Kategorie
Listy top # Wpisy okolicznościowe

Moich 7 ulubionych postaci pobocznych

Advertisements
Nie wiem jak wy, ale mnie się zdarzyło nieraz adorować postaci, których częstotliwość występowania w dziele macierzystym jest niezbyt duża. Czasami jest to wyjątkowo uciążliwe, bo nie tylko muszę szukać z wykazem odcinków scen, w których owe postaci pełnią jakąś większą rolę, ale też fanfiki i fanarty z tym konkretnym bohaterem bywają bardzo ograniczone. Jak wena pozwoli, udaje mi się nieco wzbogacić fandom o odpowiedniego fika, a jeśli nie – muszę ograniczyć się tylko do własnych rozważań na temat tej postaci. Z drugiej strony zdarza mi się także polubić postać poboczną, która jednak jest znana, i wtedy moje zapotrzebowanie na prace fanowskie z nią zostaje zaspokojone.

 

 
Tak czy inaczej, z okazji swoich urodzin przedstawiam wam listę moich ulubionych postaci pobocznych. Przy wyborze kandydatów kierowałam się kilkoma kryteriami. Po pierwsze – musiała to być postać, której wcześniej nie omawiałam (tak więc darowałam wam TchinTchina, Howarda Starka, Gajusza i Diodaka). Po drugie – musiałam napisać i opublikować gdzieś fanfika z nią w roli głównej, a to dlatego, że zwykłam w takich fikach „wgryzać się” w postać, jej przeszłość, relacje z innymi itd. (tak więc na liście nie pojawią się Tyrion Lannister, wspomniany Tchin-Tchin, George Crabtree z Detektywa Murdocha, Short Round z Indiany Jonesa i Świątyni Zagłady i wiele innych postaci pobocznych). Po trzecie – musiałam w pewnym momencie mieć (mniejszą lub większą) obsesję na punkcie tego konkretnego bohatera. Poniekąd nawet to, jak długo ta obsesja się utrzymała, jest powodem, dla którego porządek na liście jest taki, a nie inny.
 
Nie zwlekając już dłużej, przejdźmy do sedna.

 

Miejsce siódme: Otto Chriek (Świat Dysku)
 
Oto mój kandydat przeciwko Edwardowi Cullenowi. Co ciekawe, Otto jest jedną z tych postaci, które przy pierwszym zetknięciu mi nie przypasowały, ale kiedy poznałam je bliżej, od razu się w nich zakochałam. Moje pierwsze spotkanie z Ottonem Chriekiem – ikonografikiem „Pulsu Ankh-Morpolk” i zreformowanym wampirem z obsesją na punkcie światła – miało miejsce przy lekturze Piekła pocztowego, gdzie tylko próbował robić obrazki Moistowi von Lipwigowi. Wydawał mi się taką sobie postacią, a do tego mówił w dziwny sposób (tak zwane Vampire Vords; strasznie nie cierpię tego motywu). Potem jednak zaczęłam czytać Łupsa!, gdzie przy okazji afery związanej z przyjęciem do Straży pierwszego wampira Vimes przeprowadza rozmowę z Ottonem o tym, czy czuje się zagrożony ogólną wrogością wobec wampirów. Wtedy Otto odkrywa przed komendantem, że jest zbyt śmieszny i stereotypowy, żeby ludzie chcieli go zabić. Kiedy przeczytałam ten fragment, postanowiłam porzucić Łupsa! i zapoznać się z Prawdą – powieścią poświęconą powstaniu „Pulsu Ankh-Morpolk”, w której Otto Chriek pojawił się po raz pierwszy i w której poświęcono mu jak dotąd najwięcej miejsca.

 

 
Trudno mi znaleźć cokolwiek, czego nie lubię w Ottonie. Cieszyłam się z każdej sceny, w której się pojawiał. Otto ma wiele twarzy – jest kimś, kto kocha robienie obrazków, nawet jeśli wiąże się z tym silne światło, które może sprawić mu ból albo tymczasowo zamienić go w stertę popiołu; jest czarnowstążkowcem, czyli wampirem, który przysiągł nie pić krwi, i z tego powodu za każdym razem, kiedy jest wystawiony na pokusę, musi walczyć sam ze sobą (dopóki nie znajdzie niczego do gryzienia, śpiewa piosenkę, której nauczył się na spotkaniach czarnowstążkowców… są to sceny tyleż ciekawe, co jednocześnie smutne i śmieszne), a z drugiej strony jest imigrantem, który uciekł z Uberwaldu przed prześladowaniami ze strony tamtejszej ludności; w końcu Otto to ktoś, kto jest jednocześnie bardzo miły, kulturalny i niewprawny w walce, ale ostatecznie również ktoś, kto w kulminacyjnej scenie Prawdy przybywa na pomoc głównemu bohaterowi, wykazując się walecznością, przy okazji wygarniając temu złemu. Nawet Vampire Vords w jego wykonaniu mnie nie denerwowało i nie chodzi o to, że w polskiej wersji językowej nie jest ono wyczuwalne, bo jak czytałam fragmenty jego wypowiedzi po angielsku, też mi to nie przeszkadzało (co więcej – kiedy pisałam fika z Ottonem, pisanie jego kwestii sprawiało mi dużą przyjemność).

