Recenzja: Iron Fist

Moje pierwsze zetknięcie z Iron Fistem miało miejsce w Mega Spidermanie. Danny Rand był tam jednym z członków drużyny Spidey’ego (pozostałymi byli Power Man, Nova i Biała Tygrysica), trenującej pod okiem TARCZY; i, szczerze mówiąc, podobała mi się bardzo jego postać. Danny wydawał się być człowiekiem, który już dawno osiągnął wewnętrzną harmonię i żyje w zgodzie z naukami zen, a poza tym dogaduje się całkiem dobrze z innymi, zwłaszcza z Lukiem Cage’m (czyli Power Manem). W drugim sezonie Mega Spidermana zaś każdemu członkowi drużyny Petera Parkera poświęcono jeden odcinek, wyjaśniający skąd się wzięły ich moce, i tak też dowiedziałam się o Kunlun i smoku Shao Lao, i polubiłam Iron Fista jeszcze bardziej.
Toteż, kiedy dowiedziałam się o Defenders i o tym, że jednym z seriali Netflixa, wchodzących w skład Marvel Cinematic Universe będzie właśnie Iron Fist, był to serial, na którego czekałam najbardziej (tuż po Daredevilu, rzecz jasna). Byłam ciekawa jaki będzie ten aktorski Danny Rand i jak zostanie przedstawione Kunlun, a wszelkie dalsze informacje, jakie otrzymałam na temat tego komiksowego Iron Fista tym bardziej zapalały mój entuzjazm.
A potem pojawiły się kontrowersje rasowe; a następnie różni ludzie, którzy obejrzeli pierwsze sześć odcinków udostępnionych dla krytyków, zaczęli wystawiać negatywne recenzje. To wszystko spływało po mnie jak po kaczce, a że mój mózg działa tak, że im bardziej negatywny odbiór, tym bardziej przy oglądaniu mam wrażenie, że są one przesadzone, byłam pewna, że mimo wszystko serial mi się spodoba. W końcu czekałam na Iron Fista bardzo długo i co komu szkodzi mieć nadzieję?
To, co dostałam, nie było, być może, takie złe jak to krytycy opisują, ale jednak trudno mi się nie zgodzić z ogólną opinią, że spośród wszystkich czterech seriali Marvela i Netflixa, Iron Fist jest zdecydowanie najsłabszy.

Do wieżowca firmy Rand wchodzi młody, zapuszczony człowiek, który podaje się za Danny’ego Randa, syna jednego z założycieli firmy. Rzecz w tym, że Danny dawno temu wyleciał wraz z rodzicami do Chin, ale ich odrzutowiec rozbił się w Himalajach. Toteż powszechnie uważa się, że rodzina Randów zginęła w katastrofie, a nagłe pojawienie się mężczyzny, który podaje się za Danny’ego, wzbudza zrozumiały sceptycyzm i niepokój. Prawda jest jednak taka, że tuż po katastrofie Danny został odratowany przez mnichów z mitycznego miasta Kunlun, które znajduje się poza czasem i dopiero raz na piętnaście lat otwiera się do niego portal. Nasz bohater trenował więc przez piętnaście lat kung fu, przesiąkł tamtejszą filozofią i nawet uzyskał moc skupiania chi w swoich rękach – tytułowej Żelaznej Pięści…
Niestety, jeśli chodzi o origin story Iron Fista, serial nie robi tego po bożemu, czyli częściej mówi o tym, co Danny przeżył, niż to pokazuje. A jak już pokazuje to głównie krótkie scenki, które jednak pomijają to, co najciekawsze. Nie uświadczymy tutaj, na przykład, smoka Shao Lao (i choć wiem, że może to być spowodowane przez budżet, to jednak szkoda). Jeśli chodzi o origin story, twórcy wydają się bardziej skupiać na tajemnicy śmierci Randów, do której – najwyraźniej – przyczyniła się Ręka.
Motyw Ręki został tutaj rozwinięty w o wiele lepszy sposób niż w drugim sezonie Daredevila. Tam był on zdecydowanie gorszy względem wątku Punishera, tutaj zaś nie tylko wydaje się naturalny (biorąc pod uwagę to, że jednym z głównych obowiązków Iron Fista jest bycie niszczycielem Ręki i chronienie przed nią Kunlun), lecz także pokazuje się nam, że jest to niejednorodna grupa i różnie się w niej podchodzi do pewnych rzeczy. Niemniej jednak Madame Gao, która jest jedną z przywódców Ręki i którą uwielbiałam w Daredevilu, tutaj nie jest… no, nadal sprawia wrażenie bardziej inteligentnej i lepiej rozkładającej karty niż większość jej przeciwników, ale w którymś momencie straciła sporo w moich oczach. Może to też sprawa tego, że w tym serialu gra większą rolę i w większych dawkach traci trochę swojej tajemniczości.
No, ale poza Ręką są jeszcze Meachumowie, czyli (teoretycznie martwy) najlepszy przyjaciel i partner ojca Danny’ego, Harold, i jego dwójka dorosłych dzieci – Joy i Ward – będąca prezesami firmy Rand. Przez pierwsze kilka odcinków Meachumowie próbują dowiedzieć się kim jest tajemniczy obdartus podający się za prawowitego dziedzica połowy udziałów firmy, i o ile Harold i Joy chcą się upewnić co do jego tożsamości, Ward woli się go pozbyć. Oczywiście, im dalej w las, tym bardziej okazuje się, że Rand prowadzi ciemne interesy, a Harold chce wykorzystać Danny’ego do swoich celów. Już w scenie, w której Harold i Danny spotykają się po raz pierwszy od wielu lat, widać, że patriarcha Meachumów gra dobrego wujka, wręcz figurę ojcowską, aby zdobyć zaufanie Danny’ego i zmanipulować go.
W ogóle wydaje mi się, że w tym serialu przewijającym się motywem przewodnim miała być dwulicowość. Joy gra nieugiętą, aby Rand nie wypłaciło odszkodowania ludziom poszkodowanym przez ich elektrownię. Harold wydaje się kochać swoje dzieci, ale prowadzi własną grę i wykorzystuje swojego syna do czarnej roboty. Ward ma również własne plany, które ukrywa przed rodziną. Danny spotyka mnóstwo ludzi na swojej drodze, wielu z nich ufa prawie od razu, ale niemal każdy z nich go w ten czy inny sposób zdradza.
Sam główny bohater boryka się z tym, kim ma być – Iron Fistem, czy Danny’m Randem – albowiem bycie pierwszym zakłada „śmierć” drugiego. Danny przybywa do Nowego Jorku, aby odzyskać dawne życie i dojść do tego, jak doszło do katastrofy samolotu… ale porzuca przy tym posterunek przy wejściu do Kunlun. Walczy o swoje dziedzictwo, walczy o prawo do zachowania swojej tożsamości, kiedy ugoda z Meachumami wymaga od niego zmiany nazwiska; walczy o to, aby dowiedzieć się prawdy o tragedii, która na niego spadła. Pod wieloma względami Danny postępuje samolubnie i czasem rzuca się bez namysłu w wir walki, ciągnąć za sobą innych. Podniesiony jest również znany nam z Daredevila dylemat – zabić złoczyńcę czy nie? – który jest o tyle istotny, że Iron Fist ma wręcz obowiązek zabijać członków Ręki.
W krucjacie Danny’ego pomagają mu Colleen Wing i Claire Temple. Colleen ma bardzo interesujący rozwój postaci… o którym nie mogę za wiele powiedzieć, aby nie zaserwować Wam spoilerów. Ważne jest jednak to, że jest pierwszym sprzymierzeńcem Danny’ego i choć najpierw jest to nieco wymuszone przymierze, po jakimś czasie zaczynają się ze sobą dogadywać i stają się partnerami. Z kolei Claire, która miała już do czynienia z trojgiem innych Obrońców i z Ręką, próbuje stanowić głos rozsądku. Wielkim zaskoczeniem jest też Jeryn Hogarth, która w Jessice Jonesbyła wyrachowana i chłodna, a tutaj nie tylko pomaga Danny’emu odzyskać firmę, nie tylko dbała o grób jego rodziny, ale ogólnie jest o wiele milsza.
Wielu ludzi narzekało na to, że adaptacja zainspirowanego filmami kung fu Iron Fista ma niezbyt porywające sceny walki. Przeważnie wszelkiego rodzaju potyczki oglądam z wyłączeniem mózgu, o ile nie zawierają również dialogu między postaciami albo czegoś poruszającego fabułę do przodu, toteż trudno mi było to ocenić. Niektóre sceny były interesujące, zwłaszcza, jak przeciwnicy Danny’ego próbowali obniżyć jego morale poprzez Wykłady Hannibala; no i w którymś momencie mamy przeciwnika walczące Stylem Pijanego Mistrza. Mimo wszystko przydałoby się więcej motywów z kina kung fu (skoro już Luke Cage korzysta z blaxploitation i potrafi czerpać z niego wszystkie najlepsze cechy gatunku, Iron Fist mógł zrobić to samo z filmami kung fu). Jedna rzecz, która mi się bardzo podobała to to, że w którymś momencie Colleen (której bronią z wyboru jest katana) walczy z jedną z wojowniczek Madame Gao, która to wojownicza posługuje się chińskim mieczem (krótki research dowodzi, że ów miecz zwie się jian). Tamta walka była dość interesująca, bo była jakby zderzeniem dwóch stylów szermierczych – chińskiego i japońskiego.
 
