Kategorie
Krótka notka Wpisy okolicznościowe

Krótka notka o Stanie Lee

Advertisements
A więc stało się. Legenda Marvel Comics, Stan Lee, zmarł dziś w wieku 95 lat. Większość z Was pewnie zna go głównie jako kogoś, kto pojawia się w filmach Marvela (co sprawia, że pierwszy przychodzi na myśl, kiedy myślimy o tak zwanym Creator’s Cameo), ale przemysł komiksowy, Marvel Comics i nie tylko mają mu wiele do zaoferowania.
Pozwolę sobie oddać głos ERodowi, Pogromcy Blockbusterów, który swego czasu stworzył video o Stanie Lee i o tym, dlaczego jest to przezajebisty starszy pan.
Kategorie
Listy top #

Trzy filmy o superbohaterach, na które czekam

Advertisements

 

Jakiś czas temu współpracująca z DC Comics wytwórnia Warner Bros. zrzuciła na fanów komiksów bombę – dowiedzieliśmy się, że poza zapowiadanym już od kilku miesięcy Batman vs. Superman czekają nas między innymi filmy o: Aquamanie, Cyborgu, Flashu, Shazamie, Lidze Sprawiedliwych i – tak – o wyczekiwanej od bardzo dawna Wonder Woman. Wczoraj zaś Disney i Marvel zrzucili swoją bombę, ogłaszając filmy kończące Drugą i otwierające Trzecą Fazę Marvel Cinematic Universe.

Jako że Superpaździernik jeszcze nie minął, doszłam do wniosku, że powinnam się jakoś odnieść do obu tych informacji. Idąc za radą Preity, postanowiłam napisać coś o filmach, na które czekam w szczególności.

Niestety, poza paroma bohaterami, nie jestem jakąś wielką fanką postaci ze stajni DC, toteż od razu mówię, że nie wyczekuję ze zniecierpliwieniem na to, co Warner Bros. dla nas szykuje. Co najwyżej mam tylko nadzieję, że ich filmy będą ciekawe, zadowolą fanów poszczególnych superbohaterów i okażą się sukcesem. Innymi słowy – życzę im wszystkiego dobrego, ale nie napalam się na nie.

Co innego, jeśli chodzi o nadchodzące produkcje Marvela. Spośród zapowiadanych filmów wchodzących w skład MCU znalazły się trzy, na które czekałam już od chwili, w której dowiedziałam się, że są planowe.
Oto więc moja wielka trójka marvelowskich filmów, na które czekam.
Miejsce pierwsze: Doktor Strange
Doktora Stephena Strange’a, maga i mistyka, poznałam lepiej dzięki krótkiemu filmowi animowanemu o jego początkach i od razu pomyślałam, że chciałabym zobaczyć go w wersji aktorskiej.
Małe wprowadzenie do postaci: doktor Stephen Strange był aroganckim, dobrze zapowiadającym się chirurgiem, który na skutek wypadku samochodowego utracił czucie w rękach. Szukając pomocy, trafił do Tybetu, gdzie odbył duchową przemianę, a także zaczął interesować się mistycyzmem i magią. Wkrótce musiał zmierzyć się z zagrożeniami natury magicznej, między innymi wygnanemu w inny wymiar potężnemu magowi Dormmamu, szukającemu drogi do naszego świata.
Zapowiadany na maj 2016 roku film o Doktorze Strange’u ma wprowadzić do Marvel Cinematic Univetse nie tylko postać samego Strange’a, ale i elementy magiczne. Jak na razie MCU zdominowane jest przez motywy science fiction. Wszystko, co jest nie z tego świata, jest albo zaawansowaną technologią albo ma pozaziemskie pochodzenie. Nawet Asgard i okolice są traktowane jak inne planety, a postaci z mitologii skandynawskiej – jak kosmici. Uniwersa komiksów o superbohaterach zwykle łączą ze sobą oba elementy – elementy fantastyki naukowej i urban fantasy. Tak więc najwyższy czas, aby MCU zyskało trochę magii.
Przez pewien czas krążyła plotka, że Stephena Strange’a ma zagrać Bennedict Camberbatch (między innymi, odtwórca tytułowej roli w Sherlocku), szybko jednak została zdementowana przez producenta. Wydaje mi się, że Camberbatch byłby bardzo dobrym Doktorem Strange’m, chociażby dlatego, że wielokrotnie pokazał swoje zdolności aktorskie. Zobaczymy. Może jednak owa plotka okaże się prawdą. A jak nie, to pozostaje mi wierzyć w to, że Marvel wybierze kogoś równie dobrego.

