[FF: Avengers] Jabłoń cz. 1 – Jakby nigdy nic

Nadto, gdym ojcu, wyzwalając go od śmierci, dał żywot, dałem mu ten żywot, którego zaraz używać począł, a on mnie dał żywot, który jeśli miałem, tego wiedzieć nie mogłem. Zasię, jam dał żywot jemu śmierci lękającemu się, a on mnie dał żywot, iżbym mógł umrzeć. Co jeszcze; jam jemu dał żywot doskonały, a on mnie bezrozumnego spłodził, ciężar spłodził do noszenia komu innemu.[1]
Nowy Jork, 12 listopada, 1948, godzina 17:03
Howard Stark szedł ze zwieszoną głową i miał mętlik w głowie. To popołudnie zaczęło się od kawy w dinerze „Charlotte’s” i przypadkowego podsłuchania osobliwej rozmowy między dwoma mężczyznami, a skończyło na najdziwniejszej przygodzie, jaka go kiedykolwiek spotkała. Rzeczeni mężczyźni wzbudzili w Howardzie podejrzenia o bycie radzieckimi szpiegami, dlatego wynalazca ruszył za nimi, kiedy tylko opuścili diner. Zaprowadziło go to do miejsca, gdzie ustawili dziwne urządzenie, jak się okazało, portal czasowy. I tak oto wiedziony ciekawością Howard przekroczył jego próg i wylądował w roku 2012. Niestety, po drodze wystąpiły pewne komplikacje i wynalazca utknął w przyszłości na trzy godziny. Tymczasem linia czasowa potrzebowała pięciu godzin, aby zmiany, które w niej zaszły podczas podróży w czasie, w niej zaistniały. Tak więc ci dwaj mężczyźni – doktor Bruce Banner i, jak się później okazało, dorosły syn Howarda, Tony Stark – mieli pięć godzin, aby przygotować nowy wehikuł czasu i odesłać go z powrotem. Jednocześnie sam Howard miał pozostać odizolowany, żeby nie dowiedział się o przyszłości niczego, co mogłoby wpłynąć na przyszłe wydarzenia.
Mimo to splot różnych przypadków sprawił, że Howard dowiedział się wielu rzeczy. Po pierwsze – zobaczył Steve’a Rogersa, całego, zdrowego i do tego równie młodego, co w czasie wojny. Okazało się, że został odnaleziony w XXI wieku, ale Howard nie dowiedział się (i nawet nie naciskał na to, aby mu o tym powiedziano), kto i kiedy go odnalazł. Kapitan Ameryka nie był też zbyt rozmowny, jeśli chodzi o przyszłość i stwierdził, że jeżeli powie za dużo, może dojść do nieodwracalnych zmian, które mogą jej zaszkodzić. Niemniej jednak Howard i Steve miło spędzili czas na wspominkach, a po niemal czterdziestu minutach Kapitan został wezwany, aby spotkać się z jakimś człowiekiem.
Po drugie – w przyszłości (co było właściwie zrozumiałe) technologia miała się bardzo rozwinąć. Chociaż sztuczna inteligencja, która powitała Howarda w domu, gdzie przenieśli się Tony i Bruce, była – jak sama stwierdziła – prototypem, to i tak pozostawały jeszcze liczne, świecące na niebiesko, trójwymiarowe ekrany w laboratorium Tony’ego, zdjęcia, które były kolorowe i dokładne do niemal najdrobniejszych szczegółów, a także niezwykle cicha winda.
Po trzecie i najbardziej istotne z punktu widzenia Howarda było to, że doczeka się syna. Na początku nie zauważył podobieństwa między sobą a Tony’m, a i sam mężczyzna starał się ukryć przed nim swoją tożsamość, ale kiedy tylko Howardowi udało się uciec z pokoju, gdzie miał czekać na możliwość powrotu do swoich czasów, odkrył, że jeden z konstruktorów wehikułu czasu jest w istocie jego dorosłym synem. I właśnie tę rzecz – spotkanie z nienarodzonym potomkiem, konfrontację z nim, i ich wspólne pożegnanie, kiedy portal został już odbudowany – Howard wspominał najczęściej od momentu powrotu do roku 1948.
To, co mu się przydarzyło, było jak sen. W jednej chwili gonił Tony’ego i doktora Bannera po ulicach Nowego Jorku, w drugiej siedział w przyszłości i rozmawiał z dorosłym synem i ze Steve’m, a w następnej był znów w swoich czasach i to jeszcze w tej samej minucie, w której przeszedł przez portal. Jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Jakby te niemal trzy godziny było tylko halucynacją, wymyśloną przez jego mózg. Głowa bolała go równie mocno, co w chwili opuszczenia „Charlotte’s”, więc może rzeczywiście… Ale obojętnie jak bardzo racjonalna część jego umysłu próbowała odrzucić koncept, jakoby właśnie powrócił z przyszłości, on wciąż obstawał przy tym, że to jednak prawda. Nie byłby w stanie wymyśleć sobie prawie trzech godzin i spędzić na tym tylko kilku sekund. Nie był też w stanie zaprzeczyć, że wciąż czuł na sobie dotyk i zapach Tony’ego. Nagle wszystko dookoła wydawało mu się potwornie nudne i zwyczajne, łącznie z jego własnym, bądź co bądź urozmaiconym, życiem. Wszystko wydawało mu się również szare w porównaniu z kolorową przyszłością, którą niedawno opuścił.

Teraz nie wiedział, co zrobić. Nie chciał na razie powrócić do firmy, więc kręcił się po ulicy i rozmyślał. Miał, co prawda, wpaść do Peggy Carter i powiedzieć jej, że Steve może zostać kiedyś odnaleziony, ale doszedł do wniosku, że on i tak nie mógł powiedzieć Peggy, że jej ukochany jest żywy i że ona ma czekać aż do XXI wieku, aby ktoś go znalazł. A już z całą pewnością nie mógł jej powiedzieć o tym, że wie o tym, bo odbył podróż w czasie. Nawet gdyby mu uwierzyła, byłoby jej żal, że musi czekać aż tak długo. Być może naciskałaby na Howarda, aby znów zaczął szukać, a on nawet nie miał pojęcia, gdzie jest Kapitan Ameryka.
Poza tym Peggy bardzo przeżyła wieść o śmierci Steve’a, a jeszcze bardziej to, że Howard nie znalazł jego ciała. Przez dłuższy czas była rozstrojona i zrozpaczona, miała wrażenie, że nigdy nie będzie szczęśliwa. Teraz przynajmniej się uśmiechała i potrafiła skupić się na pracy. I dlatego Howard – obojętnie jak bardzo chciał dać Peggy nadzieję na to, że ona i Steve znów się spotkają – postanowił, że nie może tego zrobić.
Po jakimś czasie nogi same zawiodły go do parku. Był tak zmęczony, że postanowił usiąść na ławce i odpocząć. Mimowolnie jego ręka sięgnęła do kieszeni płaszcza po papierosy, ale szybko napotkała gazetę. Zaczął szukać dalej w tej samej kieszeni i jego palec zahaczył o jakiś papierowy róg. Howard szybko pomacał dalej i odkrył, że jest to koperta. Wiedziony nagłym przeczuciem, natychmiast wyjął ją, a kiedy tylko na nią spojrzał, jego pierwsze przeczucia odnośnie tego, co to za koperta, się potwierdziły.
Jest tam parę rzeczy, które musisz wiedzieć, ale nie otwieraj jej, dopóki się nie urodzę. Najlepiej włóż ją do sejfu, czy coś.
Napis na śnieżnobiałej, zaklejonej kopercie głosił: „Najlepiej otworzyć 29 maja, 1970 roku.” Koperta była cienka i niezbyt ciężka, co oznaczało, że jej zawartość nie przekraczała objętości jednej kartki. Kiedy Tony chciał mu dać ten list, Howard odrzucił go, mówiąc, że woli nie wiedzieć, co mu się przydarzy. Najwidoczniej Tony wsunął mu go do kieszeni w trakcie ich wspólnego uścisku.
Tak czy inaczej, list został dostarczony. Howard trzymał go obiema rękami i przyglądał się mu ze wszystkich stron. Korciło go, żeby otworzyć kopertę, wyjąć wiadomość i przeczytać ją tu i teraz. Jednak widniejący na kopercie napis i niedawne wydarzenia go przed tym powstrzymywały. Z jednej strony Tony tylko doradzał mu, żeby otworzyć ją dopiero w 1970, z drugiej – kto wie, czy zawarte w niej informacje nie sprawią, że przez przypadek zrobi coś, co zapobiegnie narodzinom Tony’ego.
Bo przypuśćmy, że jest tam nazwisko jego przyszłej żony i matki jego syna. Jeżeli Howard się dowie, kim ona jest, będzie jej szukać, będzie ją próbował usilnie uwieść i w sobie rozkochać, wciąż myśląc o tym, że powinien mieć z nią syna. I kiedy wreszcie ją poślubi, spróbuje począć z nią Tony’ego. W rezultacie może urodzić się kilkoro z dzieci, ale żadne z nich nie będzie Tony’m, a może się nawet okazać, że ponieważ jego matka jest akurat w ciąży z innym dzieckiem, nie może urodzić tego, którego Howard usilnie chciał mieć. Może też dojść do tego, że zbyt usilne próby rozkochania jej w sobie, doprowadzą do zgoła odwrotnego skutku – że będzie chciała znaleźć się jak najdalej od przyszłego męża. Zresztą Howard nie chciał żenić się tylko po to, aby mieć syna. Mimo że był kobieciarzem, jeżeli miałby kogoś poślubić, musiałaby to być kobieta, która wyróżniałaby się w jego oczach spośród wszystkich kobiet, które spotkał.
Co będzie, to będzie. Nie chcę wiedzieć, co mnie czeka. Wolę sam do tego dojść. – Sam tak powiedział Tony’emu. Aż dziw bierze, że Tony – który przez większość czasu próbował nie dopuścić do tego, aby jego ojciec dowiedział się zbyt wiele na temat przyszłości – podrzucił mu ten list. Ale kto wie – może jest on napisany na tyle ogólnikowo, aby nie zdradzić tego, co może im zaszkodzić, ale za to jest tam coś, co może uratować ich przed katastrofą. Więc być może konsekwencje nie byłyby aż tak opłakane, za to byłyby zbawienne.
Trzymał list tak długo, że na białym papierze zaczęły pojawiać się wgniecenia od spoconych rąk Howarda. Mężczyzna był naprawdę w rozterce. To, co było zawarte w tej zaklejonej kopercie, mogłoby sprowadzić na niego zgubę albo uchronić przed niewybaczalnymi błędami. Co więc powinien zrobić? Niewątpliwie powinien być ostrożny, ale czy w tym wypadku ostrożność przemawiała za tym, aby zostawić list w spokoju, czy go otworzyć?
Najlepiej włóż ją do sejfu, czy coś…
Howard podniósł głowę i uśmiechnął się do swoich myśli. Sejf… Może rzeczywiście był to dobry pomysł. Wykupić skrytkę w banku, włożyć tam kopertę i przeczekać do 1970. Wtedy na pewno nie będzie się martwił o to, że przeczyta ją zbyt wcześnie. Powinien zaufać swojemu synowi.
Schował więc list z powrotem do kieszeni, podszedł do jezdni i zawołał taksówkę. Kiedy po kilku minutach udało mu się wreszcie jakąś złapać, kazał się zawieść do najbliższego banku. Trzymał pieniądze w kilku z nich, ale wybrał ten w pobliżu Wall Street. Tam wprowadził swój plan w życie i niebawem stał się dumnym posiadaczem skrytki numer 2012. W chwili, kiedy zamknął wrzuconą doń kopertę od Tony’ego na klucz i włożył go do kieszeni, od razu odczuł ulgę. Teraz mógł już powrócić do swojego życia bez obawy o przyszłość. Przynajmniej na kilka lat mógł nie myśleć o tym, co Tony ma mu do przekazania.
Malibu, 18 sierpnia 2013
Tony właśnie kończył najnowsze udoskonalenia w rękawicy Iron Mana, kiedy nagle odezwał się JARVIS:
– Panie Stark, w posiadłości znajduje się intruz.
Tony spojrzał tylko na górę, po czym powrócił do pracy.
– Znamy go?
– Nie, proszę pana. To nikt z TARCZY, żaden z Mścicieli i znanych nam przestępców. Co ciekawe, nie wszedł ani przez drzwi, ani przez okno. Po prostu się pojawił.
Bogacz przerwał swoje zajęcie i zastanowił się przez chwilę.
– Teraz mnie zaintrygowałeś, JARVIS. Czy nasz intruz jest uzbrojony?
– Nie wygląda na to, żeby miał broń, ale zalecam ostrożność.
– Rozumiem – odparł Tony.
 A potem rzucił narzędzia na stół, natychmiast przebrał się w jedną z gotowych zbroi Iron Mana i poleciał do głównego hollu, gdzie JARVIS zlokalizował tajemniczego intruza.
Ciekawe było to, że ów tajemniczy intruz nie ruszał się z miejsca, po prostu stał w tym samym punkcie, jakby nigdy nic. Gdyby był złodziejem, na pewno kierowałby się teraz tam, gdzie znajdował się jego cel. To samo tyczyło się wszelkiego rodzaju tajnych agentów i zabójców. Nikt, kto włamuje się do czyjegoś domu, nie stoi w miejscu, chyba że specjalnie chce zwrócić na siebie uwagę gospodarzy. Tony postanowił mieć się na baczności. Ostatecznie walczył jakiś czas temu z gościem, który kazał tłumowi w Niemczech się sobie pokłonić.
Ten, którego Tony ujrzał po środku hollu, nie był – co prawda – najdziwniejszą rzeczą, jaką w życiu widział, niemniej jednak wyglądał osobliwie. Był bardzo wysoki i należał do tego typu istot, które wyglądają jak ludzie, mają jednakże wielkie, łyse głowy, zdradzające wielki mózg. Nosił na sobie biało-niebieską togę. Jego oczy były białe, pozbawione źrenic, a mimo to bardzo ekspresyjne. Tony mógł wyczytać w nich pewien smutek, a nawet zmęczenie.
Iron Man stanął na ziemi, ale jeszcze nie podchodził do swojego gościa.
– Witaj, Tony Stark – odezwał się wreszcie intruz. Miał spokojny, cichy głos. – Przybywam w pokoju.
– Mam nadzieję. Po ostatniej niezapowiedzianej wizycie musiałem remontować dach.
Jego rozmówca zignorował tę uwagę i ciągnął dalej:
– Jestem Obserwatorem. Moje zadanie polega na obserwowaniu wszechświata i zachodzących w nim wydarzeń. Zwykle nie wolno mi mieszać się w sprawy jakiejkolwiek planety, nie mówiąc już o pojedynczych jej mieszkańcach, jednakże tym razem sprawa jest bardzo poważna.
Tony chciał odpowiedzieć jakąś złośliwością, jednak zżerała go ciekawość i postanowił, że poczeka z wszelkimi odzywkami, dopóki jego tajemniczy gość nie wyjaśni z czym przychodzi.
– Tony Stark – Obserwator przemówił znów, kierując swoje puste oczy na wynalazcę – ktoś właśnie cofnął się w czasie, aby zabić twojego ojca.
————————————————————-
[1] Seneka, Rzecz o dobrodziejstwach, Księga trzecia, Caput XXXI.

