Kategorie
Artykuły popkulturowe

Artykuł: O Daltonach słów kilka

Advertisements

UWAGA! Poniższy artykuł, choć stary i już kiedyś publikowany, zawiera kilka dodatkowych informacji i sprostowań, wynikających z poszerzenia mojej wiedzy na temat Daltonów. Tak więc jeśli już to kiedyś czytaliście, nie zaszkodzi przeczytać jeszcze raz, abyście zostali wyprowadzeni z błędu.

Przeciętny fan Lucky Luke’a (taki który coś tam przeczytał, coś tam obejrzał i ma jako takie pojęcie o samotnym kowboju), zapytany o to, jakich zna czarnych charakterów z serii, od razu wymieni braci Dalton. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż to z nimi najczęściej Lucky Luke walczy. Reszta antagonistów pojawia się tylko raz, a nawet jeśli zdarza im się pokazać nie jeden, nie dwa, a nawet nie trzy razy, to i tak są przyćmiewani przez Joego i jego trzech braci. Toteż postanowiłam poświęcić ten artykuł Daltonom i wszystkiemu, co z nimi związane.

W rzeczywistości nie byłoby nigdy Joego, Jacka, Williama i Averella, gdyby Morris nie napisał wcześniej komiksu o historycznych Daltonach, których imiona brzmiały: Bob, Bill, Grat i Emmett (z tym że – jeśli już jesteśmy przy prawdzie historycznej – zdaje się, że Emmett nie należał do rodziny). Komiks nosił tytuł Wyjęci spod prawa i pierwsze kilka stron opisuje Daltonów jako twardych rabusiów dyliżansów, banków i pociągów, a także dobrych strzelców i spryciarzy (zmylają pościg przebierając się za Indian i wskazując drogę przez pustynię, gdzie najbliższy wodopój wypełniony jest słoną wodą). Lucky Luke – wynajęty przez kolej do pilnowania wagonu ze złotem i pochwycenia bandytów – ściga Daltonów przez cały komiks, ci zaś zręcznie mu umykają (posuwają się nawet do operacji plastycznej). W końcu trafiają do Coffeetown, aby obrabować będące tam dwa banki, ale przybywa Lucky Luke i ich pokonuje.


Wyjęci spod prawa są jednym z dwóch komiksów o Lucky Luke’u, gdzie antagonista umiera (oba zostały potem ocenzurowane, ale i tak wyróżniają się końcówką od późniejszych, lżejszych albumów). Na Billa, Grata i Emmetta zawala się dach banku (a w każdym razie tak to wygląda), zaś Bob, który wygrzebuje się spod ruin, zostaje potem zastrzelony przez Luke’a. W ocenzurowanej wersji, Luke nie tyle zabija go, co strzela w lampę, na której jest zawieszony, przez co Bob wpada do beczki. Tak czy inaczej, na ostatnim panelu historyjki widzimy prowizoryczne groby Daltonów.

Nie jest to całkiem zgodne z prawdą historyczną. Faktem jest, że Bob, Grat i Emmett zginęli w strzelaninie po tym jak chcieli napaść na Pierwszy Bank Narodowy w Coffeetown (a może to było Coffeeville?), ale Bill Dalton przeżył i zmarł śmiercią naturalną (według jednych źródeł – było to w więzieniu, według innych Bill został ułaskawiony i umarł już na wolności).
 
Wkrótce Morris pożałował tego, że rozwiązał tę historię właśnie tak. Być może uznał, że Daltonowie, jako czarne charaktery, mieli całkiem spory potencjał, a on nie tylko nie rozbudował w pełni ich charakterów (jedynie najmłodszy z braci a zarazem przywódca gangu, ma jako taką osobowość), to jeszcze uśmiercając ich tak szybko, na zawsze to sobie uniemożliwił. Niebawem jednak Goscinny, z którym Morris zaczął współpracę nad Lucky Lukiem, wpadł na nowy pomysł, który miał zapoczątkować ciągnącą się serię przygód Luke’a z dobrze znanymi nam braćmi.
Chciałabym zwrócić waszą uwagę na to w jakich sytuacjach zostali przedstawieni historyczni Daltonowie na poświęconej im okładce, a jak ich stworzeni przez Gosicnny’ego kuzyni. Już widać, kto miał być kozacki, a kto fajtłapowaty.

Joe, William, Jack i Averell pojawili się w dwunastym albumie serii, noszącym tytuł Kuzyni Dalton. Jak można wywnioskować z samego tytułu, byli to właśnie kuzyni historycznych Daltonów. Wyglądali dokładnie tak jak swoi krewniacy – te same ubrania, twarze i proporcje (Joe o głowę niższy od Williama, William od Jacka itd.) – z tym, że ani nie byli zbyt dobrymi strzelcami, ani nie wzbudzali zbytniego respektu. Ich motywacja ograniczała się do dwóch punktów. Pierwszy z nich to pragnienie sławy i dorośnięcie do legendy kuzynów, drugim zaś zemsta na człowieku odpowiedzialnym za ich śmierć, czyli Lucky Luke’u. Pierwsza konfrontacja z Lukiem i pierwsze napady nie wychodzą im zbyt dobrze, więc bracia postanawiają potrenować strzelanie, walkę wręcz i inne cenne umiejętności. Kiedy wreszcie wychodzą, aby spróbować ponownie, idzie im o wiele lepiej.

Cały komiks pełen jest zwrotów akcji. Najpierw Daltonowie chcą zabić Luke’a, potem – zauważywszy, że to twardy przeciwnik – proponują mu przyłączenie się do bandy, następnie – po odkryciu, że ich oszukuje – oblegają miasto, w którym się ukrył… Krótko mówiąc, jak w większości komiksów z Lucky Lukiem, cały czas coś się dzieje. Sami Daltonowie (wbrew obiegowej opinii jakoby wzbudzali przerażenie tylko przez wzgląd na swoich bardziej znanych kuzynów) wykazują się perfidią, sprytem i umiejętnościami strzeleckimi, nie mówiąc już o tym, że po jakimś czasie sami są w stanie wzbudzić w ludziach strach. Sam album zrobił tak wielkie wrażenie na francuskim piosenkarzu Joe Dossinie, że tamten napisał o Daltonach piosenkę Les Daltons.

Tak czy inaczej, kuzyni Dalton zadomowili się w uniwersum Lucky Luke’a i od tej pory pojawiali się niemal w każdym numerze. Z czasem dowiadywaliśmy się o chłopakach więcej i więcej, jak również i o innych członkach klanu Daltonów. Wypadałoby zatem przejść do omawiania po kolei każdego z nich.

Zacznijmy od Joego. Tak samo jak Bob Dalton, jest najniższy i pełni rolę przywódcy, jednak Bob był najmłodszym z bandy, podczas gdy Joe jest najstarszy. Niewątpliwie dzięki twórcy Asteriksa zyskał swoją najsłynniejszą cechę, czyli wybuchowość. Często wpada w złość, czasem rzuca się na ludzi, którzy go zdenerwowali, z gotowością do rękoczynów; i dostaje białej gorączki, kiedy słyszy imię Lucky Luke. Jednocześnie to on jest mózgiem całej grupy, to on wpada na genialne plany ucieczki, to on motywuje swoich braci do działania. Przeważnie robi wrażenie szorstkiego w stosunku do kogokolwiek, ale – zarówno w komiksach, jak i w serialu Nowe przygody Lucky Luke’a – jest parę scen, w których widzimy, że Joe potrafi okazać jakieś głębsze uczucia. Raz się zakochał, raz zaopiekował się podrzuconym im niemowlakiem. Jeśli zaś wierzyć Mamuśce Dalton (o której jeszcze sobie powiemy), przypomina bardzo swojego ojca.
 
Następny jest oczywiście Averell. Od samego początku Averell miał być tym głupim żarłokiem, którego znamy i kochamy (no, cóż… niektórzy kochają). Na samym początku Kuzynów Dalton, kiedy mamy tytułowych bohaterów stojących obok swoich listów gończych, na plakacie z podobizną Averella jest napisane „Nie szukać” (po angielsku: „not wanted”). W zasadzie to on najczęściej denerwuje Joego (Williama i Jacka poniekąd też) swoimi niemądrymi komentarzami, głupimi pomysłami i pytaniami, które zdradzają jego ociężałość umysłową. Wiele jest momentów, w których to on właśnie powoduje klęskę genialnego planu Joego, a to przez swoją łatwowierność, a to przez upór (szczególnie, gdy nagle dochodzi do wniosku, że jest na swoich braci obrażony), a to przez wrodzoną dziecinność, a to w końcu przez łakomstwo. W przeciwieństwie do swoich braci jest bardzo łagodny i uczuciowy, chociaż w Daltonach w śnieżycy był w stanie nieźle pobić Joego, co świadczy, że ma również ciężką rękę. Z kolei w więzieniu zawsze czeka na obiad i z pasją tłucze kamienie. Czasami czytelnik/widz zastanawia się, dlaczego – skoro Averell sprawia tyle problemów – Joe, Jack i William go za sobą ciągną. Spróbuję później odpowiedzieć na to pytanie.
 
A więc William i Jack. Co ciekawe, ci dwaj, dzisiaj dość nijacy Daltonowie, mieli w Kuzynach Dalton konkretne charakterystyki. William miał być mistrzem kamuflażu, a Jack miał mieć obsesję na punkcie strzelania. Jednakże w następnych komiksach, w obu serialach telewizyjnych i filmach są raczej bezbarwni, zwłaszcza w porównaniu z Joe i Averellem. Rzadko się odzywają, rzadko okazują jakieś cechy charakteru. Co jeszcze smutniejsze, sami twórcy nie wiedzieli który jest który i raz William jest tym wyższym, raz Jack. Wydaje się, że istnieją tylko po to, aby Joe miał kim komenderować, jednak należy zwrócić uwagę na to, że ich rola jest o wiele większa. Za każdym razem, kiedy Averell mówi coś, co denerwuje Joego, Jack i William każą pierwszemu się zamknąć, a drugiego uspokajają. W zasadzie uspokajają go dość często, Joe zaś podenerwuje się przez jakiś czas, a kilka kadrów dalej jest już opanowany i może przystąpić do realizacji planu.
 
Jack i William pełnią też rolę Watsonów – czasem zadadzą Joemu sensowne pytania, a czasem przemówią mu do rozsądku, jak na przykład w odcinku Nowy tatuś Daltonów, gdzie Joe nie aprobuje narzeczonego matki i chce go nawet zabić, ale jego bracia przekonują go, żeby poznał najpierw swojego przyszłego ojczyma, chociażby dla Mamy Dalton.
 
Tak oto przechodzimy do matki Daltonów. Jest to postać o tyle interesująca, że jest jedyną kobietą spośród wszystkich wspomnianych członków tej rodziny. Pierwszy raz pojawiła się w komiksie Mama Dalton. Poznajemy ją jako staruszkę, która przechodzi przez ulicę i obrabowuje kilka sklepów. Będący świadkiem tego dziwnego zachowania Lucky Luke dowiaduje się zaraz potem, że ludzie w mieście chcą wspomóc starą panią Dalton, mieszkającą samotnie poza miastem, i dlatego składają się na jedzenie dla niej. A ponieważ Mamuśka ma swoją dumę i nie chce przyjmować jakiejkolwiek jałmużny, pozwalają jej się napadać.
Mama Dalton, będąca no cóż… Mamą Dalton.
Podobno postać Mamy Dalton była zainspirowana Ma Baker – kobietą, która w okresie prohibicji przewodziła gangiem złożonym z jej własnych synów. W zasadzie we współczesnej fikcji można znaleźć kilka przykładów matek-gangsterek, które, a to komenderują swoimi dziećmi, a to wysyłają im do kicia chleb z pilnikiem. Z tym, że Mamuśka Dalton wydaje się być zawsze najpierw matką, a potem bandytką – rozczula się nad tym, że jej chłopcy uciekli z więzienia na jej ślub; robi im obiad, faworyzuje Averella (bo jest najmłodszy) i szuka im żon, aby ocalić ich przed stryczkiem. Nigdy też nie rościła sobie prawa do bycia przywódczynią. Przywódcą – a także głową rodziny – ma być Joe, ponieważ najbardziej przypomina swojego ojca. Mimo wszystko jednak Mama Dalton jest kimś, kto potrafi sobie poradzić, bo to w końcu emerytowana bandytka – jest w stanie wydostać się z aresztu, ogłuszyć szeryfa, a także sprać tyłek swojego dorosłego syna (czytaj: Joego).
 
Co ciekawe, Mama Dalton nie nienawidzi Luke’a. Kiedy spotyka go po raz pierwszy i orientuje się kim jest, nie chce go zabić, tylko pisze do dzieci list. Biorąc pod uwagę to, że Lucky Luke regularnie miesza jej synom szyki i pakuje ich do więzienia, można by wnioskować, że Mamuśka pała do niego tą samą nienawiścią, co Joe, jednak tak za pierwszym razem, jak i później, traktuje Luke’a jak znajomego albo sąsiada. Być może wynika to z faktu, że Luke tak naprawdę nigdy nie robi jej synom krzywdy i zawsze zainterweniuje, kiedy dziki tłum wpadnie na pomysł, aby Daltonów zlinczować. Mama Dalton wie, że lepiej, żeby to Luke – spośród wszystkich stróżów prawa – odstawiał jej dzieci do więzienia.
 
Innym krewnym Daltonów, którego poznajemy, jest ich wuj Henry, który w Balladzie o Daltonach mówi im w testamencie, że przekaże im swoje łupy, jeśli staną się „narzędziem jego zemsty” – zabiją ławników i sędziego, którzy go skazali. Jeśli zaś to im się nie uda, pieniądze przechodzą na sierociniec. W scenie z prawnikiem, nawet zanim wspomina się o spadku, widać, że chłopaki uważali go za świetnego bandytę, a Jack stwierdza nawet, że wuj był dla nich wzorem. Niestety Henry Dalton nie jest wspominany w żadnym innym komiksie ani w serialu. Ba – sama Ballada o Daltonach występuje po polsku tylko jako film.
 
Zarówno o wuju Henrym, jak i o samym ojcu Daltonów możemy wnioskować tylko z opowiadań. Wiemy, że ojciec Joego, Jacka, Williama i Averella miał ten sam temperament, co jego najstarszy syn, i że był podobny do wuja Henry’ego (którego list gończy pokazuje Daltonom prawnik). Wiemy też, że zginął w wybuchu, zapewne mającym na celu otworzyć jakiś sejf. Nawet w Oklahoma Jimie, gdzie Daltonowie pokazani są jako dzieci, nie mamy okazji poznać obu panów. Ponieważ nie żyją, nie możemy dowiedzieć się jacy byli.
Daltonowie jako dzieci. I tak, są łysi.
Warto też wspomnieć o innym członku rodziny, który pojawia się w uniwersum Lucky Luke’a. Poświęcono mu mniej miejsca niż Mamuśce Dalton, ale o wiele więcej niż wujowi Henry’emu. Mowa zaś o bracie Mamuśki, Marcelu Daltonie. Jest uważany za zakałę rodziny, ponieważ nie został bandytą, tylko bankierem. Osiadłszy w Szwajcarii dorobił się majątku, jednak – po części ponieważ nie ma żadnych spadkobierców, po części dlatego, że chce rozwijać swoją firmę – kupuje w Ameryce kolejny bank i postanawia przyuczyć swoich siostrzeńców do pracy w bankowości. Plan – jak większość planów próbujących zrobić z Daltonów uczciwych ludzi – nie wypala. Nie dość, że chłopaki mają trudności z nauką rachunków, to jeszcze decydują się w odpowiednim momencie ograbić swojego wuja. Sam Marcel Dalton jest dżentelmenem, jedzącym wykwintne potrawy, ubierającym się w eleganckie garnitury i dobrze wychowanym. Ponieważ jednak ma typowe cechy rodzinne Daltonów, ludzie w porcie spodziewają się, że on i Lucky Luke zaczną strzelaninę, a strażnik więzienny i naczelnik biorą go za Averella w przebraniu.
Marcel Dalton spotyka Rin Tin Dumba.
Sama rodzina Daltonów jest bardzo ciekawym przypadkiem. W albumie Daltonowie na terapii psychiatra Otto von Himbeergeist, aby udowodnić swoją teorię jakoby kryminalistów można było wyleczyć analizą ich wspomnień z dzieciństwa, przybywa do Ameryki poddać terapii najgorszych złoczyńców na Dzikim Zachodzie, czyli Daltonów. Wszyscy ludzie, których spotyka profesor Himbeergeist i których udaje mu się wyleczyć, byli pijakami, bankierami albo despotami z powodu złych wspomnień z dzieciństwa, ale kiedy Himbeergeist zaczyna badać Daltonów, odkrywa, że ich wspomnienia związane z przestępczością są raczej miłe, bo przepełnione rodzinnym ciepłem.
 
Daltonowie to klan bandytów i poprzez wspólne popełnianie przestępstw się integrują. Joe, William, Jack i Averell napadali na banki z rodzicami i z wujkiem Henry’m, często dobrze się przy tym bawiąc. Rzadko kiedy współpracują z kimkolwiek spoza rodziny, a jeszcze rzadziej się rozdzielają. I właśnie dlatego Daltonowie zawsze uciekają razem, chociaż Joe mógłby zostawić Averella samego i nie narażać planu na niepowodzenie a siebie samego na strzępienie sobie nerwów.
 
