Cztery seriale, które polecam na wakacje

No cóż, wakacje już niebawem się zaczną, ja i Oscar powoli szykujemy się do Wakacyjnego Wyzwania, a mi przyszło do głowy, że mogłabym przygotować listę seriali, które uważam za idealne do zapoznania się z nimi w okresie letnim. No bo po co grzać się na gorącej plaży, wyjeżdżać zagranicę czy chodzić po górach, skoro można siedzieć w domu i oglądać telewizję?
Podczas komponowania tej listy myślałam o tym, jakie seriale uważam za idealne do oglądania w letnie wieczory, kiedy jest parno i męcząco, i chce się zobaczyć coś, co odwróci uwagę od upału. Musiałam też zrezygnować z kandydatów, których planuję omówić w innej, szykowanej w bliżej nieokreślonym czasie liście.
Tak czy inaczej, oto kilka seriali, z którymi polecam Wam się zapoznać na wakacje.


Miejsce czwarte: Randall i duch Hopikirka
Randalla i ducha Hopkirka można uznać za takiego prekursora dramatów i kryminałów z elementami paranrmalnymi; w których owe elementy paranormalne są bardziej narzędziem fabularnym albo wątkiem pobocznym, a bohaterowie zmagają się z rzeczami jak najbardziej przyziemnymi. Bo też poza tym, że Hopkirk jest duchem i jego umiejętności ułatwiają jemu i jego partnerowi rozwiązywanie spraw kryminalnych, rzadko kiedy te sprawy związane są z zaświatami.
Ale od początku:
Jeff Randall i Marty Hopkirk prowadzą agencję detektywistyczną. Pewnego dnia Hopkirk ginie pod kołami auta i powszechnie uważa się, że był to wypadek samochodowy. Jednak jakiś czas po pogrzebie Jeff odbiera dziwny telefon – to Marty błaga swojego przyjaciela o to, aby zbadał okoliczności jego śmierci, gdyż twierdzi, że został zamordowany. Okazuje się, że Hopkirk został duchem i nie może przejść na drugą stronę, dopóki nie zostanie rozwiązana zagadka jego morderstwa, przy czym mówi też Randallowi, że tylko on może go zobaczyć i że według praw zaświatów Marty musi wrócić do swojego grobu przed świtem. Koniec końców, Randallowi i Hopkirkowi udaje się odkryć, kto stał za śmiercią Marty’ego, ale ponieważ duch nie wrócił do grobu przed świtem, bo nie chciał zostawiać przyjaciela samego, jest skazany na sto lat błąkania się po świecie.
Tak oto narodził się duet żywego detektywa i jego partnera ducha, rozwiązujących zagadki kryminalne. Marty bywa pomocny jako ktoś, kto robi rekonesans, potrafi przekazać Jeffowi cenne informacje, a z czasem zyskuje też możliwość telekinezy… ale z drugiej strony nikt, poza Jeffem i paroma wybranymi osobami, go nie widzi, nie mówiąc o tym, że jako duch, nie może cieszyć się radościami żywych. Poza tym on i Jeff często się kłócą o błahe rzeczy. Nie pomaga też to, że Randall jest kobieciarzem, a Hopkirk to neurotyk; i to, że są momenty, kiedy Randall spogląda bardziej tęsknym wzrokiem na wdowę po przyjacielu.
Właśnie pani Hopkirk jest tutaj najsłabszym członkiem obsady, z tej prostej przyczyny, że jest po prostu nijaka. Zagadki kryminalne, które panowie rozwiązują, nie są też jakoś specjalnie wyrafinowane. Dlatego polecam Randalla i ducha Hopkirka głównie dla postaci obu detektywów, bo mimo wszystko to właśnie oni nadają temu serialowi wyrazu.
 
