Artykuł: Najbardziej ikoniczny czarny charakter Hanny Barbery… i jego pies

Niedawno miał swoją premierę najnowszy film ze Scooby’m Doo – Scoob! – który z jednej strony stanowił origin story gangu Scooby’ego, a z drugiej widać było, że Warner Brothers próbował nim rozpocząć kolejne łączone filmowe uniwersum, tym razem z postaciami z kreskówek Hanny Barbery. Jednocześnie film miał jednak trochę serducha, zwłaszcza jeśli chodzi o relacje między Scooby’m i Kudłatym. Właściwie to właśnie ta przyjaźń między chłopcem a jego psem jest punktem wyjścia tej historii i Scooby’emu i Kudłatemu przeciwstawione są dwie pary „chłopców i ich psów” z wytwórni Hanny Barbery. Pierwszą parą jest superbohater Blue Falcon i jego partner, cybernetyczny pies Dynomutt, a drugą – Dick Dastardly i jego partner w zbrodni, Muttley.

I też właśnie Dick Dastardly wydaje się być w Scoobie! największym zaskoczeniem. Po pierwsze dlatego, że Scooby Doo i jego gang nigdy wcześniej nie walczyli z Dastardly’m i Muttley’m (co najwyżej Scooby brał udział w Laff-A-Limpics, stając przeciwko ich substytutom). Po drugie – Dick Dastardly jest w tym filmie nadzwyczaj kompetentny, biorąc pod uwagę to, że przez lata należał on do tego typu czarnych charakterów, którego niecne plany mściły się na nim boleśnie ku uciesze (i sympatii) widza. Po trzecie wreszcie – naczelną motywacją Dastadly’ego było nie tyle zdobycie wielkiego bogactwa spoczywającego w greckich Podziemiach, co uratowanie uwięzionego w nich Muttley’a. To właśnie ten ostatni punkt zwrócił moją uwagę najbardziej, ponieważ wychowawszy się na Odlotowych wyścigach i Dastardly’m i Muttley’u, nie myślałam, że mogłoby mu zależeć na swoim psim kompanie, a jednak ich relacja przedstawiona została bardzo wiarygodnie.

Czując pewien niedosyt, postanowiłam przypomnieć sobie Odlotowe wyścigi oraz Dastardly’ego i Muttley’a, a także zapoznać się z innymi kreskówkami Hanny Barbery, w których Dick Dastardly i jego psi kompan grają jakieś większe role. Przy okazji miałam okazję przyjrzeć się temu, jak relacje między Dastardly’m i Muttley’m się rozwijały od lat sześćdziesiątych XX wieku, aż do czasów współczesnych; oraz odkryć te postacie na nowo.

Czytaj dalej „Artykuł: Najbardziej ikoniczny czarny charakter Hanny Barbery… i jego pies”

Artykuł: Mój list miłosny do Diodaka

Kiedy pisałam materiał o reboocie Kaczych Opowieści, zastanawiałam się przez dłuższy czas, czy wspomnieć o pewnych obawach, jakie miałam w związku z nim. Ostatecznie usunęłam fragment im poświęcony, ale obawy pozostały. Teraz być może nadszedł czas, aby się wreszcie nimi podzielić.
Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą, moją ulubioną postacią w Kaczym Uniwersum jest Diodak. Diodak był pierwszym fikcyjnym bohaterem, do którego czułam zauroczenie; był też moim pierwszym zetknięciem z motywem nieco roztargnionego, szalonego naukowca; był jedyną postacią w wówczas nielubianym przeze mnie Kaczorze Donaldzie, którą lubiłam. Po latach, kiedy przekonałam się do disnejowskich kaczek i zainteresowałam się nie tylko Darkiwng Duckiem i Kaczymi Opowieściami, ale również oryginalnymi komiksami, poznałam również Diodaka komiksowego i tym bardziej go polubiłam.
Tak więc nic dziwnego, że kiedy pojawiły się pierwsze opisy postaci rebootu, skupiłam się na opisie mojej pierwszej fikcyjnej miłości… i wtedy właśnie pojawił się niepokój, a spowodowany został przez to zdanie:
 

You’ll notice Scrooge’s in-house mad scientist has gotten a fairly hipster makeover, but neither his wild inventions nor vocal exclamations (by Community’s Jim Rash) are any less manic.

Kiedy pierwszy raz przeczytałam słowo „hipster”, pomyślałam sobie, że ten nowy Diodak będzie właśnie tym – hipsterem. I choć dalsza część zdania sugeruje, że nie mam się czym martwić, to jednak zaczęłam się zastanawiać: skoro twórcy rebootu zmienili charaktery Ptasi, Pani Dziobek i trojaczkom (a i po słynnym skąpstwie Sknerusa na razie ani śladu), co jeśli uwspółcześniony Diodak będzie stereotypowym geekiem? Fakt, że niedawno zaczęłam znowu czytać komiksy z Diodakiem, uświadomił mi kilka rzeczy na temat jego postaci; rzeczy, których nie chciałabym, aby były porzucone przez reboot Kaczych Opowieści.
Ostatnimi czasy często stykam się z frazą love letter (list miłosny) jako określeniem na utwór będący wyrazem uznania dla jakiejś epoki, dzieła kultury albo postaci fikcyjnej. Pozwólcie więc, że ten artykuł będzie moim listem miłosnym do Diodaka.

Zacznijmy od tego, że Diodak reprezentuje sobą motyw naukowca, którego właściwie dzisiaj się w popkulturze nie spotyka – nieco zakręconego, nieco roztrzepanego, nieco oderwanego od przyziemnego świata naukowca, którego dom pełen jest dziwacznych, nieraz mało praktycznych wynalazków. Nieraz są to postaci poboczne, tylko wspomagające głównych bohaterów swoimi wynalazkami i ekspertyzą; a czasem porywane przez antagonistów, aby ci wykorzystali ich geniusz do własnych, niecnych celów. Kojarzycie na pewno ten typ.
Diodak od początku pomyślany był właśnie jako taka postać. Żyroskop Luźnazębatka (bo tak tłumaczy się jego imię – Gyro Gearloose – w oryginale) po raz pierwszy pojawił się w Walt Disney’s Comics and Stories, numerze 140; w komiksie, w którym Donald i jego siostrzeńcy śledzą Gogusia – niesamowicie szczęśliwego, a przy tym zadufanego w sobie kuzyna Donalda – aby dowiedzieć się, co jest źródłem jego szczęścia. Znajdują listę zakupów Gogusia i udaje im się zaobserwować, że splot zdarzeń sprawia, że w trakcie wędrówki ulicą znajduje on pozycje z tej listy. Wtem, pojawia się za zakrętem dziwna postać, skacząca na pogo. Tą postacią jest właśnie Diodak, a jego spotkanie z Gogusiem i jego pierwszy dialog przebiega tak:
Właściwe przedstawienie Diodaka zachodzi w następnym numerze Walt Disney’s Comics and Stories, gdzie siostrzeńcy Donalda zostają jego asystentami, a Donaldowi się to nie podoba. Tam dowiadujemy się, że Diodak jest, co prawda, wynalazcą, ale nie traktuje się go poważnie, bo jego dotychczasowe wynalazki nie są zbyt praktyczne. Z czasem w komiksach Diodak stanie się kimś, do kogo przychodzi cały Kaczogród, gdy potrzebuje jakiegoś ciekawego wynalazku… ale też będą sytuacje, w których cały Kaczogród nie będzie z tych wynalazków zadowolony, mniej lub bardziej słusznie.
Donald potrzebuje czegoś na myszy panoszące się po skarbcu Sknerusa? Idzie do Diodaka i dostaje wosk, który nie przepuszcza niczego i nikogo. Sknerus prosi wynalazcę, aby znalazł tanie źródło energii? Diodak postanawia poeksperymentować z siłą odrzutu kichnięcia. Babcia Kaczka ma problemy z umyciem krów? Wzywa Diodaka, a on tworzy do tego celu specjalny latający spodek. Kiedy mieszkańcy Kaczogrodu mają jakiś problem, bardzo często udają się z nim do Diodaka. A to dlatego, że Diodak wydaje się zrobić prawie wszystko: od studni z życzeniami, poprzez samochód napędzany głaskaniem kota, aż po wielkiego kurczaka, który zjada złoto i je pomnaża (że nie wspomnę też o tych wszystkich wehikułach czasu i rakietach kosmicznych, które Diodak trzyma w warsztacie). Niezależnie od tego, co klient sobie zażyczy i jaki kłopot trapiłby akurat wynalazcę, Diodak zawsze wymyśli jakieś rozwiązanie. Ba – zdarzyło się nawet, że on i Donald byli sami na bezludnej wyspie i musieli znaleźć sposób, aby wezwać pomoc, i to właśnie wynalazczość Diodaka uratowała ich przed pewną śmiercią.
Wynalazki jednak jak to wynalazki – nie zawsze działają tak jak trzeba albo jakby tego sobie życzył klient. Czasami jest to wina konceptu (na przykład samochód napędzany podkręconym kilkakrotnie napędem na wiewiórki nie będzie miał hamulców). Czasami jakiś wynalazek zadziała dobrze… ale w złym momencie (na przykład robot-ratownik zareaguje na wołanie o pomoc ludzi jeżdżących na rollercoasterze). A czasem zadziała aż za dobrze i Diodak zda sobie sprawę z tego, jak poważne konsekwencje niesie ze sobą, na przykład, całkowita automatyzacja Kaczogrodu. Dlatego też nieraz jego klienci okazują wynalazcy swoje niezadowolenie, a bywa że robią to w sposób bardzo agresywny. Komiks Fail Guy jak dotąd przedstawia tę agresję najbardziej dobitnie. Tam Diodak buduje swojego mechanicznego sobowtóra specjalnie po to, aby jego klienci wyżywali się na robocie, a nie na jego twórcy.
Diodak zdaje się być przede wszystkim wynalazcą. Wynajdowanie różnych maszyn jest nie tylko jego sposobem na płacenie rachunków, ale też jego pasją i sensem życia. Kiedy mieszkańcy Kaczogrodu myślą o Diodaku, myślą: wynalazca, złota rączka, gadżeciarz. Dodajmy też, że wprowadzony później do Kaczego Uniwersum dziadek Diodaka, Zębatka (w innych tłumaczeniach: Newtoniusz) był mechanikiem na statku Sknerusa McKwacza, zaś ojciec wynalazcy, Fulton, zajmował się naprawianiem różnych rzeczy dla Kaczogrodzian. Co więcej, Don Rosa w komiksie na pięćdziesięciolecie powstania wynalazcy, Pierwszym wynalazku Diodaka, wkłada w usta Fultona takie słowa: „(…) mam jednak nadzieję, że zostanie kimś więcej niż złotą rączką, tak jak ja, czy mechanikiem, jak mój ojciec! Diodak… ma pomysły! I to wielkie!” Można więc wywnioskować, że Diodak nie tylko przez całe życie obracał się wokół maszyn i przeróżnych mechanizmów, ale też mógł odczuwać presję, aby udowodnić dwóm pokoleniom swojej rodziny, że jest kimś więcej niż tylko facetem, który naprawia różne rzeczy. A następne pokolenia – poczynając od siostrzeńców Donalda i siostrzeńca samego Diodaka, Megajonka, a na Kaczogrodzianach w dalekiej przyszłości skończywszy – uznają Diodaka za największego wynalazcę w dziejach.

Skoro jednak całe miasto widzi w nim przede wszystkim wynalazcę i naprawiacza, może czasem Diodak zastanawia się, czy czasem ta rola nie została mu narzucona z zewnątrz? Może czasem – zwłaszcza w zetknięciu się z agresją i niewdzięcznością klientów, kiedy coś pójdzie nie tak – Diodak ma już dość i marzy o wykonywaniu innego zawodu?

I tutaj wkraczają oryginalne Kacze Opowieści. Tam Diodak był zazwyczaj postacią bardzo poboczną, ale znalazł się jeden poświęcony mu odcinek – Sir Diodak z Maszylandii. Jego fabuła zostaje wprawiona w ruch przez tłum zniecierpliwionych klientów oczekujących, że ich „złota rączka” (czy „gadżeciarz”, jak to jest w nowszym tłumaczeniu Kaczych Opowieści) wszystko im naprawi, najlepiej jak najszybciej. Diodak jest wyraźnie zestresowany i czuje się niedoceniany przez Kaczogrodzian, a kiedy zostaje okrzyczany przez pewną dziewczynę, której nie zdołał naprawić tostera, w końcu mówi do Hyzia, Dyzia i Zyzia, że w innych czasach byłby kimś poważanym. Ta refleksja sprawia, że następnego dnia, kiedy chłopcy sprawdzają co u niego, Diodak prezentuje im wehikuł czasu i wkrótce wszyscy czterej przenoszą się w czasy króla Artusia i Kwamelotu.
Już wcześniej, przed wyruszeniem w przeszłość, Diodak dochodzi do wniosku, że chciałby zostać rycerzem. Jeszcze wrócę do tego, co wybór rycerstwa jako ścieżki kariery mówi nam o pragnieniach Diodaka, na razie jednak trzeba powiedzieć jedno: przez cały odcinek Diodak stara się nie wynajdować niczego i skupić się na byciu rycerzem. Owszem, konstruuje na poczekaniu wielką procę, aby uratować króla; używa cydru do pokonania smoka; a potem robi sobie specjalną podpórkę na kółkach, aby móc trzymać prosto lancę, ale koniec końców przybył do przeszłości, aby uciec od bycia „złotą rączką”, tak więc broni się przed robieniem wynalazków rękami i nogami. Jednakże to właśnie jego wynalazki sprawiają, że król Artuś jest zainteresowany nowym rycerzem, a mag Czarlin jest o niego zazdrosny. Ostatecznie jednak Diodak zostaje przekonany do tego, że rycerzem był kiepskim i że to właśnie jego geniusz inżynierski może uratować króla. Kiedy wraca wraz z siostrzeńcami Donalda do teraźniejszości, całuje swoje narzędzia i stwierdza, że lubi być „złotą rączką”.
 
