Artykuł: Saitama i Mob – pokorni tytani

Uwaga! Tekst może zawierać spoilery do One Punch Mana i Moba Psycho 100.

W 2009 Japończyk o pseudonimie ONE zaczął publikować webcomic pod tytułem One Punch Man. One Punch Man opowiadał o perypetiach superbohatera imieniem Saitama, który jest tak potężny, że potrafi pokonać przeciwnika jednym ciosem, a mimo to pozostaje w cieniu innych superbohaterów i nawet uważany jest przez wielu ludzi za oszusta. Webcomic (choć rysowany kreską, która pozostawiała wiele do życzenia) zdobył taką popularność, że potem został zaadaptowany przez niejakiego Yusuke Muratę jako manga, a w 2015 roku doczekał się adaptacji animowanej.
W 2014 ONE zaczął publikować inny webcomic, który także został zaadaptowany jako anime. Mob Psycho 100 opowiada historię gimnazjalisty, Shigeo Kageyamy, nazywanego Mobem, który posiada zdolności parapsychiczne i próbuje trzymać je na wodzy, co jest o tyle trudne, że moce Moba związane są z jego emocjami, a okres dorastania i pojawiający się co chwila przeciwnicy przysparzają mu stresów.
Z pozoru tych dwóch bohaterów nie ma ze sobą zbyt wiele wspólnego. Jednakże przy bliższym poznaniu obu panów zauważymy, że (przynajmniej na razie) ONE – tak jak wielu twórców – ma pewien typ protagonisty, który przewija się w jego twórczości (choć nie można powiedzieć, że jest to bezmyślne powtarzanie sprawdzonej formuły). Pozwólcie więc, że opowiem Wam o Mobie i Saitamie.