Iron Fistzachowuje pewne fantastyczne elementy mythosui ma nieco jaśniejszą stylistykę, ale ma podobną stylistykę jak reszta netflixowych adaptacji Marvela – nie stroni od obrazowej przemocy. Uświadczymy tam wiele brutalnych śmierci, a jeden z bohaterów po ujrzeniu martwego ciała ma potem krwawe wizje.
Kolejna sprawa – ciągnący się przez sześć pierwszych odcinków wątek firmy Rand. Rozumiem dlaczego niektórzy mogliby uznać go za nudne albo zbyt długie (zwłaszcza, że – umówmy się – nikt, kto czekał na ten serial, nie pisał się na sceny posiedzeń zarządu), niemniej jednak wydają się one istotne ze względu nie tylko na Meachumów, lecz także motyw Danny’ego walczącego o własną tożsamość. Mimo wszystko, na pewno chciałabym, aby poświęcono jeden z wcześniejszych odcinków na pełnoprawne origin story tak jak to było w przypadku Daredevila i Luke’a Cage’a, zamiast dawać nam skrawki porozrzucane po całym sezonie.
Kontrowersje rasowie… Daleki Wschód jest niewątpliwie bardzo obecny w tym serialu, i miejscami jest to pomieszanie z poplątaniem. Długo też myślałam nad tym, dlaczego określenie Danny’ego jako Białego Zbawcy, który „przywłaszcza” sobie cudzą kulturę, mi przeszkadza i doszłam do wniosku, że to dlatego, że w prawdziwym życiu mamy nie-Azjatów będących mistrzami wschodnich sztuk walki – ludzi, którzy poświęcają nieraz całe życie, aby uczyć się różnych stylów walki i osiągnąć w nich mistrzostwo. I też w Iron Fiście jest taka scena, w której Danny opowiada Joy o tym jak przebiegało jego szkolenie w Kunlun – że był to bezustanny trening, pełen bólu, potu i łez. W dodatku Danny – jako obcy – musiał pracować dwa razy bardziej, aby udowodnić swoją wartość. W żadnym momencie nie jest powiedziane, że Danny’emu opanowanie wszystkich tych technik przychodziło z łatwością; ba – nawet po zostaniu Iron Fistem ma on wyraźne braki, które wynikają z tego, że nie nauczył się w pełni kontrolować uzyskanej mocy. No i to zrozumiałe, że przesiąkł wschodnią kulturą, w końcu spędził w niej piętnaście lat.
Tak czy inaczej, jest to jeden z tych momentów, kiedy myślałam, że dany film lub serial wzbudzi we mnie entuzjazm, bo występuje tam bohater, którego lubię, ale ostatecznie tak się nie stało. Jak na razie moje zetknięcie z Obrońcami można podsumować tak: Daredevila pokochałam niemal od razu, za Jessiką jako bohaterką nieszczególnie przepadam, ale serial o niej – z obiektywnego punktu widzenia – jest bardzo dobrym thrillerem psychologicznym, Luke Cage wspaniale podchodzi do kwestii rasowych, a i sam bohater jest bardzo sympatyczny; natomiast Iron Fist, jak na razie, jest miałki i ledwo wywołuje u mnie jakiekolwiek emocje. Ostatni serial Netflixa był jednak rozczarowaniem.

 

Mimo wszystko nie mogę się doczekać samych Defenders i mam nadzieję na bromans między Danny’m i Lukiem, oraz na to, że Iron Fist będzie tam o wiele lepszym bohaterem niż w pierwszym sezonie swojego własnego serialu.

Recenzja: Seria Niefortunnych Zdarzeń (serial Netflixa)

Pamiętam, jak w 2004 czekałam na filmową adaptację Serii Niefortunnych Zdarzeń. Już wtedy siedziałam bardzo mocno w fandomie, żyłam książkami Snicketa i tajemnicą, w którą wciągały one swoich czytelników. Toteż jak tylko dowiedziałam się, że ma powstać na ich podstawie film, byłam podekscytowana. Każde kolejne materiały napawały mnie coraz większym entuzjazmem i nawet obsadzenie Jima Carrey’a w roli Hrabiego Olafa nie wydawało mi się znowu takie złe, biorąc pod uwagę to, że w pełnej charakteryzacji wyglądał tak jakby wyjęto go z okładki Przykrego Początku. Dużo, dużo później miałam wreszcie okazję filmową Serię Niefortunnych Zdarzeń obejrzeć i… zawiodłam się. To znaczy – niektóre elementy były całkiem fajne, zwłaszcza, jeśli chodzi o estetykę, mimo wszystko jednak była to jedna wielka porażka. Nie dość, że Jim Carrey okazał się być fatalnym Hrabią Olafem (bo, oczywiście, musiał wrzucić kilka tych swoich durnych wygłupów), to jeszcze, zamiast po bożemu adaptować jedną książkę na raz, Silberling postanowił wybebeszyć Przykry Początek i wsadzić Gabinet Gadów i Ogromne Okno w środku. I tak oto powstała adaptacja, która nie miała ładu ani składu.

