Kategorie
Miłość van Hoovena

Miłość van Hoovena – Rozdział 5

Advertisements
Po kilku dniach wspólnej podróży Cedrick i Winifred nareszcie znaleźli się w Lesie Dolmit. Był on bardzo gęsty, ale poprzez liście niewiarygodnie wysokich drzew dochodziły jeszcze promienie słońca. Cedrick szedł niepewnie za Winifred, która prowadziła go przez pokrytą starymi liśćmi, korą, a czasem nawet kamieniami, niewidzialną dla zwykłego przechodnia drogę. W ręce trzymał swój bagaż, a jego twarz wyglądała o niebo lepiej – siniaki od tamtego czasu już zrobiły się trochę mniej widoczne, a wargi się zagoiły.
Cedrick coraz bardziej obawiał się spotkania z rabusiami z Lasu Dolmit. A jeśli protekcja Winifred nie wystarczy i zostanie przez nich okradziony? Sama myśl o tym, że są – bądź co bądź – złodziejami, napawała go zrozumiałym niepokojem, a nawet obrzydzeniem.
Nagle z drzewa przed nimi zeskoczył na ziemię jakiś ogr w odrapanym i brudnym ubraniu. Jego wychudła twarz była pokryta jakby sadzą. Najpierw uśmiechnął się z rozochoceniem (na co Cedrick puścił swój bagaż i w pogotowiu chwycił za rękojeść szpady), ale ujrzawszy Winifred, przez chwilę przyglądał się jej uważnie, a potem, kiedy już doszło do niego kto przed nim stoi, uśmiechnął się i uścisnął ją mocno. Zdziwiony, a jednocześnie uspokojony tym widokiem, Cedrick puścił szpadę i podniósł bagaż.
– Winifred! Nie spodziewałem się, że jeszcze zawitasz na stare śmiecie – oświadczył rabuś i przestał ją ściskać, ale wciąż spoglądał na nią z uśmiechem.
– Witaj, Luke – powiedziała. – Chciałam was odwiedzić i opowiedzieć wam o mojej podróży.
Luke spojrzał na stojącego za Winifred Cedricka z lekkim zdziwieniem. Elfka natychmiast to zauważyła.
– A to jest – zaczęła wskazując otwartą dłonią niziołka – Cedrick van Hooven. Chciałam wam go przedstawić. Tylko go nie okradnij – pogroziła mu palcem. – To sprawiedliwy.
– Skoro tak twierdzisz…
Nie mówiąc już nic więcej, Luke zaprowadził Winifred i Cedricka jeszcze głębiej w las. Tam było o wiele mniej drzew, na środku znajdowała się wielka, prawie pusta przestrzeń, na którą padał wielki strumień światła słonecznego. Kiedy Cedrick za radą Winifred spojrzał w górę, ujrzał na gałęziach co grubszych drzew drewniane chaty pokryte strzechą, które łączyły się ze sobą wiszącymi pomostami, a można się było do nich dostać po linowych drabinach. Gdy zaś przyglądał się rabusiom (którzy zajęci swoimi sprawami nagle zorientowali się, że Winifred wróciła i natychmiast wołali tych ukrytych w chatach),  zorientował się, że byli wśród nich elfy, ludzie, ogry, a nawet niziołki i kilka krasnoludów.
Wszyscy rabusie zbiegli się, aby przywitać Winifred. Okrążyli ją i zaczęli ściskać, klepać po plecach, pytać czy na długo zostanie. Ona również wydawała się być szczęśliwa, że ich widzi, tak bardzo, że po policzkach popłynęły jej łzy. Cedrick stał z boku, aby nie przeszkadzać. Już wcześniej domyślał się, że Las Dolmit jest dla Winifred domem. Tak pogrążona we wzruszeniu i radości z ponownego spotkania przyjaciół, zapominała im przedstawić swojego towarzysza, tymczasem kilku rabusiów już zaczęło zauważać jego istnienie, co napawało go niepokojem. Koło niziołka stał jednak Luke i groźną miną dawał im do zrozumienia, że nie wolno im go tykać.
Nagle rabusie rozstąpili się nieco, dając przejście jednookiemu, pomarszczonemu elfowi o długich, kruczoczarnych, przetłuszczonych włosach. Ubrany był jak reszta – w brudne i postrzępione ubranie – jednak widać było po zachowaniu rabusiów, że jest kimś ważnym. Sama Winifred na jego widok pochyliła głowę w geście szacunku. On uśmiechnął się tylko, kładąc rękę na jej ramieniu i powiedział:
– Witaj, Winifred. To szczęście widzieć cię po tylu latach.
– Mistrzu, przybyłam w odwiedziny – wyjaśniła. Nagle przypomniała sobie o Cedricku i o tym, że miała go przedstawić mentorowi. Dodała więc nerwowo: – Mistrzu, jest tu ktoś, kogo chciałam ci przedstawić. To sprawiedliwy.
Wyprowadziła go z grona rabusiów i podeszła do Cedricka. Na widok tajemniczego mistrza swojej ukochanej Cedrick odczuł nagle przypływ tremy, a jednocześnie poczuł się wyróżniony tym, że może go poznać. Mistrz rabusiów z Lasu Dolmit stanął tuż przed nim, a zaraz potem kucnął. Winifred przystanęła tuż obok, mówiąc:
– To jest Cedrick van Hooven. Dobry szermierz i bardzo szlachetna osoba.
– Wygląda dosyć przeciętnie – stwierdził mistrz, wciąż mu się przyglądając. Zaraz uśmiechnął się przyjaźnie i zwrócił do Cedricka: – Ja jestem Will Gloucer, przywódca rabusiów z Lasu Dolmit. Nazywaj mnie mistrz Will.
Cedrick chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co dokładnie. Milczał więc, rozpaczliwie poszukując odpowiednich słów. Tymczasem wszyscy wokół oczekiwali jego odpowiedzi. Szczególnie Winifred wydawała się tym milczeniem niecierpliwić.
Mistrz Will wstał i zwrócił się do elfki:
– Czy on jest niemową, Winifred?
– Nie, mistrzu – odpowiedziała.
Na jej twarzy pojawiło się zakłopotanie. Widząc to, Cedrick wziął się w garść i się wreszcie odezwał:
– To dla mnie zaszczyt poznać cię, mistrzu.
Przy tym jeszcze pokłonił się nisko. Rabusie zarechotali głośno na ten widok. Mistrz Will również się zaśmiał.
– Aż tak uroczyście nie musisz się ze mną witać, niziołku. Zwykłe „dzień dobry” wystarczy. No, teraz musimy się wami zająć…
Zaprowadzili ich najpierw do ogniska, gdzie piekł się wielki dzik, a kilka metrów od ogniska leżało jeszcze kilka innych, zapewne niedawno upolowanych. Rabusie zasiedli dookoła ogniska, samą Winifred posadzili po prawicy mistrza Willa. Cedrick został zaś posadzony tuż obok niej. Dano im spore kawałki dziczyzny i proszono Winifred, aby im opowiedziała o tym, co ją spotkało po opuszczeniu Lasu Dolmit. Przez krótki czas niechętna do opowiadania czegokolwiek, w końcu na prośbę mistrza Willa uległa. Ton jej głosu i wyraz twarzy nagle stały się bardzo ponure, a im dłużej opowiadała, tym większy smutek odciskał się na jej twarzy.
– Kiedy tylko opuściłam Las Dolmit i dotarłam do najbliższej wioski, był już zmrok. Postanowiłam więc zajść do gospody. Zaczęłam pytać różne osoby o to, gdzie mogłabym jakąś znaleźć, ale wszyscy mówili mi, żebym się wynosiła w diabły. W końcu sama dotarłam do gospody, która wyglądała całkiem przyzwoicie. Jak tylko tam weszłam i usiadłam przy ladzie, wszyscy patrzyli na mnie z niesmakiem. Przez jakieś dwie minuty barman nie zwracał na mnie uwagi, kiedy próbowałam zamówić coś do jedzenia, aż w końcu złapałam go za kołnierz i powiedziałam: „Słuchaj no. Obsłużysz mnie albo tak ci przywalę, że popamiętasz”. Zaśmiał mi się w twarz i nie miałam wyboru. Z tej potyczki wyszedł z całkiem zmienioną facjatą.
Rabusie roześmiali się. Cedrick jednak zauważył, że twarz Winifred nadal była bardzo smutna. Kiedy śmiechy ucichły, elfka ciągnęła dalej:
– Następnego dnia okradłam kilku gości i ruszyłam w dalszą drogę. Wszędzie napotykałam tę samą niechęć. W końcu osiadłam w Denzie i zamieszkałam w tamtejszej gospodzie o nazwie „Sokółka”. Moje dni wyglądały tak samo: rano jadłam śniadanie, potem „pracowałam”, a pod koniec dnia jadłam coś i szłam spać. Był w gospodzie pewien ogr, wyjątkowo denerwujący i obleśny. Codziennie wpadał do karczmy i czerpał radość z ubliżania innym. Po prostu go olewałam albo mówiłam mu, żeby spadał. Pewnego dnia powróciłam do „Sokółki” i znów był tam ten ogr, ale koło niego siedział jeszcze ktoś…
Na jej twarzy zajaśniał uśmiech. Poklepała Cedricka po plecach i opowiedziała z wielkim przejęciem o tym jak niziołek wyzwał dla niej na pojedynek Chipswicka i jak go pokonał. A mówiła z takim zapałem, że Cedrick miał wrażenie, że to opowieść o jakimś bohaterze. Nawet się trochę zawstydził tym opisem swojej wygranej. Przecież to nie możliwe, aby ktoś taki jak on mógł wzbudzać takie emocje.
Winifred pokrótce opowiedziała co było potem, pomijając szczegóły dotyczące swoich odczuć wobec Cedricka, tego, że zaraz po pojedynku nazwała go miniaturką, i tego, że następnego dnia widziała jak wchodzi na spotkanie z klientem. Za to nie zapomniała opowiedzieć o tym, że kiedy została wtrącona do aresztu, Cedrick zapłacił za nią kaucję, i o późniejszym zajściu z Moonem. W ten sposób Cedrick dowiedział się, że był śledzony przez Winifred po wyjściu z aresztu i był z tego powodu lekko zdziwiony i oburzony, ale słuchał dalej. Nie ukrywała też przed kamratami tego, że Cedrick jest abolicjonistą.
– Chciałam się zemścić na Moonie. Właściciel „Sokółki” chętnie się zaoferował z pomocą, ale sam Cedrick nie chciał o tym słyszeć. Obawiał się tego co będzie, jak nas złapią. W końcu nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
– Ale ostatecznie pomściliście krzywdę Cedricka? – zapytał domyślnie Luke.
– Na jego prośbę porzuciliśmy zemstę, ale jednak udało mu się odegrać na Moonie.
Opisała wtargnięcie Moona i Daltona do „Sokółki” i jak doszło do pojedynku Cedricka z Moonem. Równie entuzjastycznie, co o poprzednim pojedynku, opowiedziała i o tym. Rabusie wydawali się być pod wielkim wrażeniem. Kiedy spoglądali na Cedricka, w ich oczach pojawiło się pomieszanie podziwu ze zdziwieniem. Sam mistrz Will, kiedy tylko Winifred skończyła opowiadać, zwrócił się do Cedricka:
– Widzę, że rzeczywiście okazałeś się godny tego, aby cię tu przyprowadzić. Wojownicy o wielkich sercach, którzy do tego jeszcze pomogli jednemu z nas, są tutaj zawsze mile widziani. Czuj się jak u siebie w domu, Cedricku van Hoovenie.
Następnie zwrócił się do Winifred:
– Z tobą, Winifred, będę chciał później porozmawiać.
– Tak jest, mistrzu.
Jeszcze długo po zjedzeniu dzików wszyscy siedzieli wokół ogniska i rozmawiali. Gdy tylko zaczęło się ściemniać, rabusie powoli zaczęli się rozchodzić to swoich zajęć. Mistrz Will polecił Luke’owi przygotować Cedrickowi i Winifred chatę, a sam poszedł z Winifred do własnej siedziby. Stało tam tylko łóżko bez pościeli, stolik i krzesło – wszystkie bardzo stare i zniszczone. Mistrz usiadł na łóżku, a Winifred kazał usiąść na krześle. Przez chwilę jeszcze się jej przyglądał w zadumie, co ją trochę niepokoiło. W końcu poważnym tonem powiedział:
– Twoja podróż była pełna bólu i goryczy. Chyba źle ci doradziłem, mówiąc, żebyś wyruszyła w ten chory świat.
– Mistrzu, nie obwiniaj się – odparła z wyrozumiałym uśmiechem. – Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
– Powinienem przewidzieć, że kiedy opuścisz Las Dolmit, spotkasz się znów z tym samym traktowaniem, co przed przybyciem do nas. Tutaj jesteśmy sobie równi, ale tam nikt nie zadaje się z elfem, poza innymi elfami.
– Mistrzu, to prawda, ale cóż nam po twoich naukach, kiedy nie możemy ich wykorzystać? Więcej – powiem ci, że rabusie z Lasu Dolmit są uważani za niepokonanych w złodziejskim fachu. Jest jeszcze coś: gdybym nie wyruszyła w drogę, nie spotkałabym Cedricka.
– No właśnie, Cedrick – zagadnął nagle mistrz. – Wydaje mi się, że nie bezinteresownie ci pomagał.
– Co masz na myśli, mistrzu? – spytała nagle Winifred. Była ciekawa co jej mistrz ma jej do powiedzenia na temat Cedricka.
– Wydaje mi się, że on cię kocha, Winifred – odparł z powagą mistrz Will, a elfka popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Zaraz jednak zachichotała nerwowo.
– To tylko jego dobre wychowanie. Nauczono go, żeby był miły dla kobiet.
– Winifred, być może źle zrozumiałem twoją opowieść – zaczął i powstał z łóżka – ale nie sądzę, aby dżentelmen z wyższych sfer zrobił aż tyle dla prawie obcej kobiety z marginesu tylko dlatego, że tego wymaga galanteria. Poza tym widziałem zbyt wiele w tym obozie, aby nie rozpoznać cichego zakochania. Sposób, w jaki on na ciebie patrzy, świadczy o tym, że robił to wszystko nie z powodu zwykłej solidarności, czy przyjaźni, tylko z miłości.
– Ależ to niedorzeczne – zaśmiała się znów, machając ręką, ale natychmiast przyjęła smutny wyraz twarzy. – Przecież niziołek nie może zakochać się w elfce…
– Czyżby? – Mistrz Will odniósł brwi. – Byłem świadkiem wielu miłości między przedstawicielami dwóch różnych ras. Ale rozumiem, że możesz nie wierzyć. W końcu spędziłaś jakiś czas z dala od Lasu Dolmit, gdzie takie związki nie wzbudzają kontrowersji. Niemniej jednak nie zbadane są wyroki Mądrości.
Wciąż nie chciała w to uwierzyć, a jednocześnie wiedziała, że mistrz może mieć rację. Co prawda kilka razy przeszło jej to przez głowę, ale wciąż to wydawało jej się nierealne. Nie wyobrażała sobie związku z Cedrickiem, chociaż bardzo lubiła niziołka. Sama myśl, że mógłby ją kochać, wywoływał u niej pewien dyskomfort. Wiedziała, że sama go nie kochała. Mogła mu ofiarować jedynie przyjaźń.
Spojrzała na mistrza Willa
– Ale dlaczego mi o tym mówisz, mistrzu? – spytała po chwili.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
– Bo myślę, że powinnaś się go trzymać. Jeśli zdecydujesz się stąd odejść, powinnaś być w stałym kontakcie z kimś, komu jesteś bliska. Poza tym – znów usiadł na łóżku – widzę przecież, że ty też go lubisz.
– Ale nie kocham go. Szanuję, lubię, darzę przyjaźnią, ale, na Mądrość, nie kocham!
– Być może – odpowiedział krótko mistrz Will i spuścił wzrok, pogrążywszy się na chwilę w zamyśleniu. – Jak już mówiłem, widziałem w swoim życiu bardzo wiele. Znam wszystkie możliwe wypadki tego jak to może się potoczyć. – Nagle spojrzał na nią. – Bądź ostrożna. Nie zrób mu krzywdy.
– Nigdy w życiu, mistrzu – zapewniła go.
– Przyjdź jeszcze w nocy to się pobawimy – dodał z uśmiechem, ale zaraz wtrącił poważnie: – Teraz idź już. Muszę pomyśleć.
– Tak jest, mistrzu.
Winifred wyszła z chaty, po czym zeszła po drabinie na dół, zostawiając mistrza Willa samego.
W chacie, która służyła Winifred i Cedrickowi za schronienie, było równie skromnie jak u mistrza Willa – stały tam jedynie dwa łóżka, nic więcej. Z wielkiego okna widać było na czystym niebie sierp księżyca. Winifred spała spokojnie w swoim łóżku, jednak Cedrick nie potrafił zasnąć. Wiele rzeczy nie dawało mu spokoju. Mimo że zapewniano go, iż nie musi się bać o swoje mienie, nie potrafił przestać myśleć o tym, że jest otoczony rabusiami. W bagażu miał wszystkie umowy. Gdyby je stracił, jego firma nie miałaby żadnej poręki od klientów. A jak któryś z nich będzie chciał zajrzeć do dokumentu? Co sobie pomyśli o Cedricku, kiedy się dowie o tym, że umowy nie ma?
Poza tym to byli złodzieje – przestępcy, osoby z marginesu, które czerpały korzyść z łamania prawa. Jak można im zaufać? Cedrick automatycznie żywił do nich niechęć graniczącą z pogardą.
Z drugiej strony – Winifred do nich należała. Cedrick nagle zamarł w swoim łóżku. Jego ukochana była złodziejką. Musiał się zmierzyć z tą prawdą, o której wcześniej wcale nie myślał. Przypomniał sobie jak się czuł, kiedy się o tym dowiedział. Nie chciał w to uwierzyć, potem niby przyjął to do wiadomości, ale nie próbował się nad tym zastanawiać, jakby zapomniał o tym prostym fakcie.
Nagle usłyszał czyjeś kroki, ale te kroki się oddalały. Potem usłyszał jak ktoś schodzi po drabinie i zrozumiał już wszystko. Winifred się wymykała.
Podniósł się z łóżka i poszedł za nią jak tylko drabina przestała się chybotać. Przestrzeń, która jeszcze niedawno była zapełniona rabusiami witającymi Winifred, teraz była całkiem pusta. Panowała cisza i ciemność, ale niziołek mógł jeszcze co nieco zobaczyć. Przechadzał się w tej ciemności niepewnie, także z tego powodu, czy czasem któryś rabuś nie zamierza go napaść i okraść, kiedy był sam, bez Winifred.
Zaraz jednak wziął się w garść i zaczął szukać elfki. Po jakimś czasie jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności i widział o wiele lepiej. Rozglądał się po całkiem pozbawionym drzew środku, a potem poszedł przez siebie. Dojrzał sylwetkę Winifred dopiero koło niedawno zgaszonego ogniska. Wydawało się, że ktoś z nią jest. Po chwili przyglądania się temu z daleka Cedrick zdał sobie sprawę, że ten ktoś ją atakuje. Cedrick żałował, że nie wziął ze sobą swojej szpady, ale podszedł bliżej, żeby zobaczyć, co będzie i ewentualnie pomóc Winifred w inny sposób.
A im bliżej podchodził, tym bardziej osoba, z którą walczyła Winifred, zaczęła przypominać mistrza Willa. Cedrick schwał się za pobliskim drzewem, a tymczasem mistrz zadawał Winifred ciosy, które ona blokowała albo które szybkim ruchem głowy, nóg lub reszty ciała unikała. Sama też nie pozostawała dłużna mistrzowi.
Cedrick od razu pojął, co widzi. To był trening uczennicy i nauczyciela. Pierwszy od bardzo dawna. Cedrick mógł zobaczyć jak walczy Winifred.
A walczyła niestrudzenie. Przymierzyła się lewym sierpowym w przeciwnika, ale ten się uchylił. Potem, kiedy sam zamierzał uderzyć ją w twarz, kucnęła i go podcięła. Podniosła się i poczekała aż mistrz Will wstanie, po czym znów zaczęli walkę. On spróbował kopnąć ją z półobrotu, ale ona zablokowała ten cios i odskoczyła. Zdekoncentrowała go, zamachując się lekko pięścią, i kopnęła w krocze.
Skulony mistrz Will oddychał ciężko, ale zdążył podnieść otwartą rękę na znak, że ma już dość. Winifred przerwała więc. Usiadł na ziemi i łapał oddech. Tymczasem Winifred pochyliła się nad nim. Cedrick domyślał się tylko, że musiało jej być przykro za to jak potraktowała swojego mentora.
– Przepraszam, mistrzu – powiedziała. – Nie powinnam…
– Bzdura – przerwał jej i zaśmiał się. – To dobrze, że wpadłaś na ten pomysł. Swoją drogą, to była bardzo ciężka walka. Nie ma co ukrywać, ten okres poza Lasem Dolmit całkiem dobrze wpłynął na twoje umiejętności bojowe.
– Naprawdę tak sądzisz, mistrzu?
W tym momencie spojrzał w bok i chyba dojrzał Cedricka. Winifred również rzuciła okiem w tę stronę i natychmiast podbiegła do niziołka, aby kazać mu wracać do łóżka. Kucnęła przed nim. Wolała mieć z nim jakiś kontakt wzrokowy. Kiedy Cedrick ujrzał w świetle księżyca jej zatroskaną twarz, od razu poczuł, że jego obecność jest nietaktem.
– Przepraszam, nie chciałem pani przeszkadzać w treningu… – zaczął, ale przerwał mu głos mistrza Willa:
– Chodź tu, niziołku! Musimy porozmawiać w cztery oczy!
– W takim razie zostawiam was samych – powiedziała z uśmiechem Winifred i wstała. – Poczekam na ciebie kilka metrów dalej i potem razem pójdziemy do chaty.
– Tak, panno Winifred – odparł Cedrick.
Oboje poszli w swoją stronę. Winifred oddaliła się bardziej ku chatom, a Cedrick podszedł do nadal siedzącego na ziemi mistrza Willa. Mistrz spojrzał na niego jedynym okiem tak przyjaźnie, że Cedrick uznał, że to nie może być jakaś nieprzyjemna sprawa. Mimo to czuł się nieswojo sam na sam z przywódcą złodziei. Mistrz Will posmutniał i w końcu się odezwał:
– Wiem, że w otoczeniu rabusiów nie czujesz się bezpiecznie. Już od pierwszej chwili to zauważyłem. Twoje ubranie zdradza, że jesteś kimś z klasy średniej. Potwierdza to też to, co powiedziałeś Daltonowi. To zrozumiałe, że boisz się o swój bagaż i pieniądze. I że z góry nas oceniasz.
– Przepraszam – wtrącił nagle Cedrick. – Panna Winifred zaprowadziła mnie tu, bo mi zaufała, ale i tak… – w tym momencie spuścił wzrok. – I tak nie potrafię przestać myśleć o tym, że jesteście…
– Spokojnie, Cedrick – oświadczył z uśmiechem mistrz Will. Po raz pierwszy zwrócił się do niziołka po imieniu, co wywołało w Cedricku dziwny przypływ ciepła. – Ponieważ, jak mówisz, Winifred ci zaufała i nawet opowiedziała nam dokładnie dlaczego, jestem zobowiązany do wyjaśnienia ci filozofii rabusiów z Lasu Dolmit. Muszę mieć jednak pewność, że nas nie zdradzisz policji ani naszym wrogom.
– Ma się rozumieć – odparł Cedrick i tym razem on się uśmiechnął, ale zaraz dodał poważnie: – Gdybym to zrobił, panna Winifred nigdy by mi tego nie wybaczyła.
Przez chwile mistrz milczał. Potem nagle wstał.
– Chodź ze mną, Cedrick. Muszę ci coś pokazać.
Wyciągnął skądś lampę oliwną i poprowadził go do grubego drzewa, którego gatunku Cedrick nie był w stanie ocenić w ciemnościach. Widział tylko olbrzymie drzewo z ogromną, liściastą koroną. Na wysokości głowy mistrza Willa z drzewa zdjęto korę, a na gołym pniu wyryty był nożem jakiś napis. Mistrz Will wyciągnął z kieszeni pudełko zapałek i zapalił lampę. Następnie zaczął czytać wyryte na pniu litery:
Kodeks honorowy Lasu Dolmit:
1.Nie okradać biedniejszych od siebie.
2.Zawsze zostawiać tyle pieniędzy ofierze, aby mogła się gdzieś przespać i coś zjeść.
3.Nie kraść pieniędzy przeznaczonych na:
a)podatki
b)spłatę długów
c)cele filantropijne
d)jedzenie i nocleg
4.Nie zabijać, chyba, że w obronie własnej.
5.Nie okradać sprawiedliwych, za to karać kradzieżą zwyrodnialców.
6.Kraść tylko tyle, aby zaspokoić swoje podstawowe potrzeby.
Kiedy skończył, spojrzał na Cedricka, który jeszcze przez chwilę miał w głowie reguły Lasu Dolmit. To zmieniło jego sposób myślenia o rabusiach. Już nie byli dla niego zwykłymi złodziejami. Byli złodziejami z honorem, którzy chcą tylko przeżyć, ale mają też poczucie sprawiedliwości i przyzwoitości. Do takich rabusiów nie wstyd należeć. Cedrick odetchnął z ulgą, gdyż również Winifred w tym świetle nie była tylko zwykłą złodziejką. Cedrick zrozumiał też, że skoro Winifred nazwała go sprawiedliwym, a według tych zasad sprawiedliwych się nie okrada, mógł wreszcie przestać się martwić o swój bagaż.
Po chwili milczenia, mistrz Will usiadł pod drzewem i położył lampę obok siebie.
– Jesteśmy grupą osób, które nigdy nie byłyby szczęśliwe w normalnym społeczeństwie. Wielu dołączyło się do rabusiów z  Lasu Dolmit, bo tylko tutaj mogli poczuć się szczęśliwi. Tutaj elfy nie są prześladowane, krasnoludy są wolne, a niziołki… – zrobił krótką pauzę i uśmiechnął się lekko. – Niziołki nie są traktowane jako istoty niższego rzędu.
– A ludzie i ogry? I co z tymi, którzy nie chcą pozbyć się raz utrwalonego poglądu na temat innych? – zapytał nagle Cedrick.
– Godzą się z takim stanem rzeczy po dłuższym czasie przebywania w Lesie Dolmit. Kiedy kilka razy elf albo krasnolud uratuje im życie albo z nimi się napije; kiedy rasy wcześniej pogardzane przez ogry, po dłuższym przebywaniu z jednym z nich zaprzyjaźnią się z nim – wtedy pogodzą się z tym, co jest. Oczywiście zdarzało się już, że paru takich uważało się za lepszych i dopuszczało się różnych wybryków z tego powodu, ale wszyscy byli surowo karani. Nie ma tutaj miejsca dla potworów.
– Raj na ziemi – stwierdził Cedrick, ale wydawało się, że w jego głosie zabrzmiała ironia.
– Jedynie enklawa równości, w państwie niesprawiedliwości – odparł mistrz Will i ciągnął dalej: – To było właściwie marzenie mojego zmarłego przyjaciela. Obaj należeliśmy do elfów, które urodziły się i wychowały w Archemii, ale byliśmy traktowani jak każdy przyjezdny elf. Żyliśmy w społeczności wewnątrz społeczności. W elfiej dzielnicy na obrzeżach ludzkiego miasta; dzielnicy zajętej własnymi sprawami i własnym cierpieniem. Ale mój przyjaciel, Sam, marzył o takim miejscu jak Las Dolmit; o „raju na ziemi”, jak to określiłeś. Na początku śmiałem się z tego, co mówił, ale po jakimś czasie zacząłem nie tyle wierzyć w jego wizję, ile marzyć wraz z nim. Razem projektowaliśmy ten nowy świat. On otworzył mi oczy na niedole innych ras. Sam i ja często o tym rozmawialiśmy i po jakimś czasie obiecaliśmy sobie, że stworzymy takie miejsce, gdzie wszyscy będą równi.
Przerwał na moment i zamyślił się. Uśmiechnął się do swoich wspomnień, a widząc ten uśmiech Cedrick również się rozpromienił. Potem jednak uśmiech na twarzy mistrza Willa ustąpił miejsce wyrazowi wielkiego smutku. Cedrick zrozumiał, że teraz się dowie, dlaczego Sam „był”, a nie „jest”.
– Ale oprócz pogrążania się w marzeniach, musieliśmy jeszcze zarabiać na życie. Robiłem się coraz lepszy w okradaniu przechodniów i walce wręcz. Jednak nie dość dobry, aby nie zostać złapanym. To były inne czasy, a my żyliśmy w małej wiosce, gdzie mieszkańcy, zwłaszcza ogry, byli szalenie konserwatywni w kwestii kar cielesnych. Skazano mnie na czterysta batów, co jak zapewne wiesz, nie mogło się dobrze skończyć. Sam, chcąc mi pomóc, wziął winę na siebie. Powiedział, że zmusił mnie do kradzieży. W takim wypadku ja zostałem puszczony wolno, a on otrzymał moją karę. Chociaż błagałem ich, aby okazali mu litość, moje prośby nie zostały wysłuchane. Sam zginął już po trzydziestym razie. Ostatecznie zaraz po jego pogrzebie odszedłem z rodzinnej wioski. Zacząłem błąkać się po świecie. Przez trzy lata doskonaliłem swoje umiejętności kradzieży i walki wręcz. Zdobywałem też nowe znajomości. Chyba w wieku czternastu lat zrodził się w mojej głowie pomysł na tę enklawę, która spełniałaby marzenie moje i Sama. Opowiadałem o niej różnym osobnikom, ale tylko nieliczni do mnie wtedy przystali. Osiedliśmy w tym Lesie Dolmit i tak oto powstał ten „raj na ziemi”. A teraz… Czy masz jakieś pytania, Cedrick?
Niziołek zastanowił się przez chwilę. Miał pewne pytanie, które nie dawało mu spokoju od kiedy zobaczył płaczącą za swoją ojczyzną Winifred, i wydawało mu się, że mistrz Will mógłby znać na nie odpowiedź. Z drugiej strony czuł, że mogłoby to pytanie wydać się trochę nie na miejscu. Jednak mimo to, Cedrick postanowił je zadać.
– Jest pewna sprawa – zaczął. – Czy wiesz może co się działo z panną Winifred, zanim do ciebie trafiła?
– Nie – odparł smutno mistrz. – Wiem tylko, że weszła raz do Lasu Dolmit, aby znaleźć coś do jedzenia.
– Rozumiem – powiedział Cedrick. – Dobranoc, mistrzu.
Odwrócił się i ruszył przed siebie. Niebawem spotkał się z Winifred i razem powrócili do swojej chaty. Tam na dobre położyli się spać. Następnego dnia postanowili już ruszać w dalszą drogę, jednak Winifred miała jeszcze zamiar powrócić do Lasu Dolmit, kiedy tylko odwiedzi dom Cedricka.
Wszyscy rabusie zebrali się, aby pożegnać ich oboje. Długo trwało zanim elfka wyściskała wszystkich, a Cedrick uścisnął im ręce (paru rabusiów nawet poklepało go po plecach rubasznie), a jeszcze na końcu wyszedł im na spotkanie mistrz Will. Szepnął coś do ucha Winifred, po czym również i on ją mocno uściskał na pożegnanie. Następnie kucnął przed Cedrickiem i powiedział, że niziołek jest tu zawsze mile widziany i zawsze może do nich wpaść. Cedrick zaś odparł, że jest szczęśliwy, bo mógł znaleźć się w takim miejscu. Tymi słowami się pożegnali.
Kategorie
Miłość van Hoovena

