Kategorie
Wpisy okolicznościowe

Ze wspomnień fana: One Piece

Advertisements

Moje pierwsze zetknięcie z One Piece jest ściśle związane z pewną stroną hostingową, która zawierała kilka oddzielnych stron, poświęconych poszczególnym anime (między innymi Fullmetal Alchemist, Naruto i właśnie One Piece). Byłam wtedy w fandomie Króla Szamanów i głównie na jego stronie spędzałam najwięcej czasu, ale pewnego dnia postanowiłam z ciekawości zobaczyć o czym są pozostałe. I o ile Fullmetal Alchemist z ogólnego opisu wydawało mi się nawet ciekawe, o tyle zawarte w opisie One Piece słowo „pirat” oraz generalnie bardzo dziwna kreska sprawiły, że to konkretne anime wydawało mi się niezbyt zachwycające.

Jakiś czas potem, kiedy miałam pierwsze konto na YouTubie, zaczęłam szukać jakichś AMV-ek z bardzo pocieszną piosenką You Are A Pirate i jakoś tak wyskoczyło mi kilka z One Piece. Obejrzałam pierwszą z brzegu i to, co zobaczyłam, wydawało się być lekkie, łatwe i przyjemne. Wyszukałam więc pierwszy odcinek i zaczęłam oglądać. Tak od czwartego odcinka (w którym pojawia się po raz pierwszy Shanks) wpadłam w fazę na One Piece i w ciągu jednego wieczora przeszłam przez dwie pierwsze sagi i być może poszłabym dalej, gdyby nie zmęczenie i to, że miałam trudności ze znalezieniem odcinków trzeciej. Te problemy z brakującymi odcinkami, a także to, że niektóre z nich nie wydawały mi się ciekawe, sprawiły, że nie wszystkie linie fabularne udało mi się poznać od początku do końca. Zdarzyło się też, że w którymś  momencie (gdzieś tak po maturze) moja faza na One Piecezamarła i zapłonęła potężnym płomieniem dopiero na studiach. Wtedy utrzymała się przez dwa lata i wydała kilka owoców, a konkretnie – fanfików i mojego obecnego pseudonimu. Ale o tym potem.
Dzięki liście poświęconej moim ulubionym postaciom pobocznymwiecie, że moim ukochanym bohaterem w tym anime jest Shanks, jednakże poza nim darzyłam sympatią jeszcze kilka innych postaci. Pierwszą z nich był protagonista całej serii, czyli Monkey D. Luffy, nazywany później Słomianym Kapeluszem. Niektóre jego cechy były, co prawda, bardzo irytujące (choćby jego bezdenna głupota), ale koniec końców Luffy był bardzo sympatycznym bohaterem. Z jednej strony pełnym radości życia i przyjacielskim, z drugiej – zdeterminowanym nie tylko, aby zostać Królem Piratów jak Gol D. Roger, ale też aby chronić swoich przyjaciół i to, co dla nich cenne. Luffy ma kompas moralny, właściwie jak tylko spotyka kogoś w kłopotach, próbuje mu pomóc, choćby musiał walczyć z bardzo silnymi przeciwnikami. Dlatego kiedy robi się poważny, wtedy należy się go bać, bo potrafi być nieprzewidywalny. Jednocześnie jego cel sprawia, że siłą rzeczy musi ciągle szukać przygód, toteż zapuszcza się coraz bardziej na nowe lądy, przy okazji psując krwi innym piratom, Marynarce i rządowi.
Drugą postacią, którą bardzo lubiłam, był kuk Luffy’ego, Sanji. Jego właściwie polubiłam już z opisu, który wyczytałam ze wspomnianej wyżej strony hostingowej (a z której zawartością się zapoznałam na początku mojej przygody z fandomem). Dowiedziałam się stamtąd, że Sanji jest chłodny wobec mężczyzn, ale zachowuje się po dżentelmeńsku wobec kobiet. Z tego powodu czekałam na to, aby go wreszcie poznać w samym anime. Niestety, z powodu wyżej wspomnianych problemów z dostępem do odcinków, sagę Don Kriega, w której pojawia się po raz pierwszy Sanji, zaczęłam oglądać w samym środku fabuły, ale udało mi się załapać na epizod poświęcony historii o wyspie. Sanji okazał się nie być do końca taki, jak go sobie wyobraziłam, ale i tak szybko trafił na moją listę ulubionych postaci.
Przy okazji polubiłam samego Zeffa, kapitana piratów będącego jednocześnie kukiem własnej załogi, który najpierw zaatakował statek, na którym mały Sanji był kuchcikiem, potem – z powodu tego, co chłopiec powiedział – rzucił się za nim do wody, kiedy ten wypadł za burtę; nastepnie, już na wyspie, oddał mu swoje jedzenie i odkrył przed nim, że stracił nogę (w anime – kiedy próbował uratować Sanjiego i noga ugrzęzła mu w olinowaniu; w mandze – kiedy to zdecydował się ją zjeść, bo nie miał innego jedzenia), a w końcu, gdy już przybył ratunek, zaczął go uczyć gotowania i walki i założył z nim pływającą restaurację „Baratie”, która miała nieść ratunek tym, którzy cierpią głód na morzu. Relacje obu kucharzy są z pozoru bardzo napięte, obaj lubią się powyzywać, a Zeff do tego ciągle krytykuje Sanjiego i jego kuchnię, ale mimo wszystko się o siebie troszczą. Sanji zawdzięcza Zeffowi życie i umiejętności, z kolei dla Zeffa chłopak jest kimś, z kim przeżył piekło i kto pracował z nim na „Baratie” od samego początku. W dodatku obaj mają to samo marzenie – zobaczyć legendarne All-Blue – i dlatego właśnie Zeff zmusza Sanjiego, aby popłynął z Luffy’m i zobaczył świat.
Kolejną postacią, którą lubiłam w tym fandomie, chociaż dopiero po jakimś czasie, był Tony Tony Chopper – mały renifer, który dzięki Diabelskiemu Owocowi zyskał możność ludzkiej mowy i który dzięki konowałowi Hirulukowi postanowił zostać lekarzem. Chopper jest z jednej strony słodziutki, puszysty i trochę dziecięco niewinny, a do tego zawstydza się pod wpływem komplementów na swój temat; ale z drugiej strony jest wykwalifikowanym lekarzem i posiada ducha walki, a jego przeszłość jest bardzo smutna. Najpierw Chopper został odtrącony przez własne stado z powodu niebieskiego nosa, potem – kiedy już myślał, że znalazł nową rodzinę i sens życia w domu Hiruluka – Hiruluk zachorował, a Chopper wyruszył w długą i niebezpieczną drogę, aby odnaleźć zioło, które mogłoby go uleczyć, a i tak się w końcu okazało, że jest ono trujące i tylko skróciło czas, jaki Hirulukowi pozostał. Na końcu zaś – w akcie buntu przeciwko despotycznemu królowi – Hiruluk wysadził się w powietrze, zanim Chopper mógł go powstrzymać. W rezultacie renifer trafił do doktor Kurehy, która spełniła ostatnią prośbę Hiruluka i nauczyła go prawdziwej medycyny. I właśnie w terminie u Kurehy zastaje Choppera Luffy i po wspólnie stoczonej walce przeciwko wyżej wspomnianemu królowi zyskuje lekarza pokładowego.
W zasadzie jednym z wątków pobocznych One Piece, które ciągną się niemal przez całą serię, jest to poszukiwanie przez Luffy’ego członków załogi, a każdy z członków tej załogi ma ciekawą, trochę zakrapianą goryczą przeszłość. Zoro chce zostać najlepszym szermierzem na świecie z powodu obietnicy złożonej swojej zmarłej tragicznie rywalce. Nami kradnie skarby innych piratów, aby spłacić okup za swoją wioskę u pirata, który zabił jej przybraną matkę. Usopp od dziecka kłamał, że do brzegów jego rodzinnej wyspy przybijają piraci, ponieważ podświadomie marzył o tym, że jego ojciec-pirat przybędzie i go ze sobą weźmie. Robin była traktowana jak potwór z powodu mocy swojego Diabelskiego Owocu i widziała jak jej własne miasto zostaje puszczone z dymem. Cutty Flam (Franky) zbudował statki dla Marynarki, które potem stały się narzędziem zniszczenia, i widział śmierć własnego mistrza. Brook patrzył jak umiera jego załoga, a potem błąkał się przez kilka lat na opustoszałym statku. Nawet Luffy – choć nikogo nie stracił i miał relatywnie szczęśliwe dzieciństwo – najpierw został zaatakowany przez bandytę, a potem przeżył tylko dlatego, że Rudowłosy Shanks przegonił morskiego potwora, ale stracił ramię.