 

 
Otto Chriek (nigdy nie wiem, jak się czyta jego nazwisko; „Chrik”? „Krik”? „Kryjek”?) jest tak przemiłą postacią, że od razu dopisałam go do listy ulubionych bohaterów Świata Dysku, toteż bardzo się zdziwiłam, kiedy nagle odkryłam, że o ile nie miałam problemów ze znalezieniem fanartów z Ottonem, o tyle fanfik był tylko jeden. Postanowiłam więc naprawić tę niesprawiedliwość. Miałam już kilka pomysłów i – o dziwo – większość była w stylu „zróbmy mu kuku, a potem idźmy w angst i hurt/comfort”. Jeden z nich i tak wiązał się z wcześniejszym pomysłem, w którym z powodu narastających anty-uberwaldzkich nastrojów zostaje zaatakowany Moist, więc kolejną ofiarą byłby Otto. Kiedy indziej Otto i William (albo Sacharissa) byliby korespondentami wojennymi i w którymś momencie Otto zostałby bez krwi, która mogłaby go przywrócić do właściwej postaci po zmianie w proch, i jego towarzysz musiałby dać mu własnej, aby go ratować. W każdym razie postanowiłam pójść w inną stronę – najpierw Otto miał zrobić sobie obrazek przy pomocy ciemnego światła (które to światło ukazywało nieraz ukrytą prawdę, czasem przyszłość, czasem przeszłość, a czasem coś metaforycznego). Fik nosił tytuł Alone in the woods (Sam w lesie), bo w którymś momencie wampir zaginąłby w obcym miejscu i musiał zmierzyć się ze swoimi lękami.

 

 
Wydaje mi się, że można go rozważać pod różnymi kątami – chociażby przeszłości. W którymś momencie Otto wspomina, że jego przyjaciel, Borys, został zabity przez tłum, mimo że pokazywał im swoją czarną wstążkę. Zaś konfrontując antagonistę, ikonografik odpowiada: „V domu też mamy takich jak ty (…) To ci, którzy móvią tłuszczy, co robić.” No i nie zapomnijmy też o tym, że ten spokojny wampir nieraz musi nieźle się namęczyć, aby nie powrócić do dawnego życia krwiopijcy, a śpiewanie nie zawsze wystarcza. Prawda, Otto Chriek jest Przyjaznym Wampirem z Sąsiedztwa i to tym bardziej ugrzecznionym, ale sto razy bardziej ciekawszym niż co poniektóre wampiry tego typu, które spotykałam w fikcji (na ciebie patrzę, Edziu).
 

Miejsce szóste: Gwaine (Przygody Merlina)
 
Po raz pierwszy poznałam dogłębnie legendy arturiańskie w książce Margaret Simpson z serii Złota Dziesiątka. Moją ulubioną legendą była ta o Sir Gwainie i Zielonym Rycerzu, która sprawiła, że sir Gwain z miejsca stał się moim ulubionym Rycerzem Okrągłego Stołu. Toteż, kiedy zaczęłam oglądać Przygody Merlina, czekałam grzecznie na pojawienie się Gwaina w serialu. I choć po odcinku The Sins of a Father (gdzie pojawiło się nawiązanie do legendy o Zielonym Rycerzu) zaczynałam już tracić nadzieję, czwarty odcinek trzeciej serii znowu mnie nią napełnił.

 

 
Gwain w serialu różnił się diametralnie od swojego legendarnego odpowiednika, ale w fajny sposób. Nadano mu bardziej zabawowy charakter – Gawine był wesołym, lubiącym popić i rozerwać człowiekiem, a przy tym nie pozbawionym głębi. Ponieważ król, któremu służył ojciec Gwaine’a, będący rycerzem, po śmierci wasala nie pomógł jego owdowiałej żonie, Gwaine ma niskie mniemanie o szlachcicach i ocenia ludzi po ich czynach, a nie po tytułach. Sam ukrywa przed ludźmi swoje pochodzenie.
 