Nic więc dziwnego, że kiedy Netflix ogłosił, że zamierza zrobić własną, tym razem serialową adaptację Serii Niefortunnych Zdarzeń, wielu fanów wiązało z nią bardzo wielkie nadzieje. Jeśli chodzi o przenoszenie książek na ekran, seriale mogą sobie pozwolić na nieco więcej, niż filmy. W serialu można poświęcić kilka odcinków na rozwijanie postaci i wątków; można też uwzględnić coś, co z braku czasu pewnie zostałoby odrzucone przez filmowców. Pojawiło się więc światełko w tunelu, bo być może dostaniemy wreszcie taką adaptację Serii Niefortunnych Zdarzeń, jaką sobie zamarzyliśmy.

Przyszedł więc piątek, trzynastego stycznia (data, oczywiście, nieprzypadkowa) i oto, co z tego wynikło.

Jak już mówiłam przy okazji niedawnego trailera, pierwszy sezon Serii Niefortunnych Zdarzeń składa się z ośmiu odcinków, po dwa na każdy z czterech pierwszych tomów. Od razu po piosence tytułowej (śpiewanej przez Neila Patricka Harrisa!) wita nas Patrick Warburton w roli Lemony’ego Snicketa i opowiada nam o trójce naszych protagonistów. Następnie mamy scenę na plaży pozwalającą nam się przyjrzeć charakterom Wioletki, Klausa i Słoneczka Baudlaire’ów, zanim pojawi się Fabuła i zniszczy rodzinną sielankę. Po tym krótkim wstępie Baudlaire’owie otrzymują na plaży wiadomość o tym, że ich rodzinny dom spłonął, a rodzice zginęli w pożarze. Przez kilka dni dzieci mieszkają u pana Poe, bankiera sprawującego pieczę nad ich majątkiem, a potem temu samemu panu Poe udaje się znaleźć im opiekuna w osobie Hrabiego Olafa i od tego momentu zaczyna się długa i pełna nieszczęść walka Baudlaire’ów o przetrwanie. A w między czasie mamy przerywniki w postaci zwracającego się bezpośrednio do widzów Lemony Snicketa i pewnego wątku, który zdaje się zmierzać w jedną stronę, ale pod koniec sezonu serwuje nam bardzo pomysłowy zwrot akcji.
Choć wcześniej wspominałam, że wolałabym, aby każdy tom był zaadaptowany na oddzielny sezon, teraz dochodzę do wniosku, że jest dobrze, tak jak jest. Po części dlatego, że mimo iż nigdy nie przepadałam za Tartakiem Tortur (bo Snicket uważał za istotne opisać bardzo dogłębnie jak on działa), chciałam zobaczyć tartak „Szczęsną Woń” na ekranie; a po części dlatego, że Netflixowi udało się zawrzeć fabułę czterech tomów w zgrabny i interesujący sposób. Odcinki ani się nie dłużą, ani nie są skrócone. Wszystko toczy się w swoim rytmie.

Tu i tam dodano również coś na temat występującego w przyszłych tomach stowarzyszenia WZS (właściwy element tajemnicy pojawia się dopiero w Akademii Antypatii, gdyż – z tego co pamiętam – Snicket nie wiedział, czy pierwsze cztery książki odniosą sukces i czy wydawca podpisze z nim kontrakt na kontynuację Serii Niefortunnych Zdarzeń). I choć w filmie wrzucanie WZS do fabuły mnie denerwowało, tutaj wydaje się być o wiele lepiej wykorzystane. Ba – twórcy pokusili się nawet o małe zapożyczenie z tegoż filmu i z lunet, które posiadają różni członkowie WZS, zrobili całkiem fajny gadżet.

Również wstawki ze Snicketem są bardzo dobrze zrobione. Jak mówiłam przy trailerze – nie przepadam za Warburtonem jako aktorem, ale jako narrator Serii Niefortunnych Zdarzeńjest całkiem interesujący, zwłaszcza, że często znajduje się w jakiejś scenie, ale nie jest zauważany przez inne postaci, co zapewne ma nam zasygnalizować, że to historia, którą Snicket relacjonuje i na którą nie ma wpływu. Jest też jedna rzecz, która mi się szczególnie podobała. Pod koniec drugiego odcinka Snicket kończy mówić do widzów i ucieka przez wyjście przeciwpożarowe, podczas gdy ktoś dobija się do drzwi jego mieszkania. Jest to całkiem fajne nawiązanie do różnych poszarpanych wiadomości, które Snicket niby to przesyła swojemu wydawcy (wydawca z kolei zamieszcza na końcu książki), informując go o tym, że ktoś go ściga, bo nie chce, aby prawda o Baudlaire’ach wyszła na jaw.
Od lewej do prawej – Presley Smith (Słoneczko), Malina
Weissman (Wioletka) i Louis Hynes (Klaus).

Sami Baudlaire’owie wychodzą całkiem nieźle. Co prawda w scenie na plaży dialog Klausa i Wioletki wydaje się dość sztuczny (jak na dwunastolatka i czternastolatkę wysławiają się za bardzo jak naukowcy), i widać, że obgryzająca kamień Słoneczko jest robiona w CGI, ale z czasem sierotki zaczynają zachowywać się jak na dzieci przystało, a Słoneczko nawet jest bardzo urocza (co więcej – najmłodsze z rodzeństwa Baudlaire’ów zyskało trochę więcej na osobowości, bo wypowiadane przez nie i tłumaczone na nasze zdania są nieco bardziej złośliwe, niż w książce).

Przez jakiś czas bohaterowie próbują jakoś sobie radzić, w sytuacji, w jakiej się znaleźni, myśląc, że życie z Olafem jest lepsze niż życie na ulicy, ale z czasem przekonują się, co on zamierza i postanawiają pokrzyżować mu plany.

Tak jak w książkach, nasi protagoniści muszą sami go powstrzymać, bo dorośli ich nie słuchają. I w tym serialu o wiele bardziej położony jest nacisk na to, że dorośli po prostu są zbyt skupieni na swoich problemach, aby zauważać, że coś jest nie tak. Mimo wszystko jednak są momenty, w których chce się zawołać: „Poe, ty tłumoku, ogarnij się wreszcie!” (tak po prawdzie, to pan Poe jest źródłem największych frustracji w tym serialu). Z drugiej strony pojawiają się jako-tacy sprzymierzeńcy Baudlaire’ów, którzy są nieco bardziej kompetentni.

Neil Patrick Harris jako Hrabia Olaf jest świetny. Odpowiednio diaboliczny, a zarazem odpowiednio charyzmatyczny. Zamiast klauna Carrey’a dostaliśmy czarnego charaktera, który rzeczywiście wydaje się zły do szpiku kości. Oglądałam Harrisa i ani razu nie wątpiłam w to, że jego Olaf jest zdolny do tego, aby kogoś zabić, zaszantażować, oszukać czy okaleczyć. Zresztą trudno się dziwić, skoro ten aktor grał tak moralnie dwuznacznego osobnika jak Barney Stintson, który ocierał się nieraz o geniusza zła. I ogląda się go z wielką przyjemnością, zwłaszcza, że jest kilka scen skupiających się tylko na nim i na jego planach.

