Kategorie
Miesiące z... Recenzje Superpaździernik

Recenzja: The Flash (pilot)

Advertisements

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do ósmego i dziewiątego odcinka drugiego sezonu Arrow (The Scientist i Three Ghosts).

Wielkim wydarzeniem dla fanów serialu Arrow (a także wielu fanów komiksów DC), było pojawienie się w odcinku ósmym drugiego sezonu postaci Barry’ego Allena. Przyszły najszybszy bohater uniwersum DC przybył do Starling City, aby zbadać sprawę, którą zajmowali się w tym czasie Oliver Queen i jego ekipa, a przy okazji odwiedzić miasto słynnego Strzały. I choć był obecny w serialu tylko przez dwa odcinki (The Scientist i Three Ghosts), odegrał bardzo ważną rolę dla fabuły, po pierwsze – dzieląc się swoją wiedzą z policją Starling City i Strzałą, po drugie – będąc podejrzewanym przez Strzałę o to, że coś ukrywa, po trzecie – proponując mu użycie określonego materiału na maskę (dotąd Oliver malował sobie „maskę” na twarzy, bo materiał utrudniałby mu widoczność podczas strzelania z łuku), po czwarte wreszcie – ratując życie samemu bohaterowi. W ciągu tych dwóch odcinków widzowie mogli dowiedzieć się kilku rzeczy na temat Barry’ego Allena – o tym, że jego matka zginęła w dziwnych okolicznościach i że o jej śmierć został oskarżony jego ojciec; że Barry jest zakochany w pewnej dziewczynie, ale ona nie odwzajemnia jego uczuć; że on sam często się spóźnia na miejsce zbrodni; że ma wprawne oko i sporą wiedzę z zakresu fizyki, chemii i biologii. Ba! – pod koniec Three Ghosts widzimy właściwie sam wypadek, który sprawił, że Barry stał się Flashem i przez kolejne odcinki Arrow to, że Barry leży w śpiączce, ma znaczenie dla tego, co dzieje się w samym serialu.

Barry Allen (Grant Gustin) w Arrow.
Tak czy inaczej, The Scientist był zapowiedzią spin-offu Arrow o Flashu i tego, że telewizyjne uniwersum DC się rozwija. Właściwie od maja 2014 wiadomo było, że The Flash ma powstać i dziać się równolegle do trzeciego sezonu Arrow. Wielu ludzi (w tym ja) było bardzo podekscytowanych tą wiadomością i czekało ze zniecierpliwieniem na premierę The Flash, tym bardziej, że spin-off wprowadzał do uniwersum supermoce. I choć owa premiera została wyznaczona 7 października, pilot serialu można już obejrzeć w Internecie i tak też zrobiłam ja.
The Flash zaczyna się od tego, że Barry Allen (grany przez Granta Gustina) opowiada nam o swoim dzieciństwie – o tym, że od dziecka nie biegał zbyt szybko i często wdawał się w bójki (najczęściej w obronie kogoś innego). Potem widzimy retrospekcję ze śmierci jego matki, Nory – śmierci, która potem wpłynie na całe jego życie. Po latach Barry pracuje jako naukowiec z CSI, podkochuje się w córce swojego szefa, Joe Westa (Jess L. Martin), i przyjaciółce, Iris West (Candice Patton), fascynuje się nauką i marzy o tym, aby zobaczyć urządzenie zwane S.T.A.R. accelerator, zbudowane przez Harrisa Wellsa (Tom Cavanagh). Na posterunku Barry traktowany jest trochę z przymrużeniem oka, jako dziwak, który ciągle się spóźnia, czasem się myli, ale tak ogólnie zawsze znajdzie coś ciekawego i przydatnego w śledztwie.
I tak oto pewnej nocy (kilka godzin po tym, jak nasz bohater wraca ze Starling City), nad Central City rozpętuje się dziwna burza i piorun trafia w chemikalia w laboratorium Barry’ego, powodując eksplozję, w wyniku której Barry zapada w śpiączkę. Po dziewięciu miesiącach budzi się w S.T.A.R. Labs prowadzonym przez Harrisa Wellsa, który informuje go, że burza była wynikiem nieudanego uruchomienia S.T.A.R. acceleratora i że miała osobliwy wpływ na ciało Barry’ego, czyniąc go tak zwanym meta-human – człowiekiem z supermocą. Wkrótce nasz bohater odkrywa, że potrafi poruszać się z nadludzką prędkością, jego serce bije bardzo szybko, a proces regeneracji złamanej ręki trwa u niego trzy godziny. Tymczasem w Central City dochodzi do rabunku, którego sprawca potrafi kontrolować pogodę…
Już kiedy oglądałam Barry’ego w Arrow, wiedziałam, że będzie on zupełnie innym superbohaterem niż Oliver Queen. I nie chodzi mi tylko o to, że Strzała nie ma żadnych mocy, a Flash jest superszybki. Przede wszystkim Oliver postanowił zostać myścicielem po wydarzeniach z Wyspy, a i tak potem zrewidował swoje poglądy i kodeks moralny, tymczasem Barry przystał do policji, aby oczyścić ojca z zarzutów morderstwa jego matki. Poza tym jest bardziej zorientowany naukowo niż Oliver, to znaczy – jego wiedza z zakresu nauk ścisłych jest o wiele szersza i może okazać się pomocna w trakcie jego przygód jako superbohatera (Oliver też ma sporą wiedzę, ale raczej związaną ze światkiem przestępczym i survivalem).