Sir Diodak z Maszylandii pokazuje coś, co pojawia się od czasu do czasu w komiksach, a mianowicie sytuację, w której Diodak postanawia nic nie wynajdywać… po czym wkrótce jakieś zdarzenie sprawia, że jego umysł zaczyna rozmyślać nad stworzeniem jakiejś maszyny. To dlatego, że – tak jak zauważył wcześniej ojciec naszego bohatera – Diodak ma głowę pełną pomysłów. Jego mózg zawsze jest w ruchu i kiedy tylko napotyka jakiś problem, próbuje znaleźć dla niego rozwiązanie. Co więcej – w jego domu powywieszane są przeróżne tabliczki z napisami w  stylu: „Cii, geniusz myśli.”, albo: „Cii, geniusz przechadza się.” I też sam Diodak wielokrotnie stwierdza bez ogródek, że jest geniuszem, ale robi to bez zadęcia, więc nie można powiedzieć, aby był zadufany w sobie. Poza tym Emil Orzeł – dyżurny zły supergeniusz komiksów Disneya – zawsze próbuje ukraść Diodakowi wynalazki. Dlaczego? Bo wie, że Diodak zawsze będzie od niego lepszy (poza tym łatwiej jest ukraść rywalowi własność intelektualną niż samemu coś zbudować).
I tutaj dochodzimy do charakteru Diodaka. Bowiem poza tym, że jest on wybitnym wynalazcą, jest również przemiłą osobą. Zawsze chce pomagać, zawsze jest uprzejmy, a jego wynalazki są zawsze tanie. Większość jego maszyn służy ułatwieniu ludziom życia (jak maszyna do robienia mleka, jajek i zboża z brudu, która w założeniu miała sprawić, że Babcia Kaczka miałaby mniej do roboty), umileniu go (jak specjalny plac zabaw z nietypowymi karuzelami), czy nawet chronieniu go (jak sprej odstraszający niedźwiedzie). Ten pomysł z pełnym zautomatyzowaniem Kaczogrodu? Przyszedł Diodakowi do głowy tylko dlatego, że uważał, że Kaczogrodzianie marnują cenną energię. Nie przypominam sobie też, aby Diodak kiedykolwiek zbudował jakąś broń. Nawet jego patenty dla wojska nie są bronią, tylko czymś, co ma pomóc żołnierzom w przemknięciu za linię wroga (jak sprej na niewidzialność) albo zmniejszyć straty (jak promień miniaturyzujący pociski rakietowe).
Jednakże często wynalazek może zostać użyty do złych celów. I też wielokrotnie zdarzyło się, że coś, co stworzył Diodak, wpadło w nieodpowiednie ręce i wykorzystano je do zbrodniczych celów. Najczęściej te nieodpowiednie ręce należały do Braci Be, ale dwa razy wynalazca został porwany przez przestępców obserwowanych przez Myszkę Mickey i Goofy’ego, i zmuszony do tego, aby coś dla nich zbudować.
I tu warto zaznaczyć pewną rzecz: Diodak nie jest zbyt muskularny ani nie wydaje się zbyt skory do bitki. Ze świecą szukać komiksu czy odcinka, w którym Diodak używałby przemocy wobec żywej istoty. Poza tym, jak już wspominałam wyżej, w Fail Guy Diodak właściwie pozwala, aby jego niezadowoleni klienci się na nim wyżywali. Zresztą nie chodzi tylko o fizyczną samoobronę – Sknerus McKwacz lubi korzystać z usług Diodaka, bo Diodak nie ma za grosz zmysłu biznesowego (za przejażdżkę wehikułem czasu policzył jak za bilet autobusowy), więc łatwo sprawić, że użyteczny dla Sknerusa wynalazek nie będzie nic kosztował. Jest nawet taka scena w Pierwszym wynalazku Diodaka, kiedy to Diodakowi udało się właśnie przenieść majątek Sknerusa z jaskini z powrotem do skarbca i przyszedł czas, aby panowie się rozliczyli. Diodak wylicza więc wszystkie koszta, które poniósł (wynajęte ciężarówki, kierowcy ciężarówek i gaz wynaleziony przez Diodaka), a Sknerus – w typowy dla siebie sposób – odmawia pokrycia kosztów i w rezultacie wypłaca wynalazcy tylko sto dolarów. Podczas gdy Wolframik przechyla się w stronę bogacza, okazując swoją dezaprobatę, Diodak nie walczy o swoje, tylko pozwala, aby ciężar kosztów spadł na niego.
Teraz przyjrzyjmy się znów Sir Diodakowi z Maszylandii. W teorii rycerz to wojownik, dzielny i żądny przygód, a przy tym kierujący się kodeksem honorowym. Kiedy Diodak mówi siostrzeńcom Donalda, że mógłby zostać rycerzem, dodaje przy tym: „Szlachetnym i odważnym!” Należy tu chyba nadmienić, że w serialu rzadko kiedy Diodak bierze udział w przygodach Sknerusa i reszty. Zazwyczaj jest tylko kimś, kto dostarcza wynalazki i stoi z boku. I wiele komiksów, w których Diodak współpracuje z Donaldem, Sknerusem lub Mickey’m, ogranicza jego rolę głównie do kogoś, kto dostarcza narzędzi do wyprawy, ale sam w tej wyprawie nie uczestniczy. Można więc uznać, że chęć Diodaka, aby zostać rycerzem wynika z tego, że Diodak chciałby być odważniejszy, silniejszy i bardziej waleczny; że chciałby brać udział w akcji, zamiast stać z boku, kiedy ta akcja ma miejsce.
Jednak kiedy król zostaje pojmany i wydaje się, że wszystko jest stracone, Czarlin mówi do Diodaka: „Rycerzy w zamku było kilka tysięcy i wszyscy zawiedli. Potrzeba nam czegoś ekstra.”, sygnalizując, że to nie sir Diodak ma uratować Kwamelot, tylko właśnie Diodak-wynalazca. Ostatecznie Diodak nie jest wojownikiem i nie musi nim być. Jego siła leży w jego umyśle (ale to przecież już przerabialiśmy).
Powróćmy do omawianego wcześniej Pierwszego wynalazku Diodaka. Kiedy Donald wchodzi po raz pierwszy do warsztatu Diodaka, ów warsztat jest tak zagracony, że kaczor potyka się o walającą się po podłodze puszkę, wypuszczając z rąk niesioną do naprawy lampę. Diodak na początku swojej drogi jest zbyt zajęty budowaniem wynalazków, żeby dbać o porządek, poza tym kapelusik z podręcznymi narzędziami mu spada przy większym pośpiechu. Później, pod koniec historii, kiedy Donald zagląda do nowego warsztatu Diodaka, dziwi się, że wszystko jest tam poukładane. To wszystko za sprawą Wolframika, małego przyjaciela i pomocnika wynalazcy, którego origin story opowiada właśnie Pierwszy wynalazek Diodaka.
Relacje między Diodakiem a Wolframikiem są przeurocze. Wolframik jest o wiele bardziej praktyczny od swojego twórcy i nieraz ratuje go z opałów. O wiele częściej również przechodzi do akcji, gdy trzeba coś zrobić. Nie ulega wątpliwości, że żaróweczka jest wobec Diodaka bardzo opiekuńcza i chce go chronić, zarówno przed niebezpieczeństwami stanowiącymi zagrożenie dla życia wynalazcy, jak i przed byciem wykorzystywanym przez Sknerusa. Diodak zaś uważa Wolframika za swój najwspanialszy wynalazek i najlepszego przyjaciela w ogóle.
Te relacje – wraz z safandułowatością wynalazcy – sprawiają, że Diodak w ogóle jest uroczy. Jednakże tym, co tę uroczość dopełnia, jest jego design.

Przez lata wygląd Diodaka się zmieniał. Na początku był nieco grubszy i miał dłuższy dziób. Nosił też czerwoną koszulę. Szopa na głowie, żółty kapelusz i okularki na dziobie jednak były już wtedy obecne. Z czasem dziób się zmniejszył, głowa zaokrągliła, a czerwoną koszulę zastąpiły biała koszula i czarna kamizelka z zielonymi paskami z tyłu. Kolorystyka się zmieniała, w zależności od tego kto rysował albo przedrukowywał historyjki z Diodakiem, ale jego wygląd stał się jednym z tych szeroko rozpoznawalnych.

Nie wiem jak Wam, ale mnie się wydaje, że design Diodaka wspaniale oddaje jego osobowość. Gniazdowate, niepoukładane włosy są jakby metaforą głowy pełnej kłębiących się pomysłów, żółty kapelusz świadczy jednak o tym, że Diodak potrafi je jakoś utrzymać w ryzach. Diodak jest naukowcem, jednak nie nosi białego kitla. Właściwie jego strój kojarzy się bardziej z takim staroświeckim zegarmistrzem, jakby zaznaczając, że pracuje on z trybami i trybikami, a do tego jest usługodawcą, a nie odludkiem. W końcu sylwetka – przygarbiona, chuderlawa, ale z lekkim brzuszkiem na dole – dopełnia wizerunku wynalazcy, który nie jest zbyt muskularny i całe dnie spędza w warsztacie.
I wiecie co? Nie lubię tego nowego designu Diodaka z rebootu. Długo się nad tym zastanawiałam i doszłam do wniosku, że najbardziej mi przeszkadza brak gniazda na głowie. Zamiast tego mamy nudną grzywkę, pasującą bardziej do któregoś członka rodziny Kaczorów. Cała reszta może być, bo jest w miarę w stylu Diodaka, ale ta szopa na głowie była chyba najbardziej unikalnym elementem jego wizerunku, a teraz się jej tak po prostu pozbyto?
Poza tym w reboocie Cyfron Liczypiórek (przyszły Robokwak) ma być stażystą u Diodaka, a więc jego pomocnikiem w laboratorium. Co w takim razie z Wolframikiem? Co prawda ma być, ale czy nadal będzie najlepszym przyjacielem wynalazcy, czy tę rolę ma spełniać Cyfron?
W komiksach Diodak był w szkole średniej miotaczem w drużynie bejsbolowej, i lubi sobie od czasu do czasu wyjść na ryby (rozrywka, którą lubią też Donald, Mickey i Goofy). Czy wyobrażacie sobie, aby dzisiejsze postaci naukowców lubiły wychodzić na świeże powietrze i spędzać kilka godzin nad jeziorem, aby złapać jakieś ryby? Albo uprawiać sporty (chociaż przez krótki czas)?
Ja nie upieram się, żeby Diodak w nowych Kaczych Opowieściach był kropka w kropkę taki sam jak w komiksach. Po prostu chcę, aby podczas uwspółcześniania go nie zrobiono z niego kogoś kim nie jest. Przed laty zakochałam się w lekko safandułowatym wynalazcy o dobrym sercu. Zakochałam się w postaci, która dała samoświadomej lampie Donalda rączki i nóżki, tworząc Wolframika. Zakochałam się w wariacie, który zbudował wehikuł czasu, aby przenieść się w czasie i zostać rycerzem. Zakochałam się w przemiłym, przeuroczym, przewspaniałym Diodaku.
Może nie mam się o co martwić. Przecież twórcy pokazali, że będą korzystać garściami z komiksów. Tak więc istnieje całkiem spora szansa na to, że będzie to ten Diodak, którego poznałam dawno temu, tylko z lekką aktualizacją. Czas pokaże, czy moja pierwsza fikcyjna miłość zostanie potraktowana z należytym szacunkiem.

Artykuł: Saitama i Mob – pokorni tytani

Uwaga! Tekst może zawierać spoilery do One Punch Mana i Moba Psycho 100.

W 2009 Japończyk o pseudonimie ONE zaczął publikować webcomic pod tytułem One Punch Man. One Punch Man opowiadał o perypetiach superbohatera imieniem Saitama, który jest tak potężny, że potrafi pokonać przeciwnika jednym ciosem, a mimo to pozostaje w cieniu innych superbohaterów i nawet uważany jest przez wielu ludzi za oszusta. Webcomic (choć rysowany kreską, która pozostawiała wiele do życzenia) zdobył taką popularność, że potem został zaadaptowany przez niejakiego Yusuke Muratę jako manga, a w 2015 roku doczekał się adaptacji animowanej.
W 2014 ONE zaczął publikować inny webcomic, który także został zaadaptowany jako anime. Mob Psycho 100 opowiada historię gimnazjalisty, Shigeo Kageyamy, nazywanego Mobem, który posiada zdolności parapsychiczne i próbuje trzymać je na wodzy, co jest o tyle trudne, że moce Moba związane są z jego emocjami, a okres dorastania i pojawiający się co chwila przeciwnicy przysparzają mu stresów.
Z pozoru tych dwóch bohaterów nie ma ze sobą zbyt wiele wspólnego. Jednakże przy bliższym poznaniu obu panów zauważymy, że (przynajmniej na razie) ONE – tak jak wielu twórców – ma pewien typ protagonisty, który przewija się w jego twórczości (choć nie można powiedzieć, że jest to bezmyślne powtarzanie sprawdzonej formuły). Pozwólcie więc, że opowiem Wam o Mobie i Saitamie.

