Recenzja: Kolor magii (komiks)

Większość fanów kojarzy adaptacje Koloru magii głównie z miniserialem z 2006 roku, ale tak się składa, że o wiele wcześniej – bo już w 1992 roku – przeniesienia pierwszej powieści ze Świata Dysku na inne medium podjął się Scott Rockwell. Tym medium był publikowany przez wydawnictwo Innovative komiks, który był w przygotowaniach już w 1990, jednak ilustracje nie przypadły Pratchettowi do gustu i autor Świata Dysku zatwierdził dopiero ich późniejszą wersję. Kolor magii był pierwszą z wielu części cyklu, zaadaptowanych w formie komiksowej (pozostałymi były między innymi Straż! Straż! i Mort), które potem doczekały się zbiorowego wydania w tomie The Discworld Graphic Novels. Jak wyszedł komiksowy Kolor magii, niebawem się przekonacie.

Dla tych, co (jakimś cudem) nie wiedzą, o czym jest Kolor magii: do miasta Ankh-Morpolk przybywa pierwszy turysta Świata Dysku, Dwukwiat, wraz z chodzącym na setkach nóżek Bagażem. Fakt, że ów Bagaż wypełniony jest monetami z czystego złota, wzbudza niezdrowe zainteresowanie złodziei, oszustów, żebraków i drobnych przedsiębiorców Dwukwiatem. W tawernie Dwukwiat spotyka Rincewinda – maga dorabiającego jako tłumacz i odznaczającego się tchórzostwem – i po krótkiej rozmowie zatrudnia go jako przewodnika. Przymuszony przez Patrycjusza Rincewind zostaje więc przewodnikiem Dwukwiata i tak oto obaj panowie przeżyją serię szalonych przygód, kontynuowanych w następnej powieści – Blasku fantastycznym.

Komiks dzieli się na cztery części. Pierwsza opowiada o przybyciu Dwukwiata do Ankh-Morpolk, jego spotkaniu z Rincewindem, o tym jak Rincewind zostaje jego przewodnikiem i jak w pewnym momencie obaj umykają z miasta; druga – o tym jak Rincewind jest goszczony przez driadę, Dwukwiat przybywa do świątyni Bel-Shamharotha, a w pewnym momencie obaj podróżnicy spotykają Hruna Barbarzyńcę; trzecia – o przygodzie Rincewinda, Dwukwiata i Hruna w krainie Jeźdźców Smoków, Zmokbergu, a czwarta – o tym, co przydarzyło się magowi i turyście na Krawędzi Dysku. Z punktu widzenia fabularnego i świata przedstawionego, komiksowa adaptacja bardzo umiejętnie przedstawia czytelnikowi podstawowe koncepty Świata Dysku – na przykład to, że jest to płaski świat spoczywający na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie wielkiego żółwia krążącego w kosmosie; albo że bogowie Dysku grają w kości, używając jako pionków jego rezydentów. Nie zostajemy zawaleni wyjaśnieniami, wszystkie informacje są nam przekazywane stopniowo.

Komiksowy Kolor magiijest bardzo wierną adaptacją (wiele razy czytając jakiś fragment myślałam sobie: „Faktycznie, w książce było coś takiego.”), toteż ludzie zaznajomieni z miniserialem, ale niekoniecznie z powieściowym pierwowzorem, mogą się zdziwić nad różnicami w obu adaptacjach. Z punktu widzenia opowieści i przenoszenia treści z jednego medium na drugie komiks radzi sobie całkiem nieźle. Na przykład cieszyło mnie bardzo, że wreszcie mogłam zobaczyć Panią – boginię szczęścia, która pomaga Rincewindowi – albo że pojawił się motyw ze świątynią Bel-Shamharotha. Tak więc pod tym względem nie mogę się przyczepić do komiksowego Koloru magii.

O wiele gorzej wyszła strona wizualna. Rysunki Stevena Rossa przeważnie oddają sprawiedliwość powieści Pratchetta, zwłaszcza jeśli chodzi o pierwsze kilka paneli, gdzie pokazane są Dysk i Ankh-Morpolk. Dzięki jasnej, trochę wytartej kolorystyce, miasto, w którym dzieje się większość książek ze Świata Dysku, wydaje się być spieczone słońcem i brudne. Siedziba bogów, Dunmanifestin, wnętrze drzewa driady, czy Zmokberg również prezentują się bardzo dobrze. Jest też pewien panel, który szczególnie przypadł mi do gustu, a mianowicie – demon z ikonografu Dwukwiata i Rincewind rozmawiają i w pewnym momencie demon pokazany jest na tle twarzy Rincewinda, którego oczy wrażają jakiś dziwny smutek.

Tak więc nie twierdzę, że ilustracje Rossa są złe. Tak naprawdę problemy zaczynają się przy projektach postaci.
Pomijam mały błąd w ciągłości, w którym Rincewind w swoich pierwszych dwóch panelach ubrany jest na czarno (i jestem pewna, że nie miało to sygnalizować, że siedzi w cieniu), a przez resztę komiksu na czerwono; po prostu wielu bohaterów nie wygląda tak jak powinno. Rincewind jest taki jakiś nijaki – wygląda jak randomowy brodacz w średnim wieku, a powinien być wychudły i trochę bardziej wynędzniały. Dwukwiat miał być w założeniu optymistycznym, nieco naiwnym facetem, który wszystkim się zachwyca i wszystko chce zobaczyć. Tymczasem w komiksie ledwo to widać. Prawda – Dwukwiat wygląda dosyć safandułowato i geekowo w tym wielkim kapeluszu i okularach, jednak po pierwszej części prawie cały czas ma na twarzy ten sam wyraz i nie reaguje tak entuzjastycznie jak powinien. Są takie momenty, w których wydaje się znudzony tym, co się wokół niego dzieje.
Lord Vetinari,
proszę państwa!
Zupełnie nie tak jak powinni wyglądają również… Patrycjusz Vetinari i Pani. Vetinari wydał mi się zbyt gładki bez tej swojej ikonicznej bródki, z kolei Pani… No, Pratchett opisał ją jako kobietę, która była bardzo piękna, ale jawiła się jako dama o zmieniających się co chwila rysach twarzy – patrzyło się na nią i widziało kilka różnych kobiet. Oczywiście, to byłoby trudne do przeniesienia na ilustrację, ale myślę, że można by było zastosować zabieg rysowania na każdym panelu innej twarzy przy zachowaniu tego samego ubrania, żeby zasygnalizować, że to jednak cały czas Pani. Ale to już takie moje neat-picki.
Komiksowy Kolor magiipolecam zarówno ludziom, którym nie podobał się miniserial z Kevinem Jasonem w roli Rincewinda, jak i ludziom ciekawym jak wygląda Świat Dysku w komiksie. Również jak nie chce Wam się sięgać po książkowy pierwowzór (z jakiekolwiek powodu), możecie sięgnąć po tę wersję, ale weźcie pod uwagę to, że narysowani Rincewind i Dwukwiat mogą się wydać niektórym ludziom nie tacy, jak trzeba.

[FF: Świat Dysku] Śmierć w garści cz. 1 – Życiomierz

Śmierć miewał przeczucia. Co mogłoby wydawać się dziwne, biorąc pod uwagę, że powszechnie uważa się, że Śmierć – z braku odpowiednich gruczołów – nie posiada zdolności do odczuwania. Jednak na przestrzeni jego długiej kariery antropomorficznej personifikacji znalazłoby się wiele argumentów przeczących tej tezie. Na przykład tego ranka wciąż prześladowało go uczucie, którego nie był w stanie nazwać, jednak wiedział, że nie jest ono uczuciem miłym. Ani komfortowym.
Właściwie czuł się tak od wczorajszej nocy. Miał bardzo dużo pracy, bo pięciu zagranicznych magów – niedawnych prelegentów na jakiejś konferencji w Ankh-Morpolk – w tym samym momencie padło na skutek trucizny w winie. Każdego z nich oddzielało od siebie pół Dysku, więc Śmierć musiał się spieszyć, aby w miarę szybko zebrać duszę każdego z nich (w takich momentach jeszcze bardziej nie znosił zasady, według której powinien przychodzić po magów osobiście). W rezultacie powrócił do domu nad ranem.
Oczywiście – mógł uznać, że wszyscy otruli się nawzajem dla awansu, ale było w ich masowym zgonie coś nienaturalnego (znaczy się – bardziej nienaturalnego niż śmierć od trucizny w kieliszku). Czy to możliwe, że zgraja chciwych magów wypiła w tym samym momencie tę samą, wybitnie rzadką truciznę, która miała zadziałać po ośmiu godzinach, dwudziestu minutach i trzynastu sekundach od wypicia? Czy przynajmniej jeden pretendent do stołka jakiegoś kwestora albo nadrektora nie wybrałby jakiejś bardziej przystępnej, nie wykraczającej cenowo poza ich pięcioletni dochód? To było dziwnie podejrzane.
Jednak było też coś jeszcze. Śmierć miał przeczucie czegoś niedobrego, czegoś… strasznego. Być może to jego pamięć kazała mu myśleć, że coś już się stało (albo nawet – że coś się stanie). Tak czy inaczej miał wrażenie, że powinien być uważny i przyjrzeć się życiomierzom.

