Kategorie
Recenzje

Recenzja: Preacher (pilot)

Advertisements
Dominic Cooper zmęczony życiem.
Na początku tego roku wspominałam o tym, że jednym z seriali, na które czekam, to Preacher, będący kolejną próbą przeniesienia na mały ekran komiksu ze stajni DC. Co ciekawe, kiedy usłyszałam po raz pierwszy, o czym Preacher ma być (w pastora z przeszłością wstępuje istota nie z tego świata, a ten postanawia, wraz z irlandzkim wampirem i byłą dziewczyną, odnaleźć Boga, aby Mu wygarnąć), raczej nie zakładałam, że będę go oglądać. Potem jednak dowiedziałam się, że w rolę tytułowego kaznodzieja obsadzono Dominika Coopera, który grał Howarda Starka z lat czterdziestych, więc właśnie ze względu na tego aktora postanowiłam, że jednak dam temu serialowi szansę. Zwłaszcza, że pierwszy teaser sprawił, że zainteresowałam się samą fabułą. Niemniej, pozostał motyw wygarnięcia Bogu, o czym przypomniano mi w poprzednim tygodniu w oczekiwaniu na premierę pilota, toteż zaczęłam się nawet wahać. W końcu postanowiłam obejrzeć pilota i na tej podstawie zdecydować, co dalej.
I właściwie pierwszy odcinek Preachera zachęcił mnie do dalszego oglądania. Już samym swoim początkiem.


Preacher zaczyna się od sceny w kosmosie przywodzącej na myśl film klasy B. Przez naszą galaktykę przelatuje dziwny, zielonkawy dym, który trafia do Afryki, akurat jak pewien misjonarz prowadzi mszę. Ten dym to tajemnicza istota, która wstępuje w misjonarza, po czym rozsadza mu głowę. Następnie przenosimy się do Anville w Teksasie, gdzie nękany wspomnieniem śmierci swojego ojca pastora, Jesse Custer próbuje sam poradzić sobie w roli kapłana. Widać jednak, że mu nie wychodzi – wygłasza kiepskie kazania, jest zanudzany na śmierć opowieściami jednego z parafian, a on sam wydaje się nie słyszeć głosu Boga. W dodatku po miasteczku krążą opowieści o tym, co Jesse robił, zanim osiadł w Anville, nie mówiąc już o tym, że jego była dziewczyna i wspólniczka, Tulip, próbuje namówić go do powrotu. Tymczasem do Anville (zeskakując z samolotu!) przybywa wampir Cassidy, a tajemnicza istota z kosmosu krąży po świecie i zabija kolejnych kapłanów.
Odnoszę takie wrażenie (choć mogę się mylić), że postanowiono adaptować Preachera ze względu na sukces Daredevila. Oba seriale są bardziej brutalne od pozostałych adaptacji komiksów z ich rodzimych wydawnictw (Deadpoola nie liczę); oba mają motyw religijności głównych bohaterów i protagoniści obu seriali zmagają się z ciągotami do przemocy. Widać jednak, że w zamyśle Preacher miał być czymś podobnym do Constantine’a – urban fantasy o walce z demonami i ukrywającymi się wśród ludzi potworami.
Oczywiście jest też mowa o Wielkiej Wojnie, która Nadciąga, i tutaj serial wydaje się być nieco sztampowy w tego typu produkcjach. Widz ma się też zastanawiać, czy to, że Jesse Custer uważa, że Bóg go nie słyszy, to zwykły kryzys wiary; czy może ma to jakiś związek z Nadchodzącą Wojną.
Sam Jesse wyszedł interesująco. Miałam takie wrażenie, że zwyczajnie nie ma powołania – że jest pastorem tylko dlatego, że jego ojciec nim był (no i dlatego, że Jesse chce uciec od przeszłości), i sam nie posiada predyspozycji do bycia kapłanem. Zdaje sobie z tego sprawę, jednak mimo to próbuje spełniać swoją posługę – słuchać swoich parafian, być dla nich duchowym wsparciem, głosić Słowo Boże. A kiedy mały chłopiec prosi go, aby poturbował jego ojca-brutala, Jesse woli załatwić wszystko pokojowo, za pomocą prawa. Właściwie to w scenie, w której tłumaczy chłopcu, że przemoc może eskalować, widać po jego minie, że wie o czym mówi. Kiedy zaś już dochodzi do walki między nim a ojcem chłopca, możemy zaobserwować, że sprawia mu ona przyjemność. Dominic Cooper pokazał to wszystko fantastycznie, opierając się głównie na mimice twarzy.
I kiedy tajemnicza istota wreszcie wstępuje w naszego bohatera, nie robiąc mu przy tym krzywdy, łatwo się domyślić, że z jakiegoś powodu Jesse jako gospodarz, jej odpowiada. Zachodzi więc pytanie: czemu? Czy dlatego, że Jesse kryje w sobie ciemność, której nie mieli poprzedni kapłani, czy może dlatego, że ma on jakieś przymioty, które na razie pozostają przed nami ukryte? Na razie sama istota robi wrażenie złowieszczej, więc czuć, że zdarzy się coś niedobrego.
Ruth Nigga jako Tulip.
Była Jesse’ego, Tulip (również grana przez aktorkę znaną z MCU, Ruth Negga), wyszła interesująco. Trochę jak Elektra Natchios (w tym sensie, że jest ostrą, potrafiącą walczyć babką, która próbuje sprowadzić ukochanego mężczyznę z powrotem na złą drogę), ale jednocześnie nie brak jej takiego jakiegoś unikalnego wdzięku. Cała scena z dziećmi, które są świadkami tego jak zatłukła jednego faceta, nadaje jej charakteru. Właściwie Negga gra zupełnie inną kobietę niż Raina z Agentów TARCZY – Tulip jest bardziej ekstrawertyczna i częściej brudzi sobie ręce.
Joseph Gilgun jako Cassidy.
Z kolei Cassidy… no, Cassidy ma być typowym wygadanym i zadziornym gościem, który pojawia się w życiu głównego bohatera i z jakiegoś powodu uważa, że będzie zabawnie mu pomóc. Na razie nie wiem, czy go lubię, czy nie. Będę musiała zobaczyć jak się jego postać rozwinie w dalszych odcinkach.
Patrząc zaś na mieszkańców Anville, można zauważyć wiele takich typowych wyobrażeń na temat samych Teksańczyków – chodzących w kowbojskich kapeluszach, lubiących strzelać do wiewiórek gości, którzy kochają Południe i wszystko, co z nim związane. Jest nawet scena z wieczorną ustawką, kiedy to fani starej, rasistowskiej maskotki atakują nową, bardziej politycznie poprawną, a szeryf nie tylko nic nie robi, ale wręcz pochwala całe zdarzenie jako obronę starych wartości.
No właśnie, szeryf. Słyszałam, że coś ma z nim być. Właściwie już w pilocie sprawia wrażenie człowieka, który jest moralnie wątpliwy, chociażby przez to, że nie za bardzo pozwala zdeformowanemu synowi wychodzić z domu. Sam syn jest typowym outsiderem o dobrym sercu, który w dodatku lubi Jesse’ego, a Jesse lubi jego (choć widać, że też czuje się przy nim nieswojo).
W ogóle w serialu panuje duszna atmosfera, którą pogłębia sceneria spieczonego słońcem Teksasu. Wspominałam, że pierwsza scena przypomina film klasy B, ale jeżeli ktoś z Was widział dwa filmy Tarantino zatytułowane Grindhouse, to Preacher też do pewnego stopnia wyda im się znajomy. Oczywiście, nie ma tam zaginionych scen z ważnymi informacjami, ale są, na przykład, momenty, w których latają kreski niczym ze starego, niskobudżetowego filmu (i znów – kłania się pierwsza scena), a flaki Cassidy’ego wyglądają jak z kiepskiego horroru. Ja nie czytałam komiksowego Kaznodziei, ale z tego co widziałam, jest on utrzymany w takiej żółtawej kolorystyce, przywodzącej na myśl palące słońce; a postaci są narysowane bardzo szczegółowo, więc może quasi-grindhouse’owa stylistyka jest nawiązaniem do komiksu.
Jedno, co utrudniało mi cieszenie się z tego serialu, to sposób w jaki bohaterowie mówią. Nie chodzi tylko o slang, którym się posługują, ale też o akcent i tempo mówienia, które nieraz było tak szybkie, że nie rozumiałam połowy z tego, co zostało powiedziane. I szczerze współczuję wszystkim grupom translatorskim, które wezmą się za robienie do Preachera napisów.
Pamiętam jak pierwszy odcinek Constantine’a mnie nie porwał, chociaż wielu ludzi mówiło, że jest to serial lepszy niż jakakolwiek inna własność DC adaptowana dotąd w telewizji (czyli Arrow, Flash i Gotham). Pamiętam też, że śledziłam Constantine’a do odcinka przed wielkim hiatusem, a potem po prostu sobie darowałam, bo nie byłam zainteresowana, co działo się dalej. W przypadku Preachera chcę wiedzieć, co będzie dalej. Chcę się dowiedzieć czym jest to coś, co weszło do ciała Jesse’ego i co z tego wyniknie. Chcę się też dowiedzieć czegoś o przeszłości tytułowego kaznodziei i to nawet nie tej, przed którą uciekł do Anville.