Miejsce trzecie: Anime Crimes Division
Tym razem przyglądamy się serii internetowej Anime Crimes Division, stworzonej przez RocketJump (grupa ta ma zresztą na koncie wcale niezłe Video Game High School, które doczekało się nawet polskiej wersji językowej).
W mieście Neo Otaku City anime traktowane jest bardzo poważnie, dlatego istnieje Oddział Zbrodni Przeciwko Anime, który zajmuje się… no cóż… zbrodniami przeciwko anime. Naszym głównym bohaterem jest Joe Furuya – zaprawiony w boju, nieco cyniczny z powodu fandomowych doświadczeń, niemniej jednak kochający anime całym swoim otakowym serduszkiem. Pewnego dnia  dostaje nową partnerkę – nowicjuszkę o imieniu Diesel, którą na początku traktuje dość oschle, niemniej jednak szybko się do niej przekonuje i wspólnie rozwiązują zagadki związane ze zbrodniami w Neo Otaku City.
Jak łatwo się domyślić, jest to produkcja, która z jednej strony parodiuje filmy z gatunku buddy cop, a z drugiej żartuje sobie z kultury otaku (w pierwszym odcinku, na przykład, mamy rywalizujące ze sobą gangi ludzi wolących napisy i tych wolących dubbing). Jest w niej też od groma nawiązań do wszelkiego rodzaju anime. W drugim sezonie zaś Joe i Diesel odwiedzają Prestige Television City, gdzie królują „poważne” seriale, i one też zostają sparodiowane (na przykład, pomagierzy głównego złego rozwodzą się nad tym jak bardzo skomplikowaną postacią jest ich szef; a Joe ma swoją „scenę w korytarzu”).
W każdym razie seria jest świetna i wszystkim ją polecam, zwłaszcza, że jest krótka. Można ją obejrzeć tutaj.
 
Miejsce drugie: Poirot
Cóż bardziej nastraja wakacyjnie niż kryminał? A jak kryminał, to oczywiście od królowej gatunku.
Oczywiście mogłabym podać Wam multum adaptacji Agathy Christie, w końcu było ich całkiem sporo właściwie od lat pięćdziesiątych. Mimo wszystko jednak lepiej byłoby zdecydować się na jeden serial na podstawie prozy Christie, tak więc padło na Poirota produkcji ITV. To w końcu klasyka i dla większości fanów David Suchet jest jedynie słusznym Herkulesem Poirotem, bo grał tę postać z przerwami od lat osiemdziesiątych aż do 2015 roku.
Serial o Poirocie jest o tyle wakacyjny, że dzieje się nie tylko w Anglii, ale też często w egzotycznych miejscach (niewątpliwie bohaterowie Christie nieraz podróżowali, tak więc zbrodnie działy się nieraz w bardzo malowniczej scenerii). Same intrygi są wciągające, stosunki międzyludzkie i charaktery – ciekawie zarysowane, a detektyw – ujmujący. A wszystko ma taki charakterystyczny klimat klasycznych kryminałów.
Dlatego jeżeli jeszcze nie zapoznaliście się z tym arcydziełem, wakacje to dobry czas, aby to zrobić.
 
