Osiem powodów, dla których uwielbiam Terry’ego Pratchetta

28 kwietnia 1948 roku urodził się twórca Świata Dysku. Z tej okazji, tak jak w przypadku Astroni, kociary i Agathy Christie postanowiłam przygotować osiem powodów, dla których uwielbiałam (i wciąż uwielbiam) Terry’ego Pratchetta.

Dlaczego osiem? Ponieważ liczba ta ma w Świecie Dysku szczególne znaczenie. Dysk ma osiem pór roku (dwie wiosny, dwa lata, dwie jesienie i dwie zimy). Ósmy syn ósmego syna rodzi się jako mag, a ósmy syn maga może stać się czarodzicielem. Jest osiem stopni wiedzy magicznej. Ósmy kolor tęczy na Krawędzi Dysku to oktaryna – kolor magii. Liczba między siedem a dziewięć to również liczba przyzywająca wielkiego przedwiecznego, Bel-Shamharotha. Dlatego właśnie postanowiłam, że ósemka będzie najodpowiedniejsza.
Nie przedłużając, oto osiem powodów, dla których uwielbiam Terry’ego Pratchetta jako pisarza.

Miejsce ósme: Sposób przedstawiania osób religijnych
Od jakiegoś czasu zaczął mnie jakoś bardziej denerwować natłok postaci religijnych fanatyków w fikcji i pragnęłam znaleźć dla nich jakąś przeciwwagę. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że ową przeciwwagę zaoferował mi Świat Dysku. Fakt, większość protagonistów tego uniwersum jest właściwie nay-teistami (to znaczy – nie kwestionują istnienia bogów, ale ich też nie czczą), a Pratchett wielokrotnie wyśmiewał w swoich utworach pewne zachowania ludzi i instytucji religijnych… jednak właściwie robił tak z każdym aspektem ludzkiego życia. Poza tym Sir Terry przedstawił w Świecie Dysku całe spektrum religijnych postaw. Prawda, jest tam torturujący ludzi inkwizytor Vorbis, a wielu krasnoludzkich gragów posuwa się do aktów terroryzmu, ale przykłady pozytywne też się trafiają.
Po pierwsze – jest prorok Brutha, odważny, mądry i miłujący bliźnich młodzieniec, który w Pomniejszych bóstwach staje się przywódcą religijnym, przyszłym reformatorem omniańskiej doktryny. Po drugie – jest Wizytuj Niewiernych z Wyjaśniającymi Pamfletami, funkcjonariusz Straży Miejskiej, który z jednej strony chce ewangelizować swoich kolegów (a nawet Vimesa) i protestuje przeciwko przybytkom rozpusty, a z drugiej – jest uprzejmy, miły i dobrze wykonuje swoją pracę. Po trzecie wreszcie – jest Wielebny Oats, który stara się wiernie podążać za naukami Oma, a jednocześnie targają nim tak wielkie wątpliwości, że walczą w nim dwie osobowości. Ten ostatni cieszy mnie szczególnie, bo chyba po raz pierwszy od bardzo dawna w fikcji spotkałam się z tym, że te wątpliwości ludzi religijnych też zostały zauważone.
Wybaczcie, że wszystkie trzy przykłady to Omnianie, ale po prostu czuję z nimi więź, bo mieli być takim dyskowym odpowiednikiem różnych religii monoteistycznych.

Miejsce siódme: Humor
Jak powie wam każdy, kto miał styczność ze Światem Dysku, jest to cykl obfity w aforyzmy. Pratchett był człowiekiem o niesamowitym i błyskotliwym poczuciu humoru, który objawiał się zarówno w jego dziełach, jak i wywiadach. Oto niektóre z przykładów: „Magia ma jednak w zwyczaju czekać w ukryciu niby grabie leżące w trawie.”, „Smok to metafora całej przeklętej ludzkiej egzystencji. Jakby sam w sobie nie był paskudny, to jeszcze jest wielki, gorący i lata.”, „Uciekam, więc jestem. A raczej uciekam, więc przy odrobinie szczęścia nadal będę.”
Humor Pratchetta jest wszechstronny – jest to zarówno humor słowny, jak i sytuacyjny; będący nawiązaniem do popkultury, jak i ocierający się o humor kloaczny i sprośny. Nigdy jednak to nie były żarty niesmaczne. Nawet dowcipy tych – wydawałoby się – niskich lotów trzymały pewien określony poziom, świadczący o tym, że ich autor posiada nieprzeciętny intelekt.

Miejsce szóste: Nawiązania kulturowe
Świat Dysku jest ich pełen. Zacznijmy od tego, że sam A’Tuin i stojące na nim słonie to jedno wielkie nawiązanie do przeświadczenia osiemnastowiecznych uczonych, jakoby Hindusi wierzyli, że świat jest płaski i spoczywa na grzbietach słoni, które z kolei spoczywają na grzbiecie żółwia. W każdej książce z cyklu znajduje się masa nawiązań do kultury tak wysokiej, jak i popularnej.
Czasem jest to sparafrazowany cytat (jak Sam Vimes w Straży! Straży!, który odtwarza scenę „Wiem, o czym myślisz, śmieciu: Strzelił sześć razy czy tylko pięć…” z Brudnego Harry’ego, a Lord Vetinari w Glinianych nogach stwierdza, parafrazując wypowiedź Woltera, że gdyby nie było Vimesa, musiałby go wymyśleć), czasem nazwa (Dwukwiat w serialowej adaptacji Blasku fantastycznego chce nazwać tajemniczą czerwoną gwiazdę Gwiazdą Śmierci), czasem pojedyncze postaci i zdarzenia (Zadziwiający Maurycy i jego edukowane gryzonie to taka dywagacja zarówno na temat baśni o grajku z Hameln, jak i o zantropomorfizowanych zwierzętach), a czasem design okładki (Paul Kidby inspirował się m. in. Krzykiem Edwarda Muncha, Strażą Nocną Rembrandta, Stworzeniem Adama Michała Anioła i słynnym zdjęciem z Iwo Jimy). Dość często owe nawiązania związane są z jednym konkretnym tematem, na przykład Ruchome obrazki pełne są odniesień do różnych studiów filmowych, a także Oscar ma swoją rolę w zaistniałych wydarzeniach. Bywają też książki, które są jednym wielkim nawiązaniem do historii (Bogowie, honor i Ankh-Morpolk to odniesienie do wojny o Falklandy) i dzieł kultury (Straż Nocna to prawie że komentarz do Nędzników Wiktora Hugo). Trafiają się również takie, które nie są znane szerokiej publiczności.
Odkrywanie tego wszystkiego uświadamia nam, jak bardzo oczytanym człowiekiem był Pratchett i stanowi dodatkową frajdę dla czytelnika.

Miejsce piąte: Kreacja postaci
Już kilka razy rozwodziłam się na temat kreacji postaci kobiecych przez Pratchetta oraz protagonistów Świata Dysku. Jednak Świat Dysku bogaty jest też w różne kolorowe postaci drugo- i trzecioplanowe. I nie chodzi mi tylko o Straż Miejską.
Wystarczy wspomnieć chociażby krasnoludziego odpowiednika Casanovy, Casanundę; sprzedawcę podejrzanych kiełbasek, Dibblera, który ma w każdym kraju na Dysku swojego odpowiednika (o czym zaświadczyć może Rincewind); dość zakręcony i myślący dość dosłownie Nadrektor Niewidocznego Uniwersytetu, Munstrum Ridcully; sługa Śmierci, dawniej jeden z największych magów w dziejach, Alberto Malich; Lady Margalotta, władczyni Uberwaldu i przyjaciółka lorda Vetinariego… lista jest bardzo długa.
W zasadzie każda książka Świata Dysku pełna jest ciekawych postaci, pierwszo-, drugo- i trzecioplanowych, do których można się przywiązać. Takich jak na przykład…

Miejsce czwarte: Śmierć
Cóż mogłabym powiedzieć o pratchettowskiej Śmierci, czego nie powiedziałam już wcześniej? To bohater, którego chara songiem mogłoby być „Don’t fear the Reaper”; antropomorficzna personifikacja, która nie tylko po bliższym poznaniu okazuje się być całkiem miłym gościem, ale też ma rodzinę – adoptowaną córkę, zięcia i wnuczkę. Ponadto w przeciągu kilku powieści o sobie Śmierć Świata Dysku: przyuczał do zawodu swojego następcę, będąc przy okazji swatem; musiał zmierzyć się z własną śmiertelnością, przeżywał żałobę, odgrywał rolę świętego Mikołaja, a w końcu próbował reaktywować swoją starą ekipę, czyli Czterech Jeźdźców Apokalipsy.
Poza tym, tak jak wszyscy protagoniści Świata Dysku, Śmierć jest bardzo ludzki, a jednocześnie nie można mu odmówić przyzwoitości. Właściwie Śmierć jest wielkim orędownikiem człowieczeństwa, co widać zwłaszcza w Kosiarzu i Wiedźmikołaju. Zresztą rozmowa między Susan a jej dziadkiem na temat potrzeby wiary i fantazji u ludzi przedstawia pogląd Pratchetta, że sami powołujemy do życia wartości i musimy w nie wierzyć, aby stały się prawdą; i że to właśnie fantazja czyni nas ludźmi, a nie intelekt, jak się wielu wydaje.