Aktulaności: Słowo wstępne do "Jabłoni"

Ponieważ jutro znowu muszę wyjechać na weekend, po raz kolejny piątkowy fanfik będzie wcześniej.

Tak jak obiecałam, następnym fanfikiem w kolejce jest Jabłoń, czyli wielorozdziałowy sequel do jednoczęściówki Jaki ojciec, taki… Ponieważ pisałam go jakiś rok po wspomnianej jednoczęściówce, Jabłoń nie jest całkiem zgodna z filmami Marvela, które pojawiły się po Avengers. Jest tam więc kilka niezgodności z kanonem MCU (chociaż jedna z tych ważniejszych została przeze mnie retconowana). Jednocześnie jest to fik, w którym starałam się tu i tam wrzucić jakieś easter eggi i – jak to ja je nazwałam – bezczelne cameo postaci z uniwersum Marvela. Poza Howardem Starkiem, Jebediah Stane’m i Antonem Vanko, pojawiają się Obserwator Uatu, generał Ross, Charles Xavier… W rozdziale szóstym jest nawet pewna scena, która stanowi „upowieściowienie” kilku paneli w tie-inowym komiksie Iron Man 2: Public Identity.

Przejdźmy już do samej fabuły. Jabłoń opowiada w zasadzie o tym jak ktoś przenosi się w czasie do 1965 roku, aby zabić Howarda Starka podczas prezentacji prototypu reaktora łukowego. Po powiadomieniu o zdarzeniu przez Obserwatora Mściciele i TARCZA wysyłają grupę złożoną z Iron Mana, Bruce’a Bannera, Czarnej Wdowy, agentki Hill, Hawkeye’a i Kapitana Ameryki, aby dowiedzieli się, kto planuje zamach i nie tylko nie dopuścili do tego, aby do niego doszło, ale też zadbali o to, żeby młody Nick Fury i Howard się spotkali. Natychmiast nawiązują współpracę z samym Howardem, który pamięta Tony’ego i jego przyjaciół ze swojej podróży w czasie. Przy czym Howard ma swoje własne problemy, poza tym, że ktoś chce go zabić.

Zaznaczam, że znajomość Jaki ojciec, taki… nie jest wymagana (ba – w pierwszym rozdziale macie wyłuszczone te co bardziej istotne elementy fabuły), ale nie zaszkodzi.

Planowałam, że zrobię taką jakby fanfikową trylogię. Koncept trzeciej części zmienił się na przestrzeni tych dwóch lat i nie wiadomo, czy dojdzie do skutku.

Niestety w chwili obecnej Jabłoń nie została jeszcze dokończona i nie jestem pewna, czy dojdzie do jej dokończenia, kiedy przyjdzie czas przesłać finałowy rozdział.

[FF: Przygody Merlina] Wyzwanie – część 6 (ostatnia)

Trzynasty z Dwunastu uśmiechnął się jeszcze szerzej, po czym zaczął powoli, ale rytmicznie klaskać. Merlin czuł się nieswojo, ale starał się tego nie okazywać.
– Bezbłędnie, jestem pod wrażeniem. – Trzynasty z Dwunastu zaśmiał się, wstrzymawszy oklaski, i mówił dalej: – Ale powiedz mi, Merlinie: Jak się domyśliłeś? Smok ci powiedział?
– O, nie. W każdym razie nie wprost – oznajmił Merlin i pozwolił sobie na lekki uśmiech. – Kiedy mu opowiedziałem o tym, że wyzwałeś mnie na pojedynek, nie był skory do wyjaśnień. Wszystko ujął ogólnie, abym sam się domyślił. Moim głównym tropem był sposób, w jaki się przedstawiłeś. Trzynasty z Dwunastu. Na początku tego nie rozumiałem, ale potem przyjaciółka opowiedziała mi o starym przesądzie wojskowych.
– Trzech przed wodzem, trzech za nim, czterech po bokach i tak dalej? – spytał domyślnie Trzynasty z Dwunastu.
– Tak. Razem dwunastu ludzi. Ale zawsze podróżuje z nimi ów niechciany, trzynasty pasażer. Śmierć. Gwen chciała mi to powiedzieć i powiedziała na tyle, na ile mogła. To mi wystarczyło, żeby połączyć wszystko ze sobą. Twoje przechwałki podczas uczty…
Nie jestem czarownikiem. Jestem kimś o wiele potężniejszym. Prawdę mówiąc, nie spotkałem jeszcze czarownika ani rycerza, który mógłby mnie pokonać.
– Słowa smoka, kiedy zapytałem go o to, kim jesteś…
Jedyne, co mogę ci powiedzieć, to to, że nie jest on człowiekiem. To siła wyższa. Trudno będzie z nią wygrać. Nie jestem pewien, czy to czasem niemożliwe.
– Również to, jak zginęli strażnicy. Gajusz nie znalazł żadnych śladów, wyjaśniających ich zgon, a przecież robił im sekcję. Nawet czarownik, kiedy kogoś zabija, musi użyć zaklęcia, które powoduje zgon z określonej przyczyny, która ma określone znaki. Ale wystarczy, że ty – uosobienie Śmierci – kogoś dotkniesz, a ten ktoś padnie martwy. Tak właśnie ich zabiłeś, kiedy zagrodzili ci drogę. Dotknąłeś ich i pozbawiłeś życia.
– Brawo, brawo – odpowiedział Trzynasty i znów zaklaskał z uznaniem. Kiedy przestał, posłał Merlinowi kolejny złowrogi uśmiech i spytał: – Skoro teraz już wiesz, kim jestem, co zamierzasz z tym zrobić?
– Czy to nie oczywiste? – spytał Merlin, znów się rozpromieniając. – Zamierzam cię pokonać.
– Pokonać Śmierć? – Trzynasty z Dwunastu aż prychnął śmiechem. – Nikomu się to jeszcze nie udało.
– W takim razie ja będę pierwszy – odpowiedział spokojnie czarownik. Wyciągnął z pochwy miecz i przyjął pozycję bojową. – Przejdźmy wreszcie do pojedynku.

