Krótka notka o Stanie Lee

A więc stało się. Legenda Marvel Comics, Stan Lee, zmarł dziś w wieku 95 lat. Większość z Was pewnie zna go głównie jako kogoś, kto pojawia się w filmach Marvela (co sprawia, że pierwszy przychodzi na myśl, kiedy myślimy o tak zwanym Creator’s Cameo), ale przemysł komiksowy, Marvel Comics i nie tylko mają mu wiele do zaoferowania.
Pozwolę sobie oddać głos ERodowi, Pogromcy Blockbusterów, który swego czasu stworzył video o Stanie Lee i o tym, dlaczego jest to przezajebisty starszy pan.

Trzy filmy o superbohaterach, na które czekam

 

Jakiś czas temu współpracująca z DC Comics wytwórnia Warner Bros. zrzuciła na fanów komiksów bombę – dowiedzieliśmy się, że poza zapowiadanym już od kilku miesięcy Batman vs. Superman czekają nas między innymi filmy o: Aquamanie, Cyborgu, Flashu, Shazamie, Lidze Sprawiedliwych i – tak – o wyczekiwanej od bardzo dawna Wonder Woman. Wczoraj zaś Disney i Marvel zrzucili swoją bombę, ogłaszając filmy kończące Drugą i otwierające Trzecą Fazę Marvel Cinematic Universe.

Jako że Superpaździernik jeszcze nie minął, doszłam do wniosku, że powinnam się jakoś odnieść do obu tych informacji. Idąc za radą Preity, postanowiłam napisać coś o filmach, na które czekam w szczególności.

Niestety, poza paroma bohaterami, nie jestem jakąś wielką fanką postaci ze stajni DC, toteż od razu mówię, że nie wyczekuję ze zniecierpliwieniem na to, co Warner Bros. dla nas szykuje. Co najwyżej mam tylko nadzieję, że ich filmy będą ciekawe, zadowolą fanów poszczególnych superbohaterów i okażą się sukcesem. Innymi słowy – życzę im wszystkiego dobrego, ale nie napalam się na nie.

Co innego, jeśli chodzi o nadchodzące produkcje Marvela. Spośród zapowiadanych filmów wchodzących w skład MCU znalazły się trzy, na które czekałam już od chwili, w której dowiedziałam się, że są planowe.
Oto więc moja wielka trójka marvelowskich filmów, na które czekam.

Miejsce pierwsze: Doktor Strange
Doktora Stephena Strange’a, maga i mistyka, poznałam lepiej dzięki krótkiemu filmowi animowanemu o jego początkach i od razu pomyślałam, że chciałabym zobaczyć go w wersji aktorskiej.
Małe wprowadzenie do postaci: doktor Stephen Strange był aroganckim, dobrze zapowiadającym się chirurgiem, który na skutek wypadku samochodowego utracił czucie w rękach. Szukając pomocy, trafił do Tybetu, gdzie odbył duchową przemianę, a także zaczął interesować się mistycyzmem i magią. Wkrótce musiał zmierzyć się z zagrożeniami natury magicznej, między innymi wygnanemu w inny wymiar potężnemu magowi Dormmamu, szukającemu drogi do naszego świata.
Zapowiadany na maj 2016 roku film o Doktorze Strange’u ma wprowadzić do Marvel Cinematic Univetse nie tylko postać samego Strange’a, ale i elementy magiczne. Jak na razie MCU zdominowane jest przez motywy science fiction. Wszystko, co jest nie z tego świata, jest albo zaawansowaną technologią albo ma pozaziemskie pochodzenie. Nawet Asgard i okolice są traktowane jak inne planety, a postaci z mitologii skandynawskiej – jak kosmici. Uniwersa komiksów o superbohaterach zwykle łączą ze sobą oba elementy – elementy fantastyki naukowej i urban fantasy. Tak więc najwyższy czas, aby MCU zyskało trochę magii.
Przez pewien czas krążyła plotka, że Stephena Strange’a ma zagrać Bennedict Camberbatch (między innymi, odtwórca tytułowej roli w Sherlocku), szybko jednak została zdementowana przez producenta. Wydaje mi się, że Camberbatch byłby bardzo dobrym Doktorem Strange’m, chociażby dlatego, że wielokrotnie pokazał swoje zdolności aktorskie. Zobaczymy. Może jednak owa plotka okaże się prawdą. A jak nie, to pozostaje mi wierzyć w to, że Marvel wybierze kogoś równie dobrego.

Miejsce drugie: Avengers: Age of Ultron
Dzięki niedawnej premierze zwiastuna tego filmu moje zainteresowanie drugą częścią Avengerssię ożywiło. Wcześniejsze wiadomości z planu (pojawiające się jeszcze podczas, gdy triumfy w kinach święcili Strażnicy Galaktyki) raczej nie wzbudzały mojej ciekawości. Jednak ten zwiastun… Ach, ten cudowny zwiastun… Nagle przypomniałam sobie o tym, że przecież jest to wielki finał Drugiej Fazy MCU i sequel pierwszego wielkiego, filmowego crossovera, jakim byli Avengers.
Wykorzystanie There are no strings on me, piosenki z disnejowskiego Pinokia, było genialnym posunięciem. Zaraz jak tylko obejrzałam zwiastun Age of Ultron, mój doszukujący się dodatkowych powiązań umysł zaczął się zastanawiać nad znaczeniem tej piosenki w kontekście Ultrona. W ogóle Ultron ma potencjał do bycia ciekawym czarnym charakterem, a przecież fani MCU już od jakiegoś czasu narzekają na brak antagonisty, który mógłby równać się z Lokim.
Ogólnie rzecz biorąc ten film zapowiada się bardzo mrocznie i wygląda na to, że nie będzie to zasługa tylko Ultrona, lecz także Wandy Maximoff, która użyje swojej mocy na naszych bohaterach, aby zmierzyli się z własnymi lękami.
Poza tym jest jeszcze ta scena. Avengersi nie tylko są tam znowu wszyscy razem, nie tylko zachowują się jak grupka starych znajomych, ale też pojawia się mały smaczek z komiksów, który fani chcieli zobaczyć na dużym ekranie już od dłuższego czasu.

