Kategorie
Lipiec z Lucky Lukiem Miesiące z...

Lipiec z Lucky Lukiem – Rzut okiem na pewnego dzielnego rumaka

Advertisements

Pamiętacie może ten kolaż przedstawiający ewolucję designu Lucky Luke’a?

Jakiś czas temu natknęłam się na to dzieło o Daltonach, i pomyślałam sobie, że mogłabym zrobić coś podobnego dla Jolly Jumpera. Zwłaszcza, że w The Man Who Shot Lucky Luke, Wesoły Skoczek skojarzył mi się ze swoimi wczesnymi wersjami.

Tak więc zapraszam do oglądania zawstydzających zdjęć wiernego konia Lucky Luke’a.

Pomijając ten początkowy okres, kiedy Morris tworzył rzeczy rodem ze starych kreskówek Warner Bros., we wczesnych latach swojego życia Jolly Jumper wyglądał bardziej realistycznie. Co więcej – przez dłuższy czas pozbawiony był swojej najsłynniejszej cechy, czyli komentowania wszystkiego w złośliwy sposób. Mimo że w jednej krótkiej historyjce (która najwyraźniej została dodana znacznie później, sądząc po kresce) w Kopalni złota Dicka Diggera jest scena, gdzie Jolly Jumpera próbuje dosiąść człowiek podający się za Luke’a, i daje nam się wgląd w myśli konia; a w Ucieczce Daltonów jeden z koni wojskowych spogląda na Jolly’ego i stwierdza: „To cywil.”, to dopiero w albumie W cieniu wież wiertniczych z 1962 Jolly zaczął tak naprawdę mówić.

To czy Lucky Luke słyszy mowę Jolly’ego czy nie, w większości komiksów nie jest jasne. Ja sama, kiedy pisałam Koniowatość, zakładałam, że Jolly Jumper, co prawda, umie mówić, ale z powodu barier językowych Luke go nie rozumie. Potem jednak natrafiłam na historyjkę Szkoła szeryfów, gdzie Luke odpowiada na skargi swojego konia. A już w Lucky Luke kontra Pinkerton, samotny kowboj i jego rumak prowadzą dialogi, jakby nigdy nic. Jednak w filmie Hutha, kiedy Jolly przemawia do swojego (mającego właśnie myśli samobójcze) kowboja, Lucky Luke jest zdziwiony tym, że jego koń umie mówić (czyli do tej pory nie słyszał jego złośliwych komentarzy). Z kolei w The Man Who Shot Lucky Luke Jolly, co prawda, jest niemy, ale jest taka scena, w której Luke coś do niego mówi, a po jego prychnięciu, odpowiada: „Tak, masz rację.” Jakby Bonhomme chciał zasugerować, że odpowiedzi Jolly’ego są w głowie Luke’a (wiadomo, samotny kowboj spędza całe dnie wędrując po prerii, z dala od cywilizacji, więc czasem może chciałby z kimś pogadać, nie?).

Tak czy inaczej, z czasem Jolly Jumper zyskiwał nowe umiejętności – od rozwiązywania lin i wywąchiwania tropów, po grę w szachy i jazdę przez sen. Jest też wiele sytuacji, kiedy Luke wysyła Jolly’ego, aby przywiózł pomoc albo poszedł na zakupy. Jolly Jumper stał się coraz większą parodią wspaniałego rumaka, który potrafi robić sztuczki i jest najwierniejszym kompanem bohatera Dzikiego Zachodu. Ale nabrał też charakteru i właściwie trudno sobie dzisiaj wyobrazić Luke’a bez jego wrednego wierzchowca w takiej właśnie formie. Komentarze Wesołego Skoczka są nieraz wyrazem krytyki pod adresem Luke’a, zwłaszcza sytuacji, w jakie kowboj pakuje siebie i Jolly’ego. Poza tym, niczym Deadpool, Jolly Jumper lubi przełamywać czwartą ścianę.