Śmierć zachichotał cicho. Wskazał otwartą ręką kamienny stół z dwoma drewnianymi krzesłami, którego jeszcze wcześniej tam nie było.
– W takim razie spocznij, czarowniku.
Merlin nie wiedział, czego się spodziewać. Im bardziej przedłużał się moment próby, tym bardziej niepewnie się czuł. Mimo to wsunął miecz do pochwy i usiadł, oczekując, że lada chwila rozpocznie się pojedynek. Śmierć zajął miejsce naprzeciwko niego i teraz obaj wpatrywali się w siebie.
– Już raz mi się wymknąłeś, pamiętasz? – odezwał się nagle Śmierć. Kąciki jego ust ułożyły się w lekki uśmiech.
– Na Wyspie Błogosławionych? – zapytał domyślnie Merlin. Jego gardło było jakby ściśnięte, więc z trudem wydobył z siebie głos. Śmierć mówił dalej:
– Twoje życie w zamian za życie Artura. Czekałem na ciebie. Czekałem aż wpadniesz w moje ręce. Ale nie przyszedłeś.
– Przyszedłem – odparł Merlin. – To ty nie wyszedłeś mi na spotkanie.
Uśmiech Trzynastego z Dwunastu nagle osłabł i Śmierć spojrzał na młodzieńca przed sobą w sposób, który zdradzał głębokie zamyślenie. Tymczasem Merlin zaczynał się niecierpliwić.
– To na czym ma polegać nasz pojedynek? Jak to sobie wyobrażasz?
– Powiedz mi, Merlinie – zaczął znów Trzynasty – czy lepiej jest żyć dla króla, czy za niego zginąć?
To pytanie zaskoczyło Merlina, ale zaraz chłopak odzyskał rezon. Miał już dość gierek, miał już dość tego, że Śmierć grał mu na nerwach. A pamięć niedawnych wydarzeń tylko pogłębiała jego złość. Na razie jeszcze powstrzymywał się przed wszelkimi nierozsądnymi działaniami. Ani na moment nie zapominał o tym, kto przed nim stoi; ani co ten ktoś może z nim zrobić.
– Przecież śmierć za króla jest najwyższym zaszczytem dla poddanego – odpowiedział po chwili namysłu czarownik.
– Ach tak? – Brew Śmierci podniosła się i po chwili Trzynasty zaczął znów: – Gdyby tak było, Merlinie, królestwa stałyby puste. Nie miałby kto bronić króla, kto leczyć jego ran ani kto mu służyć. Nie byłoby rolników, którzy orzą pole, kuglarzy, który pocieszają ludzi, kowali, którzy naprawiają wozy i wykuwają broń… Nie byłoby poddanych, o których król ma się troszczyć. Masz oczywiście rację, Merlinie. Śmierć za króla jest zaszczytem, ale nie dla wszystkich.
Merlin zamyślił się przez chwilę. Przypomniał sobie jak był gotów oddać swoje życie za Artura w Labiryncie Gedref i na Wyspie Błogosławionych. Pamiętał jak stał naprzeciw Nimue, a ona pytała go, czyje życie zamierzał dać w zamian za księcia i pamiętał jak bez mrugnięcia okiem, bez zająknięcia i bez żadnych wątpliwości wskazał swoje własne. Pamiętał jak się żegnał z księciem, kiedy szykował się na własny zgon. Pamiętał jak leżał w łóżku, oczekując na śmierć. I pamiętał te wszystkie myśli i uczucia, które go tamtej bezsennej nocy nachodziły. Żal za ludźmi, których zostawia; lęk o to, co może czekać go po drugiej stronie, i smutek, że nie zobaczy tego wspaniałego świata, który Arturowi było pisane zbudować. Ale przede wszystkim pewność. Pewność, że wszystko będzie dobrze. Pewność, że Artur sobie poradzi. Pewność, że robi dobrze, oddając życie za księcia.
– Dla mnie tak – odrzekł w końcu chłopak. – Jestem gotów na śmierć za Artura.
– Spodziewałem się większej mądrości po największym magu na świecie. – Śmierć oparł ramiona na blacie stołu i przechylił się odrobinę w stronę gościa. – Posłuchaj mnie, Merlinie. To rycerze i wojowie mają umierać za króla. A ty jesteś sługą. Sługa nie jest rycerzem.
Znów te słowa. Czy nawet czekając na śmierć miał je wciąż słyszeć?
– A kto tak mówi? – Merlin podniósł się z krzesła. – Przecież zdarzało się, że słudzy umierali za swoich panów. Słudzy również mają chronić pana za wszelka cenę. Pić za niego truciznę, odwracać od niego uwagę zabójców, aby mógł uciec, albo stawać na drodze ostrza, które ma go przebić.
– Prawda, ale mogą go chronić w o wiele lepszy sposób. Mogą ostrzegać go, prowadzić po bezpiecznych drogach, ubezpieczać tyły i doradzić, kiedy zachodzi taka potrzeba. To powinni robić słudzy. Służyć.
Merlin popatrzył na Trzynastego z Dwunastu. Powoli zaczynał rozumieć, co Śmierć miał na myśli, pytając czy lepiej jest żyć dla króla, czy za niego zginąć. Merlin zawsze wiedział, że jego miejsce jest przy Arturze. Zawsze wiedział, że jego przeznaczeniem jest chronić go przed magią, która mogła mu zagrozić, i służyć radą, gdy tego potrzebował.
– I to właśnie robię – powiedział, niemal szepnął, Merlin. – Zawsze to robiłem.
– Ach – Śmierć znów się uśmiechnął – widzę, że wreszcie zaczynasz pojmować. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś najważniejszą linią obrony Artura przed jego wrogami?
O tak. Merlin zdawał sobie sprawę z  tego aż za dobrze. Nie było dnia, w którym by o tym nie myślał; nie było dnia, w którym nie myślałby o niebezpieczeństwach czyhających na księcia i o przeznaczeniu, które czekało na nich obu. Problem polegał na tym, że Artur prawie nigdy go nie słuchał, nawet kiedy potem okazywało się, że Merlin miał rację. Wiele razy bolało czarownika, że książę mu nie ufa i że tak nisko ceni sobie jego zdanie. Gdyby tylko wiedział…
– W takim razie sam widzisz, że lepiej jest żyć dla króla niż za niego zginąć – podsumował Trzynasty z Dwunastu.
Nagle Merlin zaczął się zastanawiać, dlaczego Śmierć mówi do niego te wszystkie rzeczy. Przecież spotkali się tutaj, aby stoczyć pojedynek. Przecież jeszcze niedawno widział jak banshee pierze jego koszulę w rzece. Więc dlaczego Trzynasty z Dwunastu zapewniał go o tym, że musi żyć? To było bardzo dziwne uczucie – słyszeć ust samego Śmierć, że powinien żyć.
Ni stąd ni zowąd, Trzynasty podniósł się na równe nogi i stanął obok stołu. Domyślając się oczekiwań przeciwnika i tego, że wreszcie nadszedł czas na ich pojedynek, Merlin również powstał. Teraz stali naprzeciwko siebie, a Śmierć badał wzrokiem chłopaka przed sobą, od stóp do głów. A potem zrobił coś całkiem niespodziewanego. Wyciągnął w stronę Merlina obleczoną w rękawicę rękę.
– Podaj mi dłoń, czarowniku – powiedział po chwili.
Merlin przyglądał się Trzynastemu ze zdumieniem, ale również z podejrzliwością. On znów się uśmiechnął i odparł:
– Nie martw się. Przecież widzisz, że noszę rękawiczki. – Nagle spoważniał. – A tylko poprzez uścisk jest sens się z tobą pojedynkować.
Merlin nie rozumiał, na czym miał polegać pojedynek poprzez uścisk ręki. Im dłużej przebywał sam na sam ze Śmiercią, tym bardziej absurdalne wydawało mu się jego zachowanie. Bo mimo jego zapewnień, młodzieniec nadal miał wrażenie, że umrze, jeśli spełni rozkaz Śmierci. Trzynasty z Dwunastu miał przecież rękawiczki również na uczcie z okazji urodzin Morgany, a strażnicy i tak umarli.
– Co jest, Merlinie? Wszak przyszedłeś się tutaj pojedynkować. Pojedynek polega na tym, abyś uścisnął mi dłoń. Jeżeli tego nie zrobisz, stracisz honor, a wraz z tobą straci go również Camelot.
– Co takiego miałby sprawdzać taki pojedynek? Wyższości  w czym miałby udowodnić? – spytał Merlin, po części z ciekawości, po części aby zyskać czas do namysłu.
– O, ma dowieść całkiem sporo. Ale ty dowiesz się tego, gdy do niego przystąpisz.
Merlin wahał się jeszcze przez chwilę. Z jednej strony skąd miał wiedzieć, że uściśnięcie dłoni Śmierci go nie zabije? Z drugiej – przecież przyszedł tu stoczyć pojedynek. Przyszedł tu walczyć za Camelot i za swojego przyszłego króla. Na to czekał, rozmawiając z Trzynastym z Dwunastu. Z Trzynastym z Dwunastu, który zapewniał go, że powinien żyć i służyć Arturowi, a nie umierać za niego. Czy więc uścisk ręki ze Śmiercią był ukrytym testem charakteru? Czy pojedynek miał polegać na tym, że Merlin zrobi to lub nie? Ale idea pojedynku polega na tym, że przeciwnicy mierzą się w potyczce, aby udowodnić sobie i innym, który z nich jest lepszy. Wyższości w czym miał udowodnić uścisk ręki?
Był tylko jeden sposób, aby się dowiedzieć. Jeżeli jego przeznaczenie było prawdziwe, wyjdzie z tego obronną ręką.
Niepewnie, ostrożnie wyciągnął dłoń w stronę Trzynastego z Dwunastu. Sam nie wierzył, że to robi. Jakaś część jego krzyczała, aby cofnął rękę i nazywała go idiotą (może nawet brzmiała trochę jak Artur). Mimo to jakiś wewnętrzny głos zapewniał go, że to właśnie powinien zrobić; że to właśnie jest właściwe. A kiedy jego ręka spoczęła w ręce Śmierci, wiedział, że nie ma już odwrotu.
Na początku poczuł się słabo. Jakby nagle zaczęła ulatywać z niego energia, czy też raczej – jakby palce Śmierci wysysać z niego życie. Podobnie czuł się, kiedy wypił truciznę za Artura. Jego nogi zaczęły nawet dygotać, kręciło mu się w głowie i Merlin miał wrażenie, że zaraz padnie nieprzytomny na ziemię. Albo – co było bardziej prawdopodobne – umrze. Pomyślał, że jednak jego wewnętrzny głos go zwiódł i że przez swoją głupotę zaraz umrze. Jednakże potem stało się coś bardzo dziwnego. Poczuł jak energia znów do niego wraca – przechodzi z palców Trzynastego z Dwunastu i wpływa z powrotem do jego żył. I nagle poczuł się tak, jakby obudził się po długiej (niemal za długiej) drzemce – poczuł się prawie tak samo, jak po wypiciu wywaru z morteusa.
W tym właśnie momencie Trzynasty z Dwunastu uśmiechnął się lekko i puścił jego dłoń.
– No cóż. Wygląda na to, że w końcu przegrałem.
Merlin ledwo był w stanie pojąć, że to już koniec. Co się przed chwilą wydarzyło? W jaki sposób udało mu się dotknąć Śmierci i nie paść trupem? Z całą pewnością nie spodziewał się czegoś takiego, kiedy szedł Trzynastemu na spotkanie.
– Tak jak powiedziałem, możesz prosić o cokolwiek chcesz, Merlinie. Cóż więc takiego może dla ciebie zrobić Śmierć?
Merlin znów się zastanowił. Taka okazja nie nadarzała się zbyt często. Mógł poprosić o coś istotę, która miała we władzy przeznaczenie. Mógł poprosić o to, aby wszyscy wrogowie Artura umarli; i mógł poprosić o wieczne życie. Ale czy powinien? Nigdy nie chciał żyć wiecznie (w przeciwieństwie do wielu czarowników). Zawsze wyobrażał sobie, że takie życie po jakimś czasie robiło się smutne i nudne. Miał szansę i powinien wybrać mądrze. Nasuwał się tylko jeden rozsądny wybór.
Merlin podniósł wzrok i w końcu przemówił:
– Chcę, abyś mi pomógł w wypełnieniu mojej misji. Chcę żyć na tyle długo, aby zobaczyć jak Artur spełnia swoje przeznaczenie, i nie chcę zginąć, nie ochroniwszy mojego pana.
– Tego się właśnie spodziewałem – odparł Śmierć i jego uśmiech rozszerzył się. – Skoro tego właśnie chcesz, tak właśnie się stanie. Nie spotkasz mnie, dopóki nie wypełnisz swojego przeznaczenia. Do tego czasu żegnaj, Merlinie.
Tak jak podczas uczty, tak i teraz owionął Trzynastego z Dwunastu fioletowy dym, który niebawem opadł, pozostawiając tylko pustą przestrzeń. Merlina ogarnęło dziwne uczucie ulgi wymieszanej ze zdumieniem. Jego pojedynek ze Śmiercią zakończył się w tak osobliwy i niespodziewany sposób… Do tego udało mu się wygrać i zapewnić sobie i Arturowi gwarancję, że nie spotka ich przedwczesna śmierć. Niemniej jednak wiedział, że niebezpieczeństwa nadal się czają, a jego zadaniem jest nie dopuścić do tego, aby dosięgły Camelotu. Są wszak gorsze rzeczy niż śmierć.
Niemniej jednak postanowił w końcu powrócić do domu. Przez całą drogę do zamku zastanawiał się, co powiedzieć o swoim pojedynku królowi, księciu i innym. Kiedy doszedł już do bram zamku, a zdziwieni jego powrotem strażnicy wpuścili go do środka, miał już gotową wersję wydarzeń.
– Szachy? – zdziwił się książę, kiedy Merlin mu ją przedstawił. – Czarownik, który był w stanie zabić strażników w niewyjaśniony sposób, wyzwał cię na pojedynek szachowy?
– A co w tym dziwnego? To, że nigdy razem nie graliśmy, nie znaczy, że nie umiem.
– Ależ ty nie masz za grosz zmysłu strategicznego, Merlinie – prychnął śmiechem Artur. – Nie mówiąc już o tym, że jesteś idiotą.
– Jak zawsze jesteś pełen wiary we mnie, panie – odparł z sarkazmem Merlin.
– No, ale przecież przegrałeś z nim, czyż nie?
– No prawda – przyznał sługa. – A miałem kilka pomysłów na życzenia… Na przykład, abyś przestał być ćwokiem.
– Aż dziw bierze, że postanowił cię jednak nie zabijać. Czyżbyś był tak żałosny, że postanowił nie marnować na ciebie magii?
– Po prostu uznał, że mimo iż przegrałem, wykazałem się odwagą i honorem. A skoro prosty sługa jest odważny i honorowy, to jakież musi być całe królestwo?
Artur przyjrzał się Merlinowi w sposób, który zdradzał zamyślenie. A potem książę nagle przemówił bardzo poważnym, ale również bardzo ciepłym tonem:
– Cieszę się, że do nas wróciłeś. Myślałem, że już cię nigdy nie zobaczę.
Ja też… Pomyślał Merlin i powrócił do pracy.
– I jeszcze coś – powiedział Artur. Merlin przerwał swoją robotę i spojrzał na niego. – Trzynasty z Dwunastu miał rację. Wiedz, że nigdy nie wątpiłem w twój honor, Merlinie.
– Dziękuję, panie. – Merlin uśmiechnął się. – To wiele dla mnie znaczy.
– No już nie szczerz się tak. Moje łóżko samo się nie zrobi.
Wersja o szachach obiegła cały Camelot (kilka razy nawet jakiś sługa albo rycerz śmiał się z Merlina, że przeszedł taki szmat drogi, aby przegrać w szachy) i po kilku tygodniach ucichła w miarę jak Camelot zaczął żyć nowymi sprawami i nowymi historiami. Tymczasem prawdziwy przebieg pojedynku poznali tylko Wielki Smok i Gajusz (poza życzeniem Merlina; to chłopak postanowił zatrzymać dla siebie). Obaj cieszyli się z takiego obrotu sprawy, a smok stwierdził nawet, że tego się właśnie spodziewał. Gajusz tuż po powrocie Merlina do domu uściskał go tak mocno, że chłopak myślał, że zostanie zgnieciony albo się udusi. Mimo wszystko cieszył się z powrotu do domu.
Czas tylko miał pokazać jak bardzo ów pojedynek Merlina z Trzynastym z Dwunastu wpłynął na przeznaczenie nie tylko księcia i jego wiernego sługi, ale i całego Albionu. Bo choć wiele razy Merlin był bliski śmierci, nigdy nie umarł; i choć Artur poniósł śmierć pod Camlann, tak naprawdę nie zginął, tylko pogrążył się we śnie do czasu, aż Albion znów będzie go potrzebować – do czasu, aż wypełni się przeznaczenie dwóch mężczyzn, będących dwiema stronami tej samej monety.