Król Morza.
Zacznijmy od światów przedstawionych. W obu webcomikach mamy do czynienia z jakąś alternatywną rzeczywistością, w której w naszym świecie mają miejsce dziwne wydarzenia. W przypadku One Punch Mana są to pojawiające się w wyniku zanieczyszczeń (ale nie tylko) tak zwane „tajemnicze byty” – wielkie potwory, które są albo jakimiś zmutowanymi zwierzętami, albo ludźmi. Co więcej – do walki z tymi tajemniczymi bytami zostało powołane Stowarzyszenie Bohaterów, organizacja bardzo hierarchiczna i biurokratyczna w swej strukturze (choć nie pozbawione dobrych ludzi). Mimo że akcja dzieje się w Japonii, miasta, zamiast nazw, mają przydzielone litery alfabetu, tak więc jest Miasto A, Miasto B, a także najczęściej napadane przez tajemnicze byty Miasto Z, w którym mieszka Saitama.
Nawiązanie do „One Punch Mana” w „Mob Psycho 100”
– Tatsumaki Tornado.
Miasto, w którym żyje Mob, wydaje się również być osadzone w Japonii, jednak pełne jest złych duchów i tak zwanych esperów – osób o zdolnościach postrzegania pozazmysłowego (określenie wywodzące się od zwrotu ESP – Extra Sensory Perception)… chociaż w przypadku tego świata esperzy mają różne moce, od telekinezy i pyrokinezy po tworzenie iluzji i władanie roślinami (wszyscy jednak widzą duchy). I choć w One Punch Manie mamy również esperów w postaci sióstr Tatsumaki i Fubuki, próżno szukać w Mob Psycho 100 tajemniczych bytów, nie mówiąc już o Stowarzyszeniu Bohaterów. Ponadto miasto, w którym mieszka Shigeo Kageyama, nazywa się Seasoning City (Miasto Przypraw) i pełne jest gimnazjów o nazwanych właśnie związanych z przyprawami (na przykład Mob i jego brat, Ritsu, chodzą do Gimnazjum Soli). Wychodzi więc na to, że webcomiki nie dzielą ze sobą uniwersum.
Coś, co wydaje się dość interesujące, to to, że przeciwnicy, zarówno Saitamy, jak i Moba, przeważnie mają o ludziach bardzo niskie mniemanie i chcą ich albo zniszczyć, albo sobie podporządkować. Ponadto są to bardzo potężni antagoniści, którzy potrafią zdziesiątkować całe zastępy superbohaterów i esperów, i właściwie ostatecznie to właśnie Saitama i Mob mają dość siły, aby ich pokonać (chociaż poszczególne postaci poboczne też są w stanie zadać kilka celnych ciosów i osłabić przeciwnika i jego zastępy podwładnych). Saitama mierzył się, między innymi: z potworami z podziemi, z eksperymentami pewnego szalonego naukowca, z Królem Morza, z kosmitami, z człowiekiem, który postanowił przerzedzić szeregi Stowarzyszenia Bohaterów i stać się potworem; i ze Stowarzyszeniem Potworów. Mobowi zaś zdarzyło się walczyć: z duchem, który założył własną sektę, posługując się mocą władania nastrojami; z aroganckim esperem z sąsiedniej szkoły, z organizacją esperów, dążącą do przejęcia władzy nad światem; i z duchem espera, pożerającym inne duchy, który opętał pewną dziewczynę. Wielokrotnie też zdarzało się, że przeciwnicy Saitamy i Shigeo mają pewien określony pogląd na świat i bohaterowie muszą go skonfrontować ze swoimi wartościami… ale o tym potem.
Saitama pokonuje pierwszego potwora.
Przyjrzyjmy się teraz sytuacji życiowej obu protagonistów. Saitama to młody mężczyzna, który pewnego dnia, w drodze na rozmowę o pracę, stanął w obronie chłopca, zaatakowanego przez potwora i pokonał go kilkoma sprawnymi ruchami. Emocje, jakie poczuł podczas walki, sprawiły, że Saitama postanowił zostać superbohaterem. Ciężki trening i hartowanie ciała sprawiły, że po latach stracił włosy, za to stał się niesamowicie silny, zwinny i wytrzymały. Jest nam jednak zasygnalizowane, że ta moc ma swoją cenę, nie tylko bowiem łatwe zwycięstwa sprawiają, że pragnący wyzwań bohater popada w apatię, ale też najwyraźniej nie jest już człowiekiem. Tak jak wielu ludzi w uniwersum One Punch Mana, z powodu zanieczyszczeń stał się potworem. Pokonany przez niego naukowiec (który zamierzał sztucznie przyspieszyć ludzką ewolucję i pozbawić ją wszelkich limitów) z potyczki z Saitamą wyciągnął wniosek, że Bóg nie bez powodu stworzył ludzi ograniczonymi – wiedział bowiem, że człowiek, który osiągnąłby wielką moc i przekroczył wszystkie limity, prędzej czy później oszalałby.
Ponadto wielkie czyny Saitamy przez większość czasu nie są zauważane, a jeśli już, to przeważnie ludzie albo uważają go za oszusta, albo mu nie ufają, albo go po prostu nie lubią. Czasem wynika to z jakiegoś nieporozumienia (jak wtedy, kiedy został uznany za członka grupy terrorystycznej, która pełna była łysych mężczyzn), czasem stąd, że Saitama zapobiegł jakiemuś większemu nieszczęściu, ale spowodował jednak jakieś szkody (kawałki zniszczonego przez niego meteoru spadły na domy mieszkańców), a czasem jest to decyzja samego superbohatera. I tutaj dochodzimy do ważnej cechy charakteru Saitamy.
„Posłuchajcie! Nie zajmuję się tym całym bohaterstwem,
abyście mnie podziwiali. Robię to, bo to lubię.”
Saitama nie dba jakoś szczególne o to jak go widzą inni. No dobrze, może i zajście z łysymi terrorystami sprawiło, że musiał stawić czoło temu, że przez dłuższy czas pomagał mieszkańcom miasta, a nikt go nie kojarzy, ale jego zatroskanie tym faktem nie wynika z próżności czy pragnienia chwały – jego anonimowość właśnie stała się przeszkodą w jego pracy superbohatera. Jest to więc bardzo poważny problem. Jednakże wielokrotnie Saitama wybiera tę anonimowość – a nawet wrogość ze strony otoczenia – dla dobra innych. Jeden z przywódców Stowarzyszenia Bohaterów pragnie upokorzyć policję, która pozostaje w cieniu Stowarzyszenia, i zwleka z przesłaniem posiłków przeciwko potworowi, dopóki komendant nie będzie go błagał? Saitama mówi: „Ani bohaterowie, ani policja, nie robią tego, co robią, bo ktoś ich błaga.” i najpierw rozprawia się z potworem, a potem, w przebraniu policjanta, pokazuje się z nim opinii publicznej. Jakiś obserwator walki bohaterów z Królem Morza stwierdza, że skoro Saitama pokonał go jednym ciosem, to ci, którzy walczyli wcześniej, nie byli znowu tacy twardzi; i – co gorsza – inni ludzie zaczynają się z nim zgadzać? Saitama mówi głośno: „Jak to dobrze, że inni bohaterowie zmęczyli tego potwora. Będę mógł teraz przypisać sobie ich zasługi.”, tym samym robiąc z siebie wyrachowanego oszusta byle tylko jego koledzy – którzy odnieśli w tej walce poważne rany – nie stracili twarzy. Nawet fakt, że większość jego bohaterskich czynów jest przypisana pewnemu człowiekowi, nie wydaje się jakość Saitamę szczególnie martwić i oferuje temuż człowiekowi swoją przyjaźń.
Sytuacja Moba jest nieco inna. Jak już wspominałam, jest on gimnazjalistą. Mieszka z rodzicami i młodszym bratem, Ritsu; chodzi do szkoły, podkochuje się w koleżance z klasy i pracuje u niejakiego Reigena Arataki, doradzającego ludziom, którym wydaje się (czasem słusznie, czasem nie), że mają problemy z duchami i złymi mocami. Przede wszystkim jednak moce Moba są prawie zawsze na widoku – wielu ludzi wie, że jest on esperem, a ponieważ świat przedstawiony jest ich pełen, nikt się temu nie dziwi. Natomiast sam Mob stara się nie korzystać ze swoich mocy za bardzo i unika używania ich przeciwko ludziom. Wynika to z tego, że kiedy był młodszy, został wraz z bratem napadnięty przez grupkę wyrostków, stracił przytomność, a kiedy się obudził, zastał swoich napastników nieprzytomnych, a Ritsu – w kałuży krwi. Od tego czasu Mob jest więc przerażony samym sobą i tym, co mogą zrobić jego moce. Dodajmy też, że w pewnych momentach w webcomiku i anime jesteśmy informowani o tym, że zachodzi sytuacja, w której Mob jest bliski o ileś tam procent do tego, aby jakaś emocja wzięła nad nim górę. Kiedy Mob osiąga 100 procent, a tą emocją jest gniew albo wrogość, chłopak staje się iście niszczycielską siłą. Wtedy dochodzi nawet do tego, że jakaś inna osobowość przejmuje nad nim kontrolę.