Wiele postaci zresztą zyskuje w tym serialu dodatkową charakterystykę. Czasem jest to coś fajnego (jak poprzedni pomocnik Wujcia Monty’ego, Gustaw, działający w WZS, aby pokrzyżować Olafowi plany), czasem coś wnerwiającego (jak Sędzia Strauss bolejąca nad tym, że nigdy nie była matką), ale koniec końców wszystkie dodatkowe sceny, pokazujące na przykład to jak doszło do przydzielenia Hrabiemu Olafowi opieki nad Baudlaire’ami albo jak przebiegło ponowne spotkanie Olafa i doktor Orwell, ogląda się fantastycznie.

 

Scenografia i kostiumy zachowują tę typową dla Serii Niefortunnych Zdarzeń (jak również i kilku innych dzieł) retro estetykę, która z jednej strony sprawia, że trudno określić w jakiej właściwie epoce dzieje się akcja; a z drugiej zapiera dech w piersiach, bo wszystko jest odpowiednio mroczne, ładne czy dziwne. Jest nawet w pierwszym odcinku taka scena, w której rodzeństwo Baudlaire jedzie tramwajem na plażę, a obok mija ich straż pożarna, i jest to scena żywcem przeniesiona z pierwszej ilustracji Brada Helquista w Przykrym Początku.
Trafia się kilka utworów muzycznych, które wpadają w ucho, poczynając od piosenki tytułowej (z tekstem zmieniającym się w zależności od tego, którego tomu adaptacją jest dany odcinek), a na melancholijnej That’s Not How The Story Goes wieńczącej pierwszy sezon skończywszy (tę właśnie słuchałam najczęściej). Ba, Hrabia Olaf ma nawet villain song!
Wybaczcie, ale ta recenzja pisana jest z punktu widzenia kogoś, kto czytał książki i je uwielbiał. Ogólnie rzecz biorąc serial jest o wiele bardziej wierny materiałowi źródłowemu, do tego stopnia, że oglądając poszczególne sceny miałam te same myśli, co przy komiksowej adaptacji Koloru magii – „A faktycznie było coś takiego!” (choć nieraz myślałam też: „Tego na pewno nie było w tym tomie. Czy to nawiązanie do tych późniejszych książek, których nie zdążyłam przeczytać; czy może to jakiś wymysł scenarzystów?”). Tak czy inaczej jestem zachwycona.

 

Natomiast zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to historia dla wszystkich. Seria Niefortunnych Zdarzeń jest w wielu miejscach przerysowana i jednak opiera się na angście i czarnej komedii (a miejscami niektóre postaci mogą przyprawić o frustrację swoim zachowaniem wobec Baudlaire’ów). Mimo wszystko przez cały czas jesteśmy informowani o tym, że w tej serii nie czeka nas nic miłego i że nie możemy spodziewać się szczęśliwego zakończenia. I choć wszystkim polecam zapoznanie się tak z serialem, jak i książkami, liczę się z tym, że dla niektórych ciekawa estetyka i specyficzny humor to za mało.

Recenzja: Preacher (pilot)

Dominic Cooper zmęczony życiem.
Na początku tego roku wspominałam o tym, że jednym z seriali, na które czekam, to Preacher, będący kolejną próbą przeniesienia na mały ekran komiksu ze stajni DC. Co ciekawe, kiedy usłyszałam po raz pierwszy, o czym Preacher ma być (w pastora z przeszłością wstępuje istota nie z tego świata, a ten postanawia, wraz z irlandzkim wampirem i byłą dziewczyną, odnaleźć Boga, aby Mu wygarnąć), raczej nie zakładałam, że będę go oglądać. Potem jednak dowiedziałam się, że w rolę tytułowego kaznodzieja obsadzono Dominika Coopera, który grał Howarda Starka z lat czterdziestych, więc właśnie ze względu na tego aktora postanowiłam, że jednak dam temu serialowi szansę. Zwłaszcza, że pierwszy teaser sprawił, że zainteresowałam się samą fabułą. Niemniej, pozostał motyw wygarnięcia Bogu, o czym przypomniano mi w poprzednim tygodniu w oczekiwaniu na premierę pilota, toteż zaczęłam się nawet wahać. W końcu postanowiłam obejrzeć pilota i na tej podstawie zdecydować, co dalej.
I właściwie pierwszy odcinek Preachera zachęcił mnie do dalszego oglądania. Już samym swoim początkiem.