 

Nie ma co – totalnie zamierzam ten serial oglądać, bo zapowiada się nieźle. Oby tylko utrzymał poziom w następnych odcinkach.
Kategorie
Recenzje

Recenzja: Jessica Jones

Advertisements
Daredevil porwał mnie swoim mrocznym tonem, ciekawym czarnym charakterem i wieloma innymi rzeczami, toteż poniekąd byłam ciekawa jak poradzą sobie inne seriale Netflixa i Marvela, będące build-upem do Defenders. Akurat w przypadku Jessiki Jones, przez długi czas nie byłam zainteresowana serialem o niej (po części też z powodu Krysten Ritter… ale o tym potem), jednak kiedy dowiedziałam się więcej o koncepcie jej postaci, wszystko się zmieniło. Czekałam na premierę, denerwowałam się ciągłymi zmianami terminów, aż wreszcie pod koniec listopada mogłam obejrzeć drugi serial Netflixa osadzony w Marvel Cinematic Universe.
I powiem szczerze, że – tak jak DaredevilJessica Joneswciągnęła mnie niemal od samego początku.

Jessica Jones – prywatny detektyw z supersiłą i problemami alkoholowymi – pewnego dnia dostaje zlecenie od zatroskanych rodziców Hope Schlotmann, która zaginęła i nie daje znaków życia. Prowadząc śledztwo w sprawie Hope, Jessica odkrywa, że dziewczyna padła ofiarą Kilgrave’a – złoczyńcy obdarzonego mocą kontroli umysłów, którego ofiarą padła kiedyś sama pani detektyw. Sprawy komplikują się i Jessica – wraz z najlepszą przyjaciółką Trish, prawniczką Jeri Hogarth, barmanem Lukiem Cage’m i kilkoma innymi osobami – musi udowodnić istnienie kogoś takiego jak Kilgrave i doprowadzić do jego aresztowania. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że Kilgrave ma obsesję na punkcie Jessiki i chce ją sobie znów podporządkować. Jessica ma więc ciężki orzech do zgryzienia – musi zapobiec tragedii i pokonać swój największy koszmar.