Król Morza.
Zacznijmy od światów przedstawionych. W obu webcomikach mamy do czynienia z jakąś alternatywną rzeczywistością, w której w naszym świecie mają miejsce dziwne wydarzenia. W przypadku One Punch Mana są to pojawiające się w wyniku zanieczyszczeń (ale nie tylko) tak zwane „tajemnicze byty” – wielkie potwory, które są albo jakimiś zmutowanymi zwierzętami, albo ludźmi. Co więcej – do walki z tymi tajemniczymi bytami zostało powołane Stowarzyszenie Bohaterów, organizacja bardzo hierarchiczna i biurokratyczna w swej strukturze (choć nie pozbawione dobrych ludzi). Mimo że akcja dzieje się w Japonii, miasta, zamiast nazw, mają przydzielone litery alfabetu, tak więc jest Miasto A, Miasto B, a także najczęściej napadane przez tajemnicze byty Miasto Z, w którym mieszka Saitama.
Nawiązanie do „One Punch Mana” w „Mob Psycho 100”
– Tatsumaki Tornado.
Miasto, w którym żyje Mob, wydaje się również być osadzone w Japonii, jednak pełne jest złych duchów i tak zwanych esperów – osób o zdolnościach postrzegania pozazmysłowego (określenie wywodzące się od zwrotu ESP – Extra Sensory Perception)… chociaż w przypadku tego świata esperzy mają różne moce, od telekinezy i pyrokinezy po tworzenie iluzji i władanie roślinami (wszyscy jednak widzą duchy). I choć w One Punch Manie mamy również esperów w postaci sióstr Tatsumaki i Fubuki, próżno szukać w Mob Psycho 100 tajemniczych bytów, nie mówiąc już o Stowarzyszeniu Bohaterów. Ponadto miasto, w którym mieszka Shigeo Kageyama, nazywa się Seasoning City (Miasto Przypraw) i pełne jest gimnazjów o nazwanych właśnie związanych z przyprawami (na przykład Mob i jego brat, Ritsu, chodzą do Gimnazjum Soli). Wychodzi więc na to, że webcomiki nie dzielą ze sobą uniwersum.
Coś, co wydaje się dość interesujące, to to, że przeciwnicy, zarówno Saitamy, jak i Moba, przeważnie mają o ludziach bardzo niskie mniemanie i chcą ich albo zniszczyć, albo sobie podporządkować. Ponadto są to bardzo potężni antagoniści, którzy potrafią zdziesiątkować całe zastępy superbohaterów i esperów, i właściwie ostatecznie to właśnie Saitama i Mob mają dość siły, aby ich pokonać (chociaż poszczególne postaci poboczne też są w stanie zadać kilka celnych ciosów i osłabić przeciwnika i jego zastępy podwładnych). Saitama mierzył się, między innymi: z potworami z podziemi, z eksperymentami pewnego szalonego naukowca, z Królem Morza, z kosmitami, z człowiekiem, który postanowił przerzedzić szeregi Stowarzyszenia Bohaterów i stać się potworem; i ze Stowarzyszeniem Potworów. Mobowi zaś zdarzyło się walczyć: z duchem, który założył własną sektę, posługując się mocą władania nastrojami; z aroganckim esperem z sąsiedniej szkoły, z organizacją esperów, dążącą do przejęcia władzy nad światem; i z duchem espera, pożerającym inne duchy, który opętał pewną dziewczynę. Wielokrotnie też zdarzało się, że przeciwnicy Saitamy i Shigeo mają pewien określony pogląd na świat i bohaterowie muszą go skonfrontować ze swoimi wartościami… ale o tym potem.
Saitama pokonuje pierwszego potwora.
Przyjrzyjmy się teraz sytuacji życiowej obu protagonistów. Saitama to młody mężczyzna, który pewnego dnia, w drodze na rozmowę o pracę, stanął w obronie chłopca, zaatakowanego przez potwora i pokonał go kilkoma sprawnymi ruchami. Emocje, jakie poczuł podczas walki, sprawiły, że Saitama postanowił zostać superbohaterem. Ciężki trening i hartowanie ciała sprawiły, że po latach stracił włosy, za to stał się niesamowicie silny, zwinny i wytrzymały. Jest nam jednak zasygnalizowane, że ta moc ma swoją cenę, nie tylko bowiem łatwe zwycięstwa sprawiają, że pragnący wyzwań bohater popada w apatię, ale też najwyraźniej nie jest już człowiekiem. Tak jak wielu ludzi w uniwersum One Punch Mana, z powodu zanieczyszczeń stał się potworem. Pokonany przez niego naukowiec (który zamierzał sztucznie przyspieszyć ludzką ewolucję i pozbawić ją wszelkich limitów) z potyczki z Saitamą wyciągnął wniosek, że Bóg nie bez powodu stworzył ludzi ograniczonymi – wiedział bowiem, że człowiek, który osiągnąłby wielką moc i przekroczył wszystkie limity, prędzej czy później oszalałby.
Ponadto wielkie czyny Saitamy przez większość czasu nie są zauważane, a jeśli już, to przeważnie ludzie albo uważają go za oszusta, albo mu nie ufają, albo go po prostu nie lubią. Czasem wynika to z jakiegoś nieporozumienia (jak wtedy, kiedy został uznany za członka grupy terrorystycznej, która pełna była łysych mężczyzn), czasem stąd, że Saitama zapobiegł jakiemuś większemu nieszczęściu, ale spowodował jednak jakieś szkody (kawałki zniszczonego przez niego meteoru spadły na domy mieszkańców), a czasem jest to decyzja samego superbohatera. I tutaj dochodzimy do ważnej cechy charakteru Saitamy.
„Posłuchajcie! Nie zajmuję się tym całym bohaterstwem,
abyście mnie podziwiali. Robię to, bo to lubię.”
Saitama nie dba jakoś szczególne o to jak go widzą inni. No dobrze, może i zajście z łysymi terrorystami sprawiło, że musiał stawić czoło temu, że przez dłuższy czas pomagał mieszkańcom miasta, a nikt go nie kojarzy, ale jego zatroskanie tym faktem nie wynika z próżności czy pragnienia chwały – jego anonimowość właśnie stała się przeszkodą w jego pracy superbohatera. Jest to więc bardzo poważny problem. Jednakże wielokrotnie Saitama wybiera tę anonimowość – a nawet wrogość ze strony otoczenia – dla dobra innych. Jeden z przywódców Stowarzyszenia Bohaterów pragnie upokorzyć policję, która pozostaje w cieniu Stowarzyszenia, i zwleka z przesłaniem posiłków przeciwko potworowi, dopóki komendant nie będzie go błagał? Saitama mówi: „Ani bohaterowie, ani policja, nie robią tego, co robią, bo ktoś ich błaga.” i najpierw rozprawia się z potworem, a potem, w przebraniu policjanta, pokazuje się z nim opinii publicznej. Jakiś obserwator walki bohaterów z Królem Morza stwierdza, że skoro Saitama pokonał go jednym ciosem, to ci, którzy walczyli wcześniej, nie byli znowu tacy twardzi; i – co gorsza – inni ludzie zaczynają się z nim zgadzać? Saitama mówi głośno: „Jak to dobrze, że inni bohaterowie zmęczyli tego potwora. Będę mógł teraz przypisać sobie ich zasługi.”, tym samym robiąc z siebie wyrachowanego oszusta byle tylko jego koledzy – którzy odnieśli w tej walce poważne rany – nie stracili twarzy. Nawet fakt, że większość jego bohaterskich czynów jest przypisana pewnemu człowiekowi, nie wydaje się jakość Saitamę szczególnie martwić i oferuje temuż człowiekowi swoją przyjaźń.
Sytuacja Moba jest nieco inna. Jak już wspominałam, jest on gimnazjalistą. Mieszka z rodzicami i młodszym bratem, Ritsu; chodzi do szkoły, podkochuje się w koleżance z klasy i pracuje u niejakiego Reigena Arataki, doradzającego ludziom, którym wydaje się (czasem słusznie, czasem nie), że mają problemy z duchami i złymi mocami. Przede wszystkim jednak moce Moba są prawie zawsze na widoku – wielu ludzi wie, że jest on esperem, a ponieważ świat przedstawiony jest ich pełen, nikt się temu nie dziwi. Natomiast sam Mob stara się nie korzystać ze swoich mocy za bardzo i unika używania ich przeciwko ludziom. Wynika to z tego, że kiedy był młodszy, został wraz z bratem napadnięty przez grupkę wyrostków, stracił przytomność, a kiedy się obudził, zastał swoich napastników nieprzytomnych, a Ritsu – w kałuży krwi. Od tego czasu Mob jest więc przerażony samym sobą i tym, co mogą zrobić jego moce. Dodajmy też, że w pewnych momentach w webcomiku i anime jesteśmy informowani o tym, że zachodzi sytuacja, w której Mob jest bliski o ileś tam procent do tego, aby jakaś emocja wzięła nad nim górę. Kiedy Mob osiąga 100 procent, a tą emocją jest gniew albo wrogość, chłopak staje się iście niszczycielską siłą. Wtedy dochodzi nawet do tego, że jakaś inna osobowość przejmuje nad nim kontrolę.
Wielu ludzi mówi mu, że bycie esperem czyni go wyjątkowym i że powinien częściej używać swoich mocy. W pewnym momencie czytelnik (albo widz) ma wrażenie, że Mob dołączy do Klubu Telepatów, jednak decyduje się raczej dołączyć do Klubu Doskonalenia Ciała, ponieważ chce poprawić swoją kondycję. Po części jest to związane z chęcią przypodobania się dziewczynie, a po części – z samodoskonaleniem się. Tak czy inaczej, Mob nie uważa się za lepszego z powodu swoich mocy i przeciwstawia się poglądowi, że esperzy muszą podporządkować sobie ludzi bez mocy. Jeśli już musi walczyć, to tylko w obronie ludzi, na których mu zależy… a i tak co rusz chce przy tym przekonać swoich przeciwników, że ich postawa jest błędna. Co więcej – dość często mu się to udaje. Mob ma też bardzo dużo empatii dla duchów, które nie są złe, tylko po prostu nieszczęśliwe.
„Dlaczego muszę bić też kobietę? Mój mistrz mówi, że
tylko przegrani biją kobiety.”
Co więcej – nieraz zdarza się, że Mob podczas walki płacze. Po raz pierwszy po tym jak budzi się po potyczce z Teru Hinazawą (esperem, który uważał, że wszystko mu się należy i że moce ma po to, aby wykorzystywać innych do swoich celów) i zdaje sobie sprawę, że siedzący w nim potwór zniszczył właśnie szkołę Teru, a jego samego pozbawił ubrania, włosów i godności. Drugi raz zachodzi w siedzibie organizacji, która porwała Ritsu (w którym niedawno obudziły się zdolności parapsychiczne), i Mob ubolewa nad tym, że jest zmuszony walczyć z kobietą, a przecież mężczyźni, którzy biją kobiety, to najgorsi z najgorszych. Za trzecim razem Shigeo płacze nad swoim przeciwnikiem, którego pragnie przekonać do porzucenia próby przejęcia władzy nad światem. W końcu czwarty (i jak dotąd ostatni) raz ma miejsce, kiedy Shigeo musi walczyć z kimś, kogo uważał dotąd za przyjaciela.
Mamy więc szukającego wyzwań supersilnego bohatera, którego zasług nikt nie dostrzega; i potężnego, wyróżniającego się z tłumu espera, który jest pacyfistą. Jeden jest dorosłym mężczyzną, próbującym związać koniec z końcem i lubiącym obniżki; drugi to nastolatek, szukający własnej drogi i próbujący się dopasować. Jeden polega na sile fizycznej i jest niesamowicie wytrzymały; drugi mdleje przy wzmożonym wysiłku. Jeden wydaje się nie mieć rodziny ani stałej pracy; drugi pracuje po szkole na pół etatu, a jego rodziców i brata możemy oglądać nie raz i nie dwa. Jeden jest w zasadzie samotnikiem z wyboru (przynajmniej na początku); drugi szuka wsparcia u swojego szefa. Jak więc widzicie, Drodzy Czytelnicy, tych dwóch bohaterów dzieli całkiem sporo.
Jednakże łączy ich o wiele więcej.
To podobieństwo, które najbardziej rzuca się w oczy, to fakt, że obaj są niesamowicie potężni. Patrząc na to, jak wielkimi mocami dysponują Saitama i Mob, zdajemy sobie sprawę z tego, że mogliby oni stanowić spore zagrożenie, gdyby byli złoczyńcami. Saitama ma siłę, która pozwala mu jednym ciosem zniszczyć lecący ku Ziemi meteoryt i powalić przeciwnika, który dla innych jest niepokonany. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby główny bohater One Punch Mana chciał użyć całej swojej mocy przeciwko jakiemuś biedakowi – byłby w stanie nie tylko zrobić z niego miazgę, ale też zapewne rozwalić połowę globu. A co by było, gdyby Mob nie tylko uwierzył, że jest kimś stojącym ponad nędznymi śmiertelnikami, lecz także nie trzymał na wodzy drzemiącego w nim niszczycielskiego alter ego?