Wielu ludzi mówi mu, że bycie esperem czyni go wyjątkowym i że powinien częściej używać swoich mocy. W pewnym momencie czytelnik (albo widz) ma wrażenie, że Mob dołączy do Klubu Telepatów, jednak decyduje się raczej dołączyć do Klubu Doskonalenia Ciała, ponieważ chce poprawić swoją kondycję. Po części jest to związane z chęcią przypodobania się dziewczynie, a po części – z samodoskonaleniem się. Tak czy inaczej, Mob nie uważa się za lepszego z powodu swoich mocy i przeciwstawia się poglądowi, że esperzy muszą podporządkować sobie ludzi bez mocy. Jeśli już musi walczyć, to tylko w obronie ludzi, na których mu zależy… a i tak co rusz chce przy tym przekonać swoich przeciwników, że ich postawa jest błędna. Co więcej – dość często mu się to udaje. Mob ma też bardzo dużo empatii dla duchów, które nie są złe, tylko po prostu nieszczęśliwe.
„Dlaczego muszę bić też kobietę? Mój mistrz mówi, że
tylko przegrani biją kobiety.”
Co więcej – nieraz zdarza się, że Mob podczas walki płacze. Po raz pierwszy po tym jak budzi się po potyczce z Teru Hinazawą (esperem, który uważał, że wszystko mu się należy i że moce ma po to, aby wykorzystywać innych do swoich celów) i zdaje sobie sprawę, że siedzący w nim potwór zniszczył właśnie szkołę Teru, a jego samego pozbawił ubrania, włosów i godności. Drugi raz zachodzi w siedzibie organizacji, która porwała Ritsu (w którym niedawno obudziły się zdolności parapsychiczne), i Mob ubolewa nad tym, że jest zmuszony walczyć z kobietą, a przecież mężczyźni, którzy biją kobiety, to najgorsi z najgorszych. Za trzecim razem Shigeo płacze nad swoim przeciwnikiem, którego pragnie przekonać do porzucenia próby przejęcia władzy nad światem. W końcu czwarty (i jak dotąd ostatni) raz ma miejsce, kiedy Shigeo musi walczyć z kimś, kogo uważał dotąd za przyjaciela.
Mamy więc szukającego wyzwań supersilnego bohatera, którego zasług nikt nie dostrzega; i potężnego, wyróżniającego się z tłumu espera, który jest pacyfistą. Jeden jest dorosłym mężczyzną, próbującym związać koniec z końcem i lubiącym obniżki; drugi to nastolatek, szukający własnej drogi i próbujący się dopasować. Jeden polega na sile fizycznej i jest niesamowicie wytrzymały; drugi mdleje przy wzmożonym wysiłku. Jeden wydaje się nie mieć rodziny ani stałej pracy; drugi pracuje po szkole na pół etatu, a jego rodziców i brata możemy oglądać nie raz i nie dwa. Jeden jest w zasadzie samotnikiem z wyboru (przynajmniej na początku); drugi szuka wsparcia u swojego szefa. Jak więc widzicie, Drodzy Czytelnicy, tych dwóch bohaterów dzieli całkiem sporo.
Jednakże łączy ich o wiele więcej.
To podobieństwo, które najbardziej rzuca się w oczy, to fakt, że obaj są niesamowicie potężni. Patrząc na to, jak wielkimi mocami dysponują Saitama i Mob, zdajemy sobie sprawę z tego, że mogliby oni stanowić spore zagrożenie, gdyby byli złoczyńcami. Saitama ma siłę, która pozwala mu jednym ciosem zniszczyć lecący ku Ziemi meteoryt i powalić przeciwnika, który dla innych jest niepokonany. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby główny bohater One Punch Mana chciał użyć całej swojej mocy przeciwko jakiemuś biedakowi – byłby w stanie nie tylko zrobić z niego miazgę, ale też zapewne rozwalić połowę globu. A co by było, gdyby Mob nie tylko uwierzył, że jest kimś stojącym ponad nędznymi śmiertelnikami, lecz także nie trzymał na wodzy drzemiącego w nim niszczycielskiego alter ego?
Na szczęście obydwaj nie są tylko tytanami. Posiadają również pokorę, dzięki której wydają się najmilszymi i najbardziej sympatycznymi bohaterami w swoich seriach. Powody ich pokory mogą pochodzić z różnych miejsc – gdyż Saitamę nie obchodzi to, co inni o nim myślą, a Mob ma silnie zakorzenione przeświadczenie, że jego moc nie czyni go lepszym od innych, tylko jest jak każdy inny talent – jednakże w obu przypadkach ta pokora związana jest z pewnym poczuciem przyzwoitości. Saitama pozwala na to, aby opinia publiczna miała go za mięczaka i oszusta, aby inni, słabsi od niego, ale nie mniej godni szacunku ludzie zostali docenieni. Mob z kolei klęka przed pokonanymi przez jego brata młodocianymi gangsterami i prosi ich o wybaczenie (a dodajmy, że cała scena ma miejsce tuż po tym jak Ritsu wyznaje, że zawsze bał się Shigeo), ponieważ tak trzeba.
Jednocześnie obaj posiadają też współczucie. Saitama lubi bycie bohaterem i wielokrotnie pokazuje małymi i wielkimi gestami, że ma serce na właściwym miejscu. Raz odda pieniądze dziecku, które chciało w ten sposób nagrodzić go za jakiś bohaterski czyn (a w tamtej historii Saitama bezskutecznie próbował zdobyć drobne do automatu z napojami); kiedy indziej uratuje samobójcę przed skoczeniem z dachu. Ponadto jedna z sag One Punch Mana opowiada o człowieku imieniem Garou, który zbuntował się przeciwko Stowarzyszeniu Bohaterów, uznając ich za pewnych siebie hipokrytów, czyniących dobro tylko po to, aby być chwalonymi i podziwianymi przez tłum. Garou posyła wielu członków Stowarzyszenia do szpitala i jest ścigany przez resztę, zwłaszcza swojego dawnego mistrza, Banga. W pewnym momencie Stowarzyszenie Potworów proponuje nawet Garou członkostwo, o ile zabije pewnego małego chłopca. Po długiej i męczącej walce między oboma stowarzyszeniami – walce, która skończyła się przegraną potworów i Garou z ręki Saitamy – wielu bohaterów chce, aby złoczyńca został zabity. Saitama jednak zwraca uwagę na to, że przez cały czas Garou nie tylko nikogo tak naprawdę nie zabił, ale też starał się ocalić przed jakąkolwiek krzywdą chłopca, którego śmierć miała mu zapewnić miejsce w Stowarzyszeniu Potworów. Saitama pokazuje żądnym krwi bohaterom, że stojący przed nim złoczyńca nie jest tak do końca zły i nie zasługuje na śmierć.
O tym, że Shigeo Kageyama nie chce swoich mocy używać przeciwko ludziom i że jest w zasadzie pacyfistą, już wspominałam. Natomiast przy Mobie – nawet bardziej niż przy Saitamie – jest położony silny nacisk na wiarę w to, że ludzie są z natury dobrzy. Mogami – światowej sławy esper, który zmarł jakiś czas przed wydarzeniami z webcomiku – stał się złym duchem i opętał ciało młodej, bogatej dziewczyny. Jej zdesperowany ojciec wezwał na pomoc najsłynniejszych ekspertów od egzorcyzmów, w tym – szefa Shigeo, Reigena. Po wielu nieudanych próbach Mob dochodzi do wniosku, że najlepszym sposobem pokonania Mogamiego jest wejście do umysłu dziewczyny i wykurzenie go z jej ciała. Sam decyduje się na ten śmiały krok, a Mogami – widząc jego idealizm – postanawia uwięzić chłopaka w pułapce: Mob ma doświadczać swojego życia, jakby nie tylko nie był esperem, lecz także nie miał nikogo bliskiego. Ponadto dziewczyna, którą opętał Mogami pojawia się w tym wyimaginowanym świecie jako nowa uczennica i znęca się nad chłopakiem poprzez podburzanie przeciwko niemu reszty klasy dla zabawy (Mogami twierdzi, że robiła to dość często w swojej szkole). Mob żyje w tej mrocznej rzeczywistości przez pół roku (w umyśle dziewczyny jest to pół roku; dla ludzi na zewnątrz jest to kilka minut), a złoczyńca czeka na to, aż nastolatek się złamie, przekona o tym, że są ludzie, którym nie można pomóc (zwłaszcza opętana córka bogacza), i odegra się na swoich oprawcach. Mob jednak nadal się nie poddaje, nadal wierzy w to, że ludzie są dobrzy, a kiedy wreszcie pomoc przybywa, chłopak stwierdza, że całe to doświadczenie każe mu podziękować wszystkim bliskim przyjaciołom w jego życiu za okazane wsparcie. Wiara w to, że ludzie potrafią się zmienić na lepsze, znajduje potwierdzenie w tym, że kiedy dziewczyna zostaje uwolniona od Mogamiego i spotyka Moba zaraz po przebudzeniu, przytula go i przeprasza za to, co jej wersja w alternatywnej rzeczywistości mu zgotowała.