W samym The Flash jest scena, w której Oliver i Barry rozmawiają. Końcówka tej sceny, kiedy Strzała mówi: „Zastosuj się do własnej rady. Noś maskę.”, została użyta w zwiastunie serialu, ale właściwie sama rozmowa między oboma mężczyznami jest bardzo ładnie rozegrana. Barry opowiada Oliverowi o swoim planie zostania superbohaterem, a jednocześnie dzieli się z nim swoimi wątpliwościami. Oliver odpowiada, że Barry będzie popełniać błędy, ale jednocześnie stwierdza: „Nie uważam, że ten piorun strzelił w ciebie przypadkowo. Myślę, że on cię wybrał.” Barry może być bohaterem i to nawet lepszym niż sam Strzała. To była bardzo piękna scena.

Barry w kostiumie Flasha.
Wspominałam też wcześniej, że dotąd w Arrow nie było czegoś takiego jak supermoce (no, może poza Mirakuru, ale to było coś bardziej na zasadzie „tajemniczy specyfik, który daje ci supersiłę, ale doprowadza też do szaleństwa”), więc przeciwnicy, z którymi mierzył się dotąd Oliver byli albo bossami mafii, albo płatnymi zabójcami, albo terrorystami, albo szalonymi geniuszami. Podejrzewam zatem, że przeciwnikami Flasha będą głównie owi meta-humans… Choć podobno w którymś odcinku ma się gościnnie pojawić Clock King, który swego czasu walczył również z drużyną Strzały. Nie wykluczam, że zarówno w The Flash, jak i w trzecim sezonie Arrow pojawią się oba warianty antagonistów, ale już niejako w pilocie The Flasha zostało ustalone, że to właśnie meta-humans będą w centrum zainteresowania Barry’ego, Wellsa i jego dwójki pomocników.
Bardzo ładnie zostały zarysowane relacje między głównym bohaterem a poszczególnymi postaciami – Joe Westem, który był przy tym jak aresztowano ojca Barry’ego i przygarnął chłopca do siebie; Iris West, która wychowała się z Barry’m w jednym domu i troszczy się o niego; Harrisonem Wellsem, który stracił reputację i zdolność chodzenia, ale widzi swoją szansę w Barry’m i jego mocy; pomocnikami Harrisona, nieco zgorzkniałą Caitlin Snow (Danielle Panabaker) i wynalazcą Cisco Ramonem (Carlos Valdes); a wreszcie z siedzącym w więzieniu ojcem, który chce, aby jego syn nie zajmował się już sprawą śmierci matki i poszedł dalej ze swoim życiem. Na razie nie mogę powiedzieć, że którykolwiek z bohaterów mnie zirytował. Nawet Iris – choć widać, że w przyszłości czeka nas dramat związany z nieodwzajemnioną miłością Barry’ego do niej – nie była irytująca jak na love interesta. Także detektyw Eddie Thawne, mimo że robi wrażenie aroganta, mnie nie irytuje. W zasadzie to nie znalazłam w tym serialu absolutnie nic, co mogłoby mnie zdenerwować. Być może coś takiego pojawi się w następnych odcinkach, ale na dzień dzisiejszy jestem zadowolona.
Czego oczekuję? No cóż, nawiązań do komiksów, oczywiście; ciekawych przeciwników, a także więcej szczegółów odnośnie tajemniczej śmierci Nory Allen, zwłaszcza, że już w pilocie dano nam do zrozumienia, że w serialu istnieje motyw podróży w czasie. Zaś retrospekcja z wydarzeń zaraz po śmierci Nory Allen i aresztowaniu jej męża kazała mi się zastanowić, czy może twórcy The Flash chcą wprowadzić podobną konwencję jak w Arrow, to znaczy – będą próbowali w każdym odcinku przeplatać zdarzenia w teraźniejszości z tym, co działo się w przeszłości. Wolałabym, żeby jednak tego nie robili, bo nie jestem pewna, czy w przypadku Barry’ego do zdałoby egzamin nawet, gdyby retrospekcje dotyczyły śledztwa Barry’ego w sprawie śmierci matki.
Mam też szczerą nadzieję, że wątek miłosny między Barry’m a Iris nie będzie jakimś wielkim, męczącym dramatem i że główny środek ciężkości będzie położony na walce Flasha z przestępcami.
(Jeszcze takie małe pragnienie ze strony fanki Arrow – niech oba seriale raz na jakiś czas zrobią takie małe crossovery, bo duet Oliver-Barry już w The Scientist oglądało się bardzo przyjemnie.)
Na razie – tak samo jak pierwszy odcinek Arrow – pilot The Flasha okazał się wciągający i interesujący. Czekam na to, jak potoczą się kolejne przygody Flasha.
Kategorie
Miesiące z... Recenzje Wrzesień z Agathą Christie

Recenzja: Doktor Who – The Unicorn and the Wasp

Advertisements

Zaznaczam, że raczej nie oglądam Doktora Who, a wszystko, co o nim wiem, wiem z trzeciej ręki. Jednakże od kiedy dowiedziałam się, że istnieje odcinek, w którym występuje Agatha Christie i który klimatem trochę przypomina jej książki, pomyślałam, że kiedyś będę musiała go obejrzeć. A skoro mamy Wrzesień z Agathą Christie, akurat przydarzyła się okazja, aby połączyć nowe doświadczenia z pracą na blogu. Recenzja ta będzie raczej krótka i siłą rzeczy piszę ją bardziej pod kątem fana twórczości Christie, niż fana Doktora Who.