Wiedziony tym uczuciem wszedł do pomieszczenia z życiomierzami i zaczął je powoli sprawdzać. Po kolei przesuwał kościsty palec, odczytując każde nazwisko. Nie wiedział czego szukał. Wiedział tylko, że coś jest nie tak. Na razie jednak wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Żywoty spokojnie przesypywały się z przyszłości w przeszłość i wyglądało na to, że nie było żadnych zakłóceń. A mimo to Śmierć nadal był niespokojny.
Do Śmierci podszedł spokojnym krokiem Albert. Zatrzymał się tuż obok.
– Panie, herbata stygnie. Położyłem ją na biurku.
JAK SIĘ NAZYWA, JAK MA SIĘ CIARKI NA PLECACH I WRAŻENIE, ŻE STANIE SIĘ COŚ ZŁEGO?
– Niepokój? – podrzucił sługa.
TAK… JESTEM ZANIEPOKOJONY, ALBERCIE.
– Czym, panie?
RZECZ W TYM, ŻE NIE WIEM. ALE MA TO ZWIĄZEK Z ŻYCIOMIERZAMI.
Albert milczał przez chwilę. A potem stanął na końcu przeciwległego regału i zaczął sprawdzać życiomeirze. Fakt, że sam Śmierć nie wiedział, czego szukać, stanowił pewne utrudnienie. Albert domyślał się, że powinien wypatrywać jakiejś nieprawidłowości, jednak miał wątpliwości co do tego, czy będzie w stanie ją znaleźć. Z całą pewnością były pewne subtelne szczegóły, które potrafiło wyłapać jedynie wprawne oko jego pana. Mimo wszystko jego obowiązkiem było służyć Śmierci i Albert poczuwał się do odpowiedzialności, aby pomóc mu znaleźć to coś, co go niepokoiło.
Niebawem do poszukiwań dołączyli się również pozostali lokatorzy domu Śmierci – Śmierć Szczurów i kruk Miódrzekł. Trwało to jakiś czas. Może pięć, może dziesięć minut, a może pół godziny. W każdym razie w końcu znaleźli przyczynę niepokoju Śmierci. A konkretnie – znalazł ją Miódrzekł.
– Hej, czy to miejsce powinno być puste?
Śmierć, Śmierć Szczurów i Albert szybko skierowali się w jego stronę. Rzeczywiście ujrzeli puste miejsce na półce pomiędzy dwiema klepsydrami. Być może gdyby w siedzibie Śmierci istniał czas i osadzał się kurz, byłoby widać okrągły ślad na zakurzonym drewnie. Na dole nie było żadnych pozostałości po pękniętym życiomierzu.
ALBERCIE, CZY ROBIŁEŚ TU PORZĄDKI?
– Nie, panie. Poza tym, co miałbym zrobić z życiomierzem, który nie jest mój?
– Przecież nie mógł sobie po prostu pójść na nóżkach – skomentował kruk. – No i nie ma szans, aby spadł i się przeturlał pod regał. Sam próbowałem wydostać stamtąd świńską gałkę oczną i utknęła między tymi szczelinami. Wniosek jest prosty: ktoś tu był i go ukradł.
– Ale jak? Przecież zauważyłbym nieproszonych gości – odparł Albert, trochę w obronie własnej. – Poza tym nie można sobie tak po prostu wejść do domu Śmierci.
HMM… Śmierć przyłożył w zamyśleniu rękę do brody. CHYBA WIEM, JAK DO TEGO DOSZŁO. TAK… TO BARDZO SPRYTNE, NIE POWIEM.
Na próżno Albert, Śmierć Szczurów i Miódrzekł oczekiwali odpowiedzi. Śmierć ponownie się zamyślił. Przemówił znów dopiero po jakimś czasie:
TO MUSIAŁO SIĘ WYDARZYĆ NIEDAWNO. NA PEWNO NIE WCZORAJ WIECOZREM, KIEDY SPRAWDZAŁEM JE OSTATNIM RAZEM. Popatrzył na swego sługę. NA PEWNO NIKOGO NIE WIDZIAŁEŚ, ALBERCIE?
– Na pewno nikogo przemykającego się do domu. Siedziałem całą noc w ogrodzie, bo pewne ptaszysko – Albert spojrzał znacząco na Miódrzekła – rozwaliło cały trawnik, szukając robaków.
– Hej, nudziło mi się – odparł kruk i spoczął na jego ramieniu. – Poza tym, kiedy ostatni raz była jakaś bitwa, żebym mógł najeść się padliny?
Albert już chciał coś odpowiedzieć, jednak jego wzrok znów spoczął na Śmierci. Jego pan był wciąż pogrążony w głębokim zamyśleniu. Przyglądał się z uwagą pustemu miejscu na półce. Albert wielokrotnie widział go zastanawiającego się nad różnymi rzeczami, a ta konkretna rzecz musiała sprawić, że Śmierć poczuł się co najmniej… zaniepokojony.
A TY? Zwrócił się do Śmierci Szczurów. TY NICZEGO NIE WIDZIAŁEŚ?
PIP, odparł gryzoń.
NO TAK… TA FERMA MUSIAŁA BYĆ STRASZNIE ZASZCZURZONA. Śmierć westchnął i dodał: WYGLĄDA NA TO, ŻE WYBRAŁ SOBIE ODPOWIEDNI MOMENT.
– Czyj to mógłby być życiomierz, panie? – spytał w końcu Albert.
Śmierć milczał. Próbował sobie przypomnieć nazwisko, które znajdowało się pomiędzy tymi dwiema klepsydrami, jednak było to życie, które miało jeszcze kilka dekad przed sobą, więc siłą rzeczy Śmierć przeniósł jego imię gdzieś w dalszą część swojej świadomości, aby zająć się nim we właściwym czasie. Musiał je sobie teraz przypomnieć. Było wysoce prawdopodobne, że życiomierz znajduje się tam, gdzie człowiek, którego życie odmierzał.
Nagle Śmierć poczuł ciągnięcie za szatę. Spojrzał w dół. To Śmierć Szczurów skakał zaaferowany i wskazywał kościstą łapką na regał po drugiej stronie. Śmierć, Albert i Miódrzekł odwrócili się i spojrzeli w miejsce wskazane przez gryzonia. Nieco wyżej, mniej więcej na poziomie oczu Śmierci, ziało kolejne puste miejsce, ale tym razem Śmierć wiedział aż nazbyt dobrze, czyj życiomierz powinien się tam znajdować. Mimo to podszedł bliżej i przyjrzał się dobrze sąsiednim klepsydrom. „Keli Sto Lat” głosiła ta po prawej stronie. „Igneous Cutwell” informowała ta po lewej. Wszystko się zgadzało. Ostatnio często przystawał przy tej półce. Nie ze względu na swoje obowiązki… chociaż kto wie? Ostatnio odkrył, że ma ich nieco więcej.
OH, A TO CO?
Wyciągnął rękę w głąb półki i podniósł kartkę, której wcześniej nie zauważył. Coś było na niej napisane starannym, gotyckim pismem. Niebieskie ogniki w oczodołach Śmierci zaczęło wodzić po kartce, kiedy czytał w ciszy lakoniczną a zarazem wiele mówiącą wiadomość. Miódrzekł spoczął na ramieniu Śmierci i również ją przeczytał, tylko na głos:
– „Oddam go, kiedy dojdziemy do konsensusu. Spotkajmy się na Niewidocznym Uniwersytecie.”
– Zawsze znajdą się idioci, którzy będą stawiać panu ultimatum – prychnął Albert.
Ale kiedy spojrzał na Śmierć, jego wesołość wyparowała. Kolejna długa chwila milczenia, która wprawiła jego, Śmierć Szczurów i Miodrzekła w zakłopotanie.
– Nie sprecyzował godziny spotkania – odezwał się po chwili Albert.
PRZYPUSZCZAM, ŻE SAM MNIE WEZWIE. JEST WYSOCE PRAWDOPODOBNE, ŻE TO MAG.
I znów milczenie. Śmierć wydawał się myśleć nad czymś intensywnie.
TO NIE WYGLĄDA DOBRZE. Stwierdził w końcu. Jego głos był spokojny, ale dla człowieka, który spędził ze Śmiercią kilka setek lat kryła się w nim jedna, mała nutka, która świadczyła o zgoła odwrotnym stanie ducha. A potem Śmierć odwrócił się w stronę Alberta i zapytał: DZISIAJ ZACZYNA SIĘ PRZERWA WAKACYJNA, PRAWDA, ALBERCIE?
– Tak, panie – odpowiedział jego sługa. – I zobowiązałeś się przywieźć tutaj Susan.
TO BARDZO… KŁOPOTLIWE.
Ruszył w stronę wyjścia, a pozostała trójka za nim.
MUSIMY ZNALEŹĆ TE DWA ŻYCIOMIERZE. ZWŁASZCZA TEN DRUGI. ALE MUSIMY ZACHOWAĆ DYSKRECJĘ.
– Racja, po co psuć Susan wakacje? – odrzekł kruk.
Od kiedy Śmierć odzyskał wnuczkę, starał się być w jej oczach kimś, kto jest odpowiedzialny, rozsądny i potrafiący poradzić sobie z każdym problemem (nie mówiąc już o tym, że troskliwy i interesujący). Wiedział, że to głupie, ale miło było myśleć, że Susan nadal ma o nim wysokie mniemanie, tak jak za dawnych lat. A incydent z życiomierzami mógł bardzo nadwerężyć jego autorytet.
– Kimkolwiek jest nasz włamywacz, porwał się z motyką na słońce.
Śmierć zatrzymał się i spojrzał na swojego sługę.
MOTYKĄ NA SŁOŃCE? CZYŻBYŚ WIEDZIAŁ COŚ, CZEGO NIE WIEM JA, ALBERCIE?
– Tak się tylko mówi, panie. To przysłowie. Oznacza stawianie sobie szalonych, nieosiągalnych celów.
AHA, odparł tylko Śmierć i znów zaczął iść.
To wszystko było takie kłopotliwe… Zbieranie dusz, wizyta rodzinna, a teraz jeszcze ta sprawa z życiomierzami. Śmierć miał nadzieję, że uda mu się je szybko odzyskać i że jego wnuczka się nie zorientuje, że to zdarzenie w ogóle miało miejsce.
W końcu co by powiedziała, gdyby dowiedziała się, że jej dziadek pozwolił komuś ukraść jej życiomierz?
Oczywiście musiało padać.
Co to za początek wakacji, w którym pada? I oczywiście to nie mógł być ciepły, letni deszczyk, który przemija po kilku minutach, a potem niebo się przejaśnia. To musiał być porządny, ciężki deszcz, pozostawiający kałuże wielkości sadzawki. Susan stała więc pod parasolką, w pelerynie i długich butach, i rozglądała się za białym koniem, na którym mógłby siedzieć jej dziadek. Karety i powozy przyjeżdżały i odjeżdżały zabierając ze sobą jej koleżanki ze szkoły, aż w końcu została sama. Zastanawiała się, czy czasem jej dziadek – bądź co bądź antropomorficzna personifikacja śmierci – nie zapomniał w natłoku obowiązków o tym, że miał ją dzisiaj odebrać. Albo czy nie zatrzymała go jakaś masakra i w związku z tym spóźni się jeszcze trochę.
Tak czy inaczej, z każdą chwilą robiła się coraz bardziej niespokojna i niecierpliwa. Cieszyła się na pierwsze od dwunastu lat wakacje z dziadkiem, a teraz on się spóźniał. Po jakimś czasie zaczęła przechadzać się w tę i we wtę. Wtem podeszła do niej panna Butts.
– Czy twój dziadek wie, że właśnie dzisiaj jest zakończenie roku szkolnego?
– Tak, mówiłam mu o tym wiele razy – odpowiedziała Susan, nawet nie spoglądając na nauczycielkę, tylko na drogę.
– Może jednak powinnaś powiadomić kogoś ze Sto Helit, żeby po ciebie przyjechał.
– Nie trzeba, panno Butts – odrzekła Susan, wciąż się rozglądając.
– Może zapomniał? Starsi ludzie często zapominają.
Susan westchnęła ze zrezygnowaniem, a potem uśmiechnęła się do swoim myśli. Śmierć i skleroza… Albo jeszcze lepiej – demencja. Albo starsze zdziecinnienie… I jeszcze strzykanie w kościach. To byłoby ciekawe.
I wtedy się zjawił. Wjechał na Pimpusiu po drodze, którą tyle różnych karet zawiozło uczennice do ich domów. Susan widziała go takim, jak jest – widziała wysokiego kościotrupa w czarnym płaszczu z kapturem (na szczęście kosę zostawił w domu). Jednak panna Butts na pewno widziała kogoś zupełnie innego – być może jej własny umysł przywodził jej przed oczy obraz starca z długą, posiwiałą brodą, a może wychudłego, łysiejącego mężczyznę ze zmarszczkami na każdym kawałku skóry. Tak czy inaczej, widziała normalnego człowieka, a nie uosobienie Śmierci.
Pimpuś zatrzymał się tuż przed Susan i Śmierć spojrzał na wnuczkę z wyrazem zakłopotania.
PRZEPRASZAM, ŻE TAK DŁUGO MUSIAŁAŚ CZEKAĆ.
– No cóż… – powiedziała Susan i uśmiechnęła się do niego – przynajmniej już jesteś, dziadku.
Nagle zdała sobie sprawę z tego, że panna Butts tu jest i że stosowne byłoby ich sobie przedstawić.
– Panno Butts – odezwała się do nauczycielki – to jest mój dziadek…
BILL, oświadczył Śmierć zanim zdążyła powiedzieć coś więcej.
– A to jest panna Butts, dziadku – oznajmiła Susan.
BARDZO MI MIŁO. Wyciągnął rękę w stronę nauczycielki w geście powitania. Niepewnie ją chwyciła i szybko puściła.
– Mnie również – odparła w zasadzie z grzeczności. Wydawało się, że chciała jeszcze o coś spytać, ale postanowiła się wstrzymać, nie chcąc być nieuprzejmą.
Śmierć podał rękę Susan i pomógł jej wejść na Pimpusia. Niebawem siedziała wraz z nim na koniu i Śmierć pociągnął za lejce i skierował Pimpusia w stronę drogi.
NO TO RUSZAMY. Zaczęli oddalać się od szkoły, ale Śmierć odwrócił się jeszcze do panny Butts i powiedział na odchodnym: DO WIDZENIA, PANNO BUTTS.
– Szerokiej drogi – powiedziała niepewnie nauczycielka.
Śmierć i Susan zniknęli za zakrętem. Panna Butts powróciła do szkoły.
– Słowo daję, aby szesnastoletnia księżna jeździła do domu na jednym koniu razem z dziadkiem… I co to za imię dla szlachcica… Bill… Ta rodzina musi być dziwniejsza niż myślałam.
Tymczasem Pimpuś wzbił się w powietrze. Zarówno Śmierć, jak i Susan, uznali, że nie chcą być widzialni i zniknęli ludziom z oczu wraz z koniem, na którym lecieli. Śmierć postanowił przerwać panującą ciszę.
JAK TAM SZKOŁA?
– Dobrze, chociaż historia i literatura są nudne jak flaki z olejem.
NIGDY NIE JADŁEM, WIĘC NIE WIEM. CHYBA, ŻE MÓWISZ O FLAKACH WYPŁYWAJĄCYCH Z CIAŁA NA POLU BITWY I OBLANYCH WRZĄCYM OLEJEM, ALE NIE WYDAJE MI SIĘ, ABY „NUDNY” BYŁO NAJLEPSZYM OKREŚLENIEM NA TAKI WIDOK.
Susan postanowiła puścić mimo uszu uwagę dziadka. Potem mu wszystko wytłumaczy.
– A jak tam praca?
Śmierć zastanowił się nad odpowiedzią. Od razu przypomniał sobie o niedawnym zdarzeniu z życiomierzami. Ale przecież nie mógł jej o tym powiedzieć, więc zamiast tego odparł:
CAŁKIEM SPOKOJNIE. NIE NARZEKAM.
Susan od razu zauważyła to zdenerwowanie w głosie swojego dziadka. Od razu zrozumiała, że coś się stało i że to pierwsze przyszło Śmierci do głowy, kiedy spytała go o pracę.
– Czy na pewno wszystko dobrze, dziadku?
TAK, WSZYSTKO JEST W JAK NAJLEPSZYM PORZĄDKU.
Nie wierzyła mu, ani trochę. Ale nie powiedziała mu o tym. Postanowiła na razie nie dociekać, ale wszystko jej mówiło, że coś było nie tak. Była zaniepokojona.

