność na tym blogu. W konkretnych dniach tygodnia będę przesyłać konkretne teksty, chociaż ze względu na to, że w tym roku muszę napisać magisterkę, mogę się z pewnymi uaktualnieniami spóźniać. Na razie wygląda to tak:
– Miłość van Hoovena – środy,
Ze wspomnień fana – soboty bądź niedziele,
– Fanfiction do Powrotu do przyszłości (na razie tylko pojedyncze opowiadania, ale mam też jeden fanfik wieloczęściowy) – piątki,
To jak na razie tyle. Okazjonalnie będę wrzucać tutaj artykuły i opowiadania, na które akurat będę miała wenę, a lada chwila pojawi się tutaj pierwszy fanfik do Powrotu do przyszłości, tak więc zostańcie z nami!

Miłość van Hoovena – Prolog

W podróży w interesach Cedrick van Hooven zatrzymał się w gospodzie „Sokółka”, nie podejrzewając nawet konsekwencji swojej decyzji. Nie dość, że ten pierwszy lepszy zajazd był pełen osobników spod ciemnej gwiazdy, to jeszcze było tam potwornie brudno. Rudy niziołek z baczkami, walizką pełną najpotrzebniejszych rzeczy i okularami na nosie; w zielonym kubraku i spodniach oraz białej koszuli, w dodatku bez butów, obszarpanym rezydentom gospody wydawał się być wyjęty z innego świata, a przypięta do pasa wzorem archemskich wyższych sfer szpada, tylko dopełniała tego obrazu.
Cedrick ledwo przecisnął się przez tłum, a przy tym parę razy koło jego stóp przebiegły jakieś robaki. Kiedy doszedł do lady, gdzie rezydował ogr wyglądający na zapracowanego, Cedrick musiał stanąć na palcach, a i tak w ogóle nie został przez oberżystę zauważonym.
– Przepraszam – odezwał się nieśmiało Cedrick.
Ogr nadal nie zwracał na niego uwagi, tylko zakrzyknął do kogoś:
– Chipswick! Twoje piwo już gotowe!
– Przepraszam – dodał bardziej stanowczo Cedrick, ale zaraz inny ogr odepchnął go z taką siłą, że niziołek padł na ziemię.
Chipswick, nawet jak na ogra, był bardzo postawny. Miał wysokie czoło, pod którym ledwo można było dostrzec jego małe oczka. W jednej ręce trzymał piwo, które popijał łapczywie, a w drugiej – wielką gicz, w którą od czasu do czasu wgryzał się i zaraz pożerał wielki kawałek, mlaszcząc niemiłosiernie. Skupiał w sobie wszystkie stereotypy związane z ogrami.

Cedrick wstał z podłogi, otrzepał się i znów podszedł do lady. Dopiero wtedy Chipswick zwrócił na niego uwagę. Odgryzając kolejny kawałek mięsa, uśmiechnął się drwiąco, po czym odwrócił się do barmana:

 

– Popatrz kogo tu przywiało?

 

Barman aż pochylił się ku Cedrickowi (niziołek mógł mu się lepiej przyjrzeć – barman był średniej postury jak na ogra, miał jednak o wiele przyjemniejsze rysy twarzy), po czym zachichotał i dodał:

 

– Co, do cholery, taki wyfiołkowany niziek robi w tej zawszonej dziurze?

 

– Szukam pokoju na noc, dobra osobo – powiedział grzecznie Cedrick.

 