 

Ten serial zaczyna się jak film noir (Jessica nawet prowadzi narrację w stylu detektywów z tego typu produkcji), ale szybko zmienia się w trzymający w napięciu thriller psychologiczny. Jest mroczny tak jak Daredevil, jednak w przeciwieństwie do swojego poprzednika, sprawił, że w wielu miejscach poczułam się naprawdę nieswojo (zwłaszcza w szóstym odcinku).

Spora w tym zasługa głównego antagonisty. Kilgrave jest psychopatą, który potrafi jednym zdaniem sprawić, że ludzie zrobią absolutnie wszystko – oddadzą mu marynarkę, wejdą do szafy i będą tam siedzieć niezależnie od własnych potrzeb fizjologicznych; a nawet zabiją siebie lub innych. W dodatku Kilgrave chce zdobyć kontrolę nad Jessiką, przekonać ją, żeby do niego wróciła, bo inaczej inni za to zapłacą. Serial w umiejętny sposób pokazuje nam pełnię grozy, zarówno bycia pod wpływem kogoś o takiej mocy, jak i bycia kimś, na punkcie kogo ktoś taki ma obsesję. Dlatego chcemy, aby Jessica go jak najszybciej powstrzymała.

Przemoc – fizyczna, emocjonalna i psychiczna – wydaje się być zresztą motywem przewodnim Jessiki Jones. Relacje między główną bohaterką a jej nemezis są jedną wielką metaforą przemocy emocjonalnej, gwałtu i toksycznego związku, zarówno jeśli chodzi o zachowanie Kilgrave’a, jak i spustoszenia psychiczne, jakie pozostawia ono na Jessice. Z drugiej strony mamy Trish, która była młodocianą gwiazdą i w zasadzie była wykorzystywana przez swoją matkę do zarabiania pieniędzy; a z zeznań Wendy, żony Jeri, dowiadujemy się, że prawniczka wielokrotnie znęcała się nad nią słownie. (W pewnym momencie wydaje się, że także sam Kilgrave był ofiarą przemocy w rodzinie.)

Co zaś się tyczy samej głównej bohaterki, ma ona wiele cech klasycznego detektywa z czarnych kryminałów – jest cyniczna, złośliwa i temperamentna, a do tego ma za sobą smutną przeszłość (śmierć rodziny w wypadku, który dał Jessice supermoc; życie z Trish i jej matką, a wreszcie związek z Kilgrave’m)… jednakże jest też opiekuńcza wobec Trish, chce pomóc Hope i każda ofiara Kilgrave’a jest dla niej kolejnym ciosem.
I Krysten Ritter jest w tej roli niesamowita.
No właśnie, obsada. Od razu powiem, że ja Krysten Ritter znałam wcześniej głównie jako słodką idiotkę z Wampirzyc (tak na marginesie – fajny film, sprawdźcie go) i też w vlogu ERoda, z którego dowiedziałam się, że ma ona zagrać Jessikę Jones, wykorzystane zostało zdjęcie, na którym wyglądała właśnie jak taka słodka idiotka. Ale późniejsze zdjęcia z planu przekonały mnie, że nie będzie kimś takim w Jessice Jones.
W tym serialu zresztą grały dwie aktorki, za którymi zwyczajnie nie przepadam i które mnie irytują, ilekroć je widzę. Pierwszą z nich jest Rachael Taylor, grająca Trish, a drugą – Colby Minifie w roli będącej w kazirodczym związku sąsiadki Jessiki, Robyn. I o ile Trish jako postać daje się jakoś oglądać (zwłaszcza, że między nią a Jessiką jest chemia), o tyle Robyn nadal pozostaje wkurzająca (co pewnie było do pewnego stopnia zamierzone, choć jej późniejsze zachowanie ma jakieś tam uzasadnienie).
Carrie-Ann „Trinity” Moss w roli Hogarth i David Tennant w roli Kilgrave’a wyszli świetnie. Moss wydaje się być stworzona do grania tak zepsutej postaci jak Hogarth. Już sama jej prezencja nasuwa na myśl kogoś, kto trzyma emocje na boku i jest bezwzględny. Kilka osób określa Hogarth jako odstręczającą i z czasem podzielamy ten sentyment.
Za to Tennant najwyraźniej świetnie się bawił w roli tak potwornej postaci, jak Kilgrave. Ma w sobie pewne manieryzmy Dziesiątego Doktora, jednak jego dziecinne zachowanie stanowi niesamowity kontrast do tego, co każe robić swoim ofiarom. Dzięki aktorstwu Tennanta ma się wrażenie, że Kilgrave’a nikt i nic nie obchodzi, poza nim samym, i że ma on przekonanie o słuszności swoich roszczeń.

Luke Cage jest tutaj bohaterem szczególnym. Jego solowy serial ma się pojawić w tym roku, jednak ponieważ w komiksach on i Jessica zostają parą, a potem małżeństwem, w tym serialu mamy taką małą podbudowę pod tę relację, a także przedsmak Luke’a jako postaci – byłego więźnia, który na skutek eksperymentów zyskał supersiłę i supertwardą skórę. Podoba mi się to, że grany przez Mike’a Coltera Luke jest raczej spokojnym człowiekiem, który próbuje ułożyć sobie życie, ale ciągle napotyka przeszkody z zewnątrz.

(Tak nawiasem mówiąc, to wychodzi na to, że na razie nie widzieliśmy jeszcze tylko Danny’ego Randa, czyli Żelaznej Pięści, a tak to mamy ogólny zarys Defendersów ogarnięty).