Miejsce pierwsze: Avatar: Legenda Aanga
Avatar: Legenda Aanga jest już uważana za jedno z tych „dojrzałych” animacji dla młodszego widza (stawia się go na równi z Batman: The Animated Series)… i nie bez powodu. To kreskówka, która jest nie tylko ładnie narysowana i ma za sobą ciekawy koncept, ale przede wszystkim porusza poważne kwestie, takie jak uprzedzenia, zemsta, pokuta, wojna, równowaga… a przy okazji jest przesiąknięta kulturami Wschodu, ma fantastycznych bohaterów, których da się polubić; ciekawą faunę i architekturę miast, i przy tym nie stroni od humoru.
Ale o czym jest Avatar: Legenda Aanga? Otóż, w tym świecie istnieją magowie, którzy potrafią władać czterema żywiołami. Poniekąd właśnie ze względu na te umiejętności, wyróżnia się cztery podstawowe grupy etniczne: Plemiona Wody, Królestwo Ziemi, Nomadów Powietrza i Naród Ognia. Zawsze odradza się mag, który jest w stanie opanować wszystkie cztery żywioły, i jego zadaniem jest dbać o równowagę na świecie. Jest to właśnie tytułowy Avatar. Jakieś sto lat temu Naród Ognia zaczął podbijać pozostałe ludy, a w związku z tym kilkuletni wtedy Avatar – pochodzący od Powietrznych Nomadów Aang – musiał zostać przysposobiony do swojej roli nieco wcześniej niż planowano. Jednakże nagle zaginął i na sto lat zapanował terror. Pewnego dnia rodzeństwo z Północnego Plemienia Wody – Katara i Sokka – odkrywają zamrożonego w lodowcu chłopca i jego latającego bizona. Udaje im się go odmrozić i tak oto zaczyna się przygoda Aanga, Katary i Sokki, aby pomóc Aangowi opanować magię wody, ziemi i ognia. A Naród Ognia nie śpi i tak się składa, że wygnany syn cesarza, książę Zuko, dostał od ojca zadanie odnalezienia Avatara w celu odzyskania utraconego honoru.
Jak to zwykle bywa w takich opowieściach, bohaterowie podróżują z jednego miejsca na drugie, spotykają po drodze różnych ludzi i przeżywają różne przygody. Każdy z sezonów (nazywanych kolejno Księgami Wody, Ziemi i Ognia) teoretycznie jest o tym jak Aang i spółka szukają ludzi, którzy mogą nauczyć Avatara pozostałych trzech żywiołów, ale jest też wątek walki z Narodem Ognia oraz wątek księcia Zuko, który również przeżywa pewien rozwój postaci.
Nie chcę mówić za dużo, bo mam nadzieję, że kogoś do tego serialu zachęcę. To naprawdę jedna z najlepszych animacji ostatnich dwóch dekad. Poza tym po co oglądać film M. Night Shyamelana, kiedy można zobaczyć oryginał?
I na tym kończy się moja lista seriali, które polecam Wam na wakacje. Dajcie znać, czy kogoś czymś zainteresowałam, a tymczasem ja wracam do przygotowywania się na Wakacyjne Wyzwanie.

Maj z Batmanem – krótka notka o "Batman Ninja"

Manga o Batmanie.

Dawno temu do Kraju Kwitnącej Wiśni dotarł serial o Batmanie z Adamem Westem. Spodobał się on Japończykom tak bardzo, że postanowili – w porozumieniu z DC – stworzyć mangę z Człowiekiem-Nietoperzem. Tak powstała Bat-Manga autorstwa Jiro Kuwaty, wydawana w magazynie Shonen King.

To była pierwsza próba przeniesienia Batmana na japoński grunt i choć w Japonii Bat-Manga była dość popularna, przez dłuższy czas nie było jej angielskiego wydania. Ja sama wiem, że coś takiego było, bo w jednym z odcinków Batman: Odważni i Bezwzględni (a konkretnie: Bat-Mite Presents: Batman’s Strangest Cases) pojawiła się adaptacja pierwszej historii z Bat-Mangi.

Tymczasem za morzem Batman, jak najbardziej, stykał się z Japonią i Japończykami. W okresie drugiej wojny światowej walczył z siłami Osi, a potem, kiedy już częścią backstory Bruce’a Wayne’a stała się wieloletnia podróż po świecie w celu przygotowania się do roli Mrocznego Rycerza, oczywistym stało się, że uczył się również różnych sztuk walki, technik medytacji i samodyscypliny. A w związku z tym, siłą rzeczy, musiał uczyć się u jakichś mistrzów ze Wschodu. Ba! – zdarzało mu się również walczyć z ninjami.