Aktualności: Słowo wstępnie do "Śmierci w garści"

Śmierć w garści pisałam, kiedy miałam za sobą Muzykę duszy i zapragnęłam napisać fanfika do Świata Dysku. Do tego bardzo zależało mi z jednej strony, aby to był fik skupiający się na relacjach Śmierci z jego wnuczką, Susan, a z drugiej – aby oboje mieli okazję się nawzajem uratować. Fabuła zarysowuje się tak: Z Siedziby Śmierci zostaje wykradziona pewna rzecz, a pozostawiona na miejscu wiadomość świadczy o tym, że złodziej chce coś u Śmierci ugrać. Dodatkową komplikację powoduje fakt, że akurat tego dnia Susan ma przyjechać do dziadka na wakacje (rzecz dzieje się po Muzyce duszy, więc Susan ma szesnaście lat). Po przyjeździe dziewczyny, zarówno jej dziadek, jak i Albert, Śmierć Szczurów i Miódrzekł starają się ukryć przed nią informację o całym zajściu, ale Susan i tak się czegoś domyśla. Potem zaś dochodzi do sytuacji, w której Śmierć znika i jego wnuczka musi się dowiedzieć, gdzie jest i co się z nim staje.

W pewnym momencie moja faza na Świat Dysku przygasła i nie wiedziałam, jak kontynuować tego fanfika, kiedy jednak wzięłam się za cykl o Straży Miejskiej, pomyślałam, że mogłabym wprowadzić do fika komendanta Vimesa i jego ludzi. Zwłaszcza, że Muzyka duszy została wydana zaraz po Zbrojnych. Tak więc wkrótce Straż Miejska miała prowadzić śledztwo w sprawie kradzieży w Siedzibie Śmierci i zniknięcia Kosiarza.

Przy czym bardzo starałam się, aby to, o czym pisałam w Śmierci w garści, było zgodne z prawami, którymi rządzi się Świat Dysku, więc musiałam zrobić research, wziąć pod uwagę różne szczegóły wspomniane i na tej podstawie zbudować tę całą intrygę i zagadkę. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do tego fika, bo scena konfrontacji Vimesa z czarnym charakterem często jest odgrywana w mojej głowie i chciałabym ją kiedyś napisać i ludziom pokazać.

Ze wspomnień fana: Świat Dysku

Przez całe lata nie interesowałam się Światem Dysku. Wynikało to z tego, że książki z tej serii miały okładki przypominające malowidła Hieronima Boscha – dziwaczne, groteskowe i chaotyczne. Prawdę mówiąc miałam wtedy nikłe pojęcie na temat samej serii, nie wiedziałam o niej właściwie nic i miałam wrażenie, że jest to jakaś poważna seria science-fiction. Naprawdę tak myślałam! Zwłaszcza po tym, jak przeczytałam opis fabuły Kosiarza – Śmierć znika ze świata, bum! – jest chaos. Co prawda, słyszałam od różnych ludzi, że Świat Dysku jest niesamowity, ale im nie wierzyłam.

Dopiero, kiedy na studiach odkryłam Widelec.pl, to przekonanie zaczęło zanikać. Dość często redaktorzy tego geekowego portalu w swoich rankingach zamieszczali postaci ze Świata Dysku. To właśnie świętej pamięci Widelec.pl poinformował mnie pierwszy, że Bibliotekarz Niewidocznego Uniwersytetu został zamieniony w orangutana i cieszy się z takiego stanu rzeczy; że Paskudny Stary Ron ma zapach tak silny, że zyskał on własną świadomość; że koń Śmierci nazywa się Pimpuś. Te rzeczy sprawiły, że poznałam szaloną, humorystyczną stronę Świata Dysku i jakaś część mnie chciała się z nim zapoznać, jednak wciąż coś mnie przed tym hamowało.
I tak naprawdę tym, co ostatecznie przekonało mnie do Świata Dysku, był miniserial produkcji SkyOne na podstawie Piekła pocztowego. Wszystko mi się w nim podobało: przedstawiona w niej historia oszusta, który nie tylko przywraca do dawnej świetności Urząd Pocztowy, ale też zdaje sobie sprawę z dokonanych przez siebie krzywd; poszczególne postaci, jak owładnięty obsesją szpilek Stanley, walcząca o prawa golemów Adora Belle Dearheart, czy Patrycjusz Vetinari; i estetyka świata przedstawionego, gdzie obok okutej w zbroje Straży Miejskiej chodzili ludzie ubrani jak z wiktoriańskiej powieści; a na ulicach Ankh-Morpolk można było spotkać, zarówno zwykłych ludzi, jak i golemy, wampiry i magów. Piekło pocztowe było pełne akcji, humoru, dramatu i kapitalnych pomysłów. Pokazało mi, o czym tak naprawdę jest Świat Dysku – przedstawiło mi Wielkiego A’Tuina, czyli ten cały koncept żółwia płynącego przez kosmos i dźwigającego cztery słonie, które z kolei dźwigają na swoich grzbietach cały wielki, płaski świat; a także lekki klimat, w jakim zachowane są historie opisywane przez Terry’ego Pratchetta. Jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale również sam Moist von Lipwig był moim wprowadzeniem do tego, jakich protagonistów ma przeważnie Świat Dysku – bohaterów pełnych wad i cynicznie patrzących na świat, ale jednak zdolnych do heroizmu.

