Kategorie
Krótka notka

Recenzja: Mob Psycho 100 (serial aktorski)

Advertisements

Powiem szczerze, że o ile anime widziałam w swoim życiu całkiem sporo, o tyle nigdy nie oglądałam azjatyckich seriali aktorskich. A już na pewno nigdy nie zdarzyło mi się oglądać aktorskich adaptacji mang, robionych właśnie przez Japończyków, a nie Hollywood. I choć same ekranizacje aktorskie komiksów i kreskówek bywają nieraz niesamowite pod kątem wizualnym, o tyle właśnie jeśli chodzi o przenoszenie czegoś z medium animowanego na medium nie-animowane, ludzie zwykli mieć wobec nich pewne zrozumiałe opory.

Tak czy inaczej, kiedy tylko zobaczyłam, że Netflix wypuścił dwunastoodcinkowy serial na podstawie Mob Psycho 100 (o którym mogliście czytać choćby tutaj), byłam zaintrygowana. Z biegiem czasu coraz bardziej kusiło mnie, aby go, tak z ciekawości, obejrzeć, zwłaszcza że – jak już mówiłam – byłoby to moje pierwsze zetknięcie z japońskim serialem aktorskim na podstawie mangi. Interesowało mnie też, na ile byłby on dowodem na to, że aktorskie adaptacje są zwykle do niczego.

W końcu uległam i powiem szczerze, że było to dość ciekawe doświadczenie.

Kategorie
Recenzje

Recenzja: Iron Fist

Advertisements

Moje pierwsze zetknięcie z Iron Fistem miało miejsce w Mega Spidermanie. Danny Rand był tam jednym z członków drużyny Spidey’ego (pozostałymi byli Power Man, Nova i Biała Tygrysica), trenującej pod okiem TARCZY; i, szczerze mówiąc, podobała mi się bardzo jego postać. Danny wydawał się być człowiekiem, który już dawno osiągnął wewnętrzną harmonię i żyje w zgodzie z naukami zen, a poza tym dogaduje się całkiem dobrze z innymi, zwłaszcza z Lukiem Cage’m (czyli Power Manem). W drugim sezonie Mega Spidermana zaś każdemu członkowi drużyny Petera Parkera poświęcono jeden odcinek, wyjaśniający skąd się wzięły ich moce, i tak też dowiedziałam się o Kunlun i smoku Shao Lao, i polubiłam Iron Fista jeszcze bardziej.
Toteż, kiedy dowiedziałam się o Defenders i o tym, że jednym z seriali Netflixa, wchodzących w skład Marvel Cinematic Universe będzie właśnie Iron Fist, był to serial, na którego czekałam najbardziej (tuż po Daredevilu, rzecz jasna). Byłam ciekawa jaki będzie ten aktorski Danny Rand i jak zostanie przedstawione Kunlun, a wszelkie dalsze informacje, jakie otrzymałam na temat tego komiksowego Iron Fista tym bardziej zapalały mój entuzjazm.
A potem pojawiły się kontrowersje rasowe; a następnie różni ludzie, którzy obejrzeli pierwsze sześć odcinków udostępnionych dla krytyków, zaczęli wystawiać negatywne recenzje. To wszystko spływało po mnie jak po kaczce, a że mój mózg działa tak, że im bardziej negatywny odbiór, tym bardziej przy oglądaniu mam wrażenie, że są one przesadzone, byłam pewna, że mimo wszystko serial mi się spodoba. W końcu czekałam na Iron Fista bardzo długo i co komu szkodzi mieć nadzieję?
To, co dostałam, nie było, być może, takie złe jak to krytycy opisują, ale jednak trudno mi się nie zgodzić z ogólną opinią, że spośród wszystkich czterech seriali Marvela i Netflixa, Iron Fist jest zdecydowanie najsłabszy.