Miejsce trzecie: Wątki romantyczne
Nie jestem osobą, która jara się pairingami i namiętnie shippuje jakieś postaci. Zwykle skupiam się na takich relacjach jak męska przyjaźń, braterska miłość albo relacje ojciec-syn, a wątki romansowe mnie denerwują, a w najlepszych wypadkach są mi obojętne. W przypadku Świata Dysku jest również kilka takich par, jednak jest też wiele, które uważam za bardzo urocze.
Myślę, że ma to duży związek z tym, że owe pary składają się z osobników, którzy nie są jakoś specjalnie atrakcyjni. Są grubi, patyczkowaci, za wysocy, za niscy, są trollami, krasnoludami, są pryszczatymi nastolatkami albo mają już swoje lata. Co więcej – to ludzie z własnymi dziwactwami, czasem trochę nieśmiali i pełni kompleksów.
Inna rzecz, że też wątki romansowe w Świecie Dysku (przeważnie) nie opierają się na angście czy nieporozumieniach, jak to często się widzi gdzieindziej. Prawda, mogą nastąpić jakieś małe komplikacje, no i wątek miłości Anguy i Marchewy jest sztampowy jak cholera, ale przeważnie romanse w Świecie Dysku rozwijają się w bardzo naturalny sposób, bohaterowie po prostu ze sobą rozmawiają, mają wspólne cele i zainteresowania i świetnie się rozumieją.
Romanse Świata Dysku napawają mnie zwykle pozytywnymi uczuciami. Po prostu patrzę na Rubin i Detrytusa, na Błazna i Magrat, na Moista i Adorę Belle i wszyscy ci bohaterowie wydają mi się dobrze dobrani. Od razu wiem, że każda z tych par się ze sobą zestarzeje.
Moją ulubioną parą Świata Dysku są państwo Vimes. Pozwólcie, że opowiem wam o jednej z jej połówek.

Miejsce drugie: Lady Sybil Ramkin-Vimes
Uwielbiam tę kobietę. Lady Sybil jest szlachcianką, kobietą w nieco już podeszłym wieku, postawną, uprzejmą i nad wyraz miłą. Zajmuje się także hodowlą smoków bagiennych, zna się na negocjacjach biznesowych, potrafi zaśpiewać krasnoludzką arię z właściwymi intonacjami i postawić na swoim. Kilka razy zdarzyło jej się walczyć, nie mówiąc już o tym, że kiedy została wzięta na zakładnika, również udało jej się dać sobie radę. Czasem jest traktowana z góry, bo całe życie uczono ją, że ma być dla wszystkich miła (toteż postrzegana jest przez wielu arystokratów za trochę głupią), ale kiedy już pokazuje pazur, wiesz, że przegrałeś. Ta kobieta poszłaby bez strachu na wojnę i zapuściła się w najniebezpieczniejsze zakątki Dysku, zawsze zachowując godność i dobre maniery.
A nie opowiedziałam wam jeszcze o jej relacjach z mężem. Komendant zaszedł tak daleko również dzięki wierze i wsparciu swojej żony, nie wspominając już o tym, że właściwie za sprawą lady Sybil, Samuel Vimes nie jest już pijakiem. Lady Sybil stara się ułatwić małżonkowi życie, kupując mu urządzenia, które pomogłyby mu w organizacji (większość z nich gdzieś przepada, ale to nie przeszkadza pani Vimes kupować kolejne), a także przypomina mu o różnych bankietach i uroczystościach, dbając o to, aby dobrze się prezentował. Sam komendant stwierdza, że niemal czci swoją żonę i chociaż dziergane przez nią skarpetki są za grube i drapią, on je nosi. Oboje nie są już najmłodsi, ale są szczęśliwym małżeństwem.
Lady Sybil wzbudza również wielką miłość i szacunek wśród strażników pod komendą Vimesa. Wszyscy starają się wypaść przed nią jak najlepiej, nie dlatego, że jest żoną ich dowódcy, ale dlatego, że jest tą pełną empatii, silną, niesamowitą kobietą.
Ze wszystkich wspaniałych postaci kobiecych w Świecie Dysku, najbardziej lubię lady Sybil. Będę jej zawsze bronić jak niepodległości, nie mówiąc już o tym, że jej związek z Vimesem jest jednym z nielicznych pairingów, które shippuję. I mam nadzieję, że ten serial o Straży Miejskiej dojdzie do skutku, bo chciałabym również zobaczyć lady Sybil na ekranie.

Miejsce pierwsze: Opowiadane historie
Poza tym, że książki Świata Dysku cechuje wspaniały humor, mnóstwo nawiązań do wysokiej i popularnej kultury, a także kolorowe postaci, mają one po prostu ciekawe fabuły. Za wszystkimi stał jakiś interesujący pomysł, związany albo z naszym światem, albo z jakąś sztampą.  Straż Miejska powstała, ponieważ Pratchett chciał zabawić się tym konceptem zwykle bezwolnych, będących przeszkodą dla głównego bohatera, pomagierów jako protagonistów; w Kosiarzu mamy wylanego z pracy Śmierć, uczone szczury Zadziwiającego Maurycego tworzą swoją własną kulturę, a w Świecie Dysku funkcjonuje zakon Mnichów Czasu, który dba o to, aby dzieje toczyły się jak należy, nawet jak dochodzi to małych anomalii, jak w Straży Nocnej.
Świat Dysku jest pochwałą humanizmu. To, że jest przeważnie humorystyczny, wcale nie oznacza, że nie ma tam wątków dramatycznych. Pratchett wielokrotnie porusza tematy wojny, uprzedzeń, terroru, czy po prostu ludzkiej natury. Jego bohaterowie przeżywają nieraz tragedie i nie pozostaje to bez wpływu na ich psychikę. Co więcej – bohaterowie Świata Dysku są zawsze bardzo ludzcy, posiadają jednak mały pierwiastek przyzwoitości, który popycha ich w stronę światła i każe być czymś więcej. To wręcz niesamowite jak wiele postaci Pratchetta zaczęło na dnie, a potem dokonało niezwykłych czynów.
Myślę, że ostatecznym przesłaniem najsłynniejszego cyklu Terry’ego Pratchetta jest to, że świat jest okrutny, świat jest cyniczny, świat jest pełen złych ludzi, ale my sami możemy wzbić się pod niebiosa. Poprzez walkę z własnymi słabościami, poprzez traktowanie innych, jak sami chcielibyśmy być traktowani; poprzez urzeczywistnianie, wciąż i wciąż, tych najważniejszych wartości, jak sprawiedliwość, dobro i wzajemny szacunek. I nawet jeżeli sam świat pozostanie bez zmian – bo na pewne rzeczy nigdy nie mamy wpływu – zawsze warto spróbować.
I to jest najważniejsza rzecz, której nauczył mnie Terry Pratchett.