[FF: Przygody Merlina] Wyzwanie – część 5

[Pierwotnie część 5 i 6. Obecnie scalone ze względu na to, że część 5 miała niespełna trzy strony.]

Po przebraniu Artura w zbroję pan i sługa wyszli na polanę, gdzie zwykle odbywały się treningi z rycerzami. Wszyscy wojownicy Camelotu stali w rzędzie, czekając na rozkazy, a służący przywieźli właśnie powozy bojowe. Artur polecił Merlinowi, aby został z boku i był gotów na wezwanie księcia. Sam zaczął przechadzać się w tę i z powrotem, zwrócony twarzą do rycerzy.
– Dzisiaj zamierzam poćwiczyć z wami walkę w powozie. Wiem, że rzadko zdarza się okazja, aby walczyć w zaprzęgu, ale nigdy nie wiadomo, z kim przyjdzie nam się zmierzyć, więc od czasu do czasu dobrze by było się przygotować i na taką ewentualność. Sir Lucan, sir Bedivere i sir Gaheris! – powiedział głośniej i od razu wszyscy trzej rycerze podnieśli głowy. – Wy zajmiecie pozycje przede mną! Sir Girflet, sir Lavaine i sir Colgrevance zajmą pozycje za mną! – wymienieni rycerze przytaknęli na znak zrozumienia. – Sir Kayu i sir Malagancie, wy staniecie po mojej lewej, a wy, sir Tristanie i sir Hektorze po mojej prawej stronie. – Wszyscy czterej przytaknęli, a Artur w zamyśleniu złapał się za brodę i ciągnął dalej: – Teraz potrzebny mi ktoś, kto będzie moim woźnicą.
Artur rozejrzał się po polanie. Na chwilę jego wzrok spoczął na Merlinie, ale zaraz przeniósł się na służącego, który stał obok. Artur podszedł do niego.
– Molberick, prawda? – spytał domyślnie. Służący przytaknął, a wtedy Artur ciągnął dalej: – Słyszałem, że całkiem dobrze radzisz sobie w powozie.
– Tak jest, panie. Tak mówią – odpowiedział Molberick ze wzrokiem utkwionym w niebo.
– Czy to prawda?
– Tak jest, panie.
– W takim razie zostaniesz moim woźnicą na czas ćwiczeń.
– Dziękuję, panie – Pokłonił się.
Artur zrobił dwa kroki w tył, powiedział coś jeszcze do swoich ludzi i rozkazał swoim rycerzom zająć pozycje. Sam wraz z Molberickien wsiadł do powozu zaprzężonego w książęcego konia. Powozy innych rycerzy z formacji były zaprzężone w zwykłe konie ze stajni. Ustawili się tak jak wcześniej ustalił Artur: Lucan, Bedivere i Gaheris znajdowali się przed księciem, Girflet, Lavaine i Colgrevance za nim, Kay i Malagant z lewej, a Tristan i Hektor po prawej. Po drugiej stronie ustawił się podobny szyk wokół innego rycerza, którego najwyraźniej książę wyznaczył wcześniej na swojego oponenta. Merlin stał przy płocie i wszystkiemu się przyglądał, ale jego umysł był zajęty czymś innym.