Do wieżowca firmy Rand wchodzi młody, zapuszczony człowiek, który podaje się za Danny’ego Randa, syna jednego z założycieli firmy. Rzecz w tym, że Danny dawno temu wyleciał wraz z rodzicami do Chin, ale ich odrzutowiec rozbił się w Himalajach. Toteż powszechnie uważa się, że rodzina Randów zginęła w katastrofie, a nagłe pojawienie się mężczyzny, który podaje się za Danny’ego, wzbudza zrozumiały sceptycyzm i niepokój. Prawda jest jednak taka, że tuż po katastrofie Danny został odratowany przez mnichów z mitycznego miasta Kunlun, które znajduje się poza czasem i dopiero raz na piętnaście lat otwiera się do niego portal. Nasz bohater trenował więc przez piętnaście lat kung fu, przesiąkł tamtejszą filozofią i nawet uzyskał moc skupiania chi w swoich rękach – tytułowej Żelaznej Pięści…
Niestety, jeśli chodzi o origin story Iron Fista, serial nie robi tego po bożemu, czyli częściej mówi o tym, co Danny przeżył, niż to pokazuje. A jak już pokazuje to głównie krótkie scenki, które jednak pomijają to, co najciekawsze. Nie uświadczymy tutaj, na przykład, smoka Shao Lao (i choć wiem, że może to być spowodowane przez budżet, to jednak szkoda). Jeśli chodzi o origin story, twórcy wydają się bardziej skupiać na tajemnicy śmierci Randów, do której – najwyraźniej – przyczyniła się Ręka.
Motyw Ręki został tutaj rozwinięty w o wiele lepszy sposób niż w drugim sezonie Daredevila. Tam był on zdecydowanie gorszy względem wątku Punishera, tutaj zaś nie tylko wydaje się naturalny (biorąc pod uwagę to, że jednym z głównych obowiązków Iron Fista jest bycie niszczycielem Ręki i chronienie przed nią Kunlun), lecz także pokazuje się nam, że jest to niejednorodna grupa i różnie się w niej podchodzi do pewnych rzeczy. Niemniej jednak Madame Gao, która jest jedną z przywódców Ręki i którą uwielbiałam w Daredevilu, tutaj nie jest… no, nadal sprawia wrażenie bardziej inteligentnej i lepiej rozkładającej karty niż większość jej przeciwników, ale w którymś momencie straciła sporo w moich oczach. Może to też sprawa tego, że w tym serialu gra większą rolę i w większych dawkach traci trochę swojej tajemniczości.
No, ale poza Ręką są jeszcze Meachumowie, czyli (teoretycznie martwy) najlepszy przyjaciel i partner ojca Danny’ego, Harold, i jego dwójka dorosłych dzieci – Joy i Ward – będąca prezesami firmy Rand. Przez pierwsze kilka odcinków Meachumowie próbują dowiedzieć się kim jest tajemniczy obdartus podający się za prawowitego dziedzica połowy udziałów firmy, i o ile Harold i Joy chcą się upewnić co do jego tożsamości, Ward woli się go pozbyć. Oczywiście, im dalej w las, tym bardziej okazuje się, że Rand prowadzi ciemne interesy, a Harold chce wykorzystać Danny’ego do swoich celów. Już w scenie, w której Harold i Danny spotykają się po raz pierwszy od wielu lat, widać, że patriarcha Meachumów gra dobrego wujka, wręcz figurę ojcowską, aby zdobyć zaufanie Danny’ego i zmanipulować go.
W ogóle wydaje mi się, że w tym serialu przewijającym się motywem przewodnim miała być dwulicowość. Joy gra nieugiętą, aby Rand nie wypłaciło odszkodowania ludziom poszkodowanym przez ich elektrownię. Harold wydaje się kochać swoje dzieci, ale prowadzi własną grę i wykorzystuje swojego syna do czarnej roboty. Ward ma również własne plany, które ukrywa przed rodziną. Danny spotyka mnóstwo ludzi na swojej drodze, wielu z nich ufa prawie od razu, ale niemal każdy z nich go w ten czy inny sposób zdradza.
Sam główny bohater boryka się z tym, kim ma być – Iron Fistem, czy Danny’m Randem – albowiem bycie pierwszym zakłada „śmierć” drugiego. Danny przybywa do Nowego Jorku, aby odzyskać dawne życie i dojść do tego, jak doszło do katastrofy samolotu… ale porzuca przy tym posterunek przy wejściu do Kunlun. Walczy o swoje dziedzictwo, walczy o prawo do zachowania swojej tożsamości, kiedy ugoda z Meachumami wymaga od niego zmiany nazwiska; walczy o to, aby dowiedzieć się prawdy o tragedii, która na niego spadła. Pod wieloma względami Danny postępuje samolubnie i czasem rzuca się bez namysłu w wir walki, ciągnąć za sobą innych. Podniesiony jest również znany nam z Daredevila dylemat – zabić złoczyńcę czy nie? – który jest o tyle istotny, że Iron Fist ma wręcz obowiązek zabijać członków Ręki.
W krucjacie Danny’ego pomagają mu Colleen Wing i Claire Temple. Colleen ma bardzo interesujący rozwój postaci… o którym nie mogę za wiele powiedzieć, aby nie zaserwować Wam spoilerów. Ważne jest jednak to, że jest pierwszym sprzymierzeńcem Danny’ego i choć najpierw jest to nieco wymuszone przymierze, po jakimś czasie zaczynają się ze sobą dogadywać i stają się partnerami. Z kolei Claire, która miała już do czynienia z trojgiem innych Obrońców i z Ręką, próbuje stanowić głos rozsądku. Wielkim zaskoczeniem jest też Jeryn Hogarth, która w Jessice Jonesbyła wyrachowana i chłodna, a tutaj nie tylko pomaga Danny’emu odzyskać firmę, nie tylko dbała o grób jego rodziny, ale ogólnie jest o wiele milsza.
Wielu ludzi narzekało na to, że adaptacja zainspirowanego filmami kung fu Iron Fista ma niezbyt porywające sceny walki. Przeważnie wszelkiego rodzaju potyczki oglądam z wyłączeniem mózgu, o ile nie zawierają również dialogu między postaciami albo czegoś poruszającego fabułę do przodu, toteż trudno mi było to ocenić. Niektóre sceny były interesujące, zwłaszcza, jak przeciwnicy Danny’ego próbowali obniżyć jego morale poprzez Wykłady Hannibala; no i w którymś momencie mamy przeciwnika walczące Stylem Pijanego Mistrza. Mimo wszystko przydałoby się więcej motywów z kina kung fu (skoro już Luke Cage korzysta z blaxploitation i potrafi czerpać z niego wszystkie najlepsze cechy gatunku, Iron Fist mógł zrobić to samo z filmami kung fu). Jedna rzecz, która mi się bardzo podobała to to, że w którymś momencie Colleen (której bronią z wyboru jest katana) walczy z jedną z wojowniczek Madame Gao, która to wojownicza posługuje się chińskim mieczem (krótki research dowodzi, że ów miecz zwie się jian). Tamta walka była dość interesująca, bo była jakby zderzeniem dwóch stylów szermierczych – chińskiego i japońskiego.
 
