[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 4

Stałem w korytarzu Baker Street 221B. Wyglądało na to, że Johna i pani Hudson nie było w domu. Nie wiedziałem, jak się tam dostałem, ale z salonu dochodził do mnie odgłos skrzypiec. Łagodne pociągnięcia smyczka wygrywały melodię, którą zdążyłem już dzisiaj poznać. A wraz z tą melodią moja pamięć odtwarzała słowa piosenki. Poczułem dreszcze. Skoro byłem na Baker Street i słyszałem skrzypce, bez trudu domyśliłem się, kim jest skrzypek.

Niepewnie skierowałem się w stronę salonu. Stał tam ubrany w swój granatowy szlafrok i piżamę (dokładnie taki, jakiego go pamiętałem z tych licznych spotkań w jego lokum). Przy kominku dawał koncert w pustym mieszkaniu, grając spokojnie, ostrożnie, jakby jeden zbyt gwałtowny ruch mógł zakłócić harmonię wydobywającej się z instrumentu melancholii. Podszedłem bliżej, jakbym chciał upewnić się, że to, co widzę, jest prawdą. Znów czułem, że zaraz się rozkleję. Zacznę płakać albo drżeć. Jednocześnie było tyle rzeczy, które chciałem powiedzieć Sherlockowi… Ale czy on mnie usłyszy? Czy w ogóle dla niego istniałem?

Nagle, nie przerywając gry, spojrzał na mnie tymi swoimi jasnoniebieskimi oczami, a ja natychmiast przystanąłem. Jego wzrok nie wyrażał smutku ani urazy. Był obojętny jak zwykle. Powiedziałbym, że był chłodny. A potem na twarzy Sherlocka pojawił się lekki uśmieszek. Jak zwykle mój młodszy braciszek sobie ze mnie kpił. Tylko tym razem jego kpiny nie były tylko irytujące. Były bolesne.

– Sherlock, to nie jest śmieszne – powiedziałem, powstrzymując się przed utratą cierpliwości. – Skończ z tą błazenadą.

Lecz on nie przestawał. I nagle do mnie przemówił, wciąż przyglądając mi się tym chłodnym wzrokiem.

– Wszyscy, którzy żyją, umierają – zaczął – pozostawiając po sobie złamane serca. Przejmowanie się w niczym nie pomaga… Mycrofcie.

Od razu pojąłem aluzję. Niemal te same słowa powiedziałem mu, kiedy w Boże Narodzenie odkrył, że Irene Adler nie żyje (a przynajmniej tak mu się wtedy wydawało). Ale co miałem przez to rozumieć?

– Co chcesz mi powiedzieć, Sherlock? – spytałem, robiąc krok w jego stronę. Miałem wrażenie, że nawet uderzyłem w błagalny ton.

Na chwilę odwrócił ode mnie wzrok, ale potem znów na mnie spojrzał, rzucając mi kolejny uśmieszek.

– Ludzie umierają. Młodsi bracia również. Nie powinieneś się przejmować taką błahostką jak moja śmierć. W zasadzie powinieneś się cieszyć z takiego obrotu spraw.

– O, skończ już przekręcać moje słowa! – zezłościłem się. – Starsi bracia powinni dbać o młodszych.

– No to powiem ci, że nie popisałeś się zbytnio – odpowiedział krótko.

Spojrzałem w dół i przełknąłem ślinę.

– Wiem – szepnąłem, wciąż przyglądając się dywanowi.

Podniosłem wzrok, ale zamiast spojrzeć na Sherlocka, skierowałem go na coś w oddali. Nie mogłem się zmusić do tego, aby popatrzeć mu w oczy. Pociągnął mocno smyczkiem, aby zaraz zakończyć grę i opuścić skrzypce. Podszedł do mnie, oparł rękę na moim ramieniu i szepnął mi do ucha syczącym, jakby nie należącym do niego, głosem:

– Spójrz w dół.

Z pewnym wahaniem zrobiłem to i nagle stałem nad jego martwym ciałem, rozłożonym na chodniku przed szpitalem. Krew z jego głowy właśnie dotarła do moich butów, a ja podniosłem do góry ręce. Nie wiem dlaczego, ale to zrobiłem.

Były splamione krwią.

Czytaj dalej „[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 4”

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 3

Z pewnym niepokojem przystanąłem na ganku Baker Street 221B. Mogłem, co prawda, po prostu wejść i od razu zajrzeć do mieszkania Sherlocka, mimo to uznałem za bardziej stosowne najpierw zapukać. Dlatego przyłożyłem rączkę parasola do drzwi i uderzyłem w nie dwa razy. Nie cieszyłem się, że tu jestem. Nie tylko dlatego, że wszystko wokół przywodziło mi na myśl Sherlocka, ale też dlatego, że dobrze wiedziałem, jak zareaguje na moją obecność John Watson. Po naszej ostatniej rozmowie w Klubie Diogenesa miał o mnie pewnie jak najgorsze zdanie. Wiedziałem, że on najsilniej przeżył śmierć Sherlocka, i mógł za nią winić tylko mnie i Moriarty’ego.