Zarówno Saitama jak i Mob zaczynają jako samotnicy (superbohater – niejako z własnego wyboru, a esper – z powodu bycia zbyt nieśmiałym i nie potrafiącym „czytać atmosferę”), potem jednak zyskują nowych przyjaciół i sojuszników, w miarę jak rozwija się akcja. I w obu przypadkach dość często wynika to z tego, że inni przekonują się o tym jak niesamowitymi postaciami są Saitama i Mob. Z czasem coraz więcej członków Stowarzyszenia Bohaterów zdaje sobie sprawę z tego, że „oszust” wcale nie jest oszustem, a nadto jeszcze posiada hart ducha i pewnego rodzaju mądrość, która zmienia postrzeganie świata każdego, kto pozna go bliżej. Esperzy, których pokonuje Mob (a także do pewnego stopnia Reigen), odkrywają jak głupio postępowali i postanawiają się do niego przyłączyć; a członkowie Klubu Doskonalenia Ciała chronią chłopaka nie tylko dlatego, że jest on słabszy, ale też dlatego, że jego determinacja podnosi ich na duchu – w rezultacie wkrótce Mob zyskuje przyjaciół i sam staje się o wiele bardziej pewny siebie.
Mistrz Saitama i jego uczeń Genos.
Coś, co łączy protagonistów One Punch Mana i Mob Psycho 100 w szczególnie interesujący sposób, to fakt, że obaj znajdują się w relacji mentor-uczeń… w której to relacji uczeń postrzega mentora jako bardziej kompetentnego niż jest; i w której mentor troszeczkę wykorzystuje swojego ucznia. W przypadku One Punch Mana, Saitama jest mentorem – pewnego dnia ratuje młodego cyborga, Genosa, a że młodzieniec chce być silny, aby dokonać zemsty na niszczycielu swojej wioski, postanawia uczyć się pod okiem Saitamy. W chwili, kiedy mężczyzna wyznaje Genosowi sekret swojej siły (intensywny trening i hartowanie ciała poprzez podkręconą klimatyzację), cyborg mu nie wierzy i doszukuje się jakiegoś drugiego dna. Przez dłuższy czas Saitama nie chce mieć ucznia, ale ostatecznie zgadza się na to, aby Genos się do niego wprowadził, bo młodzieniec oferuje pomoc przy płaceniu czynszu oraz przy domowych obowiązkach. Traktuje wszystkie słowa swojego „sensei” bardzo poważnie, w każdym jego zdaniu próbuje odczytać jakiś głęboki, filozoficzny sens i od czasu do czasu zapewnia go, że dla niego Saitama na zawsze pozostanie bohaterem. Mimo wszystko „sensei” ma na Genosa bardzo pozytywny wpływ, bo cyborg jest o wiele mniej pochłonięty zemstą. (Nie zapomnijmy też, że Saitama ma przyjaciela, kogoś, kto widzi jaki on jest naprawdę i chce go wspierać. Biorąc pod uwagę ilu ludzi postrzega go jako oszusta, miło jest widzieć, że może na kogoś liczyć.)
Mistrz Reigen i jego uczeń, Shigeo.
Mobowi z kolei przypada rola ucznia, a jego mentorem jest Reigen Arataka – mężczyzna prowadzący firmę doradzającą w sprawach paranormalnych, który sam podaje się za osobę o zdolnościach parapsychicznych. Shigeo przyszedł do agencji pewnego dnia, poszukując rady dorosłego espera. Na początku Reigen nie wierzy, aby Mob miał jakiekolwiek moce, ale mimo wszystko stara się dać mu kilka dobrych rad, takich jak: „Twoje moce są tym, co zdolność dobrego uczenia się, szybkie bieganie czy talent muzyczny – są po prostu cechą, która nie sprawia, że jesteś lepszy ani gorszy od innych.”, czy: „Z twoimi mocami jest jak z nożem. Nie są złe same w sobie, ale nie możesz używać ich przeciwko innym ludziom.” Innymi słowy: kompas moralny Moba i jego pacyfizm są wynikiem długoletnich nauk Reigena. Bo widzicie – może i Reigen jest oszustem, ale ma etykę pracy zasadzającą się na tym, aby rzeczywiście pomóc swoim klientom. W chwili zaś, kiedy przekonuje się, że Mob rzeczywiście jest esperem, proponuje mu pracę – niskopłatną, polegającą na egzorcyzmowaniu duchów i pomaganiu z klientami, którzy rzeczywiście mają paranormalne problemy. I też przez dłuższy czas czytelnik albo widz ma niskie mniemanie o Reigenie… dopóki nie dochodzi do tego, że oszust wkracza na teren organizacji, która porwała Ritsu; nie dowiaduje się, że jego uczeń był zmuszony do tego, aby złamać swój kodeks moralny i nie postanawia sam rozprawić się z przeciwnikami za pomocą sensownych argumentów i mocy przekazanej mu przez wdzięcznego za jego interwencję Moba. Tutaj po raz pierwszy widzimy, że Reigen jest czymś więcej niż tylko szefem eksploatującym moce naiwnego dzieciaka; jemu naprawdę zależy na dobru Shigeo. I choć jest cała saga poświęcona temu, jak Reigen mówi chłopakowi, chcącemu spędzić więcej czasu z Klubem Doskonalenia Ciała i innymi znajomymi, okropne rzeczy (zapewne przeświadczony o tym, że nowi koledzy ze szkoły chcą Shigeo wykorzystać w jakiś sposób), przez co Mob postanawia na jakiś czas nie przychodzić do pracy, a potem dochodzi do kilku niemiłych dla Reigena sytuacji; ostatecznie cała przygoda kończy się tym, że mężczyzna uczy się, że również on zawdzięcza bardzo wiele Mobowi (dowiadujemy się, że przed pojawieniem się chłopaka, Reigen planował zająć się czymś innym, bo dotąd zawsze porzucał wszystkie swoje przedsięwzięcia po jakimś czasie) i że powinien odtąd bardziej zważać na potrzeby swojego ucznia. Cały wątek zamyka się w scenie, w której Mob i Reigen wracają do domu i Reigen pyta: „Wiesz już zapewne, kim naprawdę jestem?” (w domyśle – oszustem), na co chłopak odpowiada: „Wiem. Mistrz jest dobrym człowiekiem.”
Wreszcie ostatnia rzecz, którą obaj protagoniści ONE’a mają ze sobą wspólnego, to to, że przeważnie nie są zbyt rozmowni i wydają się trochę beznamiętni. W przypadku Saitamy ta beznamiętność związana jest z apatią wywołaną wyżej wspomnianym brakiem wyzwań – Saitama po latach treningu i walki ze złem nie czuje nic – ani lęku, ani ekscytacji, ani radości. Z kolei Mob nie umie „odczytywać atmosfery”, nie mówiąc już o wspominanym wyżej lęku przed własnymi mocami, które w dużym stopniu są związane z jego emocjami. Dochodzi jeszcze czynnik związany z tym, że obaj są raczej skryci i wolą przechodzić prosto do rzeczy.
Zastanawiam się, co by było, gdyby ci dwaj się spotkali. Nie chodzi mi o starcie tytanów – walkę, która miałaby zdeterminować, który z nich jest potężniejszy – ale o zwyczajny crossover, w którym doszłoby między nimi do porównania postaw i doświadczeń. Myślę, że mimo wszystko przebrnęłoby ono w przyjaznej atmosferze. Wydaje mi się, że Saitama uznałby za godne szacunku to, że Mob nie chce polegać tylko na swoich mocach i że jest pacyfistą; Mob zaś podziwiałby determinację Saitamy i broniłby go przed oszczercami. W końcu obaj są przemiłymi ludźmi.