Miłość van Hoovena – rozdział 4

Advertisements
Pochyliła głowę, weszła do środka i, rozejrzała się po pomieszczeniu. Dojrzawszy stół operacyjny, natychmiast podeszła do niego na klęczkach, położyła tam Cedricka i ułożyła jeszcze na stole. Następnie z powodu rozmiarów domu usiadła na podłodze.
Wciąż stojący koło drzwi Markus przyglądał się jej z zaciekawieniem, dopóki nie skończyła układać Cedricka. Wtedy podszedł do niego i zaczął badać. Na jego twarzy malowało się napięcie. Sprawdził puls.
– Dzięki Mądrości – wyrzucił z siebie z ulgą.
Ściągnął przyjacielowi okulary, kubrak i koszulę. Nacisnął lekko na tors Cedricka. Winifred przyglądała się temu w napięciu, aż w końcu spytała:
– Co mu jest?
– Narządy wewnętrzne nie są uszkodzone, ale Cedrick mógł ulec wstrząsowi mózgu – odpowiedział doktor oglądając głowę pacjenta.
Potem otworzył mu jeszcze powiekę prawego oka i uważnie przyjrzał się oczom. Opatrzył głowę i natarł maścią brzuch. Po wszystkim spojrzał na Winifred. Chwilę jeszcze milczał, po czym oświadczył:
– Wygląda na to, że go nieźle poturbowali, ale jest twardy. Ostatecznie ma tylko kilka sińców i uraz głowy, ale nie dość groźny, aby umarł albo został kaleką. Poradzi sobie. Pomóż mi go zabrać do łóżka.
Winifred znów zaczęła chodzić na kolanach. Markus niósł Cedricka za ramiona, a elfka za nogi. Ponieważ Winifred poruszała się na kolanach i z tej racji szło to bardzo wolno, Markus darował sobie przenoszenie Cedricka do pokoju gościnnego i ostatecznie położył przyjaciela w swoim łóżku. Już sam ubrał go w koszulę nocną i przykrył kołdrą, a zrobił to z taką troską, że Winifred odniosła wrażenie, że muszą być bardzo dobrymi przyjaciółmi.
Zaraz potem Markus odwrócił się do niej.
– Ty musisz być tą słynną Winifred. Chodź do gabinetu. Chciałbym z tobą porozmawiać.
Po kolejnym przejściu z jednego pokoju do drugiego na kolanach, a potem spoczęciu na prośbę gospodarza w małym fotelu naprzeciw biurka, zaczynała mieć już dość tych małych rozmiarów. Podniosła wzrok na Markusa, zainteresowana tym, co miał jej do powiedzenia. Lekarz jednak milczał, przyglądając się jej od stóp do głów. Nagle jego wzrok spoczął na wciąż przypiętej do pasa Winifred szpady. Drgnął w fotelu, a Winifred zorientowała się, na co patrzy.
– To nie to, co myślisz. Jeden typek chciał mi ją sprzedać – zaczęła wyjaśniać, odpiąwszy szpadę i położywszy ją na kolanach – a ja postanowiłam zanieść ją na posterunek, do biura rzeczy znalezionych.
Opowiedziała, jak znalazła Cedricka. Markus słuchał z zainteresowaniem.
– Tak więc nie wiesz, co się stało – podsumował, kiedy skończyła. – No trudno.
– Ale chciałeś ze mną rozmawiać, doktorku – powiedziała.
– Tak właśnie – przyznał z uśmiechem Markus. – Widzisz, słyszałem o tobie różne rzeczy. Mam do ciebie kilka pytań.
– Pytaj, doktorku.
– Wiem, że się pojedynkował z ogrem, który nazwał cię… – doktor znów się zawahał. – No, tak jak cię nazwał. Dzisiaj rano przyszedł tu inny ogr, aby zawiadomić Cedricka o twoim aresztowaniu, więc myślę, że Cedrick zapłacił też za ciebie kaucję. On ciebie bardzo lubi.
– Od momentu, kiedy dowiedziałam się o jego niedoli, patrzyłam na niego inaczej. Jesteśmy w pewnej mierze podobni. Przez wzgląd na naszą rasę, odczuwamy ze strony społeczeństwa, jak bardzo ono nami pogardza. Ja muszę się zmagać z „elfuchem”, a on z „niźkiem”. To straszne żyć wśród osób, które traktują cię jak śmiecia i jakieś wielkie zagrożenie, którym przecież nie jesteś.
– Lubisz Cedricka? – zapytał Markus.
– Lubić, lubię. Kiedy znalazłam go nieprzytomnego w zaułku, bałam się, że już nie żyje. I jeżeli jest coś, w czym mogłabym mu pomóc, chętnie to zrobię.
– Dobrze to słyszeć. – Markus uśmiechnął się. Po chwili spoważniał, odchrząknął i spojrzał w okno. – Wiesz, Winifred, on był zawsze… bardzo nieśmiały. – Odwrócił wzrok w jej stronę. – Właściwie to po tym wszystkim co przeżył, nie ma się co dziwić.
– Co masz na myśli, doktorku?
– Powiedzmy, że środowisko, w którym żył, zanim go spotkałem, nie wpłynęło zbyt dobrze na jego samoocenę. Nasza rasa nigdy nie była traktowana poważnie, a on do tego był zawsze bardzo wrażliwy i chyba dlatego wziął sobie do serca to wszystko, co mówili o nim w szkole. Na szczęście jego ojciec przeniósł go w końcu do innej szkoły. – Markus znów się uśmiechnął. – I tam właśnie ja i Cedrick się poznaliśmy.
Popatrzył ze smutkiem na Winifred.
– Wiem, że życie też was nie rozpieszcza. Zresztą sama mi o tym powiedziałaś… Cieszę się, że cię poznałem i że Cedrick cię poznał. Przyjaciół nigdy nie jest za wiele. Jednakże żyjemy w społeczeństwie, które takie przyjaźnie od razu by napiętnowało. Zwłaszcza jeśli komuś przyszłoby do głowy, że łączy was coś więcej. – Na jego twarzy pojawił się gorzki uśmiech. – Twoi pobratymcy też pewnie mają nas za śmieszne stworzonka, a nie potencjalnych zięciów.
Winifred trudno było się z tym nie zgodzić. Właściwie to wiele spotkanych przez nią elfów uważało niziołki za filistrów, którzy chcieli być pełnoprawnymi członkami archemijskiego społeczeństwa, naśladując ludzki styl życia i myślenia. Jednak nawet jeśli udało im się wybić na wyższy status materialny, i tak były uważane za gorsze. Elfy – szczególnie te, które wzdychały do utraconej ojczyzny – uważały, że niziołki nie posiadały poczucia własnej godności. Te elfy, które miały z niziołkami większą styczność, nie były już tego takie pewne.
I Winifred też nie. W sumie Markus też wydawał się być miłym gościem.
– Ale teraz ciii… – Doktor przytknął palec do ust. – Dajmy mu odpocząć.
 