– To zależy ile masz przy sobie pieniędzy – odparł oberżysta. – Ile zamierzasz zapłacić, za sen w mojej gospodzie?
– Dobra osobo, tyle ile będzie trzeba. Ale jeśli będziecie dla mnie niegrzeczny, to sobie pójdę.
– To chyba jedyne, co możesz zrobić, kiedy ktoś cię obraża. Raczej ciebie biją, niż ty ich, co niziek? – zakpił Chipswick.
– Uważaj, panie, bo jeszcze się zdziwisz – odrzekł Cedrick i zwrócił się do oberżysty: – To jak z tym pokojem?
– Dobrze ci radzę, niziek – ciągnął rozmowę Chipswick. – Nie podskakuj, bo sobie krzywdę zrobisz.
– Jaka jest najtańsza stawka? – dopytywał się niziołek, ignorując go.
– Ta mała szpada to jakiś żart – kpił dalej Chipswick. – Pewnie się złamie przy pierwszym ciosie.
Barman, który wiedział, że lepiej nie denerwować Chipswicka, nie śmiał się nawet odezwać do Cedricka. Sam niziołek był bardzo senny, od rana strasznie się nachodził po mieście, aby dokonać kilku transakcji. Nie miał ochoty, ani na to, aby walczyć, ani aby szukać innej gospody. Dlatego jedyną odpowiedzią na zaczepki ogra było:
– Tak, tak, a teraz daj mi spokój.
Zdenerwowany tym brakiem choćby najmniejszego wzburzenia, Chipswick aż wypił jednym łykiem piwo i, ocierając usta rękawem, wstał. Cedrick nie wstawał, tylko odwrócił się na krześle w jego stronę. Zmęczenie sprawiało, że oczy lepiły mu się, a głowa ciążyła jak ołów. Światło żarówek nie pomagało. Jak bardzo chciał spać; jak bardzo chciał, żeby ten wielkolud zostawił go w spokoju! To jednak wydawało się niemożliwe, gdyż ogr wyglądał na rozwścieczonego.
I wtedy drzwi frontowe do „Sokółki” otworzyły się z hukiem na oścież. Mimowolnie Cedrick spojrzał w tamtą stronę, nie przypuszczając nawet, że od tego momentu jego życie się całkowicie zmieni. Do „Sokółki” weszła elfka. Miała jasną, pociągłą twarz delikatnej dziewczyny i krótko obcięte czarne włosy. Ubrana była w długą, brązową spódnicę i lnianą koszulę.
Na jej widok Chipswick zamilkł. Usiadł i tylko uśmiechnął się rubasznie.
Wyglądała jak zwykła wieśniaczka, ale mimo to Cedrick nie mógł oderwać od niej wzroku. Podobała mu się. Było w niej coś, co sprawiło, że serce biło silniej, w ciele budziła się jakaś nowa energia i wola życia. Zapragnął podejść do niej i chociaż trochę z nią porozmawiać, ale wstydził się. Na szczęście (czy też może raczej nieszczęście) nieznajoma sama przysiadła się do niego i zamówiła piwo. Cedrick przez chwilę zbierał odwagę, aby coś do niej zagadnąć. Obmyślał w głowie plan działania, ale wrodzona nieśmiałość sprawiała, że zwlekał z jego zrealizowaniem. Akurat kiedy już miał coś do niej powiedzieć, odezwał się Chipswick:
– Co tam, elfuchu? Okradłaś kolejnego przechodnia? A może dla odmiany coś wyżebrałaś?
– Wynoś się, Chipswick – powiedziała, nawet na niego nie spoglądając.
– Jak pan się odzywa do kobiety?! – oburzył się Cedrick.
– Cicho, niziek – rzucił tylko ogr i znowu zwrócił się do elfki: – No, pogadaj ze mną, śmierdzący elfie.
– Proszę przeprosić tę panią – wtrącił stanowczo Cedrick. Elfka tylko zerknęła na niego ze zdziwieniem i wypiła z opanowaniem łyk piwa.
– „Panią”? – prychnął śmiechem Chipswick. – Czy ty jesteś ślepy, niziek? To elf! Elfki to nie panie – w tym momencie spoważniał i z obrzydzeniem zaczął krzyczeć: – Elfy to zaraza, która zaatakowała nasz kraj i niszczy go! Elfy okradają nas i odurzają się! Niszczą naszą kulturę swoimi pieśniami i mają za nic nasze wartości!
– To ty masz kulturę? – zakpiła elfka i aż prychnęła śmiechem. – Nie zauważyłam.
– Ty! – wrzasnął Chipswick i aż wstał.