Chłopak miał mętlik w głowie. Król dał mu możliwość wyboru i Merlin wiedział, że to doskonała okazja, aby ochronić skórę, ale jakaś jego część protestowała przeciwko temu.
Jesteś tylko sługą. Sługa nie jest rycerzem – szeptał jeden głos w jego głowie, a drugi odpowiadał: Musisz przyjąć to wyzwanie. Tu chodzi o twój honor.
A Merlin nie wiedział, którego z nich ma posłuchać. Która z tych dwóch możliwości jest właściwa?
– Merlinie? – Głos Gwen, która nagle pojawiła się obok niego, wyrwał go z rozmyślań. Merlin spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem. Zanim jednak zdążył coś jej odpowiedzieć, ona dodała z lekkim uśmiechem: – Słyszałam, co król postanowił w twojej sprawie i kamień spadł mi z serca.
– Gwen – Spojrzał na nią. – Co według ciebie powinienem zrobić? Iść do tego człowieka, czy zostać tutaj?
Nagle się zmieszała. Najpierw spuściła wzrok, ale zaraz potem zaczęła oglądać się na wszystkie strony, byle nie na Merlina. Przez chwilę milczała, jakby szukała właściwych słów. W końcu odchrząknęła, wyprostowała się i oparła ramiona na płocie, spoglądając na ćwiczących na polanie rycerzy.
– Pamiętasz jak powiedziałam ci dziś rano, że w Camelocie przesądy są dosyć powszechne? – odezwała się. Jej wzrok powędrował z rycerzy na Merlina, który przytaknął. – Jeden z nich jest szczególnie popularny wśród wojowników.
– Tak? I czego dotyczy? – spytał Merlin.
– Policz rycerzy, którzy są po stronie księcia Artura.
Merlin spojrzał w stronę powozu bojowego swojego pana i zrobił, co mu kazała Gwen. Lucan, Bedivere i Gaheris na przedzie – trzech; Girflet, Lavaine i Colgrevance z tyłu – też trzech, razem sześciu. Kay, Malagant, Tristan i Hektor po bokach – to już…
– Dziesięciu – odpowiedział na głos.
– A wliczając samego Artura i jego woźnicę?
Merlin wytrzeszczył oczy, kiedy nagle coś zrozumiał. Musiał to jeszcze raz sprawdzić. Podniósł do góry rękę i zaczął przeskakiwać palcem z jednego człowieka, na drugiego, licząc ich. Trzech z przodu i trzech z tyłu – sześć. Dwóch z lewej i dwóch z prawej – czterech. Cztery dodać sześć to dziesięć. Razem z woźnicą i Arturem – dwunastu.
Dwunastu…
Kim jesteś, aby zakłócać naszą uroczystość?
Jestem trzynastym z Dwunastu, Utherze Pendragonie…
Merlin spojrzał z zaskoczeniem na Gwen, która jednak pozostała spokojna. Odwróciła znów wzrok w stronę rycerzy.
– Ojciec opowiadał mi, że dawniej tak wódz plemienia wyruszał do bitwy. Siedział w powozie bojowym wraz z woźnicą i był otoczony dziesięcioma wojownikami. Podobno czasem jeszcze stosuje się tę formację. Ale wojskowi wierzą wciąż, że zawsze towarzyszy im ktoś jeszcze, owa trzynasta osoba. Ktoś, kto pojawia się podczas każdej bitwy. – Popatrzyła na niego. – Wiesz o kogo chodzi?
– O boginię wojny Machę? – spytał domyślnie. Ta odpowiedź pierwsza przyszła mu do głowy.
Gwen uśmiechnęła się do niego.
– Nie, ale jesteś blisko. – Nagle spoważniała. – Chodzi o…
– Merlinie! – rozległ się ostry głos księcia. – Gwen nie ma czasu na pogaduszki z tobą! Zostaw ją w spokoju!
– Ale panie…! – zawołał Merlin, jednak Artur od razu mu przerwał:
– Nie dyskutuj!
– Tak jest, panie – odpowiedział Merlin i zwrócił się do Gwen. – Powiedz mi tylko o kogo chodzi.
– Trzynastą osobą jest…
– Gwen!
Tym razem to Morgana była tą, która im przerwała. Pojawiła się nagle na polanie i, zauważywszy swoją służkę, szybko do niej podeszła. Wydawała się być czymś zmartwiona. Kiedy jej oczy spoczęły na Merlinie, uśmiechnęła się lekko, ale chłopak mógł od razu spostrzec, że była zdenerwowana. Zwróciła się do Gwen:
– Wszędzie cię szukałam. Co się stało?
– Wybacz, pani – odparła służąca i pochyliła głowę w geście szacunku. – Zauważyłam Merlina i chciałam zamienić z nim parę słów.
– Wybaczam ci, ale musisz posprzątać moją komnatę i pomóc mi z kilkoma rzeczami.
– Już idę, pani – oświadczyła Gwen.
Morgana zaczęła się oddalać. Gwen odwróciła się ostatni raz do Merlina i wyszeptała coś, a właściwie poruszyła bezdźwięcznie ustami. Następnie szybko ruszyła za swoją panią, zostawiając Merlina samego bez odpowiedzi.
Przez resztę dnia zastanawiał się nad tym, co usłyszał, a także nad tym, co powinien zrobić. Tak bardzo go to nurtowało, że zasnął dopiero o drugiej nad ranem i ostatniego dnia przed podjęciem decyzji poszedł do pracy niewyspany. To jednak było nic w porównaniu z wnioskami, do jakich doszedł. Były one bardzo logiczne i teoretycznie powinny ostatecznie rozwiać jego wątpliwości, jednak tylko pogorszyły jego sytuację. Dwa sprzeczne ze sobą głosy w jego głowie jeszcze bardziej optowały za swoimi rozwiązaniami. Merlinowi został tylko jeden dzień do namysłu, ale wydawało mu się do czasem zbyt krótkim na podjęcie tak ważnej decyzji. Miał walczyć czy się wycofać? Miał stanąć do tego pojedynku, mimo jawnych znaków złego losu? Czy też może powinien zostać w domu i się nie narażać? Co byłoby mądrzejszym posunięciem? Co byłoby właściwszym posunięciem? Nie potrafił tego orzec.
Ostatniego ranka przed podjęciem ostatecznej decyzji Merlin wyszedł ze swojej sypialni i od razu zauważył Gajusza pośród stosu książek. Przez cały poprzedni dzień starzec praktycznie nie wychodził z pracowni, tylko siedział i wertował każdą ze swoich ksiąg. Teraz, pochylając się nad ostatnią z nich, westchnął głęboko, w końcu ją zamknął i odłożył na stos po swojej lewej stronie. Potem spojrzał ze zrezygnowaniem na Merlina. Z trudem powstrzymując łzy i zachowując spokój, oświadczył drżącym głosem:
– Sprawdziłem wszystko, co tylko się dało. Każdą książkę przewertowałem od początku do końca, ale to nie przyniosło żadnych efektów. Nigdzie nawet nie wspomniano o magii jaką posługuje się Trzynasty z Dwunastu. Przykro mi, Merlinie. Nie wiem, kim on jest ani w jaki sposób zabija.
– Nie szkodzi – odpowiedział beznamiętnie Merlin. – Ja już to wiem.
Oczy Gajusza rozszerzyły się i starzec aż wstał z krzesła, opierając ręce na stole.
– Wiesz?! Ale… ale jak?
– Trochę mi to zajęło, ale Gwen mi pomogła.
– A skąd ona mogłaby to wiedzieć?
– Nie wiem, czy wiedziała. Niemniej jednak podpowiedziała mi, co trzeba, i wreszcie to pojąłem. Wiesz dlaczego wojownicy uważając liczbę 13 za przynoszącą nieszczęście?
Nagle medyk wszystko zrozumiał. Słowa smoka o Trzynastym z Dwunastu; brak jakichkolwiek śladów wskazujących na sposób, w jaki umarli dwaj strażnicy, nawet same przechwałki Trzynastego. Wszystko stało się jasne, wszystko ułożyło się w jedną, spójną całość. Niemniej jednak Gajusz z trudem mógł w to uwierzyć. To wydawało się być jak z jakiegoś snu. Spojrzał na siostrzeńca z wyrazem zaskoczenia na twarzy.
– Ale to znaczy, że Trzynasty z Dwunastu jest… – urwał, wciąż nie całkiem wierząc w swoje nagłe odkrycie.
Merlin tylko przytaknął.
– Kiedy zamierzasz oznajmić królowi, że nie idziesz? – spytał Gajusz.
Merlin milczał przez chwilę. Dla niego nie było tak oczywiste, że nie powinien brać w tym udziału. Kiedy spoglądał na wuja, wydawało mu się, że bardzo się o niego martwi. Merlin wiedział, że Gajusz nie chciałby, aby mu się coś stało. Chłopak był świadom tego, że dla tego biednego starca jest najważniejszą osobą na świecie. Gdyby Merlin umarł, Gajusz pewnie by się załamał i kto wie, czy by się kiedykolwiek pozbierał. Merlin nie chciał mu tego robić. Nie chciał przysporzyć cierpień człowiekowi, który był jego mentorem i ojcem.
– Nie wiem – odpowiedział w końcu na pytanie Gajusza. – Zobaczę jak się ułoży.
Merlin nawet nie zjadł śniadania. Wziął tylko ze sobą chleb, pożegnał się i poszedł do pracy. Miał niejasne wrażenie, że jeśli usiądzie do stołu, trudno mu będzie znieść obecność Gajusza.
Na korytarzu nie spotkał nikogo znajomego, ale i tak nie potrafił myśleć o tym, że Gajusz nie był jedynym, kto będzie się o niego martwił, jeśli Merlin wybierze się w las. Chłopak już sobie wyobrażał reakcje Gwen: „Nie idź! Nie możesz! Zginiesz! Nie jesteś rycerzem!” Nie jesteś rycerzem… Zamknął na chwilę oczy i westchnął głęboko, po czym znowu popatrzył przed siebie. Wiele razy wyobrażał sobie tę scenę, a także swoją odpowiedź na błagania przyjaciółki: „Gwen, ja muszę! Podniosłem rękawicę i przyjąłem wyzwanie! Nie mogę się wycofać!” Nie mogę się wycofać… Pewnie nadal będzie go błagać. Pewnie to samo będzie robiła Morgana, ale będzie bardziej poważna i po prostu mu zabroni. A on odpowie, że: „Z całym szacunkiem, pani, ale nie przed tobą odpowiadam.” Zapewne gdyby Merlin zginął, musieliby powiadomić o tym jego matkę. Tak jak Gajusz, Hunith miała tylko jego. Nie była w stanie teraz nic zrobić, ale sama myśl, jaki ból sprawiłaby jej śmierć własnego syna, przyprawiała go o ból serca.
A co zrobi Artur? Artur zapewne też mu zakaże, przy okazji nazywając go kilka razy idiotą. I to wcale nie dlatego, że nie chce, aby zwykły sługa walczył o honor Camelotu. Merlin wiedział, że książę miał go za przyjaciela. Chyba nawet było mu ciężko rozstrzygnąć ten dylemat: przyjaźń czy honor Camelotu?
A sam Merlin, co powinien wybrać? Życie? Przecież mam tyle do zrobienia… Bezpieczeństwo? W końcu stawanie z kimś takim do pojedynku może się skończyć tylko w jeden sposób… Miłość, która go otaczała? Ci wszyscy ludzie chcą, abym żył. Mam tak po prostu ich zawieść, aby za mną płakali?
A może powinien wybrać uczciwość. Jak spojrzę ludziom w oczy, jeśli się wycofam? Odpowiedzialność. To ja podniosłem tę rękawicę. Trzynasty z Dwunastu jest moim przeciwnikiem i nikogo innego… Honor. Honor…
Kiedy Merlin stanął przed drzwiami do komnaty księcia, właściwie podjął już decyzję. I zamierzał ją wkrótce oznajmić Arturowi, a potem królowi. Nic nie mogło jej już zmienić.
Merlin pchnął drzwi i wszedł do komnaty. Artur znów stał i wpatrywał się w okno. Miał na sobie samą bieliznę, toteż od razu rozkazał Merlinowi go ubrać. Jego sługa natychmiast przygotował odzienie i zabrał się do roboty. Zbierał w sobie odwagę i wyczekiwał na odpowiedni moment, aby przekazać mu swoją decyzję, ale nie musiał, bowiem sam książę zagadnął go z typową pewnością siebie:
– Mam nadzieję, że wybiłeś już sobie z głowy pomysł o pojedynku z tym typkiem?
Merlin na moment zamarł, ale zaraz powrócił do pracy, spoglądając w dół.
– Chciałem o tym z tobą porozmawiać, panie – powiedział cicho. Artur spojrzał na niego, ściągając brwi. Merlin tylko raz na niego zerknął, a potem spuścił znów wzrok i oświadczył: – Zamierzam wziąć udział w tym pojedynku.
Przez chwilę Artur nic nie mówił, tylko, oniemiały, przyglądał się swojemu słudze. W końcu jednak odzyskał zmysły. Merlin odczuwał nagłe napięcie. Ponieważ już skończył z ubieraniem księcia, ze spokojem czekał na to, co jego pan zamierzał mu teraz powiedzieć.
– Chcesz się zabić – stwierdził książę spokojnym tonem, ale Merlin wiedział, że Artur nie był spokojny. – Powiedz mi, idioto, dlaczego tak bardzo zależy ci na śmierci?
– Tu nie chodzi o moje życie. Niestawienie się na tym pojedynku byłoby niehonorowe.
– Niehonorowe?! – wykrzyknął Artur, ale zaraz powiedział ciszej, wręcz wysyczał: – Kodeks cię nie obowiązuje. Nie jesteś rycerzem, Merlinie. Jesteś tylko sługą.
Coś w Merlinie zawrzało, ale jedynym, co na to wskazywało, były jego oczy, które nagle przybrały bardziej zacięty wyraz. Merlin, który słyszał te słowa przez prawie trzy dni w swojej głowie, tym razem nie zamierzał pozwolić im wsiąknąć.
– Czy w związku z tym, że jestem sługą, nie mam honoru? – spytał cicho, prawie wyszeptał. Artur podniósł brwi ze zdumienia, ale nic nie odpowiedział. Merlin ciągnął dalej, z o wiele większym wzburzeniem: – Przez niemal rok patrzyłem, jak ty zawsze stajesz do walki, nawet jeśli przeciwnik wydaje się być najgroźniejszym z czarowników! Wbrew zdrowemu rozsądkowi! Wbrew wszystkim, którzy ci to odradzają! Wbrew swoim własnym wątpliwościom… – Ostatnie słowa wyszeptał, ale zaraz zaczął mówić swoim zwykłym tonem: – A teraz ktoś rzucił mirękawicę. Ktoś wyzwał mnie na pojedynek, w którym mam bronić honoru Camelotu. Czy widząc jak mój własny pan nie uchyla się od walki, mam postąpić inaczej, gdy to mnie rzucono wyzwanie?
Artur milczał przez chwilę, przyglądając się swojemu słudze z poważnym wyrazem twarzy. W końcu uniósł nieco podbródek i oświadczył spokojnym, wywarzonym tonem:
– Ja jestem koronowanym księciem Camelotu. Jeżeli ja się wycofam, będzie to hańbą dla całego królestwa. Poza tym muszę dawać przykład swoim rycerzom i nimi dowodzić. Jeżeli się wycofam, stracę ich szacunek. Ty nie masz takich zobowiązań. Ty masz tylko czyścić moją zbroję, przynosić mi śniadanie, zaprzęgać mojego konia i robić inne rzeczy, które robi sługa. Nie wymagam od ciebie, abyś był jeszcze rycerski.
– Panie – Merlin zrobił krótką pauzę, ale zaraz dodał: – spójrz mi w oczy.
W pierwszej chwili Artur chciał zdzielić Merlina w łeb za rozkazywanie swojemu własnemu panu, ale coś wewnątrz niego zmusiło go do wykonania tego polecenia. Książę podniósł wzrok i spojrzał słudze w oczy. Były smutne, ale zaraz przyjęły bardziej zdecydowany wyraz.
– A teraz odpowiedz mi, panie – zaczął – jakiego chcesz sługę? Sługę, który nie umie odróżnić dobra od zła? Sługę, który jest tchórzem?
– Chcę sługi, który będzie dobrze wykonywał swoje obowiązki. Chcę też, aby był mi wierny. Nic poza tym się nie liczy – odparł Artur.
Merlin milczał. Spuścił wzrok i zamyślił się. A zaraz potem prychnął śmiechem. Właściwie czego się spodziewał po Arturze? Że przestanie myśleć o nim jak o słudze i zrozumie go? Merlin popatrzył znów na Artura, tym razem z ironicznym uśmiechem.
– Podniosłem tę rękawicę tylko po to, abyś ty jej nie podnosił – oświadczył po chwili i spoważniał. – To nie jest przeciwnik dla ciebie. Obaj to wiemy. Pozwól mi więc skończyć to, co zacząłem.
– Zastanów się, Merlinie. Przecież ty też nie masz z nim żadnych szans.
Gdybyś tylko wiedział…– przeszło Merlinowi przez myśl. Dysponował własną mocą, choć i ona mogła okazać się niczym przeciwko komuś takiemu, jak Trzynasty z Dwunastu. Tak czy inaczej, Merlin już podjął decyzję i w tej chwili był jej pewien, jak niczego innego na świecie.
– A więc mam rozumieć, że postanowiłeś iść, chłopcze? – zapytał król.
W sali tronowej byli obecni również Artur, Morgana i Gajusz. Merlin wziął głęboki oddech. Nie było mu łatwo powiedzieć im, że tak właśnie postanowił. Był świadom tego, że patrzą na niego w napięciu i że każde z nich wolałoby, aby zaprzeczył. Był świadom tego, co pomyślą i że zapewne będą próbowali zrobić wszystko, aby go od tego pomysłu odciągnąć. Pewnie tak właśnie się to skończy. Po oznajmieniu decyzji zacznie się awantura i przekonywanie Uthera o niedorzeczności posyłania Merlina do lasu.
Merlin podniósł wzrok na króla i oświadczył:
– Tak, Wasza Wysokość. Postanowiłem iść.
Zaczęło się. Merlin zobaczył jak na twarzy Morgany pojawiła się rozpacz. Nie widział Gajusza ani Artura, ale domyślał się, że na czole jego wuja wystąpił zimny pot, a Artur ściągnął brwi, gotów nazwać swojego sługę idiotą. Po chwili Merlin go usłyszał:
– Ojcze, ten kretyn upadł na głowę, kiedy był mały. Chyba nie zamierzasz pozwolić mu się zabić?
– Panie, błagam, nie rób tego – dodał Gajusz. Jego głos na krawędzi załamania przyprawił Merlina o ból serca. Chłopak tylko zamknął na chwilę oczy i przygryzł wargę.
– Miałeś czas, Merlinie, przemyśleć wszystko – zaczął król. – Czy jesteś pewien swojej decyzji?
– Tak – odparł krótko chłopak.
– Jesteś świadom tego, że możesz nie wrócić? – dopytywał się Uther.
Czy ja zginę?
Gdybyś to nie był ty, powiedziałbym, że tak, Merlinie…
Tylko od ciebie zależy, które przeznaczenie okaże się silniejsze: twojej chwały, czy twojej klęski…
Merlin uśmiechnął się do swoich myśli.
– Tak, ale to, czy zginę, czy nie, zależy od tego, czy na to pozwolę – oznajmił.
– Podziwiam twoją pewność siebie, chłopcze – odparł Uther – ale to nie jest takie łatwe.
– Nigdy nie twierdziłem, że jest, Wasza Wysokość. Zamierzam jednak pójść do tego lasu i zrobić wszystko, aby nie ponieść klęski.
Uther milczał przez chwilę, ale po krótkim namyśle odezwał się wreszcie:
– Nigdy wcześniej nie widziałem tak odważnego, a zarazem tak głupiego sługi. Cóż mam teraz z tobą zrobić, chłopcze? Powiedziałem, że jeśli zdecydujesz się zrezygnować, ktoś inny pójdzie za ciebie. Odrzuciłeś właśnie tę możliwość. Czy mam ci pozwolić iść?
Merlin milczał. Patrzył tylko na Uthera, oczekując na to, że król sam odpowie na swoje pytanie i że ta odpowiedź będzie twierdząca.
– A więc dobrze – przerwał ciszę Uther, wprawiając  w zdumienie Morganę, Gajusza i Artura. – Skoro sam zdecydowałeś i skoro jesteś gotów na śmierć, nie mam innego wyjścia. Możesz iść.
Artur, Gajusz i Morgana próbowali go jeszcze przekonać, aby zmienił zdanie, ale Uther był niewzruszony, co tylko ucieszyło Merlina. Sam nie wiedział dlaczego, ale czuł się szczęśliwy takim obrotem sprawy. Co prawda, jego serce wydawało się nagle przytłoczone jakimś ciężarem. Wszak teraz czekało go najtrudniejsze. Następnego dnia będzie musiał wyruszyć do lasu i zmierzyć się z Trzynastym z Dwunastu. Śmierć wydawała mu się pewniejsza, niż zwycięstwo, ale Merlin nie zamierzał tak po prostu przegrać.
Po powrocie do domu Gajusz zrobił mu awanturę. Merlin dobrze go rozumiał, ale próbował sprawić, aby jego wuj zrozumiał również jego. W ostateczności udało mu się go przekonać, choć następnego dnia, kiedy Merlin miał ruszyć w stronę lasu na spotkanie z przeznaczeniem, medyk wręcz wmusił w niego zabranie króliczej łapki i wyściskał go tak mocno, jakby spodziewał się go już nigdy więcej nie widzieć. Gwen i Morgana również go przytuliły i nawet pocałowały w oba policzki. Po ich twarzach mógł poznać, że są bliskie płaczu. Artur tylko poklepał go po ramieniu, ale przez chwilę Merlin miał wrażenie, że książę chciał zrobić coś jeszcze. W końcu dał mu jakiś miecz. Jego sługa przyjął go z lekkim uśmiechem i przypiął do pasa.
Chłopak miał na sobie niebieską koszulę. Specjalnie wziął niebieską, bo pamiętał, że koszula, którą banshee prała w jeziorze, miała kolor czerwony. W plecaku było kilka rzeczy, w tym drugie śniadanie (gdyby szedł przez las bardzo długo i zgłodniał), kilka lekarstw od Gajusza i księga czarów. Merlin oddalił się o kilka kroków. Przystanął dopiero przy wejściu do lasu. Popatrzył jeszcze ostatni raz na swoich przyjaciół, uśmiechnął się do nich przyjaźnie i pomachał im. Oni mu odmachali, ale nieco mniej energicznie, zaś ich uśmiechy były cokolwiek wymuszone. W końcu odwrócił się w stronę wejścia i zagłębił się w las.
Przez pierwsze kilka chwil nie mógł przestać myśleć o tym, kogo za sobą zostawia. Przemknęło mu przez myśl, aby wrócić i pożegnać się z nimi jak należy, ale zwalczył to. Przyprawiłby ich o jeszcze większy ból, a wolał nie okazywać, że spodziewał się nie wrócić. Nie było już odwrotu. Musiał zmierzyć się z Trzynastym z Dwunastu. I choć świadomość tego, że może zginąć, była w nim silniejsza niż kiedykolwiek, Merlin cały czas powtarzał sobie, że jeszcze nie nadszedł jego czas.
Kiedy przechodził koło jeziora, nagle usłyszał znajomy szloch i chlupot. Spojrzawszy w tamtą stronę, ujrzał znów banshee prącą w źródełku zakrwawione ubrania. Wiedziony ciekawością, podszedł bliżej i zamarł. Banshee trzymała w rękach tę samą niebieską koszule, którą teraz miał na sobie. Merlin przyglądał się uważnie jak duch raz po raz macza jego ubranie w wodzie, w której pojawiły się kłęby czerwonego płynu.
– A więc jednak mam zginąć? – przerwał ciszę chłopak.
Banshee odwróciła się do niego. Tak jak się spodziewał, jej twarz była czerwona od łez. Zaraz jednak zjawa powróciła do koszuli.
– Biedny, biedny chłopiec… – zaszlochała. – Zginąć tak młodo…
Merlin nic nie odpowiedział. Po prostu zmusił swoje nogi do odejścia i ruszył dalej przed siebie. Nie szedł jednak zbyt długo, bowiem niebawem znalazł się w dziwnym miejscu. Pośrodku znajdowała się pusta przestrzeń, pokryta trawą i otoczona drzewami. Naprzeciw Merlina stał wielki kamień, o który opierał się Trzynasty z Dwunastu. Na widok swojego przeciwnika uśmiechnął się szeroko, w sposób, który przyprawił Merlina o dreszcze. Odszedł od głazu i zrobił kilka kroku wprzód. Kiedy stanął, od Merlina oddzielał go zaledwie metr.
– A więc przyszedłeś. Spodziewałem się tego. Nie jesteś tchórzem, Merlinie. Wiele razy zdążyłem się o tym przekonać. Zanim zaczniemy nasz pojedynek, chciałbym cię o coś spytać. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, kim jestem naprawdę?
– O, tak – powiedział ze spokojem Merlin, po czym oznajmił: – Jesteś Śmiercią.