Iron Fistzachowuje pewne fantastyczne elementy mythosui ma nieco jaśniejszą stylistykę, ale ma podobną stylistykę jak reszta netflixowych adaptacji Marvela – nie stroni od obrazowej przemocy. Uświadczymy tam wiele brutalnych śmierci, a jeden z bohaterów po ujrzeniu martwego ciała ma potem krwawe wizje.
Kolejna sprawa – ciągnący się przez sześć pierwszych odcinków wątek firmy Rand. Rozumiem dlaczego niektórzy mogliby uznać go za nudne albo zbyt długie (zwłaszcza, że – umówmy się – nikt, kto czekał na ten serial, nie pisał się na sceny posiedzeń zarządu), niemniej jednak wydają się one istotne ze względu nie tylko na Meachumów, lecz także motyw Danny’ego walczącego o własną tożsamość. Mimo wszystko, na pewno chciałabym, aby poświęcono jeden z wcześniejszych odcinków na pełnoprawne origin story tak jak to było w przypadku Daredevila i Luke’a Cage’a, zamiast dawać nam skrawki porozrzucane po całym sezonie.
Kontrowersje rasowie… Daleki Wschód jest niewątpliwie bardzo obecny w tym serialu, i miejscami jest to pomieszanie z poplątaniem. Długo też myślałam nad tym, dlaczego określenie Danny’ego jako Białego Zbawcy, który „przywłaszcza” sobie cudzą kulturę, mi przeszkadza i doszłam do wniosku, że to dlatego, że w prawdziwym życiu mamy nie-Azjatów będących mistrzami wschodnich sztuk walki – ludzi, którzy poświęcają nieraz całe życie, aby uczyć się różnych stylów walki i osiągnąć w nich mistrzostwo. I też w Iron Fiście jest taka scena, w której Danny opowiada Joy o tym jak przebiegało jego szkolenie w Kunlun – że był to bezustanny trening, pełen bólu, potu i łez. W dodatku Danny – jako obcy – musiał pracować dwa razy bardziej, aby udowodnić swoją wartość. W żadnym momencie nie jest powiedziane, że Danny’emu opanowanie wszystkich tych technik przychodziło z łatwością; ba – nawet po zostaniu Iron Fistem ma on wyraźne braki, które wynikają z tego, że nie nauczył się w pełni kontrolować uzyskanej mocy. No i to zrozumiałe, że przesiąkł wschodnią kulturą, w końcu spędził w niej piętnaście lat.
Tak czy inaczej, jest to jeden z tych momentów, kiedy myślałam, że dany film lub serial wzbudzi we mnie entuzjazm, bo występuje tam bohater, którego lubię, ale ostatecznie tak się nie stało. Jak na razie moje zetknięcie z Obrońcami można podsumować tak: Daredevila pokochałam niemal od razu, za Jessiką jako bohaterką nieszczególnie przepadam, ale serial o niej – z obiektywnego punktu widzenia – jest bardzo dobrym thrillerem psychologicznym, Luke Cage wspaniale podchodzi do kwestii rasowych, a i sam bohater jest bardzo sympatyczny; natomiast Iron Fist, jak na razie, jest miałki i ledwo wywołuje u mnie jakiekolwiek emocje. Ostatni serial Netflixa był jednak rozczarowaniem.

 

Mimo wszystko nie mogę się doczekać samych Defenders i mam nadzieję na bromans między Danny’m i Lukiem, oraz na to, że Iron Fist będzie tam o wiele lepszym bohaterem niż w pierwszym sezonie swojego własnego serialu.
Kategorie
Recenzje

Recenzja: Seria Niefortunnych Zdarzeń (serial Netflixa)

Advertisements

Pamiętam, jak w 2004 czekałam na filmową adaptację Serii Niefortunnych Zdarzeń. Już wtedy siedziałam bardzo mocno w fandomie, żyłam książkami Snicketa i tajemnicą, w którą wciągały one swoich czytelników. Toteż jak tylko dowiedziałam się, że ma powstać na ich podstawie film, byłam podekscytowana. Każde kolejne materiały napawały mnie coraz większym entuzjazmem i nawet obsadzenie Jima Carrey’a w roli Hrabiego Olafa nie wydawało mi się znowu takie złe, biorąc pod uwagę to, że w pełnej charakteryzacji wyglądał tak jakby wyjęto go z okładki Przykrego Początku. Dużo, dużo później miałam wreszcie okazję filmową Serię Niefortunnych Zdarzeń obejrzeć i… zawiodłam się. To znaczy – niektóre elementy były całkiem fajne, zwłaszcza, jeśli chodzi o estetykę, mimo wszystko jednak była to jedna wielka porażka. Nie dość, że Jim Carrey okazał się być fatalnym Hrabią Olafem (bo, oczywiście, musiał wrzucić kilka tych swoich durnych wygłupów), to jeszcze, zamiast po bożemu adaptować jedną książkę na raz, Silberling postanowił wybebeszyć Przykry Początek i wsadzić Gabinet Gadów i Ogromne Okno w środku. I tak oto powstała adaptacja, która nie miała ładu ani składu.