Artykuł: Opowieść o pewnym Autorze

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do Wodogrzmotów Małych.

Kiedy jeszcze istniało Fox Kids, jednym z seriali, które na nim oglądałam, było Earie Indiana. Główny bohater – Marshall Teller – przeprowadził się do tytułowego miasteczka, gdzie Wielka Stopa grzebie w śmietniku, kobiety zamykają się w hermetycznych pojemnikach, aby pozostać „świeże na wieki”, aparat ortodontyczny pewnego dzieciaka odbiera psią mowę i dzieje się wiele, wiele innych dziwnych rzeczy. Marshall zaś powziął się trudnego zadania dokumentowania wszelkich dziwactw Earie.

W rzeczy samej motyw sennego miasteczka, w którym mają miejsce niesamowite wypadki i które kryje jakąś tajemnicę, jest dość powszechny, zwłaszcza w USA (wszyscy kojarzymy, chociażby, Miasteczko Twin Peaks czy gry z serii Silent Hill). Protagonistą takich opowieści jest zazwyczaj ktoś z zewnątrz – ktoś, kto niedawno się przeprowadził; ktoś, kto prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczych wydarzeń; w końcu ktoś, kto tylko przez dziwne miasto przejeżdża i ma wypadek. Z kolei ludzie zamieszkujący uroczą z pozoru miejscowość zaprzeczają wszelkiej dziwności, czy to dlatego, że w nią nie wierzą, czy też dlatego, że mają coś do ukrycia. Tak czy inaczej, bohater powoli łączy ze sobą elementy układanki, odkrywa sekret (który zwykle nie jest niczym miłym), pokonuje przeciwników i odjeżdża.

Wspominam o tym wszystkim, ponieważ jedną z najpopularniejszych produkcji Disneya jest serial animowany Wodogrzmoty Małe (w oryginale: Gravity Falls). Pierwotnie chciałam, aby ten artykuł był o serii w ogóle, zwłaszcza, że stworzone przez Alexa Hirscha Wodogrzmoty… to serial, w którym jakiś żart albo element tła mogą nabrać szczególnego znaczenia, a każda scena analizowana jest pod wieloma kątami. Doszłam jednak do wniosku, że powinnam poświęcić ten tekst jednemu aspektowi Wodogrzmotów Małych, a mianowicie – Autorowi dzienników.

Czytaj dalej „Artykuł: Opowieść o pewnym Autorze”

Artykuł: Pogadajmy o Wielkiej Czwórce

[UWAGA! Artykuł zawiera spoilery do filmów: Jak wytresować smoka?, Zaplątani, Merida Waleczna i Strażnicy Marzeń.]

Gdzieś tak na przełomie 2012 i 2013 roku na często oglądanym przeze mnie tumbrze Kitty Orleans zaczęły pojawiać się gify z tak zwaną Wielką Czwórką. Choć wielu osobom to określenie może przywodzić na myśl powieść kryminalno-szpiegowską Agathy Christie o tym samym tytule, owe gify z tumblra Kitty przedstawiały cztery postaci z czterech różnych filmów – Jacka Mroza ze Strażników Marzeń, Czkawkę z Jak wytresować smoka, Roszpunkę z Zaplątanych i tytułową bohaterkę Meridy Walecznej. Pierwotnie były to głównie obrazki z Jackiem Mrozem i spółką z nieco zmodyfikowanymi dialogami z Avengers (jak słynne słowa Tony’ego Starka do Lokiego: „Rozważ swoje szanse…”), ale potem nagle zaczęły pojawiać się gify, które (tak jak równie popularny Superwholock) miały opowiadać jakąś historię; miały przedstawiać sceny z jakiegoś nienapisanego (chociaż kto wie…) crossovera, gdzie Jack, Czkawka, Merida i Roszpunka łączą siły, aby powstrzymać jakieś większe zło (najczęściej Boogeymana ze Strażników marzeń) albo po prostu ze sobą rozmawiają (jak chociażby dialog między Czkawką i Meridą o tym jak matka Meridy, Elinor, spacyfikowała ojca Czkawki, Stoika, wzrokiem).

Nasi bohaterowie, jeśli ktoś nie kojarzy.