Miejsce trzecie: Ant-Man
Jak może pamiętacie z tej listy, dzięki kreskówce Avengers: Potęga i moc, pokochałam postać Hanka Pyma, czyli Ant-Mana. I znów małe wprowadzenie dla tych, co nie znają postaci: Hank Pym to naukowiec, twórca hełmu, dzięki któremu może zmniejszać się (do rozmiarów owada) i zwiększać (przez jakiś czas nazywany był Giant Manem), a także wzywać na pomoc różnego rodzaju insekty. Ant-Man i jego przyszła żona Wasp należeli zresztą do pierwotnego składu Avengers w komiksach.
Kiedy tylko dowiedziałam się, że do MCU ma zostać dołączony film o Ant-Manie, byłam bardzo szczęśliwa. Aczkolwiek – ponieważ w oryginalnych komiksach to właśnie Pym tworzy Ultrona – spodziewałam się, że jego film wyjdzie przed Age of Ultron. Szybko wyprowadzono mnie z błędu, a wkrótce dowiedziałam się, że tytułowym Ant-Manem nie będzie Hank Pym, ale jego następca, Scott Lang. Sam Pym (grany przez Micheala Douglasa) będzie już emerytowanym superbohaterem, który postanawia odstąpić swój hełm Langowi z powodu jakiegoś większego zagrożenia. To mnie trochę zasmuciło, bo liczyłam, że jeden z moich ulubionych naukowców pojawi się na dużym ekranie i będzie wzorowany na Hanku Pymie z kreskówki. Mimo wszystko nadal czekam na Ant-Mana w kinach, chociażby dla jego dziedzictwa.
Wybaczcie, że ta lista jest tak krótka, ale pozostałe filmy Marvela zapewne pobudzą moją ciekawość dopiero, kiedy pojawią się ich pierwsze zwiastuny. Już teraz Black Panther, druga część Strażników Galaktyki, Captain Marvel i dwuczęściowy Avengers 3 wyglądają bardzo interesująco, nie mówiąc już o planach, aby trzeci Kapitan Ameryka był na podstawie Civil War. Nie ma co – zapowiada się wielki powrót mojej fazy na Marvela i Avengers.

Ze wspomnień fana: Marvel

Przez bardzo długi czas jedynymi superbohaterami, których kojarzyłam, byli Superman i Batman (ewentualnie jeszcze postaci z Kleszcza i Żółwie Ninja). Kiedyś, co prawda, natrafiłam na jeden odcinek Spiderman: The Animated Series na TVP2, ale nie porwał mnie. Minął jakiś czas i na tym samym programie obejrzałam inny odcinek Spidermana, tym razem jeden z ostatnich i właściwie nawet jakaś część mnie chciała wiedzieć, co się działo dalej, ale Dwójka nie raczyła puścić dalszego ciągu. Później, dużo, dużo później pojawił się TVN i w porannej ramówce dla dzieci zaczął emitować Iron Mana: Obrońcę dobra i Fantastyczną Czwórkę, i o ile Iron Mana uważałam za nudnego, o tyle Fantastyczną Czwórkę starałam się oglądać, ale też nie zawsze byłam w stanie.

Tym, co ostatecznie sprawiło, że zainteresowałam się bohaterami Marvela i zapoznałam się z nimi, było Fox Kids. Ta stacja, którą namiętnie oglądałam, kiedy tylko odkryłam jej istnienie, w pewnym momencie zaczęła puszczać i Spiderman: The Animated Series, i Iron Mana: Obrońcę dobra, i X-Menów, i Fantastyczną Czwórkę, i Hulka… Dzięki Fox Kids poznałam Marvela i jego superbohaterów, a także do dzisiaj wiem o bohaterach marvelowskich więcej, niż o tych ze stajni DC Comics. I prawdopodobnie nie jestem jedyna. Ale po kolei…

Czytaj dalej „Ze wspomnień fana: Marvel”

Recenzja: Gotham (pilot)

Jedną z wielu rzeczy, które uwielbiam w Sadze Mrocznego Rycerza Nolana jest to, że otworzyła mi ona oczy na to, jaką wspaniałą postacią jest komisarz James Gordon. Dotąd był on dla mnie posiwiałym okularnikiem, ucinającym sobie pogaduszki z Batmanem tuż obok Bat-Sygnału… Aha, i jeszcze ojcem pierwszej Batgirl, ale to wszystko, co o nim wiedziałam. Tymczasem u Nolana Gordon jest tym, który pierwszy pociesza Bruce’a Wayne’a po śmierci rodziców; i który jest jedynym porządnym gliną w całym Gotham, a więc odpowiednim sojusznikiem dla Mrocznego Rycerza w jego krucjacie ze zorganizowaną przestępczością. Ponadto w drugim filmie nie tylko zostaje wreszcie komisarzem, ale też stawia się go w bardzo dramatycznej sytuacji tuż po wielkim finale, aby w trzeciej części trylogii uczynić z niego człowieka poświęconego swojej pracy, wielkiego, ale złamanego.