Nic więc dziwnego, że kiedy Netflix ogłosił, że zamierza zrobić własną, tym razem serialową adaptację Serii Niefortunnych Zdarzeń, wielu fanów wiązało z nią bardzo wielkie nadzieje. Jeśli chodzi o przenoszenie książek na ekran, seriale mogą sobie pozwolić na nieco więcej, niż filmy. W serialu można poświęcić kilka odcinków na rozwijanie postaci i wątków; można też uwzględnić coś, co z braku czasu pewnie zostałoby odrzucone przez filmowców. Pojawiło się więc światełko w tunelu, bo być może dostaniemy wreszcie taką adaptację Serii Niefortunnych Zdarzeń, jaką sobie zamarzyliśmy.

Przyszedł więc piątek, trzynastego stycznia (data, oczywiście, nieprzypadkowa) i oto, co z tego wynikło.

Jak już mówiłam przy okazji niedawnego trailera, pierwszy sezon Serii Niefortunnych Zdarzeń składa się z ośmiu odcinków, po dwa na każdy z czterech pierwszych tomów. Od razu po piosence tytułowej (śpiewanej przez Neila Patricka Harrisa!) wita nas Patrick Warburton w roli Lemony’ego Snicketa i opowiada nam o trójce naszych protagonistów. Następnie mamy scenę na plaży pozwalającą nam się przyjrzeć charakterom Wioletki, Klausa i Słoneczka Baudlaire’ów, zanim pojawi się Fabuła i zniszczy rodzinną sielankę. Po tym krótkim wstępie Baudlaire’owie otrzymują na plaży wiadomość o tym, że ich rodzinny dom spłonął, a rodzice zginęli w pożarze. Przez kilka dni dzieci mieszkają u pana Poe, bankiera sprawującego pieczę nad ich majątkiem, a potem temu samemu panu Poe udaje się znaleźć im opiekuna w osobie Hrabiego Olafa i od tego momentu zaczyna się długa i pełna nieszczęść walka Baudlaire’ów o przetrwanie. A w między czasie mamy przerywniki w postaci zwracającego się bezpośrednio do widzów Lemony Snicketa i pewnego wątku, który zdaje się zmierzać w jedną stronę, ale pod koniec sezonu serwuje nam bardzo pomysłowy zwrot akcji.
Choć wcześniej wspominałam, że wolałabym, aby każdy tom był zaadaptowany na oddzielny sezon, teraz dochodzę do wniosku, że jest dobrze, tak jak jest. Po części dlatego, że mimo iż nigdy nie przepadałam za Tartakiem Tortur (bo Snicket uważał za istotne opisać bardzo dogłębnie jak on działa), chciałam zobaczyć tartak „Szczęsną Woń” na ekranie; a po części dlatego, że Netflixowi udało się zawrzeć fabułę czterech tomów w zgrabny i interesujący sposób. Odcinki ani się nie dłużą, ani nie są skrócone. Wszystko toczy się w swoim rytmie.

Tu i tam dodano również coś na temat występującego w przyszłych tomach stowarzyszenia WZS (właściwy element tajemnicy pojawia się dopiero w Akademii Antypatii, gdyż – z tego co pamiętam – Snicket nie wiedział, czy pierwsze cztery książki odniosą sukces i czy wydawca podpisze z nim kontrakt na kontynuację Serii Niefortunnych Zdarzeń). I choć w filmie wrzucanie WZS do fabuły mnie denerwowało, tutaj wydaje się być o wiele lepiej wykorzystane. Ba – twórcy pokusili się nawet o małe zapożyczenie z tegoż filmu i z lunet, które posiadają różni członkowie WZS, zrobili całkiem fajny gadżet.

Również wstawki ze Snicketem są bardzo dobrze zrobione. Jak mówiłam przy trailerze – nie przepadam za Warburtonem jako aktorem, ale jako narrator Serii Niefortunnych Zdarzeńjest całkiem interesujący, zwłaszcza, że często znajduje się w jakiejś scenie, ale nie jest zauważany przez inne postaci, co zapewne ma nam zasygnalizować, że to historia, którą Snicket relacjonuje i na którą nie ma wpływu. Jest też jedna rzecz, która mi się szczególnie podobała. Pod koniec drugiego odcinka Snicket kończy mówić do widzów i ucieka przez wyjście przeciwpożarowe, podczas gdy ktoś dobija się do drzwi jego mieszkania. Jest to całkiem fajne nawiązanie do różnych poszarpanych wiadomości, które Snicket niby to przesyła swojemu wydawcy (wydawca z kolei zamieszcza na końcu książki), informując go o tym, że ktoś go ściga, bo nie chce, aby prawda o Baudlaire’ach wyszła na jaw.
Od lewej do prawej – Presley Smith (Słoneczko), Malina
Weissman (Wioletka) i Louis Hynes (Klaus).