Na szczęście obydwaj nie są tylko tytanami. Posiadają również pokorę, dzięki której wydają się najmilszymi i najbardziej sympatycznymi bohaterami w swoich seriach. Powody ich pokory mogą pochodzić z różnych miejsc – gdyż Saitamę nie obchodzi to, co inni o nim myślą, a Mob ma silnie zakorzenione przeświadczenie, że jego moc nie czyni go lepszym od innych, tylko jest jak każdy inny talent – jednakże w obu przypadkach ta pokora związana jest z pewnym poczuciem przyzwoitości. Saitama pozwala na to, aby opinia publiczna miała go za mięczaka i oszusta, aby inni, słabsi od niego, ale nie mniej godni szacunku ludzie zostali docenieni. Mob z kolei klęka przed pokonanymi przez jego brata młodocianymi gangsterami i prosi ich o wybaczenie (a dodajmy, że cała scena ma miejsce tuż po tym jak Ritsu wyznaje, że zawsze bał się Shigeo), ponieważ tak trzeba.
Jednocześnie obaj posiadają też współczucie. Saitama lubi bycie bohaterem i wielokrotnie pokazuje małymi i wielkimi gestami, że ma serce na właściwym miejscu. Raz odda pieniądze dziecku, które chciało w ten sposób nagrodzić go za jakiś bohaterski czyn (a w tamtej historii Saitama bezskutecznie próbował zdobyć drobne do automatu z napojami); kiedy indziej uratuje samobójcę przed skoczeniem z dachu. Ponadto jedna z sag One Punch Mana opowiada o człowieku imieniem Garou, który zbuntował się przeciwko Stowarzyszeniu Bohaterów, uznając ich za pewnych siebie hipokrytów, czyniących dobro tylko po to, aby być chwalonymi i podziwianymi przez tłum. Garou posyła wielu członków Stowarzyszenia do szpitala i jest ścigany przez resztę, zwłaszcza swojego dawnego mistrza, Banga. W pewnym momencie Stowarzyszenie Potworów proponuje nawet Garou członkostwo, o ile zabije pewnego małego chłopca. Po długiej i męczącej walce między oboma stowarzyszeniami – walce, która skończyła się przegraną potworów i Garou z ręki Saitamy – wielu bohaterów chce, aby złoczyńca został zabity. Saitama jednak zwraca uwagę na to, że przez cały czas Garou nie tylko nikogo tak naprawdę nie zabił, ale też starał się ocalić przed jakąkolwiek krzywdą chłopca, którego śmierć miała mu zapewnić miejsce w Stowarzyszeniu Potworów. Saitama pokazuje żądnym krwi bohaterom, że stojący przed nim złoczyńca nie jest tak do końca zły i nie zasługuje na śmierć.
O tym, że Shigeo Kageyama nie chce swoich mocy używać przeciwko ludziom i że jest w zasadzie pacyfistą, już wspominałam. Natomiast przy Mobie – nawet bardziej niż przy Saitamie – jest położony silny nacisk na wiarę w to, że ludzie są z natury dobrzy. Mogami – światowej sławy esper, który zmarł jakiś czas przed wydarzeniami z webcomiku – stał się złym duchem i opętał ciało młodej, bogatej dziewczyny. Jej zdesperowany ojciec wezwał na pomoc najsłynniejszych ekspertów od egzorcyzmów, w tym – szefa Shigeo, Reigena. Po wielu nieudanych próbach Mob dochodzi do wniosku, że najlepszym sposobem pokonania Mogamiego jest wejście do umysłu dziewczyny i wykurzenie go z jej ciała. Sam decyduje się na ten śmiały krok, a Mogami – widząc jego idealizm – postanawia uwięzić chłopaka w pułapce: Mob ma doświadczać swojego życia, jakby nie tylko nie był esperem, lecz także nie miał nikogo bliskiego. Ponadto dziewczyna, którą opętał Mogami pojawia się w tym wyimaginowanym świecie jako nowa uczennica i znęca się nad chłopakiem poprzez podburzanie przeciwko niemu reszty klasy dla zabawy (Mogami twierdzi, że robiła to dość często w swojej szkole). Mob żyje w tej mrocznej rzeczywistości przez pół roku (w umyśle dziewczyny jest to pół roku; dla ludzi na zewnątrz jest to kilka minut), a złoczyńca czeka na to, aż nastolatek się złamie, przekona o tym, że są ludzie, którym nie można pomóc (zwłaszcza opętana córka bogacza), i odegra się na swoich oprawcach. Mob jednak nadal się nie poddaje, nadal wierzy w to, że ludzie są dobrzy, a kiedy wreszcie pomoc przybywa, chłopak stwierdza, że całe to doświadczenie każe mu podziękować wszystkim bliskim przyjaciołom w jego życiu za okazane wsparcie. Wiara w to, że ludzie potrafią się zmienić na lepsze, znajduje potwierdzenie w tym, że kiedy dziewczyna zostaje uwolniona od Mogamiego i spotyka Moba zaraz po przebudzeniu, przytula go i przeprasza za to, co jej wersja w alternatywnej rzeczywistości mu zgotowała.
Zarówno Saitama jak i Mob zaczynają jako samotnicy (superbohater – niejako z własnego wyboru, a esper – z powodu bycia zbyt nieśmiałym i nie potrafiącym „czytać atmosferę”), potem jednak zyskują nowych przyjaciół i sojuszników, w miarę jak rozwija się akcja. I w obu przypadkach dość często wynika to z tego, że inni przekonują się o tym jak niesamowitymi postaciami są Saitama i Mob. Z czasem coraz więcej członków Stowarzyszenia Bohaterów zdaje sobie sprawę z tego, że „oszust” wcale nie jest oszustem, a nadto jeszcze posiada hart ducha i pewnego rodzaju mądrość, która zmienia postrzeganie świata każdego, kto pozna go bliżej. Esperzy, których pokonuje Mob (a także do pewnego stopnia Reigen), odkrywają jak głupio postępowali i postanawiają się do niego przyłączyć; a członkowie Klubu Doskonalenia Ciała chronią chłopaka nie tylko dlatego, że jest on słabszy, ale też dlatego, że jego determinacja podnosi ich na duchu – w rezultacie wkrótce Mob zyskuje przyjaciół i sam staje się o wiele bardziej pewny siebie.
Mistrz Saitama i jego uczeń Genos.
Coś, co łączy protagonistów One Punch Mana i Mob Psycho 100 w szczególnie interesujący sposób, to fakt, że obaj znajdują się w relacji mentor-uczeń… w której to relacji uczeń postrzega mentora jako bardziej kompetentnego niż jest; i w której mentor troszeczkę wykorzystuje swojego ucznia. W przypadku One Punch Mana, Saitama jest mentorem – pewnego dnia ratuje młodego cyborga, Genosa, a że młodzieniec chce być silny, aby dokonać zemsty na niszczycielu swojej wioski, postanawia uczyć się pod okiem Saitamy. W chwili, kiedy mężczyzna wyznaje Genosowi sekret swojej siły (intensywny trening i hartowanie ciała poprzez podkręconą klimatyzację), cyborg mu nie wierzy i doszukuje się jakiegoś drugiego dna. Przez dłuższy czas Saitama nie chce mieć ucznia, ale ostatecznie zgadza się na to, aby Genos się do niego wprowadził, bo młodzieniec oferuje pomoc przy płaceniu czynszu oraz przy domowych obowiązkach. Traktuje wszystkie słowa swojego „sensei” bardzo poważnie, w każdym jego zdaniu próbuje odczytać jakiś głęboki, filozoficzny sens i od czasu do czasu zapewnia go, że dla niego Saitama na zawsze pozostanie bohaterem. Mimo wszystko „sensei” ma na Genosa bardzo pozytywny wpływ, bo cyborg jest o wiele mniej pochłonięty zemstą. (Nie zapomnijmy też, że Saitama ma przyjaciela, kogoś, kto widzi jaki on jest naprawdę i chce go wspierać. Biorąc pod uwagę ilu ludzi postrzega go jako oszusta, miło jest widzieć, że może na kogoś liczyć.)
Mistrz Reigen i jego uczeń, Shigeo.
Mobowi z kolei przypada rola ucznia, a jego mentorem jest Reigen Arataka – mężczyzna prowadzący firmę doradzającą w sprawach paranormalnych, który sam podaje się za osobę o zdolnościach parapsychicznych. Shigeo przyszedł do agencji pewnego dnia, poszukując rady dorosłego espera. Na początku Reigen nie wierzy, aby Mob miał jakiekolwiek moce, ale mimo wszystko stara się dać mu kilka dobrych rad, takich jak: „Twoje moce są tym, co zdolność dobrego uczenia się, szybkie bieganie czy talent muzyczny – są po prostu cechą, która nie sprawia, że jesteś lepszy ani gorszy od innych.”, czy: „Z twoimi mocami jest jak z nożem. Nie są złe same w sobie, ale nie możesz używać ich przeciwko innym ludziom.” Innymi słowy: kompas moralny Moba i jego pacyfizm są wynikiem długoletnich nauk Reigena. Bo widzicie – może i Reigen jest oszustem, ale ma etykę pracy zasadzającą się na tym, aby rzeczywiście pomóc swoim klientom. W chwili zaś, kiedy przekonuje się, że Mob rzeczywiście jest esperem, proponuje mu pracę – niskopłatną, polegającą na egzorcyzmowaniu duchów i pomaganiu z klientami, którzy rzeczywiście mają paranormalne problemy. I też przez dłuższy czas czytelnik albo widz ma niskie mniemanie o Reigenie… dopóki nie dochodzi do tego, że oszust wkracza na teren organizacji, która porwała Ritsu; nie dowiaduje się, że jego uczeń był zmuszony do tego, aby złamać swój kodeks moralny i nie postanawia sam rozprawić się z przeciwnikami za pomocą sensownych argumentów i mocy przekazanej mu przez wdzięcznego za jego interwencję Moba. Tutaj po raz pierwszy widzimy, że Reigen jest czymś więcej niż tylko szefem eksploatującym moce naiwnego dzieciaka; jemu naprawdę zależy na dobru Shigeo. I choć jest cała saga poświęcona temu, jak Reigen mówi chłopakowi, chcącemu spędzić więcej czasu z Klubem Doskonalenia Ciała i innymi znajomymi, okropne rzeczy (zapewne przeświadczony o tym, że nowi koledzy ze szkoły chcą Shigeo wykorzystać w jakiś sposób), przez co Mob postanawia na jakiś czas nie przychodzić do pracy, a potem dochodzi do kilku niemiłych dla Reigena sytuacji; ostatecznie cała przygoda kończy się tym, że mężczyzna uczy się, że również on zawdzięcza bardzo wiele Mobowi (dowiadujemy się, że przed pojawieniem się chłopaka, Reigen planował zająć się czymś innym, bo dotąd zawsze porzucał wszystkie swoje przedsięwzięcia po jakimś czasie) i że powinien odtąd bardziej zważać na potrzeby swojego ucznia. Cały wątek zamyka się w scenie, w której Mob i Reigen wracają do domu i Reigen pyta: „Wiesz już zapewne, kim naprawdę jestem?” (w domyśle – oszustem), na co chłopak odpowiada: „Wiem. Mistrz jest dobrym człowiekiem.”
Wreszcie ostatnia rzecz, którą obaj protagoniści ONE’a mają ze sobą wspólnego, to to, że przeważnie nie są zbyt rozmowni i wydają się trochę beznamiętni. W przypadku Saitamy ta beznamiętność związana jest z apatią wywołaną wyżej wspomnianym brakiem wyzwań – Saitama po latach treningu i walki ze złem nie czuje nic – ani lęku, ani ekscytacji, ani radości. Z kolei Mob nie umie „odczytywać atmosfery”, nie mówiąc już o wspominanym wyżej lęku przed własnymi mocami, które w dużym stopniu są związane z jego emocjami. Dochodzi jeszcze czynnik związany z tym, że obaj są raczej skryci i wolą przechodzić prosto do rzeczy.
Zastanawiam się, co by było, gdyby ci dwaj się spotkali. Nie chodzi mi o starcie tytanów – walkę, która miałaby zdeterminować, który z nich jest potężniejszy – ale o zwyczajny crossover, w którym doszłoby między nimi do porównania postaw i doświadczeń. Myślę, że mimo wszystko przebrnęłoby ono w przyjaznej atmosferze. Wydaje mi się, że Saitama uznałby za godne szacunku to, że Mob nie chce polegać tylko na swoich mocach i że jest pacyfistą; Mob zaś podziwiałby determinację Saitamy i broniłby go przed oszczercami. W końcu obaj są przemiłymi ludźmi.