One Piece jest pełne smutnych i dramatycznych scen. Jedną z nich jest chociażby pełne wykonanie Bink’s Sake. Jest ono bardzo wzruszające, bo sama piosenka śpiewana jest jednocześnie w teraźniejszości przez załogę Luffy’ego i innych piratów; przez umierających towarzyszy Brooka, próbujących pokazać, że nawet w ostatnich chwilach są pełni życia, a także samego Brooka, który siedzi całymi dniami na statku i doskwiera mu samotność. Pod koniec zaś powoli zaczyna brakować muzyków wśród umierających piratów i Brook mówi: „Cóż to? Został tylko kwartet?” Jakiś czas później gra już solo.
Jednocześnie oglądając retrospekcje z dzieciństwa bohaterów, przekonujemy się o tym, że te doświadczenia wpłynęły na ich postrzeganie świata oraz cele życiowe. Każdy członek załogi Słomianego Kapelusza ma swoje własne wielkie marzenie i podąża za nim. Niejako każdy z nich podróżuje z Luffy’m ponieważ wierzy, że dzięki temu przy okazji może osiągnąć to, o czym najbardziej marzy. Sanji chce odnaleźć All-Blue, czyli morze, w którym pływają wszystkie ryby z pozostałych czterech oceanów, Zoro chce zostać największym szermierzem na świecie, Nami – narysować mapę całego świata, Usopp – stać się dzielnym wojownikiem mórz, Chopper – być piratem i znaleźć sposób, aby w jego zimowej ojczyźnie zakwitła wiśnia, Robin – znaleźć Penniglyth, czyli zapis starożytnej cywilizacji, opisujący Zaginiony Wiek; Franky – być po prostu piratem, a Brook – spotkać jeszcze raz wieloryba Laboona i przekazać mu nagranie swoich zmarłych towarzyszy, wykonujących ostatnią piosenkę.
Marzenia wydają się być jednym z głównych motywów przewodnich One Piece, ponieważ już w pierwszej przygodzie Luffy’ego po opuszczeniu rodzinnego domu, spotyka on Coby’ego – młodego chłopaka, który chciałby trafić do Marynarki – i umożliwia mu zaciągnięcie się. Jest również cały zastęp piratów, który podąża za tytułowym One Piece, czyli skarbem pozostawionym przez Gol D. Rogera i gwarantującym jego znalazcy możliwość zostania Królem Piratów. Królem Piratów chce być także Luffy, ale w przeciwieństwie do wielu swoich przeciwników nie chce nikogo skrzywdzić ani nie posuwa się do jakichś nieczystych zagrań, aby wykluczyć rywali.
W One Piece jest wiele kolorowych postaci, zwłaszcza jeśli chodzi o piratów. Czasami załogę łączy jeden wspólny motyw (jak na przykład Piraci Klauna Buggy’ego, którzy są cyrkowcami, czy Piraci Rumbar, którzy kochają muzykę), inne niekoniecznie, ale i tak są zbiorem unikalnych osobowości. Dodatkowo w uniwersum One Piece istnieją tak zwane Diableskie Owoce, każdy z nich nadający unikalną moc, ale za to uniemożliwiający temu, kto go spożył, pływanie w morskiej wodzie. Moce Diabelskich Owoców są różne – sam główny bohater może się rozciągać, bo zjadł gumowy owoc, Chopper (jak już wspomniałam) zyskał zdolność ludzkiej mowy, a Robin może tworzyć dodatkowe ręce. Smoker, dowódca Marynarki, wytwarza ogromne ilości dymu, Crocodile włada mocą piasku, a Czarnobrody – ciemności, która może pochłonić wszystko dookoła. Zresztą i bez Diabelskich Owoców, w One Piece można znaleźć ciekawe postaci (czasem wyglądające dziwnie, tak, niemniej jednak ciekawe), choćby Zeffa, który nie tylko za pirackich czasów był jednocześnie kapitanem i kukiem swojej załogi, ale też walczył jedynie nogami, bo uważał, że ręce to życie kucharza i nie wolno ich uszkodzić; albo doktor Kurehę, która ubiera się jak nastolatka mimo bycia stulatką i potrafi zadać naprawdę silny cios, jeżeli pacjent, mimo jej zaleceń, rusza się z łóżka.
Drugim motywem przewodnim serii jest kamractwo. W zasadzie najważniejszym słowem występującym w One Piece jest „nakama”, które oznacza i więzi rodzinne, i przyjaźń, i kamractwo, i przynależność do jakiejś konkretnej społeczności. Nakama jest święta, jeżeli zdradzisz swojego kamrata, jesteś skończoną łajzą i możesz liczyć się z tym, że dla reszty załogi już nie istniejesz. W związku z tym One Piece oferuje wiele różnych relacji. Sam Luffy podchodzi pod wszystkie trzy moje ulubione motywy, bo łączy go silna więź z Zoro (męska przyjaźń), z Ace’m (braterska miłość) i z Shanksem (szeroko pojęte relacje ojcowsko-synowskie). Podobnych i innych relacji można doszukać się także u innych członków załogi Słomianego Kapelusza, nie mówiąc już o tym, że wszyscy oni są bardzo lojalni wobec swojego kapitana i siebie nawzajem. Zoro zyskał bardzo w moich oczach, kiedy po walce z Morią postanowił wziąć na siebie cały ból, który Luffy przyjął podczas walki. I dlatego – choć nadal za nim nie przepadam – doceniam Zoro jako postać.
Także bardzo fajną rzeczą było to, że każdy statek piracki miał swojego Wesołego Rogera. W ogóle oglądając One Piece interesowałam się jakoś bardziej morzem, żeglugą i wszystkim, co z tym związane. Tak po prawdzie, to było nawet kilka osób, które dzięki tej serii zaczęło żeglować.
Muszę jednak przyznać, że od sagi Ennis Loby zaczęłam tęsknić za starą estetyką serii. Właściwie od tamtego czasu design bohaterów mnie odstręczął. Był taki jakiś kanciasty.

