[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 4

Stałem w korytarzu Baker Street 221B. Wyglądało na to, że Johna i pani Hudson nie było w domu. Nie wiedziałem, jak się tam dostałem, ale z salonu dochodził do mnie odgłos skrzypiec. Łagodne pociągnięcia smyczka wygrywały melodię, którą zdążyłem już dzisiaj poznać[1]. A wraz z tą melodią moja pamięć odtwarzała słowa piosenki. Poczułem dreszcze. Skoro byłem na Baker Street i słyszałem skrzypce, bez trudu domyśliłem się, kim jest skrzypek.
Niepewnie skierowałem się w stronę salonu. Stał tam ubrany w swój granatowy szlafrok i piżamę (dokładnie taki, jakiego go pamiętałem z tych licznych spotkań w jego lokum). Przy kominku dawał koncert w pustym mieszkaniu, grając spokojnie, ostrożnie, jakby jeden zbyt gwałtowny ruch mógł zakłócić harmonię wydobywającej się z instrumentu melancholii. Podszedłem bliżej, jakbym chciał upewnić się, że to, co widzę, jest prawdą. Znów czułem, że zaraz się rozkleję. Zacznę płakać albo drżeć. Jednocześnie było tyle rzeczy, które chciałem powiedzieć Sherlockowi… Ale czy on mnie usłyszy? Czy w ogóle dla niego istniałem?
Nagle, nie przerywając gry, spojrzał na mnie tymi swoimi jasnoniebieskimi oczami, a ja natychmiast przystanąłem. Jego wzrok nie wyrażał smutku ani urazy. Był obojętny jak zwykle. Powiedziałbym, że był chłodny. A potem na twarzy Sherlocka pojawił się lekki uśmieszek. Jak zwykle mój młodszy braciszek sobie ze mnie kpił. Tylko tym razem jego kpiny nie były tylko irytujące. Były bolesne.
– Sherlock, to nie jest śmieszne – powiedziałem, powstrzymując się przed utratą cierpliwości. – Skończ z tą błazenadą.
Lecz on nie przestawał. I nagle do mnie przemówił, wciąż przyglądając mi się tym chłodnym wzrokiem.
– Wszyscy, którzy żyją, umierają – zaczął – pozostawiając po sobie złamane serca. Przejmowanie się w niczym nie pomaga… Mycrofcie.
Od razu pojąłem aluzję. Niemal te same słowa powiedziałem mu, kiedy w Boże Narodzenie odkrył, że Irene Adler nie żyje (a przynajmniej tak mu się wtedy wydawało). Ale co miałem przez to rozumieć?
– Co chcesz mi powiedzieć, Sherlock? – spytałem, robiąc krok w jego stronę. Miałem wrażenie, że nawet uderzyłem w błagalny ton.
Na chwilę odwrócił ode mnie wzrok, ale potem znów na mnie spojrzał, rzucając mi kolejny uśmieszek.
– Ludzie umierają. Młodsi bracia również. Nie powinieneś się przejmować taką błahostką jak moja śmierć. W zasadzie powinieneś się cieszyć z takiego obrotu spraw.
– O, skończ już przekręcać moje słowa! – zezłościłem się. – Starsi bracia powinni dbać o młodszych.
– No to powiem ci, że nie popisałeś się zbytnio – odpowiedział krótko.
Spojrzałem w dół i przełknąłem ślinę.
– Wiem – szepnąłem, wciąż przyglądając się dywanowi.
Podniosłem wzrok, ale zamiast spojrzeć na Sherlocka, skierowałem go na coś w oddali. Nie mogłem się zmusić do tego, aby popatrzeć mu w oczy. Pociągnął mocno smyczkiem, aby zaraz zakończyć grę i opuścić skrzypce. Podszedł do mnie, oparł rękę na moim ramieniu i szepnął mi do ucha syczącym, jakby nie należącym do niego, głosem:
– Spójrz w dół.
Z pewnym wahaniem zrobiłem to i nagle stałem nad jego martwym ciałem, rozłożonym na chodniku przed szpitalem. Krew z jego głowy właśnie dotarła do moich butów, a ja podniosłem do góry ręce. Nie wiem dlaczego, ale to zrobiłem.
Były splamione krwią.

Tym razem obudziłem się, siadając na łóżku. Przetarłem twarz rękoma, a potem przyjrzałem im się. Być może w ciemnościach nocy, przy odrobinie wyobraźni, zobaczyłbym krew. Od razu przyszła mi na myśl Lady Makbet, a zaraz potem – słowa, które zostawił dla mnie mój prześladowca.
Mycroft Holmes nigdy już nie zaśnie…
I pomyślałem sobie, że jak na razie wszystko się zgadza. Wyglądało na to, że i dzisiaj sobie nie pośpię. Spojrzałem na zegar. Była piąta rano.
Warto byłoby się czymś zająć, dopóki nie nastanie świt i nie będę musiał iść do pracy. Nie chciałem ruszać się z łóżka. Prawdę mówiąc, chciałem dzisiaj zostać w domu. Ale wiedziałem, że to niemożliwe. Musiałem załatwić sprawę pogrzebu. I wtedy przypomniałem sobie o nekrologu. W sumie mogłem pożytecznie spędzić czas i go napisać. Tylko czy ten mały nekrolog wystarczy? Z pewnością był to jakiś początek.
Ale było też coś innego. Pewien niepokój.
Wstałem z łóżka i wyjąłem z szuflady przygotowany wcześniej wzór nekrologu i długopis, a potem poszedłem zrobić sobie herbatę. Po jakimś czasie siedziałem w swoim salonie i zastanawiałem się, co napisać. Było tam miejsce na te wszystkie bzdety, które wypisuje się w nekrologach: „najdroższa matka, żona i córka”, „wierny przyjaciel”, „ukochany pupilek”… I stanąłem przed problemem. Co powinienem napisać? Bo też, czy to, co napiszę, będzie miało jakieś znaczenie? Czy gdybym napisał: „genialny detektyw”, ktokolwiek by się ze mną zgodził? W sumie cieszyłem się, że zwykle ta rubryka nie wychodzi poza rzeczy związane z rodziną; co najwyżej w wyjątkowych przypadkach pisze się: „wielki patriota” albo „bohater wojenny”. Wiedziałem, że „genialny detektyw” by się nie przyjął. Zaczęto by protestować, kazano by mi to natychmiast zmienić. Chociaż chciałem zadać kłam powszechnej opinii i powiedzieć tym pismakom, jak było naprawdę (i tak zamierzałem to zrobić, ale jeszcze nie byłem pewien, jaką obrać strategię), pozostawało mi tylko skupić się na tym, jaki Sherlock był prywatnie.
Nie przysporzył sobie zbyt wielu sympatyków (nie licząc fanów będących pod wrażeniem jego geniuszu, ale czy oni nie rozpierzchli się jeszcze po tym, co się stało?). Zawsze miał trudny charakter – ja wiedziałem o tym najlepiej – dlatego każdy, kto go spotkał, prędzej czy później miał go dość. Irytował nawet tych, którzy go lubili i którzy się o niego troszczyli.
Mimo to nie mogłem zaprzeczyć, że Sherlock miał wiernych przyjaciół, których pozostawił w rozpaczy po swojej śmierci. Na pewno jednym z nich był John Watson. Jego psycholog napisała: „problemy z zaufaniem”, a jednak doktor Watson zaraz po spotkaniu z moim bratem zgodził się obejrzeć mieszkanie na Baker Street, asystować mu na miejscu zbrodni, a nawet ruszyć w pogoń za mordercą. To była przyjaźń zaiste bardzo dziwna. I choć Sherlock zawsze był powściągliwy, wielomiesięczne obserwacje ich wzajemnych relacji (zwłaszcza w bardzo ekstremalnych warunkach) nie pozostawiały żadnych wątpliwości – John Watson był jedną z najważniejszych osób w życiu Sherlocka. Mógłbym powiedzieć, że łączyło ich dziwne, duchowe braterstwo.
Koniec końców, wiedziałem, że doktor Watson był lepszym bratem ode mnie.
Potem była pani Hudson. Dość często narzekała na złe obyczaje i niedorzeczne nawyki Sherlocka. Było to coś, co ona i ja mieliśmy ze sobą wspólnego. I tak jak ja, pani Hudson dbała o mojego brata. Martwiła się o niego, cierpliwie znosiła jego dziwactwa, czasem robiła mu herbatę albo coś gotowała. Jej troska nieraz przypominała mi troskę matki o dziecko albo babci o wnuka. Z tego, co wiem, pani Hudson nie ma dzieci, a to tylko sprzyjało w wytworzeniu się tej ciekawej więzi między nią a jej lokatorami. Przecież żadne z nich nie wyjechało na Boże Narodzenie do rodziny, tylko spędzili je razem. Zrobili małe przyjęcie w mieszkaniu 221B i zaprosili na nie swoich przyjaciół i znajomych.
I tylko mnie tam nie było. Wtedy nie przejmowałem się tym tak bardzo. Boże Narodzenie w naszej rodzinie zawsze było nie takie, jak być powinno (czyli nie radosne i pełne rodzinnego ciepła, tylko monotonne i pełne niechcianej ciszy). O wiele łatwiej było dla mnie nie spędzać go z jedynym żyjącym bliskim. Gdybym jednak wiedział, że za kilka miesięcy mój brat będzie martwy, być może spróbowałbym uczynić te święta najlepszymi jakie kiedykolwiek przeżył.
Nie, poprawka. Gdybym o tym wiedział, zrobiłbym wszystko, aby zapobiec jego śmierci. Być może gdybym był świadom tego, że mój brat ma zginąć, nie wpadłbym w pułapkę Moriarty’ego.
Przypomniałem sobie swój niedawny sen o Sherlocku i Moriarty’m na dachu Barts. Kiedy Moriarty groził, że zabije przyjaciół Sherlocka, nie było mnie wśród ludzi, których wymienił mój brat. Z jednej strony wszystko to było bardzo logiczne. Po pierwsze – byłem politykiem i członkiem rządu. Zabicie mnie nie było aż takie proste, jak zabicie wojskowego lekarza, czy kobiety w średnim wieku. Po drugie – ani ja, ani Sherlock nie mogliśmy powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi. Byliśmy najlepszym przykładem na to, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach.
Wstydź się, narażać młodszego brata na takie niebezpieczeństwo. Rodzina jest wszystkim, co mamy, Mycrofcie Holmes!
Z drugiej strony Sherlock był jedyną osobą, o którą dbałem. Jedyną osobą, którą tak naprawdę kochałem. Czy o tym wiedział? My, Holmesowie, zawsze okazywaliśmy przywiązanie czynami, a nie słowami. Mój brat zaś był znany ze swoich zdolności dedukcyjnych. Toteż było spore prawdopodobieństwo, że się domyślił, ale czy w jakiś sposób tę miłość odwzajemniał?
To już nie było ważne. W zasadzie nigdy nie było ważne. Obojętnie, co myślał o mnie mój brat, ja miałem wobec niego obowiązki. Jednym z nich zaś było napisanie jego nekrologu.
Tak więc pierwszą rzeczą, która pojawiła się na kartce, były słowa: „wierny przyjaciel”. I tu znów utknąłem. W tych dwóch słowach wydawały się zawierać wszystkie związki, jakie łączyły mojego brata z wszystkimi, na których mu zależało – Johnem, Lestrade’m i panią Hudson. Była jeszcze Irene Adler, ale rozstali się raczej chłodno. Mógłbym rzec, że Sherlock wręcz porzucił ją w potrzebie. Aczkolwiek po wszystkim wciąż miałem wrażenie, że coś do niej czuł. Właśnie dlatego chciałem, aby myślał, że została objęta programem ochrony świadków, niż żeby wiedział, że zginęła z rąk terrorystów.
Korciło mnie, aby dopisać: „ukochany brat”, wahałem się jednak. Czy miałem prawo napisać te słowa po tym, co zrobiłem? Dopisałem je i tak, choć drżącą ręką.
– Och, Sherlock… – szepnąłem w przestrzeń, przecierając znów twarz.
Oczy zaczęły mi łzawić, więc zamknąłem je i rozmasowałem powieki. To chyba normalne płakać w żałobie, prawda? To normalne, że roni się łzy po kimś bliskim. A ja byłem sam w mieszkaniu. Mogłem sobie pozwolić na żal. Dusiłem to w sobie od czterech dni.
Ale nie. Jeszcze nie nadszedł na to czas. Kto wie, czy takie nagłe rozklejenie się nie wpłynie potem na moją wydajność. Łzy zostawię sobie na pogrzeb albo jakąś inną okazję. Najlepiej jak znowu będę sam.
Zerknąłem znów na nekrolog. „Wierny przyjaciel, ukochany brat”. Czy powinienem napisać coś jeszcze? A jeśli tak, to co? „Sumienny lokator”? „Kochający syn”? Kochający syn… Mama na pewno chciałaby, aby te słowa również znalazły się w nekrologu Sherlocka. Bo też i nie mogłem zaprzeczyć, że kochał naszą matkę.
Tak więc napisałem: „Wierny przyjaciel, ukochany brat, kochający syn”, ale wciąż miałem wrażenie, że to za mało. Głowiłem się nad tym przez dwie godziny. W tym czasie zjadłem śniadanie, wypiłem pięć filiżanek herbaty z mlekiem i cukrem, okrążyłem z dziesięć razy salon i zdążyłem doczekać świtu za oknem. W końcu zdecydowałem się wpisać łącznik pomiędzy „ukochany brat” a „kochający syn” i wstawić wreszcie datę pogrzebu.