Kategorie
Recenzje

Recenzja: Wicked: Życie i Czasy Złej Czarownicy z Zachodu

Advertisements

Powszechnie wiadomo, że Czarnoksiężnik z Krainy Oz z 1939 jest jednym z najsłynniejszych filmów wszechczasów i w zasadzie najsłynniejszą ekranizacją książek L. Franka Bauma w historii. Oczywiście, próbowano robić jego sequele i remaki (a my, Polacy, zrobiliśmy nawet na podstawie Czarnoksiężnikaserial animowany) ale ostatnimi czasy widać trochę inny trend, a mianowicie – podchodzenie do Krainy Oz i jej rezydentów nie tak, jak zostało nam to do tej pory pokazane. I tak oto mieliśmy Czarownice z Oz, gdzie Dorotka jest sławną pisarką i gdzie Oz właściwie przenika do naszego świata; oraz Blaszanego bohatera, gdzie Blaszany Drwal szukał rodziny; a jakiś rok temu w kinach mogliśmy obejrzeć film Oz: Wielki i Potężny, który opowiadał… cóż, o Czarnoksiężniku, zanim stał się Czarnoksiężnikiem. Jednak zanim pojawiły się Czarownice z Oz, Blaszany bohater i Oz: Wielki i Potęzny, była książka Wicked: Życie i Czasy Złej Czarownicy z Zachodu Gregory’ego Maguire’a, która to książka doczekała się nawet musicalowej adaptacji, znanej między innymi z piosenki Defying Gravity.

Do tego, aby wreszcie przeczytać Wicked zmotywowało mnie to, że niedawny film z Angeliną Jolie, Czarownica, był do tej książki porównywany. A skoro Villain Protagonist jako zabawa konwencją jest jednym z moich ulubionych motywów, doszłam do wniosku, że dobrze by było zobaczyć, jak ten motyw działa ze Złą Czarownicą. Książka okazała się zarówno być, jak i nie być tym, czego oczekiwałam.