Jessica Jones ma jednak pewną wadę, która może nie byłaby taka wielka, gdyby nie wcześniejszy Daredevil i to, co słyszeliśmy przed premierą Jessiki, a mianowicie – obiecano nam, że Claire Temple będzie występować we wszystkich serialach z członkami grupy Defenders (a i sam Matt Murdock miał zaliczyć cameo w ostatnim odcinku Jessiki Jones). Claire, oczywiście, się pojawia, ale tylko w jednym odcinku, co w porównaniu z jej rolą w Daredevilu, jest niemalże degradacją (no, a Diabeł z Hell’s Kitchen nie pojawia się w ogóle).
Poza tym za każdym razem, kiedy Jessica stwierdzała, że potrzebuje pomocy prawnika, dla ludzi, którzy oglądali Daredevila, wydawało się sensowne, aby zwróciła się do kancelarii „Nelson & Murdock”. Przecież, w przeciwieństwie do Hogarth, Matt i Foggy mają sumienie, i do tego jeszcze specjalizują się w obronie najuboższych. To byłby taki fajny moment, aby Jessica i Matt się spotkali… ale najwyraźniej producenci planują coś lepszego na przyszłość.
Motyw Robyn i Rubena też był taki… dziwny. Mogłabym przeżyć bez twincestu, zwłaszcza, że Ruben sprawiał wrażenie mało rozgarniętego, a Robyn – jak już mówiłam – wkurzała mnie niemiłosiernie.

 

Tak czy inaczej, Jessica Jones trzyma poziom ustanowiony przez Daredevila, i choć jak dotąd Matt Murdock pozostaje moim ulubieńcem, to i tak trudno mi przejść koło Jessiki obojętnie. Nie jestem też pewna, czy Wilson Fisk nadal jest najlepszym czarnym charakterem w MCU, bo Kilgrave był niemalże równie fantastyczny, będąc przy tym całkiem różny od przyszłego Kingpina. Zresztą, tak jak Daredevil, Jessica Jones ma świetną czołówkę. Tak więc jestem bardzo ciekawa, jak będą wyglądać seriale o Luke’u Cage’u i Żelaznej Pięści; i jak się będą wpasowywać w tonację swoich poprzedników.
Kategorie
Recenzje

Recenzja: Batman (książka Craiga Shawa Gardnera)

Advertisements

Uwaga! Recenzja zawiera spoilery do Batmana z 1989.

Kiedy padają słowa „adaptacja”, „książka” i „film”, zakładamy, że chodzi o filmową adaptację książki. W rzeczy samej, literatura od zawsze była inspiracją dla kinematografii i dzisiaj każda bardziej popularna powieść prędzej czy później doczekuje się filmu (a nawet serii filmów) na swojej podstawie. O wiele trudniej wyobrazić sobie sytuację odwrotną – że jakiś film zostaje zaadaptowany w formie książkowej (no, chyba, że jest to kreskówka… chociaż takich książeczek będących ilustrowanym streszczeniem jakiejś animacji też dawno nie widziałam). Jednakże, wbrew pozorom, ma ona miejsce. Wszak trylogia Powrót do przyszłościdoczekała się książkowych adaptacji, które (w przeciwieństwie do serialu animowanego i Back To The Future: The Game) są uznawane przez Roberta Zemeckisa i Boba Gale’a za kanoniczne, a nie za alternatywną rzeczywistość (jak wyżej wymienione dwa utwory).

I tak oto przechodzimy do dzisiejszej recenzji bardzo dziwnego tworu literackiego, którym jest BatmanCraiga Shawa Gardnera. Dziwność ta nie oznacza, że z książką jest coś nie tak, ale no, popatrzcie tylko – mamy tutaj powieść na podstawie filmu Tima Burtona z 1989, który z kolei był ekranizacją komiksów (czy też raczej przeniesieniem na ekran konceptu komiksowej postaci). Ktoś przyzwyczajony do tego, że Batman występuje w mediach wizualnych, może być zdumiony, że istnieje dzieło, w którym Mroczny Rycerz, jego wyczyny, miasto i przeciwnicy są opisywane, a nie pokazywane.

Niemniej jednak ta książka powstała – była częścią marketingu promującego film Burtona, a podjął się jej autor, który zwykle pisze parodie heroicznego fantasy, ale ma też na koncie kilka podobnych projektów (między innymi wspomniane powieściowe adaptacje Powrotu do przyszłości). Jak więc Craigowi Shawowi Gradnerowi udało się odwzorować gotycki klimat Burtona i postać Batmana?
Zacznijmy od tego, że literatura jako medium ma pewną szczególna zaletę – w powieści można wejść do głowy postaci. Można opisać słowami myśli, uczucia i wrażenia bohatera w jakiejś sytuacji, co nie zawsze jest możliwe w przypadku filmu, który opiera na zdolnościach aktorów, scenarzystów i reżyserów (nie twierdzę, że to źle, ale są rzeczy, których mimika i ujęcia kamery nie przekażą, a narracja przekazuje z łatwością). Literatura właściwie wymuszaprzyjmowanie perspektywy bohatera, a to z kolei daje jakiś szerszy wgląd w jego psychikę i stan emocjonalny.
Książka Gardnera korzysta niejako z tej przewagi i właściwie sceny z filmu przedstawiane nam są w niej z perspektywy konkretnych postaci. Raz jest to Bruce Wayne, raz Vicki Vale, raz Alexander Knox, raz Joker… o przepraszam… Dżoker…
Na przykład, tak komisarz Gordon widzi nowo mianowanego prokuratora generalnego Gotham, Harveya Denta:
Nowy prokurator był wysoki i szczupły. Wyglądał jakby urodził się po to, aby nosić eleganckie garnitury. Jego brązowa skóra błyszczała w światłach. Gordon uznał, że to jeszcze jedna rzecz, która powinna go cieszyć, bo Dent będzie się świetnie prezentował w telewizji – znacznie lepiej niż komisarz w średnim wieku, z nadwagą i przygarbioną sylwetką.