Około siódmej zadzwoniła moja komórka. Trochę niepewny tego, czy był to ktoś z pracy, ktoś znajomy, czy mój prześladowca, odblokowałem klawiaturę i przyjrzałem się numerowi. Nie był zastrzeżony ku mojej uldze, ale i tak nie był to nikt, kogo mógłbym kojarzyć. Nie przedłużając, odebrałem.
– Mycroft Holmes, słucham?
Jakiś kobiecy głos (raczej nie Anthea) powiedział mi, że jeden z płatnych zabójców, którzy wprowadzili się niedawno w okolice Baker Street, został schwytany i czekał aż go przesłucham. Ja zaś zastanowiłem się przez chwilę. Pomyślałem o wszystkich rzeczach, które zamierzałem tego dnia zrobić. Chciałem się jeszcze wybrać do kostnicy w Barts załatwić formalności (obawiałem się jednak tej wizyty; w końcu leżało tam ciało Sherlocka), a także spotkać się z Johnem i coś z nim przedyskutować. Z drugiej strony pojmany zabójca mógł rzucić światło na parę spraw.
– Mam trochę pracy – zacząłem. – Możecie się nim zająć do czwartej?
– Myślę, że do czwartej zdołamy coś z niego wyciągnąć – odparła kobieta po drugiej stronie. – Będzie na pana grzecznie czekał. Do widzenia, panie Holmes.
– Do widzenia.
Odłożyłem słuchawkę, a potem założyłem krawat. Następnie włożyłem marynarkę i płaszcz. W jedną rękę wziąłem teczkę, a parasol zawiesiłem sobie na ramieniu. Po chwili byłem już na zewnątrz i rozmawiałem z Antheą.
Molly przywitała mnie niepewnym uściskiem ręki i wyrazem twarzy, który zdradzał niechęć. Co prawda, spotkaliśmy się tylko raz, ale kto wie, co Sherlock mówił jej o mnie, kiedy po raz kolejny przekonał ją do zrobienia czegoś nie całkiem zgodnego z regułami. Aby nie zaogniać sytuacji i spędzić ten czas w miarę znośnie, postanowiłem nie poruszać tematu jej uczuć do mojego brata. Ona też wolała mieć to wszystko za sobą.
– Proszę za mną, panie Holmes. – Odwróciła się na pięcie i zaczęła iść przed siebie. – Papiery już czekają.
Pozwoliłem jej się prowadzić. Powiodła mnie z dala od prosektorium i wpuściła do laboratorium, w którym zapewne mój brat nieraz sprawdzał wydzieliny pozostawione przez zmarłych, udowadniał winę lub niewinność podejrzanych albo badał pozostawione na miejscu zbrodni tropy. Molly wskazała mi krzesło przy stole, na którym stał mikroskop. Kiedy już spocząłem na swoim miejscu, wodziłem wzrokiem za panią patolog, która wyciągnęła z jakiejś szuflady odpowiednie dokumenty. Bez słowa wyjąłem z wewnętrznej kieszeni swój długopis i przejrzałem papiery.
Przez moment trwała cisza. A potem Molly się odezwała:
– Zawsze był bez serca.
Podniosłem na nią wzrok. Uśmiechnęła się gorzko i ciągnęła dalej:
– Nie obchodziły go niczyje uczucia. Nie obchodzili go ludzie, których krzywdził. Chciał mieć tylko kogoś, kto podziwiałby jego rzekomy geniusz.
– Zapomina się pani – powiedziałem, wracając do papierów. – Nie zna pani niepisanej zasady, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale, panno Hooper? – Posłałem jej znaczące spojrzenie. – Zwłaszcza w obecności rodziny zmarłego?
Natychmiast się speszyła i spojrzała w bok.
– Przepraszam. – Znów przeniosła wzrok na mnie i dodała: – Ale naprawdę nie mogę przestać myśleć o tych wszystkich zbrodniach, które zaaranżował, aby się popisać przed ludźmi.
Wydałem z siebie głębokie westchnienie, po czym popatrzyłem na Molly.
– Panno Hooper, opinia publiczna miewa tendencję do przeinaczania faktów. Pani znała mojego brata od kilku lat. Jakie pani odniosła wrażenie? Poza tym, że bywał bezgranicznie arogancki, rzecz jasna.
Przez chwilę przyglądała się podłodze, jakby zastanawiała się usilnie nad odpowiedzią. Mógłbym, co prawda, w tym czasie podpisać dokumenty, ale zdecydowałem się obserwować każdy jej ruch. Wydawała się zdenerwowana, i choć zawsze była zdenerwowana (przynajmniej tak twierdzili Sherlock i John), ja miałem wrażenie, że było coś jeszcze.
– Nie wiem, czy go znałam – odezwała się wreszcie, spoglądając w bok. – Zawsze był taki tajemniczy… – Przeniosła wzrok na mnie, ale patrzyła raczej na moje ręce, niż na twarz. – A teraz dowiedziałam się, że to wszystko, co mówił, było kłamstwem.
Dlaczego nie chciała spojrzeć mi w oczy? Bała się mnie? Jeszcze przed chwilą odważnie stwierdziła, że Sherlock był bez serca, a teraz kuliła się jak trusia. Być może najpierw czuła wewnętrzną potrzebę, aby wyrzucić z siebie, co myślała od dłuższego czasu, a potem zdała sobie sprawę, że nie mówi tego pierwszej lepszej przyjaciółce, tylko bratu Sherlocka Holmesa, i doszła do wniosku, że musi naprawić swoją pomyłkę. Mimo wszystko…
– A pan co myśli, panie Holmes? – zapytała nagle.
– Ja? – Uśmiechnąłem się uprzejmie, ale zaraz poczułem jak kąciki moich ust opadają. – Ja, panno Hooper, wiem, że to, o co oskarża mojego brata Kitty Riley, jest wierutną bzdurą.
– Skąd pan to wie? – dopytywała się Molly.
Zacisnąłem palce wokół rączki parasola i znów uśmiechnąłem się uprzejmie do swojej rozmówczyni.
– Po prostu wiem – odparłem cicho. Jednocześnie starałem się, aby mój uśmiech nie wydał się jej smutny.
W spokoju dokończyłem podpisywanie dokumentów, po czym wstałem i podałem je Molly. Rzuciła mi nerwowy uśmiech, a ja powiedziałem:
– Pogrzeb będzie w poniedziałek o dwunastej. Przyjdzie pani?
– Proszę na mnie nie liczyć – odparła wciąż uśmiechając się nerwowo. – Mam dużo pracy.
– Rozumiem. – Wyprostowałem się. Popatrzyłem na nią, a ona nadal unikała mojego wzroku. – W takim razie miłego dnia.
– Dziękuję. – Kolejny nerwowy uśmiech. – Nawzajem.
Wyszliśmy na korytarz, po czym Molly spotkała jakąś znajomą i co sił w nogach mnie opuściła. Skierowały się do laboratorium i zostałem sam na korytarzu. Było bardzo cicho. Zupełnie jak w to Boże Narodzenie, kiedy Sherlock przyszedł zidentyfikować ciało Irene Adler. Po wszystkim staliśmy we dwóch na korytarzu tej samej kostnicy, a ja podałem mu papierosa. W pewnym momencie spojrzał w stronę ludzi na sąsiednim oddziale.
Spójrz na nich. Widać, że bardzo im zależy. Nie zastanawiałeś się czasem, czy aby z nami jest wszystko w porządku?
Wszyscy, którzy żyją, umierają, pozostawiając po sobie złamane serca. Przejmowanie się w niczym nie pomaga, Sherlocku.
Odepchnąłem od siebie niechciane wspomnienie. Przez chwilę zastanawiałem się, co zrobić. W zasadzie powinienem udać się do kliniki, w której pracował John, i tam się z nim spotkać, ale nie paliłem się zbytnio do tej wizyty. Z drugiej strony poczułem dziwną chęć zajrzenia do pomieszczenia, w którym znajdowało się ciało Sherlocka. Chciałem zostać sam z moim bratem. Niekoniecznie wyciągnąć jego ciało, ale pobyć z nim w jednym pokoju.
Nogi same skierowały mnie we właściwą stronę. W środku znajdowało się mnóstwo stolików, ale widać o tej porze jeszcze nie przeprowadzano sekcji, bo na żadnym z nich nie spoczywało żadne ciało okryte (bądź nie) białym prześcieradłem. Podszedłem do ściany, w której zainstalowane były szafki na zwłoki. Dokładnie wiedziałem, w której leżał Sherlock, ale nie wysuwałem jej, aby spojrzeć mojemu braciszkowi w oczy, tylko przystanąłem i oparłem się o szafkę obok.
Chciałem coś powiedzieć, ale nie wiedziałem co. Czy miałem opowiedzieć mu o tym, że ktoś wysyła mi wiadomości? Na pewno by się zdenerwował. W końcu miałem dla niego sprawę, a on nie był w stanie jej rozwiązać, no bo przecież nie żył. Nie, tak naprawdę wiedziałem, że przyszedłem tutaj z zupełnie innego powodu.
– Przepraszam, Sherlock – wyszeptałem. Czułem jak robi mi się ciężko na sercu, ale odchrząknąłem i zamknąłem oczy, aby wziąć się w garść. – To pewnie nie wystarczy, ale…
Nagle usłyszałem trzask, a potem zgrzyt podobny do przekręcanego w zamku klucza. Odwróciłem się gwałtownie i natychmiast zauważyłem, że na drzwiach wisi jakaś duża, pożółkła kartka, na której było coś napisane, a na samym spodzie znajdowała się pieczęć podobna do tych na starych dekretach. Podbiegłem do wyjścia, ale zamiast przeczytać wykonany elegancką kursywą napis, najpierw chwyciłem za klamkę i spróbowałem otworzyć drzwi. Od razu natrafiłem na opór, co wcale nie było dla mnie zaskoczeniem. A więc zostałem tutaj zamknięty na klucz. Ale przez kogo?
Nieważne. Na razie musiałem się stąd wydostać. Naparłem całym ciałem na drzwi i spróbowałem je wyważyć. Jeden raz. Bez skutku. Drugi raz. Znów żadnych efektów. Za trzecim razem również mi się nie powiodło, ale wreszcie zwróciłem uwagę na wiszący na drzwiach papier. Z pewną obawą zacząłem czytać.
Przez te zasady podnoszę to miasto
I tym zasadom wierny obwieściłem
Ukaz ostatni na Edypa synów:
Aby dzielnego w walce Eteokla,
Który w obronie poległ tego miasta,
W grobie pochować i uczcić ofiarą,
Która w kraj zmarłych za zacnymi idzie;
Brata zaś jego – Polinika mniemam –
Który to bogów i ziemię ojczystą
Naszedł z wygnania i ognia pożogą
Zamierzał zniszczyć, i swoich rodaków
Krwią się napoić, a w pęta wziąć drugich,
Wydałem rozkaz, by chować ni płakać
Nikt się nie ważył, lecz zostawił ciało
Przez psy i ptaki w polu poszarpane.
Antygona… – powiedziałem do siebie.
Dlaczego Antygona? Przecież ja i Sherlock nie przypominaliśmy Eteoklesa i Polinejkesa. Ja i Sherlock nie stoczyliśmy bratobójczej walki podczas wojny, a ja nie zdradziłem naszej ojczyzny… Wręcz przeciwnie, pracuję dla państwa i stoję na jego straży. Chyba, że to nie ja byłem Polinejkesem i to nie moje zwłoki miały zostać pozostawione bez pochówku, tylko…
Szybko podbiegłem do szafki, w której powinno znajdować się ciało mojego brata, i chwyciłem za jej uchwyt. Z całych sił pociągnąłem ją ku sobie i udało mi się ją otworzyć do połowy. Fizycznie byłem w stanie pociągnąć szafkę dalej, ale nie miałem odwagi spojrzeć na martwą twarz Sherlocka, toteż uznałem, że jego stopy mi absolutnie wystarczą. A stopy, które widziałem, były dokładnie takie jak je pamiętałem z ostatniego razu, kiedy zastałem Sherlocka na bosaka.
Tak czy inaczej, odczułem ulgę. Nikt nie ośmielił się ruszać ciała mojego brata. Zamknąłem szafkę i odwróciłem się. Wyglądało na to, że zostałem zamknięty w prosektorium. Nie byłem w stanie wyważyć drzwi, ale co mi szkodziło zadzwonić po pomoc? Na pewno panna Hooper miała klucz, a ja akurat miałem jej numer. Kiedy jednak wyciągnąłem komórkę i odblokowałem klawiaturę, nagle ktoś do mnie zadzwonił. Numer był zastrzeżony. Wiedziałem co to znaczy.
Z pewnym wahaniem odebrałem i przyłożyłem słuchawkę do ucha, czekając aż odezwie się mój prześladowca. W pierwszej chwili słychać było tylko dziwne szmery. Nie byłem w stanie określić skąd pochodziły, ale z każdą sekundą oczekiwania przyprawiały mnie o dreszcze. Aż w końcu odezwał się ledwo słyszalny w morzu szmerów syczący szept:
– Mycroft Holmes nigdy już nie zaśnie.
– Kim ty jesteś? – spytałem.
Rozłączył się.
Wpatrywałem się przez kilka sekund w swój telefon. A potem usłyszałem kolejny zgrzyt w zamku i drzwi się otworzyły. Spodziewałem się zastać Molly albo jakiegoś innego patologa, ale ku memu zaskoczeniu stanął przede mną woźny z gęstą, czarną brodą. Na mój widok bardzo się zdziwił. Uśmiechnąłem się do niego uprzejmie.