Fakt, że uważają powieszenie za śmierć naturalną, świadczy o tym, że żaden Dalton nie umarł nigdy ze starości, co najwyżej zginął podczas strzelaniny albo wykonano na nim egzekucję. To poniekąd wskazuje jak wielkie piętno odciska na ich wizji świata i kolei rzeczy występek, będący częścią ich rodzinnego życia.
 
Na koniec wspomnijmy jeszcze o filmach z Lucky Lukiem, w których Daltonowie się pojawiają. Byłam trochę zawiedziona tym, ze nie było ich w filmie aktorskim z 2009, który jest poważniejszy od reszty i uważany za najlepiej wykonany z wszystkich trzech aktorskich adaptacji przygód samotnego kowboja. Z drugiej strony – zapewne reżyser James Huth doszedł do wniosku, że trzeba dać się wykazać innym czarnym charakterom – Patowi Pokerowi, Jesse Jamesowi, Billy Kidowi, czy Philowi Deferowi. Wszak Daltonowie pojawiają się we wszystkich innych filmach pełnometrażowych z Lukiem. W animowanym Daisy Town i w luźnej (i beznadziejnej) adaptacji tego samego komiksu z Terrence’m Hillem w roli Luke’a; w Balladzie o Daltonach, w Dzielnym szeryfie Lucky Luke’u (która jest złączeniem w jedno trzech odcinków serialu animowanego: Daltonowie w śnieżycy, Mama Dalton i Daltonowie dostają szansę poprawy), w filmie aktorskim z 2008, który w oryginale nosi tytuł Les Daltons i to właściwe bracia są jego głównymi bohaterami; no i w najnowszym Lucky Luke’u na Dzikim Zachodzie, gdzie co prawda nie są właściwymi antagonistami, ale ich wątek przeplata się co chwila z głównym. Toteż w Lucky Luke’u z 2009 Daltonowie są tylko wspominani. Raz przez samego Luke’a, kiedy Belle Star pyta go, czy miał jakieś przygody (jej chodzi o przygody miłosne, ale Luke odczytuje to pytanie jako zupełnie niewinne), a raz przez Billy Kida i Jesse Jamesa, którzy wyrażają swój żal, że Daltonów również nie ma w opanowanym przez bandytów mieście Daisy Town (chyba nawet jest to ta scena z paleniem trawki).
Plakat filmu o Daltonach z 2008.
Niedawno powstał również serial animowany poświęcony całkowicie Daltonom. W zasadzie główny pomysł opiera się na tym, że serial ma pokazywać próby wydostania się bandytów z więzienia. Mnie osobiście serial się bardzo podoba, z dwóch powodów. Po pierwsze – plany, które mają ich wyciągnąć na wolność są bardzo pomysłowe i inteligentne, i tak naprawdę do ich niepowodzenia dochodzi w skutek przyczyn nie związanych z rzekomą głupotą Daltonów. Po drugie – William albo Jack (twórcy serialu nie sprecyzowali tego, a szkoda) wykazuje nieraz ogromne oczytanie, zwłaszcza w naukach ścisłych, czyli tak naprawdę odchodzi od standardowej bierności obu środkowych braci, która charakteryzowała ich niemal od zawsze. Animacja jest jednak trochę dziwna i człowiek przyzwyczajony do obu kreskówek z Lukiem może poczuć się dziwnie.
 
Tak oto, proszę państwa, wyczerpaliśmy temat Daltonów. A może i nie? W końcu zawsze można o najsłynniejszych przeciwnikach Lucky Luke’a coś dopowiedzieć. Mam jednak nadzieję, że udało mi się powiedzieć o nich na tyle dużo, abyście wiedzieli już skąd się wzięli, jakie są ich charaktery i co ich łączy. To wystarczy jako kompletna charakterystyka tych czterech postaci.
Kategorie
Fanfiction Lipiec z Lucky Lukiem Lucky Luke Miesiące z...

[FF: Lucky Luke] Gary Zajebisty

Advertisements

Luke siedział w barze w Nothing Gulch, popijając lemoniadę, kiedy nagle do środka wszedł ON. Był zabójczo przystojny – pod gustownym kowbojskim kapeluszem kryła się burza długich, czarnych, jedwabistych włosów, a jego lekki zarost dodawał jego młodej, delikatnej twarzy męskości. Nosił ciemne dżinsy i obcisłą, różową koszulę, która tylko uwydatniała jego ogromne mięśnie. Jego szyję ozdabiała zaś czerwona chusta. Jego kolty spały w kaburze, gotowe w każdym momencie wychynąć i zastrzelić głupca, który śmiał rzucić przystojniakowi wyzwanie.

Kiedy tylko wkroczył do baru, parę kobiet zaczęło mdleć, inne przyglądały mu się rozmarzonym wzrokiem, wodząc za nim, jak szedł powolnym, ale pewnym krokiem przez cały przybytek, aż zatrzymał się przy ladzie i głębokim, seksownym głosem powiedział do oniemiałego z powodu jego obecności barmana:
– Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane.
Przez chwilę jeszcze barman stał jak posąg, oszołomiony urokiem, wdziękiem, aparycją i generalną zajebistością swojego gościa, ale w końcu ocknął się z tego oszołomienia, powiedział: „Tak jest.” i przygotował szybko napój. Po chwili położył szklankę z drinkiem przed zabójczo przystojnym kowbojem, który bez słowa odwrócił się nonszalancko i dopiero wtedy zdał sobie sprawę z obecności Luke’a.
– Kogóż widzą moje piękne oczy? – powiedział, uśmiechając się. – Lucky Luke!
– Witaj, Gary Zajebisty – odparł Luke i rzucili się sobie w ramiona. Kiedy przerwali objęcia, Luke spoważniał i zapytał: – Co cię tutaj sprowadza?
– Ty dobrze wiesz, co – odrzekł równie poważnie Gary i spojrzał w pustą przestrzeń. – Zemsta.
– Gary, minęło tyle lat… Nadal chcesz to zrobić?
– Tak. Nie spocznę, póki on nie zapłaci za swoje zbrodnie.
– A o co w ogóle chodzi? – zapytał nieco nieśmiało barman. – Opowiedz, przybyszu, może będzie ci lżej jak się wygadasz.
– Nic nie ukoi mojego bólu, jedynie śmierć tego, który jest jego przyczyną – powiedział Gary z ręką na piersi, podnosząc się z miejsca. – Ale skoro pytasz, opowiem ci moją smutną historię i wszyscy poznają moją mroczną jak otchłań przeszłość.
Wszyscy zamienili się w słuch. Nawet omdlałe wcześniej kobiety, które zdążyły już się w tym czasie ocknąć, znów zemdleć z wrażenia i ponownie ocknąć. Wszyscy wpatrywali się teraz w Gary’ego Zajebistego, który spoczął na swoim miejscu i z opuszczoną głową zaczął opowiadać swoją mroczną historię:
– Urodziłem się i wychowywałem na małej fermie w Kentucky. Moi rodzice hodowali kukurydzę i kurczaki, a także najprzedniejsze konie w całych Stanach. Moim ojcem był baron von Stu, wywodził się ze starej rodziny szlacheckiej, ale został pozbawiony majątku, bo cesarzowa Austro-Węgier na niego leciała, więc cesarz był zazdrosny i go nienawidzić. Dlatego mój ojciec pojechał do Ameryki szukać złota, a znalazł miłość, albowiem zakochała się w nim księżniczka Apaczów, Jasna Łania, i mimo obiekcji jej ojca, wodza Wielkiego Wała, postanowiła z nim uciec i założyć rodzinę.
W barze rozległo się masowe „Ohhhhhh”. Wszyscy uważali tę opowieść za bardzo romantyczną. Tymczasem przybysz mówił dalej:
– Tak więc uciekli i osiedli na wspomnianej wyżej małej fermie, gdzie spokojnie przeżyli kilka lat. Niebawem urodził im się syn, czyli ja, a przy jego, czyli moich, narodzinach był obecny szaman z plemienia Apaczów, który powiedział, że miał sen, w którym strzelam celniej niż najcelniejszy strzelec, jestem silniejszy niż największy bizon, szybszy niż najszybszy rumak, i atrakcyjniejszy niż najpiękniejszy zachód słońca nad kwiatową łąką, położoną tuż przy bezkresnym morzu, w którym pływają majestatyczne delfiny. Miał rację, zwłaszcza, co do tego ostatniego. Moja atrakcyjność to wręcz klątwa.
Kilka kobiet na sali westchnęło, przyglądając mu się z rozmarzeniem.
– Tak czy inaczej, przez dziesięć lat żyłem sobie spokojnie na swojej fermie. Byłem przeciętnym uczniem, miałem bardzo dobre stopnie i przyjaźniłem się z całą klasą. Ojciec nauczył mnie dobrych manier, dobrego gustu w trunkach, jazdy konnej, fechtunku, strzelania z pistoletu i tańca, a matka łucznictwa, skradania się, polowania i tropienia. Byłem szczęśliwy, dopóki… – nagle przerwał, przyłożył rękę do oczu i zaszlochał cicho, po męsku. – Wybaczcie, to takie trudne…
– No już, już, Gary. – Luke poklepał go po plecach.
– Pewnie macie mnie za mięczaka… – zaczął Gary, wciąż zakrywając twarz.
– Nonsens – powiedział Luke. – Wszyscy wiedzą, że Gary Zajebisty jest nie tylko przystojny, genialny i twardy, ale posiada również wrażliwą osobowość. Nie musisz mówić o swojej tragicznej przeszłości, jeśli nie chcesz.
– Ależ chcę. – Gary wziął się w garść i z nowym ogniem w oczach ciągnął dalej: – W dniu, w którym odebrano mi wszystko, wróciłem do domu wcześniej. Zastałem naszą chatę spaloną, z naszych kurczaków zrobiono kurczaki w sosie słodko-kwaśnym i rosół, a nasze konie pouciekały przed niechybnym pożarciem. Również moja ukochana kurka, Mirabelle, została zjedzona przez niego: Averella Daltona, postrach wszelkiego drobiu, bydła, owoców, warzyw i innych grup żywnościowych. Stał tam i zjadał moją słodką Mirabelle i być może zjadłby nawet mojego pieska, kotka i fretkę, gdybym go nie zaatakował. Byłbym go wtedy dorwał, gdyby nie jego przeklęci bracia, którzy mnie powstrzymali. Byliby mnie zabili, gdyby nie siedzący tutaj Lucky Luke – Gary poklepał kompana po plecach – który akurat szukał ich, aby odstawić do więzienia. Udało mu się ich wykurzyć i obezwładnić.
– Nie bądź taki skromny, Gary. To w zasadzie ty ich dopadłeś, ogłuszając Joe Daltona ciosem karate. A może to był wolkański chwyt obezwładniający?
– Ale to i tak nic nie dało. Mirabelle i inne kurczaki spoczywały już w brzuchu tego potwora, Averella Daltona, nasza ferma była spalona, więc rodzice musieli przeprowadzić się do tej okropnej luksusowej daczy w Kalifornii i zająć się handlem nieruchomościami, a ja byłem pusty i zrozpaczony po utracie Mirabelle. Poprzysiągłem sobie wtedy, że dorwę Averella Daltona i zabiję go. I oto moja historia.
Kiedy skończył mówić, wszyscy w barze chlipali, poruszeni smutną i tragiczną opowieścią Gary’ego Zajebistego.
Wtem drzwi do baru się otworzyły i – ku zdziwieniu wszystkich obecnych – stanęli w nich Daltonowie. Wtargnęli dziarsko do środka i stanęli naprzeciw Luke’a i Gary’ego, którzy spojrzeli na nich chłodno. Bracia uśmiechnęli się złośliwie. Luke wyciągnął kolta, aby ich zastrzelić. Normalnie nikogo by nie zabił, ale tragiczna historia Gary’ego Zajebistego sprawiła, że chciał ich zabić, tu i teraz. Zanim jednak zdążył strzelić, Gary z szybkością światła wyciągnął kolty z kabury i zastrzelił wszystkich czterech Daltonów za jednym razem. Wszyscy po kolei upadli na podłogę, a krew lała się z strumieniami z ich piersi. Averell Dalton jeszcze oddychał, kiedy Gary podszedł do niego i z chłodnym wyrazem twarzy przyglądał się mu z góry.
– Wreszcie pomściłem moją ukochaną Mirabelle – powiedział cicho. – Jakie są twoje ostatnie słowa, gnido?
Averell uśmiechnął się do niego.
– Twoja… ukochana Mirabelle – zaczął z trudem – nie… była… nawet smaczna. Smakowała… jak kurczak.
I umarł.
Gary „Zajebisty” von Stu ożenił się z Miss Świata, pokonał w swoim życiu jeszcze wielu bandytów (w tym Jesse Jamesa i Billy Kida), dorobił się wielkiej fermy kurczaków i kilkorga dzieci, które były równie zdolne i atrakcyjne jak on, a jedna z jego córek, Mary-Sue, była nawet skrytą miłością Lucky Luke’a. Kiedy dorosła, Luke wyjawił jej sekrety swego serca i porosił ją o rękę, a ona za niego wyszła. Choć co tydzień Mary-Sue była porywana przez bandytów, którzy byli szaleńczo w niej zakochani i chcieli zemścić się na Luke’u, życie Mary-Sue i Lucky Luke’a było pełnie szczęścia i radości. Wszyscy opiewali ich miłość, a Gary Zajebisty stał się legendą Dzikiego Zachodu, nawet większą niż Lucky Luke.
KONIEC
Kategorie
Lipiec z Lucky Lukiem Listy top # Miesiące z...

10 najlepszych odcinków "Nowych przygód Lucky Luke’a"

Advertisements

Uwaga! Tekst jest stary i nawet po mojej edycji może zawierać spoilery. Być może uda mi się niebawem napisać listę najlepszych komiksów, choć niczego nie obiecuję.

Dawno, dawno temu, w nie tak znowu zamierzchłych czasach nieistniejący już kanał Fox Kids (a także późniejszy Jetix) puszczał w eter serial animowany, znany jako Nowe przygody Lucky Luke’a. Dla wielu był to powrót do dzieciństwa, a zarazem ujrzenie Lucky Luke’a w zupełnie nowej jakości (spotkałam się nawet ze stwierdzeniem, że jest to lepszy serial od tego z lat osiemdziesiątych). Był całkiem nieźle narysowany (proszę zwrócić uwagę na każdą scenę, w której Luke strzela z kolta), historie nie odbiegały klimatem od komiksowego pierwowzoru, a przewijające się postacie były interesujące i ładnie zarysowane. Obecnie serial można znaleźć w internecie, choć wiele z odcinków dostępnych jest tylko po angielsku albo francusku.

W ramach mojej „fazy” na wszystko, co związane z wyżej wymienionym bohaterem, postanowiłam ułożyć listę najlepszych odcinków Nowych przygód Lucky Luke’a. Dodam, że jest to lista subiektywna. Każda z poniższych pozycji wywarła na mnie jakieś pozytywne wrażenie i postaram się uzasadnić taki wybór odcinków, a nie inny.

Panie i panowie, proszę pochować kolty, przywiązać konie, poskręcać skręty, splunąć do spluwaczek, zamówić whisky i usiąść wygodnie, bo oto 10 najlepszych odcinków Nowych przygód Lucky Luke’a według RedHatMeg.

Miejsce 10: Daltonowie wśród Indian

Mimo że odcinek ma w tytule Daltonów i chłopaki rzeczywiście grają w nim całkiem dużą rolę, akcja koncentruje się właściwie wokół plemienia Po Staremu, a konkretnie – wokół wodza tegoż plemienia i jego dwójki dorosłych dzieci. Ów wódz jest bardzo przywiązany do tradycji i oczekuje, że jego syn, Tańczący z Rondlami, przejmie po nim sukcesję, a jego – cokolwiek puszysta – córka znajdzie sobie męża. Problem polega na tym, że syn woli być kucharzem niż wodzem, nie mówiąc już o tym, że nie specjalnie pali się ani do polowania ani do walki. Z kolei córka nie znajduje żadnego dobrego kandydata na męża (do czasu, oczywiście) i – w przeciwieństwie do brata – chce być wodzem, ale ze względu na swoją płeć nie może.

I choć Joe ratuje życie Tańczącego z Rondlami i przez ten fakt Daltonowie stają się członkami plemienia; choć próbują napadać na dyliżanse uzbrojeni w łuki i strzały, a potem – kiedy Luke również ratuje Tańczącego z Rondlami – zdobyć jego kolta, to i tak w ostateczności chodzi o te trzy postacie – wodza, który uparcie tkwi przy postępowaniu tak jak „od zarania dziejów”; jego syna, którego pasja nie jest aprobowana przez ojca; i córki, która jest w gruncie rzeczy twardą babką. W porównaniu z wieloma innymi, raczej mało wyrazistymi postaciami Indian w szeroko pojętej fikcji, ta trójka ma odbiegające od stereotypu osobowości.

Koniec jest w sumie łatwy do przewidzenia, ale i tak ogląda się go z przyjemnością.