Tak czy inaczej – Jim Gordon szybko stał się kolejną postacią poboczną, którą uwielbiam. Toteż kiedy dowiedziałam się o tym, że ma powstać serial Gotham i że ów serial ma koncentrować się właśnie na przyszłym komisarzu w czasie jego pierwszych lat w policji, chciałam go obejrzeć. Oczywiście słyszałam mnóstwo słów krytyki odnośnie tego, czy Gotham jest dobrym pomysłem, chociażby dlatego, że wielu z przyszłych antagonistów Batmana było w nieodpowiednim wieku; i że James Gordon sprawdza się doskonale jako postać drugoplanowa, ale niekoniecznie jako główny bohater. Mimo wszystko jednak chciałam przekonać się sama, jak to będzie wyglądać i czekałam na pilota Gotham prawie tak samo ochoczo, jak na pilota The Flash.

Ta recenzja jest mocno spóźniona, gdyż czekałam na polską premierę Gotham na Universal Channel, a w między czasie w Ameryce wyemitowano już dwa kolejne odcinki tego serialu. Jeżeli chcecie dowiedzieć się, jakie były pierwsze wrażenia kogoś, kto zna większość wcieleń Batmana i jego „mitologię”, tutaj macie recenzje dwóch pierwszych odcinkównapisane przez Unlce Mroowę. Tutaj zaś o serialu wypowiada się Ichabod, który lubi określoną, niekoniecznie nolanowską wersję Batmana. Nie przedłużając, oto moje wrażenia po pilocie Gotham.

Najpierw mamy krótką scenkę z przyszłą Catwoman, która parkouruje po Gotham i popełnia drobną kradzież, zanim nie zostaje zmuszona, aby się ukryć przed parą z kilkuletnim synem, która właśnie wraca z teatru. Jak się łatwo domyślić, owa para to państwo Wayne, którzy zostają napadnięci i zabici przez tajemniczego złodzieja. Sprawa ich śmierci zostaje przydzielona staremu wydze, Harvey’owi Bullockowi, i jego nowemu partnerowi, weteranowi wojennemu Jimowi Gordonowi, który na miejscu zbrodni rozmawia z Bruce’m i składa mu przysięgę, że dopadnie mordercę jego rodziców. Po męczącym śledztwie (i odwiedzinach u niejakiej Fish Mooney, podwładnej bossa mafii Falcone’a) wydaje się, że Gordon i Harvey znaleźli już sprawcę, jednak wkrótce okazuje się, że dowody zostały mu podłożone przez policję…

Przyszły komisarz Gordon grany przez Bena McKenzie.
Zacznijmy od głównego bohatera. Już w pierwszej scenie, w której się pojawia, widzimy, że Jim Gordon potrafi trzymać rękę na pulsie i wie, kiedy powinien uderzyć, a kiedy mówić. Woli stronić od niepotrzebnej przemocy, już choćby dlatego, że może ona szybko eskalować i doprowadzić do chaosu. Przy okazji jest uczciwym i dość idealistycznie podchodzącym do swojej pracy w policji człowiekiem. Posiada współczucie i nie umie zabić kogoś z zimną krwią. Niestety, ponieważ cała reszta policji Gotham jest skorumpowana i skłonna do nieczystych zagrań, Gordon obrywa rykoszetem i jest nieraz traktowany jak kolejny zepsuty glina. Nie mówiąc już o tym, że ponura rzeczywistość dopada go i Gordon wielokrotnie przez swoje ideały prawie ginie.
Harvey Bullock.
Po prostu postawcie mu flaszkę.

I dlatego to nawet dobrze, że jego partnerem jest Harvey Bullock. Ponieważ oglądając Gotham,miałam nieraz skojarzenia z L.A. Noire(jako że w tamtej grze protagonista również jest pełnym ideałów weteranem, który wstępuje do policji w zepsutym do cna mieście), powiem tak: Bullock jest kimś pomiędzy skorumpowanym i złośliwym Royem Earle’m a zgorzkniałym, nieco zapuszczonym, ale w sumie nawet porządnym Rusty’m Gallaway’em. Z jednej strony jest cyniczny do szpiku kości, zna różnych gangsterów i traktuje ich bardzo przyjacielsko, a w pewnym momencie stwierdza nawet, że jeśli będzie musiał, zabije Gordona; z drugiej strony wie, że jego partner jest jeszcze niedoświadczony i kilka razy ratuje Gordonowi życie, sprzeciwiając się nawet Fish Mooney. Bullock mógł w bardzo łatwy sposób stać się tą zepsutą świnią, którą był partner Gordona w Batmanie: Początku, ale zamiast tego jest postacią wielowymiarową, z odcieniami szarości, które sprawiają, że właściwie jest on przyszłemu komisarzowi potrzebny, chociażby aby przetrwać w skorumpowanym, rządzonym przez mafię Gotham.

Bruce Wayne jest w tym serialu postacią szczególną. Kilka tygodni przed premierą pilota zagranicą, doszłam do wniosku, że chciałabym zobaczyć jak przez kilka pierwszych odcinków mały Bruce radzi sobie z żałobą po rodzicach (być może nawet zaliczając wszystkie pięć stopni żalu), a potem powoli, powoli dochodzi do wniosku, że chce pomścić ich śmierć, stając się Batmanem. Niestety, pierwsza recenzja Uncle Mroowy utwierdziła mnie w przekonaniu, że tego nie uświadczę, bo już w pierwszym odcinku wygląda na to, że Bruce przeszedł od razu do trenowania na Batmana. Może nie chce być Człowiekiem-Nietoperzem, postrachem złoczyńców itd., ale już walczy ze strachem, już z determinacją w oku chce stanąć z mordercą rodziców twarzą w twarz, już widzimy, że powziął jakieś postanowienie.