Preacher zaczyna się od sceny w kosmosie przywodzącej na myśl film klasy B. Przez naszą galaktykę przelatuje dziwny, zielonkawy dym, który trafia do Afryki, akurat jak pewien misjonarz prowadzi mszę. Ten dym to tajemnicza istota, która wstępuje w misjonarza, po czym rozsadza mu głowę. Następnie przenosimy się do Anville w Teksasie, gdzie nękany wspomnieniem śmierci swojego ojca pastora, Jesse Custer próbuje sam poradzić sobie w roli kapłana. Widać jednak, że mu nie wychodzi – wygłasza kiepskie kazania, jest zanudzany na śmierć opowieściami jednego z parafian, a on sam wydaje się nie słyszeć głosu Boga. W dodatku po miasteczku krążą opowieści o tym, co Jesse robił, zanim osiadł w Anville, nie mówiąc już o tym, że jego była dziewczyna i wspólniczka, Tulip, próbuje namówić go do powrotu. Tymczasem do Anville (zeskakując z samolotu!) przybywa wampir Cassidy, a tajemnicza istota z kosmosu krąży po świecie i zabija kolejnych kapłanów.
Odnoszę takie wrażenie (choć mogę się mylić), że postanowiono adaptować Preachera ze względu na sukces Daredevila. Oba seriale są bardziej brutalne od pozostałych adaptacji komiksów z ich rodzimych wydawnictw (Deadpoola nie liczę); oba mają motyw religijności głównych bohaterów i protagoniści obu seriali zmagają się z ciągotami do przemocy. Widać jednak, że w zamyśle Preacher miał być czymś podobnym do Constantine’a – urban fantasy o walce z demonami i ukrywającymi się wśród ludzi potworami.
Oczywiście jest też mowa o Wielkiej Wojnie, która Nadciąga, i tutaj serial wydaje się być nieco sztampowy w tego typu produkcjach. Widz ma się też zastanawiać, czy to, że Jesse Custer uważa, że Bóg go nie słyszy, to zwykły kryzys wiary; czy może ma to jakiś związek z Nadchodzącą Wojną.
Sam Jesse wyszedł interesująco. Miałam takie wrażenie, że zwyczajnie nie ma powołania – że jest pastorem tylko dlatego, że jego ojciec nim był (no i dlatego, że Jesse chce uciec od przeszłości), i sam nie posiada predyspozycji do bycia kapłanem. Zdaje sobie z tego sprawę, jednak mimo to próbuje spełniać swoją posługę – słuchać swoich parafian, być dla nich duchowym wsparciem, głosić Słowo Boże. A kiedy mały chłopiec prosi go, aby poturbował jego ojca-brutala, Jesse woli załatwić wszystko pokojowo, za pomocą prawa. Właściwie to w scenie, w której tłumaczy chłopcu, że przemoc może eskalować, widać po jego minie, że wie o czym mówi. Kiedy zaś już dochodzi do walki między nim a ojcem chłopca, możemy zaobserwować, że sprawia mu ona przyjemność. Dominic Cooper pokazał to wszystko fantastycznie, opierając się głównie na mimice twarzy.
I kiedy tajemnicza istota wreszcie wstępuje w naszego bohatera, nie robiąc mu przy tym krzywdy, łatwo się domyślić, że z jakiegoś powodu Jesse jako gospodarz, jej odpowiada. Zachodzi więc pytanie: czemu? Czy dlatego, że Jesse kryje w sobie ciemność, której nie mieli poprzedni kapłani, czy może dlatego, że ma on jakieś przymioty, które na razie pozostają przed nami ukryte? Na razie sama istota robi wrażenie złowieszczej, więc czuć, że zdarzy się coś niedobrego.
Ruth Nigga jako Tulip.
Była Jesse’ego, Tulip (również grana przez aktorkę znaną z MCU, Ruth Negga), wyszła interesująco. Trochę jak Elektra Natchios (w tym sensie, że jest ostrą, potrafiącą walczyć babką, która próbuje sprowadzić ukochanego mężczyznę z powrotem na złą drogę), ale jednocześnie nie brak jej takiego jakiegoś unikalnego wdzięku. Cała scena z dziećmi, które są świadkami tego jak zatłukła jednego faceta, nadaje jej charakteru. Właściwie Negga gra zupełnie inną kobietę niż Raina z Agentów TARCZY – Tulip jest bardziej ekstrawertyczna i częściej brudzi sobie ręce.
Joseph Gilgun jako Cassidy.
Z kolei Cassidy… no, Cassidy ma być typowym wygadanym i zadziornym gościem, który pojawia się w życiu głównego bohatera i z jakiegoś powodu uważa, że będzie zabawnie mu pomóc. Na razie nie wiem, czy go lubię, czy nie. Będę musiała zobaczyć jak się jego postać rozwinie w dalszych odcinkach.
Patrząc zaś na mieszkańców Anville, można zauważyć wiele takich typowych wyobrażeń na temat samych Teksańczyków – chodzących w kowbojskich kapeluszach, lubiących strzelać do wiewiórek gości, którzy kochają Południe i wszystko, co z nim związane. Jest nawet scena z wieczorną ustawką, kiedy to fani starej, rasistowskiej maskotki atakują nową, bardziej politycznie poprawną, a szeryf nie tylko nic nie robi, ale wręcz pochwala całe zdarzenie jako obronę starych wartości.
No właśnie, szeryf. Słyszałam, że coś ma z nim być. Właściwie już w pilocie sprawia wrażenie człowieka, który jest moralnie wątpliwy, chociażby przez to, że nie za bardzo pozwala zdeformowanemu synowi wychodzić z domu. Sam syn jest typowym outsiderem o dobrym sercu, który w dodatku lubi Jesse’ego, a Jesse lubi jego (choć widać, że też czuje się przy nim nieswojo).
W ogóle w serialu panuje duszna atmosfera, którą pogłębia sceneria spieczonego słońcem Teksasu. Wspominałam, że pierwsza scena przypomina film klasy B, ale jeżeli ktoś z Was widział dwa filmy Tarantino zatytułowane Grindhouse, to Preacher też do pewnego stopnia wyda im się znajomy. Oczywiście, nie ma tam zaginionych scen z ważnymi informacjami, ale są, na przykład, momenty, w których latają kreski niczym ze starego, niskobudżetowego filmu (i znów – kłania się pierwsza scena), a flaki Cassidy’ego wyglądają jak z kiepskiego horroru. Ja nie czytałam komiksowego Kaznodziei, ale z tego co widziałam, jest on utrzymany w takiej żółtawej kolorystyce, przywodzącej na myśl palące słońce; a postaci są narysowane bardzo szczegółowo, więc może quasi-grindhouse’owa stylistyka jest nawiązaniem do komiksu.
Jedno, co utrudniało mi cieszenie się z tego serialu, to sposób w jaki bohaterowie mówią. Nie chodzi tylko o slang, którym się posługują, ale też o akcent i tempo mówienia, które nieraz było tak szybkie, że nie rozumiałam połowy z tego, co zostało powiedziane. I szczerze współczuję wszystkim grupom translatorskim, które wezmą się za robienie do Preachera napisów.
Pamiętam jak pierwszy odcinek Constantine’a mnie nie porwał, chociaż wielu ludzi mówiło, że jest to serial lepszy niż jakakolwiek inna własność DC adaptowana dotąd w telewizji (czyli Arrow, Flash i Gotham). Pamiętam też, że śledziłam Constantine’a do odcinka przed wielkim hiatusem, a potem po prostu sobie darowałam, bo nie byłam zainteresowana, co działo się dalej. W przypadku Preachera chcę wiedzieć, co będzie dalej. Chcę się dowiedzieć czym jest to coś, co weszło do ciała Jesse’ego i co z tego wyniknie. Chcę się też dowiedzieć czegoś o przeszłości tytułowego kaznodziei i to nawet nie tej, przed którą uciekł do Anville.

 

Nie ma co – totalnie zamierzam ten serial oglądać, bo zapowiada się nieźle. Oby tylko utrzymał poziom w następnych odcinkach.

Recenzja: Jessica Jones

Daredevil porwał mnie swoim mrocznym tonem, ciekawym czarnym charakterem i wieloma innymi rzeczami, toteż poniekąd byłam ciekawa jak poradzą sobie inne seriale Netflixa i Marvela, będące build-upem do Defenders. Akurat w przypadku Jessiki Jones, przez długi czas nie byłam zainteresowana serialem o niej (po części też z powodu Krysten Ritter… ale o tym potem), jednak kiedy dowiedziałam się więcej o koncepcie jej postaci, wszystko się zmieniło. Czekałam na premierę, denerwowałam się ciągłymi zmianami terminów, aż wreszcie pod koniec listopada mogłam obejrzeć drugi serial Netflixa osadzony w Marvel Cinematic Universe.
I powiem szczerze, że – tak jak DaredevilJessica Joneswciągnęła mnie niemal od samego początku.

Jessica Jones – prywatny detektyw z supersiłą i problemami alkoholowymi – pewnego dnia dostaje zlecenie od zatroskanych rodziców Hope Schlotmann, która zaginęła i nie daje znaków życia. Prowadząc śledztwo w sprawie Hope, Jessica odkrywa, że dziewczyna padła ofiarą Kilgrave’a – złoczyńcy obdarzonego mocą kontroli umysłów, którego ofiarą padła kiedyś sama pani detektyw. Sprawy komplikują się i Jessica – wraz z najlepszą przyjaciółką Trish, prawniczką Jeri Hogarth, barmanem Lukiem Cage’m i kilkoma innymi osobami – musi udowodnić istnienie kogoś takiego jak Kilgrave i doprowadzić do jego aresztowania. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że Kilgrave ma obsesję na punkcie Jessiki i chce ją sobie znów podporządkować. Jessica ma więc ciężki orzech do zgryzienia – musi zapobiec tragedii i pokonać swój największy koszmar.

 

Ten serial zaczyna się jak film noir (Jessica nawet prowadzi narrację w stylu detektywów z tego typu produkcji), ale szybko zmienia się w trzymający w napięciu thriller psychologiczny. Jest mroczny tak jak Daredevil, jednak w przeciwieństwie do swojego poprzednika, sprawił, że w wielu miejscach poczułam się naprawdę nieswojo (zwłaszcza w szóstym odcinku).