Miejsce 9: Decydujący świadek

W tym odcinku Lucky Luke musi zaprowadzić niejakiego Tinnibootsa, profesora ślimakologii z Nowego Jorku, do miasta Saint Bob, aby zeznawał przeciwko pewnemu, dotąd wymigującemu się ręce prawa, bandycie, znanemu jako Bang Bang Chichot. Problem w tym, że po pierwsze – na Tinnibootsa czyha płatny zabójca; po drugie – sama wyprawa przez prerię jest dość niebezpieczna. Tinnibootsowi towarzyszy jego żona Minnie, która podchodzi do całej sprawy bardzo spokojnie, a wręcz optymistycznie. Podróż do Saint Bob można streścić w taki sposób: Luke i Tinnibootsowie ukrywają się w pociągu wojskowym, przebrani (no cóż, przynajmniej panowie) za żołnierzy, ale w wyniku pewnego nieporozumienia, zmuszeni są wyskoczyć z pociągu. Dowódca bierze ich za dezerterów i rusza za nimi w pościg. Potem nasi uciekinierzy korzystają z zamieszania spowodowanego przez spotkanie rzeczonego dowódcy i płatnego zabójcy, aby zejść im z oczu, odkryć nowy gatunek ślimaka, trafić w ręce Indian czczących ślimaki.

I znów właściwie najmocniejszym aspektem tego odcinka są postaci, a konkretnie Minnie Tinniboots. O ile sam profesor ciągle narzeka, ciągle jest chory, ciągle się czegoś boi i w zasadzie jest jednym wielkim marudą, o tyle jego żona zachowuje zimną krew, stara się go podtrzymać na duchu, i poniekąd trudno ją zniechęcić. Co więcej, ma w sobie coś z matki. Do swojego męża i wielu napotykanych po drodze mężczyzn zwraca się jak do małych dzieci. Kowbojów w napotkanym odludziu poucza o higienie, do zagniewanego wodza Indian mówi z uśmiechem coś w stylu: „Ojej, wodzu, co się stało? No, już, już. Powiedz nam.” (reakcja wodza też jest dość dziecinna – mężczyzna nagle wybucha płaczem i przez łzy wyjaśnia powód swego gniewu); do swojego męża mówi: „Pamiętaj: każda niewygoda ciut wzrostu ci doda.” Mimo wszystko ma ona o wiele większe jaja niż on.

Tinnoboots zaś kiedy tylko zajmuje się swoją nauką, nagle zapomina o niewygodach, upale, a także o tym, że ścigają go dwaj próbujący go zabić faceci, i poświęca się badaniom nad ślimakami. W ostatecznym rozrachunku to on ratuje siebie, żonę i Luke’a przed śmiercią z rąk Inidan, zdobywając zaufanie czerwonoskórych. Jest zafascynowany tym, że ślimak może przeżyć na prerii i zbadanie tego fenomenu stawia wyżej niż swoje życie i bezpieczeństwo. Można go nie lubić za jego ciągłe narzekanie, ale nie jest tak do końca bezużyteczny. Na końcu widzimy jak nabiera pewności siebie i postanawia pozostać na prerii, aby kontynuować badania nad znalezionym przez siebie ślimaku.

Miejsce 8: Dalton dobroczyńca

W tym odcinku Daltonowie po raz kolejny uciekają z więzienia, ale tym razem Joe wpada na błyskotliwy pomysł, aby ukryć się w stanie Utah, gdzie gang Daltonów nie jest znany ani tym bardziej nie będzie tam ścigany. Na podobny pomysł wpada oszust, wykorzystujący dobroczynność do zarabiania pieniędzy i uciekający właśnie przed stróżami prawa. Spotkawszy go, odkrywszy, że wiezie ze sobą beczkę pieniędzy i dowiedziawszy się, że ludzie sami dają mu forsę, Daltonowie postanawiają się z nim sprzymierzyć i wypróbować nowy sposób zarabiania w najbliższym mieście. A mają na czym pracować, bo ludzie w tymże mieście – a zwłaszcza pewna młoda dziewczyna – chętnie angażują się w dobroczynność.

Mamy tutaj motyw dwóch rzezimieszków, którzy chwilowo współpracują ze sobą, ale zamierzają w odpowiednim momencie przechytrzyć tego drugiego i uciec z pieniędzmi, kiedy tylko osiągną swój cel (w tym przypadku: kiedy beczka napełni się po brzegi forsą). Sam oszust, z którym sprzymierzyli się Daltonowie, ma szeroki, śnieżnobiały uśmiech, jest sprytny i potrafi przekonać tłum do składania datków niemal na każdą, choćby największą bzdurę (na przykład na „biednych” ludzi z Francji). Inna sprawa, że sama panienka, którą spotykają, wydaje się być zbyt naiwna i dobroduszna, żeby zobaczyć co się dzieje. Wręcz ma się wrażenie, że oszust z nią flirtuje, a ona wierzy w każde jego słowo.

Tak jak zwykle w tego typu opowieściach kłamstwo nie popłaca, a ludzie z miasteczka uczą się, aby uważać na oszustów.

Miejsce 7: Duchy i kobzy

Tytuł tego odcinka sugeruje raczej opowieść o nawiedzonym, szkockim zamczysku i poniekąd tak jest. Lucky Luke przybywa do miasta, gdzie rządzi niejaki O’Rety. Kiedy tylko nasz bohater wkracza do saloonu, spotyka tam pewnego Szkota, z którym – przez siedzącego przy sąsiednim stoliku O’Rety – stacza walkę. Koniec końców Szkot stwierdza, że Luke’a lubi (bo lubi każdego, z kim stoczył porządną bójkę) i zaprasza go do siedziby swego klanu, którą jest… najprawdziwszy w świecie zamek pośrodku prerii. Po spotkaniu z przywódcą klanu McCloudów, okazuje się, że przybył on dawno temu w te strony, poczuł „powiew Szkocji” i postanowił przenieść rodowy zamek do Stanów. Niestety – jak twierdzi – przywiózł ze sobą również rodowego ducha.

Luke spędza z McCloudami trochę czasu jako ich gość. Tymczasem pokojowi dotąd Indianie mieszkający między miasteczkiem a zamkiem nagle otrzymują od swojego wielkiego ducha rozkaz zaatakowania McCloudów. Również sami Szkoci są nawiedzani przez tajemniczą zjawę, która zagrzewa ich do walki. Luke, który nie wierzy w duchy, oczywiście dochodzi do wniosku, że coś tu śmierdzi i postanawia mieć oko na Indian, McCloudów i mieszkańców miasta.

Intryga jest w zasadzie przewidywalna i w sumie pozostaje nam tylko odkryć motyw sprawcy. Sami Szkoci i ich kultura są w tym odcinku przedstawione dosyć stereotypowo. Chłopaki lubią się bić, dziwnie mówią, jedzą brzmiące niezbyt apetycznie rzeczy, a jedyna kobieta w ich gronie ma wąsy. Dlaczego więc ten odcinek mi się podoba?

Tym razem jest to kwestia polskiego tłumaczenia. Tak, tłumacze odwalili przy tym odcinku kawał dobrej roboty. Dotąd dość często obecny w anglojęzycznych produkcjach szkocki sposób mówienia był nieprzetłumaczalny na język polski. Tutaj zaproponowano nam pewne, w sumie bardzo sensowne rozwiązanie – przełożono szkocki akcent na góralską gwarę. Zważywszy na to, że Szkoci w kiltach to właśnie górale, jest to interesujące rozwiązanie, na które warto zwrócić uwagę, oglądając Duchy i kobzy.

Miejsce 6: Zakazana miłość

Mamy tutaj stary i, wydawałoby się, wytarty schemat. Dwoje kochających się ludzi – biała kobieta i indiański mężczyzna – próbuje za wszelką cenę być razem, ale ich rodziny chcą ich rozdzielić, aż w końcu kochankowie uciekają, aby wziąć ślub. Zapewne powiecie: „Głupie i sztampowe.” Z tym, że tym razem zamiast standardowej pary młodych, których rozdzielić chcą ojcowie, mamy dwoje staruszków, których związkowi sprzeciwiają się ich synowie – dowódca fortu i wódz Indian. Nasz Romeo – Zdziecinniała Wydra – niedowidzi i niedosłyszy i, co by nie mówić, ma bardzo adekwatny do swojego charakteru przydomek. Za to nasza Julia – Juliet (o, ironio!) – rozbija się powozem po forcie, kombinuje jak być ze swoim ukochanym i ogólnie zdaje się być od niego o wiele bardziej zaradna.

Raz zachowują się trochę jak nastolatki, raz jak dorośli i poważni ludzie, a raz jak popadający w starcze zdziecinnienie emeryci. Z drugiej strony, sam fakt, że są rodzicami, a nie dziećmi dowódcy fortu i wodza Indian, daje ciekawe efekty. Zwróćcie uwagę na to, w jaki sposób Juliet i Zdziecinniała Wydra pacyfikują swoje dzieci, aby pogodzić ze sobą dwa, że użyję takiej metafory, „zwaśnione rody”.

Już chociażby za to, że ta historia miłosna jest inna od pozostałych i że zawarty w niej schemat został właśnie tak potraktowany, warto zobaczyć ten odcinek.

Miejsce 5: 400 tysięcy za Daltonów

Początek jest podobny do większości odcinków z Daltonami. Joe, Jack, William i Averell uciekają z więzienia, włóczą się po prerii i szukają jakiegoś łatwego łupu, Lucky Luke dostaje telegram od naczelnika, wzdycha głęboko, wsiada na Jolly’ego i rusza w pogoń. Zwrot akcji następuje, kiedy głodni Daltonowie zjadają ukochanego byka ranczera Gilberta Gluttona. Zrozpaczony i rozgniewany Glutton wyznacza za ich głowy nagrodę w wysokości tytułowych 400 tysięcy, co przyciąga łowcę głów Eliota Belta (tutaj nazywanego Rybim Swądem). Lucky Luke musi teraz złapać Daltonów przed Beltem, jak również uniemożliwić mu ich zabicie.

Jednak ja wyróżniłam ten odcinek nie ze względu na sam pościg za Daltonami, ale na to, co dzieje się wewnątrz gangu. Otóż po spożyciu byka Joe nabawia się niestrawności i przez to nie jest w stanie spełniać swojej roli przywódcy. Przez większość odcinka albo leży pobladły na ziemi/w karawanie, wyrzucając z siebie pomruki bólu, albo wymiotuje. W rezultacie Jack i William – zazwyczaj pełniący rolę uspokajaczy i wykonawców woli Joego – odchodzą od swojej zwyczajnej neutralności i nabierają pewnych kolorów. William od razu przejmuje dowództwo, Jack zaś ostentacyjnie demonstruje swoje niezadowolenie z takiego stanu rzeczy, co jakiś czas rzucając kąśliwe i sarkastyczne uwagi, na które William odpowiada: „Zamknij się, Jack!” To dość ciekawe ujrzeć postaci, które zwykle trzymają się z boku i nie wykazują za wiele osobowości, tak radykalnie zmieniające się pod wpływem zaistniałej sytuacji.

Ten odcinek odpowiada na pytanie: „Co by było, gdyby Joe Daltona poraziła nagle niedyspozycja i potrzebny byłby ktoś na jego zastępstwo?” Trudno powiedzieć, czy Joe jest niezastąpiony, czy nie, ale boiorąc pod uwagę to, że w albumie Mama Dalton jasno powiedziane jest, że Joe został wyznaczony na stróża integracji rodziny, oraz ze względu na to, że Daltonowie nie mają sprecyzowanego wice-szefa, sytuacja chaosu wewnątrz grupy jest bardziej prawdopodobna, niż inne scenariusze.

Miejsce 4: Najważniejszy jest pacjent

Początek tej historii też w zasadzie jest dość schematyczny, jeśli chodzi o ten konkretny fandom. Całkiem sporo przygód Lucky Luke’a zaczyna się od tego, że bohater spotyka kogoś w drodze i postanawia mu towarzyszyć. W tym odcinku tym kimś jest Li Ping Ping, postać o tyle interesująca, że większość występujących w komiksach, filmach i serialach o Lucky Luke’u Chińczyków jest albo kucharzami, albo praczami (no dobra, Tchin-Tchin też zrobił karierę, ale do niego jeszcze dojdziemy). Tymczasem Li Ping Ping jest lekarzem, stosującym akupunkturę i chińskie zioła. Obaj panowie wybierają się do pobliskiego miasteczka górniczego i dowiadują się, że po pierwsze – tamtejsi kopacze chorują ostatnio na jakąś tajemniczą chorobę; po drugie – w mieście jest nowy lekarz, Milly Titwetter, która stosuje bardzo nowoczesne (jak na tamte czasy) metody leczenia; wreszcie po trzecie – o wiele większym zaufaniem mieszkańców cieszy się szarlatan doktor Kokot (tak naprawdę doktor Doxey, ale jak zwał w polskim tłumaczeniu, tak zwał), sprzedający „lekarstwo na wszystkie choroby”.

Doktor Titwetter jest nieufna wobec Li Ping Pinga, ale stopniowo się do niego przekonuje. Ważne jest jednak to, że mamy dwójkę lekarzy, którzy chcą leczyć ludzi, chociaż każde z nich robi to inaczej, i którzy potrzebują pomocy Luke’a, aby najpierw przekonać górników do pójścia do lekarza, a potem odeprzeć ataki Kokota, który próbuje ich zdyskredytować. I choć na początku wszystko idzie Kokotowi gładko, wkrótce sam zapada na chorobę górniczą, a wszyscy wokoło próbują go kurować jego własnym, nieskutecznym placebo.

I dopiero po przeczytaniu wszystkich dostępnych po polsku komiksów o Lucky Luke’u, zdałam sobie sprawę z tego, że ten odcinek nawiązuje do dwóch z nich. Pierwsze nawiązanie to, oczywiście, doktor Doxey, który jednak zatracił trochę swojej pierwotnej charakterystyki. W komiksie był szarlatanem, który chce zarobić na ludzkiej naiwności, a jednocześnie z jego wypowiedzi można było wywnioskować, że traktuje swój eliksir jako dobrodziejstwo ludzkości i że ma poczucie misji rozpowszechniania go gdzie popadnie. Tutaj jest po prostu konowałem.

Drugim komiksowym nawiązaniem jest fakt, że kopalnia, w której kopią mieszkańcy należy do Dicka Diggera, a album Kopalnia Dicka Diggera był jednym z pierwszych komiksów z Lucky Lukiem. Ale samego Diggera nigdzie nie ma, bo – jak nam powiedziano – jest już bogaty i nie musi kopać.

Tak czy inaczej, ten odcinek warto zanotować ze względu na tych dwoje lekarzy, którzy pełnią rolę postaci wspierających. Doktor Titwetter jest stanowcza i potrafi być wojownicza. Jest nawet scena, w której rzuca się z pięściami na Kokota/Doxeya, sprawiając mu niezły łomot. Z kolei Li Ping Ping przypomina większość Chińczyków w serii – jest nad wyraz miły i elokwentny – jednak potrafi się oburzyć na zarzuty Kokota. Widzimy w nim przede wszystkim lekarza. Nieco egzotycznego, ale jednak lekarza, który wraz z koleżanką po fachu musi przekonać do siebie nieufnych mieszkańców.

Miejsce 3: Towarzysze Daltonowie

Dwa słowa: chibi Lenin. Co prawda tak go nie nazywają i przeważnie zachowuje się jak komunista-idealista, ale wygląda jak Lenin, ma na imię Władimir Ilicz (co z tego, że Zakąski?), a jego poglądy polityczne przypominają taki łagodny odłam komunizmu. Poznajemy go w końcu w momencie, kiedy chodzi po mieście i rozdaje ulotki o uwolnieniu „uciśnionych” kowbojów spod jarzma chciwych ranczerów. Potem, kiedy Daltonowie przychodzą ukraść mu osła, a Zakąski ich nakrywa, dowiadujemy się, że postrzega wszystkich przestępców jako ofiary systemu i pokazuje im plany swojego idealnego państwa, Freedonii. Kiedy Luke strzela, aby rozbroić ludzi Gilberta Gluttona (tak, to on jest antagonistą… znowu), a jeden z pistoletów niespodziewanie trafia w ręce Zakąskiego, facet wpada w panikę. W mordę! – kiedy Luke chce zabrać Daltonów z powrotem do więzienia, bo „to niebezpieczni banici”, Zakąski odpowiada: „Tutaj, we Freedonii, nie ma banitów. Bowiem nie ma tu praw, oprócz powszechnego prawa równości i życzliwości.” Wtedy Luke mówi, że to piękne prawo i nie chciałby go łamać.

Na każdym kroku widzimy Zakąskiego jako niegroźnego utopistę, który wierzy naiwnie w to, że jego lepszy świat znajdzie zwolenników, chociaż Daltonowie sobie z niego kpią, a pasażerowie napotkanego przez Averella dyliżansu opuszczają chatę Zakąskiego, kiedy tylko ten proponuje im pozostanie we Freedonii. Zakąski w zasadzie sprawił, że przez długi czas myślałam o komunizmie jako o doktrynie, która założenia miała słuszne, tylko Stalin i reszta zrobili z niej ideologię terroru. Teraz jednak odnoszę wrażenie, że być może Władimir Ilicz Zakąski – ze swoją Freedonią, „uciemiężonymi kowbojami” i „budowaniem lepszego świata” – jest w pewnym sensie takim komunistą z dziewiętnastowiecznej powieści – głosi dziwne poglądy, bardziej do wyśmiania ich nierealności niż do postrzegania ich za jakieś wielkie zagrożenie.