[FF: Świat Dysku] Śmierć w garści cz. 3 – Nie ma powodów do obaw

Oniemiali przyglądali się pustemu krzesłu jeszcze przez kilka sekund. Przez te kilka sekund umysł Alberta przeszedł od paniki (O, bogowie, teraz ta dziewucha się domyśli! Co robić? Co robić?) do nagłej epifanii (Zaraz, przecież ona wie o rytuale. Równie dobrze mogła pomyśleć, że pana wezwali znów Niewidoczni Akademicy…). Albert postanowił więc przejść nad tym do porządku dziennego, jakby nigdy nic.
Susan z kolei znów poczuła, że coś jest nie tak. Wciąż miała przed oczami pełen obaw wzrok dziadka.
NIE! NIE, TO ZA WCZEŚNIE! – Jego głos dudnił jej w pamięci. Z tego co sama wiedziała, rytuał AshkEnte nie był ani bolesny, ani straszny. Co najwyżej wywoływał irytację, ponieważ zawsze zdawał się mieć miejsce w nieodpowiednim momencie. Dlaczego więc dziadek zareagował właśnie w taki sposób? Dlaczego wyglądał tak, jakby się czegoś obawiał? Co takiego czekało po drugiej stronie, że napełniło Śmierć lękiem?
Albert zebrał talerze i odłożył je do zmywaka, wyciągając Susan z jej rozmyślań. Przyglądała się, jak starzec szykuje się do mycia naczyń, nawet na nią nie spoglądając. Tylko raz odwrócił się do niej i rzucił jej chłodne spojrzenie.
– Ty jeszcze tutaj? – odezwał się, powracając do swoich zajęć. – Zajmij się sobą. Nie chcę cię w swojej kuchni.
– Nie dziwi cię ani trochę to, co się właśnie stało? – zawołała za nim, podnosząc się z krzesła. – Przecież sam widziałeś!