Po Piekle pocztowymzapoznałam się również z pozostałymi dwiema aktorskimi ekranizacjami prozy Pratchetta – Kolorem magii i Wiedźmikołajem. Pierwszy z nich nie przypadł mi zbyt bardzo do gustu (to znaczy historia była całkiem interesująca, ale nie porwała mnie). Za to Wiedźmikołajbył interesujący i nie chodzi mi tylko o sam pomysł Śmierci jako dyskowego odpowiednika świętego Mikołaja, ale również o cudownie przerażającego Jonathana Teatime, zadziorną Susan i jej bardzo urocze relacje z dziadkiem. Moją ulubioną sceną w całym filmie jest ta, w której Susan i Teatime się spotykają i po wysłuchaniu kilku zdań złoczyńcy Susan mówi: „Chyba cię znam (…). Dzieciak, którego wszyscy się bali. (…) Równie dobrze mogłeś rzucić w kota kamieniem, jak go podpalić. (…) Byłeś chłopcem, który zagląda lalkom pod sukienki. (…) Nikt się z tobą nie bawił, bo nie miałeś przyjaciół.” Jest w tej kwestii, przerywanej przez nagle zdenerwowanego Teatime’a próbującego przywołać swoich ludzi do porządku, coś niesamowitego. Susan przejrzała Teatime’a. Wie, że ma do czynienia z psychopatą, a jednocześnie jej doświadczenie nauczycielki sprawia, że widzi w nim dzieciaka, z którym nikt się nie chce bawić. Poza tym sposób, w jaki w tym filmie był pokazany Śmierć – zwłaszcza w porównaniu z jego wersją w Kolorze magii – sprawił, że ta postać nagle urosła w moich oczach.
I tak pewnego dnia postanowiłam przeczytać powieści ze Świata Dysku poświęcone Śmierci. Co by tu mówić, Śmierć był pierwszą postacią ze Świata Dysku, którą pokochałam, a Kosiarzanadal uważam za jedną z najlepszych książek z całego cyklu. Książki poświęcone Śmierci – książki ukazujące Śmierć jako istotę oddaną swojej pracy a jednocześnie zafascynowaną małymi dziwactwami ludzkości i w gruncie rzeczy pełną współczucia, zwłaszcza dla kotów – sprawiły, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak postrzegana bywa śmierć jako taka. A z tego wszystkiego powstał mój pierwszy dyskowy fanfik i mój pierwszy artykuł o Świecie Dysku.
Aczkolwiek muszę przyznać, że jest on niekompletny. Wszystkie te wątki niezwiązane ściśle ze Śmiercią, Mortem albo Susan (czyli na przykład wątek księżniczki Keli w Morcie, Windle’a Poone’a w Kosiarzu, czy Impa w Muzyce duszy) sprawiały, że książki z cyklu o Śmierci mi się strasznie dłużyły. Dlatego właśnie nie przeczytałam dotąd Złodzieja Czasu. Po zapoznaniu się z kilkoma powieściami, gdzie wątek Śmierci i jego rodziny rozkręca się strasznie długo z powodu wątków pobocznych, Złodziej Czasu był już ponad moje siły.
Po jakimś czasie zapragnęłam przeczytać coś jeszcze ze Świata Dysku i akurat sobie przypomniałam, że mój brat wygrał kiedyś w jakimś szkolnym konkursie Na glinianych nogachw oryginale. To, że książka była po angielsku wcale mnie nie zraziło, w końcu od ponad pięciu lat z ogonem czytuję regularnie teksty w tym języku i to nawet opowiadania, tak więc Na glinianych nogach nie sprawiło mi jakiegoś wielkiego problemu. I tak oto zapoznałam się ze Strażą Miejską Ankh-Morpolk i komendantem Vimesem. Co prawda byłam trochę skonfundowana tym, że kapitan Marchewa zachowuje się jak krasnolud, ale tak jakby nie jest krasnoludem… jednak lektura tej książki – ogólna fabuła, intryga kryminalna, Samuel Vimes – doprowadziły do tego, że zapragnęłam dowiedzieć się więcej o Straży Miejskiej, która wydawała mi się wcześniej mało interesująca, jako bohater (no bo na pierwszy rzut oka, kogo interesowaliby jacyś strażnicy?). Tak więc poszłam do Empiku, kupiłam Straż! Straż! i zaczęłam od początku. Potem przeczytałam Zbrojnych i Straż Nocną… tak, tak właśnie napisałam. Po drugiej książce z serii o Straży Miejskiej wzięłam się od razu za szóstą. Po prostu Piąty elefant oraz Bogowie, honor i Ankh-Morpolk nie wydawały mi się wtedy ciekawe, w przeciwieństwie do Sama Vimesa podróżującego w czasie. Tak po prawdzie to cykl o Straży Miejskiej czytałam zawsze nie chronologicznie. A przy Łupsie!przerwałam w momencie, kiedy Vimes rozmawia z Ottonem Chriekiem, ponieważ postanowiłam zapoznać się z Prawdą, gdzie nasz wampir-ikonograf pojawia się po raz pierwszy.
Samuel Vimes niejako zdetronizował Śmierć, w tym sensie, że odtąd Kosiarz Świata Dysku nie był jedyną postacią w tym szalonym uniwersum, która stała się moją ulubioną. Wydaje mi się, że spośród wszystkich bohaterów Świata Dysku Sam Vimes jest najbardziej złożonym. Wychowany w ubogiej dzielnicy dziedzic pozbawionego szlachectwa rodu; człowiek, który brał udział w rewolucji w mrocznych czasach Ankh-Morpolk, co odbiło się tak bardzo na jego psychice, że popadł w stagnację i alkoholizm; kochający mąż i ojciec, uczciwy i dobry w swojej pracy strażnik, któremu Straż Miejska zawdzięcza swoją świetność; a jednocześnie człowiek zmagający się ze swoimi traumatycznymi przeżyciami, kompleksem niższości i ciemnością, która chce się wydostać na zewnątrz. Vimes stał się tą postacią w przeciągu ośmiu książek i do dzisiaj jest jednym z najważniejszych, najbardziej ikonicznych protagonistów Świata Dysku, nie mówiąc już o tym, że ludzie postrzegają go jako postać praworządną dobrą napisaną właściwie, o czym już Wam mówiłam.
Lubię też sposób, w jaki przedstawione zostały relacje między Vimesem a jego żoną, lady Sybil. Sybil jest tak wspaniałą postacią, a stosunek komendanta do niej jest tak uroczy, że właściwie nie wyobrażam sobie, aby oni nie mogli być razem. To jeden z wielu tych sympatycznych pairingów, które napawają nadzieją.
W przeciwieństwie też do powieści o Śmierci, powieści poświęcone Vimesowi i Straży Miejskiej zawsze były bardziej skupione i nie miałam takiego wrażenia dłużyzn. To też zasługa Straży Miejskiej jako takiej – tego zbiorowego bohatera, który w każdej książce powiększał się o kolejnych członków, a każdy z nich miał własną osobowość i historię. Reg Shoe stał się zombie po tym jak go zabito; Cudo Tyłeczek to krasnoludka, która postanowiła zostać alchemikiem, a po zaprzyjaźnieniu się z Anguą postanowiła bardziej eksponować swoją kobiecość; troll Detrytus był swego czasu zabijaką, ale postanowił się zmienić i wstąpić do Straży Miejskiej; w końcu Marchewa Żelaznywładsson jest człowiekiem (a do tego prawowitym królem Ankh-Morpolk) wychowanym przez krasnoludy. A są jeszcze kapral Nobby Nobbs i sierżant Fred Colon, którzy byli z Vimesem niemal od samego początku.
Niejako też po przeczytaniu Straży Nocnej zdecydowałam się ruszyć książki o Moiście von Lipwigu. Tak jak już wspominałam wcześniej, chciałam przejść od razu do Świata finansjery, jednak postanowiłam przeczytać Piekło pocztowe na wypadek, gdyby były tam zawarte jakieś ważne szczegóły, których nie zawarto w serialowej adaptacji. I rzeczywiście – książkowe Piekło pocztowe różniło się pod wieloma względami od miniserialu. Przede wszystkim miniserial skupia się głównie na tym, jak Moist zdaje sobie sprawę z tego, że jego oszustwa miały swoje mroczne konsekwencje i poniekąd odkupuje swoje winy jako poczmistrz, tymczasem lektura książki daje większy wgląd w postać samego Moista – w jego mentalność, w to, dlaczego na początku uważa, że nie da się oszukać uczciwego człowieka, i w to, że jest on trochę uzależniony od mocnych wrażeń.
Później przeczytałam Prawdę, gdzie głównym bohaterem był William de Worde – założyciel pierwszej gazety w Świecie Dysku – i pomyślałam sobie, że Vimesa, Moista i Williama bardzo wiele łączy. Po pierwsze wszyscy trzej wykorzystują słowa, aby osiągnąć pożądane efekty (Vimes stosuje literę prawa, Moist panuje nad tłumem poprzez spektakularne przemowy, a de Worde nagina prawdę, chociaż nie potrafi kłamać). Po drugie – wszyscy trzej odpowiadają w ten czy inny sposób przed Patrycjuszem Vetinari, a jednocześnie w interesie Patrycjusza jest, aby oni mieli swobodę działania. Dlatego wyobrażałam sobie wszystkich trzech panów siedzących razem w jakimś barze i rozmawiających o problemach z Vetinarim. Myślałam nawet, czy by nie napisać serii małych one-shotów w tym właśnie klimacie, ale jak zwykle – weny zabrakło. Ale Para w ruch(najnowsza książka ze Świata Dysku, do tego z Moistem w roli głównej) do pewnego stopnia spełnia tę moją małą fantazję, bo tam właściwie Moist i Vimes nie tylko rozmawiają, lecz także współpracują i to w bardzo miłej atmosferze. Widać między nimi chemię i aż chce się, aby panowie częściej łączyli siły.