 

Z kolei podczas pościgu w Axis Chemicals Company, Jack Napier ma takie myśli:
Grissom ma w rękach policję. Policja próbuje dostać Jacka. Zamiast tego Jack dostanie Grissoma. Napier uśmiechnął się. Co za zabawny układ! Wszystko było grą.
Czy tańczyłeś kiedyś z diabłem w bladym świetle księżyca?
Maszyny, kule, krzyki i opary. Jeszcze nie był wolny. Jeśli się z tego nie uwolni, nigdy nie dostanie Grissoma. A to by było niesprawiedliwe.
To jest coś więcej niż gra, pomyślał. To jest wielki, nie kończący się żart.
Gardnerowi udaje się w miarę dobrze wykorzystać atut, który daje mu medium. Niewątpliwie największą zaletą jego książki jest to, że oglądamy sceny z filmu oczami jego bohaterów, co wzbogaca fabułę. Możemy się przekonać jakie myśli przychodzą do głowy Vicki Vale, kiedy śledzi Bruce’a od miejsca, w którym zginęli jego rodzice; jakie przeczucia ma przyszły Dżoker podczas pierwszej potyczki z Batmanem, która zakończyła się jego „śmiercią”; albo jakie uczucia targają Bruce’m Wayne’m, kiedy wspina się po schodach katedry na ostateczną walkę z Dżokerem.
Ponadto jeżeli oglądaliście filmik Nostalgii Critica o rzeczach, które można przeoczyć w Batmanie Tima Burtona, forma literacka dzieła Gardnera zwraca uwagę na wiele z tych rzeczy z tej prostej przyczyny, że zawiera je w opisie. Miejsce dla Bruce’a Wayne’a podczas początkowej konferencji prasowej jest puste? Bum! – w książce Gardnera komisarz Gordon ubolewa nad tym, że milioner się nie pojawił. Prezenterzy po wypuszczeniu trujących kosmetyków wyglądają na zapuszczonych? Voila – u Gardnera jest scena, w której Batman ogląda wiadomości w telewizji i kilka zdań poświęconych jest fizjonomii obojga prowadzących. (I znów – to nie to, że subtelność jest zła, a odkrywanie rzeczy przy ponownym oglądaniu nie sprawia frajdy.)

Poza tym – jak to bywa z adaptacjami – pewne sceny zostały usunięte, a inne dodane. Scena, w której Bruce i Vicki jedzą kolację w kuchni, słuchając opowieści Alfreda, nie przeszła do książki Gardnera, za to we fragmencie, w którym Vicki i Alexander Knox oglądają nagłówek z gazety informujący o śmierci Wayne’ów, fotografka zwraca uwagę na to, że na zdjęciu mały Bruce przytula się do młodszego komisarza Gordona (coś, co pojawia się w wielu wersjach origin story Batmana – Jim Gordon był policjantem wezwanym do zbadania miejsca zbrodni i do porozmawiania z właśnie osieroconym Bruce’m). Również fakt, że banknoty, które Dżoker rozdaje podczas parady, są fałszywkami z jego podobizną (scena, która została wycięta z oryginału), pojawia się w powieści.

(Osobiście podoba mi się to, że w którymś momencie opinia publiczna podejrzewa, jakoby Alexander Knox był Batmanem. Nie powiem, jak do tego dochodzi. Rzecz w tym, że my wiemy, że to nieprawda, Gordon wie, że to nieprawda, większość Gotham wie, że to nieprawda, ale tak jakby wszystko na to wskazuje, więc jest dziwnie.)
Jest jednak pewien problem, który mam z tą książką. Wynika on z mojej subiektywnej perspektywy. Bo widzicie, tak się składa, że ja nigdy wcześniej nie widziałam pierwszego BatmanaBurtona od początku do końca (może jak byłam mała, ale nie pamiętam; z kolei Powrót Batmana widziałam kilka razy, bo mi się po prostu bardziej podobał), najwyżej we fragmentach. Dlatego po przeczytaniu powieści Gardnera, obejrzałam wreszcie film Burtona w całości, tak dla porównania, i fakt, że najpierw czytałam książkę, wpłynął na mój odbiór oryginału.
Na przykład scena, w której Vicki śledzi Bruce’a, a potem, na głównym placu Gotham pojawia się Dżoker, jest napisana w taki sposób, że wydaje się bardzo dramatyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o emocje malujące się na twarzy milionera odwiedzającego miejsce śmierci swoich rodziców, a potem idącego przez szalejącą strzelaninę (to nie jest powiedziane wprost, ale jest zasugerowane, że kiedy wokoło latają kulę, Bruce jest oniemiały, bo przypomina sobie o swojej życiowej tragedii). A kiedy doszłam do niej w filmie, Michael Keaton wydawał mi się taki jakiś bez wyrazu, wręcz drętwy. Nie widziałam tego małego chłopca, którego widziała w Brucie książkowa Vicki Vale. Kiedy indziej, gdy Dżoker spotyka się z Vicki w muzeum i pokazuje jej swoje „dzieło”, czyli oszpeconą twarz swojej byłej kochanki, opis wygląda tak:
Lewa strona jej twarzy była całkowicie normalna. Skóra na prawym policzku była wypalona aż do mięśni, mięśnie zaś wyżarte kwasem aż do kości.

Tak więc oglądając tę scenę, czekałam, aż Alicja ściągnie maskę i zobaczę ten straszny widok, a to, co zostało mi pokazane, nie było nawet w połowie tak okropne, jak zapowiadał książkowy opis.