Tak, widział. Stał tuż obok niej i widział to samo, co ona. Jednak jego pierwszą reakcją – ukształtowaną przez kilka stuleci przebywania w tym miejscu – było posłuszeństwo wobec rozkazu Śmierci. Śmierć nie chciał, aby Susan wiedziała, że ukradziono jej życiomierz. Skoro tak, przynajmniej na razie nie powinna nic wiedzieć.
Chociaż jakby się nad tym głębiej zastanowić, to Albert widział trochę więcej niż Susan. Będąc świadkiem wielokrotnych wezwań Śmierci poprzez rytuał AshkEnte, jego oko zdążyło wyostrzyć się na wszystkie zdarzenia, które miały wtedy miejsce. Dlatego udało mu się wychwycić, że w ostatnich kilku sekundach twarz jego pana złagodniała, a nawet – uśmiechnęła się.
Śmierć miał już plan. Wiedział jak postępować ze śmiertelnikami. Teoretycznie nie było powodu do obaw. Teoretycznie.
– Panu nic nie będzie – odparł Albert. Jakoś udało mu się ukryć to, że nie za bardzo był pewien tego, co właśnie powiedział. – Widocznie magowie chcą go o coś zapytać. Zapytają i wróci zanim się obejrzysz.
Susan wiedziała, że Albert mówi z sensem. Ostatecznie sama pamiętała swoje niedawne spotkanie z Nadrektorem Ridcully’m. Na początku trochę się denerwowała, nie za bardzo wiedząc, o co chodzi, z czasem jednak zdała sobie sprawę, że nie jest to nic złego. Uwolnili ją zaraz jak tylko otrzymali od niej odpowiednie informacje, ba – zawarła nawet znajomość z Nadrektorem, która mogła się przydać w przyszłości.
Ale była tam jedna naprawdę okropna rzecz. Susan wielokrotnie powracała do niej myślami w ciąg tych kilku miesięcy po przygodzie z dziwną muzyką. Zdarzyło się nawet raz czy dwa, że przyśnił jej się koszmar, w którym magowie nie pozwolili jej wyjść mimo tego, że odpowiedziała na wszystkie ich pytania. Co więcej, odkrywała nagle, że im dłużej tkwiła w kręgu, tym trudniej było jej się poruszać, aż w końcu nie była w stanie nawet zgiąć palca. Była skazana na łaskę i niełaskę magów, którzy, ni stąd ni zowąd, nie byli już miłymi staruszkami.
Czyżby właśnie o to chodziło? Tego bał się dziadek?
– Jeszcze tu jesteś? – powiedział ostro Albert. – Wynocha z mojej kuchni!
Im dłużej tu stała, tym bardziej sprawiała, że wątpił w słuszność swojej decyzji. Nie mógł normalnie pracować, gdy ona była z nim w jednym pokoju. Pan ma na pewno wszystko pod kontrolą, powtarzał sobie. Zawsze miał. To przedwieczna istota, która nawet w najgorszych momentach potrafiła sobie radzić. Niedawno udało im się przywrócić porządek świata właśnie dlatego, że Śmierć się pozbierał i zrobił, co trzeba.
Ale wcześniej był tak załamany, że uciekł. To ludzie byli powodem jego załamania. Teraz jeden człowiek zabrał życiomierz Susan, która była też w jakimś stopniu człowiekiem. Do wypadku Morta i Ysabell Albert był skłonny wierzyć, że Śmierć nie posiada emocji, tylko myśli o nich. Teraz nie miał złudzeń – Śmierć, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, posiadał uczucia, zwłaszcza jeśli chodzi o rodzinę. Czy to właściwe zostawiać go samego, nie będąc pewnym, czy emocje nie wejdą mu w drogę?
– Chodź, Susan – odezwał się po raz pierwszy od dłuższego czasu Miódrzekł. – Wybierzmy się na spacer. Zobaczysz, pół godziny i Śmierć będzie z powrotem.
W jego głosie Susan wyraźnie słyszała zdenerwowanie. Próbował grać na zwłokę. Po raz kolejny zdała sobie sprawę z tego, że coś tu się dzieje. Coś niedobrego. Ale jakaś jej część była skłonna poczekać. Nie mogła odrzucić tego, że rytuał AshkEnte miał związek z tym, co się działo, ale nie wykluczała, że było to coś, z czym dziadek sam mógł sobie poradzić. Potrzebowała więcej danych, a nie chciała się jeszcze posuwać do ostateczności.
– Pójdę do swojego pokoju – powiedziała. – Muszę odpocząć.
Postanowiła, że wstrzyma się z wszelkimi działaniami przez pół godziny. Jeżeli do tego czasu dziadek nie wróci, ona zacznie zadawać pytania. Ponieważ jednak nie mogła liczyć na tutejsze czasomierze, zdecydowała się policzyć czas inaczej. Zwykle wykonanie zadania z historii zajmowało jej pół godziny (chociaż jej się wydawało, że dłużej), więc kiedy tylko wróciła do pokoju, wyciągnęła zeszyt do historii i wybrała jedno, które sprawiało jej szczególnie dużo trudności i zaczęła je robić. Jednocześnie jakaś jej część umysłu zajęta była rozmyślaniem o dziadku i jego problemie, który wszyscy zdawali się przed nią ukrywać.
Po raz pierwszy od kilku stuleci Śmierć został wezwany nie w tym samym miejscu na Niewidocznym Uniwersytecie i nie w otoczeniu tego samego grona magów, co zwykle. Wszystkie standardowe rekwizyty były na swoim miejscu, dziękuję bardzo, ale Śmierć od razu zdał sobie sprawę z tego, że znajduje się w jakimś odosobnionym miejscu. Światło ze świec odbijało słabo wnętrze pomieszczenia. W zasadzie Śmierć miał wrażenie, że pomieszczenie składa się tylko z wyrysowanego kręgu pośrodku czarnej pustki. Ale wiedział, że to nie pustka, tylko oświetlenie pozostawia wiele do życzenia.
Wkrótce usłyszał dwa kroki i z ciemności wyłoniła się postać w charakterystycznej szacie i szpiczastym kapeluszu, który na razie był dramatycznie pochylony, aby nie zdradzać twarzy jego właściciela. Po chwili mag podniósł głowę i Śmierć doznał iluminacji. Jego pamięć przeszłych i przyszłych wydarzeń podsunęła mu obrazy, których potrzebował, aby przypomnieć sobie nazwisko na drugim ze skradzionych życiomierzy.
ACH, zaczął, NALEŻYSZ DO TEGO TYPU.
– Błąd – odparł przybysz. – Jestem jedyny w swoim rodzaju.
WSZYSCY MYŚLICIE, ŻE JESTEŚCIE JEDYNI W SWOIM RODZAJU.
Przybysz nie odpowiedział. Wyciągnął spod szaty wiszący na łańcuszku życiomierz, którego piaski akurat teraz się nie przesypywały. Nawet z pozycji Śmierci dobrze widoczne było nazwisko jego właścicielki.
Dopiero, kiedy złodziej przekonał się, że oczy Śmierci spoczywają na klepsydrze, schował ją z powrotem i odezwał się znów:
– Dobijmy targu.
Nogi komendanta Vimesa zaprowadziły go pod Niewidoczny Uniwersytet. Nie wiedział dlaczego, ale zwykle nie dyskutował z pamięcią swoich stóp. Dzień był raczej pogodny, a nieliczne chmury zdawały się nie zwiastować burzy ani nawet letniego deszczyku. Mimo to Vimes wciąż nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w powietrzu wisi coś niedobrego.
Skoro już tu był, postanowił sprawdzić, czy magowie czegoś nie potrzebują. Przechadzał się właśnie po dziedzińcu, podziwiając dzieło ogrodnika, kiedy nagle w pośpiechu wybiegł mu naprzeciw zdyszany i zaaferowany Myślak Stibbons. Zatrzymał się metr od komendanta i zaczął rozglądać po okolicy.
– Horace! – zawołał po chwili. – Ambrosiusie! Padlocku!
Vimes milczał, przyglądając się młodemu magowi przez dłuższy czas. Po wypowiedzeniu jeszcze kilku imion Myślak w końcu zauważył niecodziennego gościa. Z uprzejmym uśmiechem podszedł do komendanta i, nieco podenerwowany, powiedział:
– Witam, wasza łaskawość. Jeżeli przyszedł pan w sprawie tego tańczącego can-cana fotela w centrum Ankh-Morpolk, to zapewniam, że tym razem…
– Spokojnie, panie Stibbons – przerwał mu Vimes. – Nie przyszedłem, aby kogoś aresztować… Ale dziękuję za przypomnienie o tym fotelu. Wypytam o to Ridcully’ego.
Twarz Myślaka najpierw przybrała wyraz ulgi, aby po chwili znów się napiąć, a potem znowu rozluźnić. W końcu młody mag odezwał się znów:
– Jak długo pan tutaj jest, wasza łaskawość?
– Nie wiem. Dwie minuty? – odparł Vimes.
– A nie widział pan tutaj grupki studentów? – dopytywał się Myślak. – Uciekli mi z klasy i nie jestem w stanie ich znaleźć.
– Nie, raczej nikogo nie zauważyłem – oświadczył strażnik.
– Niech to – zaklął pod nosem mag. Westchnął ze zrezygnowaniem i dodał: – Trudno, idę ich dalej szukać. Może są w laboratorium i znowu osiągają, jak to oni nazywają, „odmienne stany świadomości”. No trudno, muszę do nich iść. Do widzenia, wasza łaskawość.
Ominął Vimesa i zaczął iść przed siebie, w stronę jakiegoś budynku. Zaraz jednak komendant zawołał za Myślakiem:
– A jak oni wyglądają?
Młody mag natychmiast przystanął i odwrócił się gwałtownie.
– No cóż – zaczął, wzruszając ramionami – jak to studenci. Młodzi, potargani, z niedomytymi i dziurawymi szatami. Jeden ma chyba pryszcze, ale nie jestem pewien.
Vimes zastanowił się. Wiedział, co prawda, co zwykła robić młodzież w okresie buntu, ale nie był do końca pewien, czy adepci sztuki magicznej też to robili. Z magami nigdy nic nie wiadomo.
– Aha – stwierdził po chwili namysłu Vimes. – Jakby nie znaleźli się w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, trzeba ich uznać za zaginionych. A wtedy zapraszam do Yardu.
– Dziękuję, wasza łaskawość – Myślak uśmiechnął się – ale o ile nie weszli do biblioteki, w końcu ich znajdę.
Obaj mężczyźni poszli w swoją stronę – Myślak Stibbons szukać swojej klasy gdzieś na terenie Uniwersytetu, a komendant – porozmawiać z Ridcully’m o tańczącym fotelu. Po omówieniu z Nadrektorem tej sprawy, naprawieniu szkód i wyznaczeniu kary, Vimes skierował się w stronę posterunku. Dość szybko doszedł do wniosku, że wizyta na Niewidocznym Uniwersytecie była stratą czasu.
Mimo to, miał wrażenie, że niedługo będzie musiał tu wrócić. I to w celach jak najbardziej służbowych.
Zadanie z historii zostało ukończone. Czas minął i Susan zabrała się do pracy. Zajrzała najpierw do gabinetu Śmierci. Był pusty. Potem poszła do sali z życiomierzami i po kilku minutach bezskutecznego nawoływania, zdała sobie sprawę, że również tutaj nie było jej dziadka. Sprawdziła podwórze, stajnię, niemal każde pomieszczenie w Siedzibie Śmierci, w którym przebywanie tuż po męczącej rozmowie z magami miałoby jakikolwiek sens. Po jakimś czasie Susan dopadło dejavu – bo w istocie Siedziba Śmierci wydała jej się tak samo wielka, ciemna i pusta, jak w dniu, w którym dziewczynę do niej sprowadzono. Tylko tym razem wszystko pamiętała – wiedziała, że jest wnuczką Śmierci, wiedziała, jakim był on dziadkiem, kiedy jeszcze przyjeżdżała tutaj jako dziecko – i dlatego nie była aż tak skonfundowana jak wtedy, za to jej skonfundowanie mieszało się z troską.
Próbowała to sobie tłumaczyć. Może magowie tak długo go trzymali, bo potrzebowali omówić coś bardzo szczegółowo. Może same rozmowy już dawno się skończyły i teraz Ridcully i Śmierć pili razem herbatkę. A może po drodze dziadek musiał zająć się pracą. Było tyle możliwości jego nieobecności… tyle racjonalnych uzasadnień…
Ale Susan wiedziała, że tak naprawdę żadne z nich nie jest prawdą. Jej podświadomość podpowiadała jej, że Albert, Miódrzekł i Śmierć Szczurów coś przed nią ukrywają, a fakt, że jej dziadek do tej pory nie wrócił, był dodatkowym bodźcem do tego, aby wreszcie zaczęła zadawać pytania.
Weszła więc do kuchni, gdzie (jak słusznie podejrzewała) zajęty kolejną potrawą z patelni krzątał się Albert. Stanęła obok starca, który nawet nie spojrzał na wnuczkę swojego pracodawcy, ale mimo wszystko zwolnił obroty.
Susan wiedziała, co ma zrobić. Odchrząknęła, wzięła głęboki oddech i sięgnęła w głąb siebie, aby przywołać drzemiącą w niej moc. Jej oczy zmieniły się w dwa niebieskie ogniki, a potem Susan przemówiła:
ALBERCIE… CZAS, ABYŚ ODPOWIEDZIAŁ MI NA KILKA PYTAŃ.
Albert zamarł na moment z przerażenia, potem się jednak z tego stanu otrząsnął… przynajmniej częściowo, bo teraz opanowała go dziwna mieszanka lęku i złości na dziewczynę. Rzucił wszystko, co do tej pory robił, i spojrzał na Susan z wyrazem irytacji.
– O, nie, młoda damo. Tym razem to na mnie nie zadziała – powiedział drżącym głosem.
ALBERCIE, nie ustępowała Susan, POWIEDZ, CO TU SIĘ DZIEJE, I TO JUŻ!
Starzec przemógł wewnętrzny przymus skulenia się, ale to nie znaczyło, że pokonał całkowicie lęk przed Susan i jej właśnie obudzoną mocą. Szedł o zakład, że gdziekolwiek jest teraz Mort, przygląda się całej scenie i śmieje się z niego.
– Nic się nie dzieje – oznajmił szybko starzec. – Wszystko jest w jak najlepszym porządku. – Wciąż na niego patrzyła, więc dodał: – Zobaczysz, pan wróci tutaj za jakieś pół godziny, albo i krócej.
Co prawda, przez całe poprzednie półgodziny czekał na swego pana z takim samym niepokojem, co ona. Chciał wierzyć w to, że wszystko będzie dobrze i że Śmierć powróci; że wszystko jakoś się ułoży, tak jak zawsze się układało. Gotów byłby czekać jeszcze trochę, mając nadzieję, że już zaraz, za parę chwil jego pan się pojawi.
Ale jego pan się nie pojawiał.
Albert popatrzył na Susan. Przez chwilę jeszcze widział tylko istotę z powiewającymi włosami i świecącymi oczami, jednak im dłużej jej się przyglądał, tym bardziej zdawał sobie sprawę z pewnej istotnej rzeczy. Ta rzecz ostatecznie przekonała go o tym, że koniec już owijania w bawełnę. Oboje to wiedzieli. Oboje to przeczuwali. Czas wreszcie coś z tym zrobić.
– No dobra, dobra. Powiem ci wszystko, tylko skończ tę szopkę i porozmawiajmy jak dwoje normalnych ludzi – oświadczył po chwili, niby to od niechcenia.
Susan powróciła do bycia tylko zwykłą dziewczyną i momentalnie wyraz jej twarzy z beznamiętnego chłodu i siły zmienił się w najszczerszy lęk i niepokój. Tak jak Albert podejrzewał, nawet sięgnięcie po moc Śmierci nie zdołało ukryć tych uczuć.
Zrobiła krok w jego stronę i zaczęła cicho, niemal szeptem:
– Zamieniam się w słuch.