Wkrótce zaczęły powstawać fanarty i fanfiki z tym niesamowitym crossoverem (w tym całkiem sporo w dekoracjach Hogwartu) i doszło do tego, że po wpisaniu w wyszukiwarce deviantArta słów „big four”, większość rezultatów będzie zawierać właśnie te cztery postacie. Postanowiłam więc przyjrzeć się tym bohaterom bliżej i zastanowić się nad tym, dlaczego ta grupa cieszy się zainteresowaniem i czy taki jej skład ma jakiś sens.

Czytaj dalej „Artykuł: Pogadajmy o Wielkiej Czwórce”

Artykuły: Animowany "Powrót do przyszłości"

Jeśli zajrzycie na wikipedię poświęconą Powrotowi do przyszłości, zdacie sobie sprawę z tego, że dla wielu fanów fandom BTTF zamyka się w samej trylogii i (ewentualnie) w opartych o nie powieściach, które wydano w Ameryce. Wpisy dotyczące wydarzeń zachodzących w niedawno wydanej grze TellTale i serialu animowanym wyprodukowanym przez stację CBS są zawsze oznaczone jako „uznawane przez fanów za niekanoniczne”. Oczywiście wiadomo, że kreskówki stworzone na podstawie znanych filmów i seriali mogą się nieco różnić od oryginału, w zależności od tego, jaką konwencję wybiorą producenci. To mogą być dalsze losy znanych nam bohaterów, to może być prequel, opowiadający o ich dzieciństwie albo wczesnych latach; to może być nawet spinoff. Jednak twórcy starają się zachować to, co było esencją oryginału, bo jeśli nie, serial popadnie w zapomnienie. Czym w takim razie jest animowany Powrót do przyszłości? Jak się odnosi do trylogii? I jaki wnosi wkład do fandomu?