Między nim a Merlinem szybko nawiązuje się silna więź. Tak silna, że Gwaine po pijaku wyznaje, że Merlin jest najlepszym przyjacielem jakiego miał, a potem staje w jego obronie, atakując zbirów, którzy podszyli się pod szlachciców. Tym samym naraża się na gniew Uthera, ale dzięki interwencji Artura zamiast egzekucji, zostaje skazany na wygnanie z Camelotu. Wyrok zostaje podtrzymany nawet wtedy, kiedy Gwaine ratuje księciu życie, ale w Eye of the Phoenix na prośbę Merlina przybywa na pomoc Arturowi na Jałowej Ziemi, a pod koniec sezonu trzeciego staje się jednym z Rycerzy Okrągłego Stołu.
 
Zanim pojawił się Gwaine miałam swoją nieoficjalną wielką trójkę bohaterów – Merlina, Artura i Lancelota (no właśnie – zwykle Lancelot mnie w różnych retellingach wkurza, a w Przygodach Merlina go normalnie uwielbiam) – której zabawne i mniej zabawne perypetie sobie wyobrażałam. Kiedy jednak pojawił się Gwaine, musiałam im go doczepić i stworzyć z nich wielką czwórkę. I choć Merlin, Artur i Lancelot najlepiej wykazali się w fiku Trzej mężczyźni i trzej chłopcy, Gwaine nie tylko sprawował się świetnie w ich towarzystwie podczas Bolesnego poranka i Wesołej przygody Lancelota i przyjaciół, ale też radził sobie świetnie w alternatywnym zakończeniu czwartego odcinka trzeciej serii (jakoś nie mogłam przeboleć tego, że Lancelot zna sekret Merlina, a Gwaine nie… w ogóle zawsze wyobrażałam sobie, że rycerze wiedzieliby o jego magii wcześniej niż sam Artur), a także w zdziebko zbyt udramatyzowanym Wolnym duchu o poranku.
 
W dwóch późniejszych sezonach jego charakter został trochę stonowany, ale i tak pozostaje on jednym z moich ukochanych bohaterów w serii. I w sumie nikt mi nie może odebrać jego kozackości w trzecim sezonie.
 

Miejsce piąte: Hermes (Herkules)
 
Przez długi czas mój stosunek do mitów greckich był raczej ambiwalentny, głównie z powodu powszechnego rozwodzenia się nad wspaniałością kultury starożytnej Grecji przy jednoczesnym demonizowaniu kultury starożytnego Rzymu. Toteż przez długi czas mity greckie traktowałam jak coś, co musiałam znać, ale co mi nie za bardzo podchodziło.

 

 
Potem pojawił się disnejowski Herkules, który jednak nadal nie wzbudzał we mnie zainteresowania. Pewnego dnia ktoś (nie pamiętam kto, ale albo jedna znajoma, albo kuzyni) pokazał mi grę Herkules na licencji i tam od razu w menu pojawia się ten specyficzny Hermes disnejowski o niebieskiej skórze i w różowych okularkach. Wtedy się w nim niejako zakochałam i odtąd kiedy wyobrażałam sobie mitycznego Hermesa, miałam przed oczami jego disnejowską wersję. Uwielbiałam go w samym filmie, a kiedy dowiedziałam się, że istnieje serial na podstawie Herkulesa(taki jak na podstawie Małej Syrenkii Aladyna), z przyjemnością oglądałam posłańca bogów w trakcie wykonywania codziennych obowiązków na Olimpie.
 
W ogóle Olimp w Herkulesiejest bardzo kolorowym miejscem, jeśli chodzi o osobowości, jednakże Hermes wydaje się być tym sympatycznym, wyluzowanym i pełnym energii gościem, który mówi jak jazzman a jednocześnie potrafi być poważny i sumienny. W serialu wielokrotnie pełni rolę kogoś, kto dba o zachowanie zasad i wyznacza porządek obrad. Kiedy Zeus postanawia przez jakiś czas być śmiertelnikiem, Hermes zwraca mu uwagę na to, że powinien pozbyć się na jakiś czas swoich mocy, bo śmiertelnicy nie mają supersiły, jak on. Kiedy Hekate przybywa do Olimpu wraz ze swoimi wilkami, bóg złodziej pilnuje, aby zostawiła je przed bramą w ramach polityki „żadnych pomagierów na Olimpie”. Wreszcie w odcinku Bacchanal Hermes najpierw decyduje się zaopiekować się Herkulesem pod nieobecność Phila, potem doprowadza do porządku puszącego się swoją imprezą Adonisa, a w końcu – kiedy Herkules urządza Bachanalia i tak bardzo złości tym Posejdona, że ten pogrąża dom Phila w wodzie – pomaga chłopakowi w naprawieniu szkód przed powrotem jego trenera. Bacchanal jest zresztą moim ulubionym odcinkiem serialu, mimo że pojawia się tam strasznie nielubiany przeze mnie motyw łańcucha przysług. No coż, sam łańcuch przysług pojawia się w drugiej części fabuły i przez to nie wydaje mi się jakiś rozwlekły. Poza tym jest to odcinek, w którym w zasadzie Hermes ma swoje pięć minut jako odpowiedzialny, a przy tym potrafiący załatwić wszystko dorosły.
 