Wspominałam kiedyś, że jednymi z fików, które pisałam do tego fandomu, są Wielkie Spotkanie i będące jego kontynuacją Przygody Rudowłosego Shanksa, ale to nie są moje jedyne fanfiki do One Piece. Zacznijmy od tego, że choć pierwsze fanfiction, jakie napisałam, dotyczyło Naruto, a pierwsze, które zostało opublikowane – Fullmetal Alchemist, to od One Piece naprawdę zaczęłam istnieć jako fanfikowiec. Najpierw moje prace były zamieszczane na jednej polskiej stronie internetowej poświęconej temu anime, a potem na funkcjonującym obok forum. Wielkie Spotkanie pojawiło się później, zadebiutowałam w tym fandomie właściwie Czerwonymi Kapturkami i serią o Czerwonym Kapeluszu (o której opowiem potem). Pierwsze z nich były w zasadzie o tym, jak poszczególne postaci z One Pieceopowiadają baśń o Czerwonym Kapturku, obsadzając rolę Kapturka, wilka, babci i gajowego swoimi znajomymi i znosząc ciągle przerywanie ze strony swoich słuchaczy, którzy ciągle o coś pytają albo czepiają się szczegółów. Udało mi się napisać Czerwone Kapturki wszystkich członków załogi Słomianego Kapelusza, a także kilku postaci pobocznych, w tym admirała Garpa, Klauna Buggy’ego i Shanksa, jednak z góry zakładałam, że Luffy będzie na samym końcu. Nigdy nie udało mi się jednak napisać jego Kapturka, chociaż wielu na niego czekało.