Cedrick szybkim ruchem wyciągnął szpadę i wycelował ostrze w nos ogra, który zrazu ze zdziwienia (a nawet lekkiego lęku) aż znieruchomiał, ale potem spojrzał na Cedricka z kpiącym uśmiechem. Wszyscy w gospodzie ucichli i zaczęli się przyglądać niziołkowi, który groził szpadą ogrowi. Nawet elfka przerwała picie piwa i spojrzała na obu mężczyzn przed sobą.
– Żądam satysfakcji, panie Chipswick – oświadczył Cedrick. – Chyba, że przeprosi pan tę panią. Wtedy nie będziemy musieli walczyć.
– Przeprosić ją? – znów zaśmiał się Chipswick. – Nigdy!
– W takim razie, niech pan weźmie jakąś broń.
– Załatwię cię siekierą, niźku – powiedział, wyciągnąwszy rękę do barmana, który wyszedł na chwilę i wrócił z wielkim, drwalskim toporem. Podał go Chipswickowi.
– Niech tak będzie – zgodził się Cedrick i zszedł z krzesła.
Wyszedł na środek sali. Ogr położył gicz na blacie baru i natychmiast do niego dołączył. Zaciekawieni walką goście otoczyli ich, zostawiając jednak obu zawodnikom sporo miejsca do manewru. Sama elfka przedostała się na sam przód, aby móc obejrzeć ten dziwny pojedynek. Cedrick na jej widok aż się zarumienił. Zaraz jednak spojrzał w stronę swojego przeciwnika i skupił się na walce, która miała nadejść.
Ogr z wrzaskiem, trzymając siekierę nad sobą, zaczął biec w stronę niziołka, który stał bez ruchu i myślał nad tym jak zaatakuje. Ledwie Chipswick znalazł się metr od Cedricka, ten szybkim ruchem musnął jego brzuch, zostawiając długą, niezbyt głęboką, ale krwawiącą kreskę. Następnie, kiedy jego przeciwnik zamachnął się siekierą, aby go zabić, przeskoczył w bok tak szybko, że Chipswick uderzył już tylko w drewnianą podłogę. Spojrzał w prawo, gdzie Cedrick stał i czekał. Ogr wyciągnął broń z parkietu. Znów podbiegł do niziołka i zaczął wymachiwać siekierą zapewne w nadziei, że któryś cios go dosięgnie. Jednak Cedrick przewidział jego strategię (co właściwie nie było takie trudne) i przeskakiwał radośnie na wszystkie strony (wrodzona zdolność niziołków do skakania nawet na dwa metry okazywała się pomocna przy każdej walce, jaką Cedrick stoczył). Raz machnął w powietrzu szpadą i zranił ogra w prawe ramie, przez co ten zaczął mieć trudności w utrzymaniu broni. Nadal jednak ciął nim w powietrzu, aby dopaść niziołka. Cedrick był jednak za szybki. W mgnieniu oka udało mu się zranić drugie ramie Chipswicka, który już zaczynał ciężko dyszeć ze zmęczenia, nie potrafiąc nawet określić, kiedy niziołek się pojawi.
Wszyscy obserwatorzy patrzyli na to ze zdumieniem. Ogr Chipswick – ten, którego nikt z miejscowych nie śmiał wyzwać na pojedynek, a każdy obcy, który spróbował, ginął jeszcze przed upływem minuty – właśnie był pokonywany przez niziołka, który skakał wyżej niż którykolwiek ogr czy elf. Szczególnie siedząca przy ladzie elfka patrzyła na to z satysfakcją. O nią było przecież całe to zamieszanie. O jej honor walczył ten mały knypek. Spodziewała się, że Chipswick go dekapituje albo przetnie na pół, a tu co? Aż żałowała, że sama się z nim nie rozprawiła i to już dawno.
Chipswick przewrócił się ze zmęczenia, a siekiera opadła na ziemię z hukiem. Cedrick przestał skakać i zaczął iść w stronę ogra, który patrzył na niego z niewymownym strachem. Wszyscy spodziewali się, że niziołek zabije go, ale Cedrick, tylko stanął przed nim i, wymierzywszy ostrze szpady w jego gardło, zapytał:
– To co, panie Chipswick? Przeprosi pan, tę elfkę za to wszystko, co pan o niej mówił?
– T-tak – wyjęczał Chipswick.
– To do dzieła, panie Chipswick – odparł Cedrick i schował szpadę.
Na czworakach Chipswick podszedł do elfki, podniósł wzrok i z niechęcią wycedził przez zęby słowa:
– Przepraszam, Winifred, że nazwałem cię elfuchem.
Nareszcie Cedrick poznał jej imię. Winifred. Całkiem ładnie.
Winifred przez chwilę nie wiedziała, co zrobić i czy powinna być wdzięczna niziołkowi, czy nie. Czuła satysfakcję, że teraz Chipswick klęczał przed nią i ją przepraszał, ale jednocześnie możliwe, że w gospodzie zaczną myśleć, że potrzebny jej jest mężczyzna; że sama nie potrafi się bronić. Zawsze była samodzielna, musiała zmagać się ze wszystkim i wszystkimi. Tylko raz ktoś musiał ją uczyć walki i nie tylko, ale dzięki temu mogła sobie poradzić i była w stanie przeżyć. A teraz pojawił się ten niziołek i zawalczył o jej honor. Co za wstyd!
Wszyscy gapili się na nią bardzo natarczywie. Czekali na to jak zareaguje na klęczącego przed nią Chipswicka. Bez słowa pogłaskała go po głowie jak psa. Następnie wróciła do barmana, nawet nie spoglądając w stronę Cedricka. Walka się skończyła, więc po chwili wszyscy powrócili do swoich stolików, a sam zwycięzca do miejsca obok Winifred. Tylko dwóch ogrów zabrało poszkodowanego ziomka do szpitala.
Cedrick usiadł na swoim poprzednim miejscu i, ośmielony swoim zwycięstwem, odezwał się grzecznie do Winifred:
– Witam panią.
Spojrzała na niego z niezadowoleniem, co sprawiło, że nagle stracił pewność siebie. Czyżby zrobił coś nie tak?
– Jestem Cedrick van Hooven – przedstawił się, mając nadzieję, że zainteresuje ją tym, ale Winifred tylko siedziała i piła powoli piwo. Cedrick nie zamierzał się poddawać. – Tamten ogr nazwał panią Winifred. Może zechciałaby pani…
– Słuchaj, no pan – odezwała się wreszcie do niego z lekkim poirytowaniem. – Nie interesują mnie miniaturki.
Te ostre słowa uderzyły w niego jak grom. Jego serce zabolało go i stało się nagle ciężkie jak ołów. Nie spodziewał się, że po walce o jej honor zostanie tak potraktowany. Ale z drugiej strony, mógł się tego spodziewać. Elfy nie przepadały za niziołkami, miały o nich pewne wyobrażenie – nie przystające do rzeczywistości, ale jak najbardziej zrozumiałe. A ta pani mogła uznać jego zachowanie za coś niestosownego. Jednakże wciąż jej reakcja – zwłaszcza po tym, co przed chwilą zaszło – wydawała mu się przesadzona.
Cedrick odrobinę odsunął się od elfki, zapytał barmana o ceny pokoi i o to, gdzie mógłby dziś spędzić noc. Tym razem od razu otrzymał odpowiedź. Po krótkim namyśle postanowił wziąć pokój na samym dole.
Łóżko było twarde, a całe pomieszczenie śmierdziało potwornie i było strasznie zimno, jednak to nie stan jego pokoju sprawił, że ta noc była dla Cedricka van Hoovena tak okropna. Nie potrafił zapomnieć o elfce i jej okrutnych słowach. Większość kobiet byłaby zachwycona tym, że mężczyzna broni ich, kiedy ktoś źle do nich odezwie. Może po prostu Cedrick spędzał zbyt dużo czasu wśród klasy średniej i wyższej, aby zrozumieć kobiety z marginesu. Chociaż próbował to sobie tłumaczyć na różne sposoby, nie potrafił sprawić, aby jego złamane serce przestało go boleć. Może to też przez to, że często słyszał docinki dotyczące jego rasy, a mimo to zdarzały się takie, których nie potrafił zapomnieć.
Chciał zasnąć, chciał już nie myśleć o tej przykrej sprawie, ale nie mógł. Elfka Winifred zadomowiła się w jego myślach i wydawało się, że na zawsze tam pozostanie. A on miał jeszcze trochę do zrobienia w tym mieście. Być może następnego dnia będzie lepiej. Być może, jeśli skupi się na pracy i pójdzie dalej, nie będzie myśleć o tym, co się dzisiaj wydarzyło. Miał taką nadzieję. Przecież jedna kobieta nie była warta takich mąk. Prawda?
Ale czasu nie dało się zmienić. Ani tym bardziej biegu wypadków, które miały nadejść.