Nie od razu po przebudzeniu Cedrick wiedział, gdzie jest. Raz, że w pierwszej chwili wszystko wydawało mu się zamazane i dopiero potem obraz w jego oczach się wyklarował, a dwa, że nie oglądał jeszcze pokoju Markusa z tej perspektywy – leżąc w jego łóżku. Zorientował się, że tam jest, kiedy przyjął pozycję siedzącą. Głowa bolała go potwornie, w szczególności z tyłu. Również w kilku innych miejscach czuł ból. Gdy przypomniał sobie jak to się stało, że jest w takim stanie, odniósł wrażenie, że tylko dzięki jakiemuś cudowi jeszcze żyje.
Rozejrzał się po pomieszczeniu i od razu spostrzegł siedzącą na małym krzesełku przy stole Winifred, która wstała, aby zaraz klęknąć i na kolanach zbliżyć się do łóżka. Jej jasny uśmiech sprawił, że Cedrick poczuł się nieco lepiej. Zaraz jednak posmutniał na myśl o swojej szpadzie. Gdyby bardziej uważał, pewnie nie przydarzyłoby mu się to spotkanie z Moonem. Teraz pewnie już przepadła.
Posmutniał jeszcze bardziej, kiedy pomyślał, że Moon wiedział już, iż jego niewolnik uciekł dzięki Cedrickowi. Na szczęście nie wiedział że Markus mu pomagał, ale o tym też mógł się dowiedzieć.
Winifred, zaniepokojona zbyt długim milczeniem Cedricka i wyrazem smutku na jego twarzy, zapytała ciepłym tonem:
– Co się stało, Cedrick? Opowiedz mi wszystko.
Cedrick przez chwilę nic nie mówił. Spojrzał na nią i poczuł jak mu się robi ciepło na duszy. Nie miał pojęcia jak się znalazł z powrotem w domu Markusa, ale miał przeczucie, że Winifred, nawet jeśli nie siedziała tu przez noc aż do teraz, na pewno chciała wiedzieć jak on się czuje. Myśl ta sprawiła, że Cedrick na dobre przekonał się o swoich uczuciach do niej. Kochał ją całym swoim niziołczym sercem. Różnice miedzy nimi przestały mieć dla niego znaczenie. W tym krótkim, pięknym momencie najważniejsze było to cudowne uczucie bliskości z nią.
Zaraz jednak silny ból zaatakował jego głowę od środka i przywrócił go do rzeczywistości. Cedrick miał mnóstwo pytań, ale postanowił jednak najpierw wyznać jak został pobity. Do pokoju wszedł Markus i bez słowa usiadł na tym samym krześle, co Winifred przed chwilą. Również on chciał usłyszeć, co przydarzyło się jego przyjacielowi.
Cedrick opowiedział więc wszystko zaczynając od słów: „Ja i mój przyjaciel Markus, wracaliśmy do domu przez slumsy…”, a kiedy tylko wspomniał jak Markus zauważył brak szpady, Winifred wyciągnęła swoje znalezisko spod łóżka. Cedrick na ten widok aż oniemiał. Chwycił szpadę, o której myślał, że już nigdy do niego nie wróci, i przytulił ją z czułością fetyszysty. Zaraz położył ją obok siebie i, spoglądając na Winifred ze zdziwieniem, spytał:
– Ale skąd pani ją ma?
Wtedy opowiedziała o tym jak próbowano ją sprzedać elfce i jak Winifred, po drodze na posterunek, znalazła nieprzytomnego Cedricka. Nie powiedziała jednak, że wcześniej śledziła Cedricka i dzięki temu wiedziała, że może go zanieść do Markusa.
Teraz znów on opowiadał. Myśl o tym zdarzeniu przyprawiała go o takie dreszcze, że już na początku mówił nerwowym tonem, jakby się czegoś bał. A bał się bardzo. Po raz pierwszy poczuł konsekwencje bycia abolicjonistą. Nigdy dotąd nikt nie domyślił się, że Cedrick miał jakiś związek z ucieczkami krasnoludów, a co za tym idzie, nikt nie miał mu za złe, że przyczynił się do zniknięcia jego niewolników. A teraz Matthias Moon jakoś doszedł do tego, że Albert uciekł, dzięki Cedrickowi, i postanowił ukarać go za stratę niewolnika. Na razie Moon pewnie myślał, że zabił Cedricka, ale kto wie co może się stać jak odkryje, że niziołek przeżył i miał wsparcie?
Oczywiście Cedrick zataił przed Winifred, że pomógł uciec niewolnikowi Moona. Obawiał się, że mogła tego nie zrozumieć. Poza tym, czuł, że Markus nie chciał, aby Cedrick o tym mówił. Jednak sama wiadomość o tym, że ten, który włamał się do jej pokoju, a potem wpakował ją do aresztu, tak się obszedł z Cedrickiem, sprawiła, że Winifred żywiła do Matthiasa Moona najprawdziwszą nienawiść. Fakt, że przez niego jeszcze Cedrick był taki zalękniony, wywołał w niej chęć zemsty.
– Teraz to dopiero będzie miał wojnę, bydlak jeden – zasyczała pod jego adresem, kiedy Cedrick skończył opowiadać.
Ruszyła w stronę drzwi. Cedrick zawołał za nią:
– Panno Winifred, co chce pani zrobić?!
Odwróciła się do niego.
– Pomyszkuję trochę. Dowiem się, gdzie mieszka ta łajza i zapłaci za to, co zrobił.
– Błagam, niech pani nie robi głupstw!
Spojrzała na niego znacząco w milczeniu (jakby chciała powiedzieć: „Muszę to zrobić.”), a po chwili wyszła.
Teraz Markus wstał, podszedł do łóżka i zaczął badać Cedricka. Sprawdził jego puls, obejrzał rany, nawet poprosił go, aby ściągnął koszulę, i osłuchał go ze wszystkich stron. Cedrick jednak wciąż martwił się wieloma rzeczami. Najpierw tym, co chciała zrobić Winifred. Obawiał się, że może wpaść przez niego w kłopoty. Oczywiście, był gotów zapłacić kolejną aukcję, ale tym razem dobrze wiedział, że na wtrąceniu do więzienia się nie skończy. Myśl o tym, że kobieta, którą dopiero co pokochał, mogłaby skończyć zakuta na śmierć w ciemnym zaułku, napawała jego serce drżeniem.
Następnie martwił się samym Moonem. A co, jeśli jakoś dowiedział się o tym, że w ucieczce Alberta brał udział jeszcze Markus? Cedrick nie chciał, aby jego przyjaciel ucierpiał przez niego.
– Muszę ci coś powiedzieć – odezwał się, kiedy Markus skończył badania.
– O co chodzi? – zapytał wyrozumiale doktor.
– Moon pobił mnie jeszcze z jednego powodu. Skądś wie, że wczoraj pomogłem jego niewolnikowi uciec.
– A więc chcesz powiedzieć, że Albert był jego niewolnikiem? – spytał z lekkim niedowierzaniem Markus.
– Tak – przytaknął Cedrick, kręcąc przy tym głową, po czym chwycił go za ramiona i powiedział nerwowym tonem: – Och, przyjacielu, wybacz mi, że cię w to wciągnąłem! Będziesz miał przeze mnie kłopoty.
– Uspokój się, Cedrick – odparł Markus, delikatnie wyrwał się z jego uścisku i uśmiechnął się. – Będziemy ostrożni, nie martw się na zapas.
Cedrick jednak tak nie potrafił. Spojrzał na dół i zorientował się, że ze strachu drżą mu ręce.
Winifred wtargnęła do „Sokółki” z hukiem, ale goście spojrzeli na nią tylko na chwilę i wrócili do swoich zajęć. Szybko podeszła do lady i zamówiła śniadanie. Barman przyjrzał się jej z jakimś zmartwieniem w oczach, po czym spytał, przygotowując śniadanie:
– Co cię tak długo nie było, Winifred?
– Muszę się dowiedzieć paru rzeczy o Matthiasie Moonie.
– Wiesz, że to nie do mnie. Ja prawię nie wychodzę z gospody.
– Muszę się dowiedzieć, gdzie mieszka ten łajdak.
– Hm, czyjś złodziejski honor został splamiony. Kiedyś musieli cię złapać. Nikt nie jest doskonały.
– Tu nie chodzi o mnie. Wiesz, co zrobił ten bydlak, ogrze?
– Tak, wiem. Włamał się do ciebie do pokoju. Swoją drogą to dziwne, że facet, który może sobie pozwolić na niewolnika, robi takie rzeczy. Jeśli już, spodziewałbym się, że najmie jakichś zbirów.
– Nie chodzi ani o to, że się do mnie włamał, ani o to, że wpakował mnie do aresztu. Nie, on zrobił coś o wiele gorszego.
W tym momencie jej głos się załamał, a spoczywające na ladzie ręce zacisnęły się w pięści. Zaciekawiony tym, cóż takiego zrobił Matthias Moon, barman odwrócił się, podając jej śniadanie.
– Ten drań… – ciągnęła dalej Winifred. – On… – Te słowa nie mogły jej przejść przez gardło, ale wzięła się w garść i w końcu powiedziała cicho przez zęby: – Pobił Cedricka.
Barman zamarł na chwilę, by potem przyjąć wściekły grymas, pochylić się ku Winifred i szepnął:
– Że co?
Winifred szybko opowiedziała mu o tym, co wcześniej wyjawił jej Cedrick. Gdy skończyła, ogr był równie wściekły na Moona co ona. Nawet zaofiarował się, że pomoże jej go dopaść. Winifred nie omieszkała mu za to podziękować.
Po śniadaniu zaczęła wypytywać różne osoby o Moona. Przez pierwsze kilka minut nikt nie chciał z nią gadać, bo była elfką, ale po kilku ostrzeżeniach z jej strony języki im się rozwiązały. Winifred dowiedziała się, gdzie zwykle przebywa, jak tam się idzie i o kogo ma pytać, aby móc zdobyć więcej informacji na temat Moona. Natychmiast ruszyła w podróż w tamto miejsce, trzaskając drzwiami „Sokółki”.
Cedrick przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze nad umywalką. W kącikach ust jego wargi były pęknięte, koło prawego oka miał wielkiego sińca, który rozciągał się aż do policzka. Inny, dużo mniejszy siniak znajdował się z boku, blisko oka lewego. Nos był cały, szczęka też. Również – o dziwo! – ostały się wszystkie jego zęby. To jednak nie zmieniało faktu, że Cedrick wyglądał okropnie, a kto wie, co kryło się za bandażem na jego obolałej głowie.
Westchnął, wciąż wpatrując się w swoje odbicie i opierając ręce na kranie. Co powinien teraz zrobić? Jakie kroki podjąć, aby nikt już nie ucierpiał? Wiedział, że nie może liczyć w tej sprawie na policję – jeśli mógł zostać pobity w pobliżu posterunku i będący tam policjant nawet na to nie zareagował, to tym bardziej, kiedy to pobicie zgłosi, nie pomogą mu. Za to pewnie, gdy tylko Winifred zemści się na Moonie, zaczną ją ścigać z całą zaciekłością i tym razem kaucja niczego nie załatwi. Elfkę będzie czekał sąd, który z całą surowością wyśle ją do więzienia o zaostrzonym rygorze.
Cedrick zacisnął ręce na umywalce na tę myśl. Cokolwiek Winifred zamierzała, musiał ją od tego odwieść. Jednak wciąż bał się wyjść z bezpiecznego domu Markusa na ulicę. Bał się ponownie spotkać Moona. Bał się tego, co jego oprawca mógł mu zrobić, nawet jeśli teraz Cedrick miał swoją szpadę i był w stanie się obronić. Bał się w końcu, że i to ostatnie bezpieczne schronienie zostanie przez niego odkryte. A on – Cedrick van Hooven – siedział tu bezczynnie i czekał, aż stanie się coś strasznego.
Drzwi frontowe się otworzyły, a potem drzwiami z gabinetu wszedł do swojego mieszkania Markus. Doktor był nad wyraz pogodny. Pewność, że Moon niczego się nie dowie i w związku z tym nic nie zrobi, promieniowała od niego przy każdym kroku, kiedy ściągnął z siebie marynarkę i pistolet, a potem opadł na krzesło. Jeszcze spojrzał na zmartwionego Cedricka, który odszedł od lustra i również usiadł przy stole.
– Muszę uciekać – odezwał się, spoglądając w podłogę. – Po prostu wrócić do domu. I zabrać was ze sobą.
– Kogo? – zapytał beznamiętnie Markus.
– Ciebie i Winifred – odpowiedział Cedrick.
– Wykluczone – oświadczył stanowczo Markus. Cedrick spojrzał na niego. – Nie zamierzam zostawiać tu swojej praktyki. Nie po pięciu latach pracy na nią. Poza tym, przestań w końcu panikować. Obaj umiemy się bronić. Ja dobrze strzelam, a ty fechtujesz się tak, że pokonałeś ogra. No, i skąd wiesz, że Winifred będzie chciała z tobą iść? Wydaje się być kobietą, która nie da sobie w kaszę dmuchać.
Cedrick zamilkł i zwiesił głowę. Wstał i w milczeniu zaczął się przebierać w wyprane i wysuszone ubranie, które zostawił mu wcześniej doktor. Cisza trwała. Oba niziołki zdawały się być zajęte swoimi myślami. Już w ubraniu, Cedrick usiadł na łóżku. Jeszcze wziął w ręce swoją szpadę, jakby chciał się jej przyjrzeć.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Markus podniósł się z krzesła i ruszył sprawdzić, kto to. Cedrick zamarł. Jednak zaraz usłyszał szept – to zadziwiające, że w napięciu tak się zaostrzają zmysły – i od razu rozpoznał tak bardzo ukochany przez niego głos:
– Tu Winifred. Chcę się spotkać z Cedrickiem.
– Wchodź – odpowiedział Markus.
Po chwili siedziała przed Cedrickiem na podłodze. Markus wyszedł na chwilę, mając wrażenie, że może lepiej zostawić tych dwoje samych. Winifred wydawała się być czymś bardzo podekscytowana. Na jej twarzy jaśniał uśmiech, a w oczach płonął jakiś ogień, kiedy z wielkim przejęciem mówiła:
– Chciałabym ci coś zaproponować.
– Co takiego? – zapytał niepewnie.
– Od dwóch dni noszę się z zamiarem odwiedzenia pewnego drogiego mi miejsca. Nazywa się Las Dolmit. Słyszałeś o nim?
Oczywiście, że słyszał. Co jakiś czas pisano w gazetach o regularnych napadach na podróżnych, którzy aby skrócić sobie drogę zapuszczali się przez Las Dolmit, leżący pomiędzy Denzą a paroma innymi miastami i wioskami. Policja wiele razy próbowała coś z tym zrobić, ale nigdy nie znaleziono nawet śladu złodziejskich kryjówek. Czasem tylko ten, czy inny konstabl odkrywał nagle, że jego kieska wydaje się dziwnie lżejsza…
– Tam są ci rabusie – odpowiedział Cedrick.
Zaraz jednak się zreflektował, bo zdał sobie sprawę z pewnej rzeczy. Winifred była złodziejką. Czy to możliwe, że należała do Rabusiów z Lasu Dolmit?
– Przepraszam, jeśli panią obraziłem, ale tak słyszałem – dodał pokornie.
– Nie, nic się nie stało – zaśmiała się Winifred. – Jesteśmy dumni ze swego miana. Wiem, że to dziwna propozycja, ale chciałabym zabrać cię ze sobą i przedstawić mojemu mentorowi. Nie martw się – powiedziała nagle, widząc jego zmieszanie. – Jeśli przyjdziesz ze mną, nie zostaniesz okradziony. Nic złego ci się nie stanie, daję ci moje słowo.
– Wierzę. – Uśmiechnął się. – I chętnie tam z panią pójdę. Zwłaszcza – nagle spoważniał – że musimy się gdzieś ukryć przed Moonem.
Winifred sposępniała.
– Nie zamierzam się przed nim kryć! – prawie krzyknęła. – Więcej: on musi zapłacić za to, co ci zrobił.
– Panno Winifred, pani nie rozumie. My nie mamy szans…
– Mamy i to duże, Cedrick. Jeszcze właściciel „Sokółki” się dołączy.
– Chwila, on też? Dlaczego? – zdziwił się Cedrick.
– Opowiedziałam mu o wszystkim. Był tak wściekły, że postanowił się do nas przyłączyć w wymierzaniu sprawiedliwości.
– Nawet, jeśli to, co chce pani zrobić jest sprawiedliwe, to i tak będziemy sądzeni za przestępstwo.
Na te słowa twarz Winifred przybrała wyraz najpierw niedowierzania, a potem gniewu. Spojrzała na niego chłodno. Cedrick przeraził się tą nagłą zmianą. W jednej chwili przychylność i sympatia zostały zastąpione przez wściekłość, a być może nawet pogardę.
– A więc dobrze rozumiem? Boisz się walczyć o swoje? Gdzie się podział mężczyzna, który pokonał ogra w mojej obronie? Myślałam, że jesteś inny, a wystarczyło jedno pobicie, abyś zachowywał się jak tchórz!
– Tu nie chodzi o mnie! – przerwał jej głośno, ale zaraz potem spuścił wzrok. Winifred to zaintrygowało. – Tu chodzi o wszystkich innych… – urwał, a potem spojrzał znów na Winifred i dodał spokojniej: – Panią, Markusa, a teraz jeszcze tego biednego ogra.
Winifred nagle złagodniała i uśmiechnęła się do niego wyrozumiale. Spojrzała w jego oczy – jego biedne oczy w których kryło się to coś… To, co przyciągnęło ją do niego tamtej księżycowej nocy. Zrozumiała już jego obawy i sprawiły one, że jeszcze bardziej go lubiła.
– Nie mówmy już o tym – powiedziała, uśmiechając się jeszcze bardziej. – Ja nie zajmę się Moonem, skoro tak się martwisz. Ale ty powinieneś się rozerwać – szturchnęła go lekko. – Zapomnieć o tym przykrym wydarzeniu. Mam pomysł – dodała z niekłamanym entuzjazmem. – Może wieczorem pójdziemy gdzieś razem?
Twarz Cedricka się rozpromieniła. Trzeba przyznać, że perspektywa miłego spotkania z Winifred sprawiła, że poczuł się o wiele lepiej. Motywacja do wyjścia z domu okazała się być silniejsza niż strach.
– Chętnie – powiedział uśmiechając się lekko. – O ile Markus nie będzie miał nic przeciwko. Wie pani, rekonwalescencja…
Zapytali więc doktora o zdanie, a on po krótkim namyśle się zgodził. Powiedział, że urazy Cedricka nie są aż tak poważne, aby nie mógł wybrać się na mały spacer. Musiał tylko uważać na bandaże i rany, a ponadto nie pić za dużo, bo nabije sobie jeszcze większego guza, a to mogło pogorszyć sprawę.
– Dobrze, to ja tu jeszcze przyjdę. Do wiedzenia wieczorem – odparła Winifred i ruszyła w stronę drzwi.
Pożegnali się z elfką i po chwili już jej nie było. Cedrick spojrzał jeszcze raz na swoją szpadę. Może Markus miał rację i on nie powinien się tak bać. Uśmiechnął się do swoich myśli. Teraz miał przy sobie swoją broń…
Z początku to był bardzo wesoły wieczór. Winifred, Cedrick i Markus, który również pragnął się zabawić (mimo ostrzeżeń Cedricka, że może wydać sporo potrzebnych mu w przyszłości pieniędzy) spędzili go w „Sokółce”. Wiele przebywających w gospodzie osób, bardzo ucieszyło się na ich widok i nawet gratulowało Cedrickowi szybkiego powrotu do zdrowia. Było też kilku klientów, którzy spoglądali w stronę dwóch niziołków i elfki chłodno, ale Cedrick i Winifred starali się ich ignorować. Markus zaś przysiadł się od razu do jakiejś powabnej dziewczyny i zaczął się do niej zalecać.
Zanim jednak Cedrick i Winifred siedli przy ladzie i cokolwiek zamówili, elfka zaprowadziła go jeszcze do swojego pokoju. Wyglądał tak samo jak Cedrick go zostawił. Jedynie goździk w wazonie zwiędł, a na łóżku Winifred leżał już związany tobołek. Co było jednak największym zdziwieniem dla Cedricka, to to, że drugie łóżko wciąż tam stało.
– Jutro wyruszamy do Dolmit, jeśli to ci nie przeszkadza – odezwała się Winifred i usiadła na łóżku Cedricka.
– Nie – odparł z uśmiechem.
Usiadł tuż obok niej. Przez chwilę czuł się nieswojo, ale zaraz znów się do niej uśmiechnął i dodał:
– Tak właściwie to już się nie mogę doczekać. A jak pani pokaże mi swój dom – nagle spojrzał na nią pytająco – to zechce pani zobaczyć mój?
Nie odpowiedziała, ale rozpromieniła się i położyła rękę na jego ramieniu. Przez chwilę oboje przyglądali się zachmurzonemu niebu za oknem, pogrążeni we własnych myślach. Z dołu dochodziły dźwięki zabawy, ale to wcale nie pomogło Cedrickowi się nie martwić. W tym ciemnym pokoju, nawet blisko Winifred, nie mógł przestać myśleć o Moonie. Wszak tutaj właśnie spotkał go po raz pierwszy. Siedział w tym samym miejscu kiedy Moon, zhańbiony i pokonany, groził Winifred, że ją jeszcze dopadnie.
Winifred od razu poczuła jak niziołek się trzęsie. Cedrick próbował powstrzymać tę dziwną reakcję swojego ciała, ale nie potrafił. Dopiero, kiedy elfka przycisnęła go mocniej do siebie, tak że czołem dotykał jej piersi, przestał myśleć o Moonie, a zaczął o tym, że Winifred wykonała ten dziwny gest. Nie wiedział, co to właściwie oznaczało – czy to była tylko (cokolwiek osobliwa) próba pocieszenia go, czy też może coś więcej. Odchrząknął, spojrzał na Winifred i, spuściwszy wzrok, powiedział:
– Lepiej chodźmy już na dół.
Razem zeszli do baru i usiedli przy ladzie. Akurat natrafili na moment, kiedy Markus szepnął coś dziewczynie, na co ta zareagowała wymierzeniem mu policzka i odejściem od lady. Zniechęcony lekarz odwrócił się do przyjaciela i zaczął z nim rozmawiać na jakieś niezobowiązujące tematy.
Po chwili zabawa rozkręciła się na dobre. Jakiś młody, gładki elf o głęboko osadzonych szarych oczach i złocistych włosach, został poproszony przez barmana, aby coś zagrał na swojej gitarze. W pierwszej chwili nie chciał, mówiąc, że jego piosenki są zbyt smutne na tak wesołą noc jak dziś i że on sam nie jest w nastroju, aby cokolwiek zaśpiewać. Namawiali go przez ponad pięć minut, aż w końcu barman powiedział, że jeśli Rod (bo tak brzmiało imię elfa) zaśpiewa, dostanie od niego każdy napój czy potrawę za darmo. Zachęcony tym Rod usiadł na specjalnie przygotowanym, samotnym krześle po środku gospody i rozpoczął brzdąkanie na gitarze.
Zaczął spokojnie. Jego głos był cichy, ale słyszalny dla wszystkich. Delikatne nuty granej na gitarze melodii i dźwięk słów, wyśpiewywane przez elfa były tak głębokie, że wszyscy patrzyli na niego w skupieniu i nie śmieli nawet przerwać rozmową zasłuchania sąsiadów.
Niebo nie jest już takie jak dawniej,
Po tym jak na zawsze pożegnałem się z Tayą.
I księżyc jakby świecił mniej raźnie.
Gwiazdy nie tak jasne się wydają.
 
Po pijaku wszystko jest piękne,
Lecz rankiem ból mnie znów ogarnia.
Bo w pamięci jeszcze błyszczy mętnie,
Ojczyzna moja kochana!
W tym momencie Rod szarpnął za strunę mocniej i z o wiele większą siłą, jakby gniewnie, śpiewał dalej. Od tej chwili każdą zwrotkę zaczynał mocnym szarpnięciem struny.
Dom mój zamknięty na cztery spusty,
Bo już mi obrzydł ten piękny świat.
Jego usta i pełne biusty,
Jego krągłości tu i tam.
 
Mówią mi: „Znikaj, z naszego raju na ziemi,
Gdzie bieda i żreć nie ma co.”
To mnie nie rusza, bo i po co
Miałbym ja sprzeczać się całymi dniemi
 