[FF: Przygody Merlina] Wyzwanie – część 4

– Gajuszu, przyszedłem, aby… O w mordę!
Oczom Merlina ukazał się widok, który nieomal przyprawił go o mdłości. W świetle świec jego wuj, stojący nad półnagim, pobladłym ciałem jednego ze strażników, trzymał w umazanej we krwi dłoni jego serce, przyglądając się organowi uważnie, ale beznamiętnie. Zaraz jednak zauważył siostrzeńca i na moment oniemiał. Merlin miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje, więc zakrył ręką usta. Gajusz szybko odłożył serce na stół, ukrywając je przed podopiecznym. Zapadła niezręczna cisza.
– Wybacz, nie myślałem, że tak wcześnie wrócisz – oznajmił po chwili.
– Nic nie szkodzi – odparł pojednawczo Merlin i zaśmiał się nerwowo. – Jesteś medykiem. Kiedyś w końcu musiał przyjść dzień, w którym zobaczę, jak trzymasz w ręku czyjeś flaki… – Podrapał się z tyłu głowy i odchrząknął, aby zmienić temat. – I co? Dowiedziałeś się czegoś?
– Niczego – odpowiedział Gajusz i oparł ręce na blacie. – Zarówno on, jak i ten drugi – mówiąc to, wskazał skinięciem głowy na zwłoki drugiego ze strażników, już zszytego – wydają się być w doskonałym stanie.
– Zaraz, czy on leży na stole, przy którym jemy? – spytał Merlin, wskazując palcem drugiego strażnika.
– Skup się, Merlinie – powiedział ostrzej Gajusz. Merlin stanął jak na baczność i spojrzał na wuja. – Spędziłem nad tymi zwłokami cały dzień i nadal nie umiem określić jak zabija ten, z którym masz walczyć. Nie wiemy, czego możesz się spodziewać.
– Przerażające – stwierdził Merlin i usiadł na krześle, które teraz znajdowało się przy ścianie.
– Musisz odwołać ten pojedynek – oświadczył starzec i włożył serce z powrotem do piersi strażnika. Merlin skrzywił się tylko i odwrócił wzrok. Tymczasem Gajusz mówił dalej: – Słyszysz mnie, Merlinie? Nie możesz walczyć z tym potworem, bo zginiesz.