Miłość van Hoovena – o czym to jest?

Pomyślałam, że powinnam już zacząć przesyłać tutaj swoją książkę, tak jak pierwotnie zamierzałam. Jednakże zanim pojawi się na moim blogu pierwszy rozdział, dobrze byłoby wyjaśnić wam, o czym jest Miłość van Hoovena, żebyście wiedzieli, czy chcecie to przeczytać, czy nie. Wszak nawet książki w księgarniach mają z tyłu krótkie wprowadzenie, które ma zachęcić czytelnika do sięgnięcia po tę właśnie pozycję. A Miłość van Hoovena ma to do siebie, że ma niecodzienne miejsce i czas akcji, przynajmniej dla niektórych obeznanych z gatunkiem.

Zacznijmy od tego, że jest to fantastyka, ale fantastyka nie osadzona w około średniowiecznych realiach, tylko tak zwane Gaslight Fantasy. Gaslight Fantasy jest tym dla fantastyki, czym Steampunk dla science-fiction. Oba te gatunki literackie mają to do siebie, że dzieją się w realiach dziewiętnastowiecznych, a czasem się nawet przenikają. Po wybrukowanych kamieniem drogach oświetlonych lampami na gaz/olej poruszają się dorożki, mężczyźni chodzą we frakach i surdutach, z cylindrami na głowach i laskami w rękach, a kobiety również ubierają się w kreacje typowe dla tego okresu (chodź niekoniecznie są to krynoliny). Jednakże w Steampunku mamy jeszcze technologię parową, a w Gaslight Fantasy magię i typowo „fantastyczne” rasy (elfy, krasnoludy, orki itd.). Idealnym przykładem obu tych gatunków jest gra Arcanum (jeśli nie grałeś, czytelniku, zagraj; to jedna z najlepszych gier świata).

Moja książka to (jak można się domyśleć z tytułu) romans. Na początku miała to być lekka, łatwa i przyjemna opowieść o tym jak niziołek Cedrick van Hooven zakochuje się w elfiej złodziejcie, Winifred, i próbuje zdobyć jej serce. Potem jednak doszedł pomysł, aby w społeczeństwie, w którym żyją oboje, pojawił się „fantastyczny” rasizm. Otóż, elfi imigranci mieli być tam ofiarami ksenofobii, nizołki miały być wyśmiewane i uważane za parweniuszy, a krasnoludy miały być niewolnikami sprowadzanymi z Ziem Dzikich do kopalń. Później doszedł pomysł, aby ojczyzna elfów była rządzona przez dyktatora, a w państwie, w którym żyją Cedrick i Winifred, działali abolicjoniści. A także wiele, wiele innych elementów dotyczących świata przedstawionego.

Tak więc Miłość van Hoovena ma dwa główne wątki: wątek miłości między niziołkiem i elfką, oraz wątek społeczeństwa, w którym żyją i które patrzyłoby na ich związek krzywo. Starałam się je ze sobą wyrównać, aby romans nie okazał sie zbyt ckliwy. Miłość van Hoovena napisana została dobre pięć lat temu i w tym czasie zdążyłam parę rzeczy dodać, parę odjąć, a parę zastąpić innymi. Wersja, którą wam prześlę, jest raczej ostateczna, więc nie przewiduję żadnych zmian. Jakiś czas temu napisałam również opowiadanie nawiązujące do pewnych zadrzeń z Miłości van Hoovena i nie wykluczam, że w przyszłości napiszę też inne powieści i opowiadania osadzone w tym uniwersum.

Prolog pojawi się jutro, ewentulanie pojutrze. Postaram się publikować nowe rozdziały systematycznie, na przykład we wtorki.