– Dziękuję bardzo – odpowiedziałem. – Ktoś mnie tutaj zamknął. Pewnie dla żartu.
Szybko ruszyłem w stronę wyjścia. Woźny zszedł mi z drogi, ale nagle jego wzrok padł na wiszącą na drzwiach kartkę. Zdziwił się jeszcze bardziej. Rzuciłem mu kolejny uśmiech i szybkim ruchem zerwałem kartkę.
– To do mnie – odparłem, zwijając fragment z Antygony w rulon. – Do widzenia.
I wyszedłem. Miałem nadzieję, że zdążę spotkać się z doktorem Watsonem przed końcem jego przerwy na lunch.
– Streszczaj się, mam tylko piętnaście minut przerwy – powiedział John, prostując się na krześle w stołówce.
Chciałem go wcześniej zabrać do kawiarni, ale powiedział, że woli nie opuszczać kliniki. W sumie było mi wszystko jedno. Wziąłem sobie tylko herbatę, podczas gdy dobry doktor Watson nałożył sobie na talerz jakiś gulasz z ziemniakami i kawę z mlekiem. Dość powiedzieć, że kiedy zobaczył mnie przed gabinetem nie za bardzo się ucieszył, a dowiedziałem się również, że zamierzał za jakiś czas odwiedzić swoją starą terapeutkę.
Wyjąłem z kieszeni nekrolog i przysunąłem go w stronę Johna. Żując porcję gulaszu, podniósł brew ze zdumienia, a potem przeczytał po cichu to, co napisałem.
– Może być? – spytałem. – Ma się ukazać pojutrze w „Daily Telegraph”.
Milczał przez chwilę, po czym przełknął przeżuwany kęs i spojrzał na nekrolog jeszcze raz.
– Całkiem, całkiem – odpowiedział, przenosząc na mnie wzrok. A potem zaczął grzebać widelcem w jedzeniu. – Aczkolwiek to trochę mało, biorąc pod uwagę, że od czterech dni gazety mówiąc tylko o tym, że Sherlock był oszustem.
– Ale dobre na początek. A „Daily Telegraph” to najbardziej poczytna gazeta w tym kraju.
– To co zrobisz potem?
Milczałem przez chwilę. Nadal nie miałem żadnego pomysłu jak oczyścić imię Sherlocka. W zasadzie to byłem tak pochłonięty pogrzebem, sprawami państwa i prześladowcą, że nie byłem w stanie wymyśleć żadnej strategii. Czułem się źle z tego powodu. Jak mogłem zapomnieć o czymś tak ważnym? I co w takim razie miałem powiedzieć Johnowi?
– Na razie muszę zająć się pogrzebem – odparłem w końcu i wziąłem łyk herbaty. – Kiedy będę miał z głowy te wszystkie formalności, będę mógł skupić się na oczyszczaniu dobrego imienia mojego brata.
Wyczytałem z twarzy Johna, że z jednej strony wciąż był na mnie oburzony, a z drugiej – w pełni rozumiał, że nie mogłem się rozdwoić. Ale niczego nie odpowiedział. Oddał mi tylko nekrolog i w ciszy zajął się jedzeniem gulaszu. Ja jednak miałem do niego jeszcze jedną sprawę i dlatego nie ruszałem się jeszcze z miejsca. Odstawiłem herbatę na spodeczek i pochyliłem się bardziej w stronę Johna. Zamarł na chwilę, a potem rzucił mi zdziwione spojrzenie.
– Co? – spytał.
– Powiedziałeś pani Hudson?
– O czym?
– O naszej pogawędce w Klubie Diogenesa.
Próbowałem ująć to w taki sposób, aby nikt nieproszony się nie zainteresował. Na szczęście John natychmiast zrozumiał o czym mówię, bo znów przerwał posiłek i popatrzył na mnie  tak, jakbym powiedział coś obraźliwego albo niedorzecznego. Zaraz jednak odzyskał rezon i wrócił do jedzenia.
– Nie, jeszcze nie – odpowiedział.
– Powiedz jej – odrzekłem, znów wprawiając doktora w osłupienie. – Oczywiście, jeśli uważasz, że lepiej, żeby wiedziała.
Patrzył na mnie z niedowierzaniem. Odstawił widelec na bok i pochylił się odrobinę w moją stronę.
– A dlaczego sam jej tego nie powiesz? – spytał, rzucając mi chłodne spojrzenie.
– A wolałbyś, abym to zrobił? – Podniosłem filiżankę, aby upić kolejny łyk. – Znasz taktowność Holmesów. Ty to zrobisz lepiej.
John westchnął z rezygnacją.
– Zastanowię się. Ale tak z czystej ciekawości, dlaczego chcesz, aby pani Hudson wiedziała, co wydarzyło się między tobą a… – Już prawie wypowiedział nazwisko Moriarty’ego, ale potrząsnąłem głową, dając mu do zrozumienia, żeby był dyskretny. – A Jimem?
Mógłbym mu powiedzieć, że Lestrade wie. Wtedy John zapytałby, skąd wie, a ja opowiedziałbym mu o moim prześladowcy.
– Po prostu uważam, że pani Hudson powinna wiedzieć – wyjaśniłem po chwili.
– Aha – przytaknął. – No cóż, to ma sens. Chociaż do domu cię raczej nie wpuści. Ale ciebie to chyba mało obchodzi. – Uśmiechnął się do mnie cierpko.
Spojrzałem tylko na niego. John zebrał resztki gulaszu w jedną kupkę i zaczął kończyć jedzenie.
– Wiesz – ciągnął dalej – zdaję sobie sprawę z tego, że Holmesowie są raczej powściągliwi, jeśli chodzi o uczucia, ale nawet najbardziej powściągliwi ludzie ronią łzy nad zmarłymi bliskimi.
– A uwierzyłbyś w moje łzy, doktorze Watson? – spytałem, uśmiechając się smutno.
Zadzwonił telefon, a ja pomyślałem, że to znowu mój prześladowca. Nie wiem dlaczego. Po prostu tak pomyślałem. Tak czy inaczej, myśl ta sprawiła, że zamarłem w miejscu. Starałem się nie wyglądać na przerażonego, ale John i tak patrzył na mnie ze zdziwieniem. A wszystko dlatego, że ręka, w której trzymałem filiżankę, drżała.
– To ze zmęczenia – wytłumaczyłem się.
– Nie odbierzesz? – zapytał po chwili doktor.
Wziąłem się w garść i wyciągnąłem komórkę z kieszeni. Ku swojej wielkiej uldze dzwoniła do mnie Anthea. Odebrałem, a tymczasem John pożegnał się ze mną i odstawił tacę do okienka z brudnymi talerzami. Po krótkiej rozmowie z asystentką, ruszyłem załatwić resztę rzeczy na mojej liście.
W ciągu tych kilku godzin, które pozostały mi do czwartej, przekazałem Lestrade’owi nowe ślady. Bardzo się zaniepokoił zajściem w kostnicy. Proponował mi nawet ochronę, ale natychmiast odpowiedziałem, że sobie poradzę. Za to on przekopiował z mojego telefonu rozmowę z prześladowcą, aby ją zanalizować, przy okazji opowiadając mi, czego dowiedział się od siostrzenicy o Fullmetal Alchemist. Sam pomysł z alchemią i prawem równoległej wymiany wydał mi się dość ciekawy, ale najważniejszą informacją dla mnie było to, że głównymi bohaterami są dwaj bracia, którzy próbowali powołać do życia zmarła matkę i, przeprowadzając jakiś zakazany rytuał, zapłacili za to wysoką cenę. Młodszy – Alphonse – stracił ciało, a starszy – Edward – nogę, a potem – próbując ocalić Ala – zaoferował na wymianę swoje ramię. Zapieczętował duszę swojego brata w zbroi i odtąd obaj szukali kamienia filozoficznego, aby powrócić do swojej dawnej postaci.
Było to poniekąd bardzo interesujące i dało mi dużo do myślenia. Przez chwilę żałowałem, że nie żyję w tym magicznym świecie (no bo nikt nie przekona mnie, że rysowanie koła i przemienianie jednej rzeczy w drugą, ot tak sobie, jest nauką). Być może gdybym znalazł jakiegoś wykwalifikowanego alchemika i oddał coś w zamian, mógłbym przywrócić Sherlocka do życia. Z drugiej strony – historie opisane w filmach i literaturze jasno stawiają sprawę: nekromancja kończy się zawsze źle.
Dostarczyłem nekrolog do „Daily Telegraph” (przyjęli go bez zastrzeżeń; na szczęście moja twarz nie jest zbyt znana, bo idąc przez korytarze redakcji nie słyszałem za sobą różnych szeptów na swój albo Sherlocka temat) i spotkałem się z kilkoma oficjelami. Jednocześnie wciąż nie mogłem przestać myśleć o tym, co zdarzyło się rano i czego się dowiedziałem od Lestrade’a. Jak na razie wszystkie wiadomości (poza parafrazą Makbeta i refrenem Stayin’ Alive… no i napisem: „Morderca”) dotyczyły fikcyjnych par braci. Kain i Abel, Polinejkes i Eteokles, Edward i Alphonse Elric… W sumie wiedziałem, co chciał mi przekazać, ale te trzy przykłady zaczęły mnie intrygować.
———————————
[1] Polecam puszczenie sobie w tle tego wykonania: http://www.youtube.com/watch?v=fhn3Z6erqMA

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 3

Z pewnym niepokojem przystanąłem na ganku Baker Street 221B. Mogłem, co prawda, po prostu wejść i od razu zajrzeć do mieszkania Sherlocka, mimo to uznałem za bardziej stosowne najpierw zapukać. Dlatego przyłożyłem rączkę parasola do drzwi i uderzyłem w nie dwa razy. Nie cieszyłem się, że tu jestem. Nie tylko dlatego, że wszystko wokół przywodziło mi na myśl Sherlocka, ale też dlatego, że dobrze wiedziałem, jak zareaguje na moją obecność John Watson. Po naszej ostatniej rozmowie w Klubie Diogenesa miał o mnie pewnie jak najgorsze zdanie. Wiedziałem, że on najsilniej przeżył śmierć Sherlocka, i mógł za nią winić tylko mnie i Moriarty’ego.
Drzwi się otworzyły. Nadzieje na to, że to nie John, a pani Hudson mi otworzy, prysły od razu, kiedy ujrzałem jego twarz (nieodmyte ślady pianki po goleniu świadczyły o tym, że przerwałem mu poranną toaletę, ale po poplamionym swetrze wywnioskowałem, że wcale tej nocy nie spał). Przez chwilę doktor wydawał się być zakłopotany, ale zaraz odchrząknął i posłał mi nieufne spojrzenie. Ludzie dawali mi takie spojrzenia milion razy, a ja ignorowałem je z równą łatwością jak przejeżdżające za oknem samochody, ale w tym konkretnym momencie te chłodne, pełne rezerwy oczy Johna Watsona sprawiały, że chciałem odwrócić się i odjechać. Wiedziałem jednak, że to niemożliwe. Miałem obowiązek do spełnienia.
– Przyszedłem w sprawie pogrzebu – oświadczyłem.
– Aha – przytaknął ze zrozumieniem John, otworzył drzwi szerzej i wpuścił mnie do środka. A potem dodał: – Tylko wytrzyj buty.

Wykonałem polecenie, kiedy tylko przekroczyłem próg. Jak tylko wszedłem na schodach pojawiła się pani Hudson i przywitała mnie przyjaznym uśmiechem (widziałem jednak, że miała podkrążone oczy i wygniecioną sukienkę). Następnie oboje zaprosili mnie do salonu. Chciałem zaprotestować, ale nim się obejrzałem John już sadzał mnie przy kominku, a pani Hudson robiła w kuchni herbatę. Wszystko dookoła było takie jak zawsze. Ten sam nieporządek, te same rupiecie, książki, sprzęt laboratoryjny… Nawet skrzypce Sherlocka leżały na pobliskim stoliku, gotowe do zagrania jakiegoś utworu, który miał mnie zirytować.
Mimowolnie uśmiechnąłem się do swoich wspomnień. Zaraz jednak poczułem ciężar w sercu. Już tych skrzypiec nie usłyszę, choćbym bardzo chciał.
Na podłodze w korytarzu zobaczyłem kilka dużych pudeł. Na razie były puste, a więc to oznaczało, że John jeszcze nie mógł się zdobyć na przeprowadzkę. Prawdopodobnie nie miał na razie mieszkania albo uważał, że jest stanowczo za wcześnie na taki krok.
– Tak więc – odezwał się nagle, wyrywając mnie z rozmyślań – co ustaliłeś?
– Myślałem o najbliższym poniedziałku – oświadczyłem. – W niedzielę zawsze jest wielki ruch, a wcześniej nie zdążę załatwić wszystkiego na czas. Jedyne, co już jest gotowe, to miejsce na cmentarzu. Sherlock wykupił je lata temu, bo zawsze chciał spocząć pod drzewem. Tak więc na poniedziałek wszystko będzie już zapięte na ostatni guzik.
– Czyli za okrągły tydzień – podsumował mnie doktor. – A nekrolog? Chyba nie pozwolisz, aby w gazetach pisano tylko o Sherlocku-oszuście?
– Zobaczę co da się zrobić – odparłem zdawkowo. Ale już zamówiłem w „Daily Telegraph” nekrolog. Teraz musiałem go tylko napisać.
– Proszę bardzo, chłopcy. – Pani Hudson weszła do salonu z dwiema filiżankami herbaty i podała je nam. – Pijesz z mlekiem i cukrem, tak, Mycroft? – upewniła się.