Jakiś czas temu, kiedy wspomniałam na Twitterze, że będę robić Maj z Batmanem, ktoś zasugerował mi, abym zrobiła recenzję Batman Ninja – filmu anime z 2018 roku, do którego animację robili różni japońscy artyści. Niczego nie obiecałam, ale pomyślałam, że mogłabym chociaż zobaczyć ten film.

Wreszcie go obejrzałam i oto moje wrażenia.

Czytaj dalej „Maj z Batmanem – krótka notka o "Batman Ninja"”

Pięć utworów muzycznych, które wywołują u mnie nostalgię

Uwaga, tekst zawiera spoiler do Dragon Ball GT.

No więc jakiś czas temu Oscar zaczął na Polskiej Bazie Opowiadań i Fanfiction rzucać wszystkim wyzwania. Nikt specjalnie nie traktował ich poważnie i podejrzewam, że większość z nas pomyślała sobie, że może się ich podejmą, może nie, nie ma nacisku.
W każdym razie mnie przypadło „top5 seriali/filmów/książek/czego tam chcesz, które były dla ciebie nostalgiczną podróżą w przeszłość”. I to jest ciekawe zagadnienie, albowiem ja poniekąd byłam wychowana przez telewizję i znam wiele kreskówek i programów, których większość moich znajomych nie kojarzy. Zaczęłam się więc zastanawiać nad serialami, które zwykle wywołują u mnie tęsknotę za dzieciństwem, i jakoś tak wyszło, że przeszłam na oglądanie czołówek i motywów przewodnich z kreskówek mojej młodości.
Jest kilka utworów muzycznych, które wywołują u mnie nostalgię; właściwie przypominają mi o dawnych, może nawet nieco prostszych czasach. Układając tę listę zdałam sobie sprawę z tego, że nie ma ich znowu aż tak dużo (bo to jednak specyficzne uczucie). Niemniej jednak pięć miejsc okazało się być w sam raz. Będą to głównie czołówki z kreskówek i anime, ale trafi się jeden wyjątek.
Tak więc zapraszam Was, Drodzy Czytelnicy, w podróż w przeszłość.