Przejdźmy już jednak do samej recenzji.
Książka (pomijając prolog) dzieli się na pięć części. Pierwsza opowiada o okolicznościach narodzin i o dzieciństwie przyszłej Złej Czarownicy z Zachodu, dziewczynki o imieniu Elfaba; druga część – o jej edukacji w szkole w Sziz, o jej znajomości z Galindą (przyszłą Dobrą Czarownicą, Glindą), a także o tym, jak kształtowały się niektóre poglądy Elfaby; trzecia część – o jej romansie i działalności terrorystycznej; czwarta – o podróży do Kraju Winków i próbie uzyskania przebaczenia od żony swojego kochanka; a ostatnia, piąta część – o wydarzeniach z Czarnoksiężnika z Krainy Oz widzianych z perspektywy Elfaby. Wszystko to przedstawia nam pewien obraz Złej Czarownicy z Zachodu… ale nie zawsze mamy wgląd w jej życie wewnętrzne. Na przykład cała pierwsza część nie jest nigdy z jej perspektywy, tylko z perspektywy jej rodziców czy Nianii; pierwsze dwa rozdziały drugiej mają za bohaterów dwoje szkolnych kolegów Elfaby – Galindę i Boqa, zaś trzecia część jest wyłącznie z perspektywy jej kochanka. Poza tym jest jeszcze inny problem – o wielu elementach z życia Elfaby jesteśmy tylko informowani, co może miejscami jest dobre, ale na przykład jeśli chcemy zobaczyć jak wyglądały relacje między Elfabą i jej siostrą, Nessarozą, kiedy obie były małymi dziewczynkami albo jak Elfaba została zwerbowana do siatki terrorystycznej, tego nie zobaczymy i możemy się zdać tylko na wypowiedzi osób trzecich.
Trzeba też zaznaczyć, że nie jest to ksiażka dla dzieci. W Wicked występuje i seks, i przemoc, i problemy społeczne. Co więcej, sam Maguire stwierdza, że książka jest owocem jego długich dyskusji i rozważań na temat natury zła, i to widać. Już w chwili narodzin Elfaby jej ojciec, unionistyczny kapłan Frexspar, zostaje zaatakowany, bo oczarowani przez spektakl Zegara Smoka Czasu mieszkańcy wyzwolili w sobie agresję i są przekonani o tym, że Frexspar ukrywa u siebie jakieś skarby; tymczasem matka dziewczynki, Melena, właśnie została odurzona przy porodzie przez kobiety ze wsi, które zastanawiają się, czy by nie zabić zarówno matki, jak i nowonarodzonej córki. Później mamy lekcję profesora Nikidika, który „w celach naukowych” odebrał matce lwiątko, a trzeba zaznaczyć, że w tym uniwersum istnieją Zwierzęta, które posiadają świadomość, zdolność mowy i rozum. W ogóle motyw Zwierząt i łamania ich praw jest jednym z ważniejszych wątków Wicked. Jedną z postaci, która ma ogromny wpływ na fabułę (chociaż bardziej w sensie, że coś jej się przydarza, niż że ona coś robi) jest profesor Dillamont, Kozioł, który uczy w Sziz biologii i oburza się na wiersz dyrektorki szkoły, którego ostatnia zwrotka głosi: „Zwierzęta powinno się widzieć, nie słyszeć.” Elfaba w pewnym momencie dostaje się pod skrzydła Dillamonta i wtedy właśnie wykształcają się jej poglądy na temat równości Zwierząt i innych mieszkańców Oz, a także na temat nieistnienia duszy.
Sama Elfaba jest złośliwa, cyniczna i czasami wydaje się, że nikt i nic ją nie obchodzi. Z drugiej strony widziała w swoim życiu wiele okropności, zarówno kiedy wraz z rodziną prowadziła misję w Kwadlingu, jak i potem, jako młoda dziewczyna i dorosła kobieta. Dlatego dość często przejawia współczucie i hart ducha. Poza tym opiekuje się swoją kaleką siostrą Nessarozą i przywiązuje się do rodziny swojego kochanka, kiedy ta ugaszcza ją w swoim domu. Maguire chciał przedstawić ją jako postać, którą miota przeznaczenie, czy też raczej – Historia. Gdzieś tam z boku Zwierzęta tracą swoje prawa, Kwadlingowie i ich ziemia niszczone są w celach ekonomicznych, a Manczkinlandia odrywa się od królestwa Czarnoksiężnika i proklamuje niepodległość. Tymczasem Elfaba – niezależnie od tego, czy zajmuje się aktywizmem, czy stara się trzymać z daleka od problemów Oz – jest wykorzystywana przez osoby trzecie i pokonywana przez nadchodzące wydarzenia.