Parę w ruch w ogóle uważam za bardzo szczególną część serii Świata Dysku. Przede wszystkim jest to ostatnia książka z tej serii (przynajmniej dopóki Rhianna Pratchett nie napisze kolejnych części) i w kontekście niedawnej śmierci Terry’ego Pratchetta można ją odczytać jako pożegnanie Pratchetta ze swoim dziełem – ostatnim wielkim występem przed zejściem ze sceny. Para w ruch nie tylko zawiera najwięcej nawiązań do pozostałych części cyklu, niż jakakolwiek inna książka ze Świata Dysku, ale też wprowadza to uniwersum w Wiek Pary. W naszym świecie kolej żelazna stanowiła punkt zwrotny w dziejach – od pociągów rozpoczęła się pierwsza rewolucja przemysłowa. A Świat Dysku pierwotnie był parodią fantasy jako takiego i powoli był wzbogacany o nowe rzeczy – turystykę (Kolor magii i Blask fantastyczny), film (Ruchome obrazki), nowoczesną muzykę (Muzyka duszy), telegram (Piąty elefant), prasę (Prawda), papierowe pieniądze (Świat finansjery)… Co prawda, wiele z tych nowych rzeczy wprowadzało zbyt wielki zamęt poprzez swoje konotacje z magią, aby pozostać na stałe, niemniej jednak pociąg wydaje się być takim zwieńczeniem tego procesu, wejściem Świata Dysku w nową erę. Nie wiem, czy Pratchett spodziewał się, że niedługo umrze, dlatego zdecydował się na taki ruch, czy też może planował ciąg dalszy, ale jednak los sprawił, że Para w ruch nabrała dodatkowego, wzniosłego znaczenia, przynajmniej dla mnie.
Kiedy pisałam artykuł o Moiście, Para w ruch nie miała jeszcze polskiej premiery, więc elementów tej powieści związanych ściśle z postacią Moista nie mogłam uwzględnić (a szkoda, bo się okazało, że nasz były oszust ma w sobie nieco sprawiedliwego gniewu, który mogą w nim uwolnić goblińskie używki), ale kiedy wreszcie wyszła, a ja ją w końcu przeczytałam, zapragnęłam przeczytać te książki Świata Dysku, które dotąd omijałam szerokim łukiem.
I tak oto postanowiłam zapoznać się z powieściami o magu Rincewindzie. Nawet nie wiecie jakie dziwne było dla mnie czytanie Koloru magii – pierwszej powieści ze Świata Dysku – kiedy miałam już za sobą większość późniejszych części i wiedziałam, co się będzie działo potem. Na przykład, w scenie, w której Rincewind zostaje postawiony przed Patrycjuszem, bo zawarł z Dwukwiatem umowę i próbował uciec z zapłatą, wspominany jest kapitan straży, a ja, czytając ten fragment, od razu pomyślałam, że to Vimes. Później, po tym jak w barze, w którym zatrzymał się Dwukwiat, miała miejsce rozróba, pojawia się gruby funkcjonariusz milicji (który specjalnie się spóźnił, aby przybyć kiedy było już dawno po walce) i ja od razu nazwałam go sierżantem Colonem. No, a jak Dwukwiat robił obrazki ikonografem od razu przypomniałam sobie o Ottonie Chrieku z Prawdy.
Tak czy inaczej, nie byłam specjalnie zainteresowana czytaniem Koloru magii (i będącego jego bezpośrednią kontynuacją Blasku fantastycznego), pamiętając adaptację SkyOne. Ponadto Rincewind jako postać mnie nie za bardzo pociągał. Ja rzadko kiedy lubię bohaterów, którzy są tak tchórzliwi, że przy pierwszej okazji zdradzają swoich towarzyszy podróży. Niemniej jednak po przeczytaniu obu książek przekonałam się do Rincewinda i wzięłam się za pozostałe powieści z nim w roli głównej.
Rincewind jest zupełnie inny niż pozostali protagoniści Świata Dysku, choć pod pewnymi względami jest też do nich podobny. Nie jest takim kozakiem jak Samuel Vimes, chociaż jeśli chodzi o wolę przetrwania, panowie mogliby iść łeb w łeb; i w przeciwieństwie do Moista von Lipwiga, stara się trzymać jak najdalej od ryzykownych sytuacji, chociaż obaj mają talent do improwizacji w trudnych sytuacjach. Jednak tak naprawdę dzięki Rincewindowi zdałam sobie sprawę, że większość protagonistów Pratchetta podpada pod ten schemat, o którym wspominałam już w poświęconym magowi artykule, a konkretnie w tym fragmencie:

Można powiedzieć, że większość protagonistów Świata Dysku zaczyna najpierw w odcieniu szarości, a przynajmniej po stronie raczej neutralnej. I tak Rincewind jest tchórzem, kapitan Samuel Vimes pijakiem, Moist von Lipwig oszustem… Potem jednak zdarza się coś, co wywraca ich świat do góry nogami i zmusza do bycia czymś więcej, niż dotąd. W przypadku Vimesa było to pojawienie się Marchewy Żelaznywładssona; w przypadku Moista – propozycja Vetinariego, a w przypadku Rincewinda – podróż z Dwukwiatem. Od tego momentu zwykle postacie Pratchetta zaczynają swój rozwój, który trwać będzie przez całą książkę i przez kilka następnych.

Przekonałam się też (o czym wspominałam również w wyżej wspomnianym artykule), że tchórzostwo Rincewinda jest czymś więcej niż tchórzostwem – to jego instynkt przetrwania i skłonność do unikania niepotrzebnego rozlewu krwi – i że Rincewind jako taki zdolny jest do współczucia, a nawet poświęceń, czego dowiódł zwłaszcza w Czarodzicielui Ciekawych czasach.

W ogóle mam takie wrażenie, że naczelne przesłanie wszystkich powieści Świata Dysku jest takie, że ludzie są pełni wad, ale również zdolni do wielkich rzeczy. Prawda, są ludzie źli do szpiku kości – szaleni, przeświadczeni o swojej wyższości sadyści, którzy nie dbają o życie innych – ale większość ludzi nie jest zła. Większość ludzi robi złe rzeczy ze strachu, głodu, ignorancji albo pychy. U Pratchetta nawet najbardziej cyniczny, najbardziej skoncentrowany na sobie bohater w końcu decyduje się – czy to z powodu szoku i przerażenia wywołanego przez jakieś wielkie zło, czy to przez zetknięcie z kimś bardziej idealistycznie patrzącym na świat – przestać myśleć o sobie i zdobyć się na jakiś szalony, heroiczny czyn, o który wcześniej by się nawet nie podejrzewał. Co więcej – może też walczyć z własnymi wadami i chcieć być lepszy.
Dobrym tego przykładem jest chociażby wspomniany wyżej William de Worde. William wychowywał się w rodzinie szlacheckiej „z tradycjami”, więc całe życie wpajano mu różne rzeczy do głowy, jak chociażby, że krasnoludy i trolle są gorsze od ludzi, a każdy nieumarły to potwór. Jednak redaktor „Pulsu Ankh-Morpolk” odrzuca te przekonania i stara się zwalczać w sobie bigoteryjne postawy, które jego rodzina uznawałaby za właściwe.
W ogóle, jeżeli miałabym robić ranking książek ze Świata Dysku, które uważam za najlepsze, Prawdabyłaby gdzieś w pobliżu Kosiarza. Przeczytałam ją z ciekawości, aby dowiedzieć się więcej o Ottonie Chrieku – wampirze, którego pasją jest robienie obrazków i uchwycenie na nich światła – a dostałam opowieść o naturze prawdy. Sam William de Worde nie przypadł mi specjalnie do gustu, ale – jak mówiłam – chętnie widziałabym go wraz z komendantem Vimesem i Moistem von Lipwigiem popijającego w barze (chociaż pewnie Vimes nie chciałby z nim gadać z powodu cyrku, jaki czasem „Puls Ankh-Morpolk” odstawia). Z drugiej strony jednak William stara się dochodzić do prawdy i dba o to, aby „Puls” nie zawierał kłamstw.
Na listę najlepszych powieści Świata Dysku wstawiłabym również Pomniejsze bóstwa, chociażby przez to, jak wiele nawiązań w sobie zawiera. Są tam nawiązania i do Biblii, i do filozofii starożytnej, i do świętych chrześcijańskich, i do Galileusza… No po prostu mogłabym o nich opowiadać godzinami. Ale Pomniejsze bóstwa – powieść poświęcona religii – zawiera w sobie również mnóstwo wniosków na temat wiary, fanatyzmu i religijności. Wystarczy choćby przyjrzeć się samej fabule: Wielki Bóg Om, który próbuje powrócić do dawnej świetności, z powodu posiadania jedynego prawdziwego wyznawcy, prostego mnicha Bruthy, jest uwięziony w ciele jednookiego żółwia. Tymczasem Omnia, państwo wyznaniowe, czczące Oma, szykuje się do wojny z Efebem, będącym dyskowym odpowiednikiem starożytnej Grecji. Przywódca omniańskiej Kwizycji (inkwizycji), Vorbis, wyjeżdża do Efebu pod pozorem misji dyplomatycznej i zabiera ze sobą Bruthę z powodu jego ejdetycznej pamięci.  Młodzieniec z jednej strony musi dogadać się z własnym bogiem, a z drugiej – przetrawić filozofię efebiańską, która zmusza go do spojrzenia na pewne sprawy z innej perspektywy… Jak już kiedyś wspominałam, chciałam napisać artykuł na temat Pomniejszych bóstw, ale raz, że po jakimś czasie straciłam wenę (znowu), a dwa – bałam się, że pod spodem pojawi się mnóstwo antyreligijnych komentarzy, które nic nie wniosą i tylko mnie zdenerwują. Widziałam, co się dzieje z ludźmi, kiedy poruszane są takie tematy. Nie wiem, czy się kiedykolwiek zdecyduję na napisanie tego tekstu. Z jednej strony są te dwa problemy, o których właśnie wspomniałam, a z drugiej – no, czasem mnie kusi, aby wziąć i te wszystkie moje przemyślenia o Pomniejszych bóstwachspisać.
Poza Prawdą i Pomniejszymi bóstwami, przeczytałam jeszcze dwie „jednoczęściówki” Świata Dysku: Zadziwiającego Maurycego i jego edukowane gryzonie, oraz Ruchome obrazki. Ruchome obrazki, wyobraźcie sobie, przeczytałam też dla wątku magów z Niewidocznego Uniwersytetu, który w innych powieściach mnie zwykle denerwuje, jednak byłam wtedy po Panach i Damach, gdzie się okazało, że Nadrektor Munstrum Ridcully był kiedyś zakochany w Babci Weatherwax, więc wzięło mnie na zaznajomienie się z książką, w której Ridcully (wraz z Myślakiem Stibbonsem) pojawia się po raz pierwszy.
Cykl o Wiedźmach z Lancre był ostatnim, który poznałam (nie licząc, być może cyklu o Tiffany Obolałej, ale zaliczyłam tylko pierwszą część, a na następną już nie miałam siły). Wielokrotnie wspominałam już, że uważam Terry’ego Pratchetta za jednego z tych twórców, którzy piszą wspaniałe postaci kobiece. Generalnie większość pań w Świecie Dysku mnie nie irytuje (ba – przepadam niezmiernie za Babcią Weatherwax, Adorą Belle Dearheart i lady Sybil), ale jest jeden wyjątek – Angua ze Straży Miejskiej. Jej postać wydaje się krążyć wokół trzech rzeczy – tego, że jest wilkołakiem; tego, że jest zakochana w Marchewie i tego, że angstuje nad tymi dwoma faktami. Tak samo jak w przypadku magów z Niewidocznego Uniwersytetu, wątek Anguy w powieściach poświęconych Straży Miejskiej uważałam za dłużyzny, które może i coś wnoszą, ale nadal są dłużyznami. Zresztą sam pairing Anguy i Marchewy wydawał mi się zawsze dość nudny i męczący, zwłaszcza w porównaniu z innymi parami Świata Dysku – Moistem i Adorą Belle; Błaznem i Magrat, czy choćby Vimesem i lady Sybil (tych ostatnich shippuję tak bardzo, że po przeczytaniu sceny w Niuchu, gdzie arystokraci obgadują Vimesa i stwierdzają, że lady Sybil wyszła za komendanta z desperacji, a on ożenił się z nią dla pieniędzy, moją pierwszą reakcją było: „Co wyście powiedzieli, łajzy?!”).
To wcale nie znaczy, że kiedy obejrzałam znów po latach Piekło pocztowe, Angua wraz z innymi strażnikami mnie nie ucieszyła. Trochę szkoda, że Straż Miejska nie doczekała się jeszcze pełnoprawnej adaptacji i że w WiedźmikołajuNobby i funkcjonariusz Wizytuj są tylko pobocznym wątkiem, a w Piekle pocztowym Angua i spółka pojawiają się tylko dwa razy. Co prawda, były plotki o serialu, który sam Pratchett określił jako CSI: Ankh-Morpolk, ale nadal nie wiadomo, czy są jakieś postępy w produkcji. To samo się zresztą tyczy adaptacji Niewidocznych Akademików(powieści poświęconej piłce nożnej i regulacji rządzących nią zasad) przez SkyOne; i Morta przez Disneya (pierwszej części cyklu o Śmierci; jak to mówi Nostalgia Critic: „Wiecie – dla dzieci!”). Osobiście ucieszyłabym się, gdyby każdy z tych projektów doszedł do skutku, jednak najbardziej chciałabym ten serial o Straży Miejskiej, chociaż nie wiem, czy to miałyby być ekranizacje powieści o Vimesie i reszcie, czy też może zupełnie nowe przygody Straży.
Cóż więcej powiedzieć? Tak jak Agatha Christie, Terry Pratchett stał się nie tylko moim ulubionym autorem, ale także wzorem do naśladowania. Pratchett potrafił wymieszać w umiejętny sposób elementy humorystyczne i dramatyczne; wykorzystywać motywy kultury, zarówno wysokiej, jak i niskiej; kreować kolorowe, wielowarstwowe postaci; opowiedzieć wspaniałą historię, przekazując jednocześnie uniwersalne prawdy i wiarę w to, że nawet najbardziej niedoskonały człowiek może wzbić się na wyżyny. Spodziewałam się, że sir Terry jeszcze przez jakiś czas z nami zostanie i zaszczyci nas jeszcze kilkoma dziełami, ale niestety odszedł od nas w zeszłym miesiącu. Zaraz po dowiedzeniu się o tym, najpierw napisałam krótką notkę, potem zmówiłam modlitwę za jego duszę, a w końcu zrobiłam małe wideo ku jego pamięci. A teraz poświęcam mu cały miesiąc. Nawet jeśli Rhianna Pratchett nie będzie w stanie kontynuować dzieła ojca, wiem, że Świat Dysku nie zaginie. To zbyt niesamowita literatura, aby miała zostać tak po prostu zapomniana.