Pierwsza scena z Gordonem i Bruce’m jest najlepsza
w całym odcinku.
Coś, co wypadło bardzo dobrze w pilocie, to relacje między Bruce’m a Gordonem. Już w pierwszej scenie, kiedy Gordon próbuje rozmawiać z wciąż będącym w szoku chłopcem, nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Widzimy, że z jednej strony przyszły komisarz szczerze współczuje przyszłemu Batmanowi i naprawdę chce odnaleźć mordercę jego rodziców, a z drugiej strony – wie, co powiedzieć, aby Bruce się otworzył i wyjawił jakieś szczegóły, które mogłyby pomóc w śledztwie. Potem, pod sam koniec odcinka, przybywa do Wayne Manor i wyjaśnia chłopcu zaistniałą sytuację, robiąc to tak, jakby prosił o wybaczenie i kolejną szansę. I patrząc na tę scenę, możemy zrozumieć o wiele lepiej, dlaczego w Batman: Początek i Batman: Rok pierwszy, Bruce Wayne uczyni Gordona swoim sojusznikiem – nie tylko dlatego, że Gordon okazał mu współczucie, ale także dlatego, że jest uczciwy, że szuka sprawiedliwości, że jest zdeterminowany, aby doprowadzić sprawę do końca. Spośród wszystkich balansujących na granicy prawa policjantów, Gordon wydaje się być dowodem na to, że w tym zapyziałym mieście istnieją jeszcze dobrzy ludzie.
Fish Mooney.

Przyszli przeciwnicy Batmana, którzy także stanowią istotny element serialu i jego marketingu, w pierwszym odcinku są tylko zasygnalizowani (no, może poza Fish Mooney, ale o niej potem). Widzimy nie tylko młodocianą Serinę Kyle, która przygląda się wszystkiemu z góry; nie tylko przyszłego Pingwina, będącego pomagierem Mooney, lecz także Edwarda Nygmę, próbującego zainteresować zagadkami Harvey’a i Gordona; małą Ivy nazywaną przez ojca „Poison” i komika, który jest bądź nie jest przyszłym Jokerem. Niektórzy uważają, że pilot mógłby się obyć bez tych scen, bo tylko spowalniały akcję, ale mnie osobiście nie przeszkadzały… o ile, oczywiście, owi przeciwnicy będą odgrywać jakąś ważną rolę w serialu, a nie będą tylko pojawiać się od czasu do czasu jako przypomnienie, że oglądamy coś o Batmanie.

Teraz przejdźmy do Fish Mooney. Ta kobieta wyszła po prostu wspaniale. Z jednej strony uprzejma, rozsądna i opanowana, z drugiej – jeżeli ją zdradzisz, oszukasz lub w jakikolwiek sposób poważnie zdenerwujesz, pożałujesz. To bezwzględna manipulatorka, która dba o to, aby utrzymać własnych ludzi w ryzach i która dąży do tego, aby zająć miejsce Falcone’a. Ogląda się ją z przyjemnością.
Trochę inaczej przedstawia się nam Falcone, który zaszczycił Gordona krótką rozmową sam na sam. Widzimy, że to człowiek, który ma zasady, a nawet coś w rodzaju kodeksu honorowego, którym się kieruje w życiu prywatnym i interesach. W dodatku znał ojca Gordona, więc mamy tu bardzo ciekawą sytuację, która w przyszłych odcinkach może rozwinąć się na kilka interesujących sposobów. Kto wie jak będzie wyglądać relacja między Falcone’m a Gordonem pod koniec pierwszego sezonu.
W obu przytoczonych przeze mnie recenzjach Uncle Mroowa i Ichabod szczególnie pozytywnie odnoszą się do tytułowego bohatera, czyli miasta Gotham. Obaj zwracają uwagę na to, że zostało ono przedstawione jako brudne i mroczne, czyli takie jak powinno być Gotham. Wiadomo – miasto Batmana to miasto pogrążone w zepsuciu i trawione przez przestępczość i jego mroczna, szaro-bura kolorystyka służy budowaniu tego dusznego klimatu. Jest również jedna rzecz, która łączy wiekszość adaptacji Batmana, a mianowicie – nie do końca wiadomo, w jakiej konkretnie dekadzie są osadzone. Estetyka niby przedwojenne Art Deco, ale technologia tak jakby z lat dziewięćdziesiątych. I telefony komórkowe w Gotham by mi aż tak bardzo nie przeszkadzały, gdyby nie to, że serial jest prequelem do przygód Batmana, a Bruce Wayne to jeszcze dzieciak, więc przydałoby się pokazać, że jednak rzecz się dzieje w przeszłości, a nie teraźniejszości. Jest o tyle dobrze, że te komórki wyglądają na takie z przełomu XX-XXI wieku.
Prawdę mówiąc nie jestem do końca pewna, czy będę ten serial oglądać, bo choć jest interesujący i na pewno dość dobrze zrobiony, nie porwał mnie tak, jak myślałam, że mnie porwie. Zobaczę jak pójdzie Gordonowi w następnych odcinkach. Mnie osobiście podoba się format serialu jako bardziej kryminału, niż opowieści o superbohaterch. Przecież głównym bohaterem jest tutaj policjant i to nie byle jaki. Dobrze więc byłoby pokazać, że Gordon potrafił być kompetentny na długo przed Batmanem.
(Na końcu powiem tak trochę z przymrużeniem oka: mam nadzieję, że powstanie kiedyś fanvideo do Gothamz tą piosenką.)