Miejsce drugie: Avengers: Age of Ultron
Dzięki niedawnej premierze zwiastuna tego filmu moje zainteresowanie drugą częścią Avengerssię ożywiło. Wcześniejsze wiadomości z planu (pojawiające się jeszcze podczas, gdy triumfy w kinach święcili Strażnicy Galaktyki) raczej nie wzbudzały mojej ciekawości. Jednak ten zwiastun… Ach, ten cudowny zwiastun… Nagle przypomniałam sobie o tym, że przecież jest to wielki finał Drugiej Fazy MCU i sequel pierwszego wielkiego, filmowego crossovera, jakim byli Avengers.
Wykorzystanie There are no strings on me, piosenki z disnejowskiego Pinokia, było genialnym posunięciem. Zaraz jak tylko obejrzałam zwiastun Age of Ultron, mój doszukujący się dodatkowych powiązań umysł zaczął się zastanawiać nad znaczeniem tej piosenki w kontekście Ultrona. W ogóle Ultron ma potencjał do bycia ciekawym czarnym charakterem, a przecież fani MCU już od jakiegoś czasu narzekają na brak antagonisty, który mógłby równać się z Lokim.
Ogólnie rzecz biorąc ten film zapowiada się bardzo mrocznie i wygląda na to, że nie będzie to zasługa tylko Ultrona, lecz także Wandy Maximoff, która użyje swojej mocy na naszych bohaterach, aby zmierzyli się z własnymi lękami.
Poza tym jest jeszcze ta scena. Avengersi nie tylko są tam znowu wszyscy razem, nie tylko zachowują się jak grupka starych znajomych, ale też pojawia się mały smaczek z komiksów, który fani chcieli zobaczyć na dużym ekranie już od dłuższego czasu.

Miejsce trzecie: Ant-Man
Jak może pamiętacie z tej listy, dzięki kreskówce Avengers: Potęga i moc, pokochałam postać Hanka Pyma, czyli Ant-Mana. I znów małe wprowadzenie dla tych, co nie znają postaci: Hank Pym to naukowiec, twórca hełmu, dzięki któremu może zmniejszać się (do rozmiarów owada) i zwiększać (przez jakiś czas nazywany był Giant Manem), a także wzywać na pomoc różnego rodzaju insekty. Ant-Man i jego przyszła żona Wasp należeli zresztą do pierwotnego składu Avengers w komiksach.
Kiedy tylko dowiedziałam się, że do MCU ma zostać dołączony film o Ant-Manie, byłam bardzo szczęśliwa. Aczkolwiek – ponieważ w oryginalnych komiksach to właśnie Pym tworzy Ultrona – spodziewałam się, że jego film wyjdzie przed Age of Ultron. Szybko wyprowadzono mnie z błędu, a wkrótce dowiedziałam się, że tytułowym Ant-Manem nie będzie Hank Pym, ale jego następca, Scott Lang. Sam Pym (grany przez Micheala Douglasa) będzie już emerytowanym superbohaterem, który postanawia odstąpić swój hełm Langowi z powodu jakiegoś większego zagrożenia. To mnie trochę zasmuciło, bo liczyłam, że jeden z moich ulubionych naukowców pojawi się na dużym ekranie i będzie wzorowany na Hanku Pymie z kreskówki. Mimo wszystko nadal czekam na Ant-Mana w kinach, chociażby dla jego dziedzictwa.
Wybaczcie, że ta lista jest tak krótka, ale pozostałe filmy Marvela zapewne pobudzą moją ciekawość dopiero, kiedy pojawią się ich pierwsze zwiastuny. Już teraz Black Panther, druga część Strażników Galaktyki, Captain Marvel i dwuczęściowy Avengers 3 wyglądają bardzo interesująco, nie mówiąc już o planach, aby trzeci Kapitan Ameryka był na podstawie Civil War. Nie ma co – zapowiada się wielki powrót mojej fazy na Marvela i Avengers.
Kategorie
Miesiące z... Superpaździernik Ze wspomnień fana

Ze wspomnień fana: Marvel

Advertisements

Przez bardzo długi czas jedynymi superbohaterami, których kojarzyłam, byli Superman i Batman (ewentualnie jeszcze postaci z Kleszcza i Żółwie Ninja). Kiedyś, co prawda, natrafiłam na jeden odcinek Spiderman: The Animated Series na TVP2, ale nie porwał mnie. Minął jakiś czas i na tym samym programie obejrzałam inny odcinek Spidermana, tym razem jeden z ostatnich i właściwie nawet jakaś część mnie chciała wiedzieć, co się działo dalej, ale Dwójka nie raczyła puścić dalszego ciągu. Później, dużo, dużo później pojawił się TVN i w porannej ramówce dla dzieci zaczął emitować Iron Mana: Obrońcę dobra i Fantastyczną Czwórkę, i o ile Iron Mana uważałam za nudnego, o tyle Fantastyczną Czwórkę starałam się oglądać, ale też nie zawsze byłam w stanie.