Inne postacie, które znamy z Czarnoksiężnika z Krainy Oz, też mają w Wicked swoje role. Przede wszystkim siostra Elfaby, przyszła Zła Czarownica ze Wschodu, której nie mogliśmy poznać, bo już w swojej pierwszej scenie była martwa, zyskała pewną szerszą charakterystykę. Czytelnik może prześledzić rozwój charakteru Nessarozy i jej drogę od religijności po tyranię; przyjrzeć się relacjom między Elfabą i Nessarozą, dowiedzieć się nieco o ich sytuacji rodzinnej, wreszcie pojąć w pełni znaczenie rubinowych pantofelków i motywy, jakie kierowały Złą Czarownicą z Zachodu, kiedy chciała je za wszelką cenę odzyskać.
Z kolei Dobra Czarownica (która zmieniła imię z Galindy na Glindę) najpierw jawi się jako snobka o ograniczonych horyzontach, aby w wyniku znajomości z Elfabą i późniejszych doświadczeń otworzyć się na pewne idee i nie być tak wyniosłą. Dorotka – jak już mówiłam – gra większą rolę dopiero w piątej części książki, jednak wcześniej pojawiają się nawiązania do postaci jej przyszłych towarzyszy. Do tego stopnia, że kiedy Elfaba widzi ich po raz pierwszy ma pewne podejrzenia, co do ich tożsamości, na przykład, że Tchórzliwy Lew jest owym lwiątkiem z lekcji profesora Nikidika.
Jednak skoro Zła Czarownica z Zachodu jest w tej książce protagonistką, niewątpliwym antagonistą jest Czarnoksiężnik. I rzeczywiście Czarnoksiężnik zostaje przedstawiony w Wickedjako chciwy i okrutny tyran. Biorąc pod uwagę to, że w oryginale odmówił Dorotce i jej przyjaciołom spełnienia ich marzeń, dopóki nie zabiją Złej Czarownicy, można dojść do wniosku, że jednak nie jest on najszlachetniejszym władcą w historii Oz. A w Wicked do tego posuwa się do czystek etnicznych, ucisku obywateli, manipulacji młodzieżą, katastrof ekologicznych, a nawet sugeruje się czytelnikowi, że mógł dokonać gwałtu na nieprzytomnej kobiecie.
Właściwie nie wiem, co powiedzieć o tej książce. Nie jest ona złą lekturą, niewątpliwie ma wiele dobrych scen, nad kilkoma cechami Złej Czarownicy jako postaci bardziej się pochyla (na przykład nad jej wrażliwością na wilgoć) i próbuje jakoś odpowiedzieć na zadane sobie pytanie o naturę zła… jednak miejscami fabuła wydaje się iść na skróty właśnie przez to, że nie pokazuje pewnych scen z życia Elfaby, które wielu czytelników chciałoby zapewne zobaczyć, a kiedy indziej pochyla się nad bohaterami, którzy nie mają jakiejś wielkiej roli do odegrania. Trochę mi zazgrzytało, że w scenie, w której dyrektorka składa Elfabie, Nessarozie i Glindzie pewną propozycję, używa słowa „adeptka” w taki sposób, jakby nie całkiem pojmowała jego znaczenie. Poza tym jak tylko przeczytałam na odwrocie książki, że Blaszany Drwal padł ofiarą przemocy w rodzinie, cały czas czekałam aż się pojawi i będę mogła zobaczyć jak ta przemoc miałaby się objawiać… a nie jestem pewna, czy to, co dostałam, można zakwalifikować jako przemoc w rodzinie.
Ogólnie rzecz biorąc zauważyłam, że jeśli chodzi o zabawę motywami Złej Czarownicy, Złej Macochy, czy Złej Królowej, to raczej nie tworzy się oryginalnej postaci, tylko wykorzystuje już istniejące, jak właśnie Zła Czarownica z Zachodu, i pokazuje ich wersję wydarzeń. Sam w sobie ten zabieg nie jest zły, ale żeński Villain Protagonist, który byłby od początku do końca swoją własną postacią, a nie antagonistą historii kogoś innego, naprawdę by się przydał.
Tymczasem po Wicked: Życie i Czasy Złej Czarownicy z Zachodu można sięgnąć z czystej ciekawości.
Kategorie
Recenzje