Drzwi się otworzyły. Nadzieje na to, że to nie John, a pani Hudson mi otworzy, prysły od razu, kiedy ujrzałem jego twarz (nieodmyte ślady pianki po goleniu świadczyły o tym, że przerwałem mu poranną toaletę, ale po poplamionym swetrze wywnioskowałem, że wcale tej nocy nie spał). Przez chwilę doktor wydawał się być zakłopotany, ale zaraz odchrząknął i posłał mi nieufne spojrzenie. Ludzie dawali mi takie spojrzenia milion razy, a ja ignorowałem je z równą łatwością jak przejeżdżające za oknem samochody, ale w tym konkretnym momencie te chłodne, pełne rezerwy oczy Johna Watsona sprawiały, że chciałem odwrócić się i odjechać. Wiedziałem jednak, że to niemożliwe. Miałem obowiązek do spełnienia.

– Przyszedłem w sprawie pogrzebu – oświadczyłem.

– Aha – przytaknął ze zrozumieniem John, otworzył drzwi szerzej i wpuścił mnie do środka. A potem dodał: – Tylko wytrzyj buty.

Czytaj dalej „[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 3”

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 2

Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!

Przez kilka minut przyglądałem się temu zdaniu. Wiedziałem skąd pochodziło i wiedziałem, co ono dla mnie oznaczało. Mój prześladowca wiedział skądś, co zrobiłem podczas przesłuchiwania Moriarty’ego, i zamierzał to przeciwko mnie wykorzystać. Choć z drugiej strony mogło chodzić o brata w sensie duchowym, emocjonalnym, a nie Sherlocka. Zaraz jednak odrzuciłem tę myśl. Przecież nie znałem nikogo – ani w tajnych służbach, ani w rządzie, ani nigdzie indziej – z kim łączyłyby aż tak zażyłe stosunki. Musiało chodzić o Sherlocka.

Pozostawało pytanie: Kto chciał się zemścić na mnie za Sherlocka?

Czytaj dalej „[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 2”

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 1

To wszystko zaczęło się od pewnego małego, acz irytującego incydentu. W zasadzie był to bardzo pogodny ranek, chociaż poprzedniej nocy padało, a prognoza pogody zapowiadała przelotne opady około południa, dlatego wziąłem ze sobą parasolkę (wziąłbym ją i tak, ale zwykle służyła mi za laskę, a tym razem niosłem ją z gotowością do użycia zgodnie z jej przeznaczeniem). Było to dwa dni po samobójstwie Sherlocka, a ja – idąc przez korytarze swojego miejsca pracy – wciąż słyszałem ciche szepty swoich współpracowników.

– Myślicie, że to nim wstrząsnęło?

– Znasz go, to maszyna…

– Pewnie nawet nie mrugnął, kiedy się dowiedział…

– Jeśli już cokolwiek poczuł, to ulgę. Jego braciszek był istnym wrzodem na dupie jeszcze zanim zaczął aranżować te wszystkie zbrodnie…

– Patrz, ma czarny garnitur. Na pewno na znak żałoby.

– No, nie wiem. Mnie to raczej wygląda na granatowy…

Udawałem, że ich nie słyszę; że nic mnie nie obchodzą ich niedorzeczne domysły; że rzeczywiście jestem maszyną. Po prostu szedłem spokojnie przez korytarz do swojego gabinetu, mijając biura i boksy współpracowników i podwładnych. Być może instynktownie mój chód stał się szybszy, ale twarz pozostawała niewzruszona, przez co sprawiałem wrażenie raczej śpieszącego się do pracy, niż próbującego uciec przed pomówieniami. Mam opinię Człowieka-Lodu i zależy mi, aby ta opinia się utrzymała. W mojej profesji ważna jest dyskrecja, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy wagi państwowej. Nikt nie mógł nigdy dociec tego, co chodzi mi po głowie, szczególnie po tym jak Sherlock…

Odczułem niejaką ulgę, kiedy położyłem rękę na klamce swojego gabinetu. Wyjąłem klucz i otworzyłem szybko drzwi, aby zaraz wejść do środka i oprzeć się o nie, wydając z siebie głębokie westchnienie. Kiedy jednak podniosłem wzrok, na ścianie za moim biurkiem rozpościerał się wielki, czerwony napis: „MORDERCA”.

Czytaj dalej „[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 1”