Artykuł: O fenomenie "Arrow"

Ogólnie zgadzamy się wszyscy, że obecnie przy ekranizacjach komiksowych uniwersów króluje Marvel. To Marvel w każdej swojej produkcji nawiązuje tu i tam nie tylko do faktów z komiksu, ale również do przeszłych i przyszłych filmów. To Marvel najpierw poświęcił Hulkowi, Iron Manowi, Thorowi i Kapitanowi Ameryce oddzielne filmy, aby potem doprowadzić do spotkania wszystkich czterech panów wraz z Hawkeyem i Czarną Wdową w wielkim kinowym crossoverze, którym było Avengers. To Marvel wypuszcza co roku film, wprowadzając nową postać ze swojej bogatej galerii, nie wstydząc się wcale tego, co owa postać ma do zaoferowania. Tymczasem biedne, małe DC, które dało nam dwóch ikonicznych superbohaterów – Supermana i Batmana – poprzestaje od lat na kinowych ekranizacjach właśnie tych dwóch superbohaterów i nagminnie pozostaje w tyle.

Jednakże od października 2012 roku stacja CW Television Network produkuje serial osadzony w uniwersum DC, w którym protagonistą nie jest ani Superman, ani Batman, a superbohater znany jako Zielona Strzała. Co więcej, ów serial w drugim sezonie wprowadził postać Barry’ego Allena (czyli przyszłego Flasha), której spin-off został już dawno potwierdzony, tym samym tworząc coś na kształt DC TV Universe. Mowa oczywiście o Arrow, który obecnie stanowi głównego rywala dla Agentów T.A.R.C.Z.Y. i który doczekał się wielu pochwał… jak również słów krytyki. A że ostatnimi czasy często słyszę od ludzi zdanie, że nie rozumieją fenomenu Arrow, doszłam do wniosku, że czas wreszcie opowiedzieć o tym, dlaczego mnie się ten serial podoba.

Zacznę od tego, co wiedziałam o Zielonej Strzale zanim usłyszałam w ogóle o Arrow. Nie należę do osób, które często czytają komiksy o superbohaterach. Powody są dwa: po pierwsze – nigdzie nie mogę znaleźć na polskim rynku czy w Internecie tych, które mnie szczególnie interesują; po drugie – komiksowe uniwersa mają to do siebie, że mają kilka wersji i bardzo długą historię. Toteż moja wiedza o superbohaterach przeważnie pochodzi z filmów i seriali telewizyjnych o nich. Tak też było w przypadku Olivera Queena, czyli Zielonej Strzały. Pierwszy raz zetknęłam się z tą postacią w animowanej Justice League: Unlimited, gdzie wyglądał jak współczesny blond Robin Hood. Nie wiedziałam kim on był, jaka była jego historia ani jakim charakterem się odznaczał. Wiedziałam tylko, że strzela z łuku. To była też wina tego, że rzadko oglądałam Justice League: Unlimited, ale Oliver wydawał mi się jakiś taki mało interesujący. A kiedy zainteresowałam się programem Linkary na temat komiksów, wręcz miałam takie wrażenie, że Roy Harper – czyli pomocnik Zielonej Strzały, nazywany Speedy’m – jest o wiele bardziej rozbudowany i popularny, niż bohater, któremu na początku pomagał.