Z drugiej strony to serial animowany, skierowany do (mniej więcej) dziesięciolatków. Wyjaśnianie im ideologii komunizmu byłoby pracochłonne, mijałoby się z celem, jakim jest przede wszystkim rozrywka; i w zasadzie groziłoby niezrozumieniem ze strony młodszej części widowni. Dlatego przedstawienie poglądów Zakąskiego tak, a nie inaczej, wydaje się mieć sens.

Miejsce 2: Sępy nad prerią

To jeden z tych odcinków, które dzieją się w Nothing Gulch – mieście, w którym najczęściej można spotkać Lucky Luke’a. W zasadzie jednak historia zaczyna się w budynku syndykatu przedsiębiorców pogrzebowych, gdzie przewodniczący tegoż syndykatu żąda wyjaśnień od grabarza z Nothing Gulch – Barnaby – dlaczego jego dochody nie są tak wysokie jak w innych miejscach na Dzikim Zachodzie. Barnaba odpowiada, że to Lucky Luke rozstrzyga wszystkie spory bezkrwawo i to dlatego umieralność jest tak niska. Wobec takiego stanu rzeczy przewodniczący posyła wraz z Barnabą swojego najlepszego człowieka – Mortimera Trupokwiata. Ten po przyjeździe dowiaduje się, że wkrótce odbędą się wybory szeryfa, które od lat wygrywa ten sam człowiek; oraz, że w okolicy są dwaj ranczerzy, raczej żyjący ze sobą w pokoju. Trupokwiat wpada więc na pomysł, aby doprowadzić do niezgody i w ten sposób sprawić, aby usługi pogrzebowe były potrzebne. Najpierw robi plakaty namawiające do głosowania na Lucky Luke’a, potem skłóca ze sobą ranczerów. Atmosfera w Nothing Gulch robi się napięta, a po jakimś czasie zaczynają się zbierać nad okolicą tytułowe sępy, nie mówiąc już o tym, że Trupokwiat i Barnaba starają się zainteresować swoimi usługami potencjalnych klientów.

Lubię ten odcinek, ponieważ pozwolił mi spojrzeć inaczej na przedsiębiorców pogrzebowych w Lucky Luke’u i ogólnie w westernach. Dotychczas ilekroć pojawiał się ubrany na czarno facecik biorący miarę na trumnę albo próbujący zainteresować ludzi swoimi usługami, chciałam, żeby po prostu sobie poszedł. Tutaj, o ile Trupokwiat próbuje doprowadzić do jatki i w zasadzie wciąż gada tylko o śmierci, o tyle Barnaba wydaje się być całkiem miłym gościem, który tylko robi to, co Trupokwiat mu każe. Przez cały odcinek widzimy, jak ludzie go unikają, nikt nie podaje mu ręki (poza Lukiem), nikt nie jest dla niego miły. Po obejrzeniu tego odcinka zrobiło mi się tego gościa żal. Uświadomiłam sobie, że ten facet, który zwykle rozdaje ulotki o najnowszych promocjach na trumny i wieńce pogrzebowe, musi być bardzo samotny przez to, z czym kojarzy się jego profesja. Nie mówiąc już o tym, że w innym odcinku – Gwiazdka Daltonów – widzimy, że samotnie spędza również święta. Nigdy później nie patrzyłam na grabarzy w Lucky Luke’u tak samo, zwłaszcza, jeśli wyglądali tak jak Barnaba.

Jest to naprawdę jeden z lepszych odcinków Nowych przygód Lucky Luke’a, chociaż uplasował się na drugim miejscu.

Miejsce 1: Liki Liki

To coś w stylu „A teraz coś z zupełnie innej beczki”. Zamiast tradycyjnych kowbojów strzelających do siebie w samo południe mamy opowieść kung-fu, rozgrywającą się w chińskiej dzielnicy miasteczka Peeka-Boo. Oto więc pralnię niejakiego Li Tchou nawiedzają członkowie gangu Purpurowego Smoka. Są niezadowoleni tym, że Li Tchou nie zapłacił za ochronę, ale na razie straszą go tylko i odchodzą. Tchin-Tchin, siostrzeniec pracza, wyraża chęć walki z bandytami, jednak jego wuj go powstrzymuje i mówi, że tu potrzebny jest ktoś bardziej doświadczony. Posyła więc siostrzeńca do Nothing Gulch po starego przyjaciela, Lucky Luke’a. Luke od razu się zgadza i wraz z Tchin-Tchinem jadą do Peeka-Boo, gotowi zmierzyć się z Purpurowym Smokiem.

Tym, co urzekło mnie w tym odcinku jest właśnie Tchin-Tchin. Normalnie postaci, które spotyka Lucky Luke, nie potrafią się bronić same i właśnie dlatego Luke postanawia im pomóc. Dobra, zdarza się, że umieją się bić albo całkiem nieźle strzelają z pistoletu, ale najczęściej o tym tylko napomkną albo ewentualnie jest im dane się wykazać tylko jeden raz. Ostateczne zawsze potrzebują pomocy Lucky Luke’a.

Tchin-Tchin, co prawda, też wpada w kłopoty, z których musi go ratować Luke, ale poza tym jednym momentem on po prostu kopie tyłki. Widzimy, że potrafi dać sobie radę w walce z trzema pomagierami Purpurowego Smoka naraz, a nawet z samym Purpurowym Smokiem. To nie jest facet, który siedzi z boku, kiedy Luke załatwia „tych złych”. On sam bierze czynny udział w walce i przyczynia się do ostatecznego zwycięstwa „tych dobrych”. W zasadzie idzie po pomoc do Lucky Luke’a tylko dlatego, że jego wuj uważa, że nie da sobie rady z Purpurowym Smokiem, dysponującym również bronią palną.

Jednocześnie jego „kozackość” nie traci nic na tym, że Tchin-Tchin jest przykładem tak zwanego zabawnego cudzoziemca. W Nothing Gulch widać jak mało wie o świecie poza chińską dzielnicą – fascynuje się słomką do drinków, nudę siedzących przed saloonem kowbojów myli z medytacją, nie potrafi jeździć prawidłowo na koniu. No i nazywa Lucky Luke’a „Liki Liki”. Poza tym ma typowe cechy Chińczyka z uniwersum Lucky Luke’a – używanie wyszukanych metafor i ozdobników, granicząca z bojaźnią religijną uprzejmość, a czasem nawet dzielnie się mądrościami a la „Konfucjusz mówi…” (aczkolwiek to jego wuj rzuca chińskimi przysłowiami na prawo i lewo). Z drugiej strony jednak, kiedy Luke przebiera się za Chińczyka, aby nie wzbudzać podejrzeń, to Tchin-Tchin uczy go jak powinien się zachowywać, jak powinien jeść, czy kłaniać się. Nie mówiąc już o tym, że Tchin-Tchin jest od niego o wiele lepszym praczem.

Ta postać była tak różna od dotychczas spotykanych w uniwersum Lucky Luke’a, że wręcz chciałam zobaczyć ją jeszcze w jakimś odcinku. Moje marzenie się spełniło, kiedy to w drugiej serii wyemitowano odcinek Powrót Liki Liki. Tchin-Tchin jest tam szeryfem federalnym, co jest ciekawym obrotem sprawy, zważywszy na zakończenie Liki Liki. Mimo że w tym odcinku Tchin-Tchin nadal kopie tyłki, Powrót Liki Liki jest o wiele słabszy niż jego pierwowzór. Raz, że Tchin-Tchin występuje tam ubrany w nieco gorszy strój, dwa – sama historia jest w sumie dość schematyczna: Afroamerykanin wkracza do ksenofobicznego miasteczka, zostaje tam potraktowany niesprawiedliwie przez uprzedzonego stróża prawa, szuka sprawiedliwości i znajduje ją w osobie Tchin-Tchina, a potem Lucky Luke’a. Koniec zaś mówi o tym jak owo ksenofobiczne miasteczko jest obecnie zbitką różnych kultur i wyznań żyjących ze sobą w zgodzie.

Tak czy inaczej Liki Liki – właśnie poprzez postać Tchin-Tchina – moim zdaniem zasługuje na pierwsze miejsce i wciąż czekam aż Xilam wpadnie na pomysł zrobienia spin-offowej serii na jego podstawie.

I to była moja lista 10 najlepszych odcinków Nowych przygód Lucky Luke’a. Dziękuję, że raczyliście ją przeczytać, mam nadzieję, że się podobało i że być może nawet zachęciłam kogoś do obejrzenia któregoś z wyżej wymienionych odcinków. Do widzenia w następnym artykule.

Kategorie
Fanfiction Lipiec z Lucky Lukiem Lucky Luke Miesiące z...

[FF: Lucky Luke] Koniowatość

Advertisements

To wszystko zaczęło się dosyć niepozornie. Pewnego dnia nagle poczułem ból w lewej, przedniej nodze. Ponieważ był to ból dokuczliwy, ale znośny, i ponieważ ja i mój kowboj byliśmy wtedy na tropie kolejnego podrzędnego rzezimieszka, postanowiłem nie zdradzać się Luke’owi z tą dolegliwością. Pamiętam, że pomyślałem sobie wtedy: Czegóż to ja nie robię dla tego mojego kowboja – czekam pod oknem saloonu, aby w razie czego pomóc mu uciec; robię zakupy, rozwiązuję węzły, przybywam na gwizdnięcie… A on tylko poklepie mnie czasem po plecach w geście uznania moich zasług. Nie to, żeby mi to przeszkadzało, ale pamiętam, że wyraziłem wtedy głośno pewną myśl:

– Czasem chciałbym wiedzieć, ile mój kowboj jest w stanie zrobić dla mnie.