Powieść ma jednak swoje własne problemy. Jednym z nich są powtórzenia. Oczywiście, ci co widzieli film Burtona, wiedzą, że na przyjęciu w Wayne Manor Vicki i Knox nie wiedzą, kim jest postać grana przez Michaela Keatona i biorą go za po prostu jednego z gości, przy okazji wypowiadając kąśliwe uwagi pod adresem samego Bruce’a, aż do momentu, w którym on nonszalancko nie zdradza swojej tożsamości. W książce Gardnera, dopóki nie następuje to wielkie odkrycie, Bruce nazywany jest „mężczyzną w smokingu” albo „facetem w smokingu”, co po jakimś czasie robi się już trochę męczące. Z kolei za każdym razem, kiedy pomocnik Dżokera, Bob, robi coś, co zadowala jego szefa, pojawia się zwrot „Bob – dobry, stary Bob…”. Oczywiście, to taka konwencja, mająca na celu oddać myśli Jacka Napiera, ale z czasem wychodzi sztucznie (zwłaszcza, że chyba kilka razy została powtórzona na jednej stronie).
No i odniosłam takie wrażenie, że Gardner chciał zrobić tajemnicę z tego, że Bruce Wayne to tak naprawdę Batman, tu i tam podrzucić niedomówienia i tropy, że z tym facetem jest coś nie tak, a w końcu wywołać u czytelnika wielkie „Że coooo?”, kiedy Bruce jest pokazany przy pracy jako Człowiek-Nietoperz… z tym, że – umówmy się – czy jest na świecie jakaś osoba, która nie wie o alter ego miliardera z Gotham? Przecież nawet w 1989 roku, kiedy film wchodził do kin, a książka do księgarni, ludzie pamiętali serial z Adamem Westem, który swego czasu był bardzo popularny. Trudno uznać Bruce’a Wayne’a będącego Batmanem za spoiler. Okej – ten zabieg Gardnera był też niejako spowodowany tym, że sam Burton przez dłuższy czas nie mówi nam wprost, że Keaton to Mroczny Rycerz, a tylko puszcza oczko tu i tam, ale jednak nie traktuje tego jako jakiejś wielkiej tajemnicy, która ma nagle zostać rozwiązana w pewnym momencie.
Jest też problem, który w filmie może nie jest aż tak bardzo widoczny, ale w książce wychodzi na jaw dość szybko, a mianowicie – relacje między Bruce’m a Vicki są słabo rozwinięte i ich miłość pojawia się znikąd. Spotkali się na przyjęciu, trochę pofiltrowali, potem Bruce sobie poszedł, a dwa rozdziały dalej Vicki mówi Knoxowi, że idzie z Wayne’m na randkę, a jeszcze później leży razem z nim w łóżku, a Bruce stwierdza, że się zakochał. Żadnego namysłu po żadnej ze stron, żadnej scenki pokazującej jak się lepiej poznają, po prostu się w sobie zakochują. Mimo wszystko ta scena kolacji w filmie robi wielką różnicę – przynajmniej widać, że Vicki jest coraz bardziej zaintrygowana Bruce’m, bo już podczas ich pierwszej randki dowiaduje się o nim zaskakujących rzeczy.
Jak więc w ostatecznym rozrachunku oceniam Batmana autorstwa Craiga Shawa Gardnera?
Powiedziałabym, że jest pół na pół. Forma literacka ma swoje wady i zalety, więc sporo też zależy od wykonania. A Gardnerowi udaje się zarówno oddać dwie najważniejsze w całej historii postaci – Batmana i Dżokera – w mistrzowski sposób (a po seansie filmu Burtona zostałam w tym przekonaniu utwierdzona), ale też ten charakterystyczny klimat Gotham. Już prolog wprowadza nas do tego brudnego, zepsutego miasta, które tak dobrze znamy z innych inkarnacji. A dalsze opisy tego, co się dzieje, reakcji postaci na wydarzenia i ich wewnętrzne monologi – to wszystko nadaje powieści taki klimat thrillera sensacyjnego (z facetem przebranym za nietoperza i walczącego z morderczym klaunem, ale jednak thrillera sensacyjnego).
Jak dla mnie tą książkę można potraktować, trochę jak fanfik (miejscami miałam jednak wrażenie, że czytam jakieś fanfiction do Batmana), a trochę jak ciekawostkę. Mimo wszystko powieść została wydana w 1989 i stanowi relikt po tym jak film Burtona wchodził do kin (ba! – na samym końcu jest czarnobiały przedruk plakatu ze spisem obsady i nagłówkiem głoszącym, że film pojawi się w kinach już siódmego września). I w sumie czytanie tej książki po latach, kiedy mam już za sobą Batman: The Animated Series, trylogię Nolana i Gotham,a za kilka miesięcy ma wyjść Batman vs. Superman: Down of Justice, było bardzo dziwnym doświadczeniem, nie tylko przez to, że nawiązywało do konkretnej interpretacji Człowieka-Nietoperza, ale też przez to, że jest to tak nietypowa dla tej postaci forma.
Jeżeli więc natraficie na tę powieść w jakimś antykwariacie albo w bibliotece, nie zaszkodzi się z nią zapoznać, choćby z ciekawości.
Kategorie
Recenzje

Recenzja: Supergirl (pilot)