Artykuł: Babcia Sama Zarąbistość

Uwaga, tekst zawiera spoilery do Trzech wiedźm, Wyprawy czarownic, Panów i Dam oraz Carpe Jugulum.

Był taki czas, kiedy słyszałam, że niektórzy twórcy potrafią pisać wspaniałe, pełnokrwiste postaci kobiece. Wśród tych twórców nieodmiennie wymieniane były dwa nazwiska: Joss Whedon i George R. R. Martin. O ile moja znajomość twórczości tego pierwszego jest zbyt nikła, abym to mogła ocenić, o tyle lektura Pieśni Lodu i Ognia, oraz serial na jej podstawie sprawiły, że trudno mi się nie zgodzić w związku z drugim z panów. I tak się jakoś złożyło, że od jakiegoś roku zaczęłam zwracać uwagę na kreację postaci kobiecych w fikcji i w pewnym momencie pomyślałam sobie, że do tych wielkich, piszących wspaniałe kobiety twórców powinien dołączyć Terry Pratchett.

Kobiety Pratchetta – tak jak zresztą inne jego postaci – są ciekawe, czasem trochę dziwne, nieraz wielowarstwowe. Tam nie ma kobiet, które byłyby tylko love interestami. Tam jest przemiła, masywna lady Sybil, żona komendanta Vimesa, która przy okazji tak się składa, że hoduje smoki. Tam nie ma silnych heroin, których jedynym celem życiowym jest udowodnienie czegoś mężczyznom. Tam jest córka Cohena Barbarzyńcy, Conena, która czuje przymus, aby być taka jak ojciec, choć tak naprawdę chciałaby zostać fryzjerką. Tam nie ma denerwujących Mary Sue. Tam jest wnuczka Śmierci, Susan Sto Helit, która już w pierwszej swojej książce okazuje się nie tylko nie mieć racji, ale być też w stanie przyznać się do błędu. A to dopiero początek wyliczeń!
Niejako wychodząc od tych refleksji, chciałabym poświęcić dzisiejszy artykuł pewnej postaci kobiecej, a właściwie grupce takich postaci, czyli Wiedźmom z Lancre, ze szczególnym uwzględnieniem Babci Weatherwax.

Esmeralda Weatherwax zadebiutowała w trzeciej powieści Świata Dysku, Równoumagicznieniu, która jednak nie jest uważana za część cyklu o Wiedźmach z Lancre, bo nie pojawiają się tam pozostałe dwie wiedźmy – Magrat Garlick i Gytha Ogg. Sama Babcia Weatherwax jest tam właściwie deutonistką względem swojej podopiecznej, Eskariny. Sama książka przedstawia różnicę między magią magów i czarownic.

Równoumagicznieniezaczyna się od tego, że umierający mag z Niewidocznego Uniwersytetu szuka następcy, któremu mógłby przekazać swoją laskę. Tak się składa, że jeden z wieśniaków w Lancre oczekuje ósmego dziecka, sam będąc ósmym synem, a więc teoretycznie jego nowa pociecha wpasowuje się w ogólny schemat bycia ósmym synem ósmego syna, jak większość magów w Świecie Dysku. Nie zwracając uwagi na protesty akuszerki (którą jest właśnie Babcia Weatherwax) laska maga wraz z jego mocą zostaje przekazana dziecku, po czym mag umiera. Wtedy wychodzi na jaw, że dziecko jest dziewczynką i tak oto mała Eskarina zyskuje swoje wielkie przeznaczenie, którym jest zostanie magiem. Oczywiście, jej moc sprawia, że dziewczynka wkrótce trafia pod skrzydła Babci Weatherwax, która uczy ją na wiedźmę, z czasem jednak Babcia zdaje sobie sprawę z tego, że nasza bohaterka potrzebuje edukacji, którą zapewnić jej może jedynie Niewidoczny Uniwersytet, kształcący tylko mężczyzn. Wyrusza więc z dziewczynką do Ankh-Morpolk.
Często w fantasy pojawia się rozdział na męską i kobiecą magię. Magia męska charakteryzuje się tym, że chce podporządkować sobie prawa natury, ponieważ mężczyźni mają tendencję do brutalności i dominacji. Magia kobieca zaś polega na dawaniu i braniu czegoś w zamian; wypraszaniu od natury pewnych efektów, przy jednoczesnym zachowaniu równowagi w przyrodzie, ponieważ kobiety mają skłonność do kompromisów i posiadają pewną życiową mądrość. W Świecie Dysku ten koncept na pierwszy rzut oka wydaje się również zachodzić, ale im dłużej przyglądamy się magom i wiedźmom, tym bardziej widać, że ich wizje magii nie do końca mu odpowiadają. Magowie podchodzą do magii w sposób naukowy, poświęcają całe życie badaniom jej zasad, a nawet okazjonalnie rzucają jakieś zaklęcie, jednak rzadko się zdarza, aby próbowali wykorzystać ją do podporządkowania sobie czegoś lub kogoś. Nawet samo czarowanie nie zdarza im się zbyt często, a to dlatego, że wiele zaklęć uwalnia energię thaumiczną, która wpływa na rzeczywistość. Ba, często zdarza się, że jakiś mag może zwrócić na siebie uwagę istoty z Nie-świata i sprowadzić na Świat Dysku kataklizm. Dlatego ważne jest, aby mag przestrzegał pewnych zasad.
Wiedźmy również nie czarują tak często, jakby mogły. Właściwie ich „magia” (choć niewątpliwie te kobiety są zazwyczaj jak najbardziej obdarzone mocą) zasadza się na zielarstwie, psychologii (czy też „głowologii”, jak nazywa ją Babcia Weatherwax) i pozorach. Magów, ze względu na niebezpieczeństwo czarodzicieli, obowiązuje celibat. Wiedźmy – jak przekonamy się na przykładzie Niani Ogg – takie ograniczenia nie obowiązują. Magowie zdobywają swoją wiedzę na Niewidocznym Uniwersytecie. Wiedza wiedźm jest przekazywana z mentorki na uczennicę. Magowie gromadzą się zwykle na Uniwersytecie i tam ich można zazwyczaj znaleźć (choć zdarzają się wyjątki, na przykład Cutwell w Morcie). Wiedźmy mieszkają w małych chatkach, gdzieś na obrzeżach wsi. Magowie operują na metodach naukowych, wiedźmy – na ludowej mądrości.
Mimo wszystko, można zauważyć wiele podobieństw między oboma środowiskami. Zarówno magowie jak i wiedźmy są bardzo przywiązani do swoich nakryć głowy, które definiują ich pozycję społeczną. Zarówno magowie, jak i wiedźmy traktowani są z pewną dozą szacunku. W końcu zarówno magowie, jak i wiedźmy cieszą się różnymi przywilejami, wynikającymi z ich pozycji w społeczeństwie.
Na początku Eskarina nie wydaje się zachwycona tym, że jej magiczna edukacja skupia się tylko na zielarstwie i czeka ze zniecierpliwieniem, aż zajmie się wreszcie prawdziwą magią. Wkrótce Babcia Weatherwax pokazuje jej „pożyczanie” – zdolność opętywania żywych stworzeń, przy jednoczesnym opuszczaniu własnego ciała. Jest to sztuczka, w której sama Babcia jest mistrzynią. Jednak im dłużej wiedźma przebywa w zwierzęcym ciele, oddalając się przy tym od swojego, tym łatwiej może zatracić własną tożsamość. I tak się prawie staje w przypadku Eskariny, jednak w porę udaje się Babci Weatherwax uratować dziewczynkę. To jest moment, w którym Babcia decyduje się wyruszyć do Ankh-Morpolk. Po drodze spotykają pewnego maga wraz z wiecznie zakatarzonym uczniem, Simonem, który jest nawet całkiem zdolny, ale zwraca na siebie uwagę Stworów z Nie-świata. Jego nauczyciel twierdzi, co prawda, że wiedźmy spełniają ważną rolę w społeczeństwie, jednak nie uważa ich za równoprawne użytkowniczki magii względem magów.
I też Eskarina najpierw nie zostaje przyjęta na Niewidoczny Uniwersytet ze względu na swoją płeć, mimo że sytuacja jest taka, a nie inna. Ponieważ jednak ona i Babcia Weatherwax ratują świat przed Stworami, ostatecznie Eskarina staje się pierwszą kobietą-magiem na Uniwersytecie. Niestety, jak na razie jedyną.