Artykuł: Opowieść o pewnym Autorze

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do Wodogrzmotów Małych.

Kiedy jeszcze istniało Fox .Kids, jednym z seriali, które na nim oglądałam, było Earie Indiana. Główny bohater – Marshall Teller – przeprowadził się do tytułowego miasteczka, gdzie Wielka Stopa grzebie w śmietniku, kobiety zamykają się w hermetycznych pojemnikach, aby pozostać „świeże na wieki”, aparat ortodontyczny pewnego dzieciaka odbiera psią mowę i dzieje się wiele, wiele innych dziwnych rzeczy. Marshall zaś powziął się trudnego zadania dokumentowania wszelkich dziwactw Earie.
W rzeczy samej motyw sennego miasteczka, w którym mają miejsce niesamowite wypadki i które kryje jakąś tajemnicę, jest dość powszechny, zwłaszcza w USA (wszyscy kojarzymy, chociażby, Miasteczko Twin Peaks czy gry z serii Silent Hill). Protagonistą takich opowieści jest zazwyczaj ktoś z zewnątrz – ktoś, kto niedawno się przeprowadził; ktoś, kto prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczych wydarzeń; w końcu ktoś, kto tylko przez dziwne miasto przejeżdża i ma wypadek. Z kolei ludzie zamieszkujący uroczą z pozoru miejscowość zaprzeczają wszelkiej dziwności, czy to dlatego, że w nią nie wierzą, czy też dlatego, że mają coś do ukrycia. Tak czy inaczej, bohater powoli łączy ze sobą elementy układanki, odkrywa sekret (który zwykle nie jest niczym miłym), pokonuje przeciwników i odjeżdża.
Wspominam o tym wszystkim, ponieważ jedną z najpopularniejszych produkcji Disneya jest serial animowany Wodogrzmoty Małe (w oryginale: Gravity Falls). Pierwotnie chciałam, aby ten artykuł był o serii w ogóle, zwłaszcza, że stworzone przez Alexa Hirscha Wodogrzmoty… to serial, w którym jakiś żart albo element tła mogą nabrać szczególnego znaczenia, a każda scena analizowana jest pod wieloma kątami. Doszłam jednak do wniosku, że powinnam poświęcić ten tekst jednemu aspektowi Wodogrzmotów Małych, a mianowicie – Autorowi dzienników.

Ale zacznijmy od początku: bliźnięta Dipper i Mabel Pines spędzają wakacje w tytułowej miejscowości, pod opieką wujka, Stana Pinesa, prowadzącego muzeum (przeważnie fałszywych) niesamowitości – Tajemniczej Chaty. Dni mijają im leniwie na pracy u wuja, dopóki Dipper nie znajduje ukrytego w drzewie tajemniczego dziennika z sześciopalczastą ręką na okładce, który to dziennik opisuje przeróżne anomalie, mające miejsce w Wodogrzmotach Małych. Tak też zaczyna się przygoda rodziny Pinesów z potworami, duchami, sztuczną inteligencją, tajnymi stowarzyszeniami i innymi sekretami sennej, górskiej miejscowości.
Przez dłuższy czas największą tajemnicą w serialu jest tożsamość osoby, która napisała dzienniki (bo już w pilocie wiadomo, że  zbiorów notatek Autora jest co najmniej trzy). A że pierwszy sezon Wodogrzmotów Małychjest zlepkiem luźno połączonych ze sobą odcinków, jakieś szczegóły na temat Autora i zapisków z jego badań są wyjawiane pomału i mimochodem. Na przykład z odcinka A Hand That Rocks Mabelwiemy, że młody jasnowidz, Gideon, ma jeden dziennik; a z Gideon Rises (finału pierwszego sezonu) wiemy, że wierzy on, iż jeśli odnajdzie pozostałe dwa „otworzą się wrota do władzy ostatecznej”. W tym samym epizodzie dowiadujemy się też, że wuj Stan ma pierwszy dziennik i że pracuje nad jakąś maszyną w piwnicy Tajemniczej Chaty. Przedostatni epizod zaś przynosi nowe zagrożenie w postaci demona Billa Ciphera, który ostrzega Pinesów, że „szykują się zmiany”. A że przy tym pokazuje sześciopalczastą rękę z okładek dzienników, owe zmiany są związane właśnie z Autorem.
Same dzienniki pełne są ilustracji, zapisków i ukrytych kodów. Wielu fanów kopiowało screeny z poszczególnymi stronami i próbowało odczytać to, co zostało tam napisane. Dlatego to, że Autor znał Billa i mu na początku ufał, nie było dla fandomu wielkim zaskoczeniem. I właściwie, jeśli przyjrzeć się zawartości dzienników, można odnieść wrażenie, że człowiek, który je napisał, posiada naprawdę szeroką wiedzę, zarówno jeśli chodzi o nauki ścisłe, kryptologię i lingwistykę; jak i tak niezwykłe dziedziny, jak parapsychologia, kryptozoologia, alchemia, demonologia…
Wspominałam, że fani lubią analizować ten serial. Otóż ktoś zwrócił uwagę na to, że każdy z trzech dzienników pisany był w pewnym okresie życia Autora w Wodogrzmotach Małych i w jakiś sposób odzwierciedla dany okres w treści. I tak pierwszy dziennik, w którym Autor jest zafascynowany anomaliami miasteczka, które zamierza badać, przypada Stanowi Pinesowi. Drugi dziennik, pełen mrocznych sekretów, które odkrył przed naukowcem Bill Cipher, należy do Gideona (Alex Hirsch stwierdził również, że dopóki Gideon nie znalazł drugiego dziennika, był całkiem zwyczajnym dzieckiem i że to właśnie zawartość notatek sprawiła, że stał się on małym tyranem). Trzeci zaś dziennik, w którym Autor stara się ukryć różne rzeczy i wręcz ostrzega czytelnika, aby nikomu nie ufał, zostaje odkryty przez Dippera. Tak więc najpierw Autor dzienników z entuzjazmem zabierał się za badanie zjawisk nie z tego świata, potem poznał Billa, który pokazał mu kilka mrocznych sekretów; a w końcu zdarzyło się coś, co doprowadziło naukowca do paranoi.
W zasadzie odcinki bardziej zorientowane na odkrycie tajemnicy Autora zaczynają się w drugim sezonie. Z jednej strony bliźniaki odkrywają co chwila kolejne sekrety – od tekstu w dziennikach napisanego niewidzialnym atramentem, poprzez podziemny bunkier, który służył Autorowi za schron i laboratorium; aż po Stowarzyszenie Ślepego Oka. Wszystko nabiera rozpędu, aby w jedenastym odcinku wreszcie zrzucić na widzów bombę i wyjawić wreszcie tożsamość Autora. Zanim jednak i ja to zrobię, chciałabym wspomnieć o tym, jakie były najbardziej popularne teorie na ten temat.
 
Teoria pierwsza – Autorem jest Fiddleford McGucket.
Fiddleford MacGucket, znany też jako Stary McGucket, na pierwszy rzut oka wydaje się być lokalnym wariatem, krzyczącym o potworach mieszkających w wodzie i o ożywających figurach woskowych. Mieszka na złomowisku, ma długą brodę i wygląda jak wiejski głupek. Oczywiście jest wyśmiewany przez społeczność Wodogrzmotów, jednak Dipper i Mabel wielokrotnie przekonywali się, że McGucket nie tylko wie, co mówi, ale też jest o wiele inteligentniejszy niż się wszystkim zdaje. Na przykład w Legend of the Gobblewalker wychodzi na jaw, że potrafi budować wielkie roboty, z kolei jedna z krótkich opowiastek w Bottomless Pitt jest o tym, jak Dipper chce zmienić sobie głos i McGucket podaje mu rozwiązanie w formie mikstury własnego pomysłu. Ponadto staruszek nosi gips na obu rękach, który to gips zakrywa mu trochę dłonie, tak więc być może chowa pod opatrunkami szósty palec?
„Przeciekły” screen z McGucketem jako Autorem.
Może więc to właśnie Fiddleford McGucket jest Autorem? Może oszalał z powodu rzeczy, które widział? Hirsch zdawał się być świadomy istnienia tej teorii, bo wypuścił do sieci screen, na którym młodszy, sześciopalczasty McGucket pisze coś w dzienniku.
W odcinku Society of the Blind Eye Dipper również dochodzi do wniosku, że starzec musi być Autorem, i wraz z Mabel i przyjaciółmi (Wendy i Soosem) składa McGucketowi wizytę. Na miejscu nasi bohaterowie dowiadują się, że starzec prawie nic nie pamięta ze swojego życia, a jedną z niewielu rzeczy, które jego pamięć wydaje się kojarzyć, to symbol przekreślonego oka. Bliźnięta, Soos, Wendy i McGucket postanawiają się dowiedzieć czegoś na ten temat i tak odkrywają jedną z największych tajemnic Wodogrzmotów Małych – Stowarzyszenie Ślepego Oka. Jest to organizacja, która wzięła na siebie odpowiedzialność wymazywania mieszkańcom Wodogrzmotów wspomnień o nadnaturalnych zjawiskach mających miejsce w miasteczku. Członkowie Stowarzyszenia Ślepego Oka używają do tego celu specjalnego pistoletu, a że wymazują pamięć również sobie, nie pamiętają, kto jest ich założycielem.
Tak czy inaczej, bliźnięta odnajdują nagranie zawierające wspomnienia McGucketa i po unieszkodliwieniu Stowarzyszenia Ślepego Oka, puszczają je, aby przekonać się raz na zawsze, czy ich podejrzenia są słuszne.
Okazuje się jednak, że McGukcet nie jest Autorem… ale jest kimś, kto z nim pracował. To doświadczenie sprawiło, że zobaczył coś strasznego; coś, co chciałby za wszelką cenę zapomnieć. Na szczęście skonstruował pistolet do wymazywania wspomnień, postanowił więc użyć go na sobie. Nagranie zawiera zapis kilku kolejnych dni i tak odkrywamy, że McGucket nie tylko zbyt często używał na sobie pistoletu (co sprawiło, że zaczął tracić rozum i cierpieć na amnezję), ale też był założycielem Stowarzyszenia Ślepego Oka.
 