W każdym razie od dawna już Hermes jest moim ulubionym bogiem greckiego panteonu. Im więcej się o nim dowiadywałam, tym bardziej go lubiłam. Przeczytałam nawet homerycki hymn do Hermesa. To jeden z tych bogów podchodzących pod archetyp oszusta – trochę psotnik, ale budzący sympatię. Poza tym dyplomata przemawiajacy w imieniu bogów, przewodnik umarłych i wynalazca wielu rzeczy. Kiedy czytałam te wszystkie rzeczy na temat mitycznego Hermesa, przyszło mi do głowy, że to doskonały materiał na fanfiki z jego disnejowskim odpowiednikiem. Tak też powstały Opowieści hermesowe, z którymi mogliście się niedawno zaznajomić i które stanowią jedną z moich najlepszych prac. Są takie fragmenty tekstów, z których jestem szczególnie dumna i dlatego lubię je od czasu do czasu sobie przeczytać. Tak na pewno jest w przypadku konfrontacji między Hermesem a Apollinem w Marsjaszu. Przez wiele tygodni miałam ją w myślach i czekałam na to, aż ją wreszcie przeniosę na papier, a kiedy już to zrobiłam, wyszła fantastycznie.
 

Miejsce czwarte: Russel i Fletcher Tringhamowie (Fullmetal Alchemist)
 
Bracia Tringham nie spodobali mi się w swoim debiucie w 11 i 12 odcinku starego Fullmetal Alchemist, ale po powtórnym seansie polubiłam ich. Mimo że Hiromu Arakawa narysowała Russela i Fletchera, nigdy nie pojawili się w mandze i właściwie stanowią jedną z trzech par braci występujących w starym anime, z którymi porównywani są Elricowie. I tak jak Elricowie, tak Tringhamowie składają się ze starszego brata, który ma konkretny cel, i z młodszego, który za nim podąża. Zasadnicza różnica między Russelem a Edem jest taka, że Ed nienawidzi swojego ojca za to, że porzucił rodzinę, Russel zaś chce dopilnować, aby owoce pracy jego ojca nie zostały zagarnięte przez Magwara i nie bardzo zdaje sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje dla pobliskiej ludności niesie za sobą wytwarzanie czerwonych kamieni i czerwonej wody. Fletcher pomaga bratu i ma pewne wątpliwości, co do słuszności postępowania swojego i Russela. O ile Ed i Russel się nie lubią, o tyle Al i Fletcher szybko nawiązują wspólny język. Zaś pod koniec całej przygody w Xenotime Russel zostawia Edowi list, w którym dziękuje mu za pomoc i stwierdza, że postara się być lepszym starszym bratem. Potem Tringhamowie pełnią jeszcze jedną ważną rolę w odcinku 48 i są jednymi z ludzi pokazanych w epilogu starego anime.

 

 
Bracia Tringham stali się moimi ukochanymi postaciami z Fullmetal Alchemist, razem z samym Edwardem Elrikiem. Russela lubiłam za jego design (ach, te szelki…), Fletchera poniekąd też (zaspokajał moją potrzebę na coś uroczego w serii). Ale lubię w nich także to, że specjalizują się w alchemii obejmującej niejako botanikę i że zwykle transmutacja w ich wykonaniu związana jest z roślinami. Poza tym o ile Fletcher jest wciągnięty przez brata do całej sytuacji z udawaniem Elriców i pracą dla Magwara, o tyle widać w wielu miejscach, że Tringhamowie się o siebie troszczą (a więc występuje tutaj motyw braterskiej miłości, który tak lubię). Już kiedy Fletcher wyraża wątpliwości, Russel mówi mu: „Nie martw się. Jeśli będzie coraz gorzej, postaram się, abyś uciekł…”, czyli ma plan, aby ratować nie tyle siebie, co młodszego braciszka.
 