Oczywiście Luke mnie nie słyszał. I dobrze, bo gdyby usłyszał kiedyś, co mamroczę pod nosem, najpierw wybałuszyłby oczy ze zdumienia, że jego koń potrafi mówić (ale z drugiej strony – umiem robić takie rzeczy, że pewnie umiejętność mowy nie zrobiłaby na nim większego wrażenia), a potem zacząłby na te moje komentarze odpowiadać.
Jednak w miarę jak posuwaliśmy się dalej, ból zyskiwał na intensywności i oto następnego dnia był tak silny, że ledwo mogłem iść. Kiedy spojrzałem w dół, odkryłem, że tuż przy kopycie moja lewa noga spuchła jak balon. Mój kowboj zaczął właśnie zbierać to, co pozostało z rozpalonego poprzedniej nocy ogniska, a ja zacząłem się poważnie martwić tym, czy uda mi się daleko zajść z opuchniętą nogą. Po raz pierwszy w życiu spotkało mnie coś takiego. Dotąd byłem niemal niezniszczalny. To ten debil, Bzik, bez przerwy przeziębiał się, bo wiecznie wpadał do wody i tylko dzięki interwencji mądrzejszych od siebie nie kończył na dnie. Ja miałem zawsze końskie zdrowie (ha, ha).
Mój kowboj założył mi na grzbiet derkę i zapiął siodło. Następnie wsiadł na mnie, chwycił za lejce i lekkim pociągnięciem rozkazał iść przed siebie. Ledwo zrobiłem dwa kroki, a już poczułem kolejną falę bólu w nodze. Niejako odruchowo podniosłem do góry głowę i mógłbym przysiąc, że mój pysk wykrzywił się w grymasie bólu. Nie uszło to uwadze mojego kowboja, zwłaszcza, że natychmiast przystanąłem.
– Coś nie tak, Jolly? – spytał, zniżając głowę.
Właśnie wtedy musiał spostrzec w jakim stanie była moja lewa noga. Mogłem zobaczyć jak jego wyraz twarzy zmienia się z neutralności w szczere zdziwienie, a nawet zauważyłem w jego rysach coś na kształt… lęku? Natychmiast ze mnie zszedł, aby zaraz przykucnąć i przyjrzeć się lepiej schorzeniu. Przez moment milczał, a jego czoło zmarszczyło się, zdradzając ślady głębokiego zamyślenia.
A potem podniósł się na równe nogi i rozejrzał dookoła. Nagle uśmiechnął się. Spojrzałem w stronę, w którą patrzył. W oddali znajdował się znak głoszący, że najbliższe miasto jest oddalone stąd o dwa kilometry.
– Ciekawe, że po zmroku nie zwraca się uwagi na takie szczegóły… – powiedziałem sam do siebie.
– Będziesz musiał wytrzymać dopóki tam nie dojdziemy i nie obejrzy cię weterynarz – oznajmił mój kowboj, klepiąc mnie po barku.
Następnie ściągnął siodło wraz z derką i położył je sobie na barku.
To były chyba najgorsze, najdłuższe dwa kilometry w moim życiu. Przez całą drogę nawiedzały mnie jakieś dziwne myśli. Obawiałem się, że z moją nogą nie da się już nic zrobić, a ponieważ nie będę użyteczny dla mojego kowboja, mój kowboj się mnie pozbędzie w ten, czy inny sposób. Może niekoniecznie pośle do fabryki kleju czy zastrzeli, ale na pewno wyśle na zieloną trawkę i spędzę resztę życia, rozmawiając ze starymi kobyłami, które dotąd prowadziły pług albo coś w tym stylu. Cóż począć, często marudzę na swoje życie, ale koniec końców jest ono bardziej ekscytujące niż praca na farmie czy w kopalni. Poza tym wiem, że… Ale o tym jeszcze wspomnę później.
Mój kowboj był mi bardzo pomocny w tej podróży. Może na starość robię się sentymentalny, ale to, że przy mnie był i że co chwilę zapewniał mnie, że wszystko będzie dobrze, czyniło tę mękę o niebo znośniejszą. Jednocześnie co chwila jego przyjacielski uśmiech bladł, a głos, którym mój kowboj próbował mnie uspokoić, nosił w sobie nutę niepewności. Miałem wrażenie, iż on sam obawiał się tego, co mogło wyniknąć z tej mojej małej kulawizny.
Po trwającej wieczność wędrówce nareszcie dotarliśmy na miejsce. Miasto nazywało się Black Hole Gulch, a napis pod tą nazwą głosił: „Hej, nieznajomy! To może i pipidówa, ale, jak w każdej pipidówe, za fałszywy ruch dostaniesz kulkę.” Jakoś tak zawsze, kiedy czytam coś takiego, mogę być pewien, że w saloonie mój kowboj zostanie zaczepiony przez jakiegoś nadpobudliwego i pewnego siebie gostka z rewolwerem, potem zawiąże się walka, którą Luke wygra, ale gościu, zamiast sobie odpuścić jak każdy normalny człowiek, zechcę się na nim odegrać czy coś w tym stylu. Będziemy musieli go wyprowadzić z błędu, nadrabiając nieco drogi i niwecząc jego plany, ale i tak na końcu wygramy. Naprawdę wolałem tym razem sobie darować.
Zaczęliśmy iść przez główną ulicę i rozglądać się za szyldem weterynarza albo chociaż jakąś stajnią. Wszyscy mieszkańcy się na nas gapili i to pewnie była moja wina. Musiałem wyglądać pokracznie, utykając i co chwila podnosząc głowę, w dodatku z bulwiastą w okolicach kopyta nogą. Te natrętne oczy były wszędzie, a kilku miejskich chłopaczków raczyło nas komentarzami w stylu: „Co staruszku? W kaktus się wdepło?” Czułem się idiotycznie, jakbym nosił na głowie Bzika. Co oni, konia z kulawizną nie widzieli? Słowo daję, niektórzy ludzie to istne perełki tępoty. Myślą, że są śmieszni, gdy tymczasem udowadniają po raz kolejny, że śmieszy ich byle krowi placek.
W końcu dotarliśmy do jakiejś stajni i nawet ktoś wyszedł nam naprzeciw. Był to młody, ledwie dwudziestokilkuletni mężczyzna z czupryną jasnobrązowych włosów, okrągłą twarzą i cienkimi okularami na nosie. Bylibyśmy go uznali za zwykłego stajennego (rękawy miał podwinięte, a w ręku trzymał widły), gdyby nie zaczepiona na niebieskiej koszuli gwiazda.
– Erm… jesteś szeryfem? – spytał mój kowboj, podnosząc brew.
– Zastępcą. Ale pracuję też jako stajenny – wyjaśnił nam młokos. – Jestem Artur McGee, ale mówią na mnie Artie.
– Miło mi. Lucky Luke – przedstawił się najzwyczajniej w świecie.
A nasz zastępca szeryfa/stajenny najzwyczajniej w świecie zareagował na tę nowinę jak większość ludzi, którym mój kowboj się przedstawia.
– Ten Lucky Luke?
– Tak – odpowiedział mój kowboj.
– Ten, który strzela szybciej niż jego własny cień?
– Tak, tak, to ja – westchnął, przewracając oczami.
– Ten, który…?
– Rozumiem, chłopcze, że jesteś podekscytowany – przerwał mu Luke – ale mój koń potrzebuje pomocy. Macie tu jakiegoś weterynarza?
– Ach, tak, tak – obudził się młokos. – Zaraz po niego pójdę.
No i poszedł. My tymczasem rozejrzeliśmy się po stajni. W środku znajdowało się kilka koni, ale tylko jeden zwrócił uwagę moją i mojego kowboja. Był szary, o czarnej grzywie i z niemal idealnie okrągłą, białą kropką na czole. Stał sobie w przegrodzie. Na podłodze, tuż przed nim leżała otwarta książeczka, w której lekturze ten szary koń wydawał się być pogrążony.
– Ciekawe rzeczy tam piszą? – spytałem.
Koń oderwał wzrok od książki i popatrzył na nas.
– Niespecjalnie. Ale czego się spodziewać po Arystotelesie? Ciągle tylko byt, substancja, przypadłości…
Nie pierwszy raz widziałem konia-intelektualistę (poniekąd sam się za takiego uważam), więc ten chłystek nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Westchnąłem tylko ze zniechęceniem, że będę musiał dzielić z nim stajnię. No, cóż… Przynajmniej mój kowboj dotrzyma mi towarzystwa, prawda?
Tak wtedy w swej naiwności myślałem.
Artie i weterynarz wreszcie się pojawili. Najpierw doktorek obejrzał moją nogę, a potem kazał mojemu kowbojowi przeprowadzić mnie kilka kroków. W końcu usłyszeliśmy jakie są zalecenia: solidny wypoczynek w stajni i okłady. Szczerze mówiąc spodziewałem się, że grozi mi coś poważniejszego – co najmniej, że nie będę chodził. Ale widocznie jako rumak głównego bohatera mam fory u scenarzystów.
Mój kowboj wyglądał, jakby coś go nurtowało. Czyżby nie cieszył się z takiego obrotu sprawy? Mnie się podobało, że nie będę musiał się nigdzie ruszać. Tak rzadko ja i mój kowboj możemy sobie pozwolić na wakacje… Myślałem, że on też się ucieszy. W końcu ta fucha dyżurnego bohatera Dzikiego Zachodu jemu też dawała w kość. Niestety zapomniałem o jednym ważnym szczególe.
– Mógłbym pogadać z twoim przełożonym, Artie? – zapytał mój kowboj.
– Pan Brokenbee, właściciel stajni, jest obecnie na wakacjach.
– Chodziło mi o szeryfa – sprostował Luke. – Widzisz, jestem w trakcie szukania pewnego bandyty i zdaje się, że będę potrzebował waszej pomocy, nie mówiąc już o koniu zastępczym.
Poczułem jak coś mnie ściska w sercu. Bandyta… Kompletnie zapomniałem o bandycie. Czy Luke naprawdę chciał za nim ruszyć? I to na innym koniu niż ja? Chyba nie mówił poważnie. Przecież dobrze wiedział, że żaden rumak nie zastąpi mu mnie, szczególnie przy ściganiu przestępców.
– Może zanim zaprowadzę pana do szefa, panie Luke, zajmijmy się pana koniem – oświadczył Artie i otworzył wolną przegrodę tuż obok konia-intelektualisty.
Chwycił mnie za lejce i już chciał zaprowadzić do środka, ale oparłem się na tylnych kopytach i stawiłem mu opór. Dzieciak nieźle się namęczył, aby ruszyć mnie chociaż o milimetr z miejsca, ale i tak jego wysiłki spełzły na niczym. Im mocniej ciągnął, tym mocniej ja się zapierałem. Jak na konia, który właśnie okulał, miałem całkiem sporo krzepy. Aż sam się dziwiłem. Lewa noga, rzecz jasna, bolała mnie jak diabli, ale zaciągnięcie do przegrody równało się z zostawieniem mojego kowboja samego. Luke mógł jeździć na mnie i tylko na mnie. Jedynie ja wiedziałem, co robić, kiedy on był w potrzasku. Jedynie ja potrafiłem sam rozwiązać węzeł, otworzyć zamek i pokonać paru oprychów za jednym kopnięciem. Jedynie ja mogłem być koniem Lucky Luke’a! W tamtej chwili byłem gotowy przebyć z tą kulawą nogą choćby sto mil, byle tylko nie rozdzielano mnie z moim kowbojem. Między nami oboma zaś stał ten czterooki gołowąs, który próbował z całych sił zaprowadzić mnie do przegrody. Byłem świadom tego, że inne konie się na mnie gapią, ale nie obchodziło mnie to.
A potem usłyszałem gwizd. Przeciągły gwizd, który zawsze stawia mnie na nogi i każe podążać za Lukiem, gdziekolwiek jest w danej chwili. To wystarczyło, abym zamarł, a młody stajenny padł na ziemię, wciąż trzymając się oburącz moich lejc i oddychając ciężko. Luke podszedł do niego, pomógł mu wstać i odbierając od niego lejce, powiedział:
– Może lepiej wezwij tu szeryfa, a ja spróbuję zaprowadzić Jolly Jumpera do jego tymczasowego apartamentu.
Chłopak tylko przytaknął i ruszył w drogę. Mój kowboj tymczasem zaczął iść w stronę przegrody, próbując pociągnąć mnie za sobą. Ale i tym razem stawiłem opór. Odwrócił się do mnie, przewrócił oczami, a w końcu popatrzył na mnie z dezaprobatą.
– Jolly Jumper, co się z tobą dzieje? Przecież to dla twojego dobra.
– Napisz do tych idiotów z Teksasu, że nie będziesz gonił tego zbira albo mnie dosiądź, kowboju, i wyruszamy w prerię – powiedziałem, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że ten argument do mojego kowboja nie dotrze.
– Jolly, ty masz kulawiznę – oznajmił, grożąc mi palcem. Luke. – Wiesz, co się stanie, jeśli nie odpoczniesz?
– No już daj spokój – odparłem. – Jak ty masz katar, to i tak gonimy Daltonów, Billy Kida czy komu tamci idioci pozwolą uciec z więzienia.
– To dopiero! – odezwała się jakaś kobyła. – Koń uparty jak osioł.
– Ekhm… to prywatna rozmowa. Lepiej zatkaj uszy – rzuciłem w jej stronę.
– Za przeproszeniem, czym? – odgryzła się.
– Jolly, patrz na mnie jak do ciebie mówię! – prawie krzyknął mój kowboj, a ja natychmiast zwróciłem wzrok z powrotem na niego. Luke westchnął, usiadł na pobliskim sianie i dopiero wtedy znów do mnie przemówił: – Rzecz w tym, staruszku, że jeśli ci się pogorszy, możesz okuleć na stałe. A wtedy, Jolly, będę musiał cię posłać do stajni spokojnej starości.
– Uuu, to by była dopiero kaszana – zasyczał jakiś inny koń. – Podobno mają tam kiepskie żarcie.
– Będę musiał się z tobą rozstać, Jolly – kontynuował mój kowboj, konsekwentnie olewając rżenia zgromadzonych. – A ja nie chcę się z tobą rozstawać. – Podniósł się z siana i położył rękę na moim pysku. – Ja chcę jeszcze na ciebie wsiąść, Jolly Jumper.
Normalnie powiedziałabym mu coś o samolubstwie, ale jakoś tak sposób, w jaki mój kowboj do mnie przemawiał, sprawił, że się wzruszyłem. I pewnie bym nawet uronił jedną łezkę, gdyby nie to, że gapiło się na nas stado obcych koni, które zarżałyby chórem ze śmiechu na ten widok.
– To co? Będziesz grzeczny, old boy? – spytał Luke, uśmiechając się i klepiąc mnie po podbródku.
Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, chwycił znów za lejce i zaczął iść w stronę przegrody. Tym razem jednak nie stawiałem oporu. Pozwoliłem mu się zaprowadzić, a kiedy już byliśmy w środku, ściągnął ze mnie uzdę i wraz z derką i siodłem położył ją na ziemi. Sama przegroda była dość przestronna, abym mógł się w niej położyć albo odwrócić, aby skorzystać ze żłobu. Nie ma co – ta stajnia była porządniejsza niż do tej pory myślałem.
Wtedy właśnie pojawił się Artie z wysokim, podstarzałym szeryfem. Mój kowboj poklepał mnie ostatni raz po plecach i wyszedł im naprzeciw. Uścisnął rękę szeryfa, który chwycił oburącz dłoń Luke’a i potrząsnął ją zamaszyście dwa razy.
– Jestem szeryf Darren Willowbee. Miło mi poznać człowieka, który strzela szybciej niż jego własny cień.
Uwolnił z uścisku rękę mojego kowboja, który odchrząknął i przeszedł do sedna sprawy:
– Widzi pan, szeryfie, zanim mój ognisty ogier okulał, śledziłem pewnego kojota, który uciekł z więzienia, bo strażnicy pewnie wpadli na genialny pomysł, aby wstawić go do dawnej celi Daltonów z niezakopanymi dołami. Teraz włóczę się po okolicy, szukając gościa po całym Teksasie, bo policja jest zbyt leniwa i zamiast samodzielnie się tym zająć, marnuje czas mój i mojego konia.
Dobra, może niekoniecznie użył dokładnie tych słów, ale wiem, że to właśnie myśli za każdym razem, gdy dostaje telegram o nowym uciekinierze/zadaniu od gubernatora. W zasadzie ten bandyta, którego szukaliśmy, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był po prostu kolejnym facetem, który krążył po okolicy, okradał banki, wkurzał Indian i strzelał do każdego, kto jakoś mu zawinił. Gdybyście  byli na moim miejscu i przeżywali to wciąż i wciąż, również nie uważalibyście gościa za wartego zapamiętania. Zresztą, ten bandyta nie jest wcale aż taki ważny w tej historii. Dla potrzeb narracji będę go nazywać Bob Antagonista.
Mój kowboj opisał pokrótce doczesne dokonania faceta, podał jego rysopis i przedstawił wyniki swojego śledztwa.
– Wczoraj doszedłem do wniosku, że Bob Antagonista zapewne zatrzyma się w Sul-Sul Gulch, które jest milę na północ od miejsca, w którym rozbiłem obóz, ale dzisiaj rano, zaraz po odkryciu dolegliwości Jolly Jumpera odkryłem drogowskaz mówiący o tym, że wasze miasteczko jest dwa kilometry stąd.
– Nie jest zbyt lotny ten twój kowboj – usłyszałem komentarz następnej kobyły.
– O, wybacz. Nie wszyscy kowboje widzą w ciemnościach, szczególnie po kilku godzinach w siodle – odburknąłem.
– Tak czy inaczej być może Bob Antagonista się tutaj ukrywa. W razie gdyby go tu jednak nie było, będę musiał wypożyczyć od kogoś konia.
– Chętnie bym oddał panu mojego – zaczął szeryf – ale jest mi potrzebny, a poza tym nie jest zbyt szybki. Jestem jednak pewien, że ktoś panu chętnie wypożyczy swojego wierzchowca. – Zwrócił się nagle do swojego zastępcy: – Artie, Horacemu na pewno przyda się nieco ruchu.
Ku memu wielkiemu zdumieniu dotąd oderwany od rzeczywistości koń-intelektualista podniósł wzrok i z wyrazu jego pyska mogłem wywnioskować, że wieść ta wprawiła go w osłupienie. W pierwszej chwili niedowierzałem, ale to, że zastępca spojrzał na mojego sąsiada z tym samym wyrazem zdziwienia, ostatecznie przekonało mnie, iż koń-intelektualista jest właśnie tym, którego proponują Luke’owi jako mojego zastępcę.
Kiedy mój kowboj zauważył reakcję młodzika, z przyjaznym uśmiechem powiedział:
– Oczywiście, nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz. Pewnie wszyscy trzej źle byśmy się z tym czuli.
Młodzik zaśmiał się nerwowo.
– Ależ, panie Luke, to byłby zaszczyt i w ogóle… – zaczął się tłumaczyć. Po chwili spuścił wzrok, po czym popatrzył znów na mojego kowboja i kontynuował: – Widzi pan, chętnie go panu pożyczę w tej konkretnej misji, ale on bardzo dawno nie był dosiadany.
– Jak to? – Brew mojego kowboja podniosła się. – Nie jesteś czasem zastępcą szeryfa?
– Prawda, jest – wtrącił Willowbee. – Ale tutaj prawie nic się nie dzieje, więc chłopak przeważnie siedzi tutaj, zbiera łajno albo czyta swojej szkapie którąś z tych dziwacznych książek, które przyniósł ze studiów.
– To on jest jeszcze studentem? – Tym razem to moja brew się podniosła.
– Ściślej mówiąc, już absolwentem – oznajmił z uśmiechem dumy Horacy. Dostrzegłem w jego oczach rozmarzenie, kiedy dodał: – Ukończył Harvard z wyróżnieniem. Byliśmy z niego tacy dumni…
– To co robi jako stajenny? – niemal wykrzyknąłem.
– Wypełnia swoją misję jako filozof. – Teraz w głosie Horacego dało się wyczuć pewnego rodzaju pompatyczność. – Zagłębia się w świat, aby zbliżyć się do prawdy. – Odchrząknął i dodał nieco mniej wzniośle: – Tylko, idiota, wybrał jako swoją szkołę perypatetyków[1], gdy tymczasem wszyscy wiedzą, że to Platon zgłębił prawdę do samej jej istoty.
– A ty? – dopytywałem się go. – Podoba ci się takie bezczynne bytowanie.
– Mój drogi, nie ma czegoś takiego jak bezczynne bytowanie. Zawsze wykonujesz jakieś czynności.
Gdybym miał ręce, pewnie by mi teraz opadły.
– I co pan powie, panie Luke? – spytał szeryf.
Popatrzyłem znów na mojego kowboja, którego wyraz twarzy zdradzał głębokie zamyślenie. Obawiałem się najgorszego. Z jego pomysłami, wszystkiego można się było spodziewać. A ja nie chciałem oddawać go jakiemuś bumelantowi-intelektualiście.
Jednak uśmiech na jego twarzy, który pojawił się chwilę potem, świadczył o tym, że mój kowboj właśnie podjął decyzję i – niestety – nie była ona po mojej myśli.
– Niech będzie Horacy. Wydaje mi się, że w tym koniu jest więcej, niż można się spodziewać.
Pokręciłem głową. Moim zastępcą miał być koński zwolennik Platona. To nie mogło się udać. To było istne szaleństwo.
– A teraz, szeryfie – odezwał się znów mój kowboj – rozejrzę się po mieście.
– Oczywiście. Jakby co, jestem w saloonie.
Szeryf wyszedł, a mój kowboj podszedł do mnie, poklepał czubek mojej głowy i powiedział:
– Baw się grzecznie z innymi dziećmi i nie narób kłopotów. Wrócę za jakiś czas.
Po chwili już go nie było.
Oczywiście rozumiecie, że chciałem, aby Bob Antagonista był w Black Hole Gulch i aby mój kowboj raz-dwa go przymknął. Tym razem nie byłoby odjazdu w stronę zachodzącego słońca z Poor Lonesome Cowboy na ustach, ale przynajmniej mógłbym wtedy cieszyć się w spokoju rekonwalescencją. Za nic nie chciałabym, aby Luke jechał za Bobem na obcym koniu, szczególnie na byle jakim koniu.
W czasie kiedy mój kowboj szukał Boba, Artie robił mi okłady. To przynosiło sporą ulgę mojej obolałej nodze. Starałem się jak najmniej ruszać, a przy okazji rozmyślałem o zaistniałej sytuacji. Dobrze wiedziałem, że nawet jeśli Bob Antagonista był w Black Hole Gulch, rzadko się zdarzało, aby bandyta, którego śledził Luke, pozostał w jednym mieście. Właściwie dość często zdarzało nam się podążać za rzezimieszkami przez prerię, pustynię albo góry i załatwiać ich dopiero w innym mieście, czy osadzie. Tak czy inaczej – perspektywa ta była bardzo prawdopodobna i to napawało mnie smutkiem.
– Coś nie tak, przyjacielu? – pytanie Horacego wyrwało mnie z rozmyślań. – Wyglądasz na zmartwionego.
Zwróciłem głowę w jego stronę.
– Nie obraź się, Horacy, ale nie sądzę, abyś był odpowiednim koniem dla mojego kowboja.
– O czyżby? – zapytał, ale ku memu wielkiemu zdumieniu nie usłyszałem w jego głosie oburzenia. – Wbrew pozorom całkiem niezły ze mnie rumak. Po dziesięciu metrach nie dostaję zadyszki.
– A umiesz otwierać zamki albo rozwiązywać węzły?
– Nie, ale mam kilka ukrytych talentów. Myślisz, że Artie nie wpakowuje się w kłopoty?
Ta rekomendacja nie brzmiała dość pocieszająco, choć wiedziałem, że Horacy ma dobre chęci.
Nigdy nie znosiłem, kiedy Luke dosiadał innego konia niż mnie. Czułem się wtedy taki jakiś zdradzony, chociaż wcześniej marudziłem, że jeździ na mnie zbyt często. Po prostu byliśmy duetem, którego się nie rozdziela. Oczywiście czasem to było nieuniknione. Jak wtedy, kiedy ukradł mnie doktor Daxey i mój kowboj musiał ruszyć za nim na pijanym koniu szeryfa[2] albo kiedy nie byłem pewien, którym oknem wyjdzie mój kowboj, więc ustawiłem po koledze pod każdym[3]. I wyglądało na to, że i tym razem będę musiał oddać Luke’a innemu koniowi. Mój kowboj potrzebował środka transportu. Ja – z wiadomych przyczyn – nie mogłem pełnić tej funkcji. To jednak nie zmieniało faktu, że decyzja ta przychodziła mi z trudem.
Ale spokojnie – myślałem sobie. Jeszcze za wcześnie na podejmowanie decyzji. Musiałem poczekać na dalszy rozwój wydarzeń.
Otóż i jakieś półtorej godziny później pojawił się mój kowboj. Artie, który właśnie przekładał widłami siano z jednego miejsca na drugie, przerwał pracę i przywitał go szerokim uśmiechem.
– I jak poszło, panie Luke?
– Ani śladu Boba Antagonisty – odparł ze zrezygnowaniem mój kowboj. – Przeszukałem całe miasto kilka razy, ale wygląda na to, że jednak zawitał zeszłej nocy w Sul-Sul Gulch albo ukrywa się gdzieś na prerii. Będę musiał dosiąść twojego konia.
– Zaraz go przygotuję – oznajmił Artie.
A więc stało się. Mój kowboj musiał wyruszyć w drogę i to nie na mnie. Osiodłanie Horacego zajęło Artiemu jakieś pół minuty, ale zanim mój kowboj wskoczył na koń; zanim w ogóle wyprowadził Horacego z przegrody, poprosił młodzika na stronę. Ja tymczasem postanowiłem pouczyć mojego zastępcę o tym, co ma robić.
– Posłuchaj mnie, młody, bo to bardzo ważne. Sukcesy mojego kowboja zależą zwykle od trzech czynników: jego sprytu, jego kolta i jego konia, czyli mnie, a teraz ciebie…
Rzecz w tym, że kiedy ja pouczałem Horacego jak ma postępować z moim kowbojem, mój kowboj pouczał Artiego jak ma postępować ze mną.
– Jolly zazwyczaj jest spokojny, ale potrafi otwierać zamki i rozwiązywać węzły pyskiem, więc na niego uważaj…
