Kategorie
Fanfiction Sherlock

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 9 (ostatni)

Advertisements

Wyprowadzono mnie na zewnątrz, gdzie – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – stał doktor Watson. Na mój widok (czy też raczej na widok mojego krwawiącego ramienia) natychmiast podszedł szybkim krokiem do mnie i asystującego mi policjanta i towarzyszył nam w drodze do karetki. Zadziwiające było to, że na jego twarzy odbijała się najszczersza troska.

– Ależ on się zaraz wykrwawi! Trzeba zatamować krwotok.

– Właśnie idziemy do ambulansu – wyjaśnił policjant.

Dotarliśmy do karetki, gdzie już dwóch ratowników wzięło się za udzielanie mi pierwszej pomocy. Najpierw ostrożnie zdjęli ze mnie płaszcz, a potem marynarkę. Następnie rozdarli rękaw koszuli, aby przyjrzeć się lepiej ranie.

Anonimowy policjant sobie poszedł, ale John został. Popatrzyłem na niego z zainteresowaniem, podczas gdy jeden ratownik zacisnął opaskę kilka centymetrów nad raną postrzałową, a drugi zaczął oglądać ślad po uderzeniu na mojej głowie. W końcu postanowiłem się odezwać:

– Czy mogę zapytać, co tu robisz, John?

– Lestrade mnie przywiózł – odparł dobry doktor, unikając mojego wzroku.

– Domyślam się, ale dlaczego? Na pewno nie po to, abyś udzielił mi pierwszej pomocy.

Kategorie
Fanfiction

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 8

Advertisements

Obudziłem się siedząc na krześle, w magazynie, który z jakiegoś powodu wydawał mi się znajomy, nie potrafiłem jednak przypomnieć sobie skąd go znałem. Zdziwiło mnie bardzo, że nie byłem ani przywiązany, ani przykuty do krzesła, ani w jakikolwiek inny sposób skrępowany. Za to bolała mnie głowa (od uderzenia) i kark (od długiego siedzenia w tej samej pozycji). Kiedy dotknąłem potylicy, od razu poczułem, że moje włosy lepią się od zeschniętej krwi. Syknąłem z bólu, gdy moja ręka natrafiła na ranę po niedawnym uderzeniu.

Nagle czyjeś kroki odbiły się echem po magazynie, a po chwili usłyszałem znajomy już, syczący głos:

– „Rzekł Kain do Abla, brata swego: Chodźmy na pole. A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go…”

Kategorie
Fanfiction

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 7

Advertisements

Nie pamiętam, co mi się wtedy śniło. Pamiętam tylko, że na początku czułem jak jakieś dwie osoby kładą mnie na łóżku, a potem ściągają ze mnie garnitur, aby następnie przebrać w piżamę. Potem, kiedy już całkiem oderwałem się od rzeczywistości i pogrążyłem w marzeniach sennych, od czasu do czasu słyszałem dwa głosy, rozmawiające ze sobą szeptem, ale uznałem je za część snu, kolejne tortury ze strony mojej podświadomości.

Nie wiem jak długo spałem. Kilka razy budziłem się do świadomości i zaraz znów pogrążałem się we śnie, jakbym był przywiązany do łóżka. Kiedy się w końcu obudziłem, na początku wszystko było jakby zamazane, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że jest już dzień. Po kilku chwilach obraz w moich oczach się wyklarował. Ostrożnie usiadłem na łóżku i od razu poczułem się tak, jakbym zeszłą noc spędził na opróżnianiu barku w Klubie Diogenesa. Kręciło mi się w głowie i martwiłem się, czy będę w stanie w ogóle coś dzisiaj zrobić.

Kategorie
Fanfiction Sherlock

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 6

Advertisements

Stałem naprzeciw schodów, na korytarzu naszego rodzinnego domu. Strumienie światła przedzierały się przez zamknięte okna, potęgując tym samym wrażenie, że wiktoriański budynek na przedmieściach Londynu jest opustoszały. Było bardzo cicho. Jedynie deski skrzypnęły mi pod stopą, kiedy powoli ruszyłem z miejsca.

A potem usłyszałem chichot. Chichot więcej niż jednego dziecka, dochodzący z pokoju po mojej lewej stronie, który kiedyś należał do mnie. Otworzyłem ostrożnie drzwi i zajrzałem do środka. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu, zobaczyłem dwóch małych chłopców – jednego pięcioletniego o czarnych, kędzierzawych włosach, drugiego dwunastoletniego, którym zapewne byłem ja. Siedzieli na podłodze, a w zasadzie to ja siedziałem, a Sherlock leżał i był łaskotany przez młodszą wersję mnie. Ten mały ja miał na twarzy złośliwy uśmieszek i w równie złośliwy sposób chichotał pod nosem. Z każdą chwilą Sherlock śmiał się coraz głośniej, przekręcając z boku na bok, aby uciec moim zwinnym palcom, które ani na chwilę nie opuszczały okolic jego pach.

– My… croft… prze… stań! – krzyczał przez śmiech i łzy mój młodszy braciszek.

– O nie, Sherlock – powiedział mały ja. – Wyłaskoczę cię na śmierć.