Tym, co ostatecznie sprawiło, że zainteresowałam się bohaterami Marvela i zapoznałam się z nimi, było Fox Kids. Ta stacja, którą namiętnie oglądałam, kiedy tylko odkryłam jej istnienie, w pewnym momencie zaczęła puszczać i Spiderman: The Animated Series, i Iron Mana: Obrońcę dobra, i X-Menów, i Fantastyczną Czwórkę, i Hulka… Dzięki Fox Kids poznałam Marvela i jego superbohaterów, a także do dzisiaj wiem o bohaterach marvelowskich więcej, niż o tych ze stajni DC Comics. I prawdopodobnie nie jestem jedyna. Ale po kolei…

Kategorie
Miesiące z... Recenzje Superpaździernik

Recenzja: Gotham (pilot)

Advertisements

Jedną z wielu rzeczy, które uwielbiam w Sadze Mrocznego Rycerza Nolana jest to, że otworzyła mi ona oczy na to, jaką wspaniałą postacią jest komisarz James Gordon. Dotąd był on dla mnie posiwiałym okularnikiem, ucinającym sobie pogaduszki z Batmanem tuż obok Bat-Sygnału… Aha, i jeszcze ojcem pierwszej Batgirl, ale to wszystko, co o nim wiedziałam. Tymczasem u Nolana Gordon jest tym, który pierwszy pociesza Bruce’a Wayne’a po śmierci rodziców; i który jest jedynym porządnym gliną w całym Gotham, a więc odpowiednim sojusznikiem dla Mrocznego Rycerza w jego krucjacie ze zorganizowaną przestępczością. Ponadto w drugim filmie nie tylko zostaje wreszcie komisarzem, ale też stawia się go w bardzo dramatycznej sytuacji tuż po wielkim finale, aby w trzeciej części trylogii uczynić z niego człowieka poświęconego swojej pracy, wielkiego, ale złamanego.

Tak czy inaczej – Jim Gordon szybko stał się kolejną postacią poboczną, którą uwielbiam. Toteż kiedy dowiedziałam się o tym, że ma powstać serial Gotham i że ów serial ma koncentrować się właśnie na przyszłym komisarzu w czasie jego pierwszych lat w policji, chciałam go obejrzeć. Oczywiście słyszałam mnóstwo słów krytyki odnośnie tego, czy Gotham jest dobrym pomysłem, chociażby dlatego, że wielu z przyszłych antagonistów Batmana było w nieodpowiednim wieku; i że James Gordon sprawdza się doskonale jako postać drugoplanowa, ale niekoniecznie jako główny bohater. Mimo wszystko jednak chciałam przekonać się sama, jak to będzie wyglądać i czekałam na pilota Gotham prawie tak samo ochoczo, jak na pilota The Flash.

Ta recenzja jest mocno spóźniona, gdyż czekałam na polską premierę Gotham na Universal Channel, a w między czasie w Ameryce wyemitowano już dwa kolejne odcinki tego serialu. Jeżeli chcecie dowiedzieć się, jakie były pierwsze wrażenia kogoś, kto zna większość wcieleń Batmana i jego „mitologię”, tutaj macie recenzje dwóch pierwszych odcinków napisane przez Unlce Mroowę. Tutaj zaś o serialu wypowiada się Ichabod, który lubi określoną, niekoniecznie nolanowską wersję Batmana. Nie przedłużając, oto moje wrażenia po pilocie Gotham.

Kategorie
Artykuły popkulturowe Superbohaterowie

Artykuł: O fenomenie "Arrow"

Advertisements

Ogólnie zgadzamy się wszyscy, że obecnie przy ekranizacjach komiksowych uniwersów króluje Marvel. To Marvel w każdej swojej produkcji nawiązuje tu i tam nie tylko do faktów z komiksu, ale również do przeszłych i przyszłych filmów. To Marvel najpierw poświęcił Hulkowi, Iron Manowi, Thorowi i Kapitanowi Ameryce oddzielne filmy, aby potem doprowadzić do spotkania wszystkich czterech panów wraz z Hawkeyem i Czarną Wdową w wielkim kinowym crossoverze, którym było Avengers. To Marvel wypuszcza co roku film, wprowadzając nową postać ze swojej bogatej galerii, nie wstydząc się wcale tego, co owa postać ma do zaoferowania. Tymczasem biedne, małe DC, które dało nam dwóch ikonicznych superbohaterów – Supermana i Batmana – poprzestaje od lat na kinowych ekranizacjach właśnie tych dwóch superbohaterów i nagminnie pozostaje w tyle.

Jednakże od października 2012 roku stacja CW Television Network produkuje serial osadzony w uniwersum DC, w którym protagonistą nie jest ani Superman, ani Batman, a superbohater znany jako Zielona Strzała. Co więcej, ów serial w drugim sezonie wprowadził postać Barry’ego Allena (czyli przyszłego Flasha), której spin-off został już dawno potwierdzony, tym samym tworząc coś na kształt DC TV Universe. Mowa oczywiście o Arrow, który obecnie stanowi głównego rywala dla Agentów T.A.R.C.Z.Y. i który doczekał się wielu pochwał… jak również słów krytyki. A że ostatnimi czasy często słyszę od ludzi zdanie, że nie rozumieją fenomenu Arrow, doszłam do wniosku, że czas wreszcie opowiedzieć o tym, dlaczego mi się ten serial podoba.