(Mini) Recenzja: Smoki na zamku Ukruszon

Niedawno doszłam do wniosku, że powinnam podczas tego Fantastycznego Kwietnia przeczytać coś autorstwa Pratchetta, co nie jest związane ze Światem Dysku. Wzięłam więc na warsztat Smoki na zamku Ukruszon. Co prawda jest jeszcze Dywan… i trylogia Nomów… i trylogia o Johnie Maxwellu… i Spryciarz z Londynu… No, tak…

Tak czy inaczej, padło na Smoki z zamku Ukruszon, bo słyszałam jakiś czas temu o tej książce i szczerze mówiąc, mnie zaciekawiła.

Smoki… to właściwie zbiór krótkich historyjek dla dzieci, napisanych przez Pratchetta w czasach, kiedy pracował jako reporter, i po latach zredagowane przez samego autora. Znajdują się tam: preludium do debiutanckiej powieści Pratchetta, czyli Dywanu (Klechdy o Ludzie Dywanu i Kolejna klechda o Ludzie Dywanu), jak i dziwne historie z miasteczka Blackbury w hrabstwie Gritshire, choć nie brakuje baśni w bardziej tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Mamy tam przygodę żółwia Herkulesa, który wydostał się z ogrodu i postanowił zostać odkrywcą. Mamy rycerza Edwo, którego największą bronią jest jego nudny głos. Mamy autobus, który podróżuje w czasie. Mamy wielki wyścig samochodów na różne napędy, w tym – na parę, na gumę i na mechanizm zegarowy.

Powiem szczerze, że niektóre opowiadania mnie nie porwały (nadal nie jestem przekonana do tego, aby przeczytać Dywan), jednakże były też takie, które mi się podobały, na przykład wspomniany wyżej wielki wyścig pomiędzy różnymi napędami (zwłaszcza, że zainicjował go właściciel fabryki produkujący różnorodne rzeczy na parę); albo ekspedycja dwóch, skłóconych ze sobą państewek z Wielkiej Drobiny (kurzu) na inną, dotąd niezamieszkałą drobinę. Niektóre opowiadania o Blackbury też były ciekawe, na przykład Wielki Turniej Tańca na Jajach (dwa miasta rywalizują ze sobą zacięcie od niepamiętnych czasów, między innymi w tytułowym tańcu; jeden z najlepszych tancerzy z pierwszego miasta chce ożenić się z dziewczyną z drugiego, ale jej ojciec pozwoli na to tylko, jeśli jego miasto wygra). Typowe dla Pratchetta pomysłowość i humor (nawet w stopkach!) biją z każdej opowieści, ale widać, że targetem są dzieci (chociaż dorośli też mogą się nimi cieszyć).

Poza tym pozostaje jeszcze strona wizualna, która objawia się nie tylko w ilustracjach, ale także w tym, że niektóre słowa czy zdania napisane są w szczególny sposób – a to są większe i grubsze, aby oznaczały jakiś hałas; a to litery są nierówne, co ma oznaczać łamany głos; a to każda litera robi się większa, co oznacza ziewnięcie… Trafiły się nawet ze dwie czarne strony z białą czcionką, aby zasygnalizować, że dana scena dzieje się w nocy. Te wszystkie zabiegi są dość interesujące i działają na wyobraźnię.
Myślę, że Smoki na zamku Ukruszon nadają się zarówno dla wiernych fanów Pratchetta, jak i dla ludzi, którzy mają dzieci. Ja sama już wiem, że będę czytać któreś z tych opowieści mojemu czteroletniemu bratankowi.

[FF: Świat Dysku] Śmierć w garści cz. 2 – Burza wisi w powietrzu

Pimpuś wylądował na szarawej trawie Siedziby Śmierci. Susan – z pomocą dziadka – zeszła z konia, a chwilę potem Śmierć również stał na ziemi. Albert wyszedł im na spotkanie, trzymając w ręku patelnię.
– Obiad jeszcze nie gotowy – oświadczył – więc jeśli jesteś głodna, musisz poczekać.
– Ciebie też miło widzieć, Albercie – odparła Susan.
MUSISZ BYĆ ZMĘCZONA PO TAK DŁUGIEJ PODRÓŻY. TWÓJ POKÓJ JUŻ NA CIEBIE CZEKA.
– Dziękuję, dziadku. – Susan uśmiechnęła się i ruszyła wraz z Albertem w stronę domostwa.
Śmierć również się uśmiechnął, po czym chwycił uzdę Pimpusia i zaprowadził go do stajni. Radość z wizyty wnuczki zakłóciła mu myśl o tym, że nie wiedział, gdzie znajduje się jej życiomierz. Śmierć był dobry w szukaniu, jednak potrzebował jakiegoś pomysłu co do tego, gdzie zacząć. Domyślał się, co prawda, profesji złodzieja, jednak na Niewidocznym Uniwersytecie w Ankh-Morpolk szwędało się mnóstwo magów. Potrzebował jeszcze jednej wskazówki, która zmniejszyłaby grono podejrzanych. Śmierć nie zamierzał czekać, aż złodziej wykona rytuał AshkEnte. Dlatego zaraz ze stajni Śmierć ruszył do gabinetu.
Zasiadł przed modelem Dysku i zamyślił się. Chwilę potem drzwi do gabinetu się otworzyły i wszedł Albert. Śmierć spojrzał na niego ze zdumieniem.
NIE POWINIENEŚ ROBIĆ OBIADU, ALBERCIE? zapytał.
– Właśnie się gotuje, więc postanowiłem skorzystać z tego, że mam kilka minut dla siebie i sprawdzić, jak sobie radzisz, panie – odparł starzec i usiadł na pobliskim krześle.
WSZYSTKO DOBRZE. PO PROSTU MYŚLĘ NAD DZISIEJSZYM WYDARZENIEM.
– Ja też nad tym myślałem – oświadczył Albert i przechylił się nieco do przodu, w stronę swego pana – i doszedłem do wniosku, że powinniśmy najpierw zacząć od zastanowienia się qui bono, panie.
QUI BONO”, ALBERCIE? Oczy Śmierci przyjrzały się z zainteresowaniem słudze.
– Starożytne powiedzenie, które oznacza tak naprawdę: „Kto na tym korzysta?” – wyjaśnił Albert. – To pytanie zadaje się zawsze, gdy popełnione jest przestępstwo, a sprawcy są nieznani. Co chcę powiedzieć, to to, że musimy ustalić motyw naszego złodzieja. Bo, jak rozumiem, wiesz, panie, jak się tutaj dostał?
JEST TYLKO JEDEN SPOSÓB, ABY KTOŚ Z ZEWNĄTRZ SIĘ TUTAJ DOSTAŁ BEZ POMOCY ŻADNEGO Z NAS. JUŻ RAZ KTOŚ TEGO DOKONAŁ, ALE TY WTEDY BYŁEŚ ZAJĘTY, WIĘC NIE ZAUWAŻYŁEŚ.
Twarz Alberta ułożyła się w wyraz nagłego zrozumienia.
TAK WIĘC ALBO TO, ALBO KTOŚ GO ZAPROSIŁ DO ŚRODKA.
Albert poczuł jak serce podskakuje mu do gardła. Ścisnął mocno oparcia krzesła.
– Chyba nie podejrzewasz, panie, że mógłbym to zrobić? Wiesz przecież, że jestem ci wierny. Zresztą jak mógłbym stąd wyjść, skoro…