– Nie jestem pewien, czy rezygnacja jest możliwa – odpowiedział posępnie młodzieniec. Dopiero wtedy spojrzał na medyka. – Rzucono mi rękawicę, podniosłem ją i tak oto przyjąłem wyzwanie. Będę bronić honoru całego królestwa. Czy mam w ogóle prawo się wycofać?
Gajusz nawlókł igłę na nić i zaczął zszywać leżące przed nim zwłoki.
– Dziś już nie, ale jutro złożę królowi raport o stanie strażników i przy okazji poproszę go, aby cię zwolnił z tego obowiązku. Niech ktoś wyszkolony w walce broni honoru Camelotu.
– Pewnie masz rację – odparł Merlin i uśmiechnął się smutno. Po czym zaoferował: – Pomóc ci w przenoszeniu ciał na cmentarz?
– Nie, zaraz po nie przyjdą – odrzekł Gajusz, kończąc zszywanie. Uciął nitkę nożem i popatrzył na siostrzeńca. – Pewnie jesteś wykończony. Połóż się.
Rzeczywiście Merlin był zmęczony. Postanowił nie kłócić się z Gajuszem i natychmiast poszedł do swojego pokoju. Kiedy się rozbierał, usłyszał za drzwiami odgłos wchodzących strażników, którzy wzięli ciała swoich kolegów i zapytali Gajusza, co odkrył. Odpowiedział, że powie to dopiero królowi, więc tylko podziękowali i wyszli.
Merlin wszedł do łóżka i zaczął przyglądać się sufitowi. Myślał. Z jednej strony bał się konfrontacji z Trzynastym z Dwunastu i bardzo chciał, aby wstawiennictwo Gajusza u Uthera coś dało. Ale z drugiej strony miał wrażenie, że ten pojedynek był jego obowiązkiem. Wiedział, że gdyby Trzynasty rzucił rękawicę Arturowi, książę na pewno nie wahałby się z nim stanąć do pojedynku, choć wszyscy dookoła mówiliby mu, że to szaleństwo. Stwierdziłby po prostu, że odwrót jest tchórzostwem, a on – jako koronowany książę Camelotu – musi walczyć o swój honor.
Czy tak było i w tym przypadku? Merlin nie był rycerzem, ale został wyzwany jak rycerz. Czy w takim razie dotyczyły go te same zasady?
Następnego ranka w drodze do pracy zastał Merlina lekki deszcz. Chłopak nie zrażał się jednak kropiącymi na niego małymi drobinkami mżawki, tylko przeszedł przez dziedziniec na drugą stronę. Ale kiedy znalazł się na pustym, zamkowym korytarzu i ruszył w stronę komnaty Artura, nagle do jego uszu doszła znajoma już melancholijna melodia. Rozejrzał się w obie strony. Spojrzał w lewo. Nic. Spojrzał w prawo. Nic. Nikogo nie dojrzał, choć dźwięk szlochu wydawał się rozchodzić po korytarzu, jakby banshee siedziała tuż za rogiem i płakała.
Merlina znów ogarnęły dreszcze, a jego serce zabiło mocniej. Zaczął gorączkowo szukać wzrokiem zjawy. Słyszał ją głośno i wyraźnie, ale nie widział. Wytężał słuch, aby określić kierunek, z którego dochodził płacz, jednak jego odgłos zdawał się osaczać czarownika zewsząd. Merlin odwracał się więc gwałtownie i skupiał całą swoją uwagę na tym, aby zlokalizować fatalną płaczkę. Bez skutku. Nie widział nawet cienia banshee.
Nagle poczuł na ramieniu czyjąś zimną dłoń. Aż podskoczył z przerażenia, wydając z siebie krótki, niekontrolowany krzyk zaskoczenia. Jednym sprawnym ruchem odwrócił się, aby stanąć twarzą twarz ze zmartwioną Gwen. Lament w jego uszach ustał równie nagle, jak się pojawił. Merlin odetchnął z ulgą, a jego rysy złagodniały. Mimo to jego przyjaciółka nie przestawała przyglądać mu się z niepokojem.
– Co się stało, Merlinie? – spytała cicho.
– Ni-nic – odpowiedział ze zdenerwowaniem.
Gwen nie była jednak przekonana.
– Znowu słyszałeś ten płacz?
Spojrzał na nią. Cały czas patrzyła na niego tymi swoimi ciemnymi oczami, wypełnionymi troską. I w jednej chwili zahipnotyzowały go, sprawiając, że jego głowa jednym, powolnym ruchem przytaknęła. Nie zastanawiał się zbytnio, jakie mogą być tego konsekwencje. Tym oczom nikt się nie mógł oprzeć.
– Czy to był płacz… banshee? – spytała po chwili ciszy, kładąc znów rękę na jego ramieniu.
– Być może – odparł. Po chwili zapytał poważnym tonem: – Skąd w ogóle wiesz o banshee?
– Mój ojciec mi o nich opowiadał – wyjaśniła i uśmiechnęła się łagodnie. – Akurat w Camelocie powszechne są różne przesądy na temat złego losu.
Na horyzoncie pojawił się jakiś przypadkowy przechodzień. Merlin nie chciał przeprowadzać rozmowy na temat banshee pośrodku korytarza, gdzie wszyscy go mogli usłyszeć i zobaczyć, jak bardzo się denerwuje, toteż szepnął jeszcze do Gwen:
– Porozmawiajmy o tym później. Teraz oboje mamy pracę do wykonania.
…i skierował się w stronę, którą pierwotnie zmierzał do komnaty Artura.
Artur stał przy oknie i przyglądał się dziedzińcowi. Po chwili maleńka postać jego sługi przemknęła przez deptak na drugą stronę i zniknęła księciu z oczu. Artur westchnął, ale nie ruszył się z miejsca ani o milimetr. Niebawem Merlin tutaj przyjdzie, niosąc w rękach tacę ze śniadaniem i uśmiechając się w ten swój głupawy sposób. Być może nawet się potknie o równą podłogę i jedzenie wyląduje na ziemi. Artur zaśmiał się na tę myśl, ale zaraz spoważniał.
Nie było szans, aby ten fajtłapa przeżył pojedynek z tym dziwnym człowiekiem, który przedostał się do sali bankietowej jako dym. Przecież Merlin nie potrafił nawet poprawnie trzymać w ręku miecza i nie dawał rady przeciętnemu bandycie. Jak mógłby przeżyć pojedynek z kimś takim jak Trzynasty z Dwunastu?
Trzynasty z Dwunastu…
Kim on był? Na pewno kimś, kto robił przerażające wrażenie i chciał je spotęgować, mówiąc zagadkami. Każdy żołnierz łatwo rozszyfrowałby określenie „trzynasty z dwunastu”, zwłaszcza jeśli był przesądny. To był na pewno jakiś czarownik. Sposób w jaki się pojawił w sali bankietowej i w jaki zabił pilnujących ją strażników świadczył jednoznacznie o jego magicznych zdolnościach. Ale czego właściwie chciał od Merlina? Artur rozumiał zabicie króla albo zrównanie Camelotu z ziemią, ale wyzwanie na pojedynek służącego nie mieściło mu się w głowie.
Po jakimś czasie drzwi do komnaty zaskrzypiały. Artur odwrócił się i ujrzał Merlina, który wkroczył do pomieszczenia i położył na stole tacę z jedzeniem. Jednak książę nie zasiadał do śniadania, tylko przyglądał się słudze z zainteresowaniem. Po chwili podszedł do Merlina i rzucając mu poważne, acz spokojne spojrzenie, oświadczył:
– Gajusz ma po śniadaniu zdać mojemu ojcu raport z sekcji zwłok. My też tam będziemy, więc się stąd nie ruszaj.
– Tak jest, panie – wyszeptał tylko Merlin i spuścił wzrok.
Merlin i Artur stanęli przed bramą do sali tronowej. Artur odwrócił się do sługi i powiedział:
– Zostań tutaj. Nie chcę, abyś mi wyskoczył z jakąś głupotą.
– Głupotą? – obraził się Merlin.
– Ty już wiesz o co mi chodzi, Merlinie. Po prostu tu zostań. Możesz podsłuchiwać, ale nie jestem pewien jak zareaguje ojciec, jeśli cię zobaczy, a ja będę go akurat przekonywał o nie wystawianiu cię w tym pojedynku.
– Czyżbyś chciał…? Ale…
– O, błagam, Merlinie! – wykrzyknął Artur. – Jeśli staniesz do walki z tym człowiekiem, zginiesz! Ciesz się, że nie będziesz musiał się stąd ruszać.
Merlin chciał coś powiedzieć, ale nie był pewien, czy miały być to słowa podziękowania, czy sprzeciwu. Dlatego zamilkł i posłusznie pozostał na zewnątrz, podczas gdy Artur kazał strażnikom otworzyć drzwi. Zaraz jak tylko wejście do sali tronowej zostało otwarte, z korytarza wyszedł Gajusz. Pośpiesznym, acz pokracznym krokiem dołączył do Artura. Wuj i siostrzeniec wymienili porozumiewawcze spojrzenie i wraz z księciem Gajusz wszedł do środka. Drzwi się zamknęły i Merlina uderzyła nagle przygnębiająca cisza. Obaj strażnicy rzucili chłopakowi krzywe spojrzenia, ale nic nie powiedzieli. Merlin miał wrażenie, że mają mu za złe to, że książę chciał się za nim wstawić. Chłód ich oczu sprawiał, że młodzieniec chciał się jakoś wytłumaczyć, ale jak tylko otworzył usta, usłyszał za bramą początek rozmowy.
– I co odkryłeś, Gajuszu? W jaki sposób zginęli strażnicy?
– Po wnikliwych badaniach, Wasza Wysokość, ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie wiem – odpowiedział medyk.
– Co ty mówisz, Gajuszu?! – krzyknęła Morgana. Jej obecność wcale Merlina nie zdziwiła.
– Jesteś pewien, że nic nie znalazłeś? – spytał nieco spokojniej król. – Jesteś najlepszym medykiem w królestwie.
– Ich narządy wewnętrzne były w doskonałym stanie, panie – odpowiedział Gajusz. – Nie zostali spaleni, utopieni ani uduszeni. Nie porażono ich też piorunem. Tak jakby zginęli od tak, po prostu. Wybacz mi, ale nie umiem stwierdzić, co było przyczyną ich śmierci.
Artur wytrzeszczył oczy i powoli odwrócił głowę w stronę Gajusza.