O to, że ich Niebo to tylko błoto,
Że ich słońce to tylko żarówka,
A prezydent, co obiecał im złoto,
Ma obywatela za półgłówka?
Szarpnął ostatni raz i zaśpiewał tak jak na początku – spokojnie i cicho.
Więc teraz chcę tylko świętego spokoju,
Z dala od cierpień nowego dnia,
Z dala od rozpaczy i niepokojów
O to gdzie ojczyzna ma!
Gitara zamilkła. W pierwszej chwili trwała cisza. Z gromadzeni w gospodzie klienci nie poczuli się urażeni, gdyż właściwie Rod miał rację. Po chwili cisza została przerwana głośnymi owacjami, a nawet właściciel gospody odszedł od lady, aby poklepać elfiego śpiewaka po plecach. Jedynie Winifred nie należała do tych, którzy z entuzjazmem przyklaskiwali Rodowi. Elfka siedziała zamyślona i milcząca. Trzymała w ręce kufel z piwem, ale nie piła z niego.
Taya! Ojczyzna! Winifred ogarnęła nagle jakaś melancholia na myśl o Tayi, mimo że piosenka Roda tylko pobieżnie o niej wspominała. Winifred zbyt młodo opuściła rodzinny kraj, aby cokolwiek pamiętać. Musiała się posiłkować opowieściami rodziców i gazetami, które rzadko opisywały zdarzenia z tak odległego miejsca, a jeśli już o czymś wspominały, było to po prostu doniesienie o kolejnym bezprawnym sądzie albo o cenzurze, a już najczęściej mówiono o tym, że z Tayi jest najwięcej uchodźców, którzy tak rujnowali Archemię.
Rodzice zaś, póki żyli, mówili jedynie o tym jak pięknie było przed nastaniem dyktatury generała Tolby’ego. Że można było mówić, co się chciało, że półki w sklepach były zawsze pełne, że Taya miała zapewniony pokój ze wszystkimi swoimi sąsiadami. Nie mówili nic o tym, jak Taya wygląda wiosną albo jesienią, jak wygląda jej stolica, ani nic podobnego. Obraz Tayi był dla Winifred wielką niewiadomą.
Tuż obok Winifred usiadł Rod i zamówił piwo. Nie zwracał uwagi na elfkę, ona jednak przeniosła wzrok z kufla na śpiewaka i zaczęła mu się przyglądać. W głowie świtała jej pewna myśl. Rod przyjechał do Archemii kilka tygodni temu. Może by tak go wypytać o Tayę? Na pewno ją pamięta i do tego jest dość dojrzały, aby pamiętać ją sprzed czasów dyktatury Tolby’ego.
Rod zauważył, że Winifred go obserwuje. Spokojnie odstawił piwo i starał się ją ignorować. Winifred w końcu odezwała się do niego, starając się brzmieć naturalnie i nienatarczywie.
– Mam do ciebie pewną sprawę, Rod.
– Czego? – zapytał z pewna dozą zniecierpliwienia w głosie i wziął łyk piwa.
– Opowiedz mi o Tayi – powiedziała, a on spojrzał na nią z niechęcią.
W tym momencie Cedrick się bardziej zainteresował.
– Przecież nie lubisz tych nudziarzy, co to ględzą o ojczyźnie, a nic nie robią.
– Ale ja chcę tylko wiedzieć jaka jest – powiedziała nieco ostrzej. – Opowiesz mi, a dam ci spokój. Nie opowiesz, dostaniesz w pysk.
– A co tu opowiadać? – odparł Rod i machnął ręką. – O polityce szkoda gadać, a przez ten czas od kiedy ją opuściłem, na pewno Taya się tak bardzo nie zmieniła.
– Jak wygląda? Jak tam jest? – nie poddawała się Winifred. – Powiedz. Ja chciałabym to wiedzieć.
– Dlaczego? – zapytał, odstawiając kufel z piwem. – Czyżbyś sama nie pamiętała?
– Właśnie dlatego! – odparła lekko wzburzona. – Nie wszystkie elfy opuściły swój dom w tak późnym wieku jak ty.
– Rodzice ci nie opowiadali?
– Byli oszczędni w opisie, a potem diabli ich wzięli.
– No dalej, panie – wtrącił Cedrick. – Ja też jestem ciekaw jak wygląda Taya. Nigdy tam nie byłem.
– Ja też. Niech pan opowie – dodał Markus.
– Chyba, że jest tak brzydka, że nie ma o czym mówić – powiedział barman, czyszcząc jakiś kufel.
Rod milczał przez chwilę, najwyraźniej zastanawiając się co zrobić. Dopił jeszcze piwo, zanim podjął decyzję, aż w końcu pochylił się bardziej ku Winifred i, uśmiechnąwszy się, odpowiedział:
– Dobrze, opowiem ci o Tayi, ale słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał.
– Rozumie się. No, mów.
Rod znów zamilkł na moment. Westchnął głęboko, zamyślił się i, zwracając się po kolei do każdego ze słuchaczy, z przejęciem zaczął opowiadać:
– Może i nasza ojczyzna nie jest najcieplejszym miejscem na świecie, ale wiosną, latem, a nawet jesienią i zimą jest naprawdęwspaniała. To zasługa przepięknych, starych budynków, które tak dobrze komponują się z wysokimi drzewami, które kwitną wiosną tysiącami cudownych kwiatów o różnych kształtach i rozmiarach; latem utrzymują ten stan i do tego wydają wiśnie, jabłka, brzoskwinie, śliwki, pomarańcze… No, a jesienią liście mienią się czerwienią, która ożywia wszystko dookoła. Wy nigdy nie widzieliście czegoś takiego. Nie wiecie jak to jest przechadzać się uliczką ani lasem, w którym jest tak czerwono. Bo nasze drzewa jesienią tylko taką przybierają barwę i tylko u nas takie zjawisko można zaobserwować. Zimą, kiedy liście opadną już z drzew, długie i poskręcane gałęzie wydają się być rękoma wyciągniętymi ku słońcu. Na północy, gdzie Taya ma dojście do morza, rozciągają się wzdłuż jej brzegów plaże o bardzo jasnym i drobnym piasku, przez co aż chcesz go trzymać w ręce.
Winifred ten opis bardzo wzruszył, ale nie czuła się z tego powodu głupio. W miarę jak Rod opowiadał, widziała to wszystko oczami wyobraźni, a widok był tak piękny, że w jej sercu coś drgnęło. Nigdy nie spodziewała się, że mogłaby się tak wzruszyć. Mimo to z prawego oka poleciała jej łza, a potem jeszcze jedna i kolejna. Nie przepadała za ckliwym patriotyzmem, ale w tym momencie ów ckliwy patriotyzm jej nie obchodził. W końcu tęsknota za ojczyzną to jedno, a dekadencja to co innego.
Dyskretnie ścierała łzy z policzków, aby nikt nie zauważył, ale jednak nie uszło to uwadze ani Roda, ani barmana, ani Cedricka. Ogr i niziołek nie dali po sobie tego poznać, jednak Rod na widok łez w oczach twardej Winifred, uśmiechnął się przyjaźnie i przerwał opowiadanie, mówiąc:
– Wiem, co czujesz, siostro. Każdy elfi wygnaniec, prędzej czy później zapłacze za ziemią, z której go wygnano.
Przez chwilę popatrzył na nią spode łba, po czym wrócił do swojego piwa. Winifred zaś spojrzała w dół. Jej wyraz twarzy był tak smutny, że Cedrickowi zrobiło się jej żal. Była tak daleko od ojczyzny… Nawet jej nie pamiętała.
Otwarte z hukiem drzwi frontowe przerwały radosną biesiadę gości „Sokółki”. Wszyscy spojrzeli w stronę wejścia. Było tam dwóch mężczyzn. Na przedzie stał okrągły na twarzy, ale szczupły w pasie, nie najmłodszy już człowiek w eleganckim, białym garniturze. Za nim stał Moon
Weszli głębiej, rozglądając się po gospodzie. Kiedy Moon dojrzał Cedricka i Winifred, szepnął coś mężczyźnie w garniturze i wskazał ich. Ten przytaknął tylko głową i podeszli bliżej. Stanęli tuż przed niziołkiem i elfką. Cedrick patrzył na Moona z lekką obawą, ale próbował nie okazywać po sobie strachu; Winifred zaś świdrowała Moona chłodnym spojrzeniem.
Mężczyzna w garniturze uśmiechnął się szyderczo, po czym zwrócił się do Moona:
– Widzę, mój drogi Matthiasie, że rzeczywiście nieźle się zająłeś tym niźkiem. Tylko powiedz mi, jak to się stało, że on siedzi w tej dziurze?
Jego twarz przybrała wyraz bardzo poważny i groźny. Widać było, że jest zdenerwowany. Sam Moon wydawał się przestraszony z tego powodu.
– Dlaczego niziołek, który przyczynił się do ucieczki mojego prezentu dla ciebie, wciąż żyje? – ciągnął dalej mężczyzna, rozglądając się po sali. – Może mi to ktoś wytłumaczyć?
– Nie wiem o czym pan mówi – oświadczył z opanowaniem Cedrick. – Zostałem przez pana Moona napadnięty.
Winifred przyglądała się mu z zainteresowaniem. W pierwszej chwili zrozumiała, że to ona miała być tym prezentem. To już do tego doszło, że elfki stały się niewolnicami ludzi? Zaraz jednak Moon wtrącił od siebie:
– Nie kłam, niziek. Powiedziałeś, że mój niewolnik pobiegł prosto i skręcił. Długo go szukaliśmy zanim doszedłem w końcu, że mnie oszukałeś. – Pochylił się bardziej ku Cedrickowi i z uśmiechem złośliwości dodał: – W końcu niziołki pochodzą od krasnoludów.
Wyprostował się.
– Trzeba było go bardziej pilnować – odparł Cedrick, uśmiechając się równie złośliwie. – Jestem pewien, że pana niewolnik uciekł tylko przez pańskie niedopatrzenie. Trzeba uważać na swoje rzeczy.
– Czyli nie zaprzeczasz, że pomogłeś temu małemu uciec? – zapytał mężczyzna w garniturze.
– Jestem pewien, że ten mały niewolnik gdzieś jest w tym mieście. Nikt nie byłby tak szalony, aby mu pomóc. Pomoc niewolnikom w ucieczce jest wszak zakazana. Ja w każdym razie nie ryzykowałbym tak dla kilku brudnych krasnoludów. Panie…
– Nazywam się Taylor Dalton – przedstawił się mężczyzna i podał Cedrickowi rękę, którą ten uścisnął, po czym sam się przedstawił:
– Cedrick. Proszę mi wybaczyć, ale życie nauczyło mnie, aby być nieufnym, dlatego nie wyjawię swojego nazwiska. A więc, panie Dalton – podjął znów wątek – jestem szanowanym kupcem i długo i ciężko pracowałem nad renomą swojej firmy. Miałbym to zniszczyć skandalem?
Winifred nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Nie spodziewała się usłyszeć takich słów z ust tego miłego niziołka. Czyżby był tak dwulicowy? Z jednej strony dżentelmen, a z drugiej ktoś tak cyniczny… Jeśli to prawda, że nie chce skandalem narażać firmy na straty, to czyż takim skandalem równie dobrze mogła być znajomość z elfką?
– Dobrze mówisz, niziek. – Dalton znów się uśmiechnął. – W takim razie oberwałeś od mojego przyjaciela Matthiasa tylko za zapłacenie kaucji za tego elfucha. – Wskazał oczami Winifred.
Na te słowa Cedrick spoważniał i stanął na krześle. Chwycił za rękojeść szpady, żeby pokazać Daltonowi, że jest gotowy ją wyciągnąć i walczyć. Winifred poczuła się nieco lepiej, widząc tego Cedricka, którego zdążyła już poznać.
– Jeśli pan albo pan Moon znów tak nazwiecie pannę Winifred, zażądam satysfakcji – powiedział Cedrick i rzucił Daltonowi pełne pogardy spojrzenie.
Dalton zaśmiał się pod nosem.
– Niziek, śmiesz się z nami mierzyć? Moonowi nie mogłeś dać rady, a chcesz teraz walczyć z którymś z nas albo nawet oboma?
– Mimo to ostrzegam – oświadczył chłodno Cedrick.
– Lepiej go nie denerwować – wtrącił barman. – Jeden ogr źle skończył, bo nazwał Winifred elfuchem.
– No, to przekonajmy się – odrzekł Moon.
Spojrzał jeszcze w stronę Daltona, który przytaknął głową. Następnie Moon pochylił się i, spoglądając Cedrickowi głęboko w oczy, powiedział:
– Winifred to nic niewarty elfuch.
– Szykuj się do pojedynku – syknął Cedrick i zeskoczył na podłogę.
Szybkim ruchem wyciągnął szpadę i przyjął pozycję do walki. Moon prychnął szyderczo pod nosem i stanął naprzeciw Cedricka.
– Proszę wziąć jakąś broń, panie Moon – oświadczył Cedrick i opuścił szpadę. – To nie sportowo atakować białą bronią kogoś, kto ma do dyspozycji jedynie własne dłonie.
– Racja – przyznał Dalton. Zaczął wodzić wzrokiem po twarzach gości „Sokółki”. – Może ktoś się zaoferuje pożyczyć Matthiasowi jakąś broń?
– Nie trzeba. Mam to – oznajmił Moon i wyciągnął z kieszeni sztylet.
Stanęli pośrodku gospody, aby mieć więcej miejsca. Cedrick wiedział, że tym razem będzie o wiele trudniej; tym razem broń przeciwnika nie była taka wielka i o wiele łatwiej było nią operować. Cedrick wziął głęboki oddech i znów skupił się na walce.
Moon podskoczył do niziołka, chcąc go dźgnąć, jednak Cedrick natychmiast wycelował szpadę w jego brzuch, na co człowiek cofnął się gwałtownie. Przez chwilę stał i oddychał ciężko, najwyraźniej zastanawiając się, co zrobić. Cedrick nawet do niego nie podszedł, czekał tylko na jego ruch. Chwilę potem Moon znów zbliżył się do Cedricka, a niziołek znów wycelował szpadą, tym razem w jego prawy bok, kiedy tylko stanął dość blisko. Następnie jednym, szybkim ruchem zranił rękę, w której tkwił sztylet, rozbrajając Moona. Mężczyzna podniósł ręce do góry, jakby grożono mu pistoletem. Przyglądał się ze strachem ostrzu szpady, która była wycelowana w jego nos.
– Poddaję się – wycedził, zamknąwszy oczy.
Cedrick uśmiechnął się triumfalnie i schował szpadę. Następnie usiadł z powrotem na swoim miejscu. Dalton zaśmiał się pod nosem na widok pokonanego i zdezorientowanego Moona i zwrócił się do Cedricka:
– Trzeba przyznać: jesteś dobry, niziek. W takim wypadku pozostaje mi jedynie się z tobą pożegnać. Chodźmy, Moon – zawołał do niego.
Pochylił głowę i wyszedł, a Moon zaraz za nim. Chwilę potem Markus szepnął naprawdę cicho do Cedricka:
– Świetnie to zagrałeś. Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że mówisz serio. – Po czym dodał nieco głośniej: – A jak pokonałeś Moona!
– Tylko dlaczego obszedłeś się z nim tak delikatnie po tym, co ci zrobił? – wtrącił barman. – Trzeba go było zabić albo chociaż zostawić mu paskudną bliznę na facjacie.
– Nie chciałem go zabić. Chciałem mu tylko pokazać, że nie powinien nazywać panny Winifred elfuchem. Poza tym gdybym go zabił albo zranił, mógłbym zostać oskarżony o napaść.
– Cedrick… – odezwała się nagle Winifred.
Niziołek spojrzał na nią. Miała bardzo zatroskany wyraz twarzy.
– Musimy porozmawiać – dodała i chwyciła go za ramię.
Wyprowadziła go z „Sokółki” w miejsce, gdzie wszak niedawno razem rozmawiali pod księżycem. Kucnęła przed nim tak jak wtedy. Cedrick odniósł wrażenie, że domyśliła się kim jest i że nie podoba jej się to. Perspektywa wspólnej wyprawy do Lasu Dolmit, a nawet przyjaźni z Winifred oddaliła się. Ta myśl napawała go wielkim smutkiem, czego nie potrafił ukryć na swej twarzy. Winifred jednak pozostała niewzruszona.
– Co to było z tym niewolnikiem? I dlaczego zachowywałeś się przy Daltonie jak… jak nie ty? – zapytała patrząc mu głęboko w oczy. – Powiedz mi.
Cedrick bez chwili namysłu opowiedział Winifred o zajściu z Albertem. O tym jak go spotkał, pomógł mu się ukryć, a potem zaprowadził do Markusa i czego się po drodze dowiedział. Nie zapomniał też wspomnieć o tym, jakie rany miał na swoim ciele krasnoludek. Słuchała z zainteresowaniem i kiedy zapytała o to, gdzie teraz jest, Cedrick również wtedy wszystko wyjaśnił. Miał nadzieję, że jeśli wszystko jej opowie, zrozumie go. Być może także jego miłość do niej nie pozwalała mu pomyśleć, że mogłaby go wydać. Miał jednak przeczucie, że wraz z wyjawieniem tej tajemnicy, zniechęcił już do siebie Winifred.
– Muszę być dwulicowy, bo nie uratuję zbyt wielu krasnoludów w więzieniu. Przepraszam, że nie powiedziałem pani od razu o tym, że jestem abolicjonistą – oświadczył na końcu. – I zrozumiem, jeśli nie zechce już pani pokazać mi Lasu Dolmit.
Winifred uśmiechnęła się łagodnie.
– Jak możesz tak myśleć? Cieszę się, że jednak okazałeś się mężczyzną, którego tak poważam. Tym bardziej chcę przedstawić cię swojemu mentorowi. Jestem pewna, że polubi cię tak jak ja.
– Dziękuję pani, panno Winifred – odparł Cedrick.
Jego serce śpiewało z radości. Winifred go rozumiała i akceptowała. Rzucił się jej na szyję, tak że ledwo nie straciła równowagi. Delikatnie go od siebie oderwała i wstała na równe nogi.
W tym momencie drzwi do gospody się otworzyły i stanął w nich Markus.
– Chodźmy już do domu, Cedrick. Jestem zmęczony.
– W takim razie idziemy. Ja też czuję się śpiący. Do widzenia, panno Winifred – zwrócił się do elfki. – Jutro się spotkamy w tym samym miejscu.
Powoli oba niziołki zaczęły się oddalać od „Sokółki”. Winifred również wróciła do swojego łóżka, aby mieć siłę na podróż do Lasu Dolmit.
– Wiesz co? – zagadnął towarzysza w drodze Markus. – Winifred to całkiem miła dziewczyna. Trochę nieokrzesana, ale ją lubię.
– Dobrze wiedzieć. – Cedrick uśmiechnął się tylko delikatnie i dalej szedł w milczeniu.
– O czym chciała z tobą porozmawiać?
Przez chwilę Cedrick milczał. Wahał się, czy powiedzieć Markusowi, że już powiedział jej o tym kim jest.
– Chciała wiedzieć o co chodzi z tym niewolnikiem. Bardzo się zdenerwowała moim nietypowym zachowaniem.
– I powiedziałeś jej?
– Tak – odpowiedział cicho. Odwrócił się do Markusa i dodał z uśmiechem: – A jej to nie przeszkadza.
– Cieszę się – odparł Markus.
Również się uśmiechnął i nie mówił już nic.
Kategorie
Miłość van Hoovena

Miłość van Hoovena – rozdział 3

Advertisements
– No i jesteśmy – powiedział Markus, otworzywszy drzwi swojego domu, a jednocześnie miejsca pracy.
Pierwsze pomieszczenie było całkiem nieźle wyposażonym gabinetem lekarskim. Pośrodku znajdował się wielki stół, na którym można było zarówno być zbadanym, jak i zoperowanym. Przy ścianie po lewej od drzwi stało biurko z dwoma fotelami po obu stronach, na biurku z kolei stał telefon (typu świeczka). Przy ścianie po prawej stronie znajdował się parawan. Sufit był niski, przystosowany do niziołków.
Naprzeciwko wejścia były drzwi, które Markus otworzył przed Cedrickiem. Tam znajdowała się mała izba z łóżkiem (przy lewej ścianie od wejścia), szafą (tuż obok łóżka), stołem (naprzeciw wejścia), dwoma krzesłami, wanną i kranem (przy ścianie, naprzeciw drzwi wejściowych) oraz lustro (nad kranem). Na stole stała mała lampa. Ściany pokryte były starą, różową tapetą w kwiatki o nieokreślonej barwie i gatunku.
Jednak nie był to ostatni pokój w domu Markusa. Kolejne drzwi znajdowały się między kranem a wanną, a kiedy Cedrick rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegł jeszcze jedne naprzeciw łóżka.
Zapytał doktora, gdzie będzie spał. Ostatecznie miejsce do spania było tylko jedno. Markus otworzył drzwi – te blisko łóżka – i oczom Cedricka ukazała się jeszcze mniejsza izba, wyposażona jedynie w łóżko i szafkę z lampą. Ściany były pokryte tą samą tapetą, co poprzedni pokój.
– Wybudowałem to z pieniędzy, które zapracowałem przez pięć lat w tutejszym szpitalu dla niziołków. To cud, że przy moim sposobie życia, uzbierałem dość choć na to.
– A gdzie załatwiasz potrzeby fizjologiczne? – zapytał nagle Cedrick.
Markus bez słowa wyprowadził Cedricka z jego tymczasowej sypialni i otworzył drugie drzwi. Był to najmniejszy pokój ze wszystkich i znajdowała się tam tylko jedna rzecz – toaleta. Kiedy tylko jego przyjaciel się napatrzył, doktor zamknął drzwi i zaczął się rozbierać.
Zdjął marynarkę i rzucił ją na łóżko. Przy pasie nosił kaburę z pistoletem, którą również ściągnął i zawiesił na jednym z rogów łóżka. Rozluźniwszy aksamitkę, usiadł przy stole i westchnął, jakby przed chwilą wykonał jakąś ciężką pracę i teraz chciał już tylko odpoczywać. Kiedy tylko zorientował się, że Cedrick stoi, nie śmiejąc nawet ruszyć się z miejsca, zaproponował mu, aby się przysiadł, co kupiec zrobił od razu.
– Całkiem miły dom – wyraził opinię. – Ale czy ja ci nie będę przeszkadzał w pracy?
– Gdzie tam! – odparł Markus, ale zaraz na jego twarzy pojawiło się zmartwienie. Spojrzał na Cedricka i po chwili milczenia wyznał: – Ostatnio w ogóle nie mam pracy. Od ponad tygodnia nie pojawił się tutaj żaden pacjent.
– Dlaczego? – zapytał Cedrick.
– Nie wiem – odpowiedział, wzruszywszy ramionami, doktor. – Nie wiem, dlaczego nagle nikt się u mnie nie leczy. Pytałem pacjentów, którzy mieli w tym tygodniu umówione wizyty, dlaczego się nie zjawili, ale nabrali wody w usta. Może się komuś naraziłem, jednak nie potrafię sobie przypomnieć komu i jak.
– Kto wie, może ci się jeszcze ułoży – próbował go pocieszyć Cedrick.
 
Zmęczona Winifred zamknęła za sobą drzwi, a kiedy się odwróciła, zdumiała się na widok goździka w wazonie. Od razu wiedziała od kogo jest i się zmieszała. Z jednej strony było to bardzo miłe uczucie dostać od mężczyzny kwiat, ale z drugiej – to mogło oznaczać, że Cedrick próbuje ją uwieść albo coś w tym stylu. Miała szczerą nadzieję, że to jednak nie to. Sama myśl wydawała jej się niewiarygodna, wręcz śmiechu warta. Bo też gdyby coś miedzy nimi zaiskrzyło i gdyby reszta stałych klientów „Sokółki” by się o tym dowiedziała, czekałoby ich pośmiewisko. Przedstawiciele tak skrajnie różnych ras nie powinni się ze sobą wiązać.
Podeszła niepewnie do stolika, na którym stał wazon, i przyjrzała się dokładnie goździkowi. Natychmiast zauważyła, że do łodygi kwiatu jest przyczepiona karteczka. Ostrożnie wyjęła z wazonu goździk i przeczytała napis na kartce:
Droga panno Winifred,
Dziękuję bardzo za to, że mogłem wczorajszą noc spędzić u pani. Ten goździk to wyraz mojej wielkiej wdzięczności. Życzę pani dużo szczęścia. Mam nadzieję, że będzie mnie pani miała w swojej pamięci.
Pozdrawiam
Cedrick van Hooven
Najpierw Winifred odetchnęła z ulgą, a potem przycisnęła goździk do serca w odruchu wzruszenia. Jasne, że będzie miała w pamięci tego niziołka! Po tym wszystkim, co zrobił i czego się o nim dowiedziała, raczej trudno będzie jej o nim zapomnieć. W sercu elfki zagościł jakiś dziwny smutek – tęsknota i żal, że nie mogła się z nim pożegnać. Gdyby chociaż poczekał z tym do wieczora, mogłaby mu tyle powiedzieć przed rozstaniem. Mogłaby mu wreszcie podziękować za to, że stoczył pojedynek o jej honor, mogłaby go przeprosić, że nazwała go miniaturką i mogłaby mu powiedzieć, że jest jedną z niewielu osób, które Winifred darzy szacunkiem i sympatią.
A tak…? No trudno. – pomyślała. – Już się pewnie nie spotkają. Niziołek-dżentelmen zniknął z jej życia i czas wracać do świata, w którym wszyscy nienawidzili ją za to jedynie, że była elfem.
Ścisnęła goździk mocniej na wspomnienie wszystkich bolesnych dni poniewierki ze strony ogrów. Przypomniała sobie jak kiedyś, gdy była jeszcze małą dziewczynką, wyrzucono ją z gospody, w której chciała się ogrzać. Innym razem chodziła po domach, aby dowiedzieć się czy jest jakaś praca, ale wszyscy wyganiali ją gniewnie ze swoich ganków. A słowa Chipswicka o elfach-złodziejach, którzy chcą zniszczyć wartości ogrów – tyle razy je słyszała i tyle razy widziała na murach gniewne napisy głoszące, że elfy to czyste zło, że już dawno przestała komukolwiek ufać i kogokolwiek uważać za przyjaciela.
Łzy popłynęły jej po policzkach i spadły, pozostawiając małe plamki na spódnicy. Nie potrafiła przestać płakać nad tym, co przez te wszystkie lata wycierpiała. Jedynym jaśniejszym punktem w jej życiu było przygarnięcie przez rabusiów z Lasu Dolmit – wyrzutków takich jak ona, dowodzonych przez elfa, który uratował ją od rozpaczy, nauczył się bronić i pokazał filozofię rabusiów z Lasu Dolmit – za główny cel mającą przetrwanie, ale nie pozbawioną honoru. Tam znalazła prawdziwych przyjaciół, których opuściła za radą swojego mentora. Miała podczas tej podróży po świecie znaleźć swoje miejsce, jednak po tylu latach nic nie wskazywało na to, żeby jej się w jakikolwiek sposób powiodło.
Winifred wstała i włożyła nieco już wymiętoszony goździk z powrotem do wazonu. Pomyślała, że dobrze byłoby odwiedzić Las Dolmit. Wśród starych przyjaciół na pewno poczuje się jak w domu. Tam nikt nie powie o niej, że jest elfuchem, a kiedy spotka się znów z przywódcą, opowie mu wszystko i na pewno znajdzie pocieszenie.
Nie musiała długo nad tym myśleć. Położyła się spać z myślą, że następnego dnia wyruszy w drogę do Lasu Dolmit.
Tymczasem na końcu miasta, w pokoju gościnnym swojego przyjaciela, Cedrick van Hooven spoglądał przez okno w zadumie. Jego szpada była zawieszona o róg łóżka. Jego ubrania zostały przez Markusa zabrane do prania i zawieszone na noc na sznurku przed lecznicą. Tymczasem pożyczył Cedrickowi do spania swoją koszulę i użyczył kilka sztuk ze swojej garderoby.
Sam gospodarz spał teraz smacznie, podczas gdy jego gość nie mógł zasnąć, myśląc o poznanej dwa dni temu elfce. W ciemności nocy zastanawiał się nad tym, co ona teraz robi. Niby nic, takie sobie przypadkowe rozmyślania, ale jakoś nie potrafił przestać o niej myśleć. Nie ulegało wątpliwości, że go intrygowała i że ją lubił, a nawet, że ona też go lubiła, tak odrobinkę. W końcu zdążyli już się nieco poznać. Może to dlatego teraz o niej myślał. Może po prostu się o nią martwił.
– Winifred… – szepnął nie wiadomo do kogo i nie wiadomo po co.
Podszedł do łóżka i położył się w nim wygodnie. Jednak nie chciał spać. A może to było coś więcej? Może lubił ją nie jako przypadkowo poznaną kobietę, o której cześć walczył, ale jako kogoś więcej? Zaraz zaśmiał się na tę myśl, choć nie za bardzo było mu do śmiechu. Sama powiedziała, że nie interesują ją miniaturki. Poza tym niziołek i elfka? To nie mogło się udać i nigdy się nie uda. Nawet gdyby rzeczywiście cos do siebie czuli, rzucono by ich na pastwę bezlitosnych języków. Elfka kochająca niźka? Kupiec Cedrick van Hooven mający romans z elfką? Świat, w którym żyli, nigdy nie zaakceptowałby takiego związku. Zresztą to i tak nie miało znaczenia, bo to, co do niej czuł to była czysta sympatia, wsparta solidarnością, i nic poza tym.
Teraz musiał się porządnie zastanowić, co dalej. Niby nie miał tu już nic do roboty. Wszystkie interesy zostały już załatwione. Więc może lepiej dla niego byłoby opuścić wreszcie to przeklęte miasto i zapomnieć o tym, co tu się stało?
Zapomnieć o Winfired.
Coś mu mówiło, że nie zapomni o niej tak po prostu, tak od razu po przyjeździe do domu. Była  zbyt niezwykłą kobietą, aby o niej zapomnieć. O jej urodzie i kryjącym się pod tą urodą charakterku. I o tym jak dobrze było mu spędzać z nią czas.
Potrząsnął głową. Co on sobie myślał? Czy to mogło oznaczać, że jednak był w niej zakochany? A może to było tylko nic niewarte zauroczenie, które przemijało po jakimś czasie? Nigdy w życiu nie czuł czegoś takiego. Nigdy wcześniej nie myślał w taki sposób o żadnej innej kobiecie. Nigdy wcześniej nie wspominał tak miło czasu spędzonego przy jakiejkolwiek damie i nie czuł takiego dziwnego smutku na myśl o rozstaniu z nią. Jeżeli to rzeczywiście była miłość, to będzie przez kilka tygodni, a może nawet miesięcy rozpamiętywał te dwa dni znajomości z Winifred. Będzie się zastanawiał, czy czasem nie popełnił błędu, pozwalając jej odejść. Będzie się krzątał bez celu po domu. Cierpienie to zdawało się nieuchronne. Dlaczego nie zakochał się w kimś bardziej osiągalnym? Dlaczego nie zakochał się w kobiecie własnej rasy, tylko w elfce? Czuł się teraz taki zagubiony…
Rozważania nad tym, co powinien zrobić nie dały mu tej nocy zasnąć. W rezultacie następnego dnia wstał wcześniej od doktora. Ubrał się powoli w pożyczone od niego ubranie – białą koszulę ze stójką, brązowe spodnie i kubrak – po czym usiadł na łóżku i spojrzał w okno. Fioletowo-różowawe niebo świadczyło o tym, że dopiero co nastał świt. Cedrick przetarł zaspane oczy i podniósł się z łóżka. Nagle ogarnęła go chęć, aby przejść się po Denzie i zażyć świeżego powietrza.
Przypiął szpadę i wyszedł do pokoju doktora. Ujrzawszy śpiącego Markusa, podszedł do niego ostrożnie i, delikatnie szturchając, obudził.
– Wychodzę się przejść – szepnął do Markusa, który odwrócił się do niego nieprzytomnie. Słowa przyjaciela doszły do niego po chwili. Usiadł, przecierając zaspane oczy, i spojrzał na Cedricka.
– Dobrze – powiedział, odchylając kołdrę i stając. – Poczekam na ciebie.
W koszuli nocnej odprowadził go do drzwi.
Kilka minut potem Cedrick szedł przez prawie puste ulice miasta. Od strony portu, który znajdował się bardzo daleko, zawiał silny wiatr i ostatecznie otrzeźwił Cedricka. Szedł przed siebie po kamiennym chodniku, mijając zamknięte jeszcze sklepy i domy. Czuł się trochę lepiej, ale wciąż myślał nad tym jakie podjąć kroki. Nogi same prowadziły go, nie wiadomo gdzie.
 