– Tak, bardzo dziękuję. – Uśmiechnąłem się do niej uprzejmie, a ona poszła znów do kuchni, aby zaraz wrócić ze swoją herbatą.
Przez chwilę trwała cisza. Najwyraźniej po omówieniu spraw związanych z pogrzebem skończyły nam się tematy do rozmowy. Herbata była za gorąca, abym mógł zająć się jej piciem, więc położyłem filiżankę tuż obok skrzypiec i przez jakiś czas zastanawiałem się, czy spytać ich o to, jak się czują.
Spojrzałem na Johna, a on na mnie. Czegoś oczekiwał. Być może chciał usłyszeć: „Jak się czujecie?”, a być może spodziewał się po mnie jakichś słów typowych dla rodziny Holmesów, jaką znał – chłodnych, nieczułych, cynicznych… bezdusznych. Zawsze denerwowało go to w Sherlocku. Denerwowało go, kiedy Sherlock odcinał się od emocji i zachowywał jak beznamiętna maszyna, która oddycha, je, a do tego trzyma części ciała nieboszczyków w lodówce. Doktor Watson nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że ja byłem jeszcze gorszy.
– Możecie wreszcie coś powiedzieć? – zdenerwowała się pani Hudson. – Ta grobowa cisza mnie dobija. Jak tam praca, Mycroft? – spytała mnie ni stąd ni zowąd.
– Właśnie – wtrącił doktor Watson i popatrzył na mnie złośliwie. – Jak tam w pracy, Mycroft?
Przez całą drogę na Baker Street rozważałem, czy powiedzieć im o anonimach, ale doszedłem do wniosku, że sam sobie z tym poradzę. W końcu mieli już dość swoich zmartwień.
– Jakoś sobie radzę – powiedziałem ostrożnie.
Prawda, byłem trochę zmęczony po ostatnim wydarzeniu z lustrem. Przed wyjściem do pracy rozmyślaniach o tym nowym tropie. Najpierw mój prześladowca cytuje Biblię, a teraz parafrazuje Makbeta. Czy była to aluzja do mojej działalności w rządzie? Czy może po prostu chodziło o samo zdanie: „Mycroft Holmes nie zaśnie już więcej”? Nie zasnę już więcej, bo jak Kain, zabiłem swojego brata? Nie zasnę, bo jestem mordercą? I czy Glamis i Kawdor były w tym cytacie tylko dla kontekstu, czy również miały jakieś znaczenie?
Poza tym sama sprawa nie szła zbyt dobrze. Udało nam się namierzyć komórkę, z której przesłano mi cytat z Biblii, ale kiedy przybyliśmy na miejsce, aby zgarnąć właściciela, znaleźliśmy komórkę porzuconą na Southwork Bridge. Okazało się, że widniał tam tylko jeden numer – mój numer – i że właściciel nie używał go wcześniej do żadnej innej czynności. Operator nic nam nie powiedział, zasłaniając się ochroną danych osobowych klientów, więc kazałem swoim ludziom włamać się do ich bazy danych. Wciąż czekałem na wyniki w tej sprawie. Podobno mieli nazwisko właściciela, ale nie mogli go nigdzie znaleźć. Jakby rozpłynął się w powietrzu.
Następnie mieliśmy nagrania z kamer. Moim ludziom udało się zidentyfikować większość przebywających tamtej nocy pracowników, ale i tak czasami jakość kamer pozostawiała wiele do życzenia w kwestii detali twarzy. Podejrzewałem, że intruz mógł wejść do środka przebrany za kogoś z personelu, ale była jedna rzecz, która mnie nurtowała – przez całe nagranie ani razu nikt nawet nie zbliżył się do drzwi mojego gabinetu. Być może wśród ochrony znajdowali się jacyś ludzie, którzy współpracowali z włamywaczem, ale na razie nie miałem czasu ich sprawdzić.
Prawdę mówiąc, starałem się nie angażować do tej roboty zbyt wielu osób. Moim zwierzchnikom by się to nie podobało. Tajne służby i Scotland Yard miały również inne, o wiele ważniejsze rzeczy do zrobienia, niż szukanie jakiegoś mściciela.
– My czujemy się dobrze. Dzięki, że pytasz – odezwał się nagle z sarkazmem doktor.
– John! – zrugała go pani Hudson.
Upiłem łyk herbaty i spojrzałem w stronę Johna.
– Przepraszam, nie jestem dobry w pocieszaniu – odparłem. – Zresztą jak macie się czuć po czymś takim?
– Ty za to czujesz się całkiem dobrze – stwierdził z irytacją. – Zachowujesz się tak, jakby nic nie zaszło.
– John! – Pani Hudson znowu zwróciła mu uwagę.
Wziąłem kolejny, tym razem większy łyk. Wiedziałem, że John będzie chciał wzbudzić we mnie poczucie winy albo pogłębić to już istniejące. Byłoby dziwnie, gdyby tego nie robił, zwarzywszy na naszą ostatnią rozmowę. Niestety dla mnie oznaczało to niekończącą się mękę udawania, że to wszystko, co czułem, nie istnieje, i wysłuchiwania o sobie rzeczy, które i tak wiedziałem, że są prawdą. Ale nie protestowałem, nie broniłem się, nie wyjawiałem tajemnic swojego serca.
Po prostu dopiłem herbatę, podziękowałem za gościnę, oświadczyłem, że jeszcze się odezwę w sprawie pogrzebu, i się pożegnałem. I tak miałem umówionych kilka spotkań na mieście, a gdybym miał pozostać w tym pomieszczeniu jeszcze sekundę, pewnie bym zwariował.
Klub Diogenesa to jednak wspaniałe miejsce. Można sobie usiąść w fotelu i zdrzemnąć się na godzinkę lub dwie, albo wziąć jakąś gazetę i przeczytać w spokoju. Można też wybrać się do Pałacu Myśli bez obawy o to, że ktoś przyjdzie i przeszkodzi w tak potrzebnej takim umysłom jak mój burzy mózgu, bo każdy tutaj respektuje prywatność innych członków Klubu i nie śmie zakłócać ich zajęć jakimiś błahostkami (co najwyżej co jakiś czas ktoś się obejrzy, tak jak poprzedniego dnia, ale to nie zdarza się znowu tak często). Każdy z nas jest samotnikiem i to nam odpowiada.
Właśnie dlatego wybieram się tam, jak tylko mam wolną chwilę. I tak też było kilka godzin po wizycie na Baker Street. Fakt, że byłem na nogach praktycznie od piątej rano i musiałem zmierzyć się z policjantami badającymi mój dom, licznymi politykami, przedsiębiorcami pogrzebowymi, goryczą Johna i budzącym niechciane wspomnienia mieszkaniem na Baker Street, sprawiał, że czułem się wykończony fizycznie i psychicznie. Chciałem odpocząć, odespać odebrane mi godziny i zregenerować siły, aby potem móc zająć się moim prześladowcą. Nawet nie przejmowałem się tak bardzo faktem, że mój nowy garnitur się pogniecie.
Po wypełnieniu wszystkich swoich obowiązków, zamiast powrócić do domu, wybrałem się do Klubu Diogenesa. Kiedy przekroczyłem jego próg i akurat mijałem recepcję, portier natychmiast do mnie zawołał:
– Panie Holmes, ktoś pana dzisiaj szukał.
Spojrzałem w stronę recepcjonisty z zainteresowaniem. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, mężczyzna od razu odpowiedział na niezadane przeze mnie pytanie:
– Doktor Watson powiedział, że chce omówić pewną sprawę. Wyjaśniłem doktorowi, że pana nie ma, ale on powiedział, że poczeka w środku. Musiał się rozmyślić, bo wyszedł po jakichś dwóch minutach.
Przytaknąłem tylko głową. John pewnie chciał się dopytać o pogrzeb albo dowiedział się od Lestrade’a o anonimach. W każdym razie zapewne nie było to nic, co nie mogłoby poczekać.
Ułożyłem się wygodnie w fotelu, zanim jednak zamknąłem oczy, aby rozpłynąć się w błogim śnie, zauważyłem, że na pobliskim stoliku do kawy leżał odtwarzacz MP3. Logiczne było przypuszczenie, że zostawił ją jakiś młodzieniec, który przebywał tu wcześniej, ale teoria ta została natychmiast przeze mnie porzucona, kiedy zobaczyłem, że z boku znajduje się napis wykonany długopisem: „MYCROFT”.
Wiedziałem, że to kolejna wiadomość od mojego prześladowcy. Przyznaję – wahałem się przez kilka sekund, czy ją odsłuchać, czy nie, ale ciekawość wzięła górę. Być może tym razem zostawił wiadomość głosową i będzie można go zidentyfikować po uważnym przesłuchaniu. Włożyłem więc słuchawki do uszu i włączyłem „play”. Usłyszałem smutny, cichy dźwięk skrzypiec przemieszany z delikatnymi pociągnięciami harfy. A po kilku sekundach samej muzyki wreszcie usłyszałem słowa.
How can I repay you, brother mine?
How can I expect you to forgive?
Clinging to the past, I shed our blood.
And shattered your chance to live.
 
Though I knew the laws, I paid no heed.
How can I return your wasted breath?
What I did not know has cost you dear,
For there is no cure for death.[1]
Im dłużej przysłuchiwałem się tej piosence, tym bardziej miałem wrażenie, że opowiada o mnie. O mnie i o Sherlocku. O moim poczuciu winy za jego śmierć.
Beautiful mother, soft and sweet,
Once you were gone we were not complete.
Back through the years we reached for you,
Alas ’twas not meant to be.
Z każdą chwilą czułem jak emocje, z którymi dotąd walczyłem, nabierają na sile. Zachciało mi się nawet płakać. To było wyznanie winy i przeprosiny, których nie zdążyłem przekazać Sherlockowi; wyznanie winy i przeprosiny, których Sherlock już nigdy nie usłyszy.
Mimo to całą siłą woli powstrzymałem łzy. Nie mogłem się rozkleić. Jestem dorosłym mężczyzną i członkiem rządu. Nie mogę pozwalać sobie na sentymenty. Na taki brak profesjonalizmu. Nie tutaj, nie w Klubie Diogenesa, gdzie moja słabość może opuścić te progi i wyjść na światło dzienne.
And how can I make amends?
For all that I took from you?
I led you with hopeless dreams,
My brother, I was a fool…
Nagle piosenka się urwała, ale to wcale nie oznaczało końca nagrania. Albowiem zaraz po smutnych dźwiękach skrzypiec i harfy, usłyszałem…
Ah, ha, ha, ha, stayin’ alive, stayin’ alive.
Ah, ha, ha, ha, stayin’ alive…[2]
Zdążyłem już znienawidzić tę piosenkę. Jakoś zawsze Moriarty’emu udawało się przemycić swoją komórkę do sali przesłuchań, a za każdym razem, kiedy odzywał się ten okropny, jazgoczący dzwonek, Moriarty uśmiechał się bezczelnie i odbierał. A kiedy już zabieraliśmy mu telefon, ilekroć zachciało mu się mnie irytować, zaczął nucić lub śpiewać Stayin’ Alive. Ilekroć słyszałem ten kawałek w radiu, przypominały mi się te wszystkie noce spędzone na przesłuchiwaniu tego potwora.
A ostatni raz usłyszałem ją, kiedy przybyłem na dach, z którego rzucił się Sherlock. Komórka Moriarty’ego zadzwoniła w jego kieszeni, kiedy ja przyglądałem się plamie krwi, która wyciekła z rozbitej głowy mojego brata. Słysząc teraz jej refren, puszczany z zostawionego dla mnie odtwarzacza MP3, miałem wrażenie, że padłem ofiarą jakiegoś chorego żartu. Że ten, który zostawił mi te dwie piosenki, nie chciał pomścić śmierci Sherlocka, tylko kpi sobie z niej. Byłem wściekły. Chyba pierwszy raz od bardzo długiego czasu wręcz dygotałem z gniewu.
Szybkim, zdecydowanym ruchem wyjąłem słuchawki z uszu. Schowałem odtwarzacz do kieszeni marynarki, włożyłem na siebie płaszcz, wziąłem walizkę i parasol, po czym ruszyłem w stronę wyjścia, a potem do samochodu.
Kilka minut później rzuciłem odtwarzacz MP3 na biurko Lestrade’a. Podniósł ze zdziwienia brwi, a potem wziął w rękę urządzenie.
– Nowy trop? – spytał domyślnie.
– Ktoś mi to podrzucił w Klubie Diogenesa. Nagrany jest tam refren Stayn’ Alive i jedna piosenka, której nie znam.
– Zaraz to zbadamy – powiedział inspektor.
Otworzył jakąś szufladę i wyciągnął z niej kabel USB właściwy dla tego typu urządzenia. Kiedy podłączył odtwarzacz do komputera, ja stanąłem za nim, aby się lepiej przyjrzeć (przy okazji zobaczyłem, że jednymi z wielu ikon na pulpicie inspektora są pasjans, pająk, saper i strona internetowa dla samotnych). W okienku „mój komputer” pojawiła się ikona przedstawiająca pendrive’a, na którą inspektor natychmiast kliknął. Naszym oczom ukazały się dwa pliki, oznaczone jedynie jako „track1” i „track2”. Inspektor odpalił pierwszy z nich i znów usłyszałem tę smutną melodię. Miałem mieszane uczucia – wciąż jeszcze nie ochłonąłem po niedawnym gniewie, a ta piosenka tylko mnie drażniła – ale udało mi się zachować kamienną twarz. Jedynie spoczywająca na parasolu dłoń trzęsła się nieznacznie, ale Lestrade był zbyt zajęty słowami słuchanej właśnie piosenki, aby zwracać na mnie uwagę. W zasadzie to wykazywał głębokie skupienie.