– Kiedy mój kowboj wchodzi do salonu, masz stać przy oknie i czekać aż z niego wyskoczy…
– Teraz nie może, co prawda, biegać, ale jeśli mu się polepszy i jeśli ci ucieknie, nie próbuj złapać go na lasso, tylko zagwiżdż. Myślę, że to mu wystarczy…
– Kiedy każe ci pędzić, bo gonicie kogoś albo ten ktoś goni was, pędzisz jak szalony…
– Jeśli sam zagwiżdże, to do niego idź. Od razu pokaże ci, czego chce…
– Kiedy ktoś chce go zaatakować od tyłu, a on jest zbyt zajęty, aby zareagować, eliminujesz zagrożenie kopytami…
– Wiem, że to brzmi głupio i pewnie sam bym się z tego śmiał, gdybym nie wiedział lepiej, ale od czasu do czasu zagraj z nim w szachy…
– Bądź zawsze w gotowości. Mój kowboj ma tu wrócić cały i zdrowy.
– Rozumiem – odparł Horacy. – Coś jeszcze?
Chyba go przestraszyłem, bo przełknął ślinę. Pewnie powinienem dodać mu otuchy, ale raz, że miałem wtedy większe rzeczy na głowie (jak na przykład martwienie się o mojego kowboja), a dwa, że Luke chwycił lejce Horacego i – widząc zapewne jego zdenerwowanie – poklepał go po plecach mówiąc, że wszystko będzie dobrze. Zanim wyprowadził go na zewnątrz, odwrócił się jeszcze raz w moją stronę i posłał mi lekki uśmiech, jakby to samo chciał powiedzieć mnie. Przez drzwi stajni widziałem jak dosiada Horacego i rusza w siną dal, zostawiając mnie samego.
Przez pierwsze dwie godziny od wyjazdu mojego kowboja nic się nie działo (poza, oczywiście, tym, że martwiłem się czy mój kowboj do mnie wróci). Patrzyłem jak Artie krząta się po stajni, rozrzucając siano, czyszcząc podłogę i doglądając koni. Gdzieś tak popołudniu, kiedy wyglądało na to, że na razie nie ma już nic więcej do roboty, chłopak usiadł, oparł się o drzwiczki przegrody, którą jeszcze niedawno zajmował jego „dzielny rumak” i podniósł leżącą tam książeczkę, którą czytał wcześniej Horacy. Nie zagłębił się jednak w lekturze tylko obejrzał z obu stron, a nawet przekartkował, aby po chwili prychnąć śmiechem i powiedzieć (do dziś nie wiem, czy do siebie, czy do rezydentów stajni):
– No, no, Horacy robi postępy. Tym razem nie wygryzł żadnej kartki. Swoją drogą, po co czyta Arystotelesa, skoro go nie znosi?
Wzruszył ramionami i włożył książeczkę do tylnej kieszeni spodni. A potem jego wzrok skierował się na mnie. Artie nagle posmutniał, podniósł się na równe nogi i podszedł do mojej przegrody. Następnie podparł podbródek i popatrzył na mnie jakbym był jakąś ciekawostką przyrodniczą.
– Ty, koń Lucky Luke’a, umiesz grać w szachy, rozwiązywać węzły i otwierać zamki.
– Tak, tak, wiem – powiedziałem. – Tyle razy już wspomnieliśmy o tym w tej historii, że czytelnicy pewnie zaraz porzucą tego fanfika.
– Horacy umie czytać, rozwiązuje zadania logiczne, dobiera mi ubranie i sam nie wiem, co jeszcze robi.
A więc to były te słynne „ukryte talenty” Horacego… Mój kowboj był zgubiony.
– Ty jesteś biały, on szary. Ty należysz do jednego z najsłynniejszych rewolwerowców na Dzikim Zachodzie, a on do zwykłego zastępcy szeryfa. A mimo to…
Myślałem, że zmierza w stronę: „A mimo to, mój koń służy teraz Lucky Luke’owi.”, co byłoby w sumie dość żałosne i w pewnym sensie byłby to też chwyt poniżej pasa dla mnie, który musiał tu tkwić. To, co usłyszałem, wprawiło mnie w lekkie zdziwienie, a nawet zmusiło do tego, abym zamienił się w słuch.
– A mimo to macie ze sobą przynajmniej jedną rzecz wspólną.
– Zakład o podkowę, że to znowu będzie koniowatość? – odparł brązowy koń, bezczelnie odwracając moją uwagę od Artiego.
– Obaj posiadacie koniowatość – oznajmił młodzik.
– Wygrałem! – zawołała triumfalnie szkapa. – Teraz będzie pewnie o kocie.
Chciałem zapytać co za „koniowatość” i o co chodzi z tym kotem, ale nie mogłem, bo Artie ciągnął dalej:
– Kiedyś ludzie pytali, po co są koty, i większość z nich odpowiadała, że koty istnieją po to, aby łapać myszy. Idąc tym tropem można by przypuszczać, że konie istnieją po to, aby wozić ludzi i ciągnąć pług. – Oddalił się o dwa kroki i usiadł znów na ziemi, aby kontynuować swój wywód: – Ale w takim razie, co z dzikimi końmi? Czy działają wbrew swej naturze? A skoro koty istnieją po to, aby łapać myszy, to po co istnieją myszy? Jeśli spojrzeć na to zagadnienie z biblijnego punktu widzenia, to w Księdze Rodzaju nie ma nic o powinnościach koni i kotów. Jasne, wspomina się tam, że człowiek ma sobie czynić ziemie poddaną, ale przecież najpierw została stworzona natura, dopiero potem Bóg pomyślał o stworzeniu człowieka. Tak więc wszystkie zwierzęta w Raju, tuż przed i prawdopodobnie również po szóstym dniu, istniały tak po prostu, aby być dziełem bożym. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę teorię ewolucji Darwina, to ona również nie wyjaśnia po co istnieją zwierzęta. Co najwyżej wyjaśnia istnienie poszczególne części ich ciała. Aczkolwiek…
Nagle podniósł się na równe nogi i zaczął chodzić z kąta w kąt.
– Aczkolwiek w zasadzie Darwin twierdzi, że głównym celem wszystkich istot żywych, łącznie z roślinami, jest samo istnienie. No dobra, może nie tyle istnienie, co przetrwanie. I to nie tylko przetrwanie jednostki, ale również całego gatunku. Procesy ewolucyjne zaś służą wypracowaniu pewnych zachowań i dziedziczeniu pewnych cech. Darwin twierdzi, że zwierzęta i rośliny mają podświadomą potrzebę rozmnażania się dla zachowania gatunku. Czy więc w takim razie nie mają poczucia indywidualności?
Muszę przyznać, że bardzo interesowałem się tym, co ten młody mówił, mimo że nie wiedziałem, kim był Darwin. Właściwie to wciąż miałem nadzieję, że w końcu dowiem się, o co chodzi z tą koniowatością.
Nagle zatrzymał się i spojrzał znów w moją stronę, sprawiając, że poczułem się nieswojo. To, że chwilę potem podszedł do mnie, tylko zwiększyło moje zdenerwowanie.
– Dawno temu ludzie nauczyli się oswajać zwierzęta – kontynuował, oparłszy się o drzwiczki mojej przegrody. – Zaczęli hodować psy, koty, bydło, drób… No i konie. Piękne, majestatyczne, a przy tym wytrzymałe konie…
Spojrzał w dół i zaśmiał się pod nosem.
– Oswajanie to naprawdę dziwna rzecz – odparł, znów podnosząc wzrok, ale przez chwilę nie patrzył na mnie, tylko na sąsiednią przegrodę. – Człowiek myśli o oswojonym przez siebie zwierzęciu: „mój pies”, „moja krowa”, „mój koń”… – Ostatnie słowa wypowiedział szeptem, po czym popatrzył wreszcie na mnie i ciągnął dalej: – Ale bardzo często nie tyle traktuje je jak swoją własność, ale jak towarzysza. A ten pies, krowa czy koń potrafi odróżnić swojego człowieka od tysięcy innych ludzi; dzieli napotkanych przechodniów na swoich i obcych; reaguje na nadane mu imię…
Zrobił dwa kroki w tył i znów powrócił do spaceru po stajni.
– Również w stadach, wśród dzikiej przyrody, poszczególne osobniki rozróżniają się. Członkowie stada zawsze podążają za tym, którego postrzegają jako swojego przewodnika, którego wybrali i który wyróżnia się od reszty siłą woli czy pewnymi cechami fizjologicznymi.
Stanął, aby zaraz potem opaść na pobliskie siano z lekkim westchnieniem, jakby właśnie wykonał jakąś ciężką pracę. Wpatrując się w podłoże, cicho, bardziej do siebie, niż do nas, przemówił po raz kolejny:
– Tak więc wychodzi na to, że tak – zwierzęta mają poczucie indywidualności.
W tym momencie pojawił się w drzwiach szeryf Willowbee.
– No, młody, teraz będziesz mógł wygłosić te swoje tyrady komuś, kto będzie cię słuchał. Chodź, popilnujesz aresztu.
Artie natychmiast wstał, ale zanim wyszedł z szeryfem, otworzył jeszcze przegrodę swojego konia. Schylił się, pogrzebał trochę w sianie, a po chwili – ku mojemu wielkiemu zdumieniu – wyciągnął pasek z doczepionym doń koltem. Dopiero, kiedy się uzbroił, ruszył za swoim przełożonym pełnić obowiązki zastępcy szeryfa. Prawdę mówiąc nie wyglądał już jak stajenny. Wyglądał bardziej… męsko.
Wychodząc zostawił mnie jednak z niezłym mętlikiem w głowie. Nadal nie wiedziałem o co chodzi z tą koniowatością. Próbowałem się tego dowiedzieć od innych koni w stajni. Bądź co bądź, wydawały się wiedzieć, o czym mówił Artie, bo słyszeli to tysiące razy. Wszystkie jednak powtarzali jedno: „Nie wiem. Zapytaj Horacego jak wróci. On jeden wie zawsze, o czym ten dzieciak mówi.” Tak więc wyglądało na to, że będę musiał poczekać nie tylko na mojego kowboja, ale również na mojego tymczasowego zastępcę.
Przez kolejne dni, które spędziłem na oczekiwaniu na mojego kowboja i na Horacego, przeminęły mi pod znakiem dziwnej mieszanki monotonii, melancholii, niecierpliwości, niepewności, zmartwienia i zwyczajnej tęsknoty. Artie bardzo dobrze się mną opiekował, nie powiem. Opuchlizna z każdym dniem robiła się coraz mniejsza, a ból w nodze również stawał się bardziej znośny, aż w końcu wydawało się, że moja noga była już całkiem wyleczona. A że miałem już powoli dość tego siedzenia w jednym miejscu, tym bardziej wyczekiwałem dnia, w którym mój kowboj powróci i na mnie wsiądzie.
Konie w stajni były odbierane przez swoich właścicieli, a pod koniec dnia odprowadzane do niej z powrotem. Za każdym razem, kiedy słyszałem tętent kopyt, miałem wrażenie, że zaraz pojawi się mój kowboj wraz z Horacym, toteż kiedy okazywało się, że to jednak ktoś inny, upadałem nieco na duchu. Tęskniłem za Lukiem. Za naszymi wspólnymi wędrówkami w stronę zachodzącego słońca. Za otwartą przestrzenią. I obawiałem się, że wkrótce usłyszę o tym, że jednak tym razem zginął. W końcu kilka razy już robił mi takie numery. Udawał, że nie żyje, ja się wypłakiwałem, a on po chwili ożywał i kpił sobie z mojej rozpaczy. Miałem nadzieję, że i tym razem jego szczęście go ochroni.
Odniosłem wrażenie, że Artie również. To było właściwe zrozumiałe. Kiedy ja martwiłem się o jeźdźca, on martwił się o konia. Swoją drogą, Artie i Horacy wyglądali na równych gości. Szkoda by było, gdyby Horacy nie wrócił.
Lecz po niemal tygodniu nasza wspólna męka się wreszcie zakończyła. Mój kowboj wkroczył do miasta na Horacym, ciągnąc za sobą skrępowanego Boba Antagonistę. Przez dłuższy czas nie widziałem ich, a jedynie słyszałem zamieszanie na zewnątrz. Ludzie na ulicy wołali i szeptali między sobą: „Lucky Luke! Lucky Luke wrócił!” Pierwszą reakcją moją i Artiego było ożywienie, a potem młody wybiegł na dwór, aby sprawdzić czy to prawda. Po chwili powrócił prawie że w podskokach i natychmiast podbiegł do mnie.
– Są, Jolly Jumper! – wykrzyknął, a potem zbliżył się bardziej w moją stronę i dodał nieco spokojniej: – Lucky Luke powiedział, że tylko odstawi Boba Antagonistę do więzienia i zaraz tu przyjdą.
Cieszyłem się bardzo z takiego obrotu sprawy. Po niespełna tygodniu od rozstania, miałem zobaczyć znów mojego kowboja. Cały aż się gotowałem, taki byłem podniecony na jego przyjście. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, ale w końcu wkroczył do stajni prowadząc za lejce Horacego. Artie natychmiast rzucił się swojemu koniowi na szyję, a pysk Horacego od razu rozpromienił się w radości. Po chwili Artie przerwał uścisk i zwrócił się do mojego kowboja:
– No i jak się spisał?
– Bardzo dobrze. Masz wspaniałego wierzchowca, Artie.
Denerwowało mnie, że tak długo muszę czekać na to, aby mój kowboj raczył na mnie spojrzeć, ale w końcu jego wzrok powędrował z filozoficznego duetu w moją stronę. Od razu na jego twarzy zajaśniał uśmiech. Luke podszedł do mnie, a ja skorzystałem z okazji i polizałem go po policzku. Zareagował śmiechem. Wciąż chichocząc, zrobił krok w tył i poklepał mnie przyjacielsko po pysku.
– No, już, już, staruszku. Też za tobą tęskniłem. – Po czym zwrócił się do Artiego, który właśnie otworzył przegrodę Horacego: – A jak tam z Jolly Jumperem? Dawał ci w kość?
– Nie, był całkiem spokojny – oświadczył młodzieniec, wprowadzając swojego konia do jego przegrody. – No, Horacy, teraz sobie odpoczniesz – mówił do niego.
Mój kowboj popatrzył w dół, aby przyjrzeć się mojej nodze. Po chwili na jego twarzy zajaśniał kolejny uśmiech.
– No, no – odezwał się znów i spojrzał mi w oczy. – Wygląda na to, że ci się polepszyło, old boy.
– Weterynarz też tak twierdzi, panie Luke – odrzekł Artie, ściągając Horacemu uzdę.
Pomyślałem, że to dobry pomysł, aby zaproponować mojemu kowbojowi przejażdżkę. Wziąłem w zęby kawałek zawieszonej na belce derki i pociągnąłem ją bliżej do Luke’a wraz ze spoczywającym na niej siodłem. Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy mojego kowboja. Luke spojrzał na mnie tymi smutnymi oczami, a potem znów się uśmiechnął, ale tym razem słabo, jakby się do niego zmuszał. Zacząłem mieć złe przeczucia.
– Wolę nie ryzykować, Jolly – odparł. – Kto wie czy ci to czasem nie zaszkodzi.
– Kowboju, za kogo ty mnie masz? Za rumaka, czy kucyka? – spytałem, nie bez irytacji.
– Weź, daj mu spokój – wtrącił się Horacy. – Jeździł konno przez tydzień. Pewnie ma odciski na siedzeniu.
Ten argument postawił mnie do pionu. Nie pomyślałem o tym wcześniej. Właściwie to myślałem tylko o sobie. Dobra, ciągle myślę o sobie, ale zwykle potrafię się przemóc i pomyśleć też o moim kowboju. Rodzice zawsze mi mówili, że człowiek to nie zabawka, a opieka nad nim to duża odpowiedzialność.
Mój kowboj przeciągnął się i ziewnął. Dopiero teraz zauważyłem, że wyglądał na bardziej zmęczonego niż zwykle i chyba nawet miał lekko podkrążone oczy (chociaż teraz myślę, że to akurat była wina oświetlenia).
– Zajmę pokój w hotelu i się na chwilkę zdrzemnę – wyjawił swój zamiar. – Pewnie jeszcze potem wpadnę, Jolly, więc się nie martw.
Poklepał mnie ostatni raz po pysku i wyszedł.
– Hej, Artie! – usłyszeliśmy z ulicy i po chwili w drzwiach stanął szeryf. – Popilnuj trochę aresztu. Nasz nowy więzień pewnie nie może się doczekać wykładu o wewnętrznym dążeniu wszystkich istot do dobra.
– Tak jest, szefie. Już idę. – Artie aż zasalutował, a szeryf odwrócił się i oddalił.
Artie wziął swoją broń i natychmiast wybiegł na ulicę. Byliśmy tylko ja i Horacy.
– Czy tu naprawdę nie ma innych stajennych? – spytałem. – Przecież mogliby nas ukraść.
– Nie, kiedy ja tu jestem – odparł Horacy. – Każdy koniokrad dostaje ode mnie Diogenesem Laerthiosem[4]. – Wskazał mi głową grubą książkę, leżącą tuż pod jego siodłem.
– A właśnie – zacząłem, aby podjąć wątek koniowatości. – Mam do ciebie jedno pytanie…
– Ja do ciebie też, ale jestem wykończony, więc pogadamy potem, dobra?
– Erm… Ale ja…
Zanim cokolwiek zdążyłem odpowiedzieć, mój towarzysz ziewnął i ułożył się wygodnie na sianie. A ja zostałem sam, skazany na  nudę.
Kiedy Horacy znów ziewnął, oznajmiając swoje przebudzenie, za oknem słońce chyliło się ku zachodowi, pozostawiając za sobą czerwone niebo. Mimo tak późnej pory, wciąż byliśmy jedynymi końmi w stajni. Horacy podniósł się na równe nogi i wciąż zaspanym wzrokiem spojrzał w moją stronę.
– Słucham – odezwał się. – Chciałeś o coś zapytać.
Gdybym musiał czekać dłużej, pewnie bym sobie odpuścił, ale teraz nareszcie mogłem przejść do nurtującej mnie kwestii. Postanowiłem nie przedłużać i nie bawić się w uprzejmości. Zwyczajnie walnąłem prosto z mostu:
– Co to jest koniowatość?
– Idea konia – odpowiedział jakby nigdy nic Horacy.
Nie za bardzo rozumiałem. Odpowiedź, choć krótka i zwięzła, wydawała mi się nie zawierać w sobie zbyt wiele informacji.
– Czyli? – dopytywałem się.
– To co czyni konia koniem.
Mój wyraz pyska musiał zdradzić mu, że nadal nic nie rozumiem, bo Horacy westchnął i przeszedł do bardziej szczegółowych wyjaśnień:
– Widzisz, Platon twierdził, że nasz świat jest mętnym odbiciem świata idei. Mógłbym się zagłębić w metafizykę[5], ale oszczędzę ci tego, bo twój mózg pewnie by eksplodował od nadmiaru abstrakcji. To, co musisz wiedzieć, to to, że świat idei zamieszkują byty, które stanowią istotę bytów występujących tutaj. Poniekąd gdzieś tam, w tym świecie idei, bryka sobie idea konia, czyli koniowatość. Koniowatość jest więc tym czymś, co sprawia, że koń jest koniem, i to nie jakimś konkretnym koniem, tylko po prostu koniem.
Zamyśliłem się na chwilę. Przypomniałem sobie jaki byłem, kiedy poznałem Luke’a. Wolny, nie oswojony, nie zaprzątający sobie głowy tym, pod którym oknem saloonu powinienem się ustawić, nie potrafiący samemu się uwolnić ani galopować podczas snu. Mój kowboj często powtarzał, że jestem wyjątkowy, a teraz poważnie zastanawiałem się, czy czasem nie aż nazbyt wyjątkowy.
– Tak sobie myślę… – zacząłem. – Ja już nie przypominam zwyczajnego konia. To znaczy: z wyglądu pewnie tak, ale pod względem umiejętności to nie bardzo. Nie jestem jak konie dzikie ani jak te oswojone. Czy w związku z tym, co powiedziałeś – zwróciłem się twarzą w stronę mojego rozmówcy – utraciłem swoją koniowatość?
– Tak to jest, kiedy się nie słucha ze zrozumieniem – westchnął z rezygnacją Horacy i przeszedł do dalszych tłumaczeń: – To w taki sposób nie działa. Nie ma czegoś takiego jak „zatracenie koniowatości”. Możesz nabywać nowe przypadłości, ale to, że jesteś koniem, pozostaje niezmienne. Koniowatość istnieje niezależnie od cech poszczególnych koni, tak samo jak idee innych bytów istnieją mimo różnic między indywidualnymi przedmiotami. Weźmy na przykład naszych dwóch kowboi. Możesz wyliczyć zachodzące między nimi różnice, ale te różnice nie zmieniają faktu, że obaj są ludźmi. Teraz już rozumiesz?
Przypomniałem sobie wszystkie napotkane w swoim życiu konie – rumaki cyrkowe, które umiały robić różne sztuczki; lubiącego mocne trunki konia szeryfa, którym musiał jechać mój kowboj, kiedy zostałem mu ukradziony; wierzchowca łowcy głów Eliota Belta, Wanted, który nie chciał współpracować, dopóki nie daliśmy mu jakiejś łapówki[6]; należącego do trumniarza Bonesa czarnego konia, który składał mi kondolencje, kiedy myślałem, że mój kowboj nie żyje[7]; oraz wszystkie te szkapy, które towarzyszyły spotykanym przeze mnie i mojego kowboja ludziom. Czasem podobne do swoi właścicieli, czasem trochę się od nich różniące, ale zawsze w pewnym sensie ukształtowane przez swój styl życia.
– Tak – odrzekłem z lekkim uśmiechem. – Rozumiem.
– No to skoro odpowiedziałem już na twoje pytanie, ty musisz odpowiedzieć mi na moje.
Obawiałem się tego, co to może być za pytanie, ale odniosłem wrażenie, że jestem to winien Horacemu. Miałem tylko nadzieję, że nie będę musiał poruszać jakiegoś bardzo kłopotliwego tematu.
– Pytaj – powiedziałem i czekałem na to, co miało wkrótce nadejść.
– Kiedy towarzyszyłem Lucky Luke’owi, zastanawiałem się nad znaczeniem terminu „samotny kowboj”. Możesz mi je wyjaśnić?
– A co tu wyjaśniać? „Samotny” znaczy „samotny”, i już.
– No, tak, ale semantycznie rzecz biorąc „samotny” ma kilka znaczeń. Przeanalizowałem je wszystkie i nadal nie jestem pewien, które z nich pasuje do twojego kowboja. No bo popatrz: Lucky Luke nie żyje z dala od ludzi, jak średniowieczny pustelnik. Wręcz przeciwnie: podróżuje po Zachodzie, zatrzymuje się w miastach, startuje w rodeach, przyjmuje zlecenia od rządu, i za każdym razem, kiedy widzi ludzi w potrzebie, decyduje się im pomóc.
Trudno się było z tym nie zgodzić. Mój kowboj miał syndrom chronicznego bohatera i po prostu musiał wplątywać się w nie swoje sprawy. Była to jedna z bardziej uciążliwych cech przebywania z nim.
– „Samotny” oznacza również uczucie odosobnienia, braku kontaktu z drugim człowiekiem czy jakiegokolwiek innego przyjaznego towarzystwa. Biorąc pod uwagę, że zawsze podróżuje razem z tobą, muszę odrzucić, i tę definicję.
Poczułem nagły przypływ wściekłości na mojego kowboja. Nie wiem czemu akurat wtedy, ale z jakiegoś powodu przypomniałem sobie wszystkie te razy, kiedy zajmował się wdowami i sierotami, brał się za wyznaczanie sprawiedliwości i ruszał w pogoń za zbiegłymi bandytami, a przy tym ciągle zapominał o mnie.
– Czasami mam wrażenie, że go nie obchodzę; że jestem dla niego tylko pomocnikiem. – Sam nie wiem, dlaczego nagle zacząłem się zwierzać Horacemu, ale widocznie potrzebowałem to w końcu z siebie wyrzucić. – Nie towarzyszem, który się co chwilę poświęca, bo jego kowboj musi pochylić się nad każdym biedakiem jak jakiś święty czy rycerz w lśniącej zbroi. Nawet kiedy dostałem kulawizny, po prostu odstawił mnie do stajni i wyruszył na poszukiwanie Boba Antagonisty, nie myśląc wcale o tym, że będę się o niego martwił, a już tym bardziej, że poczuję się dotknięty, jeśli wyruszy na obcym koniu. Bez urazy, Horacy – od razu dodałem.
– Nie, spoko. – Uśmiechnął się pojednawczo.
– Mój kowboj jest „samotnym kowbojem”, bo nigdy nie założy rodziny. Nie dlatego, że nie interesuje się kobietami, ale po prostu dlatego, że jego styl życia mu na to nie pozwala. On jest ciągle w ruchu. Ciągle coś robi. Ciągle kogoś goni. Ale on lubi takie życie i dlatego nie zamierza się ustatkować. Właśnie to, przynajmniej w tym konkretnym przypadku, znaczy termin „samotny kowboj”.
Wziąłem głęboki oddech i milczałem przez chwilę, aby pozbierać myśli. Następnie odwróciłem głowę w stronę Horacego i ciągnąłem dalej:
– Problem polega na tym, że ja podróżuję razem z nim, a więc nawet jeśli będę chciał się kiedyś ustatkować, nie będę w stanie, bo on mi na to nie pozwoli. Właściwie to spotykałem wiele klaczy, które mi się podobały, ale byłem zmuszony je opuścić, bo mój kowboj postanowił mnie osiodłać i wyruszyć w dalszą drogę, znów myśląc przede wszystkim o sobie i innych, ale nie o mnie. Po prostu taki z tego mojego kowboja dobry kumpel.
– No to następnym razem daj mu do zrozumienia, że chcesz zostać i zawrzeć bliższą znajomość z jakąś samicą. Wydaje mi się, że nie jest aż tak samolubny jak ci się wydaje i że zrozumie. Zresztą, gdybyś miał do wyboru pozostać z jakąś klaczą i ruszyć w dalszą drogę z Lucky Luke’iem, zapewne i tak miałbyś spory problem, nawet jeśli on nie miałby nic przeciwko.
– Dlaczego niby tak sądzisz? A może jednak nie wahałabym się wcale.
– Bo przez cały czas mówisz o nim „mój kowboj” – oznajmił Horacy, wprawiając mnie w osłupieniem.