Sami Baudlaire’owie wychodzą całkiem nieźle. Co prawda w scenie na plaży dialog Klausa i Wioletki wydaje się dość sztuczny (jak na dwunastolatka i czternastolatkę wysławiają się za bardzo jak naukowcy), i widać, że obgryzająca kamień Słoneczko jest robiona w CGI, ale z czasem sierotki zaczynają zachowywać się jak na dzieci przystało, a Słoneczko nawet jest bardzo urocza (co więcej – najmłodsze z rodzeństwa Baudlaire’ów zyskało trochę więcej na osobowości, bo wypowiadane przez nie i tłumaczone na nasze zdania są nieco bardziej złośliwe, niż w książce).

Przez jakiś czas bohaterowie próbują jakoś sobie radzić, w sytuacji, w jakiej się znaleźni, myśląc, że życie z Olafem jest lepsze niż życie na ulicy, ale z czasem przekonują się, co on zamierza i postanawiają pokrzyżować mu plany.

Tak jak w książkach, nasi protagoniści muszą sami go powstrzymać, bo dorośli ich nie słuchają. I w tym serialu o wiele bardziej położony jest nacisk na to, że dorośli po prostu są zbyt skupieni na swoich problemach, aby zauważać, że coś jest nie tak. Mimo wszystko jednak są momenty, w których chce się zawołać: „Poe, ty tłumoku, ogarnij się wreszcie!” (tak po prawdzie, to pan Poe jest źródłem największych frustracji w tym serialu). Z drugiej strony pojawiają się jako-tacy sprzymierzeńcy Baudlaire’ów, którzy są nieco bardziej kompetentni.

Neil Patrick Harris jako Hrabia Olaf jest świetny. Odpowiednio diaboliczny, a zarazem odpowiednio charyzmatyczny. Zamiast klauna Carrey’a dostaliśmy czarnego charaktera, który rzeczywiście wydaje się zły do szpiku kości. Oglądałam Harrisa i ani razu nie wątpiłam w to, że jego Olaf jest zdolny do tego, aby kogoś zabić, zaszantażować, oszukać czy okaleczyć. Zresztą trudno się dziwić, skoro ten aktor grał tak moralnie dwuznacznego osobnika jak Barney Stintson, który ocierał się nieraz o geniusza zła. I ogląda się go z wielką przyjemnością, zwłaszcza, że jest kilka scen skupiających się tylko na nim i na jego planach.

Wiele postaci zresztą zyskuje w tym serialu dodatkową charakterystykę. Czasem jest to coś fajnego (jak poprzedni pomocnik Wujcia Monty’ego, Gustaw, działający w WZS, aby pokrzyżować Olafowi plany), czasem coś wnerwiającego (jak Sędzia Strauss bolejąca nad tym, że nigdy nie była matką), ale koniec końców wszystkie dodatkowe sceny, pokazujące na przykład to jak doszło do przydzielenia Hrabiemu Olafowi opieki nad Baudlaire’ami albo jak przebiegło ponowne spotkanie Olafa i doktor Orwell, ogląda się fantastycznie.

 

Scenografia i kostiumy zachowują tę typową dla Serii Niefortunnych Zdarzeń (jak również i kilku innych dzieł) retro estetykę, która z jednej strony sprawia, że trudno określić w jakiej właściwie epoce dzieje się akcja; a z drugiej zapiera dech w piersiach, bo wszystko jest odpowiednio mroczne, ładne czy dziwne. Jest nawet w pierwszym odcinku taka scena, w której rodzeństwo Baudlaire jedzie tramwajem na plażę, a obok mija ich straż pożarna, i jest to scena żywcem przeniesiona z pierwszej ilustracji Brada Helquista w Przykrym Początku.
Trafia się kilka utworów muzycznych, które wpadają w ucho, poczynając od piosenki tytułowej (z tekstem zmieniającym się w zależności od tego, którego tomu adaptacją jest dany odcinek), a na melancholijnej That’s Not How The Story Goes wieńczącej pierwszy sezon skończywszy (tę właśnie słuchałam najczęściej). Ba, Hrabia Olaf ma nawet villain song!
Wybaczcie, ale ta recenzja pisana jest z punktu widzenia kogoś, kto czytał książki i je uwielbiał. Ogólnie rzecz biorąc serial jest o wiele bardziej wierny materiałowi źródłowemu, do tego stopnia, że oglądając poszczególne sceny miałam te same myśli, co przy komiksowej adaptacji Koloru magii – „A faktycznie było coś takiego!” (choć nieraz myślałam też: „Tego na pewno nie było w tym tomie. Czy to nawiązanie do tych późniejszych książek, których nie zdążyłam przeczytać; czy może to jakiś wymysł scenarzystów?”). Tak czy inaczej jestem zachwycona.