Teoria druga – Autorem jest Stan Pines
Stan is not what he seems (Stan nie jest tym, kim się wydaje) – ostrzega jedna z zakodowanych wiadomości na kole Billa Ciphera. Stan Pines na pierwszy rzut oka wydaje się cynicznym, złośliwym staruszkiem, którego interesują tylko pieniądze. Ponadto ma kryminalną przeszłość i jest zawodowym oszustem. Przez pierwszy sezon wielokrotnie stwierdza, że w Wodogrzmotach nie dzieje się nic nadprzyrodzonego… jednak ma się wrażenie, że to tylko udawanie; że Stan zdaje sobie sprawę z tego, że miasto kryje jakieś tajemnice. Poza tym sama Tajemnicza Chata pełna jest dziwnych przedmiotów, jak zamieniający ciała dywan czy tworzące klony ksero. A pod sam koniec pierwszego sezonu wychodzi na jaw, że Stan nie tylko jest w posiadaniu pierwszego dziennika, ale też pracuje w piwnicy nad jakimś urządzeniem.
Może więc Autorem jest Stan Pines? Zaprzecza wszystkiemu, co paranormalne, aby chronić bliźnięta przed niebezpieczeństwami, które na nie czyhają. Na pewno wie więcej, niż mówi i na pewno coś ukrywa. Toteż albo jest Autorem, albo jest z nim w jakiś sposób związany.
Dodatkowych tropów dostarczył fanom odcinek Dreamscapers, w którym nie tylko po raz pierwszy zostaje wezwany Bill Cipher, ale też wchodzi on do głowy Stana, tak więc bliźnięta i Soos muszą iść tam za nim i powstrzymać demona. W tym odcinku dowiadujemy się dwóch rzeczy: po pierwsze – Autor miał styczność z Billem (a jeśli przyjrzeć się dobrze wpisom w dziennikach drugim i trzecim, Bill najpierw zdobył zaufanie naukowca, a potem go oszukał); po drugie – w scenie, w której Bill zostaje wezwany przez Gideona, w którymś momencie we wspomnieniach demona pokazana jest postać podobna trochę do Stana. Poza tym samo Dreamscapers daje mały wgląd w życie wuja Pinesów.
I oto przyszedł jedenasty odcinek drugiego sezonu noszący jakże znaczący tytuł Not What He Seems. W tym odcinku bliźnięta dowiadują się, że ich wujek ma mnóstwo fałszywych dokumentów tożsamości, ukradł masę niebezpiecznych chemikaliów, pracował w piwnicy nad maszyną, która może przynieść koniec świata; i w ogóle okłamywał ich przez całe lato. Dodatkowo dzieci i Soos znajdują w piwnicy pierwszy dziennik. Dipper, który w tym momencie uważa, że Stan nie jest tym, za kogo się podaje, zadaje pytanie, skąd ich wuj mógłby mieć pierwszy dziennik. Soos stwierdza: „Nie wiem. Może jest Autorem.”, na co Dipper odpowiada: „A może zabił Autora!”
Ale nie – wujek Stan okazuje się być rzeczywiście wujkiem Stanem, za to zostaje wyjawiony inny sekret. Sekret, który zupełnie zmienił status quo serialu. Jesteście na niego gotowi? Oto on.
Tak, panie i panowie, Stanley Pines ma brata i ten właśnie brat – Stanford Pines – jest Autorem dzienników.
Teoria o bliźniaku wujka Stana była równie popularna jak teoria o McGuckecie czy Stanie jako Autorze. Przede wszystkim w Dreamscapers, we wspomnieniu Stana z lekcji boksu (na które zapisał go ojciec, Filbrick) na trybunach siedzi dziecko z włosami podobnymi do włosów Stana. Nie widać jego twarzy, bo to dziecko czyta książkę. Nie widać też jego rąk, bo ma na nich rękawice bokserskie. Poza tym we wcześniejszym odcinku Headhunters Mabel lepi z wosku figurkę wujka, do której Stan się bardzo przywiązuje i której nawet wyprawia pogrzeb (niby ma to być element komiczny, ale sam Alex Hirsch potwierdził, że jego woskowa podobizna przypominała wujkowi Stanforda). Kiedy indziej, bliźnięta odkrywają ukryty pokój i spędzają cały odcinek o niego walcząc (w dodatku nie w swoich ciałach), tymczasem ich wuj siedzi w fotelu i przygląda się okularom, które wziął właśnie z tego ukrytego pokoju.
Tak czy inaczej, podobno właśnie dlatego, że teorie o bliźniaku wujka Stanleya zaczęły tak szybko krążyć po fandomie, Alex Hirsch postanowił wyjawić istnienie Stanforda wcześniej, niż planował.
Przejdźmy wreszcie do samego Autora, Stanforda „Forda” Pinesa.
Aby zrozumieć obu Stanów, warto przyjrzeć się ich dzieciństwu. Wychowywali się oni w New Jersey i byli synami wróżki na telefon i właściciela lombardu, Filbricka Pinesa. Jak wspomina Stanley w A Tale Of Two Stans Filbrick był człowiekiem, któremu trudno było zaimponować. Z czasem widz zorientuje się także, że ojciec Stanów jest skupiony na zarabianiu pieniędzy.
Przez całe dzieciństwo i większość nastoletniego życia Stanowie są nierozłączni. Często wybierają się na plażę w poszukiwaniu przygód, odbudowywują znaleziony tam zniszczony statek, który nazwali „Stan O’War”; a także chodzą na zajęcia z boksu, na które zapisał ich ojciec. Jako dziecko Stanford Pines odznacza się ponadprzeciętną inteligencją, jednakże jego sześć palców u każdej z rąk sprawia, że z jednej strony jest zafascynowany wszystkim, co niezwykłe i nadnaturalne; a z drugiej jest wyśmiewany za to, że urodził się taki, a nie inny. W rezultacie jego jedynym przyjacielem z dzieciństwa był jego brat Stanley, który zawsze stawał w jego obronie i którego wielu ludzi uważa za „głupszego bliźniaka”. Stan zresztą szybko przyjmuje rolę mięśni, podczas gdy jego brat przyjmuje rolę mózgu w dynamicznym duecie szukającym skarbów.
Czas leci, bliźniaki dorastają i kilka rzeczy ulega zmianie. Podczas gdy Ford zdobywa coraz więcej nagród za swoje projekty naukowe i zaczyna myśleć o przyszłości, Stan nadal wyobraża sobie, że wszystko zostanie takie jakie jest; że on i jego brat już zawsze będą szukać razem skarbów na plaży. Nastoletni Stan jest bardzo zależny od swojego brata. Właściwie to myśli o sobie nie jak o oddzielne osobie, ale jak o części pary. Wynika to też poniekąd z jego kompleksów na tle mądrzejszego i częściej chwalonego przez nauczycieli Stanforda, zwłaszcza, że wiele wskazuje na to, że Filbrick nie spodziewał się bliźniąt i traktował Stana jako dodatkową, niepotrzebną gębę do wykarmienia.
I tak oto pewnego dnia dyrektor szkoły wzywa do siebie Stanów i ich rodziców. Stanley zostaje pozostawiony na korytarzu, podczas gdy jego brat, ojciec i matka słyszą od dyrektora, że Stanford może zostać przyjęty na prestiżową uczelnię, West Coast Tech, która da mu szansę nie tylko rozwinąć skrzydła, ale też zarobić fortunę. Wystarczy, że jego projekt na Wystawę Naukową zachwyci sędziów z West Coast Tech. Wieść ta wzbudza pozytywną reakcję dotąd beznamiętnego Filbricka, który widzi w tym szansę na wyrwanie się z New Jersey, jednak kiedy matka chłopców pyta, co z jej drugim synem, dyrektor właściwie spisuje Stanley’a na straty, mówiąc, że będzie miał szczęście jak skończy liceum. Stanley zresztą wszystko słyszy i jest załamany – nie tylko przez to, że nauczyciele tak nisko go cenią, ale też przez to, że może stracić jedynego przyjaciela (i przez to straci swoją tożsamość).

Ford jest w siódmym niebie. Nie tylko jego marzenie jest na wyciągnięcie ręki, ale też ojciec okazuje mu po raz pierwszy dumę i czułość. Jedyną osobą, która wydaje się nie cieszyć szczęściem Forda jest jego brat. Z rozmowy jaką bliźniacy przeprowadzają na huśtawkach, wynika, że Stan ma nadzieję (a nawet oczekuje), że Stanford woli odrzucić daną mu szansę i spędzić resztę życia jako poszukiwacz skarbów. Zakłopotany Ford, widząc, że jego brat nie przyjmuje do wiadomości realiów i nie chcąc go zranić, mówi, że jeśli nie zostanie przyjęty na upragnioną uczelnię, wtedy zrealizują pomysł Stana.

Stanley jednak zdaje sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej jego brat dostanie się na West Coast Tech i zostawi go samego. W noc przed wystawą odwiedza stoisko z perpetuum mobile Forda i niechcący psuje maszynę. Próbuje ją naprawić i opuszcza miejsce zdarzenia, myśląc, że wszystko jest dobrze, ale następnego dnia wynalazek nie działa i w rezultacie Ford nie zostaje przyjęty na wymarzoną uczelnię. Pozostawione na stoisku ślady sprawiają, że Ford dochodzi do wniosku, że Stan dokonał sabotażu, a to, że w trakcie konfrontacji Stan mówi: „No trudno. Teraz przynajmniej możesz szukać ze mną skarbów.”, tylko utwierdza Forda w tym przekonaniu. Co więcej, na wieść o tym, że Stan zrujnował szansę rodziny na fortunę, Filbrick wyrzuca syna z domu i mówi mu, żeby wrócił dopiero jak zarobi sumę równą tej, którą miał zapewnić im Ford.
Wielu fanów ma Fordowi za złe, że w chwili, kiedy Filbrick wyrzucał Stana z domu, on nie wstawił się za bratem, jednak gdy popatrzymy na całe zdarzenie z jego perspektywy, zdamy sobie sprawę z tego, że w tamtej chwili Ford myślał, że jego najlepszy przyjaciel, ktoś, komu ufał od zawsze, go zdradził i to z bardzo egoistycznych pobudek. I to, że potem Fordowi uda się osiągnąć sukces na gorszym uniwersytecie, nie zmienia faktu, że nadal miał to poczucie zdrady ze strony Stana.
Podczas gdy Stanley błąka się po Ameryce i obrzeżach, imając się różnych zajęć, Stanford zdobywa wykształcenie na uniwersytecie Backupmore. Ponieważ jest to podrzędna uczelnia, aby spełnić swoje marzenia, musi on pracować ciężej niż reszta. Jego ciężka praca się opłaca i Ford kończy studia dwa lata wcześniej i przyznany mu zostaje nawet grant, który może wydać na dowolne badania. Ponieważ zaś od zawsze interesowały go wszelkiego rodzaju anomalie i niewyjaśnione zjawiska, postanowił poświęcić się właśnie tym zagadnieniom. A że dowiedział się o miasteczku w Oregonie, gdzie takie zjawiska występują niezwykle często, Ford wyrusza niebawem do Wodogrzmotów Małych i tam się osiedla.
Przez większość czasu Stanford stroni od mieszkańców Wodogrzmotów, przez co wzbudza nawet ich zainteresowanie (zainteresowanie, które Stanley Pines później wykorzysta). Wybudowuje sobie dom (przyszłą Chatę Tajemnic) oraz bada wszystkie niezwykłe rzeczy, które spotyka na swojej drodze, aby potem opisać je w dziennikach. Raczej nie myśli o Stanie i o tym, co się z nim dzieje. Panuje przekonanie, że w tym okresie życia po prostu nie chce myśleć o takich rzeczach, bo po pierwsze – budzi to w nim niemiłe wspomnienia; po drugie – uważa, że Stan sobie poradzi, bo ma „osobowość”, jak mawiała ich matka; i po trzecie – prawdopodobnie Filbrick po wygnaniu Stana ciągle powtarzał, że chłopak sam sobie nagrabił i Ford zaczął w to wierzyć, po części, aby uspokoić sumienie.
W którymś momencie jednak badania Forda stają w miejscu i po jakimś czasie naukowiec jest tak zdesperowany, że kiedy odkrywa w jaskini napis pozostawiony przez dawnych mieszkańców Wodogrzmotów Małych, ignoruje ostrzeżenie i odczytuje na głos zamieszczoną tam inkantację. Na początku wydaje się, że nic się nie stało, ale potem podczas drzemki odwiedza go we śnie Bill Cipher.
Bill zdobywa zaufanie Forda.
I tutaj mamy istotny punkt zwrotny w życiu Autora. Pamiętajmy, że Stanowie wychowywali się w domu z emocjonalnie zdystansowanym ojcem, przez co w późniejszym życiu byli podatni na pochlebstwa; a z drugiej strony Fordowi wróżono zawsze świetlaną przyszłość za sprawą jego intelektu. Bill, który potrafi wejść do czyjegoś umysłu, wykorzystuje te fakty, aby zmanipulować nieświadomego badacza do swoich celów. Mówi, że jest muzą, która na każde stulecie wybiera jedną wybitną jednostkę i pomaga jej osiągnąć swój pełen potencjał. Pełen kompleksów i nieco samotny Autor wierzy, że znalazł przyjaciela, który w niego wierzy i który pokaże mu cuda Wodogrzmotów Małych. Zawiera więc z demonem pakt „od teraz do końca czasu”. Bill ma swobodny dostęp do umysłu Forda, poddaje mu pomysły i rozwiązania nurtujących go problemów naukowych. Wkrótce Ford zaczyna pracę nad portalem, który – według Billa – ma dać ludziom nieograniczone możliwości.
Fiddleford McGucket ostrzega Autora przed
niebezpieczeństwami portalu.
Naukowiec ściąga nawet do pomocy Fiddleforda McGucketa, który jest inżynierem. Zarówno wycięta scena z A Tale of Two Stans, jak i jedno ze wspomnień Forda, które Dipper widzi przez maszynę odczytującą ludzkie myśli w The Last Mabelcorn, świadczą o tym, że z czasem McGucket zaczął podejrzewać, że z Fordem jest coś nie tak; że zżera go chora ambicja. Niemniej jednak pomagał Autorowi przy budowie portalu. W końcu jednak przychodzi dzień pierwszego testu maszyny – McGucket zostaje wessany do portalu, a potem uratowany przez Forda. Ale to, co widział po drugiej stronie, sprawia, że opuszcza przyjaciela, mówiąc mu, że portal przyniesie koniec świata.
Wydarzenie to sprawia, że Ford odkrywa, że został oszukany – tak naprawdę Bill nigdy nie był jego przyjacielem i wykorzystał go do tego, aby dostać się na Ziemię i przejąć nad nią władzę. Ford konfrontuje Billa i oznajmia, że go powstrzyma. Demon zaś porzuca wszelkie pozory i pokazuje swoje prawdziwe oblicze.
Obraz z podświadomości Forda.
Zboże symbolizuje zwykle pomyślność, tutaj jednak stanowi kontrast
dla nieudanych przedsięwzięć Autora reprezentowanych
przez portal.

Jedna z rzeczy, które Wodogrzmoty Małe zrobiły niesamowicie, to przedstawienie przemocy psychicznej i emocjonalnej, której ofiarą jest mężczyzna. Bill nie tylko zmanipulował, a potem zdradził Forda, lecz także: wykorzystywał pieszczotliwe określenia używane przez bliskich Forda, aby go zranić; śmiał się z jego kompleksów i sprawił, że Ford nabawił się paranoi, miał problemy ze snem, przeprowadził na sobie niebezpieczną operację zainstalowania w czaszce metalowej płytki (aby Bill nie był już w stanie go opętać); i obwiniał się za to, co stało się z McGucketem i za to, co może stać się ze światem.