Oswajanie to naprawdę dziwna rzecz. Człowiek myśli o oswojonym przez siebie zwierzęciu: „mój pies”, „moja krowa”, „mój koń”… Ale bardzo często nie tyle traktuje je jak swoją własność, ale jak towarzysza… W zasadzie nigdy się nie zastawiałem, dlaczego zawsze tak go nazywam. Czy to dlatego, że on mnie oswoił?
Gdy po pół minuty nic nie odpowiedziałem, Horacy ciągnął dalej:
– Poza tym wskazówki, które mi przekazałeś, przemawiają za tym, że raczej przez cały czas od rozłąki obawiałbyś się o jego zdrowie i życie. Masz przeświadczenie, że bez ciebie twój kowboj ma zmniejszone szanse na przeżycie.
– No bo tak jest – odparłem.
– Myślę też, że gdyby choć raz zignorował kogoś w potrzebie i gdyby potem wynikło z tego coś złego, być może nie uznałbyś go za godnego siebie jeźdźca.
Trochę drażniło mnie to przeświadczenie Horacego, że zna mnie od podszewki, ale nic nie powiedziałem. Złość na mojego kowboja trochę zelżała, ale mimo wszystko wciąż miałem mętlik w głowie. Myślałem na przemian o tym, co powiedział mi Horacy; o tym, co mówił w swoim małym wykładzie Artie, a także o tym, co się ostatnio wydarzyło – że Luke odłożył na bok poszukiwania Boba Antagonisty i najpierw znalazł mi jakąś stajnię, w której mógłbym wyleczyć kulawiznę (a to już o czymś świadczyło). Już sam nie wiedziałem, co czuć do mojego kowboja – złość czy wdzięczność.
Zapadł zmrok, a ja i Horacy już się do siebie nie odzywaliśmy. Nagle do stajni wbiegł zaaferowany Artie. Natychmiast otworzył drzwi mojej przegrody i zaczął zakładać mi siodło, co zaskoczyło zarówno mnie jak Horacego. Po chwili Artie spojrzał mi w oczy i, zapinając siodło, wyjaśnił:
– Lucky Luke bije się z kilkoma facetami w saloonie i kazał mi cię zaprowadzić pod okno.
– I co, Jolly? – odezwał się do mnie Horacy. – Pojedziesz tam?
Mimo wcześniejszych rozmyślań jedyne o czym teraz myślałem to to, że mój kowboj potrzebuje teraz mojej asysty. Odpowiedź w zasadzie była tylko jedna.
– Wiesz jak to jest z kowbojami. Ciągle wpakowują się w kłopoty.
Kiedy tylko Artie skończył zakładać mi uzdę wybiegłem na zewnątrz, a on za mną. Chyba bał się, że ucieknę, ale kiedy tylko zauważył, że kieruję się w stronę saloonu, uspokoił się i powrócił do stajni. Skąd wiedziałem, że to saloon, skoro było ciemno? One wszystkie wyglądają tak samo, szczególnie z daleka – palące się światła, odgłosy muzyki, kilka przywiązanych do poręczy koni, pijących z poidła, które zapewne niebawem zapełni się jakimś poobijanym kowbojem. Ale dziwne – spodziewałem się, że z budynku będą dochodzić jakieś wrzaski wskazujące na mającą tam miejsce drakę, a okna będą już powybijane. Na razie wydawało się, że w saloonie jest spokojnie.
Podszedłem bliżej i zajrzałem do środka przez okno. Kilku facetów przy pobliskim stole grało w pokera (a każdy z nich miał cztery asy… to już się robiło nudne), kilku innych stało przy barze i piło różne ciecze. Pianista grał, tancerki tańczyły, ale nikt się nie bił. Mój kowboj zaś stał przy ladzie, rozmawiał z barmanem i popijał co jakiś czas oranżadę. Stąd wniosek, że albo bijatyki w Black Hole Gulch były bardzo łagodnie, albo Artie zbłądził w swej misji poszukiwania prawdy i mnie okłamał. A ja biegłem tam prawie łeb na szyję, bo myślałem, że mój kowboj mnie potrzebuje. Ostatnio wszyscy bawili się moimi uczuciami…
Już miałem sobie iść, kiedy nagle Luke popatrzył w moją stronę i natychmiast znieruchomiał na mój widok. Zaraz jednak odzyskał panowanie nad sobą, powiedział coś do barmana i zdecydowanym, zdradzającym wściekłość krokiem, wyszedł mi na spotkanie. Stanął tuż przede mną, chwycił moje lejce i zaczął kierować się w stronę stajni. Ja jednak stawiłem mu opór. Zatrzymał się i spojrzał na mnie.
– Jolly, wracaj do stajni. Musisz odpoczywać – powiedział stanowczo jak do małego dziecka.
– Może nie zauważyłeś, kowboju, ale jestem już zdrowy.
– Pewnie myślisz, że skoro opuchlizna zeszła, możemy już przejść do naszej codziennej rutyny, ale tak nie jest. Natychmiast wracaj. Nie chcę, aby coś ci się stało.
– Przyszedłem tutaj, bo mi powiedziano, że się bijesz, więc przyszedłem ci pomóc. – Zbliżyłem pysk do jego twarzy. – Czy ci się to podoba, czy nie, zamierzam stać pod tym oknem i wykonać moją robotę.
Przez moment milczał, ale potem zrobił krok w tył i z uśmiechem na twarzy poklepał mnie w podbródek.
– Nic się nie dzieje, możesz wracać. A jak nie dasz się zaprowadzić po dobroci, to złapię cię na lasso.
– Akurat! Tak się składa, kowboju, że lasso mam ja, przy siodle. Zresztą jak sobie chcesz. – Odwróciłem się do niego tyłem, w stronę przeciwną od stajni. – Mam już ciebie serdecznie dość.
Żeby jeszcze podkreślić, że jestem na niego obrażony, zrzuciłem z grzbietu siodło (na szczęście dla mnie Artie za bardzo się spieszył, żeby założyć je porządnie) i podniosłem do góry głowę. Zacząłem iść przed siebie, w stronę bezkresnej prerii, z mocnym postanowieniem nie spoglądania na mojego kowboja.
– Ej, no, Jolly, znów się będziesz dąsał? – powiedział za mną.
Słyszałem jak rusza z miejsca i podąża za mną. Wyobrażałem sobie, że na jego twarzy pojawia się w tej chwili głupkowaty, nerwowy uśmieszek. Jednak szedłem dalej, nie spoglądając w tył. A on nadal podążał za mną.
– Jolly! Jolly! – wołał. – Nie zachowuj się jak rozkapryszony dzieciak!
Mogłem wyczuć w jego głosie nutkę irytacji, ale byłem niewzruszony. Dość szybko udało nam się wyjść poza obręb miasta, na pełną krzaków, kamieni i piachu równinę.
– No dobra, Jolly. Stań tu, przodem do mnie i wytłumacz mi wreszcie o co ci chodzi – powiedział nagle, a po ustaniu odgłosu kroków wywnioskowałem, że się zatrzymał.
Ale sam szedłem wciąż naprzód. Wiedziałem, że nie będę mógł wyrazić mu swoich żalów, a przez to moja wściekłość wzrosła do takiego stopnia, że nawet nie zwolniłem.
– Chciałbym wiedzieć, Jolly. Tym razem naprawdę nie rozumiem – oświadczył cichym, spokojnym głosem.
Właśnie ta dziwna zmiana tonu sprawiła, że nagle zwolniłem. No bo przecież nie zawsze mam okazję zobaczyć jak mój kowboj robi się sentymentalny. To było prawie jak nie on. Wciąż jednak stałem tyłem do mojego kowboja, chociaż korciło mnie, aby spojrzeć za siebie.
– To dlatego, że wyruszyłem w pościg za Bobem Antagonistą, zostawiając cię samego? Wiesz, że musiałem. Miałeś kulawiznę i nawet gdybyś był w stanie z nią galopować, mogłoby ci to zaszkodzić. A ja nie chciałem zaszkodzić.