Winifred wstała wcześniej niż zwykle. Była z tego powodu niewyspana, ale i tak rozpierała ją radość. Natychmiast wzięła się za przygotowania do podróży. Właściwie musiała tylko kupić trochę jedzenia na drogę, o ile nie zamierzała go ukraść. Przejrzała zawartość swojej sakiewki. Na dnie leżało pięć monet, ale miały zbyt niskie nominały, aby kupić za nie dość dużą ilość zapasów. Trudno, musiała się wybrać na miasto, aby zdobyć potrzebne pieniądze.
Wyszła z „Sokółki” kilka minut potem. W głównej sali nie było nikogo, nawet oberżysta spał jeszcze u siebie o tej porze. W ciszy wczesnego poranka kroki Winifred wydawały się głośniejsze, kiedy wychodziła z gospody na ulicę.
 
Cedrick doszedł do miejsca, które mógłby nazwać centrum miasta – wielkiego placu, otoczonego przez wysokie domy i knajpki. Zapewne gdyby pojawił się tu popołudniu, zastałby ulicznych artystów, sprzedawców pamiątek, gwar i turystów. Jednak o tak wczesnej porze mógł się rozkoszować ciszą jaka panowała wokół. Wszystko było takie spokojne, a ten spokój był taki kojący po ostatnich wydarzeniach. Przez chwilę Cedrick miał wrażenie, że jest na świecie zupełnie sam, a więc jest też wolny od zmartwień. Ludzie i ogry, którzy uważali jego rasę za nic, krasnoludy-niewolnicy, dyktatura w kraju elfów, całe cierpienie tego świata jakby wyparowało i został tylko on – Cedrick van Hooven. Wiedział jednak, że nie będzie w stanie cieszyć się tym wszystkim wiecznie. Rzeczywistość go w końcu dopadnie.
Dopadła go nawet wcześniej niż się spodziewał. Usłyszał jak ktoś biegnie, mimowolnie odwrócił się i zobaczył w oddali małą postać, która jednak bardzo szybko się do niego zbliżała. Im dłużej na nią patrzył, tym więcej rozumiał. To było krasnoludzie dziecko, chłopczyk. Na jego okrągłej twarzy malował się strach i rozpacz, z małych wyłupiastych oczu ciekły łzy. Było ubrane tylko w płócienne spodnie. Na całym torsie miał liczne rany, a jedna blizna wychodziła spod lewego oka i kończyła się na kości policzkowej.
Krasnoludek wpadł na Cedricka i aż się przewrócił na chodnik. Spojrzał z góry zalęknionym wzrokiem na niziołka przed sobą.
– Niech mi pan pomoże – zapłakał. – Oni mnie ścigają.
Cedrick bez słowa wziął chłopca na ręce i rozejrzał się wokół. Obok nich znajdował się zaułek, a w nim beczka. W sam raz, aby schować tam krasnoludka. Cedrick natychmiast tam pobiegł i ostrożnie włożył dziecko do beczki. Następnie wyszedł z zaułka znów na ulicę. Już biegli z tej samej strony, co przedtem krasnoludek, jego prześladowcy. Dwóch policjantów i ogr, który im bliżej był Cedricka, tym bardziej przypominał przedwczorajszego włamywacza z pokoju Winifred. Zaraz, jak on się nazywał? Matthias Moon… Jakoś tak – Cedrick przypomniał sobie po chwili namysłu.
Kiedy wszyscy trzej się zatrzymali przed Cedrickiem, jego serce nagle zabiło mocniej i szybciej. Starał się jednak nie okazywać po sobie zdenerwowania. Moon od razu go rozpoznał, ale nic nie powiedział, tylko uśmiechnął się złośliwie.
– Czy widziałeś gdzie pobiegł ten mały uciekinier? – zapytał jeden z policjantów.
– Jaki uciekinier? – Cedrick zamierzał udać, że nikogo nie widział. – Możecie mi go opisać?
– Mój niewolnik – odpowiedział Moon. – Krasnoludzkie dziecko z blizną koło lewego oka. Naprawdę trudno go nie zauważyć.
– Wybaczcie, widocznie jestem dzisiaj zbyt roztargniony. Pobiegł prosto, a potem skręcił przy najbliższym zakręcie – skłamał Cedrick, zmieniając strategię.
– Dziękujemy panu – odparł jeden z policjantów i wszyscy trzej pobiegli prosto.
Kiedy zniknęli za najbliższym zakrętem, Cedrick powrócił do beczki. Wyciągnął z niej dziecko i postawił na ziemi. Spodziewając się, że krasnoludkowi jest zimno, ściągnął z siebie kubrak i opatulił nim chłopca.
– Tylko nie pobrudź, to nie moje – powiedział z uśmiechem Cedrick, po czym odwrócił się do niego tyłem i przykucnął, mówiąc: – Wsiadaj. Dobrze byłoby, gdyby zobaczył cię lekarz.
– A nie będę się zbyt rzucał w oczy? – zapytał chłopiec.
– Jest wcześnie. Prawie nikogo nie ma.
Chłopiec wszedł ostrożnie na plecy Cedricka i ruszyli w drogę do domu Markusa. Słońce zaczęło świecić coraz jaśniej. Chłopiec był ciężki, ale na plecach niosło się go bardzo wygodnie i nawet nie ciążył Cedrickowi zbytnio. Aby urozmaicić krasnoludkowi drogę, a przy okazji dowiedzieć się o nim czegoś, co byłoby potem pomocne, Cedrick zaczął go wypytywać:
– Z jakiej części Ziem Dzikich pochodzisz, chłopcze?
– Tak właściwie nie mam pojęcia – odpowiedział po krótkim namyśle.
– Jak to? Nie wiesz skąd jesteś?
– Urodziłem się jako niewolnik. Jak mógłbym to wiedzieć?
– Rodzice nic ci nie mówili o ojczyźnie?
– Sprzedano mnie po urodzeniu. Nie znałem swoich rodziców.
– Och, to smutne – stwierdził Cedrick. – Los bardzo ostro się z tobą obszedł, chłopcze.
Cedrick na moment zamilkł. Brak rodziców i niewiadoma co do pochodzenia chłopca komplikowały sprawę. Nawet gdyby Cedrick wiedział z jakiego rejonu Ziem Dzikich pochodził krasnoludek, przecież nie można było go tam posłać samego. Gdyby to był dorosły krasnolud, poradziłby sobie jakoś, ale dziecko na Ziemiach Dzikich najpewniej zginęłoby.
– Kim pan jest? – odezwał się nagle chłopiec.
– Nazywam się Cedrick van Hooven – przedstawił się niziołek. – Jestem kupcem, ale też abolicjonistą. Pomagam takim jak ty dostać się tam, gdzie już nie będą niewolnikami. Najczęściej wysyłam ich statkiem do domu, ale w twoim przypadku nie wiem, co zrobić. A ty? – zmienił temat Cedrick. – Jak masz na imię, chłopcze?
– Moi właściciele dali mi imię Albert. Tak też nazywały mnie inne krasnoludy w domu. Niedawno zostałem dany w prezencie temu strasznemu ogrowi, który był z policją.
– Tak więc, Albert, nie martw się.
Nic więcej Cedrick nie powiedział. Pogrążył się we własnych myślach. Wyglądało na to, że na razie Albert zostanie przy nim. Dobrze byłoby znaleźć jego rodziców, ale to wydawało się trudne. W Archemii było tysiące niewolników, których dzieci sprzedano krótko po narodzinach. Skąd miał wiedzieć, że spośród tego tysiąca odnajdzie właśnie tę parę krasnoludów? Pewnie każdy z nich będzie się do niego przyznawał. Nadzieja na odzyskanie utraconego dziecka – w dodatku utraconego w tak młodym wieku, a więc pozbawionego jeszcze jakichkolwiek cech charakterystycznych – spowoduje, że przyznają się do niego bez namysłu.
Cedrick opuścił wzrok. Na ściśniętych przy jego szyi rękach Alberta znajdowały się jeszcze świeże ślady po kajdanach. Niziołek pomyślał, że najpierw trzeba się zająć ranami krasnoludka. Potem pomyśli się o całej reszcie. Ale to bestialstwo robić coś takiego małemu chłopcu. Cedrick widział już wiele niewolników, których ciała nosiły liczne ślady katowania, ale żeby zadawać takie rany dziecku?!
Nareszcie dotarli do domu Markusa. Cedrick zapukał butem do drzwi. Oczekując na przyjaciela, zastanawiał się czy Markus odmówi mu pomocy. Ranny czy nie ranny, dziecko czy nie dziecko, ale to jednak był uciekinier. Strach przed karą za pomoc uciekającemu krasnoludowi może sprawić, że Markus zapomni o przyjaźni i pozostawi Cedricka na lodzie.
Drzwi się nieco uchyliły i spojrzał przez nie Markus. Na widok krasnoludka na plecach Cedricka nic nie odpowiedział, tylko na moment skamieniał. Zaraz jednak bez słowa otworzył drzwi szerzej i wpuścił ich do środka.
– Posadź go na stole – rozkazał.
Cedrick to zrobił, a Markus zaczął oglądać uważnie rany chłopca, który wydawał się być trochę przestraszony. Markus podwinął, najpierw jedną, potem drugą nogawkę spodni Alberta, odsłaniając kolejne ślady po biciu. Przyglądał się im w zamyśleniu, a chwilę potem podszedł do biurka i wyciągnął z niego bandaże. Zaczął w ciszy opatrywać chłopca.
– Jesteście krasnoludami? – zapytał nagle Albert, na co Cedrick i Markus zachichotali.
– Nie, chłopcze – odpowiedział Markus. – Ale blisko.
– Jesteśmy niziołkami – wyjaśnił Cedrick.
– Największymi pośród tych, co nic nie znaczą – dodał Markus. – Powiedz mi, chłopcze…
Po krótkiej rozmowie Markus wiedział o Albercie to samo, co Cedrick. Przyjrzał się dobrze bliźnie koło oka i zamyślił się przez chwilę.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Oba niziołki zamarły w obawie przed tym, że to policja, która szukała chłopca. Markus odzyskał zimną krew i kazał Albertowi się położyć. Podszedł do biurka i wyjął stamtąd białą chustę. Wrócił do Alberta i zakrył nią jego twarz. Następnie krzyknął:
– Proszę nie wchodzić! Przeprowadzam skomplikowaną operację!
– Ja do pana van Hoovena – odezwał się głos za drzwiami.
Cedrick poznał głos od razu.
– To ten barman – szepnął do Markusa.
– Pan van Hooven zaraz idzie! – zawołał do stojącego za drzwiami ogra Markus, po czym zwrócił się do Cedricka: – Wyjdź tak, aby nie był w stanie zobaczyć co jest w środku.
Cedrick przytaknął tylko głową. Wychodząc, uchylił tylko drzwi na tyle, aby mógł się przecisnąć. Kiedy stanął przed ogrem, ogarnął go niepokój, że mógł on się zorientować, co się dzieje, a co za tym idzie – zameldować o tym policji. Znali się zbyt krótko, aby ogr zechciał go kryć.
– Jak mnie znalazłeś? – zapytał Cedrick. To pytanie cisnęło mu się na usta pierwsze.
– Popytałem o doktora różnych mętów – odpowiedział z uśmiechem barman. – Chociaż Denza to stolica handlu, to jednak małe miasteczko.
Było coś w jego zachowaniu, co uspokoiło Cedricka, co kazało mu myśleć, że ogr niczego się nie domyśla, a nawet jeśli – nie jest tym zainteresowany.
– Z czym przychodzisz? Co cię do mnie sprowadza, przyjacielu?
Ogr nagle posmutniał, co było oznaką czegoś złego.
– Aresztowali Winifred.
Cedrick zamarł. Przez chwilę nie mógł w to uwierzyć. Barman ciągnął dalej:
– Niejaki Matthias Moon został przez nią okradziony. Dzisiaj uciekł mu też niewolnik. Poszedł z tym na policję, a że pracownikiem tutejszej szychy, od razu zaczęli poszukiwania, zarówno niewolnika, jak i Winifred. Dwóch dryblasów zaszło ją od tyłu w trakcie „pracy” i aresztowało. Nie miała nawet czasu się zorientować, że za nią są, a już ciągnęli ją do aresztu. Teraz jedyna nadzieja w tobie, niziołku. Zapłacisz kaucję i elfka będzie wolna.
– Rozumiem. Zaprowadzisz mnie do tego aresztu?
– Tak.
– Poczekaj tu na chwilę.
Cedrick wszedł do gabinetu Markusa tak samo jak wcześniej wyszedł. Ostatecznie nigdy nic nie wiadomo.
– Przepraszam, że cię z tym zostawiam – mówił, szybkim krokiem idąc w stronę drzwi – ale mam sprawę nie cierpiącą zwłoki.
Nawet nie poczekał na odpowiedź Markusa, tylko wszedł do swojego pokoju i wziął ze sobą trochę gotówki. Wybiegł co sił na zewnątrz, gdzie wciąż czekał właściciel „Sokółki”.
– Prowadź, przyjacielu – powiedział do ogra.
 
Winifred siedziała w małej, brudnej celi. Była w niej sama, ale poza celą dwóch strażników grało w karty przy stole, na którym stał telefon, zaś koło drzwi do jej celi sterczał niedawny włamywacz i cały czas jej dogryzał.
– To cię nauczy, że okradanie mnie źle się kończy. Teraz pewnie żałujesz, że zadarłaś z Matthiasem Moonem, co, elfuchu?
Winifred nie odpowiadała. Dziwna apatia ogarnęła ją od momentu, kiedy policjanci wrzucili ją do celi.
– Trzeba przyznać, jesteś ładna. Mam propozycję, elfko – ciągnął dalej Moon. – Ja zapłacę za ciebie kaucję, a ty zostaniesz moją kobietą.
Ta propozycja dotarła do Winifred i sprawiła, że się nagle ożywiła. Podeszła do Moona i syknęła:
– Wolę umrzeć.
– A to już twoja sprawa. Gnij tu jak tak bardzo tego chcesz – odparł Moon i wyszedł zadowolony z siebie.
Winifred westchnęła i doszła do wniosku, że może potem pomyśli jak się stąd wydostać. Teraz zbyt dużo myśli kołatało jej się po głowie, aby mogła się skupić na planie ucieczki. Podeszła do pryczy i położyła się na niej wygodnie, powoli pogrążając się w rozpaczy. Zamknęła oczy i się rozpłakała. I tak przez chwilę nieuwagi dała się złapać. Gdyby chociaż spojrzała za siebie, miałaby czas, aby się obronić. Pierwszy raz w życiu ją złapali. Poczuła dziwną gorycz i niepewność. W tym strasznym momencie zdała sobie sprawę z tego, że jak się liczy tylko na siebie, kiedy się raz wpadnie, konsekwencje mogą być potworne.
Szlochała tak przez jakiś kwadrans. Potem usłyszała dźwięk otwieranych drzwi do aresztu. Pomyślała, że to pewnie następni aresztowani i zaraz wejdzie tu jakaś ogrzyca, która spróbuje ją wykopać z pryczy. Winifred znów opanowała obojętność. Czyjeś kroki przeszły koło jej celi, a potem ucichły.
– Przepraszam, przyszedłem zapłacić kaucję za tę panią.
Znajomy głos sprawił, że Winifred znów się ożywiła, gwałtownie otwierając oczy i podnosząc się.
Cedrick stał tam. Wyciągał z sakiewki sumę, którą przed kilkoma sekundami wyjawili mu strażnicy. Nigdy wcześniej Winifred nie cieszyła się tak bardzo z tego, że widzi tego niziołka. Kiedy już zapłacił kaucję i jeden ze strażników otworzył drzwi jej więzienia, pomyślała, że albo Cedrickiem kierowało silne poczucie obowiązku, albo musiał ją bardzo lubić, co właściwie wydawało się być bardziej prawdopodobne. Nie byli sobie obcy. Byli przyjaciółmi.
– Chodźmy, panno Winifred – powiedział cicho, kiedy wyszła, i wziął ją za rękę. Przez chwilę wyglądali jak matka z dzieckiem.
Ominęli holl, gdzie stało biurko recepcyjne z niezwykle zapracowanym samotnym policjantem, i wyszli na zewnątrz. Tam czekał już barman. Na widok niziołka i elfki uśmiechnął się. Winifred była zaskoczona jeszcze bardziej jego widokiem, niż tym, że Cedrick po nią przyszedł.
– Ta dobra osoba powiedziała mi, co się stało – wyjaśnił Cedrick, uśmiechając się życzliwie i wskazując barmana. – Przyszedłem najszybciej jak mogłem. – W tym momencie posmutniał. – Tu się z panią rozstaję. Żegnam panią, panno Winifred.
Odwrócił się do niej i ruszył w stronę, która – zdawało mu się – prowadziła do praktyki Markusa. Oby tylko doktorkowi nic się nie stało pod jego nieobecność…
Winifred spojrzała pytająco na stojącego obok ogra, jakby oczekując od niego jakiejś odpowiedzi. Barman milczał, przyglądając się jej smutno. Nie wykonał żadnego gestu, ale wiedziała, że chce, aby coś zrobiła.
– Dziękuję – powiedziała, kiedy Cedrick znajdował się jakiś metr od niej.
Odwrócił się do niej ze zdumieniem. Podeszła i kucnęła przy nim.
– To był zaszczyt dla mnie poznać cię – ciągnęła dalej. – Jeszcze raz dziękuję, za to wszystko, co dla mnie zrobiłeś, Cedrick. I oczywiście – dodała nagle, jakby sobie coś przypomniała – przepraszam za „miniaturkę”.
– Nie ma o czym mówić – odparł z uśmiechem i pokłonił się. – To również dla mnie był zaszczyt bronić panią, panno Winifred. Teraz, niestety, muszę wracać. Zostawiłem przyjaciela i muszę do niego iść.
– Skoro tak… – powiedziała Winifred. – Powodzenia i do zobaczenia.
Po pożegnaniu się Cedrick zaczął iść dalej w swoją stronę. Barman poszedł w przeciwnym kierunku, a Winifred stała przez chwilę przed posterunkiem i patrzyła to na niziołka, to na ogra. Jakaś część niej kazała jej ruszyć za Cedrickiem i zobaczyć, gdzie pójdzie. Jeszcze widząc go na horyzoncie ulicy, ruszyła za nim ostrożnie. Skręcił w prawy róg, pamiętając, że tędy szedł z ogrem na posterunek. Winifred szła za nim w odległości, która pozwalała jej spokojnie go śledzić. Za rogiem ulica biegła prosto ku przedmieściom i tam też zdawał się kierować Cedrick. Jeszcze przez jakiś czas maszerował wzdłuż ulicy małych domków i sklepików, a Winifred za nim, aż w końcu dotarł do jedynego w tej dzielnicy domu rozmiarami przystosowanego do potrzeb niziołków. Zapukał. Drzwi się lekko uchyliły, po czym Cedrick wszedł do środka dyskretnie.
Zaciekawiona Winifred podeszła bliżej. Stanęła przed małymi drzwiami i schyliła się, aby przeczytać wiszącą na nich mosiężną tabliczkę. Litery na niej wygrawerowane były bardzo starannie wykonane. Napisane było: „Doktor Markus Wilmut. Internista”.
Dowiedziała się, gdzie mieszka przyjaciel Cedricka, jak się nazywa, i czym się zajmuje. Na razie nie mogła nic zrobić, więc odeszła od drzwi i opuściła przedmieścia.
Tymczasem w praktyce Markusa Cedrick z ulgą odkrył, że wszystko jest w najlepszym porządku. Markus siedział w zamyśleniu przy biurku, a opatrzony Albert właśnie wszedł do jego pokoju. Nie było śladów plądrowania ani bijatyki. Najwidoczniej nikt jeszcze nic nie odkrył. Przynajmniej na razie.
– Przepraszam, że wyszedłem – powiedział cicho Cedrick po długiej chwili milczenia.
– Nie ma sprawy – odpowiedział Markus i wstał. – Pogadaliśmy sobie z Albertem i chyba wiem jak mu pomóc.
– Tak? – zaciekawił się Cedrick.
– Od lat pomagam zbiegłym niewolnikom w przedostaniu się do Thompson – odparł Markus. – Słyszałeś o tym miejscu?
– Każdy słyszał – uśmiechnął się Cedrick.
Thompson było miejscem, gdzie nie było niewolnictwa i ogólnie cywilizacji. Jedynie pola i lasy. Tam osiedlała się większość byłych niewolników, którzy nie chcieli wracać na Ziemie Dzikie.
Cedrick spoważniał.
– Ale Albert to dziecko. Chcesz go tam posłać bez opieki?
– Nie, oczywiście, że nie. W Thompson znajduje się sierociniec. Prowadzą go osoby, które mogą znaleźć rodziców Alberta. Widzisz, tamta blizna koło jego oka to tak naprawdę znamię i może im pomóc znaleźć jego rodziców. Zaś zawiezie go tam jeden mój znajomy.
– To cudownie!
– Przed chwilą do niego dzwoniłem. Przewiezie Alberta dziś wieczorem przez granicę. Potem będą jechać przez dwa dni i dotrą do Thompson.
– W takim razie nie marnujmy czasu i przygotujmy chłopca do tej drogi.
 