Recenzja: Zagadki kryminalne panny Fisher

Advertisements

Ostatnio zauważyłam pewien trend w serialach kryminałach, a mianowicie – od dłuższego czasu wiele z nich próbuje poruszać pewne zagadnienia związane z konkretnymi zjawiskami, środowiskami, a nawet społeczno-politycznymi problemami. Jest to szczególnie widoczne w kryminałach, których akcja nie toczy się w naszych czasach, tylko kilka dekad czy nawet stuleci temu. I tak w Detektywie Foyle’u mamy rzeczywistość angielskiej wsi podczas drugiej wojny światowej; w Detektywie Murdochu – dziewiętnastowieczną Kanadę, a w omawianych w tej recenzji Zagadkach panny Fisher – Australię w czasach szalonych lat dwudziestych; a każdy z tych seriali bardzo stara się oddać ducha opisywanych epok. Ten wysiłek sam w sobie jest jak najbardziej godny pochwały, ale… No właśnie, jest pewne ważne „ale”, a tkwi ono w tym, że przy okazji mamy moralizatorstwo, zasadzające się się na idei: „Widzicie jak kiedyś było strasznie? Jak nieliberalnie? Cieszcie się, że żyjecie w naszych pięknych, oświeconych czasach, gdzie rasizm, seksizm, homofobia etc. nie są akceptowalne.” Tak oto odwzorowanie realiów epoki, które w Detektywie Foyle’u mi się podoba, a w Detektywie Murdochu bywa męczące, ale i tak daje możliwość do wielu ciekawych rzeczy, w Zagadkach kryminalnych panny Fisher po prostu mnie irytuje. O tym jednak powiem potem, bo niestety, owe moralizatorstwo nie jest jedynym minusem tego serialu.

Zagadki kryminalne panny Fisher są ekranizacją serii książek Kerry Greenwood i były emitowane przez stację ABC1 i doczekały się dwóch sezonów po trzynaście odcinków (w sumie format podobny jak w Detektywie Murdochu).

W pierwszym odcinku tytułowa bohaterka – Phryne Fisher – przybywa po latach do rodzinnego Melbaurne, aby założyć agencję detektywistyczną. Przy okazji pragnie odkryć, gdzie znajduje się ciało zamordowanej przed laty siostry. Panna Fisher to kobieta na miarę swoich czasów – ma zdecydowane poglądy, jeździ samochodem, potrafi pilotować samolot i cieszy się powodzeniem u mężczyzn. Nadto podczas pierwszej wojny światowej była pielęgniarką, więc potrafi rozpoznać ślady na ludzkim ciele, nie mówiąc już o tym, że jest poliglotką (zna między innymi chiński, rosyjski i francuski). Umie się też bronić i zawsze nosi ze sobą pistolet.
Posterunkowy Hugh Collins (Hughe Johnson-Burt), Dorothy Williams (Ashleigh Cummings), inspektor Jack Robinson (Nathan Page) i panna Fisher (Essie Davis).
Podczas swojej pierwszej sprawy panna Fisher spotyka kolejno: bogobojną i zahukaną pokojówkę Dorothy Williams (która stanie się kimś w rodzaju jej asystentki); inspektora Johna „Jacka” Robinsona (naszego przyszłego Lestrade’a i love interesta panny Fisher), posterunkowego Hugh Collinsa (który potem zakocha się w Dorothy) i dwóch taksówkarzy o komunistycznych poglądach, Berta i Ceca (którzy będą pełnić role szoferów, Nieregularnych, a w niektórych sytuacjach nawet ochroniarzy panny Fisher). Dodajmy do tego doktor MacMillan, służącą Phryne swoją medyczną ekspertyzą; staroświecką ciotkę panny Fisher, Prudance, a także wprowadzonych do obsady w następnych odcinkach lokaja Butlera i sierotkę Jane, i mamy spory natłok postaci drugoplanowych. Jest ich po prostu dużo i trudno się na nich skupić. O ile w pełni rozumiem, czemu nie mogą pojawiać się wszystkie w każdym odcinku, o tyle czasami ich nieobecność powodowała u mnie skonfundowanie. Jest to widoczne zwłaszcza w przypadku Jane, która zostaje adoptowana przez panią detektyw i mieszka razem z nią w jednym domu, a mimo to w pierwszym sezonie jest mnóstwo odcinków, gdzie jej po prostu nie ma, a jej nieobecność nie jest w żaden sposób wyjaśniona. Z kolei Bert i Cec w pierwszych dwóch-trzech odcinkach wspominają o tym, że są komunistami, ale potem nie tylko wykonują rozkazy należącej do klasy wyższej panny Fisher, ale też zachowują się tak, jakby ich wcześniejsza wrażliwość na problemy społeczne gdzieś im się zgubiła. I to też nie jest wyjaśnione, więc nie wiadomo, czy jakieś zdarzenia na przestrzeni tych dwóch sezonów wyleczyły ich z komunizmu, więc trudno mówić w ich przypadku o rozwoju postaci.
Adoptowana córka panny Fisher, Jane (Ruby Rees-Wemyss).