Zacznijmy od podstawowych danych, a potem przejdźmy do konkretów. Serial powstał w 1991 i był emitowany przez wspomniane CBS aż do 1992, a potem jeszcze kilka razy na ABC i Foxie. Liczy sobie dwa sezony, każdy po trzynaście odcinków. Scenariusze do serialu był pisany między innymi przez Boba Gale’a, współtwórcę oryginalnej trylogii. Na początku każdego odcinka pojawia się Christopher Lloyd, który odtwarza rolę Emmetta Browna w jakiejś sytuacji (a to reperuje Deloreana, a to szykuje się do wyjazdu z rodziną, a to robi jeszcze coś innego), co z kolei stanowi pretekst do opowiedzenia jakiejś historii, ukazanej jako film animowany. Pod koniec odcinka zaś Bill Nye, znany z programu edukacyjnego Bill Nye the Science Guy, dokonuje jakiegoś eksperymentu.
Cały serial ma charakter dydaktyczny. Jak wiele kreskówek dla dzieci, stara się przemycić jakąś wiedzę i morał a jednocześnie być zabawny, co wychodzi mu wcale nieźle. To nie jest waląca po łbie łopatologia dla kretynów. W zasadzie, kiedy ostatnio odświeżałam sobie całą serię, tylko raz miałam wrażenie, że chcą mnie na siłę czegoś nauczyć, ale to tylko dlatego, że doktor Brown i Jules przenieśli się do czasów prehistorycznych i cały czas wyrzucali z siebie tony informacji na temat wszystkiego, co ich otaczało. No, ale oni są naukowcami, to niejako leży w ich charakterze, aby rozmawiać o takich rzeczach.
Akcja serialu dzieje się w roku 1991, w Hill Valley (z jakiegoś powodu w polskiej wersji językowej bohaterowie wymawiają to jak Hill Wally). Mimo że Marty jest bohaterem wielu odcinków serialu, tak naprawdę nie jest jego głównym protagonistą. Pamiętacie scenę z końca trzeciej części trylogii, kiedy nagle na tory w roku 1985 wyjeżdża pociąg i zatrzymuje się tuż obok Marty’ego; po czym drzwi lokomotywy się otwierają i staje w nich doktor Brown wraz z żoną i dwoma synami o imionach Juliusz i Verne?
Tak naprawdę serial jest o Brownach, co mnie, jako fanki trzeciej części i osoby doktora w ogóle, nie przeszkadza. Otóż kreskówka zakłada, że po tych kilku latach spędzonych w dziewiętnastym wieku wraz z rodziną Emmett Brown przeniósł się z powrotem do dwudziestego wieku i osiadł na małej farmie niedaleko Hill Valley. On zajął się robieniem wynalazków, a Klara zaczęła uczyć w miejscowej szkole (nie wiadomo konkretnie w której, bo ani jej synowie, ani Marty – który nie wiadomo czy jest w liceum, czy na studiach – nie mają z nią lekcji). Jednakże większość odcinków serialu w zasadzie dotyczy Julesa i Verne’a, o których powiem później.
Do dyspozycji Brownowie i Marty mają unowocześnionego Deloreana i pociąg-wehikuł czasu, które działają teraz na komendę głosową i można w nich ustawić nie tylko konkretny czas, ale też miejsce.
W zasadzie są dwa typy odcinków animowanego Powrotu do przyszłości – takie, w których dochodzi do podróży w czasie, i takie, w których wszystko dzieje się w latach dziewięćdziesiątych (na przykład doktor Brown, w wyniku żartu swoich dzieci, myśli, że jego szare komórki są na wyczerpaniu). Pamiętacie jak podchodzono do podróży w czasie w samych filmach? Przede wszystkim tam były one (z dwoma wyjątkami) koniecznością. W pierwszej części Marty został zmuszony do wzięcia Deloreana, aby uciec przed Libijczykami, w drugiej – najpierw doktor zabiera go w przyszłość, aby Marty uratował swojego syna przed więzieniem, a potem obaj wracają do 1955, aby powstrzymać Biffa; w końcu w trzeciej – Marty chce ocalić uwięzionego w 1885 doktora Browna przed śmiercią z ręki Wściekłego Psa. W serialu z podróżami w czasie bywa różnie. Raz chodzi o zdobycie planów doktora Browna, które zaginęły gdzieś na początku lat czterdziestych; raz o dowiedzenie się, co tak naprawdę w latach sześćdziesiątych widział i uznał za kosmitów Biff; kiedy indziej o to, aby przodek Marty’ego, Pee Wee McFly wygrał mecz bejsbolowy. Zdarza się, że ktoś wpadnie na pomysł, żeby wybrać się w przeszłość na wakacje albo któryś z chłopców postanowi pójść do cyrku, którego ostatni występ odbył się kilka dekad temu. Ale to nie znaczy, że wehikuły czasu nie mają poważniejszych zastosowań, bo w jednym odcinku, na przykład, Marty cofa się w czasie, aby zapobiec przejęciu ziemi dziadka Jennifer przez Biffa, a w innym Jules i Verne próbują nie doprowadzić do tego, aby ich ojciec bał sie wyprawy na ryby.
Przyjrzyjmy się teraz postaciom. Doktor Brown pozostaje w zasadzie taki sam, jak był, ale Marty stracił kilka swoich cech. Wciąż jest tym zadziornym nastolatkiem, który potrafi zdobyć się na improwizację, jednakże często, dla dobra morału, wychodzi na kogoś niedelikatnego albo nierozsądnego. Można to zrzucić na karb młodości albo przytoczyć fakt, że w trylogii też mu się zdarza robić głupoty (Sport Almanac, anyone?), jednak fani tej postaci mogą poczuć się zawiedzeni. Jego rodzice i rodzeństwo nie pojawiają się wcale, a Jennifer występuje tylko w kilku odcinkach i to też tylko po to, aby najpierw paść ofiarą niedelikatności Marty’ego, a później zostać przez niego przeproszona. Klara miała większe szczęście – zwykle pełni rolę matki i żony, ale wiele razy ratuje swojego męża (nie mówiąc już o tym, że w czołówce wbija obcas w nogę Buforda Tannena). Jednak tym, co dała nam kreskówka, jest dookreślenie charakterystyki enigmatycznych Julesa i Verne’a, którzy w trzeciej części trylogii zostali nam tylko przedstawieni.
Tak po prawdzie, to odnosi się wrażenie, że twórcy mają jakiś sentyment do Verne’a, zważywszy na to jak wiele odcinków poświęconych jest właśnie jemu albo zaczyna się od tego, że on coś robi. Ale jeśli przyjrzeć się jego postaci i porównać z jego bratem, to w sumie można zauważyć, że Verne jest po prostu łatwiejszy do napisania od Julesa, tak samo jak Marty jest zwykle łatwiejszy do napisania od doktora Browna. Ponieważ – tak jak Marty McFly – Verne jest typowym dzieciakiem. Gra w gry wideo, czyta komiksy, uprawia bejsbol i bawi się z kolegami. Większość dziecięcej widowni może się z nim utożsamiać. Po prostu mając dostęp do Deloreana, ma różne osobliwe pomysły. Jeśli chce być bardziej dorosły w oczach kolegów, to przenosi się do czasów piratów, aby przekłuć sobie uszy. Jeśli Biff Junior kradnie jego prezentację na „show and tell”, on bierze z okresu jurajskiego jajo dinozaura. Jeżeli w wyniku perswazji Julesa i pewnego nieporozumienia dochodzi do wniosku, że jest synem Benjamina Franklina – cofa się do Filadelfii w noc odkrycia elektryczności, aby się z nim spotkać. Asystował nawet przy własnych narodzinach, bo próbował namówić swoich rodziców, aby nie nadawali mu imienia „Verne”.
Jules z kolei to typowy kujon (minus okulary i typowo kujońskie zainteresowanie komiksami i fantastyką naukową). Tak jak Verne przypomina Marty’ego, tak Jules przypomina doktora Browna… z paroma wyjątkami, ale do tego jeszcze dojdziemy. Robi własne wynalazki, pasjonuje się nauką wszelkiej maści, używa wyrafinowanego słownictwa. Do tego nigdy nie zwraca się do rodziców „mamo, tato”, to zawsze jest „matko, ojcze”. Do Verne’a czasem mówi po imieniu, czasem per „bracie”. Można by pomyśleć, że tak mniej więcej zachowywał się doktor Brown, kiedy był małym chłopcem, gdyby nie to, że Jules bywa strasznie arogancki i wredny. Wystarczy spojrzeć na odcinek Puszczanie latawca i scenę, w której przekonuje Verne’a, że jest adoptowany – wyciąga argumenty w stylu: „Nie jesteś tak inteligentny jak wszyscy Brownowie. Nie przypominasz ani ojca, ani matki, ani nawet mnie, a do tego nie masz własnej deskolotki. No i nie ma twoich zdjęć z okresu niemowlęcego. Z tego, co wiem, możesz być nawet Tannenem.” Z drugiej strony z jedynego poświęconego mu odcinka – Cudowne drzewko – możemy w pełni pojąć jaki samotny jest Jules. Nikt go nie lubi, nawet jego własny brat traktuje go jak śmiecia i niszczy wyhodowane przez niego drzewko, które – jak wcześniej powiedział sam Jules – jest „sentymentalną namiastką zabaw, które powinien przeżywać chłopiec w jego wieku”. Kiedy indziej dowiadujemy się, że szkolne osiłki się na nim wyżywają.