Scooby’ego poznałam dzięki TVP2. Dawno, dawno temu „dwójka” puszczała w sobotę rano program Hanna Barbera Przedstawia, w którym pokazywani byli zarówno Flinstonowie i Miś Yogi, jak i właśnie Scooby Doo. Hanna Barbera Przedstawia była z lektorem, toteż moje pierwsze zetknięcie z chwytliwą czołówką Scooby Doo, Where Are You?, było po angielsku. Niestety, archiwum TVP2 spaliło się i polskie wersje kreskówek Hanny Barbery przepadły. Dopiero kiedy Cartoon Network zaczęło nadawać po polsku, podjęto się tłumaczenia i dubbingowania klasyków Hanny Barbery, między innymi właśnie Scooby Doo. Dzięki temu też dostaliśmy polską wersję czołówki.
Ten pierwszy Scooby Doo jest przesiąknięty latami sześćdziesiątymi i siedemdziesiątymi (w końcu jego premiera miała miejsce w 1969). I też piosenka tytułowa jest robiona w tym klimacie – wydaje się, że Scooby Doo, Where Are You? jest wykonywana przez jakiś zespół próbujący naśladować Beatlesów. Co więcej – wiele sekwencji ucieczek w samym serialu ma podkład muzyczny w podobnym stylu.
W dzisiejszych czasach Scooby Doo próbuje być nieco głębszy od swojego pierwowzoru. W latach sześćdziesiątych-siedemdziesiątych schemat Scooby Doo był taki: gang natrafia na zagadkę ze „straszakiem”, Scooby i Kudłaty mają szalone przygody, które są tylko po to, aby wypełnić czas, podczas gdy Fred, Daphne i Velma zajmują się właściwym śledztwem; a w końcu „straszak” zostaje złapany w pułapkę, w której Scooby i Kudłaty robią za przynętę, i okazuje się, że pod maską krył się ktoś, kogo gang spotkał wcześniej. To był w sumie prosty serial i charakterystyka postaci też była całkiem prosta. Fred, Velma i Daphne byli do siebie podobni, chociaż Fred był wyraźnie przywódcą, a Velma mózgowcem.
Tymczasem dzisiaj chce się rozwinąć całą piątkę, nadać jej głębi, pokazać ich rodziny i warunki, w jakich byli wychowywani. Niestety w tym zestawieniu Daphne jest przedstawiana zwykle jako ktoś, kto ma etykietkę „ślicznej buźki” i dlatego jest postrzegany jako bezużyteczny. Aha, i według filmów aktorskich jest ciągle porywana (chociaż w oryginale porywają ją może dwa-trzy razy). Dlatego dziewczyna chce jakoś się tej etykietki pozbyć. Samo w sobie to może nie jest jakoś złe, ale bardzo mi przeszkadza we współczesnej charakterystyce Daphne. W oryginalnym serialu była jedną z trzech osób, które faktycznie coś robiły; które zajmowały się śledztwem i pod koniec brały udział w wyjaśnianiu zagadki… w przeciwieństwie do Kudłatego i Scooby’ego, którzy przez większą część czasu nic nie robili.
Ale wróćmy do Scooby Doo, Where Are You? – jak dotąd żadna inna czołówka do serialu o Scooby Doo nie jest tak chwytliwa i zapadająca w pamięć jak ta pierwsza. Mimo wszystko wychowało się na niej kilka pokoleń dzieciaków i jest ona jedną z najbardziej rozpoznawalnych piosenek tytułowych kreskówek. Nie ma siły, aby nie wywoływała nostalgii.
 
Ach, Fighting Dreamers… Jeden z najbardziej znanych openingów Naruto. O tym dlaczego Naruto zajmuje szczególne miejsce w moim fanowskim życiu, już kiedyś mówiłam, natomiast Walczący Marzyciele należą do tego typu utworów muzycznych, które napełniają mnie bojową energią. Jednocześnie jest w nich coś z barowej przyśpiewki.
W każdym razie, Go! Fighting Dreamers jest czwartym openingiem do Naruto i (z tego co się orientuję, w końcu oglądałam to anime dawno i z przerwami) przypada akurat na taki słodko-gorzki okres pomiędzy Sagą Egzaminów na Chunnina a pogonią za Sasuke, który zdecydował się iść do Orochimaru. Z jednej strony mamy pozbawioną przywódcy Konohę próbującą się jakoś pozbierać po walce z Suną i Rocka Lee, który po potyczce z Gaarą jest kaleką; a z drugiej strony Naruto spotyka Jirayę i wyrusza z nim po Tsunade, która mogłaby zostać nowym Hokage; a także pojawia się kilka lekkich odcinków fillerowych.
Niezależnie jednak od tego, co się działo w samym anime, Go! Fighting Dreamers kojarzą mi się z tym wczesnym Naruto, kiedy jeszcze sprawy z Sasuke się nie skomplikowały. Już sama nazwa kojarzy mi się z poszczególnymi młodocianymi ninja, którzy mają swoje cele i do nich dążą; a już w szczególności kojarzy mi się z samym głównym bohaterem i z moim ulubieńcem, czyli Lee.
A fakt, że jest to tak skoczna piosenka, sprawia, że pewnie kiedy będę układać jakąś playliste do treningów, Go! Fighting Dreamers tam też na pewno będą.
 