Moja faza na One Piecetrwała w najlepsze i udało mi się do niej napisać kilka innych fanfików, w tym jednoczęściówkę Dzień Dziecka na Baratie. Jak można się domyśleć, jest to fik o dzieciństwie Sanjiego. Opowiada właściwie o tym, jak 1 czerwca Zeff postanawia być dla odmiany miły dla swojego kuchcika, chociaż średnio mu to wychodzi. Jest to raczej lekka, łatwa i przyjemna lektura.
Lekki, łatwy i przyjemny zdaje się być na pierwszy rzut oka mój pierwszy de-agingfik, czyli (Nie)słodkie urwisy, opowiadający o tym jak cała załoga (poza Brookiem, Chopperem i Franky’m) została zamieniona w dzieci, tak fizycznie, jak i mentalnie. W pewnym momencie przestaje to być fik o bawiących się, uroczych dzieciach, a zaczyna zagadka kryminalna, w której Brook i spółka próbują dociec, co się właściwie stało i jak to odwrócić. Z jednej strony mali Luffy, Zoro, Nami, Robin, Sanji i Usopp przypominają sobie z trudem coś ze swojej przeszłości, a z drugiej – Brook przejmuje dowodzenie i wraz z Chopperem i Franky’m prowadzi śledztwo, zajmując się jednocześnie dziećmi. Wielu moich czytelników mówiło mi, że Brook jest w tym fiku za poważny jak na siebie, ale im to nie przeszkadzało jakoś bardzo, ponieważ taki odpowiedzialny Brook był nawet sympatyczny. Niestety, nie udało mi się doprowadzić (Nie)słodkich urwisów do końca, bo w którymś momencie zajęłam się innymi projektami aż do końca mojej fazy na One Piece.
Był taki okres czasu, kiedy napisałam trzy jednoczęściówki o treści erotycznej i tak po prawdzie to poszło mi tak katastrofalnie, że nie próbowałam brać się za erotykę już nigdy więcej. Wszystko zaczęło się od rozdziału Przygód Rudowłosego Shanksapod tytułem Cena, gdzie pokusiłam się o scenę seksu między Shanksem a Imperatorką Boa Hancock. Scena była tak pokraczna, że wielu ludzi wytykało mi błędy w komentarzach, więc postanowiłam trochę poćwiczyć. Napisałam jednoczęściówkę o tym, jak barmanka Makino z rodzinnej wioski Luffy’ego żegna w specjalny sposób Shanksa, który ma odpłynąć następnego dnia. Niestety również wtedy mi nie wyszło. W końcu wzięłam się w garść i napisałam swoje pierwsze (i ostatnie) w życiu yaoi, tym razem o tym, jak na początku swojej podróży Shanks jest sam na morzu ze swoim przyszłym bosmanem, Benem Beckmanem, obaj panowie się nudzą i mają ochotę na seks, więc postanawiają się rozerwać. Specjalnie ściągnęłam od Vampirci niektóre jej doujinshi, aby tym razem zrobić to dobrze, i nawet Vampi stwierdziła, że jak na amatorkę wyszło mi nieźle (kilka lat potem, kiedy miałam już za sobą przeczytaną masę tego typu fanfików do Hetalii, zapoznałam się z nim jeszcze raz i wydał mi się okropny). Miałam w planach fik o nocy poślubnej Usoppa, który miał być raczej zabawny, niż podniecający, ale udało mi się napisać tylko jedną czwartą tego, co chciałam napisać. Tak czy inaczej, wspominam moje fiki erotyczne raczej niezbyt dobrze.
Teraz przyszedł czas,  aby omówić Czerwonego Kapelusza. Przed zarejestrowanie się na stronę główną One Piece przesyłałam odcinki tego fanfika jednej dziewczynie z YouTuba, która robiła AMVki do tego fandomu. Fik opowiadał o Meg, młodszej siostrze Shanksa, nazywanej również Czerwonym Kapeluszem, która zostaje wysłana przez brata na łódce w poszukiwaniu Luffy’ego, aby zostać członkiem jego załogi. Wiem, co myślicie i pewnie macie rację, to wygląda jakby Meg była Mary Sue, a fakt, że przyjęłam pseudonim RedHatMeg tylko pogłębiał to wrażenie… ale było coś, co ratowało tę postać przed losem Mary Sue. Otóż Czerwony Kapelusz ani nie była potężniejsza od innych członków załogi Luffy’ego, ani się za taką nie uważała. Wręcz przeciwnie – przez większość część fika myślała, że jest bezużyteczna i próbowała jakoś sobie z tym radzić, aż w końcu zdecydowała się nauczyć zaklinania węży. Nie było też tak, że męska część załogi Słomianego Kapelusza od razu się w niej zakochała. Wszyscy raczej zapałali do niej sympatią, a wątek miłosny pojawił się dopiero wtedy, kiedy moja pierwsza recenzentka wyraziła pragnienie jakiegoś pairingu z Meg w roli głównej. Nie chciałam, żeby ani Zoro był jej partnerem, ani Sanji, ani tym bardziej Luffy. Franky i Usopp raczej mnie nie kręcili, więc zdecydowałam się na bardzo niszowego w tym względzie Choppera.
Z czasem przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wprowadziłam do historii dwie nowe postacie – aroganckiego i nieco zboczonego księcia Hiro i jego cichego, oczytanego sługę, Aki. Oni i Meg mieli przeżyć wspólnie jedną przygodę, a potem oddzielić się od Luffy’ego i reszty, aby Meg założyła własną załogę. Na to też mi nie starczyło weny, ale wielokrotnie chciałam wykorzystać ponownie Hiro i Akiego w jakimś dziele autorskim. Ba – był to jeden z moich pierwszych pomysłów na powiastkę filozoficzną! Mimo wszystko fik został porzucony i pozostał mi po nim tylko pseudonim, który wykorzystuję do dzisiaj.
Niemniej jednak fandom One Piece sprawił, że nie tylko pisałam i publikowałam fanfiki, ale też czytałam je na poważnie. Zaczęłam od tych, które były na polskiej stronie serii, a potem odnalazłam fanfiction.net i poznałam różne fanfiki po angielsku. Głównie koncentrowałam się na tych z Shanksem jako bohaterem, z czasem jednak przeniosłam się również na inne postaci i tak zaliczyłam pierwsze fluffy, hurt/comforty, angsty, AU, a także gore. A po jakimś czasie Vampircia wysłała mi zaproszenie na Polską Bazę Fanfiction i od tamtego czasu tam między innymi publikuję. Tak więc One Pieceodpowiada za moje głębsze zainteresowanie fanowską twórczością i z tego względu (jak również paru innych) do dziś wspominam ten okres bardzo nostalgicznie.
Kategorie
Lipiec z Lucky Lukiem Miesiące z... Ze wspomnień fana