Tringhamowie tak mi się spodobali, że postanowiłam napisać o nich fanfika. I nie dość, że był to mój pierwszy fanfik opublikowany w Internecie, ale też był to kryminał! Wtedy czytałam i oglądałam namiętnie utwory Agathy Christie i marzyła mi się intryga kryminalna ze zwrotami akcji i detektywem wyjaśniającym wszystkim, co się wydarzyło i jak on do tego doszedł. Rolę detektywa w fiku przejął Edward Elric. Ponieważ zaś wszystko zaczynało się od tego, że Fletcher zostaje nagle otruty i Russel wyrusza szukać kluczowego składnika odtrutki, przez co nagle się zawierusza, przy okazji mogłam sobie poeksploatować ich braterską miłość. Niejako sam tytuł – Dla Fletchera – to zapowiadał i też Ed wielokrotnie stara się postawić w sytuacji Russela, aby wywnioskować, co takiego zrobił starszy z Tringhamów, żeby ratować brata. Czytelnikom sam fik się podobał, ale zwracano mi uwagę na sporą ilość dialogów.
 
Po zakończeniu Dla Fletchera zaczęłam pisać dalszy ciąg przygód Tringhamów – Kod zieleni. Tym razem mieli opuścić Xenotime, aby powrócić do rodzinnego domu i poszukać notatek ojca, a przy okazji miała się nimi zainteresować jakaś tajna organizacja. Tak więc próbowałabym jakoś opisać ich przeszłość przed wydarzeniami z odcinka jedenastego, a także nawiązać trochę do tego, co przydarzyło im się w Dla Fletchera. Faza na Fullmetal Alchemist jednak obumarła, a wraz z nią wena na Kod zieleni. Mimo wszystko wspominam Tringhamów bardzo ciepło i chętnie coś z nimi czytam.
 

Miejsce trzecie: Mistrz Hamato Splinter (Wojownicze Żółwie Ninja)
 
Niektórzy z was pewnie o tym wiedzą, ale uwielbiam Wojownicze Żółwie Ninja, a właściwie serial animowany na ich podstawie z 2003 roku. Swego czasu namiętnie go oglądałam i w zasadzie do niedawna była to jedna z moich faz nawracających. Tak czy inaczej, postacią, którą najbardziej lubię w Żółwiach Ninja, jest nie kto inny jak mistrz Splinter. Uwielbiam go głównie za jego relacje z żółwiami, które z jednej strony są typowo mentorskie, a z drugiej Splinter nie boi się nazywać uczniów swoimi synami. Właściwie trudno, żeby było inaczej, skoro Splinter najpierw stracił jedyną rodzinę, jaką miał, czyli mistrza Hamato Yoshi, a potem – po ucieczce do kanału – natknął się na cztery porzucone żółwiki i wraz z nimi został poddany mutacji przy zetknięciu z pewną cieczą. Żółwiki zaczęły za nim chodzić, a po niedługim czasie jeden z nich wymówił jego imię. Splinter postanowił więc się nimi zaopiekować, nadał im imiona i nauczył tego, co sam podpatrzył u mistrza Yoshi. Zresztą już w pierwszym sezonie serialu ranny Splinter znika przybranym synom z oczu, kiedy ci muszą walczyć ze Shredderem, i następują potem trzy odcinki, w których Leonardo, Donatello, Rafael i Michelangelo są zaniepokojeni i niestrudzenie szukają swojego mistrza, aż w końcu znajdują jakiś trop. Poza tym mamy jeszcze mało znany Lost Season, gdzie mistrz Splinter nie tylko zyskuje nowy wygląd (na krótki czas, ale jednak!); nie tylko ma niepokojące wizje tego, co się stanie z jego synami, jeśli przystaną na propozycję Trybunału Ninja (do którego ma zresztą osobisty uraz); ale też wyciągane na wierzch są różne rzeczy związane z przeszłością Splintera, mistrza Yoshi, ale również samych żółwi.
 
Mogę długo opowiadać o ojcowskiej miłości Splintera, o tym, jak fajnie ogląda się wszystkie odcinki osadzone w czasach, kiedy Leonardo, Donatello, Rafael i Michelangelo są dziećmi, a także o tym, że Reality Check jest drugim – po Same As It Never Was – najbardziej przygnębiającym odcinkiem, w którym jeden z żółwi zostaje przeniesiony do innej rzeczywistości. Jednak poza tym Splinter ma jeszcze inne cechy. Przede wszystkim jest bardzo dobrym wojownikiem i naprawdę lepiej go nie denerwować. Właściwie walczy tak dobrze, że w międzygalaktycznym turnieju sztuk walki Nexus stał się legendą. Prawda, jest stary i chodzi o lasce, ale jeżeli czegoś nauczyły nas wszelkie filmy o kung fu, to tego, że starzy mistrzowie tylko wydają się niedołężni (no i laska Splintera jest nie do zdarcia). Poza tym posiada też całkiem sporą wiedzę z zakresku sztuk walki, a także kompas moralny, który próbuje przekazać synom.
 