Może to też moje osobiste zdanie, bo przyzwyczaiłam się do pewnych archetypów w kryminałach, ale Dot Williams jest dość słabym Watsonem. Rozumiem, że sama Kerry Greenwood chciała zastosować kontrast między postaciami panny Fisher i jej asystentki, ale mam niejasne wrażenie, że zarówno inne postacie, jak i scenarzyści traktują Dot protekcjonalnie. Dot jest w założeniu nieśmiałą, cichą kobietą, gorliwą katoliczką, która marzy o tym, aby założyć rodzinę. Skoro więc pracuje dla kogoś, kto jest bardziej kobiecy i bardziej wyzwolony w kwestii obyczajowej, wielokrotnie zdarza się sytuacja, w której panna Fisher z nią rozmawia, niemalże jak do zagubionego dziecka. Jest jednak jeszcze inna sprawa – Dot czasem robi coś istotnego dla śledztwa, ale tak naprawdę prawdziwym Watsonem i kompanem panny Fisher jest inspektor Robinson, z którym spędzają o wiele więcej czasu i którego wkład w rozwiązanie zagadki jest zawsze o wiele większy. Kiedy więc w drugim sezonie pani detektyw mówi, że Dot jest jej podporą, to ja jakoś jej nie wierzę, bo ze świecą szukać sceny, w której widać wzajemność między obiema kobietami; w której widać, że Dorothy Williams jest Phryne Fisher rzeczywiście do czegoś potrzebna i też daje coś w zamian.

Sama bohaterka z jednej strony mnie irytuje w wielu kwestiach, z drugiej – bardzo ładnie się wpasowuje w ogólny obraz epoki i w zasadzie trudno mi jej tak całkiem nie lubić. Jest tą wyzwoloną kobietą o bogatym życiu seksualnym, nie daje sobie w kaszę dmuchać i ma świadomość społeczną i polityczną, ale jednocześnie posiada współczucie, również dlatego, że przeżyła ciężkie chwile w młodości. Nadrzędnym wątkiem przetaczającym się przez pierwszy sezon Zagadek kryminalnych panny Fisher jest właśnie zdarzenie z czasów, kiedy była małą dziewczynką. W każdym odcinku dowiadujemy się kolejnych szczegółów na temat okoliczności zniknięcia i śmierci siostry głównej bohaterki, a pod sam koniec sezonu mamy wielką konfrontację panny Fisher z mordercą. (Naczelnym wątkiem drugiego sezonu z kolei jest właściwie rosnące uczucie pomiędzy nią a inspektorem Robinsonem, a także to, że była żona policjanta ma nowego narzeczonego, ale wciąż spogląda tęsknym wzorkiem na byłego męża. Tak więc coś na miarę nieszczęśliwej miłości detektywa Murdocha i doktor Ogden… Choć muszę przyznać, że potraktowano ten wątek o wiele lepiej niż w kanadyjskiej produkcji, gdzie wielokrotnie chciałam, aby Julia Ogden po prostu sobie poszła i nigdy nie wracała.)
Postać Phryne Fisher sporo też zyskuje dzięki Essie Davis, której udało się nadać głównej bohaterce aurę tajemniczości. Aktorstwo w serialu w ogóle jest na bardzo wysokim poziomie, a dobór obsady wpasowuje się w miarę dobrze w charaktery poszczególnych bohaterów (choć słyszałam, że inspektor Robinson w książkach ma twarz, którą łatwo się zapomina, czego nie można powiedzieć o odtwórcy jego roli). Szczególną uwagę warto zwrócić na to, że ciotkę Prudance gra Miriam Margolyes – aktorka charakterystyczna i laureatka nagrody BAFTA; aktorka, którą regularni widzowie BBC i brytyjskich produkcji w ogóle mogą znać z wielu ról, w tym – z Harry’ego Pottera i Komnaty Tajemnic, gdzie wcieliła się w doktor Sprout.
Panna Fisher z ciotką Prudance (Miriam Margolyes).
Również zagadki, na które natyka się panna Fisher, bywają bardzo ciekawe, zwłaszcza, że jest to kryminał z tego (moim zdaniem) najlepszego gatunku, czyli kryminał klasyczny – z niesamowitą intrygą, zwrotami akcji i zaskakującym finałem, gdzie sprawcą jest zawsze nie ta osoba, którą wszyscy podejrzewają. Zdarza się też, że metoda pokazywania pewnych aspektów epoki działa na korzyść samej zagadki, jeżeli potraktowane zostanie jako możliwość rozwinięcia intrygi w ciekawym miejscu czy okolicznościach. To właśnie sprawiło, że Detektyw Foyle był tak dobrym serialem, a i Detektyw Murdochw wielu odcinkach popisał się kreatywnością, szczególnie jeśli chodzi o technologię i naukę w dziewiętnastym wieku. Dopiero jak fabuła zaczyna ocierać się o moralizatorstwo, Zagadki kryminalne panny Fishermogą irytować. A ponieważ detektywem tutaj jest kobieta, szczególnie odczuwalne są wątki feministyczne.
Nie można powiedzieć, że kobiety-detektywi w kryminałach są jakąś rzadkością. Tak po prawdzie, to można znaleźć co najmniej dziesięć seriali i książek kryminalnych, gdzie zagadki rozwiązuje kobieta, starsza pani albo młoda dziewczyna (a jeszcze dochodzą do tego wszystkie kryminały, w których mamy parę bohaterów złożoną ze zgranego zespołu kobiety i mężczyzny). I tak po prawdzie to są kobiety bardzo różne – twarde panie policjantki, ciekawskie nastolatki albo studentki; znające życie staruszki… Właściwie kwestią czasu było, zanim pojawiłaby się  postać taka jak panna Fisher – trochę zadziorna, trochę kokieteryjna, trochę łamiąca zasady. Nie mówiąc już o tym, że jest ona kobietą ze stylem (ach, te kostiumy… te przepiękne kostiumy…).
Mimo to, oglądając jej przygody, miałam nieraz wrażenie, że bohaterka i niektóre jej koleżanki walą mnie po ryju swoimi nowoczesnymi poglądami zamiast skupiać się na samej zagadce. I pewnego razu, kiedy nad tym myślałam, przypomniało mi się, że przecież pierwszą postacią, która przedzierała szlaki jako kobieta-detektyw, była Jane Marple. Panna Marple była kompetentnym detektywem, czasem zwracała uwagę na pewne rzeczy, ale nie moralizowała i nie próbowała wciskać czytelnikowi konkretnych poglądów. W ogóle książki Agathy Christie i Conan Doyle’a (czyli praktycznie klasyków kryminału) wolne były od tego rodzaju edukacyjnego i „uświadamiającego czytelnika” podejścia do fabuły, po części dlatego, że akcja ich powieści zawsze działa się w czasach im współczesnych i nie czuli oni potrzeby mówienia, że jest tak a tak; a po części dlatego, że najważniejsza była sama intryga – kto zabił, po co i w jaki sposób? – nie zaś kwestie obyczajowe. Moralizatorstwo z kolei ograniczało się tylko do potępienia (nieraz bardzo haniebnych) czynów przestępcy. Dlatego też zawsze wyżej będę cenić seriale na podstawie tych właśnie klasyków kryminału, niż jakiekolwiek inne.
Podsumowując, Zagadki kryminalne panny Fisher są nierównym serialem. Z jednej strony mamy ciekawe intrygi kryminalne, fantastyczny klimat lat dwudziestych, wielowymiarową i nietuzinkową bohaterkę… a z drugiej – moralizatorstwo, nadmiar postaci, a także mdła i traktowaną po macoszemu Dorothy Williams. Nie jest do zły kryminał, jak najbardziej go polecam, chociaż z mniejszym entuzjazmem, niż, na przykład, takiego Detektywa Foyle’a czy Detektywa Murdocha. Po prostu w stosunku do tych dwóch seriali, Zagadki kryminalne panny Fisher nie porwały mnie aż tak bardzo.
Kategorie
Recenzje