– Po… wiem… mamie…

Przed moimi oczami odgrywało się stare wspomnienie – zwyczajna, rodzinna scena z czasów, kiedy ja i Sherlock byliśmy niewinni. Ja nie zajmowałem się polityką, a on nie rozwiązywał zagadek kryminalnych. Z czasów, w których ja chciałem być superbohaterem, a on piratem. Przyglądałem się temu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony obraz małego Sherlocka przyprawiał mnie o ból serca, bo było to jedno z tych wspomnień, które przychodziło do mnie, kiedy miałem jakieś problemy z Sherlockiem i dziwiłem się, że z takiego wesołego chłopca wyrósł tak kłopotliwy, złośliwy, zażywający narkotyki i włamujący się do tajnych baz mężczyzna. Z drugiej strony, było coś uspokajającego w tej scenie z życia rodzinnego. Wolałem zostać tutaj, gdzie mój brat nie tylko żył, ale i nie miał całego tego bagażu niemiłych doświadczeń, które przyniosło mu jego dorosłe życie. Obawiałem się, czy czasem chłopcy nie zdadzą sobie sprawy z mojej obecności i wtedy ich sielanka się skończy. Ale nie. Mimo że stałem w drzwiach, żaden z nich nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi.

Nagle – tak po prostu i bez żadnego ostrzeżenia – nie stałem już z boku, tylko byłem tym małym, dwunastoletnim chłopcem. Widziałem wszystko jego oczami, jego ciało było moim ciałem. Odkrycie to sprawiło, że na chwilę zaprzestałem łaskotania Sherlocka. Pięciolatek wydał z siebie westchnienie ulgi. Po chwili usiadł i zaczął łapać oddech. Spojrzałem w stronę drzwi, w których powinienem stać. Nikogo tam nie było.

Zaraz jednak usłyszałem skrzypnięcie starych desek i w korytarzu pojawiła się niska, męska sylwetka w garniturze. To nie był nasz ojciec. To nie był nikt, kogo znaliśmy w tamtym czasie, ale kiedy tylko podszedł bliżej i stanął w drzwiach, od razu go rozpoznałem. Moriarty oparł się rękoma o framugę drzwi i spojrzał na nas tymi swoimi złośliwymi oczkami, w których tliły się iskierki szaleństwa. Uśmiechnął się do nas tym pewnym siebie uśmiechem, którym raczył mnie podczas przesłuchań, a Sherlocka – zapewne podczas każdego z ich wspólnych potyczek.

Poczułem jak ciarki przechodzą mi po plecach. Obaj z Sherlockiem podnieśliśmy się na równe nogi.

– Dzień dobry – przywitał się dziarsko Sherlock, po czym spytał: – Kim pan jest?

– To zły człowiek – odpowiedziałem, nie spuszczając wzroku z Moriarty’ego.

– W rzeczy samej – odparł i wszedł do pokoju – przyszedłem zrobić wam krzywdę.

Kategorie
Fanfiction Sherlock

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 5

Advertisements

Kiedy przybyłem wreszcie do miejsca, gdzie przetrzymywany był zabójca, dowiedziałem się, że jak dotąd moi ludzie nie zabrali się do przesłuchania. To znaczy – poczynili już pewne kroki, zadali kilka podstawowych pytań, próbowali wyciągnąć coś z niego łagodną i tą bardziej bolesną drogą (przynajmniej tak mi powiedzieli). Udało im się ustalić, że zabójca nie tyle został wynajęty przez Moriarty’ego, co jedynie ściągnięty przez niego do Londynu, aby zamieszkać w pobliżu Baker Street. Ale nic poza tym nie chciał mówić, chyba, że przyjdę ja, toteż z dalszą decyzją o tym, co trzeba z naszym więźniem zrobić, moi ludzie pozostawili mnie.

Wchodząc do sali przesłuchań, czułem się niezręcznie. Znowu przypominały mi się chwile spędzone na przesłuchiwaniu Moriarty’ego, a także to, co z nich wynikło. Nie bardzo ufałem sobie, w końcu skoro raz popełniłem błąd, to kto wie, czy nie zrobię tego znowu. Postanowiłem jednak zachować spokój. Tym razem nie będę tak lekkomyślny jak poprzednio.

Zabójca był niskim szatynem o wydatnych kościach policzkowych. Nazywał się Karsten Prevost, pochodził z Belgii i potrafił zabić człowieka za pomocą wykałaczki, formy do ciasta albo gazety. Jeśli dałbym mu okazję, zapewne wyrwałby mi parasol z ręki i unieszkodliwiłby mnie jednym ciosem. Ale, choć niewątpliwie siedział przede mną osobnik niebezpieczny i bezwzględny, wiedziałem, że wobec Moriarty’ego był nikim.

Na mój widok prychnął śmiechem i rozpromienił się.

– Nareszcie – odezwał się z mocnym akcentem, bardziej niemieckim, niż francuskim. – Człowiek-Lód we własnej osobie.

Zająłem krzesło naprzeciwko niego.

– Podobno chcesz mi coś powiedzieć – odparłem spokojnie. – Mógłbyś zacząć od tego, dlaczego ty i pozostała czwórka zajęliście mieszkania w pobliżu Baker Street.