Jak to, miało tutaj zabraknąć czegoś związanego z Lucky Lukiem? Jeśli serio tak myśleliście, to widać słabo mnie znacie.
Kiedy słyszę Poor Lonesome Cowboy, słońce zaczyna świecić jaśniej… jak na prerii  i pustkowiach, które Luke przemierza na Jolly’m i na których spotyka czasem kolorowe postaci z Dzikiego Zachodu. To cudeńko, co prawda, odkryłam na nowo po latach, bo też moja miłość do Luke’a przyszła bardzo późno… ale jak już wreszcie znalazłam Poor Lonesome Cowboy Pata Woodsa, słuchałam jej na okrągło.
Potem dowiedziałam się, że jest to piosenka napisana na długo przed powstaniem Lucky Luke’a. Być może Morris i Goscinny ją znali, być może nie, ale to nie zmienia faktu, że Poor Lonesome Cowboy idealnie wpasowuje się w postać Luke’a. Piosenka opowiada przecież o „biednym, samotnym kowboju, daleko, daleko od domu”, przemierzającym prerię na swoim koniu (pierwsza zwrotka); rozwiązującym konflikty pokojowo (druga zwrotka) i nie zamierzającym się ustatkować, bo wystarcza mu towarzystwo jego rumaka (trzecia zwrotka). Nie bez powodu jest to też piosenka, którą puszczano pod koniec, kiedy Luke odjeżdżał w stronę słońca. W końcu pierwsza zwrotka kończyła się zdaniem: „My horse and me keep riding/Into the setting sun.”
Poor Lonesome Cowboyjest niemalże sprzężony z Lucky Lukiem. Zarówno w komiksach, jak i wszędzie indziej Luke jest przecież Samotnym Kowbojem, tak samo jak Poirot jest Małym Belgiem, a Superman Człowiekiem ze Stali. A fakt, że ta piosenka śpiewana jest przez Luke’a pod koniec każdej przygody, świadczy o tym, że ten samotny kowboj, daleko, daleko od domu, jest zawsze w siodle, gotów na spotkanie na to, co jeszcze go czeka.
 
Muzyka z pierwszego The Sims w ogóle jest dla mnie bardzo nostalgiczna. Mimo wszystko ta seria była częścią mojego życia przez bardzo długi czas i właściwie często do niej wracam, chociaż już nie do pierwszej generacji, tylko do dwójki i trójki.
Ponadto jest jeszcze taka kwestia, że wiele ścieżek dźwiękowych The Sims 1 kojarzy mi się trochę z melodiami z lat pięćdziesiątych, które leciały w różnych amerykańskich filmach pokazujących jaka to przyszłość będzie piękna (coś w stylu czołówki do Jetsonów). Można więc wywnioskować, że Amerykanom Simsy miały na początku trochę przywodzić na myśl tak zwaną rodzinę nuklearną.
W każdym razie, kiedy słucham muzyki z The Sims, przychodzą mi do głowy te prostsze Simsy z pierwszej generacji, które może i były dość prymitywne jak na dzisiejsze standardy, ale dawały mi sporo radochy. Przypomina mi się moja pierwsza rodzina – Laura Anderson i jej młodsza siostra, Eve – oraz Ćwirowie. Przypomina mi się również granatowy kolor menu i wszechobecny Comic Sans.
Trochę też żal słuchać tej melodii, kiedy wie się, że firma, która stworzyła The Sims – Maxis – kilka lat temu splajtowała i w tym momencie marka stała się jedną z dojnych krów EA i z każdym następnym dodatkiem ma się wrażenie, że coraz trudniej jest się nią ekscytować. Toteż wielu Simsomaniaków spogląda wstecz z rozrzewnieniem, przypominając sobie skromne, acz sympatyczne początki serii.
 