Recenzja: Poirot: Dwanaście prac Herkulesa

Advertisements

Uwielbiam serię ekranizacji przygód Herkulesa Poirota wyprodukowaną przez studio ITV, i – tak jak wielu ludzi – uważam, że odtwarzający w nich główną rolę David Suchet jest idealnym Poirotem. Do niedawna nie miałam specjalnych zastrzeżeń do serialu, a ewentualnych odejść od oryginału albo nie zauważałam, albo uznawałam za dobre uzupełnienie postaci samego małego Belga (jak to było w przypadku Morderstwa w Orient Ekspressie). Tak było do czasu, aż kilka tygodni temu nie obejrzałam adaptacji Wielkiej Czwórki, której ostateczne rozwiązanie może i z punktu widzenia opowieści jako takiej było ciekawym zwrotem akcji, ale i tak pozostawiło u mnie poczucie niedosytu, gdyż miałam nadzieję zobaczyć tam Achillesa Poirota w akcji, a musiałam obejść się smakiem.

Toteż, kiedy dowiedziałam się, że następny odcinek Poirota emitowany w Polsce będzie adaptacją Dwunastu prac Herkulesa, mój entuzjazm nie był aż tak wielki, jak zwykle i w zasadzie trochę się obawiałam tego, co scenarzyści mogliby z nim zrobić.
Jak łatwo się domyśleć, Dwanaście prac Herkulesa to seria opowiadań Agathy Christie, w której każda sprawa ma wiązać się w jakiś sposób ze słynnymi pracami mitycznego herosa, imiennika detektywa. Po ich przeczytaniu zastanawiałam się nawet, jak by wyglądała ich adaptacja z Suchetem w roli główniej, ale zawsze zakładałam, że raczej byłyby one oddzielnymi odcinkami, jak większość opowiadań ze zbioru Wczesne sprawy Poirota. Wiedziałam, że gdyby miały być ekranizowane zbiorczo, musiano by sporo pominąć i poczynić kilka zmian, tym bardziej, że tylko w przypadku niektórych opowiadań wydarzenia związane z następną sprawą następowały tuż po rozwiązaniu przez Poirota poprzedniej.
I nie myliłam się, choć teraz widzę, że wiele z poczynionych zmian dało dobry efekt. Widać to już na samym początku odcinka, kiedy to dowiadujemy się, że Poirot zastawił pułapkę na mordercę kobiet i złodzieja diamentów zwanego Mallascotem, a pełniąca rolę przynęty Lucille zostaje zamordowana, mimo wcześniejszych zapewnień Poirota, że nic jej się nie stanie. Z tego powodu Poirot ma poczucie winy i podupada na zdrowiu. Idąc za zaleceniami lekarza, szuka jakiegoś zajęcia i wkrótce przyjmuje nieodpłatnie sprawę odnalezienia zaginionej miłości pewnego szofera (która jest wyjęta z rozdziału odpowiadającemu pogoni za łanią kerynejską). W pierwszej chwili trochę się wzdrygłam tymi zmianami (pierwotnie Poirot specjalnie szukał spraw będących współczesnymi pracami Herkulesa, bo uważał to za dobry sposób na zakończenie kariery), ale potem zdałam sobie sprawę, że w mitologii greckiej te słynne dwanaście prac stanowiło pokutę dla Herkulesa za zabicie własnej rodziny. Wątek odkupienia Poirota wpasowuje się doskonale w motyw paraleli między mitycznym i współczesnym Herkulesem.
Zamiast zbioru luźno powiązanych ze sobą historyjek, mamy grupkę osób uwięzioną w szwajcarskim uzdrowisku z powodu zepsutej kolejki. Jedną z tych osób jest Mallascot, a reszta to bohaterowie kilku opowiadań z oryginalnego zbioru. Udało mi się odnaleźć kilka wątków z samej książki (porwanie Cerbera, ptaki stymfalijskie i pas Hipolity, a także wspomnianą łanie kerynejską; sama lokacja zaś pochodzi z opowiadania o byku z Erymantu), ale być może gdybym przeczytała jeszcze raz Dwanaście prac Herkulesa, znalazłabym więcej. Tak czy inaczej, mityczna metafora jest jakby niekompletna, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę przewijającą się przez cały odcinek akwarelę przedstawiającą Herkulesa powalającego Hydrę. Nie ma tam na przykład wątku lwa nemejskiego ani stajni Augiasza. Mamy za to pytanie: „Kim jest Mallascot i kto padnie jego ofiarą?”, a „prace” zostają sprowadzone do wątków pobocznych, chociaż nie pozbawionych znaczenia (patrz: ptaki stymfalijskie). Z drugiej strony chyba trudno byłoby wprowadzić do ogólnej fabuły wątek lwa nemejskiego (czyli znikających pekińczyków), czy chociażby sektę, której członkinie dziwnie często umierały na serce, bez obawy o to, że owe wątki wprowadzą zamęt do opowieści i będą miały jakiś sens. Scenarzyści musieli więc zrezygnować z niektórych opowiadań i jedynie to i owo z nich zaczerpnąć.
Zabieg przeniesienia miejsca akcji na jedną lokację był dobrym rozwiązaniem, jak na półtoragodzinną adaptację kilku opowiadań. Jak mówię, bardziej pasowałoby mi, aby każde opowiadanie było adaptowane oddzielnie. Wiem jednak, że i to rozwiązanie nie byłoby do końca idealne, biorąc pod uwagę to, że łączy je właśnie ów motyw mitologicznych prac Herkulesa. Poza tym ITV już poprzestało na o wiele dłuższych adaptacjach twórczości Agathy Christie i chyba trudno byłoby im znów zacząć robić odcinki o długości czterdziestu pięciu minut (bo tyle trwały ekranizacje wszystkich opowiadań z serii Wczesne sprawy Poirota).
Tak jak w finałowym opowiadaniu Dwunastu prac Herkulesa, tak i tutaj pojawia się hrabina Rosakoff, która dla Poirota jest tym, czym dla Holmesa była Irene Adler – godnym przeciwnikiem, a jednocześnie zauroczeniem detektywa. Hrabina Rosakoff pojawia się w trzech książkach o Poirocie – w jednym z opowiadań we Wczesnych sprawach Poirota, w Wielkiej Czwórce i właśnie w Porwaniu Cerbera. W odcinku jest mnóstwo scen między Herkulesem Poirotem i hrabiną Rosakoff, i to nawet zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że w adaptacji pierwszego spotkania Poirota z jego Irene Adler dużo miejsca zostało poświęcone ich rozkwitającemu wzajemnemu uczuciu. Jednak choć hrabina wyraźnie chce odnowić zażyłość z Poirotem, a ostatni akapit Porwania Cerbera sugeruje, że detektyw wybiera się na spotkanie z hrabiną, o tyle pod koniec adaptacji Dwunastu prac Herkulesa ten wątek idzie w inną, bardziej tragiczną stronę.
Wydaje mi się, że na korzyść ostatnich adaptacji Poirota z Suchetem w roli głównej działa fakt, że sam aktor zaczyna już się starzeć (choć nie ma to wpływu na jego zdolności aktorskie). Obwisłe i pomarszczone policzki Sucheta sprawiają, że nie mamy wątpliwości, iż grany przez niego Poirot również jest w podeszłym wieku. David Suchet zobowiązał się do 2011 roku wziąć udział w adaptacjach pozostałych pozycji, w których pojawia się Poirot, a w późniejszych powieściach (zwłaszcza w ostatniej – Kurtynie) starość małego Belga daje mu się we znaki. W Dwunastu pracach Herkulesa (jak również w pozostałych adaptacjach wykonanych przez ITV) Poirot wydaje się więc być zmęczony tym, co przeżył i co widział.
Ostatecznie uważam, że Poirot: Dwanaście prac Herkulesa nie jest najgorszą adaptacją, jaką widziałam, ale żeby się nią lepiej cieszyć, warto sięgnąć po książkowy oryginał.