Noc była ciemna. Kilka mil od miasta, stały trzy małe postacie, a najmniejsza z nich ubrana była jak wiejska staruszka – w długą, zakrywającą nogi sukienkę, rękawiczki na rękach i szalik, który znacznie krył twarz, na głowie zaś ten ktoś miał chustkę, która całkiem utrudniała rozpoznanie w niej zbiegłego niewolnika. Do tego Albert na prawym oku miał opaskę. Wszystko po to, aby chłopiec niczym się nie zdradził.
Przed nimi rozciągał się gęsty las z jedyną, dość szeroką ścieżką. Stamtąd miał przyjechać znajomy Markusa, następnie zawrócić i pojechać w las wraz z zakamuflowanym krasnoludem. Stali tu od ponad pół godziny i czekali na niego, obawiając się, że ktoś mógłby podejść i zapytać, co tu robią. Może Cedrick i Markus nie denerwowali się tak bardzo – w końcu byli abolicjonistami już bardzo długo i takie ryzyko nie było im obce – ale Albert bał się i to było widać. Trzymał mocno rękę Cedricka i trząsł się jak osika. Jakby zaraz miał tędy przejść ktoś, kto rozpozna w dziwnej staruszce krasnoludzkiego niewolnika.
Nagle wszyscy trzej zaczęli nasłuchiwać. Z lasu dochodziły do nich bowiem odgłosy kół. Niebawem na ścieżce pojawił się zwyczajny powóz podróżny „dla niziołków”, a na nim siedział ubrany po chłopsku człowiek. Wyglądał na zwykłego woźnicę. W szczerbatych zębach trzymał papierosa, ręce miał brudne, nogi też. Szczegóły twarzy ledwo można było dostrzec w ciemności.
Powóz wyjechał z lasu i stanął z boku, kilka metrów od niziołków i krasnoludka. Cedrick i Markus podeszli wraz z Albertem do powozu. Woźnica zeskoczył na ziemię i uścisnął rękę Markusowi. Następnie zerknął na krasnoludka, a potem na Cedricka.
– To jest mój drogi przyjaciel Cedrick van Hooven – oświadczył doktor.
– Bardzo mi miło – pokłonił się woźnica. – Jestem John Lambert.
– Mnie też miło – przywitał się Cedrick.
– To Cedrick znalazł chłopca – kontynuował Markus i przeszedł do sedna sprawy: – Masz zawieźć tego krasnoludka do sierocińca w Thompson.
– Może pan na mnie liczyć, doktorze – powiedział Lambert dziarsko i zwrócił się do Alberta: – To co? Jedziemy?
– Jeszcze dokumenty – powiedział Markus i wyjął z kieszeni fałszywy paszport, wykonany przez niejakiego Franka Łapę.
– Stary Łapa – zaśmiał się rubasznie Lambert, odbierając paszport. – W godzinę tak dokładną kopię to tylko on potrafi wykonać.
– To zostawiamy wszystko tobie, John – oznajmił Markus.
– Nie ma obawy, doktorze. Długo robię w tym interesie.
Wziął chłopca za rękę i wprowadził do powozu. Następnie wsiadł z powrotem na powóz. Albert wyjrzał jeszcze przez okno powozu, kiedy Lambert go cofał.
– Dziękuję panom za wszystko – powiedział.
– Trzymaj się, chłopcze – odpowiedział Cedrick.
– Będę oczekiwać wiadomości o tym, co się u was dzieje – dodał Markus.
Pomachali mu na do widzenia. Lambert znów wjechał na ścieżkę prowadzącą przez las. Jeszcze chwilę oba niziołki wodziły za nim wzrokiem, zanim zupełnie nie zniknął pośród ciemności i mgły.
Kiedy już nie byli w stanie go dojrzeć, ruszyli w drogę powrotną do domu Markusa. Wciąż milczeli, mając nadzieję, że Lambertowi uda się zawieść Alberta do Thompson bez żadnych komplikacji; że podczas podróży nikt ich nie zatrzyma i nie pozna się na kamuflażu.
Przechodzili przez jakąś szemraną dzielnicę. Pod latarniami stały kobiety lekkich obyczajów, a wiele szyldów w tej okolicy głosiło, że mężczyzna może tutaj zaspokoić swoje dzikie żądze. Markus przyglądał się wszystkiemu z rozmarzeniem, a nawet lekką podnietą. Cedrick domyślał się, że ma ochotę wejść do któregoś domu publicznego i zaraz pewnie wejdzie, nie zważając na to, że jego fundusze mogą się przy tym nieco uszczuplić. Dlatego kiedy tylko się kierował do jakiegoś przybytku, Cedrick chwytał go mocno za ramię i przyciągał do siebie.
Niebawem, choć to wymagało od Markusa dużej siły woli i samozaparcia, opuścili dzielnicę rozpusty i trafili do slumsów. Bieda zdawała się być wszędzie – od brudu na ulicy, poprzez twarze żebraków, klęczących i stojących na tymże brudzie, aż po odrapane i zaniedbane kamienice. Widok dwóch całkiem dobrze ubranych niziołków, wzbudził w tych biedakach nadzieję na jakiś grosz. Okrążyli ich i zaczęli zamęczać błaganiami o jakąkolwiek zapomogę. Gotowi byli wyrywać sobie gości, aby dostać cokolwiek.
Nad niektórymi Cedrick się zlitował. Głównie dlatego, że były to dzieci albo kalecy. Ogrom nieszczęścia i desperacji w oczach tych wszystkich nieszczęśników wywołał w nim wielki żal. Pewnie rozdałby im wszystko, co miał, gdyby Markus go nie powstrzymał, twierdząc, że: 1) pewnie wydadzą te pieniądze na alkohol, 2) Cedrick z całą pewnością wszystkich od nędzy nie uratuje.
Opuściwszy z trudem slumsy, przeszli przez most. W oddali widać było posterunek, w którym przecież rano Cedrick składał wizytę. Powoli oba niziołki zbliżały się do niego i po chwili już go ominęły. Idąc wzdłuż ulicy, Cedrick nawet nie napomknął towarzyszowi o tym, że tam był.
Nagle Markus przystanął i zatrzymał ręką przyjaciela.
– Twoja szpada – powiedział wskazując palcem na miejsce przy pasie, gdzie powinna być pochwa z bronią Cedricka.
– Albo zgubiłem, albo ktoś mi ją ukradł – stwierdził Cedrick.
Oba niziołki wiedziały jednak, że bardziej prawdopodobny był wariant drugi.
– To musiało się stać, kiedy nas otoczyli ci żebracy – wywnioskował po krótkim namyśle Cedrick, po czym westchnął i powiedział: – Ty idź do siebie, a ja pójdę z tym na policję.
– To nie jest dobry pomysł, Cedrick – rzekł poważnie na niego patrząc. – Policja w tym mieście nie jest zbyt, że tak powiem, miła dla nas, niziołków. To policja „dla ogrów”. Ciebie najwyżej wyśmieją, że tak łatwo dałeś się okraść.
– Co jak co, ale policja powinna być dla wszystkich. Jej zadaniem jest pilnować porządku, a to obejmuje wszystkie rasy – powiedział Cedrick i ruszył w stronę posterunku, jednak Markus znów chwycił jego rękę.
– Dobrze ci radzę, to ci nic nie da.
Cedrick jednym ruchem wyrwał się z jego uścisku.
– Nie mogę tego tak zostawić. Ta szpada jest moja.
Podszedł do posterunku, wszedł na schody, otworzył drzwi i po chwili był już w środku. Markus zaś poszedł do domu w nadziei, że po wszystkim Cedrick po prostu do niego wróci.
Cedrick znalazł się w hollu. Na początku policjant w recepcji nie zwrócił na niego uwagi. Niziołek podszedł do niego i oparł się o blat na palcach. Nie chciał wskakiwać na biurko, bo byłoby to trochę niegrzeczne.
– Przepraszam – odezwał się nieśmiało.
Policjant spojrzał na niego i natychmiast uśmiechnął się złośliwie. Rozpoznał Cedricka z rana, kiedy niziołek przyszedł uwolnić Winifred.
– Ach, to pan. Z czym znowu pan tu przychodzisz?
– Chciałbym zgłosić kradzież.
– A więc ten elfuch pana okradł. Kobiety potrafią być okrutne.
– Proszę tak o niej nie mówić – powiedział z lekkim oburzeniem Cedrick i powrócił do sedna sprawy: – Skradziono mi kilka minut temu moją szpadę. Chciałbym, aby ktoś się tym zajął.
– Trzeba było pilnować swoich rzeczy. To niebezpieczne okolice są.
Gorycz rozczarowania sprawiła, że Cedrick stracił cierpliwość.
– Jesteście policją! Waszym zadaniem jest dbać o porządek!
– Nie zawracaj mi pan głowy. Mam sporo pracy.
I powrócił do papierkowej roboty, którą zajmował się przed odkryciem obecności niziołka. Oburzony i zły na to, że jest w tej sprawie sam, Cedrick cofnął się o kilka kroków, aby policjant, mógł widzieć go całego, i zrobił niemalże karczemną awanturę o to, że płaci podatki na policję, a ona nawet nie raczy zająć się kradzieżą jego własności. Policjant ignorował go, ale widać było, że krzyki niziołka bardzo go dekoncentrują.
W końcu Cedrick postanowił opuścić posterunek. Kiedy był już na zewnątrz, nagle ktoś kopnął go od tyłu tak mocno, że niziołek upadł jak długi na chodnik. Zaraz potem poczuł na swoich plecach bolesny ucisk czyjegoś buta, a w końcu usłyszał czyjś drwiący głos:
– Znów się spotykamy, niziek.
Cedrick odwrócił głowę i zobaczył za sobą Moona, który przyglądał się niziołkowi bardzo chłodnym wzrokiem, a kiedy Cedrick już na niego spojrzał, ogr przycisnął go do ziemi jeszcze mocniej.
– Najpierw pomogłeś uciec mojemu niewolnikowi, a potem zapłaciłeś kaucję za tego elfucha.
Moon zdjął nogę z van Hoovena, ale zaraz potem kopnął go z boku w brzuch. Cedrick aż uderzył plecami o ścianę posterunku.
– Nie wiem o jakim niewolniku mówisz – skłamał, dysząc ciężko i odwracając się w stronę Moona. Podparł się rękoma, wstał na kolana i dodał: – I nie mów tak o Winifred.
Gdyby miał swoją szpadę, mógłby się bronić. Ta sytuacja była naprawdę beznadziejna. Na nic jego zdolności szermiercze, kiedy nie miał broni. Mógł tylko uciekać. Na to jednak nie miał siły.
Moon podszedł do Cedricka i znów kopnął go w brzuch. Niziołek znowu się podniósł, a Moon znowu do niego podszedł. Z ust Cedricka popłynęła krew. Tymczasem jego oprawca podniósł go do góry za szyję, zabrał do pobliskiego zaułka i tam przybił do ściany.
– Nikt nie zadziera z Matthiasem Moonem – powiedział i zaczął bić niziołka pięścią po twarzy i brzuchu.
Za pierwszym ciosem zbił mu okulary. Cedrick trzymał więc oczy zamknięte w obawie przed tym, że może do nich wpaść kawałek szkła. Nic nie widział, za to czuł każde uderzenie w milczeniu zadającego ciosy Moona. Coraz bardziej kręciło mu się w głowie, coraz bardziej czuł, że traci przytomność. Wolał ją stracić, niż nadal czuć ten ból, na który przecież nie potrafił nic poradzić.
Wszystko stało się ciemne i zapadła cisza. Od tej chwili już nie był świadom tego, co się dzieje. Od tej chwili Moon walił tylko w nieprzytomne, chociaż jeszcze żywe, ciało Cedricka van Hoovena.
 
Tego wieczora Winifred nie za bardzo śpieszyło się do „Sokółki”. Chodziła po mieście. Przystanęła na moście i zamyśliła się, wpatrując w falujące odbicie czarnych chmur. Już zdobyła trochę pieniędzy na prowiant. Teraz mogła spokojnie ruszać w drogę do Dolmit. Jednak coś ją trzymało jeszcze w Denzie. Coś nurtowało ją, kiedy tylko pomyślała o wyjeździe. Bardzo chciała jeszcze zobaczyć Cedricka. Chociaż powiedziała już to, co chciała mu powiedzieć, nie mogła przestać o nim myśleć i sama nie wiedziała dlaczego. A ilekroć o nim myślała, nawiedzały ją dziwne uczucia – od żalu, że pewnie już go nie zobaczy, po wielką radość na wspomnienie tych wszystkich miłych rzeczy, które dla niej zrobił. Po Lesie Dolmit Cedrick był drugim miłym rozdziałem w jej życiu.
– Hej, panienko. – Nagły szept wyrwał ją z rozmyślań.
Obok niej stał mężczyzna ubrany w bardzo duży płaszcz, pod którym trzymał prawą rękę. W ciemnościach nie dostrzegła jego twarzy, nawet kiedy był tuż obok niej. Jedynie jego oczy świeciły się w ciemnościach, wywołując w Winifred nieufność. Po chwili milczenia ze strony elfki, odezwał się znowu:
– Może chciałabyś rzucić okiem na mój najnowszy towar?
Wyciągnął spod płaszcza szpadę, którą Winifred rozpoznała mimo mroku i aż wybałuszyła oczy. Po chwili oniemienia chwyciła mężczyznę w płaszczu i zapytała:
– Skąd to masz?
Milczał, a jego oczy świadczyły o tym, że z przerażenia.
– Mów! Skąd to masz?!
– Znikąd – odparł niepewnie, ale zaraz namyślił się i dodał: – Pewien żebrak mi to dał, abym to sprzedał i się z nim podzielił zyskami.
– Mówił jak to dostał?! Jeśli kłamiesz, dostaniesz po pysku.
– Nie pytam dostawców o to, skąd biorą towar, który od nich dostaję. Ale najczęściej kradną przechodniom, którzy pojawiają się w slumsach.
Winifred puściła go, po czym szybkim ruchem wyrwała mu z ręki szpadę. Następnie skierowała się w stronę posterunku. Handlarz wodził za nią nieprzytomnym wzrokiem, tracąc resztki nadziei, że otrzyma zapłatę za i tak kradziony towar.
Na posterunku był punkt rzeczy znalezionych. Winifred chciała tam zostawić szpadę, aby Cedrick mógł ją spokojnie odebrać. Przypięła broń do pasa, tak dla wygody. Nie chciała jej trzymać cały czas w rękach. Odczuwała jednak lekki dyskomfort, myśląc o tym, że będzie musiała wejść do budynku, w którym jeszcze rano była trzymana w zamknięciu.
Nagle, będąc jeszcze w oddali, zobaczyła jakąś postać koło posterunku. Ten ktoś – wyglądał na wysokiego mężczyznę, najpewniej ogra – wrzucił do zaułka coś, co przypominało z dala martwego psa. Następnie odwrócił się, minął posterunek i zniknął za rogiem. Winifred pomyślała, że to nie jej sprawa i ruszyła dalej w stronę posterunku. Cedrick szuka szpady. Niech ona będzie tam na niego czekać.
Szła i szła. Im bliżej się znajdowała jakiejś ulicy, tym więcej szczegółów mogła dostrzec, jeśli się czemuś dostatecznie przyjrzała. Już dawno powinni w tej okolicy zainstalować jakieś latarnie, które dawałyby światło i ułatwiały poruszanie się w mrokach nocy. Mijając zaułek Winifred nie mogła się powstrzymać, aby tam nie zerknąć. Ciekawość, co też za dziwne coś rzucono w to miejsce, była bardzo silna. To, co tam zobaczyła, wprawiło ją w jeszcze większe zdumienie niż szpada Cedricka w rękach szemranego handlarza.
Na żwirze leżał pobity do nieprzytomności Cedrick. Jego twarz była pokryta sińcami, okulary były stłuczone, a z zakrwawionych ust wyciekały dwie strużki, z których jedna spływała po szyi aż do kołnierza. Żadnych innych śladów Winifred nie zauważyła, ale mimo to Cedrick wyglądał bardzo źle. Co mu się stało? Kto mu to zrobił?
Ogarnął ją strach, że może on już nie żyje. Nie chciała, aby to wszystko tak się skończyło. Kucnęła przy nim i sprawdziła puls. Był słaby, ale był. Jakże ucieszyła się, że w tym małym ciałku tliło się jeszcze życie! Wiedziała jednak, że nie ma czasu do stracenia. Wzięła Cedricka na ręce, jak małe dziecko, podtrzymując przy tym jego głowę, i zastanowiła się przez chwilę nad jakimś miejscem, gdzie mogliby mu pomóc.
Doktor Markus Wilmut. Internista Doktor Markus Wilmut. Internista… – krążyło jej po głowie, kiedy próbowała sobie przypomnieć jak tam się szło. Świadomość uciekającego czasu nie pomagała jej w tym. Zaraz. Była wtedy koło posterunku. I teraz też była właśnie tam. Jak szedł Cedrick? Zamknęła oczy i przywołała to wspomnienie. Wspomnienie niziołka idącego prosto ulicą, a potem skręcającego w prawo. Teraz przypomniała sobie wszystkie szczegóły.
Ruszyła niepewnym krokiem przed siebie. Skręciła w prawy róg, który malował się pośród ciemności dość wyraźnie. Następnie zeszła ulicą w dół aż do przedmieść, które w mrokach nocy i bez ulicznego oświetlenia były o wiele mniej czytelne niż za dnia. Winifred wiedziała jednak czego szukać – bądź, co bądź pamiętała, że dom lekarza był jedynym w tej okolicy, który miał takie małe rozmiary.
Jakże się ucieszyła, kiedy w końcu się tam znalazła! Zapukała do małych drzwiczek i czekała. Drzwi zostały otwarte szybko, jakby ze zniecierpliwieniem. Markus miał też na twarzy uśmiech, jakby kogoś oczekiwał. Po ujrzeniu przed sobą elfki, zdziwił się nieco, a po krótkim przypatrywaniu się jej i zauważeniu nieprzytomnego Cedricka na jej rękach, spoważniał.
– Wejdź do środka – poinstruował ją.
Kategorie
Miłość van Hoovena

Miłość van Hoovena – rozdział 2

Advertisements
Nie mogła uwierzyć, że ten ogr śmiał wpuścić do jej pokoju jeszcze jedną osobę. Nie chciała go z nikim dzielić. Lubiła swoją prywatność. Poza tym…
– To przecież pokój dla jednej osoby! – argumentowała. – Chyba nie chcesz, aby pan… erm… – spojrzała w stronę Cedricka pytająco.
– Cedrick van Hooven – przedstawił się jej jeszcze raz.
– …aby pan van Hooven spał na ziemi? – dokończyła.
– Ten pokój jest dość duży, aby pomieściły się tam dwa łóżka – odparł barman. – Przed chwilą dodałem tam jedno.
– Ta sytuacja może doprowadzić do nieprzyjemnych plotek. Naprawdę nie masz nic innego? – zapytał Cedrick.
– Nie – odrzekł z uśmiechem ogr. – Wszystkie inne pokoje nie wchodzą w grę. Masz więc do wyboru ten pokój i spanie na dworze – pochylił się ku Cedrickowi i szepnął: – Zastanów się dobrze, niziołku. To może być najlepsza noc w twoim życiu.
– Proszę niczego nie insynuować – oburzył się, ale także szeptem Cedrick, po czym powiedział głośniej: – Skoro tak stawiasz sprawę, ogrze, daj mi mój bagaż i jakiś namiot, jeśli łaska.
Oberżysta wyciągnął spod lady bagaż Cedricka, podał go mu i na chwilę wyszedł tylnym wyjściem z gospody. Winifred spojrzała na Cedricka, który trzymał oburącz swoją walizkę i przyglądał się podłodze w zamyśleniu. Wydawał się przygnębiony, a ona znów poczuła wyrzuty sumienia, bo znów powiedziała coś, co pewnie sprawiło mu ból. Nie, nie mogła kazać mu spać na dworze. Nie po tym, czego się od niego dowiedziała.
Dlatego, kiedy tylko barman przyszedł, trzymając w rękach kilka żerdzi owiniętych tkaniną, i wyciągnął rękę, aby podać je Cedrickowi, Winifred nagle odepchnęła ją i oświadczyła stanowczo:
– Pan van Hooven namyślił się. Będzie u mnie spał, więc spadaj z tym namiotem.
Cedrick spojrzał na nią ze zdumieniem.
– Ależ, panno Winifred… co sobie pomyślą?
Ona zaś odpowiedziała mu uśmiechem i pochyliła się bardziej ku niemu:
– Nie martw się o to. Nikt tutaj nie dojdzie do żadnych niepożądanych wniosków. – Nagle spoważniała. – A ja nie mogę pozwolić, abyś spał na dworzu.
Cedrick zawstydził się na moment, ale po chwili na jego twarzy pojawił się uśmiech.
– Dziękuję, panno Winifred. Postaram się nie robić kłopotu.
Przez chwilę barman nic nie mówił, tylko przyglądał się ze zdziwieniem to Winifred, to Cedrickowi. W końcu z uśmiechem na twarzy, odwrócił się w stronę tylnych drzwi i powiedział:
– Skoro tak ustaliliście…
 