I tak oto jakiś czas po kinowym sukcesie Avengers usłyszałam po raz pierwszy o Arrow. Były to opinie przeważnie pozytywne. Co więcej jeden ze studentów, z którymi lubiłam rozmawiać o serialach, stwierdził, że Strzała to porządny łucznik-superbohater w przeciwieństwie do Hawkeye’a. To wszystko sprawiło, że bardzo chciałam zapoznać się z tym serialem i jak tylko polski Universal Channel ogłosił, że będzie puszczał pierwszy sezon Arrow, ja już się szykowałam na premierę. Serial mnie nie zawiódł. Już pierwszy odcinek sprawił, że oglądałam go z zapartym tchem i chłonęłam wszystko, co się działo, a na każdy następny epizod czekałam z równą niecierpliwością i ciekawością, co na pierwszy. Arrow porwał mnie swoją wartką akcją, wątkami fabularnymi i głównym bohaterem wraz z jego pokićkaną historią. I nawet Mistrz Jednej Miny i Jej Wariacji, Stephen Amiel, i jego wybitnie denerwująca wielka miłość, nie mogli mi zepsuć frajdy, jaką miałam z tego serialu.
Fabuła pierwszego sezonu Arrowzarysowuje się tak: Robert Queen zabiera na swój jacht syna, Olivera, i jego kochankę Sarę, po czym dochodzi do katastrofy. Uzanany za zmarłego Oliver Queen po pięciu latach spędzonych na tajemniczej wyspie na Morzu Chińskim zostaje odnaleziony przez rybaków i sprowadzony do rodzinnego miasta, Starling City. Matka, siostra i najlepszy przyjaciel, Tommy, cieszą się bardzo na jego powrót; Starling City żyje jego cudownym „zmartwychwstaniem”, a była dziewczyna, Laurel, i jej ojciec, detektyw Quentin Lance, są wściekli, ponieważ Oliver, będąc w związku z Laurel, zabrał na jacht jej siostrę Sarę. Sam Oliver ukrywa wiele sekretów związanych ze swoim życiem na Wyspie. Przede wszystkim to, że ojciec powiedział mu przed śmiercią, że „zawiódł miasto” i rozkazał synowi naprawić swoje błędy. Zostawił mu książeczkę, w której znajduje się lista nazwisk wielu przedsiębiorców Starling City. Dlatego zaraz po powrocie do domu Oliver bierze łuk i zaczyna przebierać się za tajemniczego mściciela w kapturze, aby unieszkodliwić owych przedsiębiorców (przy czym każdy z nich prowadzi na boku jakieś ciemne interesy). Podczas gdy zdarzenia w teraźniejszości toczą się swoim rytmem, od czasu do czasu pokazuje się nam to, co działo się z Oliverem na Wyspie, przez co możemy przyglądać się temu, jak z beztroskiego bogacza-hulaki zmienia się w człowieka, który umie strzelać z łuku oraz biegłego w walce w ręcz i w survivalu.
Stephen Amiel jako Oliver Queen.
Na początku Oliver może nie wydawać się szczególnie szlachetnym bohaterem. Ostatecznie już w pierwszym odcinku zabija człowieka tylko dlatego, że widział jak postrzegany przez wszystkich hulaka i rozpuszczony bogacz pokonuje szybko i sprawnie ludzi, którzy go uprowadzili. Co więcej – po jakimś czasie swojej działalności Kaptur (bo tak nazywają w pierwszym sezonie Zieloną Strzałę prasa i policja) jest postrzegany przez wielu jako morderca i kryminalista, chociaż Oliver dość często nie tyle zabija ludzi z listy, co wygrzebuje dowody ich przestępstw, wymusza na nich zeznania, unieszkodliwia płatnych zabójców i wspólników. Ba! – nawet doprowadza do tego, że pieniądze z konta przedsiębiorcy, który zdefraudował majątek wielu ludzi, trafiają do jego ofiar.
Tak czy inaczej – Kaptur na początku swojej bohaterskiej kariery jest raczej brutalny dla przestępców. Ta brutalność wynika zarówno z pragnienia sprawiedliwości, jak i z doświadczeń Olivera na Wyspie. W końcu beztroski, rozpuszczony bogacz nie tylko musiał jakoś przeżyć, ucząc się polowania, pierwszej pomocy i strzelania z łuku, ale też był torturowany przez przebywających tam bandytów, kilka razy doświadczył zdrady i patrzył jak umierają ludzie. W drugim sezonie jest nawet pokazana scena, w której Oliver po raz pierwszy w życiu kogoś zabija i jaki to wydarzenie ma na niego wpływ. Patrząc na to wszystko, jestem w stanie zrozumieć, skąd się ta bezwzględność u niego bierze.
Jest to zresztą jeden z powodów, dla którego fani komiksów mogą nie przepadać za tym serialem. W końcu na początku Zielona Strzała powstał na fali popularności Batmana, był też trochę jego lżejszą wersją. Potem, w czasach Srebrnej Ery Komiksu, DC postanowiło iść w inną stronę i uczynić Olivera Queena kimś jak najbardziej różnym od Bruce’a Wayne’a – kimś z poczuciem humoru i moralnymi zasadami. Fakt, że Oliver Queen w Arrow tak bardzo przypomina Bruce’a Wayne’a z trylogii Nolana, sprawiał, że serial był postrzegany jako taki regres, jeśli chodzi o tę postać.