Coś, co jest bardzo ciekawe, jeśli chodzi o uniwersum Lucky Luke’a, to to, że konie zwykle są jakoś ukształtowane przez swoich jeźdźców i styl życia, który prowadzą. Łowca nagród, Eliot Belt, jest chciwy, do tego stopnia, że sprzedałby przysłowiową własną matkę, więc jego koń, Wanted, zaczyna współpracować ze ścigającymi jego pana ludźmi, kiedy dostaje łapówkę. Kawalerzyści w Kanionie Apaczów, to przeważnie Irlandczycy, którzy płaczą, kiedy usłyszą balladę z ich rodzinnego kraju, więc konie kawaleryjskie – również sprowadzone z Irlandii – także płaczą. Szeryf z Eliksiru Doktora Doxey’a lubi sobie popić, więc jego rumak też chodzi pijany. Tak więc łatwo się domyślić, że niezwykłe umiejętności i charakter Jolly’ego wynikają niejako z tego, że musi on być wiernym towarzyszem kogoś, kto ciągle pakuje się w kłopoty i ściga przestępców. Żeby Luke mógł być efektywny w tym, co robi, potrzebuje rumaka, który jest bardzo szybki, zwinny i inteligentny; i z którym samotny kowboj jest dobrze zgrany.

Luke i Jolly są właściwie tak zgrani, że rzadko się rozstają, a jeśli wierzyć komiksom z Kid Lucky’m, mieli całe życie, żeby się poznać i zaprzyjaźnić. Mimo że czasem Luke wymaga od Jolly’ego bardzo dużo, a i sam Jolly nieraz narzeka na swojego jeźdźca, koniec końców woli, kiedy Luke jeździ tylko na nim. Jest między nimi partnerstwo i wzajemne zrozumienie.

Pamiętacie może jak opowiadałam Wam o Pięknej Prowincji? I jak wspominałam o dwóch krótkich historyjkach na końcu komiksowej Ballady o Daltonach, które – tak jak Piękna Prowincja – pokazują, że również Luke potrafi się troszczyć o swojego rumaka? Otóż jedna z nich opisuje dziwną chorobę, na którą zapadł Jolly, a Luke próbuje się dowiedzieć, co to za choroba i jak pomóc jego staremu druhowi; druga zaś opowiada o tym jak Jolly Jumper zostaje skradziony i Luke dochodzi do tego, co się stało i kto ma jego przyjaciela. I chociaż komiksową Balladę o Daltonach przeczytałam dopiero niedawno, to do tych dwóch jednoczęściówek lubię sobie wracać od czasu do czasu.

W komiksach, filmach i serialach jest mnóstwo takich ciepłych momentów między Lucky Lukiem i Jolly’m Jumperem, chociaż są one przeważnie bardzo krótkie. Od Kanionu Apaczów, gdzie Jolly, słysząc krzyki Luke’a podczas inicjacji, niepokoi się o to, co Indianie mu robią; poprzez ich pierwsze spotkanie w Kid Lucky’m, gdzie Luke ratuje Jolly’ego przed stadem wilków; a na scenie w filmie Hutha, gdzie po tym jak koń odwodzi kowboja od samobójstwa, Luke stwierdza: „Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Jolly.”

Na koniec zostawiam Was z taką refleksją:

Piosenka, którą Lucky Luke zawsze śpiewa pod koniec każdej przygody (i która stała się piosenką końcową starego serialu animowanego o samotnym kowboju) – Poor Lonesome Cowboy w wykonaniu Pata Woodsa – ma w trzeciej zwrotce taką oto treść:

I’m a poor lonesome cowboy

But it doesn’t bother me

’Cause this poor lonesome cowboy

Prefers a horse for company

Got nothing against women

But I wave them all goodbye

My horse and me keep riding

We don’t like being tied

Poor Lonesome Cowboy jest starą piosenką, napisaną w latach 20. dwudziestego wieku. Powstała więc dużo, dużo wcześniej niż Lucky Luke. Jednak pasuje do postaci Luke’a jak ulał, a w tej konkretnej zwrotce mamy jakby kwintesencję stosunku Lucky Luke’a do Jolly Jumpera, a mianowicie – Luke zapewne nigdy się nie ustatkuje, ale zawsze będzie miał Jolly’ego, który jest jego najlepszym przyjacielem i, szczerze mówiąc, Jolly jako towarzystwo mu wystarczy.

Kategorie
Lipiec z Lucky Lukiem Miesiące z...

Lipiec z Lucky Lukiem – Billy Kid

Advertisements

Billy Kid – okradnie bank, napadnie na dyliżans, zabierze ci cukierka, a wszystko przed dobranocką!

Kategorie
Lipiec z Lucky Lukiem Miesiące z...

Lipiec z Lucky Lukiem – Jesse James

Advertisements

Od pseudo-Robin Hooda do fana Szekspira. Oto Jesse James w uniwersum Lucky Luke’a.

Kategorie
Lipiec z Lucky Lukiem Miesiące z...