Niejako pod wpływem odkrycia nieemitowanych odcinków Wojowniczych Żółwi Ninja wzięło mnie wreszcie na napisanie fanfika z mistrzem Splinterem. Choroba ze ścieków była fikiem, który miał dzielić się na dwie części – jedną dziejącą się w czasach, kiedy żółwie są jeszcze małe, a drugą, kiedy są już nastolatkami. Jak dotąd udało mi się zrealizować tylko pierwszą część, opisującą nagłą chorobę chłopców i próby Splintera, aby dowiedzieć się, co to za choroba i jak ją leczyć. Natomiast druga część, w której to Splinter jest chory, nadal czeka na powrót weny i fazy na Żółwie Ninja, chociaż już napisałam kilka zdań do niej. W Chorobie ze ścieków debiutuje też Adelina jako postać i tam po raz pierwszy zarysowuję kilka z jej cech, nie mówiąc już o cherubinku Herbercie, który miał być jej pomocnikiem, ale nigdzie indziej się nie pojawia.
 

Miejsce drugie: Mycroft Holmes (Sherlock)
 
Pamiętacie, jak wspominałam, że mogłabym napisać oddzielny artykuł o Mycrofcie Holmesie, o różnych interpretacjach jego postaci i o Klubie Diogenesa? Otóż nadal podtrzymuję to stwierdzenie i kto wie, czy go nie zrealizuję po polskiej premierze trzeciego sezonu Sherlocka.
 
Tak jak mistrza Splintera ubóstwiam za jego stosunek do przybranych synów, tak Mycroft jest moją ulubioną postacią w Sherlocku z powodu tego, jakim jest bratem. Fakt, bracia Holmes są… raczej w napiętych relacjach, ale od pierwszego odcinka właściwie widać, że Mycroft dba o Sherlocka na swój osobliwy sposób. Jest taka scena w Skandalu w Belgravii, kiedy Sherlock właśnie zidentyfikował ciało Irene Adler i Mycroft z nim rozmawia. Wtedy z ust starszego z Holmesów pada jedna z najsłynniejszych kwestii w samym serialu: „Wszyscy, którzy żyją, umierają, pozostawiając po sobie złamane serca. Przejmowanie się w niczym nie pomaga, Sherlocku.” Te słowa mogą wydawać się kolejnym dowodem na to, że Holmesowie są chłodni i wyrachowani, ale jeśli przyjrzymy się całemu kontekstowi tej sceny – temu, co Sherlock właśnie przeżywa, dowiedziawszy się, że kobieta, którą darzył uczuciem, nie żyje – można to też odebrać jako próbę pocieszenia dokonaną przez postać, która patrzy dosyć cynicznie na świat.
 
Poza tym Holmesowie – za każdym razem gdy się spotykają – wymieniają się złośliwościami i przytykami, aż chce się patrzeć na tę ich pełną komedii charakterów rywalizację. Nawet nie wiecie jak się cieszę na zapowiedzi tych wszystkich szalonych scen z nimi, które mają miejsce w trzecim sezonie.
 
Ale uwspółcześniony Mycroft to ktoś więcej niż tylko brat głównego bohatera. Tak jak swój literacki pierwowzór jest jedną z najważniejszych osób w państwie. Nie do końca politykiem i też niekoniecznie szefem tajnych służb. Jest kimś pomiędzy.
 
Lecz to jeszcze nie wszystko. Otóż Mycroft grany jest przez jednego z współtwórców serialu, a także znakomitego aktora, Marka Gatissa, który sprawił, że ilekroć starszy z braci Holmes pojawia się na ekranie, jest mieszanką elegancji, zadziorności, wyrachowania i typowej angielskiej powściągliwości. Gatiss potrafi też przekazać te kilka subtelnych gestów i wyrazów twarzy, w których widać jego troskę, poczucie winy, a nawet nostalgię. Obejrzyjcie scenę konfrontacji Watsona i Mycrofta w ostatnim odcinku drugiego sezonu.
 
Ale na tym jeszcze nie koniec! Bowiem starszy z braci Holmes nie rozstaje się ze swoją parasolką i ubiera się zawsze w eleganckie garnitury, czym uświadomił mi (wraz z granym przez Dominika Coopera Howardem Starkiem), że mam słabość do mężczyzn w garniakach.
 
Niedawno czytelnicy Planety Kapeluszy mogli się zapoznać z Pękającym lodem, w którym głównym bohaterem jest właśnie Mycroft Holmes. Starałam się jak najlepiej oddać jego charakter (a było to o tyle trudne, że po raz pierwszy pisałam o postaci na wskroś cynicznej), ale im dalej w las i im więcej nieszczęść na niego zrzucałam, tym łagodniej go przedstawiałam. Wszak jest to fanfik o Mycrofcie w żałobie po bracie, dręczonym poczuciem winy za zdradę i za śmierć Sherlocka. Potem napisałam partner-fika do Pękającego loduŁzy, sen i ból – który przedstawiał kilka wydarzeń z Lodu z innej perspektywy, ale jednak wciąż dotyczył starszego Holmesa.
 