Z czasem jednak Kaptur nie tylko przestaje się skupiać na liście w notatniku swojego ojca, ale też staje się coraz mniej bezwzględny. Do tego stopnia, że kiedy wraz z Heleną Bertinelli (czyli Łowczynią) zamierzają powstrzymać pewnego mafiosa, do którego Helena ma osobistą urazę, Oliver proponuje rozwiązanie, umożliwiające jak najmniejszy rozlew krwi (zwłaszcza cywilnej). A na początku drugiego sezonu Kaptur postanawia już nigdy więcej nie zabijać, właśnie przez to, co miało miejsce w wielkim finale sezonu pierwszego. Powodów tego rozwoju postaci Olivera jest kilka, a każda z nich to osoba. Najpierw jest nowy ochroniarz Olivera, John Diggle, były żołnierz, weteran wojny w Iraku. Kiedy (niejako na skutek przypadku) Diggle zostaje wprowadzony w tajemnicę Olivera, reaguje raczej negatywnie, nazywając wręcz swojego podopiecznego mordercą. Po długim przekonywaniu się do Olivera jako zakapturzonego mściciela postanawia zostać, wierząc, że Oliver może zrobić wiele dobrego, ale chcąc też być kimś w rodzaju moralnego hamulca, aby chłopak nie poszedł za daleko. Jakiś czas potem do grupy dołącza znawczyni komputerów, Felicity Smoak, z której usług korzystali (pod różnymi, durnymi pretekstami) Oliver i Diggle. Jej początkową motywacją  była chęć odnalezienia zaginionego szefa. A poza wspólnikami w misji, Oliver staje się lepszym superbohaterem dzięki: matce, siostrze (co do której wciąż jest nadopiekuńczy), najlepszemu przyjacielowi, a także Laurel, z którą po jakimś czasie się godzi i pozostaje we w miarę przyjacielskich stosunkach.
W zasadzie pierwsze dwa sezony pokazują nam ewolucję Olivera od brutalnej bezwzględności wyniesionej z Wyspy, do kodeksu moralnego, którym charakteryzuje się w komiksach. Widać to zwłaszcza w stosunku społeczeństwa i opinii publicznej Starling City względem swojego zamaskowanego bohatera. Najpierw (właściwie przez większość pierwszego sezonu) nazywany jest Kapturem i postrzegany jako przestępca; potem coraz częściej funkcjonuje w zbiorowej wyobraźni jako Mściciel – ktoś, kto łamie prawo, ale właściwie chce pomścić krzywdy niewinnych; w końcu (na początku drugiego sezonu) przyjmuje imię Strzała i jest już bohaterem w pełniejszym tego słowa znaczeniu.
Colton Haynes – przyszły Speedy.
Poza Zieloną Strzałą mamy również inne postaci, które, tak samo jak Oliver, przeżywają swoją ewolucję. Przyjrzyjmy się chociażby Royowi Harperowi. Poznajemy go w momencie, kiedy kradnie Thei torebkę, potem, pod wpływem spotkania ze Strzałą, postanawia sam stać się mścicielem, aż w końcu po wielu przejściach (w pewnym momencie zostaje mu wstrzyknięte mirakuru, które czyni go supersilnym, ale przy okazji też wzmaga jego agresję) w końcu staje się pełnoprawnym członkiem ekipy Strzały. (Aczkolwiek nadal uważam, że Oliver zabrał się za niego w zły sposób. Zamiast uczyć go samokontroli poprzez trening łucznictwa, mógłby najpierw sprawdzić, dlaczego jeszcze przed dostaniem mirakuru dzieciak miał problemy z gniewem.)
David Ramsey jako John Diggle.
Jak już wspomniałam, pierwszym pomocnikiem Olivera jest jego ochroniarz Diggle. Diggle jest nieocenioną pomocą dla Strzały, chociażby dzięki swoim umiejętnościom bojowym, ale nieraz wyraża własne zdanie. Stanowi moralne wsparcie dla Olivera, a czasem nawet przebiera się za Strzałę, aby zmylić policję. Najważniejszym wątkiem, jeśli chodzi o tę postać, jest zabójstwo brata Diggle’a przez Deadshota. Diggle chciałby ruszyć dalej, zastąpić porzuconej przez brata rodzinie ojca i męża, ale myśl o Deadshocie chodzącym swobodnie sprawia, że nie potrafi. Dlatego Oliver po jakimś czasie proponuje mu pomoc w złapaniu snajpera.
Emily Bett Rickards jako ulubienica fandomu – Felicity Smoak.
Kolejnym członkiem zespołu jest Felicity Smoak. Od razu mówię, że nie mam nic do tej postaci. Felicity jest miłą, kompetentną dziewczyną, która nieraz pokazała, że potrafi stanąć na wysokości zadania, czy to jako komputerowiec, czy to jako agent w przebraniu, czy to jako ktoś, kto potrafi przemówić Oliverowi do rozumu. Jednakże najpopularniejszym pairingiem w fandomie Arrow jest obecnie Olicity i to sprawia, że łatwo jest się przejeść Felicity, kiedy wszyscy mówią o tym, jaka to ona jest idealna dla Olivera. Jedyne, co słyszę ostatnio od fanów o nadchodzącym trzecim sezonie, to to, że Oliver i Felicity wreszcie wybiorą się na randkę.
Caity Lotz gra Black Canary.
Od drugiego sezonu w drużynie Strzały jest jeszcze jedna kobieta – Black Canary. Ze względu na spoilery nie zdradzę wam jej tożsamości, ale powiem tak: Black Canary z Arrowjest kimś, z kim Oliver przeżył bardzo dużo (w pewnym momencie była razem ze Strzałą na Wyspie) i – tak jak w komiksach – ona i Oliver stanowią dobraną parę partnerów w walce ze złem. Poza tym dochodzi sprawa jej raleacji z rodziną, tego, że Black Canary wraca po latach do Starling City i ukrywa się przed bliskimi, a kiedy już się ujawnia, wychodzą na wierzch stare rany.
Strzała – tak jak Batman – ma swojego komisarza Gordona, aczkolwiek detektyw Lance przez długi czas uważał Kaptura/Mściciela za kryminalistę. Kilka razy próbował go nawet złapać na gorącym uczynku. Z czasem jednak zaczyna się od niego przekonywać, zwłaszcza pod koniec pierwszego sezonu. I tak oto w drugim sezonie mamy naprawdę przedziwną sytuację – wcześniej to Laurel współpracowała i postrzegała Strzałę jako bohatera, a jej ojciec próbował go zwalczać; teraz rolę się odwróciły – Laurel chce dopaść i postawić przed sądem Strzałę, a detektyw Lance (zdegradowany po wydarzeniach z finału) broni go i szuka u niego pomocy przy wyjątkowo trudnych sprawach.
W roli detektywa Lance’a – Paul Blackthorne.