Spora w tym zasługa głównego antagonisty. Kilgrave jest psychopatą, który potrafi jednym zdaniem sprawić, że ludzie zrobią absolutnie wszystko – oddadzą mu marynarkę, wejdą do szafy i będą tam siedzieć niezależnie od własnych potrzeb fizjologicznych; a nawet zabiją siebie lub innych. W dodatku Kilgrave chce zdobyć kontrolę nad Jessiką, przekonać ją, żeby do niego wróciła, bo inaczej inni za to zapłacą. Serial w umiejętny sposób pokazuje nam pełnię grozy, zarówno bycia pod wpływem kogoś o takiej mocy, jak i bycia kimś, na punkcie kogo ktoś taki ma obsesję. Dlatego chcemy, aby Jessica go jak najszybciej powstrzymała.

Przemoc – fizyczna, emocjonalna i psychiczna – wydaje się być zresztą motywem przewodnim Jessiki Jones. Relacje między główną bohaterką a jej nemezis są jedną wielką metaforą przemocy emocjonalnej, gwałtu i toksycznego związku, zarówno jeśli chodzi o zachowanie Kilgrave’a, jak i spustoszenia psychiczne, jakie pozostawia ono na Jessice. Z drugiej strony mamy Trish, która była młodocianą gwiazdą i w zasadzie była wykorzystywana przez swoją matkę do zarabiania pieniędzy; a z zeznań Wendy, żony Jeri, dowiadujemy się, że prawniczka wielokrotnie znęcała się nad nią słownie. (W pewnym momencie wydaje się, że także sam Kilgrave był ofiarą przemocy w rodzinie.)

Co zaś się tyczy samej głównej bohaterki, ma ona wiele cech klasycznego detektywa z czarnych kryminałów – jest cyniczna, złośliwa i temperamentna, a do tego ma za sobą smutną przeszłość (śmierć rodziny w wypadku, który dał Jessice supermoc; życie z Trish i jej matką, a wreszcie związek z Kilgrave’m)… jednakże jest też opiekuńcza wobec Trish, chce pomóc Hope i każda ofiara Kilgrave’a jest dla niej kolejnym ciosem.
I Krysten Ritter jest w tej roli niesamowita.
No właśnie, obsada. Od razu powiem, że ja Krysten Ritter znałam wcześniej głównie jako słodką idiotkę z Wampirzyc (tak na marginesie – fajny film, sprawdźcie go) i też w vlogu ERoda, z którego dowiedziałam się, że ma ona zagrać Jessikę Jones, wykorzystane zostało zdjęcie, na którym wyglądała właśnie jak taka słodka idiotka. Ale późniejsze zdjęcia z planu przekonały mnie, że nie będzie kimś takim w Jessice Jones.
W tym serialu zresztą grały dwie aktorki, za którymi zwyczajnie nie przepadam i które mnie irytują, ilekroć je widzę. Pierwszą z nich jest Rachael Taylor, grająca Trish, a drugą – Colby Minifie w roli będącej w kazirodczym związku sąsiadki Jessiki, Robyn. I o ile Trish jako postać daje się jakoś oglądać (zwłaszcza, że między nią a Jessiką jest chemia), o tyle Robyn nadal pozostaje wkurzająca (co pewnie było do pewnego stopnia zamierzone, choć jej późniejsze zachowanie ma jakieś tam uzasadnienie).
Carrie-Ann „Trinity” Moss w roli Hogarth i David Tennant w roli Kilgrave’a wyszli świetnie. Moss wydaje się być stworzona do grania tak zepsutej postaci jak Hogarth. Już sama jej prezencja nasuwa na myśl kogoś, kto trzyma emocje na boku i jest bezwzględny. Kilka osób określa Hogarth jako odstręczającą i z czasem podzielamy ten sentyment.
Za to Tennant najwyraźniej świetnie się bawił w roli tak potwornej postaci, jak Kilgrave. Ma w sobie pewne manieryzmy Dziesiątego Doktora, jednak jego dziecinne zachowanie stanowi niesamowity kontrast do tego, co każe robić swoim ofiarom. Dzięki aktorstwu Tennanta ma się wrażenie, że Kilgrave’a nikt i nic nie obchodzi, poza nim samym, i że ma on przekonanie o słuszności swoich roszczeń.

Luke Cage jest tutaj bohaterem szczególnym. Jego solowy serial ma się pojawić w tym roku, jednak ponieważ w komiksach on i Jessica zostają parą, a potem małżeństwem, w tym serialu mamy taką małą podbudowę pod tę relację, a także przedsmak Luke’a jako postaci – byłego więźnia, który na skutek eksperymentów zyskał supersiłę i supertwardą skórę. Podoba mi się to, że grany przez Mike’a Coltera Luke jest raczej spokojnym człowiekiem, który próbuje ułożyć sobie życie, ale ciągle napotyka przeszkody z zewnątrz.

(Tak nawiasem mówiąc, to wychodzi na to, że na razie nie widzieliśmy jeszcze tylko Danny’ego Randa, czyli Żelaznej Pięści, a tak to mamy ogólny zarys Defendersów ogarnięty).

Jessica Jones ma jednak pewną wadę, która może nie byłaby taka wielka, gdyby nie wcześniejszy Daredevil i to, co słyszeliśmy przed premierą Jessiki, a mianowicie – obiecano nam, że Claire Temple będzie występować we wszystkich serialach z członkami grupy Defenders (a i sam Matt Murdock miał zaliczyć cameo w ostatnim odcinku Jessiki Jones). Claire, oczywiście, się pojawia, ale tylko w jednym odcinku, co w porównaniu z jej rolą w Daredevilu, jest niemalże degradacją (no, a Diabeł z Hell’s Kitchen nie pojawia się w ogóle).
Poza tym za każdym razem, kiedy Jessica stwierdzała, że potrzebuje pomocy prawnika, dla ludzi, którzy oglądali Daredevila, wydawało się sensowne, aby zwróciła się do kancelarii „Nelson & Murdock”. Przecież, w przeciwieństwie do Hogarth, Matt i Foggy mają sumienie, i do tego jeszcze specjalizują się w obronie najuboższych. To byłby taki fajny moment, aby Jessica i Matt się spotkali… ale najwyraźniej producenci planują coś lepszego na przyszłość.
Motyw Robyn i Rubena też był taki… dziwny. Mogłabym przeżyć bez twincestu, zwłaszcza, że Ruben sprawiał wrażenie mało rozgarniętego, a Robyn – jak już mówiłam – wkurzała mnie niemiłosiernie.

 

Tak czy inaczej, Jessica Jones trzyma poziom ustanowiony przez Daredevila, i choć jak dotąd Matt Murdock pozostaje moim ulubieńcem, to i tak trudno mi przejść koło Jessiki obojętnie. Nie jestem też pewna, czy Wilson Fisk nadal jest najlepszym czarnym charakterem w MCU, bo Kilgrave był niemalże równie fantastyczny, będąc przy tym całkiem różny od przyszłego Kingpina. Zresztą, tak jak Daredevil, Jessica Jones ma świetną czołówkę. Tak więc jestem bardzo ciekawa, jak będą wyglądać seriale o Luke’u Cage’u i Żelaznej Pięści; i jak się będą wpasowywać w tonację swoich poprzedników.