Ze wspomnień fana: Lucky Luke

Advertisements

Moja znajomość z Lucky Lukiem nie zaczęła się najlepiej. Byłam wtedy przedszkolakiem, który – jeśli nie miał nic lepszego do roboty – w letnie popołudnia siedział przed telewizorem i oglądał telewizję. Pech chciał, że moim pierwszym zetknięciem z Lukiem była aktorska adaptacja z Terrencem Hillem w roli głównej. Toteż przez długi czas postać samotnego kowboja kojarzyła mi się ze smędzącym blondynem gadającym ze swoim koniem i wzdychającym do jakiejś babki.

Na szczęście wkrótce pojawił się również pierwszy serial animowany, i choć moje poprzednie doświadczenia sprawiały, że podchodziłam do niego sceptycznie, to kiedy wreszcie obejrzałam jeden odcinek od początku do końca, to poczyniłam dwie istotne obserwacje. Po pierwsze – ten animowany Luke był brunetem. Po drugie – był o wiele bardziej zabawny. Do dziś pamiętam odcinek na podstawie Bitwy o ryż, kiedy to nadużywający przymiotnika „czcigodny” Chińczyk padł ofiarą knowań jednego oprycha, który podburzył przeciw niemu właściciela pralni po drugiej stronie ulicy, a potem obaj Azjaci zaczęli strzelać do siebie z armat. Niestety nie zawsze byłam w stanie obejrzeć każdy odcinek, a jakiś czas potem serial przestano już puszczać.

Kategorie
Fantastyczny Kwiecień Miesiące z... Ze wspomnień fana

Ze wspomnień fana: Harry Potter

Advertisements

Pierwszy raz spotkałam się z Harry’m Potterem, kiedy to szłam z matką i młodszym bratem przez ulicę i zobaczyłam, że jakiś staruszek sprzedaje książki z chłopakiem w okularach, który lata a to na miotle, a to na gryfie, a to trzymając się czegoś czerwonego. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam okładkę Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego, myślałam, że akcja dzieje się gdzieś na Bliskim Wschodzie (zmyliły mnie te kolumny na tle fioletowego nieba… zresztą Azkaban też brzmiał jakoś tak arabsko). Później dowiedziałam się, o czym jest ta seria i poprosiłam mamę, aby kupiła mi pierwszy tom. Po jego przeczytaniu, było mi mało i wkrótce dostałam drugi, a niedługo potem trzeci i czekałam aż wyjdzie w Polsce Harry Potter i Czara Ognia.