Detektyw Lance w ogóle jest bardzo skomplikowaną postacią. Z jednej strony policjant, oddany swojej pracy (czasem w bardzo niepokojący sposób), z drugiej – kochający ojciec, który przeżył bardzo wiele. Śmierć Sary doprowadziła do tego, że zaczął pić, rozwiódł się z żoną, a jego relacje z drugą córką się pogorszyły. W pełni rozumiemy jego niechęć do Queenów i Tommy’ego, a także sposób postrzegania pewnych rzeczy. Z kolei kiedy Laurel zacznie się staczać w drugim sezonie, to właśnie Quentin Lance będzie tym, który spróbuje przemówić jej do rozsądku.

Katie Cassidy jako mecenas Laurel Lance.
Laurel Lance w ogóle mnie bardzo zaskoczyła. W pierwszym sezonie jej postać była nie do zniesienia, głównie z powodu wątku miłosnego między nią a Oliverem. Laurel najpierw nienawidziła Olivera za to, co zrobił, potem tak jakby mu wybaczyła i nawet mu współczuła, następnie ona i Tommy zaczęli ze sobą chodzić, przez co Oliver spoglądał za nią tęsknym wzrokiem, a w końcu nawet się ze sobą przespali akurat kiedy Tommy chciał z Laurel porozmawiać o ich związku… Nie mogłam jej znieść. Chciałam, żeby po prostu producenci nie zwracali na nią uwagi, bo jej wątek był strasznie męczący. Ale w drugim sezonie wszystko się zmieniło. Oliver robił swoje, a tymczasem finał pierwszego sezonu sprawił, że Laurel musiała mierzyć się z własnymi problemami – uzależnieniem od lekarstw, alkoholizmem, wściekłością, poczuciem winy, goryczą… Nagle Laurel stała się swoją własną postacią (no cóż, była swoją własną postacią już w pierwszym sezonie, ale jednak w dużej mierze jej zachowanie było uwarunkowane przez jej relacje z Oliverem) i właściwie chciałam oglądać jej zmagania z samą sobą. Ostatecznie najlepiej by było, gdyby nie próbowano jej więcej łączyć w parę ze Strzałą, bo wtedy znowu powrócilibyśmy do dawnego, wybitnie irytującego układu.
Susanna Thompson – Moira Queen, matka Olivera.
Ogólnie rzecz biorąc, kobiety w tym serialu są bardzo wyraziste i interesujące, i to po obu stronach barykady. Najlepiej przedstawia się Moira Queen, czyli matka Olivera i Thei. To kobieta, która z jednej strony jest poważną businesswoman, a z drugiej – kimś, kto jest gotów na bardzo wiele, aby uchronić własne dzieci przed niebezpieczeństwem. Kiedy Oliver powraca z Wyspy, jest szczęśliwa, ale po jakimś czasie stara się ukryć przed nim niewygodną prawdę, zwłaszcza, że Malcolm Merlyn jej grozi. Moira popełniła wiele błędów, dopuściła się kilku niezbyt chwalebnych uczynków, jej relacje z córką i synem są bardzo napięte, jednak jest to kobieta postawiona przed bardzo trudnymi wyborami i działająca dla dobra firmy i rodziny.
Willa Holland – Thea Queen, siostra Olivera.
Nieco gorzej prezentuje się Thea Queen. Przez większość pierwszego sezonu (a przynajmniej do jej przygody z vertigo) Thea jest nieodpowiedzialna, skoncentrowana na sobie i pluje jadem – na matkę, na brata, na Tommy’ego, na Laurel… Możemy w pełni zrozumieć jej wściekłość i powód, dla którego zachowuje się w taki, a nie inny sposób (nawet w drugim sezonie, kiedy odkrywa kilka strasznych tajemnic o sobie i matce), niemniej jednak większość ludzi wciąż uważa ją za irytującą. Pod koniec sezonu drugiego zaś jej losy potoczyły się w dość intrygującym kierunku i kto wie – może po powrocie do Starlnig City jej postać nabierze nieco kolorów.
Manu Benett – Slade Wilson.
Niewątpliwie istotną postacią w Arrow jest Slade Wilson (czyli przyszły Deathstroke). On i Oliver spotkali się na Wyspie, mieli wspólnego przyjaciela, Yao Feia (który uratował Oliverowi życie i pomógł mu przetrwać), i próbowali razem wydostać się z Wyspy, ratując zarówno Yao Feia, jak i jego córkę, Shado. Slade nauczył Olivera walczyć i ewentualnie stali się przyjaciółmi, jednak wydarzenia z sezonu drugiego sprawiły, że ich przyjaźń nie przetrwała i Slade zapałał żądzą zemsty na Oliverze Queenie, stając się Deathstrokiem.
Jak już wspomniałam w recenzji The Flash, antagonistami w Arrowsą głównie mafijni bossi, zabójcy, terroryści i szaleni geniusze. Jest to jednak bardzo szeroka galeria przeciwników, na którą składają się między innymi: przywódczyni triady, China White; nigdy nie chybiający Deadshot; zręczny manipulator Malcolm Merlyn; szukający sprawiedliwości za śmierć żony Zbawca… A każdy z nich jest zawsze odpowiednio przedstawiony, zawsze niebezpieczny, nieraz przerażający.
Na koniec powiedzmy sobie jeszcze o nawiązaniach do komiksów. Z tego, co słyszałam, niektórzy fani DC mają bardzo rozsądne obiekcje wobec kilku rozwiązań, zwłaszcza jeśli chodzi o postaci (jedną z nich jest chociażby Helena Bertinelli), jednakże nie ulega wątpliwości, że serial osadzony jest w uniwersum DC. Wspominane są miejsca (jak Central City czy Bludhaven), pojawiają się postaci (w jednej z cel tajnej agencji Argus, przetrzymywana jest Harleen Quinn), a nawet drużyny (jeden z odcinków drugiego sezonu poświęcony był Suicide Squadowi). W trzecim sezonie zaś mają pojawić się Ra’s al Ghul i Ray Palmer. Niestety producenci Arrow i The Flash powiedzieli niedawno, że ich seriale nie należą do tego samego uniwersum, co Człowiek ze Stali i nadchodzący Batman vs. Superman, więc Stephen Amiel i Grant Gustin nie będą odgrywać swoich ról w filmie o Lidze Sprawiedliwych. To samo tyczy się Gotham.

Arrow nawiązuje do DC, którego przeciętny widz, kojarzący głównie Supermana i Batmana, może nie znać. Temu serialowi należy się pochwała, że wybrał sobie właśnie takiego mało znanego bohatera i postanowił opowiedzieć jego historię (choć, umówmy się, trochę jednak z Nolanowego Batmana ściągnął). Jeśli bym miała powiedzieć, co jest właśnie tym fenomenem Arrow, to stawiałabym właśnie na to, że w tym serialu próbuje się budować telewizyjne uniwersum DC, a jednocześnie jego bohater uczy się być bohaterem.