Lipiec z Lucky Lukiem – The Man Who Shot Lucky Luke (recenzja)

Advertisements

Na początku tego miesiąca wspomniałam o tym, że z okazji siedemdziesiątej rocznicy powstania Lucky Luke’a, we Francji i Belgii przygotowywane są różne wydarzenia specjalne. Jednym z tych wydarzeń jest niejako komiks The Man Who Shot Lucky Luke autorstwa Matthieu Bonhomme. Oczywiście, jak tylko się o tym dowiedziałam, zaczęłam szukać komiksu w jakiejś w miarę przystępnej formie, mając nadzieję, że uda mi się go przeczytać i zrecenzować. Pytałam nawet w „Komikslandii” (sklepie z komiksami na stacji Metro Centrum), czy jest możliwość, aby The Man Who Shot Lucky Luke pojawił się w Polsce, ale wyglądało na to, że na razie nie ma na to szans. Tak czy inaczej, po jakimś czasie pogodziłam się z tym, że ta recenzja nie pojawi się w Lipcu z Lucky Lukiem. Potem jednak pewna dobra dusza udostępniła The Man Who… polskim fanom i oto jesteśmy.

Komiks zaczyna się od sceny, w której tłum zbiera się na ulicy, a ktoś z oddali krzyczy: „Udało mi się! Zabiłem legendę! Zabiłem Lucky Luke’a!” Następnie cofamy się w czasie o kilka dni. W ciemną, deszczową noc Lucky Luke i Jolly Jumper przybywają do miasta Froggy Town, aby się ogrzać po długiej podróży. W chwili, kiedy ludność dowiaduje się, że to właśnie słynny samotny kowboj przybył do ich miasteczka, niedowierzają własnym oczom i uszom, i odnoszą się do Luke’a z mieszanką bojaźni i respektu. Po jakimś czasie Luke poznaje niejakiego „Doca” Wedensday’a oraz trzech braci Bones – Jamesa, Antona i Steve’a, którzy są miejscowymi szeryfami. Co więcej następnego dnia po jego przyjeździe, ludność informuje Luke’a, że miasto ma pewien problem: niedawno wagon wiozący złoto z kopalni został zaatakowany, a jego woźnica zabity. Mieszkańcy Froggy Town proszą więc Luke’a o pomoc w śledztwie. Niebawem nasz bohater odkrywa, że coś w tej sprawie śmierdzi.
Wszystko w The Man Who Shot Lucky Luke mówi nam, że nie będzie to zwykła przygoda Luke’a. Począwszy od okładki i bardziej realistycznego designu postaci, a na tytule skończywszy. I rzeczywiście – jeżeli chcecie tradycyjnego Lucky Luke’a utrzymanego w lekkim klimacie, to się zawiedziecie. Żarty są właściwie dwa, a i tak jeden staje się śmieszny dopiero po jakimś czasie. W The Man Who Shot Lucky Luke mamy za to: przekleństwa, przemoc w rodzinie, ludzi szykujących się na to, aby dokonać rzezi na Indianach… Sam Doc Wednesday, który towarzyszy Luke’owi przez dłuższy czas, ma koszmary z powodu ludzi, których zabił; oraz zepsutą od picia wątrobę (generalnie wydaje się być jedną nogą w grobie).
Mamy więc tutaj konwencję Mroczniej i Ostrzej, komiks pełen dramatyzmu, chociaż nie przesadzający za bardzo z patosem. Prawdę mówiąc, spodziewałam się, że Człowiekiem, Który Zastrzelił Lucky Luke’a, będzie jakiś młokos, próbujący wyzwać Luke’a na pojedynek (i nawet początkowa scena z Jamesem Bonesem zapowiada niejako taki obrót spraw). Wszakże w wielu „rewizjonistycznych” westernach jest ten motyw starego rewolwerowca, którego nagabywują szukające sławy młodzieniaszki. To jednak, co Bonhomme zrobił w tym komiksie, było o wiele lepsze i o wiele bardziej melancholijne.
Przede wszystkim, moim skromnym zdaniem, najlepszym elementem tej historii jest wątek Doca Wedensday’a. Stary, schorowany człowiek, najwyraźniej z pełną przemocy przeszłością, zaprzyjaźnia się z Lukiem i ostrzega go, żeby nie popełniał tych samych błędów, co Doc – nie niszczył sobie zdrowia i nie zabijał. Wydaje się, że Luke jest dla Doca kimś w rodzaju nadziei na lepszą przyszłość. Przez to cała ich relacja ma taki bardzo słodko-gorzki posmak.
Bracia Bonesowie, chociaż na początku kreowani na czarne charaktery, z czasem wpadają coraz bardziej w odcień szarości (zwłaszcza, kiedy poznajemy ich ojca), a pod sam koniec jest nam nawet ich trochę żal.