Kategorie
Ze wspomnień fana

Ze wspomnień fana: Naruto

Advertisements

Swoją serię poświęconą wspomnieniom z poszczególnych fandomów zaczynam od Naruto, mimo że odkryłam go dopiero w liceum i wcześniej byłam już fanką wielu książek i seriali. Powód takiego właśnie posunięcia z mojej strony jest dość prosty – to właśnie przy Naruto odkryłam fanostwo wykraczające poza rozmowy kilku kumpli w szkolnej ławce i samotne przeglądanie stron poświęconych konkretnej serii. Ale po kolei.
Najpierw pokrótce co to jest (dla tych, co nie wiedzą). Naruto to manga (a co za tym idzie – również anime na jej podstawie) Masashiego Kishimoto, osadzona w fikcyjnym świecie, którego realia łączą ze sobą elementy nowoczesności i przeszłości, i gdzie dość rozwinięta jest koncepcja ninja. Mamy kilka krajów, każdy ma Wioskę Ukrytego Czegoś (np. Konoha – ojczysta wioska głównego bohatera – to Wioska Ukrytego Liścia), a każda z nich ma za wójta tak zwanego Kage – ninja, który jest najsilniejszy i najbardziej doświadczony. Są również pomniejsi ninja – jounini, chuunini i genini. Ci ostatni to absolwenci Akademii Ninja.
Naszym głównym bohaterem jest tytułowy Naruto – sierota borykający się z samotnością i marzący o tym, aby zostać w przyszłości Kage swojej wioski; niezbyt pilny uczeń Akademii Ninja, a także dziecko, w którego brzuchu zapieczętowano demona – Lisa o Dziewięciu Ogonach (czego nie jest na początku świadom). W pierwszym odcinku zostaje wciągnięty podstępem do kradzieży zwoju zawierającego różne techniki z wyższej półki. Uczy się jednej z nich, polegającej na tworzeniu klonów.
Każdy ninja dysponuje jako bronią shirukenami, nożami, prochem… ale również siłą życiową, chakrą, z którą mogą robić różne ciekawe rzeczy. W miarę jak akcja się posuwa, odkrywamy coraz to nowe sposoby wykorzystywania chakry – łapanie cieni, dzięki któremu można kontrolować przeciwnika; porozumiewanie się z owadami, lalkarstwo (pojmowane jako używanie do walki marionetek)… W zasadzie widzieliśmy to już w kilku anime. Motyw siły życiowej, która (odpowiednio ukierunkowana) działa trochę jak magia, jest może trochę wyświechtany, ale musicie przyznać, że daje duże pole do popisu.
W każdym razie moja przygoda z Naruto zaczęła się od tego, że mój młodszy brat przyniósł ze sobą na działkę kilka dysków z odcinkami tego anime, aby umilić sobie pobyt poza zasięgiem Internetu. Siedział przy komputerze i oglądał je z angielskimi napisami, a ja w końcu przyszłam do niego i spytałam, czy mogę oglądać z nim. On się zgodził i nawet odpowiedział pokrótce na moje pytania o to, co to jest, kto jest kim i co się dotąd stało. Przesiedzieliśmy przy komputerze kilka godzin i, nawet nie dbając o to, że robi się ciemno, przeszliśmy przez prawie całą sagę Zabuzy, a potem musiałam iść spać, bo było po północy, a to, że nie włączyliśmy światła, jeszcze potęgowało u mnie poczucie senności. Ale następnego wieczoru znowu zasiadłam z moim bratem do nocnego seansu, po którym wciągnęłam się jeszcze bardziej, zwłaszcza, że pojawiła się tam postać, którą szybko polubiłam – Rock Lee (jeszcze do niego wrócę).
Szybko znalazłam polską stronę KonohaSenpuu, poświęconą Naruto. Przeczytałam po kolei każdy opis postaci i natknęłam się na fanfiction do tego fandomu. Co prawda, koncept fanfików nie był mi wtedy obcy (znalazłam tego trochę, jak byłam w fandomie Harry’ego Pottera), ale to właśnie do Narutozaczęłam pisać swoje pierwsze fiki, chociaż z początku ich nigdzie nie publikowałam. Wysłałam tylko pierwszy rozdział Kronik Rodzeństwa Piasku na KonohaSenpuu, ale mi do dzisiaj nie odpisali i raczej go nie zamieścili. W każdym razie, rzeczone Kroniki… pisałam systematycznie dla własnej przyjemności.
Naruto ma to do siebie, że ma dużo postaci, a co za tym idzie – całkiem sporo relacji między nimi, które przeciętny fan może ze sobą porównywać i analizować. Poczynając od tych najbardziej podstawowych relacji przyjaźni (nie lubiący się i traktujący siebie nawzajem jak rywali Naruto i Sasuke, a jednocześnie gotowi walczyć ramię w ramię, gdy wymaga tego sytuacja; Shikamaru, który dzieli się jedzeniem ze swoim przyjacielem Choujim), uczeń-nauczyciel (Iruka, który traktuje Naruto jednocześnie jak niesfornego ucznia, a z drugiej strony zabiera go na ramen; wpatrzony w swojego głośnego i pompatycznego mistrza Rock Lee i Maito Gai, który traktuje swojego ucznia w bardzo uczuciowy sposób i nazywa go geniuszem ciężkiej pracy), między szefem i podwładnym (Haku, który widzi cały swój sens życia w służbie Zabuzie), między rodzeństwem (Kankuro i Temari, którzy z jednej strony boją się swojego młodszego brata, Gaary, a z drugiej strony są zdolni do tego, aby mu się przeciwstawić i pomóc mu w potrzebie; Sasuke, który doskonali się tylko po to, aby wywrzeć pomstę na bracie)… Nawet w niesławnych fillerach można znaleźć, jeśli nie rozwinięcie już przedstawionych relacji, to chociaż opowiedzenie historii nowych postaci, które też są dość ciekawe i pojawiają się tylko w tych fillerach.
Ktoś może powiedzieć: „Przecież w każdej fabule występują jakieś relacje między postaciami.” i ja się z nim zgodzę, jednak Naruto należy do tego typu fabuł, które na relacjach się mocno koncentrują. O wiele ważniejsi niż zagrożenia ze strony tajnych organizacji i obcych wiosek, są ludzie, którzy napadają na Konohę i którzy jej bronią. Bieg między dwiema wioskami byłby zwykłą historią o zawodach, w których jedna ze stron perfidnie oszukuje, gdyby nie Idate, który przed laty przyczynił się do okaleczenia swojego starszego brata, został wygnany z Konohy i ma dług wdzięczności u przywódcy wioski za to, że go przygarnął i w niego uwierzył.