Cedrick zaczął się przygotowywać do snu w nowym łóżku. Nie różniło się od tego, w którym niziołek spędził poprzednią noc. Było równie twarde i równie śmierdzące. Sam pokój Winifred był pozbawiony jakiegokolwiek oświetlenia, więc panowała w nim granatowa ciemność, którą mącił jedynie wyglądający przez okno księżyc. Pod tymże oknem stała mała szafka z pustym, pękniętym u góry wazonem. Łóżko Winifred – która od razu położyła się spać, nie spoglądając na Cedricka i nie odpowiadając na jego słowa podziękowania – stało przy ścianie po lewej, gdzie zaczynał się już dach; łóżko Cedricka stało po prawej. Pod nim leżała jego walizka, jego okulary stały koło wazonu, a tuż obok niziołka, po stronie ściany spała jego szpada. Ale poza tymi kilkoma rzeczami nie było w pokoju elfki żadnych mebli. Cedrick nie znalazł też niczego, co mogłoby należeć do Winifred.
Cedrick był jej bardzo wdzięczny za to, że pozwoliła mu u siebie spać. Tak bardzo, że zastanawiał się nad wysłaniem jej kwiatów następnego dnia. Wiedział jednak, że Winifred odstąpiła mu swój pokój tylko dlatego, że nie miał gdzie spać i że powinien nazajutrz poszukać czegoś nowego.
Świadomość, że dziś śpi z nią w jednym pokoju, wprawiała go w dobry nastrój. Sam nie wiedział dlaczego, ale chciał, żeby ta chwila trwała w nieskończoność. Ta noc była jakby zawieszona w czasie, odizolowana od zewnętrznego świata. Oboje – Cedrick i Winifred – byli jakby dwiema rozumiejącymi się duszami. Poznawszy ją lepiej, żywił do niej nawet większe uczucie niż poprzedniego wieczora, kiedy ujrzał ją po raz pierwszy.
Nagle spoważniał. Ale co to właściwie było za uczucie? Sympatia? Zauroczenie? Coś więcej? A jeśli tak, to co wtedy? Ta myśl sprawiała, że nie potrafił zasnąć. Popatrzył w stronę Winifred. Elfka miała zamknięte oczy, ale nie był pewien czy spała, czy też dopiero zasypiała. Przyglądał się jej przez dłuższy czas. Powiedzieć, że była ładna było eufemizmem. Ona była piękna. Piękniejsza niż poprzedniego wieczoru. Jak mogła osoba o tak twardym charakterze kryć się za tak delikatnymi rysami?
Ciekawe czy ktoś kiedyś starał się o jej względy? Mimo swojego chłodnego obycia, niemożliwe było, aby Winifred komuś się nie spodobała. A może po prostu nie znalazł się nikt, kto byłby na tyle wytrwały, na tyle odważny albo na tyle sprytny, aby do niej dotrzeć. Teraz on – Cedrick van Hooven – był na dobrej drodze. W końcu otworzyła przed nim swoje serce i pokój. Nigdy wcześniej żadna kobieta nie zrobiła na nim takiego wrażenia jak ona.
Cedrick przekręcił się na drugi bok. Niziołek wiedział, że te myśli są niedorzeczne. Całkowicie naturalne przy pięknej kobiecie, ale jednak niedorzeczne. Nawet gdyby zechciała spojrzeć na niego i nawet gdyby była nim zainteresowana, ten związek nie przyniósłby im nic dobrego. Świat, w którym żyli, spoglądałby na nich z pogardą albo kpiną. Nie, jedynie przyjaźń wchodziła w grę, o ile w ogóle ich znajomość nie zakończy się po wyjeździe Cedricka z Denzy.
Nagle coś zaskrzypiało. W pierwszej chwili Cedrick pomyślał, że belki wydały ten dźwięk tak po prostu, ale zaraz znowu go usłyszał, a potem znów. Niewątpliwie ktoś wszedł do pokoju. Złodziej? Oberżysta? Pijak, który pomylił pokoje?
Cedrick chwycił ostrożnie szpadę i nasłuchiwał dalej. Ten ktoś nie szedł do jego łóżka, bo kroki nie stawały się głośniejsze. Trzeba było coś zrobić i to szybko. Nie wiele myśląc, Cedrick przeturlał się na drugi bok i stanął na ziemi. Nad łóżkiem Winifred pochylał się jakiś człowiek o przystojnym obliczu i w czarnym kubraku. Na widok niziołka ze szpadą, zamarł. Cedrick również się nie ruszał, w oczekiwaniu na jego ruch.
Tymczasem Winifred otworzyła szybko oczy, podniosła się z łóżka i od tyłu założyła intruzowi nelsona.
– A więc panicz chciał odebrać to, co wskutek swojej nieuwagi stracił – powiedziała złośliwie. Cedrick, widząc, że elfka daje sobie radę, schował szpadę i usiadł na łóżku.
– Elfuchu, przyszedłem po moje pieniądze – odezwał się intruz, szamocząc się, ale nie mogąc wyrwać z uścisku Winifred. – Nie wiesz nawet kim jestem i co mogę zrobić.
Cedrick podniósł ze zdumienia podbródek. Co tam, elfuchu? Okradłaś kolejnego przechodnia? – Słowa Chipswicka natychmiast mu się przypomniały. Czyżby to znaczyło, że Winifred była…?
Nagle człowiek przestał się wyrywać i spojrzał z uśmiechem w stronę Cedricka, który nie za bardzo wiedział, co powinien zrobić.
– To twój facet, elfko? Nieźle żeście się dobrali.
Winifred przycisnęła go mocniej.
– Lepszy od ciebie, draniu. A teraz wynoś się stąd, bo cię oskarżę o włamanie.
Puściła go.
Intruz oddychał ciężko przez jakiś czas, spoglądając to na Winifred, to na Cedricka. W końcu podszedł do drzwi. Przed wyjściem odwrócił się jeszcze za siebie i powiedział:
– Jeszcze cię dopadnę, elfuchu. Matthias Moon nie odpuszcza tym, którzy z nim zadzierają.
Zamknął z trzaskiem drzwi. Winifred położyła się z powrotem do łóżka, ale zanim jej głowa spoczęła na poduszce, elfka zobaczyła, że Cedrick siedzi na łóżku i patrzy na nią dziwnie. Ni to z pogardą, ni to z fascynacją. Po prostu jakby był w szoku. I nagle zdała sobie sprawę z tego, że właśnie dowiedział się czegoś, co mogło kompletnie zakłócić mu jej obraz. Dotąd myślał, że jest tylko elfką z marginesu i nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby parać się jakimś nielegalnym zajęciem. Winifred poczuła nagły przypływ chłodu. Musiała mu to wszystko wyjaśnić. Pokazać, że nie ma się czego obawiać.
– Jakoś trzeba zarabiać na życie – próbowała się usprawiedliwić. – Ty jesteś kupcem, a ja złodziejką. Inaczej nie umiem zdobywać pieniędzy.
Nic nie odpowiedział. Tylko patrzył na nią, jakby ze zmartwieniem i zmieszaniem.
– Słuchaj – zaczęła ze zdenerwowaniem. – Nie okradnę cię, nie martw się. Nigdy w życiu bym tego nie zrobiła. Nie po tym, co mi powiedziałeś i co zrobiłeś. Wiem, co myślisz, ale twoje mienie jest bezpieczne. Naprawdę.
– Rozumiem – powiedział powoli Cedrick. – Wierzę pani, panno Winifred. Nie ma co się nad tym rozwodzić. Lepiej pójdźmy już spać.
– Tak, śpijmy – zgodziła się Winifred.
Położyli głowy na poduszkach. Winifred jeszcze spojrzała w stronę jego łóżka. Cedrick odwrócił się twarzą do ściany. Wiedziała, że nie czuł się zbyt dobrze. Pewnie wciąż nie był przekonany co do prawdziwości jej zapewnień, ale ona nie miała mu tego za złe. Ktoś tak jak on nieprędko zaufa komuś takiemu jak ona. Byli nie tylko z różnych sfer, ale również różnych ras. A ona roiła sobie przez chwilę, że może być inaczej.
Sam Cedrick starał się spać i nie myśleć o tym, co się przed chwilą stało. Nie czuł się zbyt komfortowo, wiedząc, że kobieta, którą zdążył już polubić, była złodziejką. Jednocześnie chciał jej ufać, zawierzyć jej słowom. W końcu mogło się okazać, że była przyzwoitą złodziejką. Zamknął oczy w nadziei, że następnego ranka nie obudzi się bez grosza przy duszy.
 
Następnego dnia obudził się w pustym pokoju. Najwidoczniej Winifred wyszła tego ranka wcześniej. Cedrick sprawdził portfel. Był równie ciężki co przedtem. Walizka również wydawała się nietknięta, nie mówiąc już o szpadzie, która leżała na swoim miejscu. Odetchnął z ulgą. Mimo że wciąż istniała możliwość, że do kradzieży może dojść potem, czuł, że mógł ufać Winifred. Zwykle po kilku godzinach znajomości potrafił określić, czy może komuś zaufać, czy też nie. Można by powiedzieć, że to jego kupiecka intuicja.
Zaraz po śniadaniu, Cedrick poszedł do banku, aby wypłacić trochę pieniędzy. Spodziewał się, że jeszcze będzie potrzebował paru groszy. Na szczęście szybko udało mu się wytropić bank należący do sieci, w której miał konto. Wchodząc do środka, nie został rozpoznany. Klienci i personel ledwie zwrócili na niego uwagę, a zaraz potem wrócili do swoich zajęć.
Cedrick w milczeniu stanął na końcu kolejki i cierpliwie czekał. Zaczął się rozglądać po banku. Był to mały budynek z czterema okienkami, do których wiodły cztery, niezbyt długie kolejki. Drewniana podłoga była zniszczona, a przy ścianach znajdowały się krzesła. Na jednym z nich siedział jakiś niziołek i czytał gazetę.
Cedrick zamyślił się. Chciał jeszcze poszukać wolnego pokoju, a zaraz potem wstąpić do kwiaciarni i kupić jakiś kwiat, który zostawiłby w wazonie w pokoju Winifred. Tak w ramach podziękowań i pożegnania; aby pokazać, że będzie ją dobrze wspominał. Jeśli wtedy nie będzie zbyt późno, przejdzie się po mieście. Rzadko kiedy miał czas na zwiedzanie, a Denza była – mimo wszystko – malowniczym miejscem.
Nagle poczuł, że ktoś palcem stuka go w ramię. Odwrócił się z lekkim zaciekawieniem i aż się rozpromienił na widok niziołka o kasztanowych, kędzierzawych włosach i capiej bródce. Był ubrany bardzo elegancko, jak zawsze, kiedy nie musiał nikogo kroić. Miał na sobie brązową marynarkę, a pod szyją starannie zawiązaną aksamitkę.
Oba niziołki rzuciły się sobie w ramiona, po czym pierwszy odezwał się Cedrick:
– Witam, doktorze.
– Niech zgadnę: robisz tu interesy? – zapytał doktor.
– Tak, a właściwie skończyłem, chociaż…
Na moment się zamyślił. Chyba mógł stwierdzić, że również sprawa Winifred jest zamknięta.
– No? Co chcesz powiedzieć? – zainteresował się doktor.
– To nie jest nic ciekawego. Lepiej powiedz co ty tu robisz, Markus? – szybko zmienił temat Cedrick.
– Nic nadzwyczajnego. Mam tutaj małą praktykę – oświadczył doktor skromnie. – Na końcu miasta, ale i tak mam sporo klientów.
– To dobrze – odparł Cedrick.
Spojrzał na niego z lekkim niepokojem. Doktor Markus Wilmut był dobrym lekarzem i przyjacielem, ale miał jedną wielką słabość – był kobieciarzem. Nie potrafił powstrzymać się przy piękniej kobiecie i zawsze musiał spróbować ją uwieść. Czasem mu się udawało, czasem był wyśmiewany, czasem kończył spłukany w jakimś rowie. Cedrick zastanawiał się czy po latach wciąż miał tę słabość.
Zanim jednak cokolwiek powiedział, Markus sam przerwał ciszę:
– Skoro już załatwiłeś, co miałeś załatwić, może byśmy tak wpadli do jakiejś gospody i powspominali stare czasy?
– Niestety, muszę znaleźć sobie nowe lokum na czas pobytu tutaj.
– To może u mnie? – zaproponował Markus. – Mam jeden niewykorzystany pokój.
– A to nie będzie problem?
– Nie – doktor poklepał Cedricka po plecach. – Czuj się jak u siebie w domu.
– Dziękuję. Jeszcze jedna sprawa – dodał nieśmiało.
– Mów, przyjacielu – odparł z uśmiechem Markus.
– Muszę jeszcze wstąpić do kwiaciarni.
– O! – Na twarzy Markusa Wilmuta pojawił się figlarny uśmieszek.
– To podziękowanie dla pewnej kobiety, u której spędziłem poprzednią noc.
– Jeszcze lepiej – stwierdził Markus.
– To nie było to, co myślisz. Nie miałem gdzie spać, a ona mnie przechowała w swoim pokoju.
– Czy chociaż jest ładna?
– O, tak – odparł Cedrick i rozpromienił się. – Bardzo ładna.
– Rozumiem. Zapowiada się miły dzień – stwierdził Markus.
Przez jakieś dwadzieścia minut stali w kolejce, a potem Markus zabrał Cedricka do najbliższej kwiaciarni, gdzie jego przyjaciel wybrał jeden czerwony goździk. Następnie Cedrick zabrał doktora do „Sokółki”. Barman, widząc, że niziołek przyszedł z towarzyszem i kwiatkiem, lekko się zdziwił.
– To mój stary przyjaciel doktor Markus Wilmut – przedstawił go Cedrick (Markus ukłonił się grzecznie), po czym zwrócił się do Markusa: – To jest dobra osoba, która prowadzi tę gospodę.
– Miło mi poznać – powiedział barman.
– To może, kiedy ty będziesz załatwiał tę sprawę, z którą tu przyszedłeś, ja sobie tu usiądę i czegoś się napiję? – zapytał Markus.
– Możemy na to przystać – stwierdził Cedrick, po czym poinformował barmana: – Przyjacielu, dziękuję, że dałeś mi nocleg na te dwie noce, ale dzisiaj już muszę cię opuścić. Zostawię tylko ten goździk u panny Winifred i mnie nie ma.
– Miło było cię poznać, niziołku – powiedział ogr i uścisnął zza lady jego rękę. – Mam nadzieję, że tu jeszcze kiedyś wstąpisz.
– Kto wie? – Cedrick uśmiechnął się.
Barman dał Cedrickowi klucz do pokoju Winifred, a on szybko pobiegł po schodach na górę. Markus Wilmut usiadł przy ladzie i zamówił literatkę whiskey.
– Powiedz mi, przyjacielu – zagadnął oberżystę – cóż to za kobieta, u której stary Cedrick ostatnio spał?
Barman pokrótce, ale z przejęciem opowiedział, co zaszło zaledwie dwa wieczory temu. Słysząc o tym, że Cedrick pokonał w walce Chipswicka, Markus zaśmiał się pod nosem i odparł:
– Tak, te lata szermierki nie poszły na marne. – Nagle posmutniał i spojrzał na barmana. – Powiedz, dobra osobo, czy coś między nimi zaszło?
– Nie wiem, nie sprawdzałem, ale pewnie nie – zmienił temat ogr. – Aczkolwiek widziałem różne osoby w tym barze i powiem panu jedno: pański przyjaciel nie wydawał się być z tych, co bezwstydnie wchodzą kobiecie do łóżka, a Winifred nie jest z tych, które im na to pozwalają. Choć, prawdę mówiąc, chciałbym, aby jednak mieli się ku sobie. Tworzyliby całkiem ładną parę.
Markus chciał coś powiedzieć, ale ze schodów zbiegł Cedrick, trzymając w rękach wazon. Podbiegłszy do lady, poprosił o wodę. Barman odebrał od niego naczynie i na chwilę zniknął w tylnym wejściu. Wrócił z pełnym wazonem, który aż chlupotał od wody w środku. Cedrick podziękował i powrócił na górę, a Markus i ogr do rozmowy.
– Popatrz jak się męczy – ciągnął dalej barman. – Aż żal się robi faceta.
– Mężczyźni robią różne głupstwa, ale niektórym wystarczy chociaż pobieżne obcowanie z obiektem swoich uczuć. Myślę, że to Cedricka pierwszy raz. Ja w każdym razie nigdy wcześniej nie byłem świadkiem tego jak się zakochiwał.
W tym momencie Cedrick zszedł na dół, zadowolony z siebie i bez goździka.
– Zrobione!
– W takim razie idziemy. – Doktor wstał.
Rzucił na ladę zapłatę za drinka i obaj wyszli z „Sokółki”.
Kategorie
Miłość van Hoovena

Miłość van Hoovena – Rozdział 1

Advertisements
Sen przyszedł późno i przebudzenie też. Kiedy Cedrick van Hooven zszedł następnego ranka do głównej sali w gospodzie, aby zarezerwować pokój na dłużej, był już spory tłok. Niziołek przecisnął się do lady i wskoczył na nią, aby tym razem natychmiast zwrócić na siebie uwagę barmana. Udało mu się. Zaledwie barman się obrócił, na widok siedzącego na ladzie niziołka aż drgnął z zaskoczenia. Zaraz jednak poznał Cedricka i, wróciwszy do pracy, zagadnął go:
– Cóż cię sprowadza, niziołku?
– Chciałbym jeszcze na jakiś czas tu zostać. Mam tu coś do zrobienia na mieście.
– Hm, w takim razie dam ci, niziołku, inny pokój, gdyż ten, w którym już spałeś, został dziś przez kogoś zarezerwowany na tydzień.
– A czy ten drugi pokój będzie lepszy?
– Niespecjalnie, ale będziesz miał towarzystwo.
W tym momencie do lady dosiadła się Winifred. Serce Cedricka na moment zaczęło mu ciążyć na wspomnienie poprzedniego wieczora, jednak wziął się w garść, podniósł nogi w powietrzu i odwrócił się, aby stanąć na krześle. Dzięki temu jego głowa była mniej więcej na poziomie głowy elfki.