Wydaje mi się, że nie jest aż tak samolubny jak ci się wydaje…

Myślę też, że gdyby choć raz zignorował kogoś w potrzebie i gdyby potem wynikło z tego coś złego, być może nie uznałbyś go za godnego siebie jeźdźca…
Nagle, niewiadomo dlaczego, wydawało mi się, że kopyta mi w jakiś dziwny sposób ciążą i stawianie kolejnych kroków stało się, ni stąd ni zowąd, bardzo trudne. Słyszałem jak Luke nagle rusza z miejsca i po chwili szedł szybkim krokiem tuż obok mnie. Wtedy spostrzegłem, że trzyma w rękach siodło.
– Posłuchaj mnie, Jolly – ciągnął dalej. – Kiedy zobaczyłem, że kulejesz, bałem się, że nieodwracalnie zniszczyłem ci zdrowie; że przez to, że cię nie oszczędzałem, zrobiłem ci krzywdę.

On naprawdę miał wyrzuty sumienia. To również rzadko mu się zdarzało (głównie dlatego, że rzeczywiście rzadko miał czego żałować). Przypomniałem sobie, że kiedy szliśmy do Black Hole Gulch, mój kowboj nie tylko szedł ze mną i dodawał mi otuchy, ale również ściągnął z pleców siodło i derkę. Chciał jak najbardziej przysłużyć się do zmniejszenia mojego cierpienia.

– Zawsze wiedziałem, że jesteś niezwykłym zwierzęciem. Jesteś w stanie galopować we śnie, mając mnie na plecach, i potrafisz przeskoczyć przepaść. Służysz mi pomocą już od tak dawna, że zdawało mi się, że jesteś niezniszczalny. Ale teraz wiem, że muszę o ciebie lepiej dbać, Jolly Jumper!
Ostatnie dwa słowa zadudniły mi w uszach i sprawiły, że się wreszcie zatrzymałem.

Oswajanie to naprawdę dziwna rzecz. Człowiek myśli o oswojonym przez siebie zwierzęciu: „mój pies”, „moja krowa”, „mój koń”… Ale bardzo często nie tyle traktuje je jak swoją własność, ale jak towarzysza. A ten pies, krowa czy koń potrafi odróżnić swojego człowieka od tysięcy innych ludzi; dzieli napotkanych przechodniów na swoich i obcych; reaguje na nadane mu imię…
Mój kowboj szybko do mnie podbiegł. Postawił siodło na ziemi, natychmiast rzucił mi się na szyję i potarł policzkiem o mój pysk.
– Jolly Jumper – powtórzył mi do ucha.
Jolly Jumper – to było moje imię. Od momentu, w którym przeskakując przepaść uratowałem nas obu (i tego dzieciaka, który wolał zostać wśród Indian niż wracać do swoich rodziców) przed biegnącym za nami stadem bizonów[8]. A ten człowiek przede mną był moim kowbojem, od kiedy jako dziecko uratował mi życie, przeganiając z procy otaczające mnie wilki. Nigdy nie pomyliłem go z innym jeźdźcem (jednakowoż jeden uderzająco do niego podobny typ chciał mnie kiedyś dosiąść; oczywiście, nie udało mu się[9]). I choć życie z nim nie jest zbyt różowe, wiedziałem, że tak naprawdę nigdy nie chciałem go opuścić. Los kiedyś skrzyżował nasze drogi i nic nie jest w stanie ich rozdzielić. Razem dorastaliśmy, razem stawiamy czoła przeciwnościom i zapewne razem posiwiejemy. Być może do tego czasu zdążymy nawet założyć rodziny, ale na razie wystarczyło nam to, że byliśmy tylko we dwóch.
I pewnie obaj zakpilibyśmy sobie ckliwości tej sceny, gdyby nie to, że byliśmy całkiem sami i że w sumie w tym momencie nie miało to dla nas takiego wielkiego znaczenia. Nie czuliśmy się skrępowani okazywaniem sobie przywiązania. W końcu jednak doszliśmy do wniosku, że co za dużo, to niezdrowo, i postanowiliśmy przerwać ten wyciskacz łez, zanim zbłaźnimy się na oczach jakiegoś pieska preriowego.
Mój kowboj spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem i przemówił pierwszy:
– Już dobrze?
Przytaknąłem łbem, a Luke podniósł do góry siodło.
– Mogę to założyć? Czy wykopiesz mnie na Wschód?
– Po prostu zakładaj, kowboju, i wracamy.
Ale wbrew moim oczekiwaniom nie wrócił do miasta na moim grzbiecie, tylko zaprowadził mnie tam za lejce. Noc była ładna, bezchmurna i gwiaździsta. Droga upłynęła nam w sumie bardzo wesoło, bo mojemu kowbojowi zebrało się na wspominki.
A kiedy dotarliśmy do stajni i już mieliśmy wejść do środka, zobaczyliśmy dość ciekawą scenę. Oto w środku znajdowali się tylko Horacy i Artie. Obaj leżeli na pobliskim sianie, Artie opierał się o grzbiet swojego konia i czytał mu na głos jakąś książeczkę. I wtedy wszystko stało się jasne. Już rozumiałem, dlaczego chłopak skłamał o bójce w saloonie. Po prostu chciał się wreszcie nacieszyć swoim koniem. Tak czy inaczej, ja i mój kowboj rzuciliśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia i oddaliliśmy od drzwi stajni.
– To co, Jolly? – odezwał się Luke. – Dzisiaj noc pod gwiazdami?
– Wyjąłeś mi to z ust, kowboju – odparłem.
Ostatecznie przekonałem się, że wszystko wróciło do normy, kiedy obudziłem się następnego ranka leżąc na otwartej przestrzeni, z drzemiącą na grzbiecie głową mojego kowboja. Luke obudził się chwilę potem, podważył kciukiem zasunięty na twarz kapelusz i uśmiechnął się do mnie. Następnie rozprostował kości i podniósł się na równie nogi. Ja także wstałem. Nasz poranek przeszedł właściwie normalnie. Zjedliśmy fasolę napiliśmy się kawy, a potem Luke wskoczył mi na grzbiet.
– No, wreszcie! – wykrzyknąłem. – Już myślałem, że się nigdy nie zdecydujesz.
Jeszcze przez chwilę wiercił się w siodle jakby próbował się tak ułożyć, żeby mu było wygodnie. W końcu jednak przestał i chwycił mnie wreszcie za lejce.
– Miło jest nareszcie móc na tobie usiąść, Jolly – wyznał. – Horacy był całkiem niezłym koniem, ale strasznie nerwowym.
Mniej więcej rozumiałem skąd ta nerwowość Horacego się brała, ale mimo to siedziałem cicho. Jedynie ubolewałem nad tym biednym, niedoświadczonym koniem, którego nieźle nastraszyłem, a i pewnie misja mojego kowboja musiała go cokolwiek zestresować jeszcze bardziej. Nieraz zapewne do nich strzelano, no i ten galop na łeb na szyję… Nie każdy jest w stanie znieść taką ilość adrenaliny.
Z sentymentalnego nastroju Luke’a z poprzedniego wieczora nie pozostało nic. I dobrze, bo nie zdzierżyłbym więcej ckliwych scen, kiedy jedyne, o czym teraz myślałem, to wyruszenie w dalszą drogę. Gdyby mój kowboj był sentymentalny dwadzieścia cztery godziny na dobę, pewnie bym go zatłukł.
– Odbierzemy Boba i podziękujemy Artiemu za pomoc – oznajmił po chwili mój kowboj i zaczął robić sobie skręta. – Może chyba nawet lepiej zacząć od Artiego, a później przejść do Boba.
Tak więc zawitaliśmy ostatni raz do stajni. Nasz młodociany filozof właśnie oparł widły o ścianę i przetarł czoło chustką. Na nasz widok od razu się ożywił, wykrzykując: „Pan Luke!”. Horacy, który skubał właśnie swoje śniadanie, natychmiast podniósł głowę i odwrócił się w naszą stronę. Mój kowboj podszedł do Artiego z wrodzoną sobie nonszalancją.
– Wielkie dzięki za wszystko, Artie. – Nagle spoważniał i wyciągnął rękę w jego stronę. – Doceniam to, że zająłeś się Jollym i zaufałeś mi na tyle, aby pożyczyć swojego konia.
– To był zaszczyt, panie Luke – odparł młodzieniec i uścisnął jego dłoń.
– A ja dziękuję tobie – zwróciłem się do Horacego. – Nie tylko dlatego, że zaopiekowałeś się moim kowbojem, ale i za naszą wczorajszą rozmowę.
– Polecam się na przyszłość jako kompan do dialogu! – zawołał do mnie. – Bo jednak uważam, że na konia Lucky Luke’a najlepiej nadajesz się ty. Mimo wszystko miło było was poznać.
– Was też – odpowiedziałem.
Nasi kowboje również się ze sobą pożegnali.
– Do widzenia, panie Luke.
– Nawzajem, Artie.
Po raz ostatni uścisnęli sobie ręce, a potem ja i mój kowboj wyszliśmy na ulicę i skierowaliśmy w stronę aresztu. Już po paru minutach ciągnęliśmy za sobą skrępowanego Boba Antagonistę i zmierzaliśmy ku słońcu, które tym razem nie zachodziło, tylko dopiero się wznosiło. Podróż do więzienia zajęła nam cały ranek, południe i popołudnie. Kiedy dotarliśmy więc na miejsce i odstawiliśmy Boba do jego celi, pora była akurat idealna na nasze standardowe zakończenie. Czekałem aż mój kowboj zacznie śpiewać, a w razie czego byłem nawet skłonny zanucić mu pierwszą linijkę. Spodziewałem się usłyszeć początek pierwszej zwrotki (wiecie: I’m a poor lonesome cowboy/I’m a long long way from home…), zamiast tego Luke zaczął od ostatniej:
I’m a poor lonesome cowboy
But it doesn’t bother me
’Cause this poor lonesome cowboy
Prefers a horse for company…
————————————————————————————————————————–
[1] Szkoła filozoficzna założona przez Arystotelesa.
[2] Eliksir doktora Doxeya.

[3] Cesarz Smith.
[4] Diogenes Laerthios to historyk starożytny, który spisał życie i poglądy sławnych filozofów greckich. Większość jego informacji na ten temat, to różne anegdoty, które krążyły w tamtych czasach o filozofach starożytności.
[5] Oczywiście „metafizyka” to nauka o bycie w sensie najogólniejszym – jego przyczynach i cechach.
[6] Łowca głów.
[7] Daltnowie na weselu.
[8] I ja sobie tego nie wymyśliłam. To wszystko jest w Kid Lucky. Mogę wam przesłać miejsce, gdzie to jest zachomikowane i do tego po polsku.
[9] To z kolei było w dodatku do numeru Kopalnia Dicka DiggeraSobowtór Lucky Luke’a, opowiadającym o bandycie Mad Jimie, który fizycznie był do Luke’a podobny, ale Jolly Jumper i tak rozpoznał w nim oszusta. Zresztą, potem właśnie tak ich rozróżnili – przynieśli Jolly’ego i kazali mu wybierać między Luke’iem a Jimem.

Kategorie
Lipiec z Lucky Lukiem Miesiące z...

Maurice de Bevere, ojciec Lucky Luke’a

Advertisements

Przedstawiam wam mój pierwszy filmik od bardzo dawna i na pewno pierwszy, w którym cokolwiek mówię. Mam nadzieję, że się spodoba, mimo że nie jest idealny.
Swoją drogą, nie wiem, czy kiedykolwiek zrobię jeszcze coś takiego.

Edit: A dla tych, co nie nadążają za mym *sarcasm mode* anielskim głosem, przedstawiam transkrypcję czytanego przeze mnie tekstu:
Belgia. Państwo znane ze swoich czekoladek, koronek i rysowników. W tym pięknym kraju, 1 grudnia 1923 roku, w miejscowości Courtrai (kurtre)  urodził się Maurice de Bevere, jeden z ojców komiksu belgijskiego i twórca Lucky Luke’a. Ten wybitny artysta uczył się sztuki animacji poprzez kurs korespondencyjny będący inicjatywą reżysera Jeana Image, a swoją pierwszą pracę zaczął podczas drugiej wojny światowej w brukselskim studiu Compagnie belge d’actualités . Tam też poznał między innymi twórcę legendarnych Smerfów, Peyo, i autora Gastona, Andre Franquina. W tym czasie zajmował się również rysowaniem karykatur w wydawnictwie Dupuis (Dipui), gdzie wraz z Franquinem, twórcą komiksów westernowych, Jije oraz karykaturzystą Willem Maltaite trenował pod kierownictwem Charlesa Dupuis.
Po drugiej wojnie światowej ta czwórka  rysowników – Morris, Franquin, Jije i Will – stworzyli tak zwaną szkołę Marcinelle, konkurującą ze szkołą Herge, i znani byli jako Gang Czterech. Morris zajmował się również ilustrowaniem i tworzeniem okładek do flamandzkojęzycznej gazety, przede wszystkim jednak wraz z resztą Gangu Czterech tworzył magazyn Spirou. I tak oto w 1946 na łamach L’Almanach Spirou powołany do życia został Lucky Luke, zainspirowany filmami Disneya i starymi westernami. Debiutancki album samotnego kowboja nosił tytuł Arizona 1880.
W 1949 Morris wybrał się wraz z Jije i Franquinem do USA i  postanowił zostać w Nowym Jorku na sześć lat. W tym czasie pomagał Jackowi Davisowi i Harveyowi Kurtzmanowi z ich Mad Magazine, a także poznał twórcę Asteriksa, Rene Goscinnego, z którym od chwili powrotu do kraju, współtworzył Lucky Luke’a. Pobyt w Ameryce pozwolił Morrisowi na zapoznanie się z faktami historycznymi odnośnie Dzikiego Zachodu, dzięki czemu jego późniejsze komiksy zyskały większy realizm.
Goscinny i Morris powrócili do Europy i w 1955 stworzyli pierwszy wspólny komiks Pociągiem przez prerię. Odtąd Goscinny zajmował się pisaniem scenariuszy, a Morris – głównie rysowaniem. To właśnie twórcy Asteriksa Lucky Luke zawdzięcza takie postaci jak czterej nieudolni Daltonowie, czy najgłupszy pies na Dzikim Zachodzie, Ran Tam Plan. W tym czasie Morris poświęcił się całkowicie rozwojowi Lucky Luke’a i jego uniwersum. W 1967 on i Goscinny dołączyli do wydawnictwa Dargaud, gdzie do 1988 roku udało mu się stworzyć 29 albumów. W 1968 roku zaś Morris stał się jednym z wielu założycieli legendarnego już magazynu Pilote, a w 1971 Lucky Luke pojawił się po raz pierwszy na ekranach kin w adaptacji Daisy Town. Od tego czasu samotny kowboj pojawił się w dwóch serialach i trzech pełnometrażowych filmach animowanych, a także w trzech filmach aktorskich.
Owocna współpraca z Goscinnym musiała się jednak zakończyć w 1977 wraz ze śmiercią Rene. Po tym tragicznym wydarzeniu przy scenariuszach do Lucky Luke’a pracowało wielu scenarzystów, w tym Guy Vidal i Bob de Groot. W 1999 powołane zostało do życia wydawnictwo Lucky Comics, które poza komiksami z samotnym kowbojem publikowały również historyjki o Ran Tam Planie i dzieciństwie Lucky Luke’a.
Maurice de Bevere zmarł 16 lipca 2001 roku, pozostawiając po sobie jednego z najsłynniejszych bohaterów komiksu francusko-belgijskiego i wiernych fanów swojego talentu. Żegnaj, Morrisie, nigdy cię nie zapomnimy!