Jak już wspomniałam postacią z Naruto, którą najbardziej lubiłam (i nadal lubię), był Rock Lee. Rock Lee bardzo przypomina pod względem determinacji samego Naruto – postawił sobie cel i konsekwentnie do niego dąży, mimo że jego naturalne talenty są raczej niewielkie. Widzicie, są trzy sztuki ninja – ninjutsu (techniki oparte na chakrze i pieczęciach), genjutsu (iluzja) i taijutsu (sztuki walki). Lee nie miał zdolności do pierwszych dwóch, więc skupił się na ostatniej, hartując swoje ciało dzień i noc jeszcze w czasach akademickich. Tak się złożyło, że jego przyszły mistrz Maito Gai widział go podczas wieczornych ćwiczeń i był pod wrażeniem jego zapału. Ponieważ jego kolega z drużyny – Neji – został ogłoszony geniuszem i naśmiewał się z niego właśnie ze względu na jego ograniczone zdolności, Lee postanowił sobie, że zostanie wspaniałym ninją, znającym się tylko na taijutsu i trenował jeszcze gorliwiej. Był moment, w którym zwątpił w sens konkurowania z cudowne dziećmi takimi jak Neji, ale wtedy pojawił się Gai i powiedział mu, że Lee jest „geniuszem ciężkiej pracy”.
W ogóle relacje między Maito Gaim i Rockiem Lee są, moim zdaniem, jednymi z lepszych relacji w całym anime. Być może na początku Gai i Lee wyglądają jak para melodramatyzujących narwańców, jednakże kiedy dochodzi już do retrospekcji z ich treningów i do finału walki między Lee i Gaarą, widzimy, że szacunek chłopaka do własnego mistrza jest jak najbardziej uzasadniony. Gai ma specyficzne podejście do treningów, jest gotów przejść cała Konohę na rękach, bo przegrał z Kakashim w papier-kamień-nożyce, bezustannie stawia sobie wyzwania z konkretnym psychicznym podejściem. Lee go w tym wszystkim naśladuje i, prawdę mówiąc, trening ten jest bardzo skuteczny. Rock Lee może i nie umie genjutsu i ninjutsu, ale z pewnością skopałby tyłek niejednemu ninjy, który w nich przoduje.
Nie mówiąc już o tym, że między nimi panują relacje bardzo ciepłe. Śmiem rzec, że Gai i Lee są wręcz jak ojciec i syn. Widać to choćby po sposobie, w jaki Gai zwraca się do swojego ucznia po tym wszystkim, co zaszło podczas walki Lee i Gaary. Próbuje podnieść go na duchu, a w którymś momencie stwierdza nawet, że pragnie umrzeć razem z nim. Jestem osobą, która lubi bardzo motyw (szeroko pojętych) relacji ojciec-syn, toteż oglądałam odcinki Naruto ze wszystkimi takimi scenami po kilka razy.
Niejako właśnie dzięki Rockowi Lee odkryłam AMVki. Dotąd nie zdawałam sobie sprawy nawet z tego, że istnieje YouTube. To znaczy – widziałam już różne filmiki w Internecie, ale był to zwykle JoeMonster, ewentualnie jakieś filmiki, które ściągnęli moi bracia ze stron poświęconych humorowi (Gandalf: „Bo ja tańczyć chceeę/Może nauczysz mnie jak tańczy sieeę…”). Toteż to, co zaczęło się od szukania odcinków Narutoz Rockiem Lee, przerodziło się w szukanie AMVek mu poświęconych. Wtedy zdałam sobie sprawę z kilku rzeczy:
1. Niektóre piosenki tak bardzo pasują do niektórych postaci, że fani robią je na potęgę. Najwięcej AMVek z Lee (przynajmniej wtedy) zawierało jedną z dwóch piosenek: In The End Linkin’ Parku i Kung Fu Fighting(oryginał bądź remiks). Kibie i jego pieskowi, Akamaru, przypadało zwykle Who Let The Dogs Out, Gaarze – Enter The Sendman Metalliki albo Mr. Sandman The Chordettes, a jego bratu, Kankuro, specjalizującemu się w walce kukiełkami – Master of Pappets. Zauważyłam podobną prawidłowość w fandomie Sherlocka, kiedy wiele crack!vidów zawierało klipy z Mycroftem Holmesem i piosenką Rhianny Umbrella. Są jeszcze słynne Character Theme Songi, które polegają na tym, że do każdej bardziej znanej postaci z danego fandomu przydziela się właśnie piosenki, które kojarzą się z nią w ten, czy inny sposób. Do dziś pamiętam, że pierwsze takie wideo, które widziałam, zawierało Dancing Queen ABBY jako theme song Nejiego, Puppy Love zaś przypadł Kibie i Akamaru, a DDRowy kawałek Butterfly – Choujiemu.
2. Piosenka I’ll Make A Man Out Of You z Mulan jest jedną z najczęściej wykorzystywanych w fanvidach piosenek Disneya, jeśli nie najczęściejwykorzystywaną. Szczególnie, gdy w danej serii występują jakieś walki, sceny treningów i wojsko. Po prostu jest to piosenka tak dynamiczna, że idealnie wpasowuje się pod klipy, w których postaci się biją albo ćwiczą. W ogóle piosenki z filmów animowanych Disneya wydają się być idealne do fanvidów. Można nimi opisać tak różne sytuacje, jak zakochanie (I Won’t Say I’m In Love), spiskowanie przeciwko panującemu królowi (Be Prepared), ostracyzm (Not One of Us), podpisanie paktu z diabłem (Poor Unfortunate Souls), a nawet pożądanie (Hellfire).
3.Jeśli chodzi o crack!vidy, to całkiem sporo AMVek zawiera piosenki z South Parku i Avenue Q. Przy tym ostatnim zwłaszcza If You Were Gay (z wiadomych powodów), ale pierwszą piosenką z Avenue Q, jaką usłyszałam, było It Sucks To Be Me i w zasadzie do dzisiaj pamiętam AMVkę, w której ją wykorzystano.
4. Narutozapoczątkował modę na widea typu Real Ninjas. Oryginał zapewne wciąż można znaleźć na YouTube, a był taki okres czasu, że każdy fandom z „profesją” (zaraz zobaczycie o co mi chodzi) miał swój własny tego odpowiednik. Fullmetal AlchemistReal Alchemists, Król SzamanówReal Shamans, One Piece i Sid Meyer’s PiratesReal Pirates (polecam Real Pirates z tym ostatnim, jeśli jeszcze jest).
5. Przy okazji znalazłam też coś takiego jak Ask a Ninja. Facet przebrany za… no cóż, ninję, siedzi i odpowiada na pytania, które ktoś mu zadał. Ze zrozumiałych powodów podłożono audio z jego wideo pod klipy z Naruto. Szczególnie wart polecenia jest Ninja Omnibus.