Nagle zatrzymał nagranie i popatrzył na mnie.
– Chyba gdzieś to słyszałem. Tak, chyba w jakimś filmie.
– Jaki to był film? – zainteresowałem się.
Milczał przez chwilę, najwyraźniej próbując sobie przypomnieć jakiejś szczegóły. W pewnym momencie włączył nagranie od początku, zamknął oczy i zaczął się przysłuchiwać.
– To było jakieś anime – powiedział po chwili. – Moja siostrzenica ogląda takie rzeczy. Ale jak to się nazywało? – Pstryknął kilka razy palcami, wciąż mając zamknięte oczy. Nagle otworzył je, a ja mogłem wyczytać nagłą iluminację z jego twarzy, kiedy szepnął: – Fullmetal Alchemist.
Pomyślałem sobie, że w takich momentach Lestrade (czy jakikolwiek inny przeciętny umysł… zwłaszcza John) musiał być bardzo pomocny Sherlockowi. Ja też w sumie wolałem nie zaśmiecać sobie głowy takimi informacjami jak jakaś kreskóweczka z Kraju Kwitnącej Wiśni, za którą przepadają małolaty.
Lestrade odwrócił się do mnie i powiedział:
– Spróbuję się czegoś od niej dowiedzieć na ten temat, ale jak na razie to wygląda dość dziwnie. Wciąż nie mogę pojąć, dlaczego ktoś twierdzi, że ma pan coś wspólnego z samobójstwem Sherlocka?
Przez chwilę milczałem. Mogłem wyczytać w jego oczach podejrzliwość. Zastanawiałem się czy mu powiedzieć, czy zostawić to dla siebie. Domyślałem się przecież jak zareaguje. W końcu był przyjacielem Sherlocka. Nie tak bliskim jak John, ale jednak przyjacielem. Z jednej strony mógł mnie (jak John) znienawidzić i odmówić mi dalszej współpracy, a z drugiej – skoro miał mi pomóc w tak delikatnej sprawie, chyba powinien wiedzieć, jakie były prawdopodobne motywacje mojego prześladowcy. Poza tym miałem wrażenie, że stosownym jest, aby on (wraz z paroma innymi osobami z otoczenia mojego brata), znał prawdę.
Tak więc zająłem miejsce tuż przed Lestrade’m i spojrzałem na niego.
– Pan wie, jaki był plan Moriarty’ego? – spytałem, aby sprawdzić stan jego wiedzy.
– Wiem, że podał się za aktora Richarda Brooka i udzielił kilka informacji Kitty Riley, aby zdyskredytować Sherlocka jako detektywa i przekonać ludzi, że jest oszustem – odpowiedział najspokojniej jak umiał, ale i tak wyczułem u niego napięcie. – John opowiadał mi, że ludzie uwierzą Kitty Riley, bo w swoim artykule zawarła mnóstwo faktów na temat jego życia. Ten drań, Moriarty, nieźle się przygotował.
Cieszyłem się, że nie musiałem mu tego tłumaczyć. To jednak oznaczało, że musiałem od razu przejść do najtrudniejszej części.
– Widzę, że doktor Watson nie wtajemniczył pana w to, jak Moriarty poznał te fakty – zacząłem, smutniejąc.
Czułem się tak, jak bym znów musiał się tłumaczyć przed Johnem. Spojrzałem na Lestrade’a. Chyba już zaczynał się tego domyślać, bo patrzył na mnie z niedowierzaniem. Przeniosłem wzrok na swoją parasolkę i odezwałem się znów do niego:
– To, co panu zaraz powiem, jest ściśle tajne i musi pozostać między nami. Zdradzam to panu tylko na potrzeby śledztwa.
– Rozumiem – odparł, ostrożnie potakując.
A potem opowiedziałem mu o tym jak udało nam się schwytać Moriarty’ego; o tym jak przesłuchiwaliśmy go, aby poznać kod komputerowy, którego użył do włamania się do trzech najlepiej strzeżonych miejsc w Anglii; o tym jak wpatrywał się w ciemność i nie chciał mówić, niezależnie od tego, co z nim robiliśmy; i o tym jak jedynym sposobem na to, aby zaczął mówić, było opowiedzenie mu czegoś o Sherlocku. I o tym, że to ja byłem tym, który go przesłuchiwał i skłaniał do mówienia.
– Nie chciałem zaszkodzić bratu. Po prostu nie zdawałem sobie wtedy sprawy z potencjalnych konsekwencji swoich czynów. Nie wiedziałem, co planuje Moriarty, a rząd chciał poznać kod.
Tym razem nie było mi tak łatwo zachować stoicki spokój, jak wtedy, kiedy mówiłem o tym doktorowi. Po części dlatego, że wciąż czułem przypływ emocji spowodowany zajściem w Klubie Diogenesa, a po części dlatego, że w tamtym przypadku sądziłem, iż Sherlocka jeszcze kiedyś  zobaczę. Dlatego też, kiedy zwierzałem się Lestrade’owi, co jakiś czas głos mi się załamywał, a wzrok uciekał na podłogę.
Teraz – kiedy już skończyłem swoją opowieść – czekałem aż Lestrade coś powie. Aż oskarży mnie o bezduszność; o to, że zdradziłem własnego brata dla kilku cyfr. Być może spodziewał się, że powiem: „Wie pan, inspektorze? Czasem trzeba poświęcić jednostkę dla dobra państwa”. Ale inspektor Gregory Lestrade nie odzywał się. Rozsiadł się tylko wygodnie w fotelu, i patrzył to na przestrzeń przed sobą, to na ekran komputera.
– Zrozumiem, jeśli nie będzie pan chciał mi dalej pomagać – oświadczyłem, podnosząc się z krzesła.
Lestrade spojrzał na mnie, jakby dopiero zdał sobie sprawę z mojej obecności.
– Zgłosił pan przestępstwo – odparł. – Mam obowiązek panu pomóc.
Z jakiegoś powodu mnie to nie pocieszało.
Zacząłem zbierać się do wyjścia, kiedy nagle Lestrade podniósł się z miejsca i podszedł do mnie.
– Kto jeszcze wie? – spytał.
– John Watson – odpowiedziałem bez chwili namysłu. – Także paru członków tajnych służb, którzy mi asystowali, ale raczej było im obojętne, co stanie się z Sherlockiem.
Poprawiłem rękawy koszuli pod płaszczem, po czym przeniosłem wzrok na inspektora, uśmiechnąłem się uprzejmie i położyłem rękę na klamce.
– Do widzenia, inspektorze.
—————————————–
[1] Vic Migniona – Brothers
[2] BeeGees – Stayin’ Alive

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 2

Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!
Przez kilka minut przyglądałem się temu zdaniu. Wiedziałem skąd pochodziło i wiedziałem, co ono dla mnie oznaczało. Mój prześladowca wiedział skądś, co zrobiłem podczas przesłuchiwania Moriarty’ego, i zamierzał to przeciwko mnie wykorzystać. Choć z drugiej strony mogło chodzić o brata w sensie duchowym, emocjonalnym, a nie Sherlocka. Zaraz jednak odrzuciłem tę myśl. Przecież nie znałem nikogo – ani w tajnych służbach, ani w rządzie, ani nigdzie indziej – z kim łączyłyby aż tak zażyłe stosunki. Musiało chodzić o Sherlocka.
Pozostawało pytanie: Kto chciał się zemścić na mnie za Sherlocka?

Naprawdę dobrze się przygotowała, ta panna Riley. Są tu rzeczy, które tylko ktoś bliski Sherlockowi mógłby wiedzieć. Widziałeś ostatnio książkę adresową swojego brata? Dwa nazwiska – twoje i moje… A tego wszystkiego Moriarty nie dowiedział się ode mnie.
Za oknem zaczęło padać, ale zwróciłem na to uwagę dopiero, kiedy jedna, duża kropla uderzyła o szybę, cal od mojego ucha. W radiu puścili kolejną piosenkę o miłości, ale nie zwracałem na to jakiejś specjalnej uwagi. Zastanawiałem się, czy człowiek, który przesłał mi dzisiaj te dwie wiadomości, zamierzał poprzestać na groźbach, czy pójść dalej i targnąć się na moje życie. Jeśli to drugie, to wielka szkoda.
Wybrałem na komórce numer mojej zaufanej agentki i odczekałem kilka sekund. Po chwili usłyszałem jej głos:
– Tak, panie Holmes?
– Potrzebne mi dane z inwigilacji Baker Street 221B. Czy doktor Watson opuszczał ostatnio mieszkanie?
– Właśnie wyszedł. Prawdopodobnie po zakupy.
– Chodziło mi bardziej o wczorajszy wieczór.
Samochód się zatrzymał. Kierowca wyszedł, a ja szybko przygotowałem parasol. Drzwi się otworzyły i po chwili stałem na chodniku, wciąż rozmawiając z Antheą.
– Tak, wychodził wczoraj – odpowiedziała, kiedy przekroczyłem próg posterunku. – Ale wrócił do domu bardzo szybko i chyba był wstawiony.
– Rozumiem. Będziemy w kontakcie – odrzekłem i się rozłączyłem.
Wytarłem buty i strząsnąłem resztki deszczu z parasola. Od razu zastałem sierżant Donovan, która spojrzała na mnie podejrzliwie. Zbadałem ją od stóp do głów. Czerwona szminka, lekki makijaż, spódnica podkreślająca smukłość nóg na wysokim obcasie, koszula ze zbyt głębokim dekoltem na taką pogodę. Pani sierżant miała dzisiaj randkę albo chciała się przypodobać komuś z pracy.
– Mam nadzieję, że nie zaczęliście beze mnie – powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej uprzejmie.
Spojrzała na mnie chłodno.
– Nie powinien się pan wtrącać do śledztwa, panie Holmes. Jest pan poszkodowanym.
– O, pani nie wie, co ja mogę, pani sierżant – odpowiedziałem, ściągnąwszy płaszcz.
Kolejny uprzejmy uśmiech z mojej strony musiał ją zirytować, ale tylko odwróciła się do mnie plecami i zaczęła iść w stronę, która zapewne prowadziła do pokoju przesłuchań. Ruszyłem za nią, rozważając w myślach, czy powiedzieć jej o SMS-ie, czy raczej zwrócić się z tym do Lestrade’a. I choć wątpliwe było, aby szef ochrony albo woźny byli tymi, którzy przesłali mi wiadomości, to i tak istniało prawdopodobieństwo, że użyczyli sprawcy klucza do mojego gabinetu.
Donovan zaprowadziła mnie za weneckie lustro, przez które widziałem już jakiegoś policjanta, pochylającego się nad woźnym, najpewniej grając złego glinę. Tuż obok mnie stał inspektor Lestrade. Co jakiś czas zerkał na mnie, a ja na niego. Ciemność nieco utrudniała mi analizę, ale udało mi się ustalić, że ostatnią noc spędził na papierkowej robocie, popijając kawę z mlekiem i jedząc pączki. W przeciwieństwie do sierżant Donovan, moja obecność wprawiała go w zakłopotanie.
W sumie nie widzieliśmy się od śmierć Sherlocka. Podejrzewałem, że inspektor nie był pewien, co powinien powiedzieć członkowi rodziny jego zmarłego znajomego. Teraz również wydawało mi się, że próbuje w myślach ułożyć słowa pocieszenia. Obojętnie jednak jak bardzo taktowne i pełne współczucia byłyby jego kondolencje, i tak nie chciałem go słuchać.
Dlatego zanim jeszcze zdążył otworzyć usta, wyciągnąłem komórkę i, wchodząc w skrzynkę, powiedziałem:
– Mam dla pana nowy trop.
Pokazałem mu wiadomość. Bez słowa odebrał ode mnie komórkę i przeczytał uważnie tekst SMS-a. Po chwili podniósł brwi ze zdumienia i popatrzył na mnie.
– „Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi”? – przeczytał, zwracając tym uwagę innych osób obecnych w pomieszczeniu.
– Księga Rodzaju, rozdział czwarty, werset… prawdopodobnie dziesiąty – wyjaśniłem, po czym dodałem: – Ale pomówimy o tym potem. Teraz mamy przesłuchanie.
Przez jakieś półtorej godziny obserwowaliśmy jak anonimowy policjant próbuje wyciągnąć z woźnego jakieś informacje. Woźny zarzekał się, że przez cały czas zajmował się swoją pracą i że nikogo nie spotkał. Policjant tymczasem a to krzyczał na niego, a to był dla niego miły, a to znów zarzucał mu kłamstwo.
W pewnym momencie kusiło mnie nawet, aby tam wejść i pokazać temu amatorowi jak to się robi dobrze, ale zobaczyłem swoje na wpół przeźroczyste odbicie w lustrze weneckim i na chwilę miałem wrażenie dejavu. Nagle po drugiej stronie lustra znajdował się nie otyły woźny, tylko patrzący się w pustą przestrzeń James Moriarty. Najlepsi członkowie tajnych służb Wielkiej Brytanii próbowali wciągnąć z niego cokolwiek na temat jego słynnego kodu komputerowego, ale on zachowywał się jak człowiek po lobotomii. A potem wchodziłem ja i przesłuchiwałem go w jedyny sposób, który zdawał się działać.
Jak wyglądały wasze relacje? Wyskakiwaliście na kawę od czasu do czasu z Jimem? To twój własny brat, a ty wypaplałeś cały jego życiorys temu psychopacie.
Zamknąłem oczy i zacząłem masować czoło, zwracając tym uwagę Lestrade’a.