Recenzja: Batman (książka Craiga Shawa Gardnera)

Uwaga! Recenzja zawiera spoilery do Batmana z 1989.

Kiedy padają słowa „adaptacja”, „książka” i „film”, zakładamy, że chodzi o filmową adaptację książki. W rzeczy samej, literatura od zawsze była inspiracją dla kinematografii i dzisiaj każda bardziej popularna powieść prędzej czy później doczekuje się filmu (a nawet serii filmów) na swojej podstawie. O wiele trudniej wyobrazić sobie sytuację odwrotną – że jakiś film zostaje zaadaptowany w formie książkowej (no, chyba, że jest to kreskówka… chociaż takich książeczek będących ilustrowanym streszczeniem jakiejś animacji też dawno nie widziałam). Jednakże, wbrew pozorom, ma ona miejsce. Wszak trylogia Powrót do przyszłościdoczekała się książkowych adaptacji, które (w przeciwieństwie do serialu animowanego i Back To The Future: The Game) są uznawane przez Roberta Zemeckisa i Boba Gale’a za kanoniczne, a nie za alternatywną rzeczywistość (jak wyżej wymienione dwa utwory).

I tak oto przechodzimy do dzisiejszej recenzji bardzo dziwnego tworu literackiego, którym jest BatmanCraiga Shawa Gardnera. Dziwność ta nie oznacza, że z książką jest coś nie tak, ale no, popatrzcie tylko – mamy tutaj powieść na podstawie filmu Tima Burtona z 1989, który z kolei był ekranizacją komiksów (czy też raczej przeniesieniem na ekran konceptu komiksowej postaci). Ktoś przyzwyczajony do tego, że Batman występuje w mediach wizualnych, może być zdumiony, że istnieje dzieło, w którym Mroczny Rycerz, jego wyczyny, miasto i przeciwnicy są opisywane, a nie pokazywane.

Niemniej jednak ta książka powstała – była częścią marketingu promującego film Burtona, a podjął się jej autor, który zwykle pisze parodie heroicznego fantasy, ale ma też na koncie kilka podobnych projektów (między innymi wspomniane powieściowe adaptacje Powrotu do przyszłości). Jak więc Craigowi Shawowi Gradnerowi udało się odwzorować gotycki klimat Burtona i postać Batmana?

Zacznijmy od tego, że literatura jako medium ma pewną szczególna zaletę – w powieści można wejść do głowy postaci. Można opisać słowami myśli, uczucia i wrażenia bohatera w jakiejś sytuacji, co nie zawsze jest możliwe w przypadku filmu, który opiera na zdolnościach aktorów, scenarzystów i reżyserów (nie twierdzę, że to źle, ale są rzeczy, których mimika i ujęcia kamery nie przekażą, a narracja przekazuje z łatwością). Literatura właściwie wymuszaprzyjmowanie perspektywy bohatera, a to z kolei daje jakiś szerszy wgląd w jego psychikę i stan emocjonalny.
Książka Gardnera korzysta niejako z tej przewagi i właściwie sceny z filmu przedstawiane nam są w niej z perspektywy konkretnych postaci. Raz jest to Bruce Wayne, raz Vicki Vale, raz Alexander Knox, raz Joker… o przepraszam… Dżoker…
Na przykład, tak komisarz Gordon widzi nowo mianowanego prokuratora generalnego Gotham, Harveya Denta:
Nowy prokurator był wysoki i szczupły. Wyglądał jakby urodził się po to, aby nosić eleganckie garnitury. Jego brązowa skóra błyszczała w światłach. Gordon uznał, że to jeszcze jedna rzecz, która powinna go cieszyć, bo Dent będzie się świetnie prezentował w telewizji – znacznie lepiej niż komisarz w średnim wieku, z nadwagą i przygarbioną sylwetką.

 

Z kolei podczas pościgu w Axis Chemicals Company, Jack Napier ma takie myśli:
Grissom ma w rękach policję. Policja próbuje dostać Jacka. Zamiast tego Jack dostanie Grissoma. Napier uśmiechnął się. Co za zabawny układ! Wszystko było grą.
Czy tańczyłeś kiedyś z diabłem w bladym świetle księżyca?
Maszyny, kule, krzyki i opary. Jeszcze nie był wolny. Jeśli się z tego nie uwolni, nigdy nie dostanie Grissoma. A to by było niesprawiedliwe.
To jest coś więcej niż gra, pomyślał. To jest wielki, nie kończący się żart.
Gardnerowi udaje się w miarę dobrze wykorzystać atut, który daje mu medium. Niewątpliwie największą zaletą jego książki jest to, że oglądamy sceny z filmu oczami jego bohaterów, co wzbogaca fabułę. Możemy się przekonać jakie myśli przychodzą do głowy Vicki Vale, kiedy śledzi Bruce’a od miejsca, w którym zginęli jego rodzice; jakie przeczucia ma przyszły Dżoker podczas pierwszej potyczki z Batmanem, która zakończyła się jego „śmiercią”; albo jakie uczucia targają Bruce’m Wayne’m, kiedy wspina się po schodach katedry na ostateczną walkę z Dżokerem.
Ponadto jeżeli oglądaliście filmik Nostalgii Critica o rzeczach, które można przeoczyć w Batmanie Tima Burtona, forma literacka dzieła Gardnera zwraca uwagę na wiele z tych rzeczy z tej prostej przyczyny, że zawiera je w opisie. Miejsce dla Bruce’a Wayne’a podczas początkowej konferencji prasowej jest puste? Bum! – w książce Gardnera komisarz Gordon ubolewa nad tym, że milioner się nie pojawił. Prezenterzy po wypuszczeniu trujących kosmetyków wyglądają na zapuszczonych? Voila – u Gardnera jest scena, w której Batman ogląda wiadomości w telewizji i kilka zdań poświęconych jest fizjonomii obojga prowadzących. (I znów – to nie to, że subtelność jest zła, a odkrywanie rzeczy przy ponownym oglądaniu nie sprawia frajdy.)

Poza tym – jak to bywa z adaptacjami – pewne sceny zostały usunięte, a inne dodane. Scena, w której Bruce i Vicki jedzą kolację w kuchni, słuchając opowieści Alfreda, nie przeszła do książki Gardnera, za to we fragmencie, w którym Vicki i Alexander Knox oglądają nagłówek z gazety informujący o śmierci Wayne’ów, fotografka zwraca uwagę na to, że na zdjęciu mały Bruce przytula się do młodszego komisarza Gordona (coś, co pojawia się w wielu wersjach origin story Batmana – Jim Gordon był policjantem wezwanym do zbadania miejsca zbrodni i do porozmawiania z właśnie osieroconym Bruce’m). Również fakt, że banknoty, które Dżoker rozdaje podczas parady, są fałszywkami z jego podobizną (scena, która została wycięta z oryginału), pojawia się w powieści.