6. Istnieje coś takiego jak yaoi, czyli (w tym kontekście) tendencja do łączenia w pary mężczyzn i robienie z nich gejów, do tego z podziałem na seme (partnera aktywnego) i uke (partnera biernego). Na początku było to dla mnie dziwne, chociaż tak naprawdę (jak zobaczycie w innym artykule) to, co najdziwniejsze i najbardziej przyprawiające mnie o ból głowy, miało dopiero nadejść.
Po jakimś czasie pula moich ulubionych postaci się powiększyła. Na początku miało to związek z pewnym snem, w którym byłam ninją i odkryłam, że Hinata jest opętana (tyle z tego pamiętam, więc nie pytajcie o szczegóły). W każdym razie ten sen zainspirował mnie do wymyślenia narutowego Self-Inserta, i nie będę kłamać, dość marysuistycznego. Panienka nazywała się Zoli, pochodziła z Wioski Ukrytego Kwiatu, która była wioską nomadów-amazonek; pisała wiersze i miała mroczną przeszłość. Miała być kimś w rodzaju posła we Wiosce Ukrytego Liścia i zaprzyjaźnić się z tamtejszymi geninami. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że mogłabym ją z kimś zeswatać. Nie mogłam z Lee, bo było parę hintów, że będzie coś między nim a Tenten. Zaczęłam więc szukać jakiegoś zamiennika, chłopaka, który nie miał jeszcze kanonicznej pary, i w końcu padło na Kibę. Obejrzałam wszystkie odcinki, w których brał jakąś większą rolę, przeczytałam artykuł o nim na KonohaSenpuu, dowiedziałam się, co trzeba, o nim, o jego rodzinie i o Akamaru. Nagle zaczęłam na niego patrzeć w inny sposób i nawet go polubiłam. Nie będę przytaczać tego, co on i Zoli robili, to była bardzo długa, miejscami kliszowa, fantazja i, na szczęście, nie przelałam jej na papier (nie licząc korespondencji z taką jedną dziewczyną z YouTube, ale to i tak nie był fanfik, per se,tylko jego streszczanie). No cóż, każdy musi przejść fazę Mary Sue w swojej pisarskiej karierze.
A potem odkryłam wideo obrazujące głupawe konwersacje między Rodzeństwem Piasku i zdałam sobie sprawę z tego, że lubię również Gaarę i Kankuro. Jeden mój znajomy z liceum, który też siedział w tym fandomie i którego zamęczyłam na pewnej przerwie swoimi fanowskimi rozmyślaniami, wyraził stwierdzenie, że wszyscy lubią Gaarę. Właściwie jest to postać skomplikowana. Z jednej strony zachowuje się trochę jak sadystyczny psychopata, który zabija dla przyjemności, z drugiej – w momencie, kiedy poznajemy jego przeszłość, rozumiemy, dlaczego taki jest. Od razu nasuwa się banalne stwierdzenie, że nikt go nie kochał, ale to jak najbardziej prawda i to bardzo smutna prawda. Wszyscy się go bali (z tej racji, że miał w sobie demona piasku, Shuukaku) i nawet osoba, która miała się o niego troszczyć, w końcu okazuje się go nienawidzić. Na szczęście po walce z Naruto Gaara przeżywa nawrócenie i orientuje się, że jego starsze rodzeństwo nie jest od niego aż tak bardzo oddalone, jak mu się zdawało. W późniejszych odcinkach on, Kankuro i Temari pomagają nawet Wiosce Liścia (i Gaara miał tam nawet fajniejsze wdzianko).
Kankuro zaś spodobał mi się z powodu swojego sarkastycznego zachowania, stylu walki, ciekawego makijażu i tego, że był bratem Gaary. Po prostu wyobrażałam sobie, że po potyczce z Naruto, obaj się do siebie bardziej zbliżyli. Niejako z tego wyobrażenia zrodził się mój pierwszy fanfik z prawdziwego zdarzenia – Kroniki Rodzeństwa Piasku. Fabuła była na początku bardzo prosta – po udzieleniu Wiosce Liścia wyżej wspomnianego wsparcia, Gaara, Kankuro i Temari, na prośbę Kage Konohy, zostają zaproszeni do wioski i mogą korzystać ze wszystkiego za darmo. Przez jakiś czas wszystko idzie dobrze (pomijając to, że niektórzy są wobec nich nieufni), dopóki Kankuro nie zostaje odesłany do Wioski Ukrytego Piasku i po drodze zaatakowany, przez co zapada w śpiączkę. To miał być z jednej strony fik o zbliżającym się do siebie rodzeństwie, z drugiej – klasyczny kryminał, w którym sprawcą ataku miała być najmniej podejrzewana osoba. Na końcu miało dojść do wielkiej, epickiej bitwy, w której ninja z Wioski Ukrytego Liścia mieli stanąć u boku Gaary, Kankuro i Temari i skopać temu złemu tyłek. Niestety, tak jak się to wielokrotnie zdarza, straciłam wenę do tego opowiadania i musiałam zarzucić pracę nad nim.
Jeśli miałabym powiedzieć, kogo w tym anime nie lubiłam, od razu odpowiem, że Sakurę. Sakura otwiera długą listę postaci kobiecych, które wywołują u mnie irytację, bo próbuje się je przedstawić jako silne, niezależne kobiety, ale tak naprawdę biją głównego bohatera z jakiegoś głupiego powodu i rzadko kiedy są użyteczne. W dodatku Sakura zakochała się w Sasuke i próbowała na różne sposoby zwrócić na siebie jego uwagę. Często powtarzała jego imię, co irytowało jeszcze bardziej. W zasadzie ta dziewczyna denerwowała mnie tak bardzo, że przez pewien czas byłam członkinią klubu jej anty-fanów, który po jakimś czasie zamarł.
Moje zainteresowanie Narutoumarło po jakimś czasie i choć wiele razy wracałam do tego fandomu (obejrzałam nawet kilka odcinków Naruto Shippudenai spin-offową serię o Rocku Lee), to nigdy więcej nie byłam już z nim na bieżąco. Było to jednak anime, które przedstawiło mi tę dziwną kulturę Otaku i wszystko, co z nią związane – od tego, że mangę czyta się od prawej do lewej, poprzez AMVki, aż do yaoi. Od niego też zaczęło się moje fanostwo, które wykraczało poza bierne odbieranie fandomu i zachwycania się nad nim. I dlatego wydawało mi się właściwym rozpocząć moją serię Ze wspomnień fana właśnie od Naruto.