SPOKOJNIE, ALBERCIE. WIEM, ŻE TO NIE TY. MUSIAŁBYŚ ZEJŚĆ NA DYSK, A NIE ZOSTAŁO CI ZBYT WIELE CZASU W KLEPSYDRZE.
– Właśnie, właśnie – przytaknął z nerwowym uśmiechem i wyrazem ulgi w oczach, Albert. – Jeśli już, to winne jest to ptaszysko.
JESTEM PRAWIE PEWIEN, ŻE W GRĘ WCHODZI PIERWSZY SPOSÓB, oświadczył Śmierć, po czym mówił dalej: CO DO MOTYWACJI ZŁODZIEJA, JEST TYLKO JEDNA RZECZ, KTÓRĄ MOŻNA CHCIEĆ OD ŚMIERCI. NIE PRAWDASZ, ALBERCIE?
Śmierć podniósł się od biurka i z rękami z tyłu zaczął chodzić po pokoju. Albert przyglądał mu się w napięciu, obawiając się trochę o szykowany w kuchni obiad, ale z drugiej strony mając wewnętrzny przymus, aby nie opuszczać swojego pana, zanim ten nie skończy.
– Władza nad własnym losem – powiedział domyślnie. – Długowieczność, może nawet nieśmiertelność.
ZE SZCZEGÓLNYM NACISKIEM NA TO OSTATNIE, ALBERCIE, odparł Śmierć i westchnął. ŻE TEŻ LUDZIE MUSZĄ ODZNACZAĆ SIĘ TAKĄ PERFIDIĄ. DO CZEGO TO DOSZŁO…? Spojrzał na Alberta i powiedział: LEPIEJ JUŻ IDŹ, BO OBIAD SIĘ POPSUJE.
Albert posłusznie podniósł się z krzesła. Skierował się w stronę drzwi, ale nie śpieszył się zbytnio z wychodzeniem. Jego wzrok był cały czas skierowany na Śmierć, który usiadł z powrotem przy biurku i wydał kolejne ciężkie westchnienie. Albert poczuł nieczęsto spotykane u siebie współczucie wobec swojego pana. Już wcześniej wiedział, że incydent z życiomierzami wywołał w nim ideę niepokoju. Była to już wystarczająco poważna sprawa, że ktoś tu wszedł i dopuścił się kradzieży, ale jeden z tych życiomierzy należał do jego wnuczki, do jasnej cholery! Albert mógł się tylko domyślać, co przeżywał właśnie jego pan i zapragnął nagle podnieść go na duchu.
– Głowa do góry, panie – powiedział, kładąc rękę na klamce, i uśmiechnął się szeroko. – Dopadniemy drania.
Śmierć rzucił mu lekko zdziwione spojrzenie. Albert uśmiechnął się do niego jeszcze szerzej i dopiero wtedy wyszedł, zająć się obiadem.
Przyglądał się z fascynacją życiomierzom i nie mógł się nadziwić, jakimi wspaniałymi przedmiotami były. Te kwadratowe podstawy z ciemnego drewna, które łączyły się czterema kolumnami z identycznymi to podstawek baldachimami; te złote tabliczki, na których ktoś staranną, elegancką wręcz, kursywą wygrawerował nazwiska właścicieli; te łańcuszki, które czyniły życiomierze bardziej poręcznymi do noszenia z miejsca na miejsce; no i ten piasek koloru zboża przesypujący się przez wąskie szyjki, powoli, ale przy bliższym przyjrzeniu się regularnie, nieubłagalnie.
A przynajmniej tak było do dzisiejszego popołudnia. Bo około piętnastej klepsydra z napisem: „Susan Sto Helit” przestała się, ni stąd, ni zowąd, przesypywać. Jakby nagle czas się zatrzymał. To było bardzo interesujące. Zauważył podobne zjawisko, kiedy znalazł swoją klepsydrę. Przyglądał jej się z zadziwieniem, zastanawiając się, czy już udało mu się osiągnąć to czego chciał, zanim jeszcze wprowadził do końca swój plan w życie, ale po krótkim namyśle przypomniał sobie zegar bez wskazówek, brak kurzu na półkach i czarnobiałe niebo, które się nie zmieniało. I wtedy zrozumiał. A nowa wiedza sprawiła, że uśmiechnął się do siebie chytrze. Teraz też się tak uśmiechnął. Tak jak podejrzewał, Susan Sto Helit znajdowała się teraz w Siedzibie Śmierci, może świadoma, może nie, że jej cenny życiomierz był teraz tutaj.
Smukła postać podniosła się powoli od biurka i chwyciła zawieszony na pobliskim wieszaku kapelusz, aby potem założyć go na głowę. Następnie włożyła na siebie płaszcz i wyszła zająć się swoimi zwyczajnymi zatrudnieniami. Jednak potem… potem czekało ją największe wyzwanie.
I nie mogła się już doczekać.
– Jak tam ten młody człowiek, Imp? – zapytał Miódrzekł, latając naokoło Susan, która się rozpakowywała.
– Nie twój interes – odrzekła, wyciągając z bagażu koszulę nocną i zaraz potem wkładając ją do szuflady.
– Nie chcesz pomóc biednej ptaszynie? – zapytał kruk i wylądował na szczycie wielkiej szafy. – Tak bardzo starałaś się ocalić tego biedaka, a teraz nie chcesz mi powiedzieć, co się z nim stało?
Susan nie spędziła nawet pięciu minut w domu dziadka, a to ptaszysko już działało jej na nerwy. Chciała się rozpakować, przebrać w coś suchego i odpocząć, dopóki Albert nie zawoła jej na posiłek. Niestety, Miódrzekł miał inne plany. Nie zamierzał dać jej spokoju, dopóki ona nie zaspokoi jego ciekawości.
– Żyje? Nie żyje? – dopytywał się. – Przecież ostatecznie Śmierć go nie zabrał.
Jeszcze przez kilka minut odmawiała mu informacji. To nie była jego sprawa, stanowczo nie była. Jeśli chciał ploteczek, niech poszuka innych uczennic. Albo niech zaoferuje coś w zamian…
Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Aż dziw bierze, że dopiero teraz o tym pomyślała. Uśmiechnęła się do swoich myśli i popatrzyła na kruka.
– Zawrzyjmy umowę, Miódrzekłu – oznajmiła i nonszalancko powróciła do rozpakowywania się. – Informacja za informację. Ja zaspokoję twoją ciekawość, a ty moją. Zgoda?
Miódrzekł zawahał się na chwilę. Z jednej strony bardzo ciekawiło go, co też stało się z młodzieńcem, którego Susan najwyraźniej bardzo polubiła, no i czy ich znajomość przeszła na wyższy poziom. Z drugiej strony – obawiał się trochę tego, o co mogłaby zapytać Susan, zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń. Ale przecież niczego się nie domyślała, prawda? Kto jak kto, ale Śmierć potrafił dochować tajemnicy.
– Umowa stoi – oświadczył kruk, zyskując nagle na pewności siebie.
Cokolwiek chciała wiedzieć, na pewno nie miał się o co martwić. W razie czego skłamie.
– Tak więc co się stało z Impem? – zapytał.
– No cóż – zaczęła Susan i odłożyła walizkę na bok. – Został naszym szkolnym ogrodnikiem.
– Ogrodnikiem? – zdziwił się Miódrzekł. – Przecież był muzykiem.
– Ale teraz jest ogrodnikiem w mojej szkole – oznajmiła.
– Czy w takim razie zamierzasz zawrzeć z nim jakieś bliższe stosunki?
Susan zarumieniła się, co jak zwykle poskutkowało pojawieniem się blizny w kształcie czterech kresek na jej policzku. Przez chwilę rozważała rzucenie czymś we wścibskie ptaszysko, zaraz jednak się opanowała. Rumieniec również szybko zniknął z jej twarzy i znów była bladolicą sobą.
– Nie, nie zamierzam – odparła i usiadła na łóżku. – Moja kolej. I się nie wymiguj.
– Ależ oczywiście. Jestem ptakiem honoru.
Po raz kolejny na twarzy Susan pojawił się uśmiech. Popatrzyła na Miódrzekła, który miał niejasne wrażenie, że powinien się bać szesnastolatki i tego, o co zaraz zamierzała spytać. Jeszcze bardziej się zaniepokoił, kiedy nagle spoważniała.
– Czy dziadek ma ostatnio jakieś problemy? – spytała.
Miódrzekł poczuł jak się poci (jedno z niedogodności bycia zwierzęciem stałocieplnym; na szczęście Susan nie mogła tego zobaczyć), ale udało mu się zachować spokój. Ostatecznie to jeszcze o niczym nie świadczy. To mogło być zwykłe pytanie wnuczki o dziadka i wcale nie oznaczało, że się czegoś domyślała.
– Nie, moja droga – skłamał Miódrzekł. – Radzi sobie tak jak zawsze. To przecież Śmierć.
Susan spojrzała na niego, nie za bardzo wierząc jego słowom. Zawahał się, zanim odpowiedział. Ba – zawahał się nawet zanim zgodził się na układ „informacja za informację”.