Przede wszystkim jednak zdrada Billa i paranoja wynikająca z przemocy psychologicznej demona, doprowadziły do tego, że Ford ma problemy z zaufaniem. Bill wykorzystał kompleksy naukowca, jego ambicje i dobre intencje, aby zmanipulować go do zbudowania narzędzia zniszczenia. To, że wcześniej brat „zdradził” Forda, ojciec widział w nim maszynkę do robienia pieniędzy, a przyjaciel ze studiów porzucił go, tylko utwierdziły Autora w przekonaniu, że nikomu nie może ufać, bo zostanie albo wykorzystany, albo porzucony.
Mimo że Ford zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które niesie ze sobą portal, nie chce go zdemontować, ponieważ jest to jak dotąd jego największe osiągnięcie. Za to ukrywa dwa dzienniki w lesie, a trzeci zamierza dać do przechowania Stanowi. W ten sposób nikt nie będzie wiedział, jak uruchomić portal. Spotkanie braci po latach nie kończy się jednak po myśli Stanforda, bo Stanley liczy na to, że pogodzi się z bratem, a zaraz po przyjeździe słyszy, że ma „odpłynąć jak najdalej stąd”. Koniec końców dochodzi między Stanami do walki, przez przypadek uruchamiają oni portal i niewiele myśląc, Stan popycha brata, przez co Autor, ku własnemu przerażeniu, zostaje wciągnięty przez portal. Udaje mu się jednak rzucić w stronę Stana trzymany w ręce dziennik. Jedna moja znajoma zwróciła uwagę na to, że w tej konkretnej scenie Stanford chce być uratowany, choć później będzie przedkładał bezpieczeństwo innych nad własne.
Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to Autor bywa nieraz bardzo lekkomyślny. Przy portalu prawie nie ma zabezpieczeń, powstałe w wyniku ponownego uruchomienia maszyny Międzywymiarowe Pęknięcie przechowywane jest w śnieżnej kuli, a o samym pęknięciu wie tylko Dipper. Ponadto w odcinku Stanchurian Candidate Ford daje, bądź co bądź dwunastoletniemu, bratankowi maszynę do kontrolowania umysłów.
Tak czy inaczej, portal przestaje działać i Ford pozostaje w obcym wymiarze przez trzydzieści lat. Podczas gdy Stanley przejmuje tożsamość brata, zakłada Tajemniczą Chatę i usiłuje ponownie uruchomić maszynę, Autor błąka się po różnych wymiarach i uniwersach. Nie wiemy, z czym dokładnie miał tam styczność, ale przyglądając się jego zachowaniu po powrocie, doszłam do kilku wniosków. Po pierwsze – dając Mabel kuszę na wyprawę po włosie jednorożca, Ford mówi: „Dawno nie byłem w tym wymiarze. Czy jest akceptowalne dawanie dzieciom broni?” To oznacza, że Ford zetknął się z kulturą, gdzie uzbrojeni nieletni byli normą (prawdopodobnie było to jakieś plemię łowieckie). Po drugie – jedna z refleksji, którą odczytała maszyna spisująca myśli było: „Tęsknię za Wymiarem 52.”, czyli musiało to być miejsce, które Fordowi miło się kojarzy. Po trzecie – w Dungeons, Dungeons and More Dungeons Autor pokazuje Dipperowi Kostkę Nieskończoności, która jest zakazana w prawie całym multiwersum, czyli Ford podróżował po miejscach, gdzie była jakaś cywilizacja i robił tam jakieś szemrane interesy. W końcu po czwarte – mimo że pierwotnie chciał być uratowany, przez te trzydzieści lat zdążył dojść do wniosku, że lepiej będzie się poświęcić i nigdy nie wrócić na Ziemię, niż pozwolić Billowi wygrać. I to właśnie dlatego pierwsze, co Ford robi po powrocie, to uderzenie Stana w twarz.
Huśtawki w obrazach podświadomości Stanów symbolizują
to, jak widzą oni swoje relacje.
Po lewej – huśtawka w umyśle Stanley’a.
Po prawej – w umyśle Forda.

 

Relacje między Stanami są napięte. Stanley jest obrażony na Stanforda, bo spędził trzydzieści lat życia, aby go sprowadzić do domu, a jego brat zdaje się nie tylko nie być mu za to wdzięczny, ale też postawił warunek, że kiedy lato dobiegnie końca, Stan ma mu oddać jego dom i imię, a także zamknąć Tajemniczą Chatę. Mimo że to zdanie nie pada wprost, łatwo jest dojść do wniosku, że po wakacjach Stan ma opuścić Tajemniczą Chatę… a nie za bardzo ma dokąd iść, bo sfingował własną śmierć. Z drugiej strony Fordowi wydaje się, że wszystko między nim a Stanem jest dobrze; że ich wspólne doświadczenia nie odcisnęły na Stanie żadnego piętna. Właściwie to w odcinkach po A Tale of Two Stans Ford nie tylko nie deprecjonuje Stana w rozmowie z dziećmi, ale wręcz przyznaje przed Dipperem, że jego brat uratował mu życie.
Ford próbuje się popisać.
 
A Tale of Two Stans przedstawia nam Forda jako człowieka, który wciąż ma Stanowi za złe wypadek z projektem szkolnym i nie dziękuje bratu za to, że sprowadził go do domu. Następujący po tym odcinku Dungeons, Dungeons and More Dungeons pokazuje nam łagodniejszą stronę Stanforda Pinesa. Tutaj mamy człowieka, który spędza czas na granie z bratankiem w RPG; pracuje całe dnie, aby zdemontować portal, a nawet wyciąga rękę do Stana. Przede wszystkim jednak Ford z Dungeons, Dungeons and More Dungeons jest strasznie samotny i pragnie przyjaciela. I znajduje go w Dipperze.
Ford i Dipper grają w DD&MD.
Relacje między Stanfordem a Dipperem są ważne. Jak wspominałam wyżej, Ford ma problemy z zaufaniem z powodu swoich wcześniejszych doświadczeń i właściwie sam w dzienniku trzecim napisał, żeby nikomu nie ufać. Jednak od razu widać, że Dipperowi ufa, a nawet wielokrotnie chłopiec mu imponuje. Wynika to po części z tego, że obaj dzielą te same zainteresowania (gra Dungeons, Dungeons and More Dungeons i wszystko, co nadnaturalne); po części z tego, że Dipper trochę Fordowi przypomina jego samego, jak był w jego wieku; a po części przez to, że obaj padli ofiarą Billa. Zaufanie Forda do bratanka jest tak silne, że kiedy ten używa na Autorze maszyny do czytania myśli, kiedy jego wuj spał; a potem celuje w niego z pistoletu wymazującego pamięć, myśląc, że Ford jest opętany przez Billa, mężczyzna nie tylko nie jest na niego zły, ale też po całym zdarzeniu obaj zdają się sobie bliżsi.
Niektórzy jednak uważają, że Ford ma zły wpływ na Dippera. Przed pojawieniem się Forda w Not What He Seems, Dipper i Mabel byli niemal nierozłączni i wiele odcinków poświęcone było ich relacjom i tym jak te relacje mogą się zmienić z powodu czynników zewnętrznych. Historia rozłamu między braćmi w A Tale of Two Stans sprawiła, że zarówno Mabel, jak i widzowie, zaczęli się niepokoić o to, że może się ona powtórzyć w przypadku głównych bohaterów, zwłaszcza, że w późniejszych odcinkach Dipper jest zachwycony Autorem, którego zapiski czytał całe lato, i spędza z wujkiem Fordem dużo czasu. W Dipper and Mabel vs. The Future zaś bardziej niż kiedykolwiek przedtem ma się wrażenie, że Ford widzi w Dipperze samego siebie i przenosi na niego swoje uczucia związane z bratem. Są ludzie, którzy doszukują się w jego zachowaniu manipulacji albo faworyzowania Dippera; i że proponując chłopcu zostanie w Wodogrzmotach Małych w roli asystenta, w ogóle nie zwraca uwagi na to, jakie jego bratanek ma plany na życie (prowadzenie własnego programu o duchach). Z tym, że Ford lubi Mabel, nie jest ślepy na jej zalety i nie uważa jej za kogoś głupszego. Wielu fanów z kolei zwraca uwagę na to, że odpowiedź Forda na wątpliwości Dippera – „Nigdy nie byliśmy z Mabel daleko od siebie na długo.”, „Wiem. I czy to nie przytłaczające?” – odnosi się nie tyle do relacji między Dipperem a Mabel, co na tendencji do traktowania bliźniąt jako jednego bytu, a nie dwóch osób; co może się źle odbić na ich rozwoju i wzajemnych stosunkach. Można więc propozycję Forda potraktować jako jego próbę sprawienia, że Dipper i Mabel nauczą się być indywiduami.
Ktoś zauważył, że jest różnica między Wujkiem Fordem a Autorem, mimo że obaj są jedną i tą samą osobą. Wujek Ford jest normalnym gościem, nieco samotnym i geekowym; chcącym popisać się przed rodziną i pokazać Dipperowi niesamowite rzeczy. Autor zaś ma swoje sekrety, przede wszystkim jednak chce ochronić rodzinę i świat przed Billem. Popełnia przy tym kilka błędów, jak nie powiedzenie o Międzywymiarowym Pęknięciu Stanowi i Mabel, ale ja upatruję źródło tego błędu w lęku przed reakcją Stana na historię o Billu; i w tym, że Ford uważa powstrzymanie demona jako przede wszystkim swoją odpowiedzialność.

 

Wszystkie próby powstrzymania Billa spalają na panewce i wydaje się, że od Wodogrzmotów Małych zaczyna się Apokalipsa. Mimo że małe są szanse, aby pokonać demona, Ford podejmuje próbę wystrzelenia go z powrotem do jego świata. Niestety ta próba również się nie udaje i w rezultacie naukowiec zostaje pojmany i zamieniony w złoto. Przez dłuższy czas wydaje się, że tak pozostanie, ale Bill odkrywa wkrótce, że magnetyzm Wodogrzmotów Małych przyciągający wszystko, co nadnaturalne, nie pozwala demonowi i jego przyjaciołom opuścić miasteczka. Dlatego też Bill odczarowuje Forda i próbuje przekonać go – najpierw pokusami wspólnej zabawy, a potem torturami – żeby wyjawił mu sposób na zniwelowanie magnetyzmu. Bo chociaż Bill może wejść do umysłu Forda mimo metalowej płytki, umowa zawarta przed laty pozwala mu na to tylko wtedy, kiedy Autor uściśnie mu rękę. Bill szuka więc sposobu na to, aby go do tego zmusić i w końcu zdaje sobie sprawę z tego, że może to zrobić, bezpośrednio zagrażając Dipperowi i Mabel.
Bliźnięta zresztą mobilizują ocalonych przez Stana mieszkańców miasta, aby uratować Forda, również dlatego, że zanim został pojmany przez Billa, miał wyjawić Dipperowi sposób na jego pokonanie. Stan niespecjalnie pali się do ratowania brata, bo wciąż ma mu za złe to, że nie podziękował mu za ściągnięcie do domu. Poza tym czuje się trochę źle z powodu tego, że w całej tej eskapadzie, nikt nie spytał go o zdanie.
Na pierwszy rzut oka misja Dippera i Mabel powodzi się – udaje im się uratować Forda i teraz wystarczy tylko odprawić rytuał, który – zgodnie z przepowiednią dawnych mieszkańców Wodogrzmotów Małych – wygna Billa do jego rodzimego wymiaru. Niestety, na przeszkodzie stoją animozje między Stanami i choć na początku Autor jest skłonny podziękować bratu, byle tylko wziął udział w rytuale, w końcu jednak daje się wciągnąć w kłótnię ze Stanem. Rytuał się nie udaje, wszyscy – poza Pinesami – uciekają, a Bill zamyka w więzieniu Stanów i rusza za dziećmi.
I właśnie kiedy dzieci są w niebezpieczeństwie, uwięzieni Stanford i Stanley się tak naprawdę godzą. Niezależnie od tego jak wiele mają do siebie żalów i jak bardzo są na siebie obrażeni, zależy im na dobru bratanka i bratanicy i zrobią wszystko, aby ich uratować. Poza tym Dipper i Mabel bardzo przypominają Stanom ich samych z czasów sprzed projektu naukowego i fakt, że w obliczu końca świata się ze sobą dogadują, mobilizuje braci do tego, aby spokojnie ze sobą porozmawiać. Wodogrzmoty Małe są serialem, który w niebanalny sposób mówi o wartości rodziny, nic więc dziwnego, że to właśnie działająca razem, ponad podziałami rodzina ratuje świat.
Wątek Autora kończy się tym, że Stanford zaprasza Stanley’a na podróż po morzach arktycznych, gdzie kryją się anomalie. Wspólna przygoda na statku jest sposobem na to, aby bracia odbudowali wzajemne relacje. „Stan O’War” był wszak ich wspólnym projektem i czymś, co zawsze było gdzieś tam w ich umysłach (co widać bardziej u Forda w The Last Mabelcorn, niż u Stana w Dreamscapers, gdzie myśli o morzu są o wiele bardziej subtelne).

Pisząc ten artykuł, zdawałam sobie sprawę z tego, że nie tylko będę powtarzać wnioski, do których wielu fanów już doszło, lecz także że będzie sporo rzeczy, które pominę. Jak już wspominałam, Wodogrzmoty Małe są serialem, który widzowie lubią analizować, i w zasadzie o prawie każdej postaci można wiele powiedzieć. A Autor dzienników, Stanford Pines, jest postacią tak ważną, że właściwie można o nim mówić w nieskończoność – o jego dzieciństwie, o relacjach z bratem, bratankiem i bratanicą; o jego przeszłości z Billem i Fiddlefordem McGucketem… Jest to też postać problematyczna, bo – jak większość pokazanych nam przedstawicieli rodziny Pinesów – potrafi być jednocześnie skoncentrowany na sobie i bezinteresowny. Tak naprawdę to od A Tale of Two Stanswzbudzał w widzach skrajne emocje – ludzie albo kochają go, albo nienawidzą. Są też tacy, którzy uznają to, że ma dobre intencje, choć nie jest pozbawiony wad. Ja zaliczam się do tej ostatniej grupy.