 

Natomiast zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to historia dla wszystkich. Seria Niefortunnych Zdarzeń jest w wielu miejscach przerysowana i jednak opiera się na angście i czarnej komedii (a miejscami niektóre postaci mogą przyprawić o frustrację swoim zachowaniem wobec Baudlaire’ów). Mimo wszystko przez cały czas jesteśmy informowani o tym, że w tej serii nie czeka nas nic miłego i że nie możemy spodziewać się szczęśliwego zakończenia. I choć wszystkim polecam zapoznanie się tak z serialem, jak i książkami, liczę się z tym, że dla niektórych ciekawa estetyka i specyficzny humor to za mało.
Kategorie
Krótka notka

Recenzja: Milo Murphy’s Law

Advertisements

Być może jest wśród moich czytelników ktoś, kto oglądał taką kreskówkę Fineasz i Ferb. Ta nieprzeciętna produkcja Disneya zdobyła sobie rzeszę fanów zaskakującym humorem, unikalnymi postaciami, wpadającymi w ucho piosenkami i kreatywnością w ogóle. Dorobiła się czterech sezonów i kilku filmów specjalnych, w tym – crossovera z Avengers: Potęga i Moc i fineaszo-ferbowej wersji Gwiezdnych Wojen. Co by nie mówić – Fineasz i Ferb był natychmiastowym hitem Disneya i oferował świetną zabawę.
Milo Murphy’s Lawma tych samych twórców i to widać. Co więcej – jest to serial dość unikalny w swoich założeniach.


 

Trzynastoletni Zack przeprowadził się właśnie do nowego miejsca. Idąc do autobusu szkolnego, spotyka dziwnego chłopca, Milo Murphy’ego, który nawiązuje z nim dziwną konwersację (proponuje mu, żeby się od niego odsunął i wspomina o tym, że dzieci nazywają go „słowem na J”). Na początku nowy uczeń nie za bardzo wie co o tym wszystkim myśleć, po chwili jednak rozpętuje się chaos – wszystko, co mogło pójść źle, idzie źle. Tak się bowiem składa, że Milo Murphy to potomek Edwarda Murphy’ego Juniora i cierpi na chorobę zwaną Ekstremalnym Dziedzicznym Prawem Murphy’ego. Co za tym idzie – gdziekolwiek się pojawi dochodzi do załamywania się konstrukcji, łamania kończyn, ataków dzikich zwierząt i wielu, wielu, nieraz naprawdę kuriozalnych wypadków.
Nasi bohaterowie – Milo, Zack i Melissa.
Pierwsze, co urzeka w Milo Muprhy’s Law, to właśnie tytułowy bohater, Milo, który do wszystkiego, co na niego spada, podchodzi z optymizmem, a nawet entuzjazmem, i jest gotowy prawie na każdą ewentualność. Jest to niewątpliwie bardzo sympatyczny i ciekawy bohater, i choć są w jego mieście ludzie, którzy traktują go nieco oschle (od dzieci w szkole do strażnika przy przejściu dla pierwszych), jest też wiele osób, które go naprawdę lubi, poczynając od jego przyjaciółki, Melissy, a na strażakach kończąc. Zack też – mimo że jest bardzo ostrożny – szybko zaprzyjaźnia się z Milo i wraz z nim i z Melissą przeżywa przygody.
Sama Melissa jest bardzo wyluzowana. Widać, że lubi spędzać czas ze swoim najlepszym przyjacielem, mimo tego, że nieraz pech Milo pakuje ją w tarapaty. To wcale nie oznacza, że nie potrafi się wściec, zdenerwować albo przerazić. Po prostu ma się wrażenie, że ona i Milo niejedno razem przeszli i w związku z tym łączy ich bardzo silna więź.
Balthazar Cavendish i Vinnie Dakota – podróżnicy w czasie.
I sprzedawcy pistacji.
W ogóle jeśli chodzi o postacie, to Milo Muprhy’s Law ma kilka bardzo interesujących, do tego stopnia, że chcę o nich wiedzieć więcej. Trójka z nich to sama rodzina głównego bohatera – siostra będąca wielką fanką Doktora Zone’a (parodii Doktora Who), ojciec, po którym Milo odziedziczył pecha, oraz matka, która daje synowi dobre rady (swoją drogą, ja naprawdę jestem ciekawa, jak doszło do tego, że państwo Murphy się poznali i w sobie zakochali; jest potencjał na fajny odcinek) – reszta zaś to, między innymi, para podróżników w czasie, którzy zajmują się głównie sprzedażą i ochroną pistacji; nauczycielka, która lubi za bardzo swoje biurko; koleżanka Milo ze szkoły, lubiąca organizację; pies Murphy’ch, który zawsze pojawia się w dziwnych momentach… Ba – jest mnóstwo takich jednoodcinkowych postaci, które w trakcie swojego krótkiego występu stanowią puentę do, nieraz bardzo surrealistycznych, żartów (golfiarze w The Note).
Nie mówiąc już o tym, że same pomysły na odcinki są niesamowite. Wiele z nich zasadza się na tym, że bohaterowie mają zadanie do wykonania, ale prawa Murphy’ego im je utrudniają. Kiedy indziej Milo i jego przyjaciele są wrzucani w jakąś sytuację i muszą sobie jakoś z nią poradzić. Raz Melissa i Zack chcą urządzić Milo przyjęcie urodzinowe, bo nigdy takiego nie miał; kiedy indziej podczas wycieczki szkolnej cała trójka trafia do podziemi i spotyka grupkę budowlańców, którzy utknęli pod powierzchnią ziemi i postanowili założyć własną cywilizację. Poza tym – pościg za uciekającym zwolnieniem od lekarza, stanie w kolejce na film o Doktorze Zone (w której to kolejce są zatwardziali, nieraz bardzo snobistyczni fani serialu), wyprawa na Dziki Zachód, wyjście do opery i zadbanie o to, aby przedstawienie się odbyło… żeby wspomnieć o kilku przygodach naszej trójki pechowców. A wszystko to okraszone błyskotliwych humorem, dobrymi dialogami i wartką akcją.
Ale ten serial ma też świetną oprawę muzyczną. Być może piosenki nie pojawiają się we wszystkich odcinkach, ale kiedy już się pojawiają, wpadają w ucho, tak jak te z Fineasza i Ferba. A są to piosenki o tak kuriozalnych tematach, jak jajko. Ponadto głosu Milo użycza Weird Al Yankovic, i nie dość, że śpiewa piosenkę tytułową, to jeszcze zdarza mu się kilka numerów w samym serialu.
 