– Czy na pewno wszystko dobrze, dziadku?
TAK, WSZYSTKO JEST W JAK NAJLEPSZYM PORZĄDKU.
Może to było coś kłopotliwego dla jej dziadka i reszty. Może Śmierć miał problemy z powróceniem do dawnej funkcji po tak długiej nieobecności. A może… może to było coś gorszego. Coś poważniejszego. Tak czy inaczej, Susan z jednej strony bardzo się martwiła, z drugiej – wzbierała w niej wściekłość. Jak oni mogli trzymać ją od tego z dala, jakby była małą dziewczynką? Przecież jeszcze niedawno pełniła obowiązki dziadka. Miała prawo wiedzieć. Może by nawet spróbowała im jakoś pomóc.
– Jesteś pewien? – odparła i rzuciła krukowi chłodne spojrzenie.
– Całkowicie – oświadczył Miódrzekł. – Poza tym, nawet gdyby coś było nie tak, to ja nic nie wiem.
Susan przyglądała się krukowi przez dłuższy czas. Na pewno był jakiś sposób, aby wyciągnąć od niego prawdę, ale na razie zastanawiała się, czy lepiej byłoby go przekupić, czy też raczej zagrozić głosem Śmierci, że wyrwie mu się skrzydła. Oczywiście nie zamierzała tego robić, ale Miódrzekł na pewno ugiąłby się pod groźbą, bo nie miałby czasu pomyśleć nad tym, czy miałaby sens, czy nie. Byłby zajęty baniem się o własne bezpieczeństwo.
Zanim jednak zdążyłaby zrealizować jeden z tych pomysłów, Albert zawołał ich na obiad.
Komendant Samuel Vimes zapalił cygaro. Ostatnio było bardzo spokojnie… To znaczy, na tyle, na ile może być spokojne Ankh-Morpolk w dni powszednie, w dodatku, jak pracuje się w Straży Miejskiej. Vimes zaryzykowałby stwierdzenie, że ostatnimi czasy nie działo się nic nadzwyczajnego. Żadnego spisku, aby przywrócić monarchię. Żadnego smoka szlachetnego przyzwanego przez jakiegoś nie do końca rozgarniętego knypka. Żadnej serii tajemniczych, nie dających się wytłumaczyć zgonów.
Jednak miał nieodparte wrażenie, że coś wisiało w powietrzu. Vimes wiedział, że to wyświechtany tekst, ale tak po prostu było i choćby zapierał się na milion sposobów, ostatecznie musiał przyznać, że to prawda. Czuł to w  powietrzu, w wodzie, we własnych rozklekotanych kościach – niebawem miało zdarzyć się coś złego. Nie wiedział jeszcze co.
Zasiedli w kuchni do obiadu. Śmierć na najważniejszym miejscu, u szczytu stołu, a Susan po jego prawej stronie. Śmierć Szczurów, Śmierć Pcheł i Miódrzekł mieli własne miski na parapecie, tymczasem Albert położył przed bardziej antropomorficznymi osobami w swojej kuchni talerze z owsianką (dla Susan) oraz smażonym jajkiem i bekonem (dla siebie i Śmierci).
ALBERCIE, zaczął Śmierć, TO CHYBA BARDZIEJ ŚNIADANIE, NIŻ OBIAD.
– Panienka Susan je tylko musli – powiedział złośliwie Albert.
NIE BĄDŹ NIEGRZECZNY, ALBERCIE.
– Zwłaszcza, że owsianka to nie musli – wtrąciła Susan, równie uprzejmie jak starzec.
SUSAN, TO NIEŁADNIE TAK WYBRZYDZAĆ. WIESZ PRZECIEŻ, ŻE ALBERT STARA SIĘ JAK MOŻE.
Wyłączając ten jego duży i potężny głos, Śmierć zabrzmiał prawie jak zwykły dziadek, karcący wnuczkę za jej złe maniery. Żadnej wściekłości, tylko łagodne upomnienie. Susan poczuła się trochę zawstydzona. Przypomniała sobie, że przecież bardzo cieszyła się na przyjazd tutaj. I na pewno jej dziadek także, być może bardziej, niż ona.
Popatrzyła na starego sługę. On też wydawał się skruszony.
– Przepraszam, Albercie.
On również ją przeprosił, choć raczej niechętnie. Widać było, że zrobił to tylko z powodu swego pana.
Obiad przebiegał bardzo spokojnie. Susan od czasu do czasu spoglądała na dziadka. Był milczący, bo choć raz czy dwa zapytał ją o to, jak minął jej rok szkolny (pomijając oczywiście to, że w którymś momencie musiała opuścić internat, aby zająć miejsce Śmierci), to i tak reagował na odpowiedzi z nikłym zainteresowaniem. Jakby jego umysł zajęty był czymś innym. Susan wiedziała, że jest to coś, co go bardzo martwiło. I napawało ją to wściekłością. Musiała w końcu spytać. Musiała się dowiedzieć.
Układała sobie w głowie to, co zamierzała powiedzieć. Nie chciała, żeby to go uraziło, ale jednocześnie gotowa była napierać na niego, dopóki nie odpowie. Musiała być jednocześnie stanowcza i finezyjna.
Postanowiła przystąpić do dzieła, kiedy dziadek właśnie konsumował ostatni kęs bekonu. Zwróciła się do niego całym ciałem, położyła ręce na kolanach i powiedziała:
– Dziadku…
Spojrzał na nią z zainteresowaniem.
TAK, SUSAN?
I nagle straciła nieco rezonu. Przez chwilę miała trudności z przypomnieniem sobie, co chciała powiedzieć, a wpatrujące się w nią niebieskie ogniki tylko utrudniały jej zadanie. Ale zaraz wzięła się w garść. Tak, to prawda – siedziała przed nią antropomorficzna personifikacja śmierci, ale tak się składało, że ta antropomorficzna personifikacja była też jej dziadkiem. Nie było się o co martwić.
– Ekhm… – odchrząknęła i przeszła wreszcie do sedna sprawy: – Odkąd tutaj przyjechałam, trudno mi nie zauważyć, że… – jej wzrok powędrował na ziemię, aby zaraz znów skierować się na Śmierci – że coś cię trapi, dziadku.
NAPRAWDĘ? WYDAJE CI SIĘ.
– Nie męcz pana, Susan – skarcił ją Albert. – Ma ciężki dzień.
Śmierć spojrzał na niego i twarz starca natychmiast wykrzywił wyraz zakłopotania, jakby powiedział coś nieodpowiedniego.
– Za dużo pracy? – spytała domyślnie Susan.
O, TAK, TAK. PRACA, odparł pośpiesznie Śmierć. WIESZ JAK TO JEST, SUSAN… PODRÓŻ Z JEDNEGO KOŃCA ŚWIATA NA DRUGI… MĘCZĄCY KLIENCI… TAKIE TAM.
Susan nie musiała być telepatką, aby wiedzieć, że kłamie.
Chciała spojrzeć na niego łagodnym wzrokiem i powiedzieć: „Dziadku, naprawdę wyglądasz, jakby zdarzyło się coś złego.” Chciała przekonywać go dalej, aby się otworzył. W końcu byli rodziną. Powinni sobie ufać i w ogóle…
Ale zanim do tego doszła; zanim Albert zdążył zebrać ich naczynia; zanim zakłopotanie Śmierci osiągnęłoby wyższe stadium, nagle stało się coś innego. Powietrze się naelektryzowało i zgęstniało, a wokół siedzącego na krześle Śmierci pojawiło się nagle jasne światło.
O, NIE…
Spojrzał na Susan. Oboje wiedzieli, co się dzieje. Oboje mieli z tym styczność. Ale tym razem jego niebieskie oczy wyrażały coś, czego nigdy wcześniej nie widziała – obawę.
Coś zabrzęczało. W powietrzu rozniósł się zapach rozgrzanej cyny. Powietrze i światło sprawiały, że coraz trudniej było go widać, a na dodatek Śmierć zaczął wirować wokół własnej osi.
NIE! Wołał. NIE, TO ZA WCZEŚNIE!
Próbował się wyrwać, widziała to, mimo że jej dziadek stał się nagle smugą światła i powietrza. Jednak jakaś jego część zmuszała go do posłuszeństwa. Susan chciała mu pomóc i nawet wyciągnęła do niego rękę, ale w całym tym zamieszaniu nie była w stanie określić, co jest czym. Niebawem było już za późno na jakiekolwiek kroki. Śmierć bowiem zniknął, pozostawiając po sobie tylko puste krzesło.
Tak naprawdę walczył jeszcze przez kilka sekund, a potem zdał sobie sprawę z tego, tak szybkie wezwanie może okazać się owocne. Ostatecznie pozna włamywacza, a to mogło dać mu jakie takie pojęcie o tym, kim on jest i do czego jest zdolny. Dlatego pozwolił sobie pójść w kierunku bramy, która prowadziła do tego, który odprawiał właśnie rytuał AshkEnte.