Artykuł: Pogadajmy o Wielkiej Czwórce

[UWAGA! Artykuł zawiera spoilery do filmów: Jak wytresować smoka?, Zaplątani, Merida Waleczna i Strażnicy Marzeń.]

Gdzieś tak na przełomie 2012 i 2013 roku na często oglądanym przeze mnie tumbrze Kitty Orleans zaczęły pojawiać się gify z tak zwaną Wielką Czwórką. Choć wielu osobom to określenie może przywodzić na myśl powieść kryminalno-szpiegowską Agathy Christie o tym samym tytule, owe gify z tumbra Kitty przedstawiały cztery postaci z czterech różnych filmów – Jacka Mroza ze Strażników Marzeń, Czkawkę z Jak wytresować smoka, Roszpunkę z Zaplątanych i tytułową bohaterkę Meridy Walecznej. Pierwotnie były to głównie obrazki z Jackiem Mrozem i spółką z nieco zmodyfikowanymi dialogami z Avengers (jak słynne słowa Tony’ego Starka do Lokiego: „Rozważ swoje szanse…”), ale potem nagle zaczęły pojawiać się gify, które (tak jak równie popularny Superwholock) miały opowiadać jakąś historię; miały przedstawiać sceny z jakiegoś nienapisanego (chociaż kto wie…) crossovera, gdzie Jack, Czkawka, Merida i Roszpunka łączą siły, aby powstrzymać jakieś większe zło (najczęściej Boogeymana ze Strażników marzeń) albo po prostu ze sobą rozmawiają (jak chociażby dialog między Czkawką i Meridą o tym jak matka Meridy, Elinor, spacyfikowała ojca Czkawki, Stoika, wzrokiem).
Nasi bohaterowie, jeśli ktoś nie kojarzy.
Wkrótce zaczęły powstawać fanarty i fanfiki z tym niesamowitym crossoverem (w tym całkiem sporo w dekoracjach Hogwartu) i doszło do tego, że po wpisaniu w wyszukiwarce deviantArta słów „big four”, większość rezultatów będzie zawierać właśnie te cztery postacie. Postanowiłam więc przyjrzeć się tym bohaterom bliżej i zastanowić się nad tym, dlaczego ta grupa cieszy się zainteresowaniem i czy taki jej skład ma jakiś sens.

Zacznijmy od samych filmów. Coś, co definitywnie działa na korzyść crossoverów Wielkiej Czwórki, jest to, że wszystkie cztery dzieła macierzyste to (w mniejszym lub większym stopniu) fantasy. Występuje tam magia i niezwykłe stworzenia, a zdolności samych bohaterów (wiedza Czkawki o smokach, umiejętności strzeleckie Meridy, uzdrawiające włosy Roszpunki, moce Jacka związane z lodem i śniegiem) działają lepiej w fantastyce, niż w jakimkolwiek innym gatunku. Tak więc wydaje się, że w sumie Wielka Czwórka pasuje do siebie.

Jednakże jest jeden problem, który nastręcza nam tworzenie crossovera na podstawie gatunku. O ile filmy z Meridą, Czkawką i Jackiem Mrozem dzieją się w naszym świecie, o tyle nie jest do końca pewne, czy Zaplątani również, czy też może jest to jakaś baśniowa kraina, oderwana od naszego świata. Logiczne zatem zdaje się przyjęcie założenia, że jednak kraj, w którym dzieje się akcja Zaplątanych, jest jakimś starym królestwem jak DunBroch.
Jednak to dopiero początek trudności, bowiem dochodzi nam jeszcze kwestia czasu i miejsca. Można przyjąć, że wioska Czkawki, gród Meridy, czy królestwo Roszpunki istniały w epoce wczesnego średniowiecza (przy czym biorąc pod uwagę stroje w tym ostatnim, byłoby to trochę trudne), jednak wiele szczegółów w Strażnikach Marzeńprzemawia za tym, że Jack Mróz nie tylko został powołany do życia w epoce znacznie późniejszej, ale również był osadnikiem w Ameryce, zanim stał się Jackiem Mrozem. Poza tym akcja samego filmu dzieje się w czasach współczesnych. Tak więc, aby rozwiązać ten problem, albo należałoby przyjąć, że Jack zostałby przeniesiony w czasie do średniowiecza, albo Roszpunka, Czkawka i Merida zostaliby przeniesieni w XXI wiek, albo jakaś siła wyższa (na przykład Księżyc) zebrałaby ich razem w jednym miejscu. Albo można po prostu przyjąć, że rzeka, do której wpadł Jack, znajduje się jednak gdzie indziej, a sam Jack pojawił się dużo, dużo wcześniej (przecież ubranie ludzi z wioski, do której wszedł zaraz po przebudzeniu, równie dobrze mogłyby należeć do skandynawskich chłopów).
Następną sprawą są wspomniane wyżej umiejętności bohaterów i ciągłość fabularna. I znów problemem jest tutaj Roszpunka, bo w Zaplątanych Flint ściął jej magiczne włosy, aby uwolnić ją od wiedźmy Gothel. Zresztą nie chodzi tylko o zdolność uzdrawiania – Roszpunka używała swoich długich włosów na wiele różnych sposobów (chociażby jako więzów). Tak więc mielibyśmy latajacego na smoku Czkawkę, władającego mocą Zimy Jacka Mroza, strzelającą z łuku Meridę i pozobawioną swojego największego atutu, średnio przydatną Roszpunkę. Można założyć, że crossover ma miejsce przed ścięciem włosów (w końcu większość fanartów z Wielką Czwórką przedstawia Roszpunkę z jej starą fryzurą), no ale nie byłoby w trakcie podróży Flinta i Roszpunki czasu na wydarzenia w crossoverze, nie mówiąc już o tym, że przedtem dziewczyna żyła w wieży, z dala od świata zewnętrznego. Rozwiązeniem tego problemu byłoby kolejne fanowskie założenie, że włosy Roszpunki, odrastając, odzyskały swoje pierwotne właściwości.
Co z resztą obsady? Co zrobić ze smoczymi trenerami z Berk, klanami z DunBroch, Flintem i resztą Strażników (Mikołajem, Zębową Wróżką, Zającem Wielkanocnym i Piaskowym Dziadkiem)? Czy mają przyjść w pakiecie z Wielką Czwórką? A może pojawić się dopiero, kiedy Wielka Czwórka będzie potrzebować pomocy? O ile sensowne i bardzo ciekawe byłoby wprowadzenie stosunków dyplomatycznych między królestwem Roszpunki, Berk i DunBroch (ach, Elinor pacyfikująca Stoika…), a Jack Mróz (przy wcześniejszym założeniu, że był już wtedy tym, kim jest teraz) na pewno odwiedzałby wszystkie trzy lokacje w okresie zimowym, o tyle nie jestem pewna, czy reszta Strażników byłaby tam na miejscu, zważywszy na to, że w okresie średniowiecza mogliby jeszcze nie istnieć (nie mówiąc już o tym, że Czkawka, jako Wiking, pewnie by w nich nie wierzył). Poza tym utrzymanie postaci pobocznych z wszystkich czterech fandomów w ryzach byłoby bardzo trudne. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się więc, aby ograniczyć ich liczbę (na przykład do rodziców Roszpunki, matki Meridy i ojca Czkawki) albo najpierw napisać prolog pokazujący środowiska, z których pochodzą główni bohaterowie, a potem ewentualnie przysłać kawalerię, kiedy walka z czarnym charakterem będzie się wydawała przegrana. Ale to tylko moje zdanie.
Zanim przejdziemy do dynamiki między Wielką Czwórką, mamy pewien problem, który się przy tej kwestii nasuwa. A mianowicie: Jack Mróz nie jest widziany przez ludzi, którzy w niego nie wierzą. Jednym z głównych wątków Strażników Marzeń dotyczył tego, że nikt w niego nie wierzy, zwłaszcza w pierwszych minutach filmu, kiedy właśnie urodził się na nowo i ludzie z wioski go nie widzą. Oczwiście możemy rozwiązać to w taki sposób jak rozwiązał to film – Jack używa swoim mocy i maluje na oknach różne obrazy, aby dać Czkawce, Meridzie i Roszpunce dowód na to, że istnieje i sprawić, że w niego uwierzą (co kazałoby czytelnikowi zapytać, dlaczego Jack w filmie nie zrobił tego dużo, dużo wcześniej); albo można założyć, że jednak w tamtych czasach wszyscy w niego wierzyli, więc był widoczny (co również byłoby nie do końca zgodne z filmem). Tak czy inaczej, trzeba to w jakiś sposób rozwiązać, aby fabuła mogła pójść do przodu i mieć sens.
Teraz co do samej dynamiki między bohaterami – dobrze rozeznany w sytuacjach wszystkich czterech postaci autor miałby spore pole do popisu. Jack Mróz w tamtym okresie nie pamiętałby jeszcze nic z tego, że był kiedyś człowiekiem i że miał rodzinę, więc gdyby reszta zaczęła opowiadać o swoich rodzicach (a w przypadku Meridy – także o rodzeństwie), można by napisać, że był smutny, ale nie wiedział za bardzo dlaczego. Roszpunka była trzymana przez większość swego życia w wieży, więc na pewno byłaby ciekawa kultury szkockiej i kultury Wikingów, a także byłaby zafascynowana mocami Jacka i Szczerbatkiem. Czkawka i Merida mają dwie skrajnie różne osobowości i zainteresowania (on jest spokojnym molem książkowym, zafascynowanym smokami, ona jest żywiołowa i woli spędzać czas na aktywności fizycznej), ale mogliby się dogadać, zważywszy na to, że Merida jest córką przywódcy klanów, a Czkawka – synem wodza Wikingów, i od obojga wymaga się pewnych zachowań, nieraz niezgodnych z ich charakterami.
Poza tym (tak jak wspominanym wyżej Avengers) dochodzą róznice osobowościowe. Właśnie dlatego, w fanfikach i fanartach, w których Wielka Czwórka znajduje się w Hogwarcie, każde z nich jest w innym domu (chociaż konfiguracje naprawdę różne). Jack jest samotnikiem i niezbyt lubi pracę w grupie, Roszpunka potrafi być szalona, ale ma pozytywne podejscie do życia; Czkawka ma dusze naukowca i do wszystkiego pdochodzi zdroworozsądkowo, a Merida jest popędliwa, czasem nawet samolubna. Niedawno usłyszałam opinię o tym, że Merida – właśnie ze względu na to samolubstwo – średnio pasuje do reszty bohaterów, którzy byli gotowi poświęcić dla innych swoją wolność (Roszpunka), kończynę (Czkawka), a nawet życie (Jack Mróz). Ale nie bez powodu nawiązałam wcześniej do Avengers, gdyż tam również mieliśmy grupkę zupełnie różnych bohaterów, o zupełnie różnych motywacjach i osobowościach, i samemu filmowi nie tylko to nie zaszkodziło, ale również było jednym z jego największych atutów. Tak też jest z Wielką Czwórką – każde z bohaterów nauczyło się w swoim dziele macierzystym czegoś innego i miało inne doświadczenia, ale gdyby to wszystko połączyć i dać im czarnego charaktera, który stanowiłby odpowiednio duże zagrożenie, moglibyśmy oglądać ich drogę do wzajemnego porozumienia i odłożenia na bok dzielących ich różnic. Bo przecież Jack potrafi pracować zespołowo, jeśli tylko chce; Czkawkę stać na spontaniczność, Roszpunka nie jest tak naiwna, jak mogłoby się wydawać, a Merida jest w stanie przejrzeć na oczy i odłożyć na bok swoje samolubstwo. Dajcie im tylko trochę czasu na rozwój relacji i monumentalną walkę, aby się mogli wykazać.
Jakby się nad tym głebiej zastanowić, to trudno znaleźć cokolwiek, co byłoby wspólne im wszystkim, bo zawsze okaże się, że jedno z Wielkiej Czwórki jednak drastycznie odstaje w tym konkretnym względzie od reszty (jak już zauważyliśmy wcześniej). Toteż długo zastanawiałam się, co takiego pociągającego jest w tej crossoverowej załodze i dlaczego fani uważają, że mógłby działać, mimo nieraz kolosalnych różnic między fandomami i uniwersami. Jak zauważyliśmy wyżej, aby Wielka Czwórka działała w jako taki sensowny i wewnętrznie niesprzeczny sposób, trzeba przyjąć pewne założenia albo wprowadzić jakieś narzedzie fabularne, które zebrałoby ich w jednym miejscu i czasie. Dlaczego więc Wielka Czwórka jest tak nośnym fanowskim crossoverem? Wydaje mi się, że przyczyna tego leży w designie bohaterów. Bo tak naprawdę projekty każdego z nich (jak również postaci pobocznych) nie odstają od siebie aż tak bardzo. Style, w jakich narysowane są ich twarze, nie wydają się różnić w skrjany, nie dajacy się pogodzić sposób. Co więcej, gdyby wrzucono jedno z nich do innego uniwersum, nie miałby zachwianych w stosunku do pozostałych postaci proporcji.
Poza tym sam pomysł, aby Czkawka, Roszpunka, Merida i Jack walczyli ramię w ramię i się spotkali, jest bardzo obecujący po prostu dlatego, że brzmi kozacko.