W każdym razie właściwy początek cyklu o Wiedźmach z Lancre to Trzy wiedźmy, w których pojawiają się po raz pierwszy najlepsza przyjaciółka Babci Weatherwax, Gytha Ogg, zwana Nianią, i wiedźma-hipiska Magrat Garlick. Należy tutaj wspomnieć, że w naszej kulturze występuje motyw trzech czarownic, tak zwanych Sióstr Hekate, zwanych także Dziwnymi Siostrami. Każda z kobiet odpowiada innemu etapowi kobiecości – Dziewicy, Matce albo Staruszce. W założeniu trzy wiedźmy z Makbeta również mają podchodzić pod ten schemat, zazwyczaj jednak w adaptacjach się z niego rezygnuje.

Jednak Babcia Weatherwax, Niania Ogg i Magrat to Siostry Hekate pełną gębą. Nieco wykorzystywana i traktowana jak naiwna młódka Magrat to Dziewica; Niania Ogg, która miała kilku mężów i doczekała się nie tylko dzieci, ale i wnuków, to Matka, zaś wiekowa, mieszkająca samotnie i posiadająca życiową mądrość Babcia Weatherwax to Staruszka.


Trzy wiedźmyzaczynają się poniekąd tak jak Makbet– od czarownic spotykających się na wrzosowiskach podczas burzy. Potem jednak historia rozwija się troszkę inaczej. Otóż właśnie zostaje zamordowany król Verence, władca Lancre. Władzę przejmują po nim jego kuzyn, Leonal Felmet i żona Felmeta, jednak wierny sługa króla przekazuje prawowitego następcę tronu w wieku niemowlęcym i koronę tytułowym trzem wiedźmom – Babci Weatherwax, Niani Ogg i Magrat, które akurat spotkały się na wrzosowiskach. I tak oto na trzy czarownice spada obowiązek ukrycia, zarówno dziecka jak i korony. Babcia Weatherwax postanawia oddać dziecko pod opiekę Vitollera i jego wędrownej trupy teatralnej, a koronę ukryć wśród rekwizytów. Trupa opuszcza granice Lancre, tymczasem król Felmet postanawia zrobić porządek z samowolnymi, nie płacącymi podatków wiedźmami i za radą swojego Błazna decyduje się wystawić propagandową sztukę, w której nie tylko wiedźmy zostaną przedstawione jako czarne charaktery, ale i śmierć Verence’a będzie pokazana jako wypadek, a nie zbrodnia.

Trzy wiedźmy to książka, która jest jednym wielkim odniesieniem do Makbeta i do teatru elżbietańskiego w ogóle. Zacznijmy może od tego, że Makbet to sztuka napisana specjalnie dla króla Jakuba I, który pochodził ze Szkocji i miał dwie obsesje – swój tron i czary. Jakub był święcie przeświadczony o tym, że czarownice chcą go zabić. W Trzech wiedźmach nie tylko mamy postaci, które odpowiadają poszczególnym personae dramatae szkockiej sztuki (gdzie Felmet jest Makbetem, jego żona – lady Makbet, Verence to Dunkan, syn Verence’a to synowie Dunkana, Malcolm i Donalbein, a Babcia Weatherwax, Niania Ogg i Magrat to trzy wiedźmy); nie tylko sztuka, która ma przedstawić w złym świetle wiedźmy, to Makbet, ale i cytaty z samej tragedii są wypowiadane tu i tam przez bohaterów książki Pratchetta.
Jednocześnie Hwel, krasnolud, który pisze sztuki dla trupy teatralnej, wychowującej syna króla Verence’a przypomina z wyglądu Szekspira, a Vitoller postanawia wybudować w Ankh-Morpolk wielki, wspaniały teatr o nazwie Disk, co jest nawiązaniem do słynnego teatru z czasów elżbietańskich – Globe. To właśnie Hwel napisze na zlecenie Felmeta sztukę o wiedźmach, która zostanie potem wystawiona przez trupę Vitollera w Disku, główną rolę zaś odegra syn Verence’a, który przez lata zdążył stać się wspaniałym aktorem.
Na początku wiedźm nie obchodzą rządy Felmeta i teatr. Dopiero kiedy królestwo jako całość – zwierzęta i rośliny – zwraca się do Babci Weatherwax z pomocą, ponieważ Felmet nie dba ani o ludzi, ani o przyrodę, Babcia rozważa wtrącenie się, a oglądając sztukę teatralną Esme Weatherwax niepokoi się tym, że teatr naśladuje życie i pozwala widzom uwierzyć w rozgrywającą się przed nimi historię. Z chwilą zaś, kiedy na skutek propagandy nowego króla ludzie przestają okazywać jej szacunek, czarownica postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Nie chcąc czekać na to, aż królewicz dorośnie i upomni się o swój tron, wiedźmy postanawiają odseparować Lancre od reszty świata i sprawić, że na Dysku minęło dwadzieścia lat, podczas gdy w Lancre jedna noc. W tym czasie Disk zostaje zbudowany, prawowity dziedzic wyrasta na znakomitego aktora, oddanego swojej sztuce, a rosnące uczucie między Magrat a Błaznem pogłębia się jeszcze bardziej, dzięki pocałunkowi, który na skutek zaklęcia trwał dwadzieścia lat.

Błazen jest w Trzech wiedźmach postacią ważną. Wychowany w rodzinie, gdzie zawód królewskiego błazna był przekazywany z ojca na syna, Błazen żył życiem pozbawionym radości. Wymyślony przez niego żart kosztował go w młodości lanie sprowadzone na niego przez dziadka (ponieważ był to żart nie zatwierdzony przez Gildię Błaznów), a późniejsze doświadczenia Błazna ze szkolenia w Gildii Błaznów sprawiły, że sąsiednia Gildia Skrytobójców wydawała mu się całkiem miłym miejscem. Błazen posiada jednak sporą wiedzę i całkiem niezły zmysł polityczny, który zwraca na niego uwagę Felmeta. Ponieważ zaś złożył przysięgę na wierność królowi, nawet jego miłość do Magrat nie pozwala mu przeciwstawić się Felmetowi. Cudowny zbieg okoliczności sprawia jednak, że Błazen zostaje królem Lancre.

Następną powieścią z cyklu o Wiedźmach z Lancre jest Wyprawa czarownic. Jej fabuła zarysowuje się tak: pewna wiekowa wróżka chrzestna umiera i przekazuje swoją różdżkę Magrat. Tak się składa, że wróżki chrzestne zwykle występują parami – jedna jest dobra, druga zła, toteż denatka wyznacza Magrat misję powstrzymania złej wróżki, Lilith, która planuje odmienić los pewnej sieroty z Genoi wbrew jej woli. Ponieważ Babcia Weatherwax i Niania Ogg nie wierzą, że Magrat uda się wypełnić misję, wyruszają do Genoi razem z nią. Po drodze przekonują się, że Lilith użyła magii do tego, aby prawdziwe życie odgrywało sceny ze znanych baśni. I tak oto wiedźmy z Lancre spotykają wilka, który siłą został zantropomorfizowany, aby móc przekręcić klamkę w domu pewnej staruszki; potem na Nianię Ogg spada dom, po czym pojawiają się krasnoludy cieszące się z tego, że Zła Czarownica nie żyje, a w samej Genoi okazuje się, że całe miasto podporządkowane jest rygorom baśniowej narracji, do tego stopnia, że karczmarz zostaje ukarany za to, że nie jest dość radosny ani dość zaokrąglony na twarzy. Sama sierota, której mają pomóc wiedźmy, żyje życiem Kopciuszka, a jej książę to zamieniona w człowieka żaba.

Pozwolę sobie na spoiler i zdradzę, że Lilith to tak naprawdę siostra bliźniaczka Babci Weatherwax, Lily. One same wierzyły w to, że skoro są bliźniaczkami, jedna z nich musi być dobra, a druga zła. Przez dłuższy czas Lily była tą dobrą, ale uciekła z domu, przez co rola dobrej siostry spadła na Babcię Weatherwax. Mimo wszystko Lilith wierzy w to, że jest tą dobrą wróżką, która sprowadza na ludzi radosne zakończenia. Jest tak święcie przekonana o wzniosłości swojej roli, że nie widzi, że tak naprawdę wymusza happy endy swoich opowieści. Przy okazji lekceważy zasadę, według której wiedźma nie powinna przechodzić pomiędzy dwoma lustrami, co będzie miało dla niej przykre konsekwencje.

Wyprawa czarownicjest książką, w której w trzech scenach uwydatnione zostają trzy ważne cechy Babci Weatherwax. W pierwszej z nich trzy wiedźmy z Lancre goszczą u czarownicy z Genoi, kapłanki dyskowej wersji voodoo, pani Gogol. W pewnym momencie do bagna, na którym znajduje się dom pani Gogol, wpada ukochany kapelusz Babci Weatherwax. Babcia nalega, aby kapelusz został wyłowiony, więc kapłanka proponuje, aby jej służący zanurkował po nakrycie głowy, nie zważając na aligatory w bagnie. Wtedy Esme Weatherwax wycofuje swoją prośbę, ponieważ nie zależy jej na kapeluszu aż tak bardzo, aby narażała za niego ludzkie życie. W drugiej scenie Babcia Weatherwax broni pragnącej zemsty na Lilith pani Gogol dostępu do siostry i obie wiedźmy staczają krótki pojedynek magiczny, który Babcia wygrywa, nawet nie schodząc ze schodów, tylko wspinając się na nie dalej. W końcu w trzeciej scenie obie siostry Weatherwax zostają uwięzione w świecie luster i aby się wydostać muszą zdecydować, które ich odbicie jest prawdziwe. Podczas gdy Lily bezskutecznie głowi się nad odpowiedzią, Babcia od razu wskazuje samą siebie i wydostaje się z pułapki. Pierwsza scena świadczy o moralności Esme Weatherwax, druga – o potędze, która w niej drzemie, a trzecia – o jej życiowej mądrości.

W następnej poświęconej sobie powieści – Panowie i Damy – Wiedźmy z Lancre powracają do ojczyzny, aby Magrat mogła poślubić Błazna i stać się królową. To z kolei wymusza na Babci Weatherwax i Niani Ogg znalezienie zastępczej, trzeciej wiedźmy do ich sabatu. Tymczasem na wesele przybywają wezwane przez próby tancerzy elfy, przejmują władzę nad umysłami ludzi i szykują się do zadomowienia się w Lancre na dobre poprzez małżeństwo ich królowej z Błaznem.