(Osobiście podoba mi się to, że w którymś momencie opinia publiczna podejrzewa, jakoby Alexander Knox był Batmanem. Nie powiem, jak do tego dochodzi. Rzecz w tym, że my wiemy, że to nieprawda, Gordon wie, że to nieprawda, większość Gotham wie, że to nieprawda, ale tak jakby wszystko na to wskazuje, więc jest dziwnie.)
Jest jednak pewien problem, który mam z tą książką. Wynika on z mojej subiektywnej perspektywy. Bo widzicie, tak się składa, że ja nigdy wcześniej nie widziałam pierwszego BatmanaBurtona od początku do końca (może jak byłam mała, ale nie pamiętam; z kolei Powrót Batmana widziałam kilka razy, bo mi się po prostu bardziej podobał), najwyżej we fragmentach. Dlatego po przeczytaniu powieści Gardnera, obejrzałam wreszcie film Burtona w całości, tak dla porównania, i fakt, że najpierw czytałam książkę, wpłynął na mój odbiór oryginału.
Na przykład scena, w której Vicki śledzi Bruce’a, a potem, na głównym placu Gotham pojawia się Dżoker, jest napisana w taki sposób, że wydaje się bardzo dramatyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o emocje malujące się na twarzy milionera odwiedzającego miejsce śmierci swoich rodziców, a potem idącego przez szalejącą strzelaninę (to nie jest powiedziane wprost, ale jest zasugerowane, że kiedy wokoło latają kulę, Bruce jest oniemiały, bo przypomina sobie o swojej życiowej tragedii). A kiedy doszłam do niej w filmie, Michael Keaton wydawał mi się taki jakiś bez wyrazu, wręcz drętwy. Nie widziałam tego małego chłopca, którego widziała w Brucie książkowa Vicki Vale. Kiedy indziej, gdy Dżoker spotyka się z Vicki w muzeum i pokazuje jej swoje „dzieło”, czyli oszpeconą twarz swojej byłej kochanki, opis wygląda tak:
Lewa strona jej twarzy była całkowicie normalna. Skóra na prawym policzku była wypalona aż do mięśni, mięśnie zaś wyżarte kwasem aż do kości.

Tak więc oglądając tę scenę, czekałam, aż Alicja ściągnie maskę i zobaczę ten straszny widok, a to, co zostało mi pokazane, nie było nawet w połowie tak okropne, jak zapowiadał książkowy opis.

Powieść ma jednak swoje własne problemy. Jednym z nich są powtórzenia. Oczywiście, ci co widzieli film Burtona, wiedzą, że na przyjęciu w Wayne Manor Vicki i Knox nie wiedzą, kim jest postać grana przez Michaela Keatona i biorą go za po prostu jednego z gości, przy okazji wypowiadając kąśliwe uwagi pod adresem samego Bruce’a, aż do momentu, w którym on nonszalancko nie zdradza swojej tożsamości. W książce Gardnera, dopóki nie następuje to wielkie odkrycie, Bruce nazywany jest „mężczyzną w smokingu” albo „facetem w smokingu”, co po jakimś czasie robi się już trochę męczące. Z kolei za każdym razem, kiedy pomocnik Dżokera, Bob, robi coś, co zadowala jego szefa, pojawia się zwrot „Bob – dobry, stary Bob…”. Oczywiście, to taka konwencja, mająca na celu oddać myśli Jacka Napiera, ale z czasem wychodzi sztucznie (zwłaszcza, że chyba kilka razy została powtórzona na jednej stronie).
No i odniosłam takie wrażenie, że Gardner chciał zrobić tajemnicę z tego, że Bruce Wayne to tak naprawdę Batman, tu i tam podrzucić niedomówienia i tropy, że z tym facetem jest coś nie tak, a w końcu wywołać u czytelnika wielkie „Że coooo?”, kiedy Bruce jest pokazany przy pracy jako Człowiek-Nietoperz… z tym, że – umówmy się – czy jest na świecie jakaś osoba, która nie wie o alter ego miliardera z Gotham? Przecież nawet w 1989 roku, kiedy film wchodził do kin, a książka do księgarni, ludzie pamiętali serial z Adamem Westem, który swego czasu był bardzo popularny. Trudno uznać Bruce’a Wayne’a będącego Batmanem za spoiler. Okej – ten zabieg Gardnera był też niejako spowodowany tym, że sam Burton przez dłuższy czas nie mówi nam wprost, że Keaton to Mroczny Rycerz, a tylko puszcza oczko tu i tam, ale jednak nie traktuje tego jako jakiejś wielkiej tajemnicy, która ma nagle zostać rozwiązana w pewnym momencie.
Jest też problem, który w filmie może nie jest aż tak bardzo widoczny, ale w książce wychodzi na jaw dość szybko, a mianowicie – relacje między Bruce’m a Vicki są słabo rozwinięte i ich miłość pojawia się znikąd. Spotkali się na przyjęciu, trochę pofiltrowali, potem Bruce sobie poszedł, a dwa rozdziały dalej Vicki mówi Knoxowi, że idzie z Wayne’m na randkę, a jeszcze później leży razem z nim w łóżku, a Bruce stwierdza, że się zakochał. Żadnego namysłu po żadnej ze stron, żadnej scenki pokazującej jak się lepiej poznają, po prostu się w sobie zakochują. Mimo wszystko ta scena kolacji w filmie robi wielką różnicę – przynajmniej widać, że Vicki jest coraz bardziej zaintrygowana Bruce’m, bo już podczas ich pierwszej randki dowiaduje się o nim zaskakujących rzeczy.
Jak więc w ostatecznym rozrachunku oceniam Batmana autorstwa Craiga Shawa Gardnera?
Powiedziałabym, że jest pół na pół. Forma literacka ma swoje wady i zalety, więc sporo też zależy od wykonania. A Gardnerowi udaje się zarówno oddać dwie najważniejsze w całej historii postaci – Batmana i Dżokera – w mistrzowski sposób (a po seansie filmu Burtona zostałam w tym przekonaniu utwierdzona), ale też ten charakterystyczny klimat Gotham. Już prolog wprowadza nas do tego brudnego, zepsutego miasta, które tak dobrze znamy z innych inkarnacji. A dalsze opisy tego, co się dzieje, reakcji postaci na wydarzenia i ich wewnętrzne monologi – to wszystko nadaje powieści taki klimat thrillera sensacyjnego (z facetem przebranym za nietoperza i walczącego z morderczym klaunem, ale jednak thrillera sensacyjnego).
Jak dla mnie tą książkę można potraktować, trochę jak fanfik (miejscami miałam jednak wrażenie, że czytam jakieś fanfiction do Batmana), a trochę jak ciekawostkę. Mimo wszystko powieść została wydana w 1989 i stanowi relikt po tym jak film Burtona wchodził do kin (ba! – na samym końcu jest czarnobiały przedruk plakatu ze spisem obsady i nagłówkiem głoszącym, że film pojawi się w kinach już siódmego września). I w sumie czytanie tej książki po latach, kiedy mam już za sobą Batman: The Animated Series, trylogię Nolana i Gotham,a za kilka miesięcy ma wyjść Batman vs. Superman: Down of Justice, było bardzo dziwnym doświadczeniem, nie tylko przez to, że nawiązywało do konkretnej interpretacji Człowieka-Nietoperza, ale też przez to, że jest to tak nietypowa dla tej postaci forma.
Jeżeli więc natraficie na tę powieść w jakimś antykwariacie albo w bibliotece, nie zaszkodzi się z nią zapoznać, choćby z ciekawości.