– Jak to możliwe? Przecież.…
Gajusz zamknął oczy i westchnął ciężko. Po chwili znów je otworzył i zwrócił się do księcia:
– Nie wiem. Nie mam pojęcia. – Zrobił krótką pauzę. – Gdybym chociaż zobaczył jak on to robi, może byłbym w stanie to pojąć, ale z sekcji nic nie wynika. – Spojrzał na Uthera. – Ten demon dysponuje nieznaną nam mocą. Panie, musimy być ostrożni. Posyłanie kogokolwiek do tego człowieka to szaleństwo!
Uther w zamyśleniu drapał się po policzku kciukiem dłoni, którą podtrzymywał sobie podbródek.
– Masz rację Gajuszu. Ale nie mogę pozostawić tej sprawy samej sobie, muszę coś z tym zrobić. Najlepiej by było, żeby jakiś oddział doborowych rycerzy się nim zajął. Jednak skoro już Merlin oświadczył, że stawi się na pojedynek…
Merlin pomyślał, że jest to dobry moment, aby Artur albo Gajusz wkroczyli do akcji. Z drugiej strony już się pogodził z tym, że będzie walczył z Trzynastym z Dwunastu, więc nie był całkowicie pewien, czy chce, aby oni stanęli w jego obronie.
Artur zrobił krok w przód i zmarszczył brwi.
– Ojcze, chyba nie mówisz poważnie! Nie możemy wysłać na tak poważną wyprawę chłystka, który nie wie nawet jak dobrze trzymać w ręku miecz! Jeśli już, poślijmy kogoś, kto ma jakieś doświadczenie w walce z magicznymi istotami.
Stary dobry Artur. Wiedział jak dobrać słowa, aby jego sługa poczuł się dowartościowany.
Wyraz niezadowolenia na twarzy Uthera pogłębił się nieco.
– Ten głupi chłopak sam przyjął wyzwanie. Powinien nauczyć się wreszcie ponosić konsekwencje swoich czynów. Ale masz rację, jego pójście tam raczej nic nie da. W końcu i tak nie ma szans pokonać tego rycerza. – Uther zamyślił się głęboko. – Gdyby jednak wysłać za nim w tajemnicy rycerzy, Merlin mógłby posłużyć za przynętę. Trzynasty z Dwunastu zajmie się nim, a nasi ludzie będą mogli zaatakować go z zaskoczenia.
A to już na pewno się Merlinowi nie podobało. Za nic nie zamierzał być jakąś przynętą.
– Panie, skoro nie wiemy jak ten… – Gajusz zrobił kolejną pauzę. Przełknął ślinę i mówił dalej: – człowiek zabija, to to nie ma sensu. Wiemy już, że jest czarownikiem, ale nie znamy jego mocy. Skoro jest w stanie pozbawić kogoś życia bez żadnego śladu, kto wie, co potrafi jeszcze. Może wyczuje obecność rycerzy i ich zabije, nim zdążą do niego podejść.
– Poza tym – wtrącił Artur. – Trzynasty z Dwunastu rzucił wyzwanie zgodnie z procedurami kodeksu rycerskiego – spojrzał w górę i ciągnął dalej: – pomijając oczywiście to, że rzucił je kompletnemu idiocie, a nie rycerzowi. – Jego oczy znów spoczywają na Utherze. – Niemniej jednak zmasowany atak rycerzy nie świadczyłby o nas zbyt pochlebnie. A przypominam ci, ojcze, że tu chodzi o nasz honor.
Uther zaciska pięść.
– Więc co mam zrobić?! – Jego głos był lekko podniesiony i zniecierpliwiony. – Mam nie robić nic i czekać, aż przyjdzie tu znowu, zepsuje kolejną uroczystość i zabije następnych ludzi?! Gajuszu, czy naprawdę nie możesz znaleźć żadnego sposobu, by go zabić?
Gajusz westchnął.
– Mogę spróbować przeszukać moje księgi. Może coś znajdę, ale szczerze mówiąc, pewności nie mam.
Milczał przez chwilę z oczami skierowanymi na podłogę, a potem znów spojrzał na króla i powiedział:
– Jest pewna rzecz, o którą twój pokorny sługa pragnie prosić, panie.
Brwi Uthera drgnęły ledwo zauważalnie.
– O co chodzi, Gajuszu?
Serce Merlina zabiło mocniej. Już czas. Teraz wszystko zależało od jego wuja. Gajusz wiedział jak rozmawiać z królem. Na pewno przekona Uthera. Merlin powtarzał to sobie w myślach, ale mimo to był zdenerwowany.
– Wybacz mi moją impertynencję, ale, mój panie, proszę, abyś zwolnił Merlina z obowiązku uczestniczenia w tym pojedynku. Niech lepszy wojownik walczy o honor królestwa.
Chłopak wstrzymał oddech, oczekując na odpowiedź króla. Oto chwila prawdy. Oto moment, który, być może, zadecyduje o jego życiu i śmierci.
Uther milczał przez chwilę, zastanawiając się, po czym kiwnął głową.
– Dobrze. Skoro, i tak twierdzicie, że Merlin sobie nie poradzi, trzeba wyznaczyć kogoś innego. Tylko który z rycerzy jest na tyle silny i dobrze wyszkolony, żeby stanąć z nim w szranki?
– Ja to zrobię.
Zapadła cisza. Morgana, Gajusz i Uther spojrzeli ze zdziwieniem w stronę Artura. Stojący za drzwiami Merlin zamarł, wytrzeszczając oczy z niedowierzaniem. Książę nawet przez chwilę się nie wahał.
– Skoro chodzi o honor całego królestwa, jako przyszły władca Camelotu, powinienem podjąć się tego wyzwania.
Nie, nie, nie! – krzyczało do Merlina całe jego jestestwo. Podniósł tę rękawicę tylko po to, aby Artur nie musiał walczyć z tym dziwnym typkiem, a ten idiota znowu się w to pakuje? Merlin musiał go powstrzymać. Musiał coś zrobić, musiał… Już wiedział, co musiał zrobić.
– Nie pozwolę ci na to! – oświadczył Uther nie znoszącym sprzeciwu tonem. – Jesteś moim synem, księciem Camelotu i przyszłym królem i…
W sali tronowej rozległ się głośny trzask, a przez nagle otwarte drzwi wpadł Merlin. Chłopak zatrzymał się w połowie sali i bez namysłu oznajmił:
– Ja pójdę, panie.
Morgana podniosła się z tronu. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę Merlina, który spoglądał na króla zdeterminowanym wzrokiem. Na zewnątrz chłopak był spokojny, ale wewnątrz czuł chłód i napięcie, spowodowane przez nagłą uwagę wszystkich, skupioną na jego osobie.
– Ty kretynie! – wrzasnął Artur.
Uther znów zmarszczył brwi, wyraźnie poruszony.
– Jak śmiesz wbiegać tu tak bez pozwolenia! To królewska narada, znaj swoje miejsce – oświadczył, sprawiając, że Merlin spuścił wzrok, aby okazać pokorę.
– Bardzo… Bardzo przepraszam…
Uther trochę złagodniał.
– Nie boisz się, chłopcze? Widziałeś tego czarownika i na pewno jesteś świadom tego, że w jakiś dziwny sposób zabił strażników. Jesteś pewien, że chcesz z nim walczyć?
– Nie powiem, że się nie boję, i nie powiem, że chcę się z nim mierzyć. Ale, mój panie, nie mam wyjścia. To nie sprawa wyboru. To sprawa honoru. Nie mogę pozwolić, aby książę Artur mnie zastąpił.
– Ojcze, chyba nie myślisz poważnie?! – wtrącił Artur. – Ten bałwan nie może nas reprezentować!
– On zginie! – powiedziała Morgana. – Panie, nie możesz na to pozwolić!

Król milczał w zamyśleniu. Wszyscy oczekiwali na jego odpowiedź. Merlin spojrzał najpierw na Gajusza, który popatrzył na niego z  niezadowoleniem, a potem na Artura, który zaczął do niego coś szeptać, ewidentnie wściekły na Merlina za jego wybryk. Merlin wiedział, że obaj byli na niego źli. W końcu obaj na swój sposób próbowali go ochronić przed koniecznością zmierzenia się z tajemniczym czarownikiem. Przez chwilę Merlin zastanawiał się, czy robi dobrze. Przed oczami stanął mu obraz banshee piorącej w jeziorze jego zakrwawioną koszulę. A potem chłopak podniósł wzrok z podłogi na swojego króla, który chyba właśnie podjął decyzję.

– Jesteś bardzo odważny, chłopcze. Nie ukrywam, jestem pod wrażeniem. Mój syn nie może udać się na to spotkanie, ale ma rację. Nie umiesz walczyć, a Trzynasty z Dwunastu wydaje się być bardzo silnym czarownikiem. Ty jesteś tylko sługą, w dodatku – uśmiechnął się lekko – niezbyt rozgarniętym, jeśli wierzyć mojemu synowi. Nie jestem pewien, czy powinieneś reprezentować Camelot.
Tylko sługą… Sługa nie jest rycerzem… – odbiło się w głowie Merlina. Nie wiedział, co o tym myśleć. Nigdy nie chciał być rycerzem, i tak by nim nie został. Ale dlaczego czuł tę dziwną gorycz, kiedy usłyszał, że jest tylko sługą? Dlaczego wydawało mu się to… obelgą?
– Dlatego też – ciągnął dalej król – posłuchaj mnie uważnie, Merlinie: ponieważ masz wyruszyć do Trzynastego z Dwunastu pojutrze, do tego czasu masz jeszcze czas się namyślić. Jeśli dziś albo jutro zdecydujesz, że chcesz się wycofać, powiedz to mojemu synowi, a wyznaczy kogoś ze swoich ludzi.
– Dlaczego w ogóle dajesz mu wolny wybór?! – zapytał Artur. – Przecież sprawa jest prosta! Nie idzie i już. Koniec dyskusji!
– Podejdź tu, synu – rozkazał Uther.

Artur bez słowa zbliżył się do ojca, który ręką kazał mu pochylić się nieco, aby móc mu coś powiedzieć do ucha. Artur to zrobił. Uther dyskretnie szepnął mu kilka zdań, sprawiając, że brwi Artura podniosły się, a potem książę rzucił ojcu zdumione spojrzenie i wyprostował się.
– Macie jeszcze jakieś sprawy, które chcecie ze mną przedyskutować? – zapytał Uther.
– Nie, ojcze – odpowiedział Artur.
– Żadnych, panie – odparł Gajusz.
Morgana milczała, na jej twarzy widać było wyraz zmieszania. Merlin tylko potrząsnął głową i spojrzał w dół.
– W takim razie – zaczął Uther – zostawcie mnie samego. Mam mnóstwo spraw do załatwienia.
Wszyscy czworo pokłonili się królowi i skierowali się do wyjścia. Kiedy znaleźli się na korytarzu, Merlin przez chwilę się zamyślił. Nie wiedział, co powinien zrobić. W razie czego mógł się wycofać i ktoś inny, bardziej zaprawiony w boju zajmie jego miejsce. Ale dlaczego tak dziwnie się czuł, kiedy o tym myślał?
– Merlinie, chodź tu! – Ostre zawołanie Artura wyrwało go z rozmyślań. Merlin spojrzał na swojego pana, który oświadczył: – Czas na trening rycerzy! Musisz mnie przygotować!
– Tak jest, panie – odparł niepewnie Merlin.
Jego oczy spoczęły jeszcze na Gajuszu. Starzec wciąż był niezadowolony, ale Merlin mógł wyczuć w jego zachowaniu również jakieś dziwne zmieszanie. Chłopak nie miał czasu się temu bliżej przyjrzeć, bo obaj musieli wracać do pracy. Niemniej jednak wizyta u króla dała mu powód do głębszych rozmyślań podczas treningów Artura z rycerzami.