Zobaczywszy stojącego koło niej z uporem w oczach Cedricka, Winifred westchnęła głęboko. Myślała, że już się pozbyła tego niźka; że sobie odpuścił. Teraz był albo obrażony, albo gotowy, aby znów do niej uderzyć.
– Ciekawe którego słowa w zdaniu: „Nie interesują mnie miniaturki” nie zrozumiałeś, co? – powiedziała znudzonym i zrezygnowanym tonem.
– Z ciebie to jednak jest wiedźma, Winifred. Kiedy już ktoś stanął w twojej obronie, nawet mu nie podziękujesz – wtrącił się barman, a Winifred i Cedrick spojrzeli na niego. Winifred ze znudzeniem, a Cedrick chłodno.
– Uważaj co mówisz, ogrze – powiedział niziołek, lekko wysuwając z pochwy szpadę.
Barman na ten widok przełknął ślinę.
Winifred się zmieszała. Spojrzała na niziołka obok siebie. Fakt, potraktowała go dosyć podle. A on postąpił odważnie i to dla niej. Nigdy wcześniej nikt się nie wzburzył, kiedy nazwano ją „elfuchem”. Jednak niepokój o to, że inni mogliby pomyśleć o niej jak o bezbronnej, był silniejszy od wdzięczności. Bądź co bądź, do „elfucha” się przyzwyczaiła, a dopiero etykietka „słabeusza” była plamą na honorze.
– Nie musiał wcale stawać do tego pojedynku – odpowiedziała w końcu, spuszczając wzrok. – To nie wielkie pałace, a ja nie jestem rozpieszczoną królewną, aby się o mnie pojedynkować.
– Kobieta jest kobietą – odpowiedział Cedrick, a Winifred odwróciła się twarzą do niego. – Dobrze wychowany mężczyzna nie może pozwolić, aby przy nim obrażano kobietę.
– Takiś mądry, niziołku? – zakpiła elfka. – Rozejrzyj się. Spodziewałeś się, że w tym miejscu znajdziesz dobre maniery? Coś ci powiem: Wracaj do swoich przeklętych wyższych sfer, bo tu nie masz czego szukać.
Po tych słowach wstała i wyszła z gospody.
Cedrick zamówił coś do jedzenia, a po napełnieniu brzucha i oddaniu swojego bagażu na przechowanie do barmana, wyszedł.
Denza była małym miastem portowym, ale o ważnym znaczeniu handlowym. Tutaj przybywały najważniejsze statki ze wszystkich stron świata. Tutaj spotykali się zwykle kupcy stąd (czyli z Archemii) i z zagranicy, aby robić interesy. Tutaj można było kupić najnowsze hity sezonu z innych, bardziej prestiżowych w zakresie mody, krajów. Tutaj też pojawiały się pierwsze statki z niewolnikami z Ziem Dzikich.
Cedrick przechadzał się po porcie Denzy, który aż tętnił życiem. Sprzedawcy ryb i pamiątek krzyczeli na całe gardło, aby przyciągnąć klientów. Koło długiego molo, przy którym zakotwiczono liczne statki małe i duże, znajdowało się mnóstwo restauracji. Był też fotograf, który za pieniądze robił przechodniom zdjęcie przy wielkiej, wypchanej rybie.
Cedricka jednak nie interesowały żadne atrakcje, które Denza oferowała turystom. Miał być tutaj tylko jeden dzień, aby spotkać się z kilkoma klientami z zagranicy, ale nie wszystko udało mu się załatwić od razu pierwszego dnia. Głównie dlatego, że dwóch z trzech jego klientów odwołało w ostatniej chwili spotkania. Nabiegał się, bo choć teoretycznie wszystkie miejsca spotkań były niedaleko siebie, trudności ze złapaniem powozu zmusiły go do pójścia na piechotę.
Sam klient, który znał van Hoovena jedynie z prowadzonej z nim korespondencji i z opowiadań pośredników, zaczął się dziwnie zachowywać, gdy tylko zobaczył, kim jest jego kontrahent. Nie zaniżał ofert, ale jednak w jego oczach było coś jakby uczucie politowania (albo nawet – zażenowania). W jego gestach czuć było ten nienaturalny dystans między nim a Cedrickiem. Na szczęście firma van Hoovena miała zbyt dobrą reputację i zbyt wielkie zyski, aby jego rozmówca zdecydował się na zerwanie umów, a sam niziołek posiadał talent do negocjacji.
Nagle przeszedł koło jakiegoś statku, z którego w kajdanach wylewali się powoli i gęsiego niewolnicy. Wielkie skupisko zarośniętych twarzy krasnoludów, byłych mieszkańców Ziem Dzikich, a obecnie towaru, który miał trafić do prywatnych kopalni. Wychodzili ze statku i szli prosto za swoim ludzkim poganiaczem, mijając po drodze Cedricka, tak jak innych gapiów. Wszystkie krasnoludy były muskularne. Sprzedawcy niewolników wiedzieli, że do kopalni potrzebni są silni mężczyźni i kilka kobiet, które dotrzymywałyby im towarzystwa i rodziły nowych pracowników.
Cedrick odszedł. Spojrzał jeszcze ostatni raz w stronę niewolników, w których oczach odbijał się strach o własny los. Żałował, że nie był w stanie nic dla nich zrobić.
Teraz zmierzał na kolejne spotkanie w interesach. Idąc tak przez ulice Denzy, myślał przede wszystkim jak iść, aby się nie zgubić, jednak kiedy tylko natrafiał na zakątek znany sobie dostatecznie dobrze, aby się odprężyć, pozwolił swoim myślom krążyć swobodnie. Wtedy jego umysł znów powracał do zajścia poprzedniego wieczora. Ze słów Chipswicka promieniowała wręcz nienawiść do elfów. Nie on jeden uważał, że imigranci z Tayi niszczą Archemię i stanowią dla niej zagrożenie. O elfach mówiono, że są złodziejami, są brudne i zawszone, a ich pieśni mają ukryty przekaz, który każe młodzieży chuliganić i nie słuchać rodziców. Choć wiele elfów próbowała uczciwie pracować, dbała o higienę osobistą nawet bardziej niż niektórzy mieszkańcy Archemii, a ich pieśni były piękne, ale bardzo smutne, to i tak Cedrick wiedział, że ta wrogość wobec elfów miała swoje solidne podstawy. W końcu nie każdy tajański imigrant był po prostu biednym, ciężko pracującym i pozytywnie nastawionym do obywateli Archemii poczciwcem. Zdarzały się elfy, które rzeczywiście były zwykłymi kryminalistami i burzycielami spokoju.
A Winifred? Do której grupy ona się zaliczała? Cedrick pomyślał, że dobrze byłoby się czegoś o niej dowiedzieć. Powinien popytać osoby w gospodzie. Może gdyby zdobył jakieś informacje, zrozumiałby dlaczego elfka mu nie podziękowała. Po porannej rozmowie z Winifred, Cedrick miał nieodparte wrażenie, że to nie jego rasa była powodem jej niewdzięczności. Było w jej zachowaniu coś dziwnego, coś czego nie potrafił dokładnie określić. Być może duma. Być może jakaś stara krzywda. W każdym razie motywem jej działania było coś głębszego.
Jednak teraz nie było na to czasu. Teraz czekały na niego interesy.
 
Winifred rozglądała się za jakąś sakiewką do okradzenia, ale od wyjścia z gospody nie potrafiła się skupić. Wciąż myślała o niziołku i o tym, że go tak potwornie potraktowała. Po raz pierwszy od wielu lat miała wyrzuty sumienia. Głupi, niewdzięczny elfuch! – pewnie tak sobie teraz o niej myśli ten niziołek. Dlaczego musiał się o nią pojedynkować? Dlaczego nie zostawił jej w spokoju? Dlaczego w ogóle wszedł do tej przeklętej gospody, która nie jest dla niego? Przecież mogli go tam okraść, pobić i kto wie co jeszcze!
A ona, Winifred? Dlaczego ona musiała go nazwać miniaturką? Dlaczego zamiast tego nie powiedziała mu po prostu „dziękuję”? Jej rodzice i mistrz na pewno by ją nieźle zganili, gdyby to widzieli. Z drugiej strony widać było, że Winifred mu się podoba. Pewnie spodziewał się, że po pojedynku dostanie nagrodę w postaci całusa albo nawet czegoś więcej.
Myśl ta zmieniła nagle jej nastawienie do niziołka. Wszyscy faceci są tacy sami! Myślą tylko o jednym i zrobią wszystko, by to dostać. Pewnie niziołek chciał podbudować swoje ego, uwodząc pierwszą dziewczynę, jaką napotka w tej zapchlonej dziurze. Choćby nie wiadomo, co zrobił ten mały, Winifred nie ugnie się przed nim. Niech wie, że nie z nią takie numery. Być może nawet powinna dać mu jakąś nauczkę. Na przykład ukraść mu portfel. Wyglądał na całkiem majętnego…
Zaraz się zatrzymała. Nie, nie mogła mu tego zrobić. Nie mogła potraktować go tak jak każdego innego bogacza w Denzie. Już przez sam fakt, że stanął w jej obronie; że potraktował ją jak kobietę, nie bacząc na to kim była, powinien czuć się bezpieczny o swą kieszeń.
Nagle podniosła wzrok na ulicę przed sobą i zamarła. Przez chodnik, po drugiej stronie ulicy szedł ten, o którym właśnie myślała. Szybko otrząsnęła się ze zdumienia i schowała w zaułku za jakimiś drewnianymi skrzyniami, ale wystawiła odrobinę głowę, aby móc obserwować niziołka. Cedrick był ubrany w czarny garnitur i miał na głowie cylinder. Zatrzymał się przed wejściem do bardzo wykwintnie wyglądającej restauracji i podniósł głowę. Przez kilka sekund przyglądał się szyldowi, a potem wziął głęboki oddech i wszedł do restauracji.
Nagle zachciało jej się zajrzeć do środka. Wyszła ze swej kryjówki, przekroczyła ulicę i zajrzała przez szybę do wnętrza restauracji. Było wczesne popołudnie toteż stoliki nie były jakoś specjalnie zapełnione gośćmi. Szybko udało się Winifred odnaleźć swojego niedawnego obrońcę. Cedrick siedział tyłem do wejścia, przy stoliku umieszczonym koło ściany, i rozmawiał ze jasnowłosym człowiekiem ubranym w granatowy garnitur. Winifred nie widziała twarzy niziołka (właściwie siedział w tak kiepsko oświetlonym miejscu, że ledwie go widziała), ale zdążyła zauważyć, że trzymał w rękach jakąś kartkę. Po chwili położył ją na stoliku, tuż obok cylindra, i zaczął wskazywać na nią palcem, jednocześnie tłumacząc coś żywiołowo. Człowiek tylko przytakiwał, ale nie wydawał się zainteresowany.
Winifred mimowolnie przesunęła wzrok po pomieszczeniu i natychmiast zwróciła uwagę na to, że co poniektórzy ludzie i ogry w restauracji spoglądali z rozbawieniem na Cedricka i szeptali do siebie, jakby nigdy wcześniej nie widzieli niziołka w garniturze, rozmawiającego z człowiekiem.
Jednakże w pewnym momencie ów człowiek spojrzał w stronę szyby i nagle zdał sobie sprawę z obecności Winifred. Po chwili jego twarz przybrała surowszy wyraz. I choć szyba i odległość uniemożliwiały Winifred usłyszenie słów, które potem wypowiedział do towarzysza, domyślała się, co też do mógł powiedzieć na jej widok.
– Wszędzie się pętają te włóczęgi… Mogliby w końcu zrobić z nimi porządek.
Cedrick podniósł na niego zdziwiony wzrok, zdumiawszy się nagłą zmianą tematu. Mężczyzna tylko wskazał ruchem głowy szybę.
– Elfy. Tam stoi jeden z tych obdartusów.
Oczy Cedricka rozszerzyły się na dźwięk słowa „elf”. Choć wiedział, że oczekiwanie czegoś takiego byłoby niedorzeczne, od razu pomyślał, że elfem, którego zauważył jego klient, była jego nowa znajoma z „Sokółki”.
Widząc gest człowieka Winifred domyśliła się, co się zaraz stanie. Dlatego zanim zaalarmowany jego odpowiedzią Cedrick zdążył się odwrócić, ona szybko schowała się za ścianą. Kiedy niziołek spojrzał za siebie, niczego nie zauważył. Popatrzył nieco dalej na krajobraz roztaczający się na zewnątrz, ale tam też nie zobaczył żadnego elfa. Wzruszył ramionami i odwrócił się z powrotem do siedzącego naprzeciw niego kupca.
– Skoro już poruszyliśmy temat elfów – zagadnął człowiek – nie boi się pan, że sytuacja polityczna Tay nie wpłynie źle na pańskie interesy? Słyszałem, że posiada pan statki.
– Tak, ale moje statki nie interesują generała Tolby’ego – odparł Cedrick i rzucił swojemu rozmówcy lekki uśmiech. – Zwykle omijają tayańskie wody. – Odchrząknął i przeszedł do rzeczy: – No cóż… Wracajmy do interesów.
– Nie tak szybko, panie van Hooven– odparł jego gość i również się uśmiechnął. – Jeszcze nie przyniesiono nam przystawek.
Ukryta za ścianą Winifred znów zerknęła do środka. Cedrick i ogr nadal ze sobą rozmawiali. W obawie, że gość Cedricka mógłby ją znów zauważyć, Winifred wycofała się do zaułka i pozostała tam jeszcze przez chwilę, rozważając dalszą obserwację niziołka albo opuszczenie tej okolicy. W końcu jednak zdecydowała się odejść. Nie mogła zaryzykować niespodziewanego spotkania z nim.
 
Tego wieczora był piękny księżyc w pełni. Królował pośród małych gwiazd rozsianych po granatowym niebie. Cedrick siedział ze skulonymi kolanami pod drzewem tuż koło „Sokółki” i podziwiał go. Przed kilkoma godzinami zakończył długą i ciężką rozmowę z klientem. Na szczęście cały trud van Hoovena się opłacił i mógł się teraz pochwalić kolejnym biznesowym sukcesem. Teraz pozostał mu tylko jeden kontrahent toteż po opuszczeniu restauracji wysłał do swojego domu wiadomość, że musi załatwić „sprawę wysokiej wagi” i dlatego pewnie jeszcze jakiś czas pozostanie w Denzie. Jego służący na pewno zajmie się jego domem jak należy. Cedrick zawsze mógł na niego liczyć.
Tymczasem wielki, biały krąg na niebie, ten księżyc, pod którym dochodziło do wielu niezwykłych zdarzeń, wprawił Cedricka w tak dziwny nastrój, że mężczyzna mimowolnie zaczął śpiewać pod nosem starą piosenkę niziołków, którą wiele razy słyszał z ust swoich pobratymców.
Hej, pod księżycem całuj mnie,
Jak nie mogłaś we dnie;
Hej, pod księżycem całuj mnie,
Bo jeszcze nam zblednie!
 
Matka dała ci dziś wolne,
Abyś siała w nocy mak.
Bo jak nie zasiejesz maku
Pod księżycem, obok laku,
Mama będzie zła.
 
Mak pada na ziemię,
A spod ziemi – wielkie nieba! – wyskakuję ja.
Zbliżam się do ciebie,
Mama będzie zła.
 
Hej, pod księżycem całuj mnie,
Jak nie mogłaś we dnie;
Hej, pod księżycem całuj mnie,
Bo jeszcze nam zblednie!
 
Wyśniony przez cię, miła,
Wyrosłem z tego maku.
Pod księżycem, obok laku,
Stoję, byś mnie utuliła.
 
Jak tego nie zrobisz, trudno, tak być ma.
Wrócę skądm przyszedł i fujarka gra.
 
Hej, pod księżycem całuj mnie,
Jak nie mogłaś we dnie;
Hej, pod księżycem całuj mnie,
Bo jeszcze nam zblednie!
Śpiewał pod nosem tę piosenkę, nawet nie wiedząc dlaczego. Może dlatego, że była o księżycu i przypomniała mu się w tych okolicznościach. A może dlatego, że była o czymś przyjemnym. Obojętnie, co kazało mu ją zaśpiewać, jej pogodne zwrotki krążyły w jego głowie i wywoływały w nim jakąś dziwną radość. Jakże wspaniale było śpiewać coś tak wesołego w tak niewesołej rzeczywistości.
Winifred podeszła do drzwi „Sokółki” i położyła rękę na klamce, kiedy nagle doszedł do niej cichy śpiew niziołka. Sam Cedrick wciąż nucił swoją piosenkę, klepiąc ręką kolano w jej rytm i mając zamknięte oczy, całkiem pogrążony w tym cudownym uczuciu radości, jaka nim owładnęła. Dlatego też nie zauważył Winifred, która odwróciła się i była naprawdę zdziwiona tym, co zobaczyła. Nigdy nie myślała, że ten poważny niziołek mógłby tak błaznować. W dodatku była dzisiaj pełnia. Kto może śpiewać takie piosenki w tak melancholijną noc?!
Elfka odstąpiła od drzwi gospody i ruszyła w stronę niziołka. Stanęła tuż przed nim, zakrywając sobą światło księżyca. Kiedy jej cień padł na Cedricka, mężczyzna otworzył oczy i aż oniemiał na jej widok. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, Winifred – groźnie, a Cedrick – jakby z lękiem. Czekał aż elfka coś powie, ale ona tylko patrzyła na niego z góry, wydając mu się nagle strasznie wysoką. Tymczasem z gospody dochodziły odgłosy biesiady, które jednak wydawały się w tej chwili jakby nie docierać do dwojga prawie obcych sobie osób.
Winifred przykucnęła i usiadła tuż naprzeciw niziołka, wciąż mu się przyglądając. W jego oczach skrytych za szkłami okularów tliło się coś, co nie pozwalało jej przestać na niego patrzeć ani od niego odejść; coś, co przyciągało Winifred, hipnotyzowało ją w tym niepozornym niziołku. Nie była jednak pewna co to dokładnie było.
Cedrick skulił bardziej kolana. Wzrok Winifred kazał mu myśleć, że zrobił coś niestosownego. Pewnie odebrała zbyt dosłownie słowa piosenki i pomyślała, że on śpiewa to do niej. Chciał jej wszystko wyjaśnić, ale opanował go dziwny lęk, być może spowodowany nieśmiałością. Lęk ten sprawił, że słowa wyjaśnienia uwięzły mu w gardle i nie mogły się zeń wydostać, choć on bardzo tego chciał.
Nagle twarz elfki złagodniała.
– Co tu robisz? – przerwała w końcu ciszę.
– Śpiewam sobie – odpowiedział. Lęk w jednej chwili go opuścił. Mógł z nią swobodnie rozmawiać.
– A ta piosenka, którą śpiewałeś… – zagadnęła Cedricka, spoglądając na niego przenikliwie. – Jest tam taki kawałek, którego nie rozumiem. „Matka dała ci dziś wolne/Abyś siała mak/Bo jak nie zasiejesz maku/ …coś tam, coś tam…/Mama będzie zła”. Skoro dała jej wolne, czemu ta dziewczyna sieje mak?
– Och, to proste – odparł Cedrick i uśmiechnął się. – Jest taka stara tradycja niziołków, że w noc pełni księżyca panny, aby znaleźć męża, sieją mak. Podobno jeśli się jakiejś poszczęści, spod ziemi wyrasta chłopiec tylko dla niej, ale to zwykłe ludowe przesądy.
– Wy, niziołki, macie dziwne piosenki.
Cedrick zachichotał pod nosem.
– Nasze piosenki to pieśni przywiązanych do ziemi pastuszków i rolników, którzy wyrażali w nich radość życia silniejszą niż u kogokolwiek innego. Ja się wychowałem w mieście, ale mój ojciec zanim się tam osiedlił, był rolnikiem. Bardzo wiele czasu upłynęło, nim przestał mówić jak ktoś ze wsi.
Winifred zdziwiła się, że rozmawiał z nią tak otwarcie o swojej rodzinie. Uczono ją, że z obcymi nie należy dzielić się takimi rzeczami. Po części dlatego, że każde słowo zostałoby wykorzystane przeciw wyznającemu anegdotkę, a po części dlatego, że mówienie przypadkowemu przechodniowi o rodzinie było u elfów równoznaczne z obnażaniem się publicznie.
Ale to nie była Taya, tylko Archemia. Tutaj można było mówić co się chce i komu się chce. Zresztą czy po tym wszystkim co widziała, mogła nazwać tego niziołka obcym? Nie znała go dogłębnie, ale też nie mogła powiedzieć, że nie znała go w ogóle. Nagle zapragnęła mu coś o sobie powiedzieć. Coś co dawno temu przekazano jej jako ważną życiową naukę.
Winifred usiadła obok Cedricka, opierając się plecami o drzewo. Spojrzała na niego, po czym przeniosła wzrok na gwiaździste niebo i po krótkiej chwili milczenia powiedziała cicho:
– Mój ojciec mówił mi, że każdy naród ma duszę. Dusza narodu wyraża się poprzez tańce, które tańczy, opowieści, które snuje przez pokolenia, historię, którą tworzy, i pieśni, które śpiewa. Mówił mi też, że muszę nauczyć się rozumieć inne narody i postarać się, aby one zrozumiały mój. Przez długi czas nie myślałam o tym, ale dzisiaj mi o tym przypomniałeś, wyjaśniając mi piosenkę swojej rasy.
– Czy mogę więc dowiedzieć się czegoś o pani narodzie, panno Winifred? – zapytał, uśmiechając się delikatnie.
Ona wahała się przez chwilę, ale kiedy tylko spojrzała znów w te przyjazne oczy i zobaczyła to coś, westchnęła tylko głęboko, oparła się bardziej o drzewo, wzięła jakąś leżącą koło niej gałązkę i obojętnym wzrokiem zaczęła kręcić jej końcem o ziemię, mówiąc przy tym:
– Właściwie nie ma tu zbyt wiele do powiedzenia. Uciekamy do Archemii przed dyktaturą w naszej ojczyźnie. Nie pierwszą i nie ostatnią. Mamy nadzieję, że tutaj będziemy żyć normalnie, ale nie jest nam to dane. Gdziekolwiek przybędziemy, spotyka nas tylko niezrozumiała pogarda. Z powodu tych wojen, oderwania od ojczyzny i tych wszystkich rzeczy, które nas spotykają na obcej ziemi, nasze piosenki są smutne. Ogólnie my jesteśmy bardzo smutni. – Odwróciła się do niego, ale zaraz znów spojrzała przed siebie. – Większość z nas lubi się szczycić naszym smutkiem i naszą chlubną przeszłością. Czasami mam wrażenie, że czekamy na to, aż zdarzy się jakiś cud i to, co kiedyś przeminęło, do nas wróci. A wtedy pokażemy tym, którzy nas znieważyli, kim naprawdę jesteśmy.
– Odnoszę wrażenie, że nie podziela pani tych nadziei – powiedział Cedrick.
– Nie – zaśmiała się pod nosem. – Nie podzielam. Bo widzisz, niziołku, elfy, które je mają, trzymają się kurczowo marzeń o powrocie do minionej chwały, ale pozwalają, aby teraźniejszość przelatywała im przez palce. Marzą o chwale, ale nie robią nic, aby ich marzenie się ziściło.
– Ach, rozumiem – odparł Cedrick i znów się uśmiechnął. Zaraz jednak posmutniał. – Mój ojciec pewnie podzielałby pani zdanie. Nigdy nie pozwolił sobie na taką apatię. Czsami żałuję, że nim nie jestem.
Winifred spojrzała na niego. Jego oczy świeciły się pod natłokiem złych wspomnień, zarówno niedawnych, jak i tych bardzo odległych. W jego głowie szczególnie często powtarzał się jeden głos. Głos człowieka, którego prześmiewcze obelgi za każdym razem pozostawiały w Cedricku ten sam ból…
Niziołek westchnął i mówił dalej:
– Niziołek nie jest nikim godnym szacunku. Co prawda zapraszają mnie do towarzystwa, ale jestem kimś w rodzaju błazna. Całe życie zmagam się z kpinami, które czasem puszczam mimo uszu, a kiedy indziej uderzają one we mnie mocniej, niż broń przeciwnika w trakcie pojedynku. Kiedyś wróciłem ze szkoły zatroskany, bo koledzy mi dokuczali. Rodzice zapytali o, co chodzi, a ja odparłem: „Niziołki są do niczego i zawsze tak będzie.” Wtedy zdenerwowany ojciec złapał mnie za kołnierz i powiedział: „Niziołki są do niczego? W takim razie jak to się stało, że możemy sobie pozwolić na ten dom, na twoją szkołę, na te wszystkie luksusy? Dorobiłem się tego wszystkiego ciężką pracą. Zdobyłem to od zera i też nie było łatwo. Skoro jestem niziołkiem, a więc jestem do niczego, jak doszedłem tak daleko?”. Ja jednak nie mam tej determinacji, co mój ojciec. Mimo, że jestem dobrym kupcem i dobrym szermierzem, nie czuję satysfakcji z tego powodu.
Przez chwilę jeszcze siedział obok Winifred, która patrzyła na niego ze współczuciem, jakiego jeszcze przed paroma minutami do niego nie czuła. Nagle podniósł się na równe nogi i ze smutnym uśmiechem dodał:
– Przepraszam, zanudzam panią takimi głupotami, a czas mija. Chyba oboje powinniśmy się położyć. Zechce mi pani towarzyszyć w drodze to gospody?
Ona tylko przytaknęła. Ruszył z miejsca i skierował się do „Sokółki”. Winifred przez chwilę wodziła za nim wzrokiem, a potem powstała i pobiegła za nim do gospody. Dopiero w środku zobaczył, że Winifred i patrzy na niego z wyrozumiałością, jakiej wcześniej u niej nie zauważył. Widok ten nieco uspokoił jego zrozpaczoną duszę, rozkołysaną przez cały ból, który w sobie przywołał przy rozmowie z Winifred. Elfka szła tuż obok niego przez „Sokółkę” i przysiadła się do niego.
Zapytał barmana o wolny pokój, a ogr odpowiedział:
– Mam jeden specjalnie dla ciebie, niziołku. Będziesz musiał go z kimś dzielić, ale myślę, że będzie dla ciebie idealny – Ogr uśmiechnął się chytrze. – Numer 12, na drugim piętrze.
– Mój pokój! – aż wrzasnęła Winifred.