– Wszystko dobrze, panie Holmes? – zapytał z pewną dozą troski w głosie.
Spojrzałem na niego, położyłem rękę na parasolce i uśmiechnąłem się do inspektora uprzejmie.
– Tak, jestem tylko trochę zmęczony. – Przeniosłem wzrok na woźnego i powiedziałem. – Wygląda na człowieka podatnego na naciski, czyż nie?
Lestrade milczał, a ja ciągnąłem dalej:
– Takich jak on łatwo można zastraszyć, aby zrobili, co im się każe. Może niekoniecznie zabicie prezydenta… na to jest stanowczo za głupi i za strachliwy. Ale można mu kazać otworzyć drzwi, do których tylko on ma klucz. Z drugiej strony…
Jeszcze przez chwilę przyglądałem się przesłuchiwanemu. A potem podjąłem decyzję i wszedłem do sali przesłuchań, ku wielkiemu zaskoczeniu zgromadzonych. Na mój widok woźny natychmiast się przestraszył.
– Panie Holmes, ja… ja jestem niewinny. Ja…
– Czego pan tu szuka? – zaprotestował policjant. – Tu nie wolno wchodzić osobom nieupoważnionym.
Nie zwracając uwagi na obu idiotów, szybko chwyciłem woźnego za prawą rękę i przyjrzałem się jej dokładnie. Moje przypuszczenia się potwierdziły. Mimowolnie uśmiechnąłem się do swoich myśli, zrobiłem kilka kroków w tył i oparłem jedną ręką na parasolu.
– A więc masz Parkinsona? To oznacza, że nie tyle ty otworzyłeś drzwi włamywaczowi, co on wziął od ciebie klucz. Inaczej zamek mojego gabinetu byłby dziś rano zarysowany jak lodowisko.
Przez chwilę przyglądał mi się z niedowierzaniem (zapewne dlatego, że nie spodziewał się na policji mieć zdiagnozowanego Parkinsona; wyglądał na takiego, który nie lubi chodzić do lekarza częściej niż raz na rok), a potem głosem świadczącym o desperacji i bliskim załamaniu powiedział:
– Panie Holmes, ale ja naprawdę nie mam z tym nic wspólnego. Przysięgam.
– Wiem, że boisz się, że po tym incydencie zostaniesz zwolniony i trafisz do więzienia za współudział we włamaniu. Myślę, że sąd będzie dla ciebie łaskawy, biorąc pod uwagę, że działałeś pod przymusem.
– Ale ja już od początku próbuję im powiedzieć – wskazał palcem policjanta – że nie mam z tym nic wspólnego! Przez całą swoją zmianę nikogo nie spotkałem, poza kilkoma pracownikami!
Zająłem miejsce naprzeciwko niego.
– Czyli miałeś wczoraj zmianę, tak?
Przytaknął głową.
– Kto jeszcze z tobą pracował tej nocy?
– Takie dwa młokosy, Pete i Jason, oraz Mary Stanton.
– Pete i Jason… Pete i Jason… – Spojrzałem w sufit, szukając ich nazwisk w pamięci. – Ach, tak. – Przeniosłem wzrok z powrotem na woźnego. – Chyba wiem którzy to. Mary też kojarzę. Dawałeś któremuś z nich klucz do mojego gabinetu?
– Nie, panie Holmes.
Był bardzo zdenerwowany. Byłem pewien, że coś ukrywa. Coś wstydliwego. Coś, co mogłoby zagrozić jego posadzie.
– Wiesz, czytałem twoje akta – powiedziałem, prostując się na krześle. Tymczasem mój rozmówca napiął się jak struna, a na jego czole pojawił się pot. Uśmiechnąłem się do niego uprzejmie i dodałem: – Dwudziestoletni staż i to prawie bez żadnego urlopu. Do tego przykładasz się do pracy w godny podziwu sposób. Nie mówiąc już o tym, że kiedyś unieszkodliwiłeś włamywacza, kiedy myszkował w mojej szafce. Nie jesteś przestępcą. Jesteś bohaterem.
„Unieszkodliwienie” to za duże słowo. Zamknął włamywacza w gabinecie i natychmiast zawołał strażników. Ale i tak się liczyło jako akt odwagi, jeśli miało mi to ułatwić pracę.
Na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi, a potem zastąpiły go wypieki.
– Dlatego właśnie – ciągnąłem dalej – twoje pierwsze wykroczenie zapewne skończy się tylko reprymendą. – Znów się przeraził, ale uspokoiłem go gestem. – Wiem, że coś ukrywasz, ale jestem przekonany, że to nie jest nic wielkiego. Przynajmniej nie tak wielkiego, aby przyćmić twoje zasługi. Tak więc powiedz mi: Co takiego się wczoraj stało?
Milczał przez chwilę, wpatrując się w swoje buty, jakby zbierał myśli, a potem wydał z siebie głębokie westchnienie i podniósł na mnie wzrok:
– Ja… ja zgubiłem klucze, panie Holmes. – Krótka pauza i kontynuował: – Szukałem ich wszędzie. Po kieszeniach, w wózku, w składziku, nawet w wiadrze z pomyjami. Jakby się rozpłynęły w powietrzu.
Albo ktoś ci je zabrał, kiedy nie patrzyłeś – dodałem w myślach. A potem podniosłem się z miejsca i z uprzejmym uśmiechem wyciągnąłem do niego rękę.
– Dziękuję ci za twoją współpracę.
On również wstał, po czym uścisnął nieśmiało moją dłoń.
– Teraz idź do domu i odpocznij.
– Dziękuję, panie Holmes. – Uśmiechnął się z wdzięcznością.
Policjant raczej nie miał nic przeciwko, bo przytrzymał tylko woźnemu drzwi i pozwolił mu wyjść. Inspektor Lestrade również nie zatrzymywał podejrzanego, tylko natychmiast kazał jakiemuś posterunkowemu wezwać tutaj szefa ochrony. Po czym wziął mnie na stronę i powiedział:
– A więc o co chodzi z tą Księga Rodzaju?
– „Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!” – powtórzyłem i popatrzyłam na Lestrade’a. – To słowa, które wypowiada Bóg do Kaina. Zaraz po słynnym: „Czyż jestem stróżem brata mego?”. Wie pan co to oznacza, inspektorze?
Nie wyglądało na to, aby rozumiał, co mam na myśli. Najpierw podejrzewałem, że to dlatego, że jest idiotą (jak wszyscy wokół), ale potem zdałem sobie sprawę z tego, że nie wiedział nic o mnie i Moriarty’m (a przynajmniej nie powinien) i dlatego może i rozumiał, co chciałem mu powiedzieć, ale nie widział związku między samobójstwem Sherlocka a mną. Jedyną osobą spoza tajnych służb, która wiedziała co zaszło, był John Watson.
– Autor obu tych wiadomości obwinia mnie o śmierć Sherlocka – oświeciłem inspektora.
– Ale jak? Przecież Sherlock popełnił…
– Świadek już przybył – przerwałem mu, bo szef ochrony właśnie wszedł do sali przesłuchań.
Tym razem poszło dość szybko. Mimo że nie wykluczałem możliwości, iż mój szef ochrony pomógł dostać się intruzowi do budynku i wpuścił do mojego gabinetu, byłem przekonany, że ów intruz raczej skorzystał z kluczy woźnego. Poza tym obserwacja mojego rozmówcy i moja własna pamięć dostarczały mi z każdą chwilą dowodów na to, że jest on patriotą i wolałby raczej dać się pochlastać przez afgańskich terrorystów zardzewiałymi maczetami, niż wpuścić intruza do budynku rządowego. Dał mi dowód swojego oddania pracy, składając do ręki raport o nagraniach z kamer. To wszystko mogła być gra, ale na razie pozwoliłem mu się ze mną bawić. Potem ewentualnie każę komuś zaufanemu go śledzić, a sam sprawdzę nagrania pod jego nieobecność i poczytam sobie jego akta do poduszki.
Twierdził, że nie widział nikogo podejrzanego, kierującego się w stronę mojego gabinetu. Przez całą noc była cisza i spokój. Aby potwierdzić jego słowa, Lestrade kazał wezwać na posterunek resztę obecnych podczas tamtej zmiany ochroniarzy. Niektórzy wyglądali, jakby ich dopiero co siłą wyciągnęli z łóżka (co zapewne było prawdą), toteż czasem mieli trudności ze zrozumieniem, co się do nich mówi. Mimo to, wszyscy zgodnie potwierdzili wersję swojego zwierzchnika.
Kiedy skończyliśmy, była już szósta wieczorem, a ja czułem się wykończony i głodny. Lestrade zaproponował mi obiad, ale odmówiłem, więc tylko odprowadził mnie do drzwi.
– Tak więc – zaczął nagle, wyraźnie z trudem dobierając słowa – jak pan się czuje po… po tym co zaszło?
– To nie powinno pana interesować, Lestrade – oświadczyłem, nawet na niego nie spoglądając. – Wolę o tym z panem nie rozmawiać.
– Rozumiem – odrzekł, trochę z przekąsem. – A kiedy będzie pogrzeb?
– Jeszcze to ustalę i dam panu znać.
Zaszliśmy już pod drzwi i przekroczyłem próg, a Lestrade za mną. Trochę kropiło, ale zdecydowałem się nie otwierać parasola na tak krótki odcinek drogi. Kiedy jednak byłem już na chodniku, usłyszałem za sobą głos Lestrade’a:
– Ale wie pan co?
Odwróciłem się do niego.
– Znałem pana brata od kilku lat i wiem jedno: nie był oszustem. Był najgenialniejszym człowiekiem, jakiego spotkałem.
Wiedziałem, że to powie. Sherlock mógł traktować Lestrade’a jak idiotę, a Lestrade narzekać na jego wyniosłość, ale spośród wszystkich policjantów w Zjednoczonym Królestwie tylko Lestrade wiedział jak z nim postępować.
Ja jednak chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu, toteż w odpowiedzi na zapewnienie inspektora posłałem mu uprzejmy uśmiech i się z nim pożegnałem. Byłem niemal pewien, że uznał moje zachowanie za bezduszne, a być może jego mały, prosty rozumek doszedł do wniosku, że jednak jest coś na rzeczy z tymi anonimami. Tak czy siak, kazałem kierowcy zawieść mnie najpierw do restauracji, a potem do domu. Wieczór minął mi raczej spokojnie. Niestety nie mogę tego powiedzieć o nocy.
Stałem na dachu jakiegoś wysokiego budynku. Była ładna pogoda, ale (z wiadomych powodów) trochę wietrzna. Nie wiedziałem jak się tam znalazłem, ale nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bo nagle przede mną wyrośli dwaj mężczyźni. Jeden z nich był wysokim, bladym brunetem o krótkich, kędzierzawych włosach, w czarnym płaszczu i niebieskim szaliku – to był mój młodszy brat, Sherlock Holmes. Drugi mężczyzna też był blady, miał podkrążone oczy, rzadkie włosy koloru ciemnego blondu i zarost. Od razu rozpoznałem w nim Jamesa Moriarty.
Rozmawiali o czymś, ale nie słyszałem za bardzo, o czym. Po chwili ucieszony z jakiegoś powodu Moriarty minął Sherlocka i stanął kilka kroków od niego, mówiąc z wyraźną dozą ekscytacji:
– Cieszę się, że wybrałeś wysoki budynek. Idealnie pasuje.
Odniosłem brwi ze zdumienia. Czy to, co widzę to…? Czułem jak coś ściska mnie w dołku, ale postanowiłem na razie śledzić rozwój wypadków.
Sherlock nawet się nie odwrócił, tylko stał do mnie i Moriarty’ego tyłem. A potem zadał pytanie, które również ja chciałem zadać:
– Pasuje? Do czego?
Przez chwilę milczał, ale z mowy jego ciała potrafiłem wyczytać nagłą iluminację. Odwrócił wzrok w stronę Moriarty’ego, który teraz stał do niego przodem. A ja byłem pomiędzy nimi, jak jakiś sekundant, i nie rozumiałem, co się dzieje.
– Tak, oczywiście – powiedział nagle Sherlock, przenosząc wzrok na jakiś punkt w oddali. – Moje samobójstwo.
Podszedł powolnym krokiem do krawędzi, a Moriarty mówił dalej:
– Genialnemu detektywowi udowodniono oszustwo. Czytałem o tym w gazecie, więc to musi być prawda.
Czy to się działo naprawdę? Czułem przemożną potrzebę, aby go powstrzymać. Podbiegłem więc do Sherlocka i powiedziałem:
– Idioto, nie rób tego! Wszystko da się jakoś odkręcić…
– Uwielbiam gazety. Te baśniowe historie – Moriarty odwrócił moją uwagę, ale Sherlock kroczył dalej i wszedł na krawędź dachu. Przechylił lekko głowę, aby spojrzeć na chodnik na dole. Morairty wciąż stał w tym samym miejscu, ale również spojrzał w dół. A potem dokończył swój wywód: – I te ponure też.
– Chyba nie skoczysz? – zwróciłem się do mojego brata. – Sherlock, bądź rozsądny.
Sherlock mnie ignorował. Nawet nie raczył na mnie spojrzeć, więc chwyciłem go za rękaw, aby zwrócić na siebie jego uwagę i ściągnąć z powrotem na dach. A wtedy moja ręka przeszła przez jego ubranie jak przez powietrze. Spróbowałem jeszcze raz, z tym samym skutkiem. I zdałem sobie sprawę ze strasznej prawdy – nie mogłem nic zrobić. To wszystko się już wydarzyło, a ja nic nie mogłem zrobić.