Milo Murphy’s Lawdoczekał się jak dotąd pięciu odcinków, a kiedy sprawdziłam na Wikipedii, kiedy mają być następne i nie znalazłam żadnych informacji, pomyślałam sobie: „Nie, to niemożliwe, aby coś tak dobrego było tak krótkie.” Na szczęście nie jest, to tylko chwilowy hiatus. Mimo wszystko mam niedosyt i chcę więcej. Wydaje mi się, że Milo Murphy’s Law ma jeszcze tę zaletę, że uczy pogody ducha. W końcu na głównego bohatera spada ciągle masa nieszczęść, a on się nie złamuje. W dodatku serial pełen jest takich bardzo sympatycznych momentów, kiedy ktoś robi coś tylko po to, aby ktoś inny dobrze się bawił albo nie czuł się źle. To bardzo słodkie.
Kategorie
Lipiec z Lucky Lukiem Miesiące z...

Lipiec z Lucky Lukiem – The Man Who Shot Lucky Luke (recenzja)

Advertisements

Na początku tego miesiąca wspomniałam o tym, że z okazji siedemdziesiątej rocznicy powstania Lucky Luke’a, we Francji i Belgii przygotowywane są różne wydarzenia specjalne. Jednym z tych wydarzeń jest niejako komiks The Man Who Shot Lucky Luke autorstwa Matthieu Bonhomme. Oczywiście, jak tylko się o tym dowiedziałam, zaczęłam szukać komiksu w jakiejś w miarę przystępnej formie, mając nadzieję, że uda mi się go przeczytać i zrecenzować. Pytałam nawet w „Komikslandii” (sklepie z komiksami na stacji Metro Centrum), czy jest możliwość, aby The Man Who Shot Lucky Luke pojawił się w Polsce, ale wyglądało na to, że na razie nie ma na to szans. Tak czy inaczej, po jakimś czasie pogodziłam się z tym, że ta recenzja nie pojawi się w Lipcu z Lucky Lukiem. Potem jednak pewna dobra dusza udostępniła The Man Who… polskim fanom i oto jesteśmy.

Komiks zaczyna się od sceny, w której tłum zbiera się na ulicy, a ktoś z oddali krzyczy: „Udało mi się! Zabiłem legendę! Zabiłem Lucky Luke’a!” Następnie cofamy się w czasie o kilka dni. W ciemną, deszczową noc Lucky Luke i Jolly Jumper przybywają do miasta Froggy Town, aby się ogrzać po długiej podróży. W chwili, kiedy ludność dowiaduje się, że to właśnie słynny samotny kowboj przybył do ich miasteczka, niedowierzają własnym oczom i uszom, i odnoszą się do Luke’a z mieszanką bojaźni i respektu. Po jakimś czasie Luke poznaje niejakiego „Doca” Wedensday’a oraz trzech braci Bones – Jamesa, Antona i Steve’a, którzy są miejscowymi szeryfami. Co więcej następnego dnia po jego przyjeździe, ludność informuje Luke’a, że miasto ma pewien problem: niedawno wagon wiozący złoto z kopalni został zaatakowany, a jego woźnica zabity. Mieszkańcy Froggy Town proszą więc Luke’a o pomoc w śledztwie. Niebawem nasz bohater odkrywa, że coś w tej sprawie śmierdzi.
Wszystko w The Man Who Shot Lucky Luke mówi nam, że nie będzie to zwykła przygoda Luke’a. Począwszy od okładki i bardziej realistycznego designu postaci, a na tytule skończywszy. I rzeczywiście – jeżeli chcecie tradycyjnego Lucky Luke’a utrzymanego w lekkim klimacie, to się zawiedziecie. Żarty są właściwie dwa, a i tak jeden staje się śmieszny dopiero po jakimś czasie. W The Man Who Shot Lucky Luke mamy za to: przekleństwa, przemoc w rodzinie, ludzi szykujących się na to, aby dokonać rzezi na Indianach… Sam Doc Wednesday, który towarzyszy Luke’owi przez dłuższy czas, ma koszmary z powodu ludzi, których zabił; oraz zepsutą od picia wątrobę (generalnie wydaje się być jedną nogą w grobie).
Mamy więc tutaj konwencję Mroczniej i Ostrzej, komiks pełen dramatyzmu, chociaż nie przesadzający za bardzo z patosem. Prawdę mówiąc, spodziewałam się, że Człowiekiem, Który Zastrzelił Lucky Luke’a, będzie jakiś młokos, próbujący wyzwać Luke’a na pojedynek (i nawet początkowa scena z Jamesem Bonesem zapowiada niejako taki obrót spraw). Wszakże w wielu „rewizjonistycznych” westernach jest ten motyw starego rewolwerowca, którego nagabywują szukające sławy młodzieniaszki. To jednak, co Bonhomme zrobił w tym komiksie, było o wiele lepsze i o wiele bardziej melancholijne.
Przede wszystkim, moim skromnym zdaniem, najlepszym elementem tej historii jest wątek Doca Wedensday’a. Stary, schorowany człowiek, najwyraźniej z pełną przemocy przeszłością, zaprzyjaźnia się z Lukiem i ostrzega go, żeby nie popełniał tych samych błędów, co Doc – nie niszczył sobie zdrowia i nie zabijał. Wydaje się, że Luke jest dla Doca kimś w rodzaju nadziei na lepszą przyszłość. Przez to cała ich relacja ma taki bardzo słodko-gorzki posmak.
Bracia Bonesowie, chociaż na początku kreowani na czarne charaktery, z czasem wpadają coraz bardziej w odcień szarości (zwłaszcza, kiedy poznajemy ich ojca), a pod sam koniec jest nam nawet ich trochę żal.