Advertisements
O tym, że czekałam na serial o Supergirl mówiłam Wam już wielokrotnie. Spodziewałam się, że będę musiała czekać do oficjalnej premiery w listopadzie, ale okazało się, że pilot serialu wyciekł do sieci. Korzystając więc z uprzejmości piratów, postanowiłam pierwszy odcinek Supergirl ściągnąć i obejrzeć. Widać w nim rękę Grega Berlantiego, głównego producenta The Flash, ale czy serial zapowiada się dobrze?
Kara Zor-El przed zagładą Kryptonu zostaje zahibernowana i wysłana w kapsule kosmicznej za swoim kuzynem, Kal-Elem (czyli przyszłym Supermanem), aby go chronić na Ziemi. Niestety, fala uderzeniowa wywołana eksplozją planety, sprawiła, że kapsuła Kary trafia do tak zwanej Fantom Zone, gdzie czas nie istnieje. W rezultacie dziewczynka ląduje na Ziemi dwadzieścia lat później, kiedy jej kuzyn nie potrzebuje już ochrony. Kara wychowuje się w rodzinie Denversów i wyrasta na zwyczajną dziewczynę, która nie chce korzystać ze swoich mocy. Na co dzień pracuje jako asystentka głównej redaktorki gazety w National City, dostarczając kawę i materiały pracownikom. I tak podczas randki słyszy w wiadomościach, że samolot, którym leci jej siostra, właśnie uległ awarii i lada chwila się rozbije. Kara ratuje samolot, przy okazji stając się sensacją. To wydarzenie sprawia, że dziewczyna postanawia pójść w ślady kuzyna i zająć się superbohaterstwem. Tym samym zwraca na siebie uwagę tajemniczej organizacji do spraw kosmitów i grupy przestępców nie z tego świata.
Alex, przybrana siostra Kary.

W tym odcinku było mnóstwo bardzo dobrych elementów. Zacznijmy od tego, że supermoce Kary są przedstawione w ciekawy sposób, co widać chociażby wtedy, kiedy jej szefowa przybywa do budynku albo kiedy Kara stawia pierwsze kroki jako superbohaterka (w ogóle sceny, w których Kara zajmuje się zwalczaniem zbrodni są niesamowicie zrobione, a cały montaż tworzenia własnej tożsamości – po prostu wspaniały). Jimmy Olsen (choć już poniekąd można się domyśleć, co on tak naprawdę robi w National City) wyszedł bardzo sympatycznie, tak samo relacje między Karą a jej przybraną siostrą, Alex – chce się panie oglądać i dowiedzieć czegoś więcej o ich wspólnym dzieciństwie. Jest też wiele scen  komediowych, a jedna stanowi nawet nawiązanie do starej kreskówki o Supermanie i reszcie bohaterów DC. Serial wprowadza również kilka ciekawych wątków, które zapowiadają jego przyszłą dynamikę, i chodzi mi tutaj zarówno o organizację, która zajmuje się przybywającymi na Ziemię obcymi, jak i o więzienie pełne kosmitów, których przywódca ma związek z samą protagonistką.

Supergirl używa swoich mocy.

I aż chce się, aby jednak Supergirl była częścią Arrowverse i wprowadzała do niego elementy pozaziemskie, tak jak Flash wprowadził metahumans. Właściwie oba seriale mają ze sobą wiele wspólnego – są bardziej pogodne, z łatwością wprowadzają ważne elementy do fabuły, mają ciekawy sposób przedstawiania supermocy głównych bohaterów, a sami bohaterowie to bardzo mili i sympatyczni ludzie, którzy chcą pomagać i zaczynają dopiero swoją przygodę z superbohaterstwem. Zarówno przy Karze, jak i przy Barry’m Allenie, miałam wrażenie, że pomaganie sprawia im przyjemność. To dobrze, zważywszy na to, że ostatnio filmy na podstawie DC zdają się być robione na jedną, bardzo ponurą modłę (aby nie szukać za daleko – Człowiek ze Stali się kłania).

Było jednak w tym pilocie wiele momentów, które nie przypadły mi do gustu. Po pierwsze scena, w której Kara żegna się z rodzicami, wyszła bardzo sztucznie. To samo tyczy się też paru innych dialogów. Po drugie – informatyk, który próbuje poderwać Karę i który potem pomaga jej w stworzeniu odpowiedniego stroju, wychodzi miejscami na buca.
Po trzecie są jeszcze wątki feministyczne, serwowane bez żadnej subtelności. Już choćby zawarta w „pierwszym wglądzie” scena z szefową tłumaczącą dlaczego Supergirl to właśnie Supergirl, a nie Superwoman, jest, moim zdaniem, bezsensowna. No bo w sumie Kara ma rację – „Superdziewczyna” nieco ujmuje jej powagi, bo nasuwa skojarzenia z kimś niedojrzałym. Z kolei szefowa odnosi to do siebie („Ja jestem dziewczyną.”) i traktuje tak jakby nazwanie Supergirl „Superkobietą” było seksistowskie.
A jeszcze jakiś czas potem, kiedy Kara walczy ze swoim pierwszym nie-ludzkim przeciwnikiem, i przyglądający się temu agent stwierdza, że Supergirl nie da sobie rady, Alex odpowiada: „Jeśli myślisz, że nie da sobie rady, bo jest dziewczyną, to się mylisz.” Na jakiej podstawie ona uważa, że to właśnie miał na myśli? Przecież równie dobrze mogło mu chodzić o to, że Kara nie da sobie rady, bo nie ma doświadczenia w walce, a jej wróg jest tak samo silny jak ona.