Sherlock zeskoczył z powrotem na dach, odwrócił się do Moriarty’ego i oświadczył:
– Mogę udowodnić, że stworzyłeś całkowicie fałszywą tożsamość.
Odczułem ulgę. Jeszcze nie wszystko stracone. Sherlock zamierzał walczyć. Przecież nie skoczyłby tak po prostu z dachu tylko dlatego, że ktoś mu każe, prawda?
Ale Moriarty przekręcił tylko głowę i odpowiedział:
– Po prostu się zabij. To znacznie mniej zachodu.
Sherlock odwrócił się do niego tyłem i zrobił kilka kroków przed siebie.
– No dalej – podburzał go Moriarty. – Dla mnie.
Sherlock znów stanął do niego przodem i podszedł bliżej. Moriarty wydał z siebie przeciągłe, piszczące: „Proszę”, ale Sherlock rzucił się na niego, chwycił za kołnierz jego ciemnozielonego płaszcza i wystawił jego głowę nad przepaścią. Jednym gwałtownym ruchem szturchnął Moriarty’ego, aby poczuł wiatr w swoich rzadkich włosach, po czym przechylił go niebezpiecznie mocno poza krawędź. Wystarczył jeden ruch Sherlocka, aby Jim Moriarty spadł i roztrzaskał sobie głowę.
– Jesteś obłąkany – odezwał się wreszcie mój brat.
– Teraz na to wpadłeś? – spytał zupełnie spokojnie Moriarty.
Sherlock nie odpowiedział, tylko przechylił go jeszcze bardziej, sprawiając, że jego przeciwnik machnął odruchowo rękami, aby złapać równowagę. Pierwsza myśl, jaka przeszła mi przez głowę to: „Zabij go. Po prostu go zabij.”, ale potem odezwał się we mnie rozsądek: „Nie, nie. Lepiej dostarcz go mnie. Potrzebny jest nam żywy.”
A potem Moriarty dodał:
– Dam ci coś jeszcze na zachętę.
Jaką zachętę? Poczułem nagły przypływ adrenaliny. No tak, przecież nie proponowałby Sherlockowi samobójstwa, licząc, że popełni je z własnej, nieprzymuszonej woli. On miał w zanadrzu jakiegoś asa. Tylko co?
– Twoi przyjaciele zginą, jeśli nie skoczysz.
Na twarzy mojego brata wymalowało się przerażenie.
– John?
– Nie tylko John. Każdy.
– On na pewno blefuje! – wymknęło mi się.
– Pani Hudson? – szepnął Sherlock.
– Każdy – powtarza Moriarty.
– Sherlock, ja mam kamery w całym mieście! – zawołałem do niego. – Wiedziałbym, gdyby…
– Lestrade?
– Sherlock! – ponowiłem próbę, ale bez skutku.
– Trzy kulki, trzech strzelców, trzy ofiary – oświadcza najspokojniej w świecie Moriarty. – Nic już ich nie powstrzyma. – Sherlock szybkim krokiem wyciągnął go znad przepaści i postawił do pionu, a wtedy Moriarty zbliżył usta do jego ucha i dodał syczącym tonem: – Chyba, że zobaczą, jak skaczesz.
Sherlock stał tak oniemiały. Nawet nie próbował walczyć, kiedy Moriarty jednym sprawnym ruchem wyrwał się z jego uścisku. Uśmiechnął się do mojego brata, a potem zrobił dwa kroki do przodu.
– Możesz kazać mnie aresztować, możesz mnie torturować, możesz zrobić ze mną, co tylko zechcesz, ale nic nie odwiedzie ich od pociągnięcia za spust. Twoi jedyni trzej przyjaciele na świecie zginą, chyba, że…
– Chyba, że się zabiję i dopełni się twoja opowieść – dokończył Sherlock.
 – Sherlock! – Podszedłem do niego bliżej i powiedziałem: – Sherlock, pomyśl. Na pewno jest jakiś sposób. Wychodziłeś z większych impasów, pamiętasz? Musisz tylko pomyśleć nad rozwiązaniem.
Moriarty przytaknął z uśmiechem, a Sherlock tylko stał i przyglądał się podłożu.
– Musisz przyznać, że to jest dopiero sexy – stwierdził Moriarty.
– Umrę w niesławie – szepnął Sherlock.
– Oczywiście. W tym cały sęk – odpowiedział jego przeciwnik.
Obaj przenieśli wzrok na ulicę na dole.
– Masz nawet widownię. Czas umierać.
– Sherlock, złaź z tego dachu! – zawołałem do niego najbardziej stanowczym tonem jaki znam. – Nie waż mi się skoczyć, bo…
– Bo co? – zwrócił się do mnie znienacka Moriarty. – Co zrobisz, Mycrofcie Holmes? W tym czasie siedzisz sobie teraz w swoim małym gabinecie, nieświadom tego, co dzieje się z twoim małym braciszkiem. Co zamierzasz zrobić, aby zmienić jego los?
– Mogę kazać cię zabić, tu i teraz – odpowiedziałem. – Albo posłać za tobą całą armię, Scotland Yard, tajne służby i Interpol. – Sam nie wiedziałem, czemu to powiedziałem. Może dlatego, że czułem przemożną determinację, aby go powstrzymać za wszelką cenę, chciałem go teraz zastraszyć.
Ale on tylko prychnął śmiechem.
– Przecież ja już nie żyję, idioto. – Zaraz spojrzał na mnie z udawanym współczuciem. – Sam przyszedłeś mnie zidentyfikować. – Uśmiechnął się do mnie złośliwie. – Ale to bardzo zabawne widzieć jak Człowiek-Lód nagle zaczyna się łamać. Rzekłbym nawet, że to bardzo wzruszające, ale wiesz… jestem psychopatą.
Z przerażeniem patrzyłem jak Sherlock znów staje na krawędzi i spogląda w dół, a Moriarty przenosi wzrok ze mnie na niego.
– Mówiłem ci, że tak będzie – powiedział do niego. – Tylko twoja śmierć może powstrzymać zabójców. Bo na pewno nie ja.
– To nieprawda, Sherlock! – krzyknąłem i znów spróbowałem chwycić za rękę. Nie udało mi się. Ja się jednak nie poddawałem: – Zadzwoń do mnie, daj mi jakiś znak! Wiesz, że ci pomogę, tylko powiedz mi, co się dzieje!
I nagle jego ciało przechyliło się gwałtownie do przodu. Jak sparaliżowany patrzyłem, jak mój brat spada z niepohamowaną prędkością w dół i uderza o bruk. Jeszcze przez moment przyglądałem się jego powykrzywianej na betonie sylwetce, a po chwili na chodniku pod jego głową zaczęła rosnąć szkarłatna plama.
Kłębiły się we mnie te same uczucia, co w momencie, kiedy Anthea poinformowała mnie o śmierci Sherlocka. Najpierw niedowierzanie. Przecież Sherlock zawsze sobie radził, to niemożliwe, aby… Ale oczy mnie nie zwodziły. Widziałem jak skoczył. Widziałem jego ciało leżące na ulicy. I wtedy to do mnie dotarło, tak jak dotarło za pierwszym razem, kiedy się o tym dowiedziałem.
Sherlock nie żyje.
Obudziłem się zlany potem. Nie podnosząc głowy, powoli rozejrzałem się po sypialni. Wiszący na ścianie zegar myśliwski wskazywał czwartą czterdzieści dwie. Wszystko wokół było ciche i spokojne, a ja wiedziałem, że nie zasnę, przynajmniej nie od razu. Równie dobrze mogłem teraz pójść zrobić sobie herbatę i spróbować jakoś zabić czas.
Wstałem więc i po ciemku włożyłem na siebie szlafrok, a potem włączyłem światło w przedpokoju i poszedłem do kuchni. Wlałem wodę do elektrycznego czajnika, włączyłem go, wyciągnąłem z kredensu torebkę herbaty oraz filiżankę (nigdy nie mogłem przekonać się do kubka, być może dlatego, że herbata w filiżance zawsze wydawała mi się bardziej angielska), a z lodówki mleko. Mając trochę czasu do zagotowania wody, postanowiłem udać się do toalety, tak na wszelki wypadek. Potem zamierzałem usiąść w fotelu i ewentualnie sprawdzić ten nieszczęsny czwarty rozdział Księgi Rodzaju.
Kiedy jednak wszedłem do swojej łazienki, zamarłem w miejscu, zapominając o wszystkim, co zamierzałem zrobić tego ranka. Bo oto na moim lustrze widniał wykonany czerwonym flamastrem napis: „Glamis sen zabił, dlatego też Kawdor nie zaśnie; Mycroft Holmes nigdy już nie zaśnie.”

[FF: Sherlock] Pękający lód – rozdział 1

To wszystko zaczęło się od pewnego małego, acz irytującego incydentu. W zasadzie był to bardzo pogodny ranek, chociaż poprzedniej nocy padało, a prognoza pogody zapowiadała przelotne opady około południa, dlatego wziąłem ze sobą parasolkę (wziąłbym ją i tak, ale zwykle służyła mi za laskę, a tym razem niosłem ją z gotowością do użycia zgodnie z jej przeznaczeniem). Było to dwa dni po samobójstwie Sherlocka, a ja – idąc przez korytarze swojego miejsca pracy – wciąż słyszałem ciche szepty swoich współpracowników.
– Myślicie, że to nim wstrząsnęło?
– Znasz go, to maszyna…
– Pewnie nawet nie mrugnął, kiedy się dowiedział…
– Jeśli już cokolwiek poczuł, to ulgę. Jego braciszek był istnym wrzodem na dupie jeszcze zanim zaczął aranżować te wszystkie zbrodnie…
– Patrz, ma czarny garnitur. Na pewno na znak żałoby.
– No, nie wiem. Mnie to raczej wygląda na granatowy…
Udawałem, że ich nie słyszę; że nic mnie nie obchodzą ich niedorzeczne domysły; że rzeczywiście jestem maszyną. Po prostu szedłem spokojnie przez korytarz do swojego gabinetu, mijając biura i boksy współpracowników i podwładnych. Być może instynktownie mój chód stał się szybszy, ale twarz pozostawała niewzruszona, przez co sprawiałem wrażenie raczej śpieszącego się do pracy, niż próbującego uciec przed pomówieniami. Mam opinię Człowieka-Lodu i zależy mi, aby ta opinia się utrzymała. W mojej profesji ważna jest dyskrecja, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy wagi państwowej. Nikt nie mógł nigdy dociec tego, co chodzi mi po głowie, szczególnie po tym jak Sherlock…
Odczułem niejaką ulgę, kiedy położyłem rękę na klamce swojego gabinetu. Wyjąłem klucz i otworzyłem szybko drzwi, aby zaraz wejść do środka i oprzeć się o nie, wydając z siebie głębokie westchnienie. Kiedy jednak podniosłem wzrok, na ścianie za moim biurkiem rozpościerał się wielki, czerwony napis: „MORDERCA”.

Podniosłem brew, po czym spokojnie odstawiłem płaszcz na wieszak, podszedłem do biurka i zadzwoniłem do pokoju ochrony. Odczekałem kilka sekund, zanim nie odezwał się jeden z tych obiboków i nie zapytał o, co chodzi.
– Wydaje się, że musicie sprawdzić wczorajsze nagrania z kamer, panowie – powiedziałem.
– Coś się stało? – spytał ochroniarz przy telefonie.
– Mieliśmy tu wczoraj włamanie – odparłem. – Ja przynajmniej miałem.
– Coś zginęło, panie Holmes?
– Nie – odrzekłem, spoglądając znów na napis za sobą. – Ale podejrzewam, że nie taki był cel włamywacza.
Dla pewności sprawdziłem wszystkie szuflady biurka. Dokumenty wydawały się być na swoim miejscu, zresztą najważniejsze z nich znajdowały się gdzieindziej, w bardziej bezpiecznych miejscach (tylko idiota trzymałby dokumenty rządowe w swoim biurku, a ja idiotą nie jestem; wyrachowanym, makiawelicznym draniem bez serca tak, ale nie idiotą).
– Sprawdźcie te nagrania i złóżcie mi raport – powiedziałem po wstępnych przeszukiwaniach.
– Tak jest, panie Holmes.
Odłożyłem słuchawkę, a potem zadzwoniłem na policję. Kiedy tę rozmowę miałem już za sobą, usiadłem w swoim obrotowym fotelu i zacząłem się zastanawiać nad tym, kto jest tak głupi, a jednocześnie tak banalny, aby włamywać się do mojego biura i pisać na mojej ścianie czerwonymi literami: „morderca”. Miałem mnóstwo wrogów, którzy mogliby poczuć przemożną chęć zastraszenia mnie, jeśli nie zamordowania w jakiś przemyślny i bolesny sposób, chociażby po to, aby wywrzeć pomstę za pośrednio spowodowane przeze mnie krzywdy. Było ich stanowczo za dużo, abym mógł teraz z miejsca określić, kogo szukać. Potrzebowałem więcej tropów, czegoś co zawęziłoby grono podejrzanych, dookreśliło charakterystykę mojego włamywacza. Gdyby był tu Sherlock zapewne już by na coś wpadł. A że myślimy… myśleliśmy podobnie, mogłem spróbować zabawić się w detektywa, zanim nie przybędą odpowiednie władze.