Mimo że nie jestem jakąś wielką fanką Dragon Balla, nie ulega wątpliwości, że jest to jedno z tych anime, na których się wychowałam.
I o ile Dragon Ball i Dragon Ball Z miały w Polsce czołówki francuskie, które brzmią całkiem niewinnie (i nieraz nijak nie przystawały do tego, co było pokazywane), o tyle przy Dragon Ball GT polski dystrybutor pokusił się o czołówkę japońską. Powiedziałabym nawet, że o ile Dragon Ball GT było takie sobie względem poprzedników, o tyle opening miało naprawdę dobry.
Właściwie wszystkie trzy czołówki napawają mnie nostalgią, ale Dan Dan Kokoro Hikareteku najbardziej. W dużej mierze spowodowane jest to tym, że pełna wersja tej piosenki była puszczana w finale Dragon Ball GT, jako podkład do montażu najważniejszych momentów z wszystkich trzech serii. Twórcy chcieli pokazać widzom drogę jaką przebył Son Goku jako bohater. A ponieważ w finale Dragon Ball GT Goku odchodzi z Ziemi na grzbiecie smoka Shen Longa, Dan Dan Kokoro Hikareteku staje się piosenką pożegnalną.
Kiedy słyszę Dan Dan Kokoro Hikareteku, myślę o tych popołudniach, kiedy oglądałam wraz z braćmi Dragon Balla i wszystkie inne anime, kiedy puszczało TVN7. Teraz już pewnie zamiast tego lecą jacyś Agenci NCIS albo któreś z miliona CSI. Trochę żal, że niektóre rzeczy należą już do przeszłości, ale, na szczęście, można chociaż kilka z nich sobie powtórzyć, dzięki internetowi. Niemniej jednak to już nie to samo.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o utwory muzyczne, które napawają mnie nostalgią. A Wy macie takowe?

Meg i Miryoku o shonenach gadają (podcast)

Oto podcast, który nagrałyśmy wraz z Mir trzeciego dnia konwentu. Opowiadamy w nim o shonenach, które znamy.

Miniaturka by Miryoku

Spis treści:
0:02 – Wstęp
0:50 – Co to jest shonen?
2:23 – Meg i Polonia1
2:55 – Yattaman
3:34 – Calendarman
3:57 – Kaiketsu Zorro
5:55 – Gigi la Trotola
6:40 – Pierwsze mangi Miryoku
8:43 – Ranma 1/2
11:09 – InuYasha
12:00 – Od czego zwykle zaczynałyśmy – mangi czy anime?
13:59 – Kapitan Tsubasa
14:29 – Sceny walki w shonenach i ich klisze
17:04 – Trochę o Naruto
17:36 – Fullmetal Alchemist, nietypowy shonen
19:50 – Fullmetal Alchemist: Brotherhood
21:00 – Dragonball – nasze doświadczenia z nim
22:15 – Rycerze Zodiaku
26:43 – Slayers/Magiczni Wojownicy
29:48 – O Dragonballu coś więcej
32:00 – Kwestia żółtej chmurki Son Goku
33:18 – Dragonball Z
36:57 – Saga Frezera – ulubiona saga DBZ Meg
37:04 – Ulubiona postać Meg w DBZ – Dende
41:54 – Death Note
43:30 – Code Geass
49:04 -Assassination Classroom
51:44 – [SPOILER] Scena finałowa, na której Meg się rozpłakała
53:00 – Pokemon
54:32 – O Naruto coś więcej
55:27 – Ulubiona postać z Naruto Meg – Rock Lee
57:36 – Fillery Naruto
1:00:07 – Curry Życia (i dlaczego jest złe)
1:01:35 – Cameo kota Kamyka
1:01:54 – Jeszcze trochę o Fullmetal Alchemist
1:03:38 – Muzyka z pierwszego FMA i dlaczego „Bratja” jest po rosyjsku
1:05:02 – Mało znane shoneny
1:05:29 – Król Szamanów
1:08:11 – Ulubiona postać Meg w Królu Szamanów – Manta
1:11:02 – Cenzura w Królu Szamanów
1:12:43 – Manta’s Greatest Hour
1:14:36 – One Piece
1:16:52 – Saiyuki
1:19:05 – D. Gray Man
1:19:47 – Katekyou Hitman Reborn
1:22:25 – Durarara
1:23:50 – Mob Psycho 100
1:32:47 – Saiki Kusuo No Psi Nan
1:34:59 – Cells At Work!
1:40:07 – Atak Tytanów
1:44:17 – Tsubasa Chronicles
1:46:47 – Crossoverogenne serie
1:48:00 – Servamp
1:55:27 – One Punch Man
1:59:43 – My Hero Academia
2:02:25 – Izuku Midoriya
2:03:20 – [SPOILER] Moja nieudana próba osadzenia BNHA w czasie.
2:06:10 – …i wracamy do głównego bohatera
2:07:09 – Katsuki Bakugou – rywal Midorii
2:10:15 – Za co kochamy Midoriyę
2:14:01 – Ochako Uraraka
2:14:40 – Uraraka vs. Bakugou
2:16:36 – Uraraka i Midoriya (i czemu ich shippuję)
2:19:37 – Co nas urzeka w My Hero Academia
2:20:27 – Kobiety w My Hero Academia
2:28:28 – Shouto Todoroki (i czemu jest lepszy od Sasuke Uchihy)
2:29:52 – Schematy, których unika My Hero Academia
2:32:20 – Inko Midoriya
2:35:52 – Zakończenie