Elfy Świata Dysku są ciekawym przypadkiem. Podczas gdy gobliny, trolle i inne rasy, które w innych uniwersach fantasy podpadają pod charakter Chaotyczny Zły, posiadają na Dysku własne bogate kultury, elfy nie tylko prawie się nie pojawiają, ale też bardziej niż jakakolwiek inna rasa Świata Dysku charakteryzują się brutalnością i okrucieństwem. Ma to związek nie tylko z arogancją, którą elfy charakteryzują się zwykle w innych powieściach fantasy, ale także z tym jak elfy, wróżki i chochliki przedstawiane były w starych opowieściach ludowych – jako istoty złośliwe, porywające dzieci i mącące w ludzkim życiu. Dawniej wszelkiego rodzaju dziwne zniknięcia, blizny i luki w pamięci, o których dzisiaj mówi się, że są sprawką kosmitów, kiedyś przypisywano działaniom elfów. I tak oto w Świecie Dysku elfy pozbawione są empatii wobec innych istot i posuwają się nawet do torturowania ludzi dla zabawy. Ponadto wpływają na ludzkie umysły w taki sposób, że zaszczepiają im kompleks niższości, jednocześnie zapewniając, że stoją przed nimi wspaniałe, piękne i nieskazitelnie dobre istoty.

Panowie i Damy to powieść, w której szczególnie jasno świeci Magrat jako postać. Już choćby przez to, że ma opuścić sabat Babci Weatherwax i Niani Ogg, gdzie była popychadłem ze względu na swój młody wiek. Teraz ma nie tylko przestać być wiedźmą, ale też stać się królową całego Lancre. W jej przypadku zmiana stanu cywilnego łączy się z wybiciem na samodzielność. Jednocześnie przybycie elfów i omamienie Błazna przez ich królową zmusza Magrat do tego, aby zaczęła walczyć nie tylko o królestwo, ale także o ukochanego. W przeciągu jednej książki Magrat zmienia się ze „zmokłej kury” w wojowniczkę. I kiedy już się wydaje, że jej nowoodkryte odwaga i pewność siebie nie wystarczą, aby pokonać królową elfów, na pomoc przybywa Babcia Weatherwax.

Panowie i Damy to wyjątkowa powieść także z jednego, szczególnego powodu. Tak się składa, że jednym ze znamienitych gości weselnych Magrat i Błazna jest Nadrektor Niewidocznego Uniwersytetu, Munstrum Ridcully. Dawno, dawno temu, zanim on i Esme Weatherwax zostali magiem i wiedźmą, byli parą. Pewnego dnia Ridcully gonił Esme po łące, a że zniknęła mu z oczu (spotkała wtedy królową elfów, która mamiła ją wielką mocą w zamian za pomoc z przedostaniem się do świata ludzi), w pewnym momencie zaprzestał pościgu przez co ich drogi się rozeszły. Jednak w drodze na ślub Nadrektor wyznaje przed Myślakiem Stibbonsem, Kwestorem i Bibliotekarzem, że gdyby spotkał ukochaną znowu, rzuciłby Uniwersytet i się ustatkował. Podczas rozmowy z Babcią stwierdza nawet, że czasem słyszy głosy z alternatywnej rzeczywistości, gdzie on i Esme są małżeństwem, i że ich wspólne życie byłoby bardzo szczęśliwe. Babcia Weatherwax jest na początku sceptyczna, no bo w alternatywnej rzeczywistości mogło przydarzyć się wszystko, nawet pożar, w którym ona i Ridcully giną; potem jednak również jej udaje się usłyszeć echa z innej nogawki czasu i stwierdza, że alternatywnemu Ridcully’emu udało się bardzo trudne zadanie – zadowolenie jej.

Po powrocie z Genoi uwagę Babci Weatherwax i Niani Ogg zwraca Agnes Nitt – jedna z nastolatek, które chcą zostać wiedźmami, ale mają o nich pojęcie rodem z romantycznych, „mrocznych” opowieści (można powiedzieć, że to takie dyskowe gothki). W rezultacie odrzucają swoje stare, nudne persony i przybierają nowe, bardziej wymyślne imiona. I tak oto Agnes Nitt staje się Perditą X. Perdita to alter ego Agnes, jej druga, bardziej przebojowa i pewna siebie osobowość, która nieraz zwraca się do dziewczyny ze złośliwymi uwagami. Następna powieść z cyklu o Wiedźmach z Lancre – Maskarada– będzie poniekąd właśnie o Agnes/Perdicie.

Maskarada jest nawiązaniem do Upiora w operze. Ma dwa główne wątki – wątek dziwnych wypadków, które mają miejsce w operze w Aknh-Morpolk i które przypisywane są tajemniczemu upiorowi; i wątek Agnes, która przybywa do miasta i postanawia zostać śpiewaczką operową. Ma do tego głos, ale ponieważ jest dziewczyną potężnych rozmiarów, dyrekcja postanawia zrobić gwiazdę z innej, o wiele szczuplejszej, choć o wiele mniej utalentowanej muzycznie dziewczyny, Christine. Agnes użycza jej głosu, śpiewając za kulisami, bo „można nauczyć Christine śpiewać, ale nie można nauczyć Agnes wyglądać jak Christine”. Babcia Weatherwax i Niania Ogg przybywają do Ankh-Morpolk najpierw żeby zawrzeć bardziej korzystną umowę z wydawcą książek kucharskich Niani, a potem rozwiązać zagadkę upiora w operze, a przy okazji przekonać Agnes do powrotu. Ostatecznie dziewczyna decyduje się być wiedźmą, znaną ze swoich czynów, niż stać za kulisami, kiedy ktoś inny zbiera oklaski za jej występ.

I tak oto już w następnej powieści – Carpe Jugulum – Agnes jest uczennicą Babci Weatherwax i Niani Ogg. Król i królowa Lancre właśnie doczekali się pierwszego dziecka i zorganizowali wielką ceremonię nadania swoje córeczce imienia (coś na kształt chrzcin). Ceremonię ma poprowadzić młody omniański duchowny, Wielebny Oats. Pech chce, że Błazen zaprosił również stary, wampirzy ród, który korzysta z zaproszenia, aby zaprezentować odporność na typowe wampirze słabości, przejąć władzę nad Lancre i ustanowić swój własny reformatorski porządek (który tak naprawdę jest terrorem pod płaszczykiem nowatorstwa). I znów – tak jak w Panowie i Damy – mamy sytuację, w której królewska uroczystość zostaje przerwana przez przybyszów, którzy podporządkowują sobie umysły ludności i planują zawładnąć królestwem.

Wampiry atakują też Babcie Weatherwax, na jakiś czas unieszkodliwiając ją. Przez to podział ról w sabacie ulega zmianie. Teraz to Niania Ogg jest Staruszką, a Magrat – Matką (Agnes zaś pozostaje Dziewicą). Przez dłuższy czas muszą radzić sobie bez Babci i jej mądrości, a w dodatku Agnes staje się obiektem uczuć jednego z wampirów, ponieważ dzięki Perdicie jest w stanie oprzeć się jego kontroli umysłu.

Na wampirzą hipnozę odporny jest również Wielebny Oats, ze względu na to, że jest człowiekiem targanym wątpliwościami i w jego wnętrzu walczą dwie części jego osobowości – Oats Wierzący i Oats Wątpiący. Kiedy Babcia Weatherwax dochodzi wreszcie do siebie, jest przy niej właśnie Wielebny Oats i razem wyruszają do walki z wampirami. Po drodze Wielebny opowiada czarownicy o pewnej debacie filozoficznej, gdzie jeden z debatujących stwierdza, że istnieją odcienie szarości. Babcia odpowiada, że nie ma odcieni szarości, jest tylko trochę pobrudzona i zmechacona biel, zaś ludzie zaczynają postępować źle, kiedy traktują osoby jak rzeczy, a rzeczy jak osoby.

Wkrótce oboje wędrowców zaskakuje burza i stan zdrowia Babci pogarsza się. Wydaje się, że jeżeli Oats nie rozpali ognia, staruszka umrze. Pomny na jej słowa, Wielebny po wielu nieudanych próbach rozpalenia ognia, spala Księgę Oma. Później Babcia Weatherwax pyta się, czy nie żałuje swojej decyzji, a on odpowiada, że najważniejsze święte słowa przetrwały w jego sercu. Mimo wszystko, Babci jest trochę żal Wielebnego i ma nadzieję, że jednak ma on jakieś święte teksty, którymi mógłby się posiłkować. Ona sama może nie czcić bogów (tak jak większość bohaterów Pratchetta), jednak zdaje sobie sprawę z tego, że dla Oatsa wiara w Oma jest ważna.

Tak naprawdę jest to jedna z wielu sytuacji, kiedy Babcia Weatherwax pokazuje, że pod stoicyzmem i pozornym dystansem do ludzkich spraw, jest kobietą pełną współczucia dla osób, które spotyka na swojej drodze. Może mówić, że nie dba o pewne rzeczy, może nie okazywać głębokich uczuć, jak smutek, żal, wściekłość, troska, czy miłość, jednak jej czyny mówią same za siebie. Jest przez to też trochę nieprzewidywalna. Nigdy nie wiadomo, jak zareaguje, kiedy ktoś ją obrazi albo zezłości, co widać zwłaszcza w krótkim opowiadaniu Wszystkie małe rybki ze wszystkich mórz.

Carpe Jugulumkończy się triumfem Babci, która wykorzystuje swój spryt i zdolność pożyczania, aby pokonać wampiry ich własną bronią. To ostatnia powieść z cyklu o Wiedźmach z Lancre, ale to nie oznacza, że nigdzie indziej się nie pojawiają. Pomijając wyżej wspomniane opowiadanie, Babcia Weatherwax występuje również w serii powieści dla młodzieży o Tiffany Obolałej.

Poza tym to samo studio, które zrobiło serial animowany na podstawie Muzyki duszy, adaptowało w podobnym formacie Trzy wiedźmy. Animacja może się wydać miejscami trochę prymitywna, jednak samo podejście do historii, design postaci (zwłaszcza samych wiedźm) i niektóre posunięcia artystyczne rekompensują ten mały defekt.

Pod paroma względami Babcia Weatherwax przypomina Samuela Vimesa. Tak jak Vimes, wielokrotnie zmaga się z ciemnością i własnymi demonami, jest kobietą o silnym charakterze i determinacji, a przy tym zawsze okazuje się wierzyć w to, że ludzie są jednak dobrzy. Esmeralda Weatherwax jednakże pozostała taka sama przez wszystkie powieści sobie poświęcone. To zrozumiałe – wszak już swoje przeżyła. Teraz korzysta z mądrości nabytej przez te wszystkie lata. Oto więc mamy protagonistkę, która nie jest ani małą dziewczynką, ani nastolatką, ani młodą kobietą. Mamy postać wiekową, postać, której siłą jest jej doświadczenie. Oto pełnokrwista kobieta, jedna z wielu w Świecie Dysku.