Obróciłem fotelem tak, aby mieć przed sobą napis. Duże, w miarę równe litery. Sprawca się nie śpieszył, był raczej opanowany. Jasny, wręcz jaskrawy odcień czerwonego. No cóż, przynajmniej włamywacz nie był aż tak melodramatyczny, aby zapaskudzić mi ścianę swoją własną krwią, i użył zwykłej farby. W pomieszczeniu unosił się jej silny zapach, a i sam napis wyglądał na trochę zeschnięty, zapewne więc cały incydent miał miejsce kilka godzin temu. Rozejrzałem się po gabinecie. Nigdzie nie było śladów włamania, żadnych odcisków stóp ani poprzesuwanych o kilka cali mebli.
Niechętnie wstałem z wygodnego fotela i podszedłem do okna. Otworzyłem je i przyjrzałem się framudze, szybie i parapetowi. Były mokre po wczorajszym deszczu, ale tylko od zewnętrznej strony. Od wewnątrz parapet był suchy, tak jak wykładzina na podłodze. Wniosek: włamywacz nie wszedł przez okno. A skoro nie wszedł przez okno, dostał się tutaj drzwiami. A skoro dostał się tutaj drzwiami, musiał mieć przepustkę i klucz do mojego gabinetu. A tak się składa, że klucz ten posiadam tylko ja, a także woźny i szef ochrony.
Znów usiadłem w fotelu, ale tym razem przekręciłem się w stronę biurka. Oparłem łokcie na blacie i zacząłem się zastanawiać. To było… intrygujące. Gdyby Sherlock tu był, zapewne uznałby tę sprawę za zbyt banalną na jego wielki intelekt albo wręcz przeciwnie – znalazłby w niej coś, co by go zainteresowało. Być może gdybym pogłówkował jeszcze dłużej, zrobił jakieś analizy, poszukał w pamięci różnych informacji – krótko mówiąc: gdybym bawił się w detektywa trochę dłużej – doszedłbym do ciekawych wniosków, a być może nawet odczuwał to samo podniecenie, które odczuwał mój brat, ilekroć zajmował się pracą.
Jednakże ja nie jestem moim bratem, słynnym detektywem Sherlockiem Holmesem. Jestem Mycroftem Holmesem, który zajmuje się sprawami państwa. A tego dnia miałem jeszcze wiele do załatwienia, w Londynie i poza nim. Toteż kiedy tylko przybyła policja (ku mojemu zaskoczeniu przewodził jej inspektor Lestrade; jaki ten świat mały…), wziąłem płaszcz oraz parasol, w dużym skrócie wyjaśniłem im, co zaszło i do czego doszedłem, a potem opuściłem swój gabinet, ufając, że w trakcie mojej nieobecności skupią się na pracy i coś odkryją.
Zwykle nie przepadam za bieganiną, tym razem jednak była ona koniecznością. Nie tylko dlatego, że policja pracowała nad sprawą napisu w moim miejscu pracy, ale też dlatego, że ostatnio nie czułem się zbyt komfortowo, siedząc samotnie w swoim gabinecie. Cisza była jakaś taka ciężka i sprzyjała niechcianym rozmyślaniom. Oczywiście owe niechciane rozmyślania dopadały mnie również poza gabinetem, na przykład w samochodzie. Kiedy tylko wszedłem do czarnej limuzyny z przyciemnianymi szybami, jedyną rzeczą, która przerywała ciszę, był odgłos pracującego silnika i radio, w którym leciała jakaś stara, ckliwa piosenka o miłości. Aby zająć czymś ręce zacząłem obracać w nich parasol. Mimo wszystko jednak mój umysł chadzał własnymi drogami.
Myślałem o wszystkim, co ostatnio zaszło. Pracując dla rządu, zdarzało mi się popełniać błędy. Nawet jeśli dotyczyły one spraw wagi państwowej i groziły wybuchem wojny, nie przejmowałem się nimi aż tak bardzo, bo zawsze znajdowałem sposób, aby je naprawić. Czasami trzeba było poświęcić coś dla większego dobra, ale czym jest kilka istnień wobec bezpieczeństwa narodowego? Tylko ten jeden błąd nie dawał mi spokoju. Zresztą, jak mogłoby być inaczej, skoro dotyczyło to jedynej osoby, do której coś czułem? I był to jedyny błąd, który wbrew moim usilnym staraniom, nie tylko nie zdołałem naprawić, ale i jeszcze sprawę pogorszyłem.
Nagle zegar w samochodowym radiu wybił (jeśli można to tak ująć) dziewiątą, puszczono odpowiednią muzykę, zwiastującą poranny program informacyjny i odezwał się spiker:
Dziewiąta w naszym radiu. Pora na wiadomości. – Krótka pauza i radiowiec mówił dalej: – Policja bada sprawę samobójstwa słynnego detektywa-amatora, Sherlocka Holmesa. Przed śmiercią Sherlock Holmes przyznał się do tego, że jest oszustem…
– Przełącz na coś innego – powiedziałem do kierowcy.
– Tak jest, panie Holmes – odpowiedział krótko i zmienił stację.
Policja wciąż próbuje ustalić, czy Richard Brook, znaleziony na dachu, z którego spadł Holmes…
– Przełącz – nakazałem, a on bez słowa wykonał rozkaz.
Nie mogę uwierzyć, że Sherlock Holmes był oszustem. Skoro popełnił te wszystkie zbrodnie dla sławy, to rzeczywiście jest potworem…
– Przełącz – powiedziałem, zdając sobie sprawę z tego, że mój głos się załamuje. I tym razem kierowca zrobił, co mu kazałem.
I dobrze, że rzucił się z tego dachu. Przynajmniej pójdzie do piekła, gdzie jego miejsce…
– Do diaska! Czy w tym kraju naprawdę nie dzieje się nic innego?! – wrzasnąłem. Poniosło mnie tak bardzo, że aż wbiłem koniec parasola w posadzkę. – Ciągle tylko Sherlock Holmes i Sherlock Holmes!
– Za przeproszeniem, panie Holmes – odezwał się mój kierowca – ale minęły dwa dni, a pana brat był dość znaną postacią.
Musiałem przyznać mu rację. Sherlock w dość szybki sposób stał się osobą publiczną. Ludzie śledzili jego poczynania z zapartym tchem, podziwiali jego zdolności analityczne, walili drzwiami i oknami, aby go wynająć. A kiedy przez Jima Moriarty’ego padło na niego podejrzenie o to, że tak naprawdę sam stał za wszystkimi sprawami, aby zrobić z siebie bohatera i geniusza, wszyscy jego fani zamienili się nagle w anty-fanów. Kiedy zaś Sherlock popełnił samobójstwo, prasa była wniebowzięta.
W mgnieniu oka spiker zmienił temat na wojnę w Afganistanie, a potem na pomysł nowej ustawy, ale zbyt byłem pochłonięty uspakajaniem się po niedawnym wzburzeniu, aby przykładać uwagę do tego, która to była ustawa. Oparłem obie ręce na rączce parasola i wziąłem kilka głębokich oddechów. Cieszyłem się, że kierowca był zbyt zajęty prowadzeniem samochodu, bo przygryzłem dolna wargę, wpatrywałem się przez dłuższy czas w podłogę i miałem wrażenie, że wyglądam jakbym był bliski płaczu. Już sam fakt, że pozwoliłem sobie na wybuch złości, świadczył źle o mojej równowadze psychicznej.
Ale szybko wziąłem się w garść i przybrałem maskę chłodnej obojętności, z której jestem znany. Kiedy kierowca się wreszcie zatrzymał i otworzył mi drzwi, wyszedłem i swoim zwykłym, spokojnym krokiem skierowałem się w stronę bramy do jednostki wojskowej. Pokazałem sierżantowi przy bramie przepustkę i przekroczyłem próg. Czułem za sobą wzrok kilku żołnierzy, ale szedłem na spotkanie z generałem, jakby nigdy nic. Jakbym dzisiaj nie zastał czerwonego napisu w swoim gabinecie; jakbym nie usłyszał szeptów ludzi w biurze i jakby Sherlock nie zabił się otoczony niezasłużoną niesławą. Pełen profesjonalizm, żadnych sentymentów. Tak jak zawsze. W końcu jestem Mycroftem Holmesem.
Świadomość tego, że ktoś mi groził nie wpłynęła specjalnie na moją produktywność. Starałem się nie myśleć o napisie na mojej ścianie, w końcu najpewniej była to robota jakiegoś sfrustrowanego chuligana, którego, gdybym chciał, mógłbym wytropić i wyprowadzić nocą z jego domu (albo jeszcze lepiej – z miejsca sprzątnąć, ale wolałem nie posuwać się do aż takich skrajności; jesteśmy przecież w państwie prawa). Skupiłem się na pracy i przeszedłem nad tym incydentem do porządku dziennego. Czytałem raporty, rozmawiałem z ministrem obrony i wojskowymi, odwiedziłem kilka miejsc. Przez kilka godzin nikt nie wiedział o tym małym incydencie z rana, ale po jakimś czasie moi rozmówcy zaczęli poruszać ten temat. Ja zaś zapewniałem ich, że wszystko jest pod kontrolą i powracałem do pierwotnego tematu naszej rozmowy.
Jakoś udało mi się załatwić wszystkie najważniejsze rzeczy do południa (dzięki Bogu za wynalazcę komórki i bezprzewodowego internetu). Wstąpiłem do Klubu Diogenesa, aby się trochę zrelaksować. Usiadłem wygodnie w ulubionym fotelu i wyciągnąłem rękę w stronę pobliskiego stolika na kawę, gdzie leżała już przygotowana dzisiejsza prasa. Wziąwszy pierwszą z brzegu gazetę (The Sun), od razu natknąłem się na niechcianą informację – „Samobójstwo geniusza oszusta”. W przeciwieństwie jednak do radia (przy którym zmiana stacji groziła usłyszeniem tej samej informacji na innej częstotliwości), mogłem zignorować artykuł z pierwszej strony i przewrócić kilka kartek, aby znaleźć sobie coś lepszego do czytania. Poza samobójstwem Sherlocka pisano tam jeszcze o sprawach zagranicznych, jakimś morderstwie i wspomnianej wcześniej w radiu ustawie. Poza tym notowania giełdowe, wiadomości kulturalne i sportowe, prognoza pogody, wywiad z jakimś błaznem. Nie czułem się na siłach, aby cokolwiek czytać, złożyłem więc gazetę i położyłem ją z powrotem na stoliku.
Wtedy zorientowałem się, że co poniektórzy bywalcy Klubu Diogenesa zerkają na mnie ukradkiem. Domyśliłem się, co chodziło im po głowach. Zapewne – tak jak ludzie w biurze – zastanawiali się, czy poczułem coś po stracie brata. Mój granatowy garnitur musiał wysyłać im sprzeczne sygnały. Z jednej strony nie był czarny, czyli nie był w kolorze powszechnie kojarzonym z żałobą (w naszym kręgu kulturowym, rzecz jasna), z drugiej – nie można było powiedzieć, aby to był jakiś radosny odcień. Zresztą oni wszyscy mnie znali. Znali moją powściągliwość i moje wyrachowanie. Powinni więc się domyślić, że nie będę okazywać po sobie żałoby.
Utonąłem w fotelu i zamknąłem oczy. Czułem się zmęczony, chociaż była dopiero dwunasta z minutami. Ale prawda jest taka, że już drugi dzień zmuszałem się do udawania przed wszystkimi, że śmierć Sherlocka nie wywarła na mnie wrażenia. A prawda była zupełnie inna. Prawda była tak skomplikowana, że wygodniej było mi ją ukrywać.
Nagle usłyszałem jak dzwoni mój telefon. To był inspektor Lestrade z policji. Kiedy spytałem, czy coś odkryli, powiedział, że poza napisem nie ma żadnych śladów włamania (chciałem powiedzieć: „No, nie. Jak na to wpadliście?”, ale się powstrzymałem). Teraz zamierzał przesłuchać szefa ochrony i woźnego, i prosił o krótką charakterystykę obu podejrzanych.
– Woźny ma czterdzieści lat, płaskostopie i żylaki. Ma żonę i dwójkę dorosłych dzieci. Niedawno urodziła mu się wnuczka. Aha, i stołuje się w fastfoodzie. Szef ochrony zaś to mężczyzna około pięćdziesiątki. Żonaty dwadzieścia lat, ale właśnie się rozwodzi, prawdopodobnie z powodu impotencji i niepłodności, ale podejrzewam również skok w bok ze strony jego żony. Chyba nic do mnie nie mają, ale mogli się obrazić za parę rzeczy, które im powiedziałem.
– Wie to pan, bo tak często z nimi rozmawia? – spytał Lestrade.
– Nie, zaobserwowałem to i owo – odparłem.
Lestrade milczał przez chwilę, a potem dodał:
– Ale niech pan tego nie robi przy sierżant Donovan, bo jeszcze pomyśli, że…
– Spokojnie – przerwałem mu. – I tak nie będzie miała zbyt wielu powodów, aby mnie lubić. Proszę na mnie zaczekać, zaraz do was przyjadę. Chcę przy tym być.
Rozłączyłem się, zanim zdążył zaprotestować i wyszedłem na zewnątrz. Czekając aż podjedzie do mnie mój kierowca, usłyszałem dźwięk zwiastujący nadesłaną wiadomość. Wyjąłem z kieszeni komórkę i kliknąłem w odpowiednią opcję. Od razu zaintrygowało mnie to, że numer nadawcy był zastrzeżony. Nie na długo. Zaczekaj aż moi ludzie z tobą skończą… – pomyślałem z lekkim uśmieszkiem i otworzyłem wiadomość. Moja wesołość się ulotniła, kiedy na ekranie telefonu zobaczyłem słowa: Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!
– No, no – powiedziałem do siebie, chowając komórkę z powrotem do kieszeni. – Robi się ciekawie.
Samochód nadjechał. Sam otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.