Sam Lucky Luke jest taki jak zawsze – spokojny, stanowczy, próbujący dojść do prawdy i postępujący zgodnie z prawem. Nie pozwala tłumowi, ani zaatakować Indian, ani dokonać linczu na więźniu. Strzela również szybciej niż jego własny cień, tak jak można by się było po nim spodziewać. Jednakże, ponieważ cała historia jest poważna, Luke rzadko żartuje. Ten ciągnący się gag, o którym wspominałam wyżej, dotyczy tego, że Luke próbuje na różne sposoby zapalić, ale okoliczności mu na to nie pozwalają, bo a to tytoń zamoknie, a to go wywieje przez okno, a to papieros spadnie w błoto… To, że Jolly Jumper – ten sarkastyczny drań, komentujący wszystko, co się dzieje – jest w tej historii niemy, sprawia, że pozbawieni jesteśmy jakiegokolwiek comedy reliefu.

Ponadto jest w tym komiksie kilka takich smaczków, które napawały mnie smutkiem i jakimś takim niepokojem. Pewien chłopiec pyta Luke’a, czy to prawda, że zabił kuzynów Dalton, a ja zastanawiałam się, czy chodzi mu o oryginalnych braci Daltonów, którzy rzeczywiście pod koniec Wyjętych spod prawa zginęli; czy też może Joe i jego braci, którzy przez pewien czas byli właśnie nazywani kuzynami Dalton, aby odróżnić ich od Boba, Billa, Grata i Emmetta (to z kolei sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy czasem The Man Who… nie dzieje się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, przed cenzurą). Kiedy indziej mamy scenę na cmentarzu, gdzie na jednym z nagrobków napisane jest: „Morris z Bevere. Być może pewnego dnia spotkamy się na Wielkiej Prerii”, co pewnie miało być takim hołdem złożonym twórcy Lucky Luke’a, ale dla mnie to było przypomnienie, że Morris nie żyje i nie obchodzi tej wielkiej rocznicy wraz z resztą świata.
Jakiś czas po przeczytaniu The Man Who Shot Lucky Luke zastanawiałam się, czy jest on prequelem, który ma wyjaśnić pewne rzeczy z „mythosu” Lucky Luke’a (między innymi to, że Luke nie pali); czy może rzecz dzieje się po wielu, wielu latach, kiedy nasz samotny kowboj przeżył już większość swoich przygód i jest zmęczony sławą. W końcu doszłam do wniosku, że jest to tak zwany midquel. I osadziłabym go gdzieś jakiś czas po pierwszych kilku albumach o Luke’u, kiedy jeszcze Jolly Jumper był zwykłym koniem, Luke palił papierosy, a cenzura jeszcze nie ożywiła Boba Daltona i Phila Defera. Chociaż jest też wiele dowodów przeciwko tej tezie, na przykład to, że Luke już ma wyrobioną reputację i „wielu wrogów”.
(W ogóle mój mózg doszukiwał się dziwnych podtekstów w tym komiksie. W pewnym momencie Luke mówi: „Braterska miłość, heh? To pewnie coś czego nigdy nie doświadczę.”, co pewnie miało się odnosić do tego, że Luke jest jedynakiem. Ja jednak odniosłam wrażenie, że myślał wtedy o Daltonach. Ale pewnie to jakaś apofenia mi się rozwija.)

 

Cóż więcej powiedzieć? Mogłabym się rozpływać nad tym komiksem, nawet jakoś go zanalizować, ale nie chcę rzucać spoilerami (będzie jeszcze na to czas). The Man Who Shot Lucky Luke jest dobrym komiksem, fantastycznie napisanym i narysowanym. W dodatku nie pozostawia obojętnym. Bo jak można być obojętnym wobec komiksu, w którym Lucky Luke zostaje zastrzelony?