Miejsce pierwsze: Rudowłosy Shanks (One Piece)
 
Moja faza na One Piecetrwała bardzo długo (jakiś rok-dwa lata…) i w zasadzie od czwartego odcinka moją najukochańszą postacią w tym anime był właśnie Rudowłosy Shanks, dowódca Czerwonych Piratów i wielki idol głównego bohatera. Sam czwarty odcinek oglądałam kilkanaście razy, nawet w róznych wersjach językowych i do dzisiaj, jeśli zapoznacie się z moimi postami na polskim forum One Piece, zauważycie, że miałam na punkcie Shanksa obsesję. Napisałam nawet o nim artykuł, ale teraz już zniknął, po części dlatego, że od tamtego czasu sporo się wydarzyło w samym One Piece, a po części dlatego, że przestałam się udzielać w tym fandomie.
 
Trudno się nie domyślić dlaczego tak lubiłam Shanksa. Po pierwsze, mamy te niezwykle ciepłe relacje między Shanksem i małym Luffy’m. Prawda, Shanks się z malcem droczy, ale widać, że go lubi. W mordę! – staje naprzeciw morskiego potwora, aby uratować Luffy’ego. Ostatecznie też właśnie Shanks nadaje protagoniście One Piececel w życiu. Daje mu swój słomiany kapelusz, a chłopak ma go oddać dopiero wtedy, kiedy zostanie sławnym piratem. Poza tym Shanks był majtkiem na statku Króla Piratów, Gol D. Rogera, i jest jednym z Yonkou, czyli czwórki najpotężniejszych piratów w całym uniwersum. Aby zrównoważyć siłę Yonkou, powołany został Rząd Światowy i Shichibukai – siedmiu najpotężniejszych korsarzy wybranych przez ten rząd do pilnowania jego interesów. Ludzie boją się, kiedy słyszą pogłoski o tym, że Shanks i jeden z pozostałej trójki Yonkou przyszli ze sobą porozmawiać, a co bardziej słabi członkowie załogi Białobrodego mdleją pod wpływem osobowości Shanksa, tak potężny jest Rudowłosy. A mimo tej potęgi, ma raczej pacyfistyczne nastawienie – nie lubi się bić z błahego powodu, raczej zrobi z siebie pośmiewisko, niż da się wciągnąć w bójkę z jakimś szukającym guza bandytą. Przy tym sprawia wrażenie wesołka i kogoś, kto ogólnie patrzy na wszystko w bardzo pogodny sposób. Jednak z chwilą, kiedy zagrozisz jego przyjacielowi, Shanks robi się poważny i pokazuje, że nie warto z nim zadzierać. I jest to coś, co naśladuje sam Luffy – z jednej strony wesołość, z drugiej – powaga przy bronieniu przyjaciół i tego, co dla nich ważne. Czyli Shanks dał Luffy’emu nie tylko cel w życiu, ale też kompas moralny.
 
Właściwie z każdą sceną, w której pojawia się Rudowłosy, dowiadujemy się o nim czegoś nowego, zwłaszcza o jego przeszłości na statku Króla Piratów. Po jakimś czasie zaczęłam szukać wszystkich tych fragmentów, w których Shanks coś robi albo jest wspominany. W rezultacie zainteresowałam się też innymi ważnymi postaciami w życiu załogi Luffy’ego i niebawem przyszedł mi do głowy pomysł na pierwszy fanfik do One PieceWielkie Spotkanie, w którym Shanks zbiera wszystkie te postacie, aby przy rozmowie ze swoimi podopiecznymi czy krewnymi dowiedzieli się czegoś o samym kapitanie Słomianych Kapeluszy. Z Wielkiego Spotkania zaś powstał mój monumentalny fanfik Przygody Rudowłosego Shanksa. W tym fiku rozwijałam swój obecny styl i jak na razie jest to jedyne moje dzieło, w którym pojawiają się poszczególne sagi. Najpierw ciąg dlaszy Wielkiego Spotkania, kiedy załoga Rogera obchodzi rocznicę jego śmierci, potem Shanks i admirał Garp rozbijają się na tajemniczej wyspie i są skazani na swoje towarzystwo, potem też się dzieje sporo rzeczy… A w każdym rozdziale coś o relacjach miedzy postaciami, kilka retrospekcji, jakieś studium postaci tu i tam, czasem nawet jakieś walki i refleksje filozoficzne.
 