Chłopcy dość często się ze sobą droczą, w kilku odcinkach się nawet biją, ale koniec końców większość problemów starają się razem rozwiązać. W domu mają konkretne obowiązki – wyrzucanie śmieci, przycinanie trawnika, wyprowadzanie psa – których nie lubią robić, a ich pokój jest podzielony na pół białą kreską pośrodku podłogi. Ogólnie jeśli się dobrze przyjrzeć Brownom, jest to bardzo zżyta rodzina. Klara i Emmett prawie się nie kłócą i są szczęśliwym, kochającym się małżeństwem.
No i dzięki serialowi możemy przyjrzeć się dobrze doktorowi Brownowi jako ojcu, który – no cóż – ma niełatwe zadanie. Już w pierwszej scenie pilota, w sekwencji aktorskiej transmisja filmowa zostaje zakłócona przez wskakującego na pogo do laboratorium Verne’a (którego i tak tylko słyszymy), a historia właściwa zaczyna się od tego, że Jules i Verne kłócą się o to, kto ma prawo do komputera (hm… skądś to znam). Kiedy indziej Verne wciąż przesiaduje w salonie gier wideo, ignorując swoje obowiązki domowe, więc jego rodzice odłączają automat, przy którym akurat siedzi, i spoglądają na niego tym karcącym wzrokiem, który zna każdy dzieciak. Kiedy zaś chłopcy przenoszą się w czasy osadników, aby zrobić zdjęcie swoim dziadkom ze strony matki, nieomal doprowadzając do tego, że rodzice Klary się ze sobą nie schodzą, doktor Brown rusza w przeszłość, ratuje swoją teściową i Verne’a przed  niedźwiedziem, a potem mówi: „No, synu, co masz na swoją obronę?”
Ale najpiękniej tą jego ojcowskość oddaje (jak już zapewne wiedzą ci, którzy czytali Z krwi i kości) odcinek Puszczanie latawca, zwłaszcza scena z niedokończonym Pałacem Niepodległości, na którego szczyt wchodzi goniony przez doktora Verne. Przez przypadek chłopiec zrzuca na dół deskę, na której znajdują się cegły i przyrządy murarskie, przez co Brownowi wydaje się, że jego syn jest uwięziony pod cegłami. Tak więc doktor zaczyna go szukać, przekładając w desperacji cegły. Prosi nawet przypadkowych gapiów o pomoc, wymawiając przy okazji moją ulubioną kwestię w całym serialu: „Mówię o moim małym chłopczyku, o moim synku z krwi i kości! Przecież mógł zginąć!”
Wolę ten tekst wypowiadany przez Grzegorza Wonsa w polskiej wersji językowej, niż w amerykańskim oryginale. Nie zrozumcie mnie źle – grający doktora w sekwencjach animowanych Don Castellaneta robi fenomenalną robotę, naśladując Christophera Lloyda. Po prostu w tej konkretnej scenie pan Wons zabrzmiał dla mnie bardziej realistycznie. W jego głosie słychać ten dramat ojca, który boi się o życie i zdrowe swojego syna, co jest jeszcze spotęgowane przez sposób w jaki doktor Brown został narysowany w tym konkretnym momencie – spoglądający na górę z wyrazem trwogi i rozpaczy, a do tego trzymający w rękach cegły, które właśnie zamierzał przełożyć. Nie chcę zdradzać zakończenia Puszczania latawca, wolę zachęcić was do obejrzenia tego odcinka online, bo jest piękny i bardzo wzruszający.
Jules i Verne wiele razy cofali się w czasy młodości swojego ojca. Nie spotykają swoich dziadków po mieczu (w przeciwieństwie do tych po kądzieli, a szkoda), chociaż widzą doktora Browna jako ośmiolatka; za to spotykają jego ubranego w bawarskie spodenki i przeplatającego wypowiedzi germanizmami wujka Olivera. O dziwo, mały Emmett ma fryzurę podobną do tej, którą nosi w wieku starczym, mimo że w innych odcinkach widzimy, że jako mężczyzna w średnim wieku był blondynem z krótkimi, zaczesanymi do tyłu włosami. Z tych odcinków, w których przedstawiona jest (czy to przez podróż w czasie, czy to przez zwykły flashback) jakaś część przeszłości doktora Browna, dowiadujemy się, że jako chłopiec nabawił się traumy do wędkowania, że w okresie drugiej wojny światowej wspierał wysiłek wojenny, pracując naukowo; że raz wziął udział w zawodach wrestlingu; że w latach sześćdziesiątych jego wehikuł do badania chmur został uznany za statek kosmiczny i że w akademiku doktor Brown dzielił pokój z niejakim Wisdomem, który ukradł potem jego wynalazek.
W ogóle Wisdom jest jednym z niewielu czarnych charakterów w całym serialu, którzy nie należą do rodziny Tannenów. Większość odcinków ma antagonistę w postaci albo samego Biffa Tannena, albo jego syna, Biffa Juniora, albo któregoś z przyszłych bądź przeszłych Tannenów. Mamy: Tannena dowodzącego armią w czasie wojny secesyjnej, Tannena będącego szeryfem w średniowiecznej armii, Tannena w starożytnym Rzymie, Tannena-osadnika uderzającego do matki Klary; sierżanta Tannena ćwiczącego rekrutów w trakcie drugiej wojny światowej… W mordę! – występuje nawet Tannenozaur!
W oryginalnej wersji językowej głosu każdemu z nich podkładał Thomas Wilson, który grał Biffa, Griffa i Wściekłego Psa w samej trylogii. Każdy Tannen jest wredny na swój unikalny sposób i ma konkretną charakterystykę, która wyróżnia go od reszty rodziny. Na przykład reżyser, który „dla realizmu” gotów był posłać małego Emmetta Browna w beczce w dół Niagary, ciągle wszystkich zwalniał, a mężczyzna, który przystawiał się do przyszłej Marty Clayton, był śmierdzący i obrażał się, kiedy ktoś nazwał go „starym”. Biff Junior jest zaś typowym szkolnym osiłkiem, który uprzykrza życie Julesowi i Verne’owi (na przemian z nadzianym, aroganckim i popularnym Johnsonem). Przy tym kłóci i wydziera się na ojca, wyraźnie nie okazując mu szacunku i podkładając grunt pod sytuację z drugiego filmu, w którym Biffa wykorzystywał jego własny wnuk. Sam Biff Tannen z jednej strony często mu się odgryza, ale z drugiej rozpieszcza go w ten, czy inny sposób.
Kiedy niedawno oglądałam gameplay do Back To The Future: The Game, jedynym realnym nawiązaniem do kreskówki był pojawiający się w przedostatnim starciu Beauregard Tannen, który w pierwszym odcinku serialu był dowódcą w szeregach Konfederacji. Zarówno Klara jak i synowie doktora Browna są tylko wspominani. Generalnie akcja gry dzieje się rok po wydarzeniach z trylogii, a Emmett Brown nie wrócił do roku 1985, co bardzo martwi Marty’ego. Kiedy w końcu obaj panowie spotykają się w roku 1931 i Marty wypytuje doktora o to, dlaczego zniknął, ten odpowiada, że chciał dać chłopakowi odpocząć od podróży w czasie, „a poza tym musiał zająć się wychowaniem własnych nieprzewidywalnych nastolatków”. Co więcej – dowiadujemy się, że Jules i Verne niebawem będą iść na studia! Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że gra odcina się od kreskówki, aczkolwiek (spoiler!) w finałowym filmiku doktor (z nieco zmienioną przeszłością) stwierdza: „Dziwne. Ja nie pamiętam, żebym tu nie mieszkał.”, więc może w tej nowej rzeczywistości Jules i Verne są jeszcze dziećmi, a filmy, gra i serial animowany, mimo wszystko, łączą się w jedną, logiczną całość.