Recenzja: Kolor magii (komiks)

Większość fanów kojarzy adaptacje Koloru magii głównie z miniserialem z 2006 roku, ale tak się składa, że o wiele wcześniej – bo już w 1992 roku – przeniesienia pierwszej powieści ze Świata Dysku na inne medium podjął się Scott Rockwell. Tym medium był publikowany przez wydawnictwo Innovative komiks, który był w przygotowaniach już w 1990, jednak ilustracje nie przypadły Pratchettowi do gustu i autor Świata Dysku zatwierdził dopiero ich późniejszą wersję. Kolor magii był pierwszą z wielu części cyklu, zaadaptowanych w formie komiksowej (pozostałymi były między innymi Straż! Straż! i Mort), które potem doczekały się zbiorowego wydania w tomie The Discworld Graphic Novels. Jak wyszedł komiksowy Kolor magii, niebawem się przekonacie.

Dla tych, co (jakimś cudem) nie wiedzą, o czym jest Kolor magii: do miasta Ankh-Morpolk przybywa pierwszy turysta Świata Dysku, Dwukwiat, wraz z chodzącym na setkach nóżek Bagażem. Fakt, że ów Bagaż wypełniony jest monetami z czystego złota, wzbudza niezdrowe zainteresowanie złodziei, oszustów, żebraków i drobnych przedsiębiorców Dwukwiatem. W tawernie Dwukwiat spotyka Rincewinda – maga dorabiającego jako tłumacz i odznaczającego się tchórzostwem – i po krótkiej rozmowie zatrudnia go jako przewodnika. Przymuszony przez Patrycjusza Rincewind zostaje więc przewodnikiem Dwukwiata i tak oto obaj panowie przeżyją serię szalonych przygód, kontynuowanych w następnej powieści – Blasku fantastycznym.

Komiks dzieli się na cztery części. Pierwsza opowiada o przybyciu Dwukwiata do Ankh-Morpolk, jego spotkaniu z Rincewindem, o tym jak Rincewind zostaje jego przewodnikiem i jak w pewnym momencie obaj umykają z miasta; druga – o tym jak Rincewind jest goszczony przez driadę, Dwukwiat przybywa do świątyni Bel-Shamharotha, a w pewnym momencie obaj podróżnicy spotykają Hruna Barbarzyńcę; trzecia – o przygodzie Rincewinda, Dwukwiata i Hruna w krainie Jeźdźców Smoków, Zmokbergu, a czwarta – o tym, co przydarzyło się magowi i turyście na Krawędzi Dysku. Z punktu widzenia fabularnego i świata przedstawionego, komiksowa adaptacja bardzo umiejętnie przedstawia czytelnikowi podstawowe koncepty Świata Dysku – na przykład to, że jest to płaski świat spoczywający na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie wielkiego żółwia krążącego w kosmosie; albo że bogowie Dysku grają w kości, używając jako pionków jego rezydentów. Nie zostajemy zawaleni wyjaśnieniami, wszystkie informacje są nam przekazywane stopniowo.

Komiksowy Kolor magiijest bardzo wierną adaptacją (wiele razy czytając jakiś fragment myślałam sobie: „Faktycznie, w książce było coś takiego.”), toteż ludzie zaznajomieni z miniserialem, ale niekoniecznie z powieściowym pierwowzorem, mogą się zdziwić nad różnicami w obu adaptacjach. Z punktu widzenia opowieści i przenoszenia treści z jednego medium na drugie komiks radzi sobie całkiem nieźle. Na przykład cieszyło mnie bardzo, że wreszcie mogłam zobaczyć Panią – boginię szczęścia, która pomaga Rincewindowi – albo że pojawił się motyw ze świątynią Bel-Shamharotha. Tak więc pod tym względem nie mogę się przyczepić do komiksowego Koloru magii.

O wiele gorzej wyszła strona wizualna. Rysunki Stevena Rossa przeważnie oddają sprawiedliwość powieści Pratchetta, zwłaszcza jeśli chodzi o pierwsze kilka paneli, gdzie pokazane są Dysk i Ankh-Morpolk. Dzięki jasnej, trochę wytartej kolorystyce, miasto, w którym dzieje się większość książek ze Świata Dysku, wydaje się być spieczone słońcem i brudne. Siedziba bogów, Dunmanifestin, wnętrze drzewa driady, czy Zmokberg również prezentują się bardzo dobrze. Jest też pewien panel, który szczególnie przypadł mi do gustu, a mianowicie – demon z ikonografu Dwukwiata i Rincewind rozmawiają i w pewnym momencie demon pokazany jest na tle twarzy Rincewinda, którego oczy wrażają jakiś dziwny smutek.

Tak więc nie twierdzę, że ilustracje Rossa są złe. Tak naprawdę problemy zaczynają się przy projektach postaci.
Pomijam mały błąd w ciągłości, w którym Rincewind w swoich pierwszych dwóch panelach ubrany jest na czarno (i jestem pewna, że nie miało to sygnalizować, że siedzi w cieniu), a przez resztę komiksu na czerwono; po prostu wielu bohaterów nie wygląda tak jak powinno. Rincewind jest taki jakiś nijaki – wygląda jak randomowy brodacz w średnim wieku, a powinien być wychudły i trochę bardziej wynędzniały. Dwukwiat miał być w założeniu optymistycznym, nieco naiwnym facetem, który wszystkim się zachwyca i wszystko chce zobaczyć. Tymczasem w komiksie ledwo to widać. Prawda – Dwukwiat wygląda dosyć safandułowato i geekowo w tym wielkim kapeluszu i okularach, jednak po pierwszej części prawie cały czas ma na twarzy ten sam wyraz i nie reaguje tak entuzjastycznie jak powinien. Są takie momenty, w których wydaje się znudzony tym, co się wokół niego dzieje.
Lord Vetinari,
proszę państwa!
Zupełnie nie tak jak powinni wyglądają również… Patrycjusz Vetinari i Pani. Vetinari wydał mi się zbyt gładki bez tej swojej ikonicznej bródki, z kolei Pani… No, Pratchett opisał ją jako kobietę, która była bardzo piękna, ale jawiła się jako dama o zmieniających się co chwila rysach twarzy – patrzyło się na nią i widziało kilka różnych kobiet. Oczywiście, to byłoby trudne do przeniesienia na ilustrację, ale myślę, że można by było zastosować zabieg rysowania na każdym panelu innej twarzy przy zachowaniu tego samego ubrania, żeby zasygnalizować, że to jednak cały czas Pani. Ale to już takie moje neat-picki.
Komiksowy Kolor magiipolecam zarówno ludziom, którym nie podobał się miniserial z Kevinem Jasonem w roli Rincewinda, jak i ludziom ciekawym jak wygląda Świat Dysku w komiksie. Również jak nie chce Wam się sięgać po książkowy pierwowzór (z jakiekolwiek powodu), możecie sięgnąć po tę wersję, ale weźcie pod uwagę to, że narysowani Rincewind i Dwukwiat mogą się wydać niektórym ludziom nie tacy, jak trzeba.