A mamy jeszcze inne małe smaczki, tu i tam, świadczące o tym, że tak, to będzie serial z przesłaniem feministycznym. I by mi to tak bardzo nie przeszkadzało, gdyby nie ten brak subtelności. Niedawno mieliśmy serial z wątkami feministycznymi, zainspirowany komiksowym uniwersum, i tam zostało to poprowadzone o wiele bardziej umiejętnie. Choć może to też sprawa czasu i miejsca akcji. W końcu nierówności płciowe w czasach Peggy Carter były o wiele bardziej widoczne, a feminizm nie był wyrażany tak wyraźnie, jak dzisiaj, tak więc kelnerka stwierdzająca na widok Supergirl: „Wreszcie jakiś wzór do naśladowania dla mojej córki.” nie wydaje się tak bardzo papierowa. Tak czy inaczej, Supergirl jest nie tak subtelna jak Agent Carter, ale też nie tak łopatologiczna jak Zagadki kryminalne panny Fisher.

Pozostaje również kwestia samej bohaterki. Może to wina tego, że to dopiero pierwszy odcinek i było to moje pierwsze zetknięcie z Supergirl (podczas gdy przed Flashem miałam czas przekonać się, jaki jest Barry Allen w dwóch odcinkach Arrow), ale Kara wydała mi się mało interesująca. Oczywiście, historię zesłania na Ziemię miała ciekawą, robiła też wrażenie kogoś, kto chce zrobić coś dla świata, a jednocześnie nie chce tego robić jako superbohaterka (i, jak już mówiłam, jej sceny z siostrą są wspaniałe), jednak trudno mi cokolwiek więcej o niej powiedzieć z tego jednego, liczącego czterdzieści sześć minut odcinka. Może w następnych odcinkach Kara zyska nieco w moich oczach, ale na to będę musiała poczekać do listopada.

Tak czy inaczej, mimo wszystko chcę ten serial śledzić dalej; chcę się dowiedzieć, co będzie dalej i jak nasza bohaterka zareaguje na głównego antagonistę, (nie mówiąc już o tym, że chcę, aby Supergirl stał się częścią Arrowverse, bo aż chce się oglądać Karę i Barry’ego pracujących razem). Mam tylko nadzieję, że w przyszłości będzie bardziej subtelny i że główna bohaterka bardziej przypadnie mi do gustu. Arrow ze swoją Black Canary sprawił, że chcę zobaczyć więcej superbohaterek ze stajni DC, a Kara Zor-El jest przecież jedną z nich.
Kategorie
Fantastyczny Kwiecień ze Światem Dysku Miesiące z...

(Mini) Recenzja: Smoki na zamku Ukruszon

Advertisements

Niedawno doszłam do wniosku, że powinnam podczas tego Fantastycznego Kwietnia przeczytać coś autorstwa Pratchetta, co nie jest związane ze Światem Dysku. Wzięłam więc na warsztat Smoki na zamku Ukruszon. Co prawda jest jeszcze Dywan… i trylogia Nomów… i trylogia o Johnie Maxwellu… i Spryciarz z Londynu… No, tak…

Tak czy inaczej, padło na Smoki z zamku Ukruszon, bo słyszałam jakiś czas temu o tej książce i szczerze mówiąc, mnie zaciekawiła.

Smoki… to właściwie zbiór krótkich historyjek dla dzieci, napisanych przez Pratchetta w czasach, kiedy pracował jako reporter, i po latach zredagowane przez samego autora. Znajdują się tam: preludium do debiutanckiej powieści Pratchetta, czyli Dywanu (Klechdy o Ludzie Dywanu i Kolejna klechda o Ludzie Dywanu), jak i dziwne historie z miasteczka Blackbury w hrabstwie Gritshire, choć nie brakuje baśni w bardziej tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Mamy tam przygodę żółwia Herkulesa, który wydostał się z ogrodu i postanowił zostać odkrywcą. Mamy rycerza Edwo, którego największą bronią jest jego nudny głos. Mamy autobus, który podróżuje w czasie. Mamy wielki wyścig samochodów na różne napędy, w tym – na parę, na gumę i na mechanizm zegarowy.

Powiem szczerze, że niektóre opowiadania mnie nie porwały (nadal nie jestem przekonana do tego, aby przeczytać Dywan), jednakże były też takie, które mi się podobały, na przykład wspomniany wyżej wielki wyścig pomiędzy różnymi napędami (zwłaszcza, że zainicjował go właściciel fabryki produkujący różnorodne rzeczy na parę); albo ekspedycja dwóch, skłóconych ze sobą państewek z Wielkiej Drobiny (kurzu) na inną, dotąd niezamieszkałą drobinę. Niektóre opowiadania o Blackbury też były ciekawe, na przykład Wielki Turniej Tańca na Jajach (dwa miasta rywalizują ze sobą zacięcie od niepamiętnych czasów, między innymi w tytułowym tańcu; jeden z najlepszych tancerzy z pierwszego miasta chce ożenić się z dziewczyną z drugiego, ale jej ojciec pozwoli na to tylko, jeśli jego miasto wygra). Typowe dla Pratchetta pomysłowość i humor (nawet w stopkach!) biją z każdej opowieści, ale widać, że targetem są dzieci (chociaż dorośli też mogą się nimi cieszyć).

Poza tym pozostaje jeszcze strona wizualna, która objawia się nie tylko w ilustracjach, ale także w tym, że niektóre słowa czy zdania napisane są w szczególny sposób – a to są większe i grubsze, aby oznaczały jakiś hałas; a to litery są nierówne, co ma oznaczać łamany głos; a to każda litera robi się większa, co oznacza ziewnięcie… Trafiły się nawet ze dwie czarne strony z białą czcionką, aby zasygnalizować, że dana scena dzieje się w nocy. Te wszystkie zabiegi są dość interesujące i działają na wyobraźnię.
Myślę, że Smoki na zamku Ukruszon nadają się zarówno dla wiernych fanów Pratchetta, jak i dla ludzi, którzy mają dzieci. Ja sama już wiem, że będę czytać któreś z tych opowieści mojemu czteroletniemu bratankowi.