Artykuł: Sympatyczny szkielet, czyli kilka słów o All Mighcie

Zanim przejdziemy do samego tekstu, dwie sprawy. Po pierwsze – jest on najeżony spoilerami do mangi My Hero Academia. Po drugie – wiem, że nadchodząca kinówka – My Hero Academia: The Tale of Two Heroes – opowiada o przeszłości All Mighta, jednak ponieważ nie mam do niej na razie dostępu, postanowiłam napisać ten artykuł, a dopiero później przygotować oddzielny tekst o filmie. Artykuł jest więc o All Mighcie jakiego znamy z mangi i anime, które pojawiły się do tej pory.

Twoje policzki zapadnięte, twoje oczy zapadłe! Jakże wynędzniałym „numerem jeden” się stałeś! Ale nie czuj się zażenowany! Wszak to twoja prawdziwa postać, czyż nie?!

Te słowa wypowiada złoczyńca All For One, kiedy udaje mu się doprowadzić do tego, że bohater All Might z mocarza staje się wychudzonym mężczyzną, ledwie trzymającym się na nogach. Dla stanowczej większości mieszkańców, oglądających walkę z telebimów, komputerów i telewizorów, All Might był pełnym życia, umięśnionym i uśmiechniętym mężczyzną w sile wieku; największym bohaterem wszech czasów i Symbolem Pokoju. Sam All Might starał się bardzo ukrywać swoją prawdziwą postać, bo gdyby było powszechnie wiadomo o jego stanie zdrowia, wiele rzeczy, które budował przez lata, rozpadłoby się w mgnieniu oka.

Właśnie dlatego jego arcywróg, All For One, postanowił, że anihilację swojego przeciwnika zacznie od pokazania światu jego słabości.

Od kiedy jednak wciągnęłam się w My Hero Academia, o wiele bardziej od heroicznej, muskularnej postaci All Mighta, wolałam jego postać prawdziwą. Mimo że jest ona brzydka i ma wiele cech, które na pierwszy rzut oka każą myśleć, że All Might będzie co najmniej antypatyczny, jeśli nie po prostu zły, z czasem sprawiła ona, że wydał mi się właśnie o wiele sympatyczniejszy, a na pewno o wiele mniej upiorny niż jako uśmiechający się szeroko mocarz.

Dlatego postanowiłam, że poświęcę kolejny artykuł właśnie Symbolowi Pokoju i jego obu wersjom. Zwłaszcza pod kątem tego, jak silną osobowością w tym uniwersum jest All Might.

Czytaj dalej „Artykuł: Sympatyczny szkielet, czyli kilka słów o All Mighcie”