Sam Lucky Luke jest taki jak zawsze – spokojny, stanowczy, próbujący dojść do prawdy i postępujący zgodnie z prawem. Nie pozwala tłumowi, ani zaatakować Indian, ani dokonać linczu na więźniu. Strzela również szybciej niż jego własny cień, tak jak można by się było po nim spodziewać. Jednakże, ponieważ cała historia jest poważna, Luke rzadko żartuje. Ten ciągnący się gag, o którym wspominałam wyżej, dotyczy tego, że Luke próbuje na różne sposoby zapalić, ale okoliczności mu na to nie pozwalają, bo a to tytoń zamoknie, a to go wywieje przez okno, a to papieros spadnie w błoto… To, że Jolly Jumper – ten sarkastyczny drań, komentujący wszystko, co się dzieje – jest w tej historii niemy, sprawia, że pozbawieni jesteśmy jakiegokolwiek comedy reliefu.

Ponadto jest w tym komiksie kilka takich smaczków, które napawały mnie smutkiem i jakimś takim niepokojem. Pewien chłopiec pyta Luke’a, czy to prawda, że zabił kuzynów Dalton, a ja zastanawiałam się, czy chodzi mu o oryginalnych braci Daltonów, którzy rzeczywiście pod koniec Wyjętych spod prawa zginęli; czy też może Joe i jego braci, którzy przez pewien czas byli właśnie nazywani kuzynami Dalton, aby odróżnić ich od Boba, Billa, Grata i Emmetta (to z kolei sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy czasem The Man Who… nie dzieje się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, przed cenzurą). Kiedy indziej mamy scenę na cmentarzu, gdzie na jednym z nagrobków napisane jest: „Morris z Bevere. Być może pewnego dnia spotkamy się na Wielkiej Prerii”, co pewnie miało być takim hołdem złożonym twórcy Lucky Luke’a, ale dla mnie to było przypomnienie, że Morris nie żyje i nie obchodzi tej wielkiej rocznicy wraz z resztą świata.
Jakiś czas po przeczytaniu The Man Who Shot Lucky Luke zastanawiałam się, czy jest on prequelem, który ma wyjaśnić pewne rzeczy z „mythosu” Lucky Luke’a (między innymi to, że Luke nie pali); czy może rzecz dzieje się po wielu, wielu latach, kiedy nasz samotny kowboj przeżył już większość swoich przygód i jest zmęczony sławą. W końcu doszłam do wniosku, że jest to tak zwany midquel. I osadziłabym go gdzieś jakiś czas po pierwszych kilku albumach o Luke’u, kiedy jeszcze Jolly Jumper był zwykłym koniem, Luke palił papierosy, a cenzura jeszcze nie ożywiła Boba Daltona i Phila Defera. Chociaż jest też wiele dowodów przeciwko tej tezie, na przykład to, że Luke już ma wyrobioną reputację i „wielu wrogów”.
(W ogóle mój mózg doszukiwał się dziwnych podtekstów w tym komiksie. W pewnym momencie Luke mówi: „Braterska miłość, heh? To pewnie coś czego nigdy nie doświadczę.”, co pewnie miało się odnosić do tego, że Luke jest jedynakiem. Ja jednak odniosłam wrażenie, że myślał wtedy o Daltonach. Ale pewnie to jakaś apofenia mi się rozwija.)

 

Cóż więcej powiedzieć? Mogłabym się rozpływać nad tym komiksem, nawet jakoś go zanalizować, ale nie chcę rzucać spoilerami (będzie jeszcze na to czas). The Man Who Shot Lucky Luke jest dobrym komiksem, fantastycznie napisanym i narysowanym. W dodatku nie pozostawia obojętnym. Bo jak można być obojętnym wobec komiksu, w którym Lucky Luke zostaje zastrzelony?
Kategorie
Lipiec z Lucky Lukiem Miesiące z...

Lipiec z Lucky Lukiem – Calamity Jane

Advertisements

Czas opowiedzieć o pewnej damie, która potrafi kopać tyłki.

A jutro recenzja The Man Who Shot Lucky Luke.