Poza tym nad tym wszystkim wisiały konsekwencje wydarzeń z Wielkiego Spotkania. I tak jak w przypadku Opowieści hermesowychuwielbiam czytać sobie fragment Marsjasza, tak i w Przygodach Rudowłosego Shanksajest mnóstwo scen i dialogów, które uwielbiam sobie powtarzać, chociażby rozmowę Shanksa i Dragona o naturze rewolucji, czy walkę Rudowłosego z Tym Złym w sadze o wyspie. Jak na ironię, kiedy już szykowałam się do wielkiej bitwy, która zakończyłaby Przygody Rudowłosego Shanksa i wprowadziła czytelników do ostatniego fanfika, w którym kilka postaci jest w żałobie i wyprawia swoim bliskim wielką stypę… wtedy moja faza na One Piece się niestety wypaliła i z pierwotnego pomysłu pozostała tylko jednoczęściówka o przeżywajacym śmierć swojego mentora Sanjim. Poza tym jeśli dzisiaj ktoś zacznie czytać Przygody Rudowłosego Shanksa, może się natknąć na pewne błędy merytoryczne, które wynikały z tego, że moja wiedza była taka a nie inna, a i pewne wydarzenia z mangi nie pojawiły się, kiedy pisałam poszczególne fragmenty fika.
 
Tak czy inaczej, widzicie dlaczego to właśnie Shanks jest na pierwszym miejscu na tej liście. Na punkcie większości z powyższych panów miałam obsesję, ale to właśnie moja shanksowa obsesja sprawiła, że piszę tak, a nie inaczej. Mam nadzieję, że moje wynurzenia nie były jakoś męczące. Być może wy też macie jakieś ulubione postaci poboczne. Możecie mi o nich opowiedzieć w komentarzach.
Kategorie
Artykuły popkulturowe Świat Dysku

Artykuł: Moist von Lipwig, Awatar Hermesa

Advertisements

Moim pierwszym właściwym zetknięciem ze Światem Dysku była adaptacja Piekła pocztowego, trzydziestej powieści Terry’ego Pratchetta. Pamiętam, że bardzo podobał mi się zakreślony w tym filmie (a właściwie miniserialu) świat przedstawiony, a także historia drobnego oszusta, który ma postawić na nogi Urząd Pocztowy, mimo zagrożenia ze strony sekarów. Niedawno postanowiłam zapoznać się także z innymi powieściami z udziałem Moista von Lipwiga jako głównego bohatera, ale nie mogłam tego zrobić, dopóki nie zapoznałam się z książkowym Piekłem pocztowym. Kiedy to wreszcie zrobiłam, zdałam sobie sprawę z tego, że między książką a jej adaptacją jest wiele różnic, zwłaszcza jeśli chodzi o środek ciężkości w jednej i drugiej historii. Postanowiłam więc omówić tutaj oba dzieła (a także wspomnieć tu i tam późniejszą powieść z udziałem Moista, Świat finansjery) i przedstawić kilka wniosków na temat samego Moista. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele z nich można odczytać jako nadinterpretację, tak więc zostaliście ostrzeżeni.

W książce poznajemy naszego bohatera w chwili, kiedy został już skazany na śmierć za kradzież sporej sumy pieniędzy. Moist von Lipwig, na razie znany jeszcze jako Albert Spangler, zostaje powieszony, ale w taki sposób, aby przeżył. Następnie budzi się w gabinecie Vetinariego, Patrycjusza Ankh-Morpolk, który składa mu propozycję: Moist może rozpocząć nowe życie jako poczmistrz i postawić na nogi Urząd Pocztowy albo wyjść przez drzwi (które tak się składa, że  prowadzą do pokoju bez podłogi, a więc do rychłej śmierci). Wiedząc, że nie ma specjalnie wyboru, Moist decyduje się na pierwszą opcję, jednakże z zamiarem szybkiej ucieczki z Ankh-Morpolk. Jego plan spala na panewce, bo pojawia się Pan Pompa – golem wyznaczony przez Vetinariego na kuratora Moista – i zabiera go z powrotem do miasta. W związku z tym Moist postanawia, że potraktuje swoją nową pracę nieco poważniej, przynajmniej dopóki nie znajdzie sposobu, aby uciec przed Panem Pompą na dobre.

Filmowa adaptacja Piekła pocztowego zaczyna się nieco inaczej. Moist (grany przez Richarda Coyle’a) siedzi przy biurku i pisze list, opowiadając o swoim życiu. Dowiadujemy się, że po śmierci rodziców wyruszył w świat, aby dokonywać przekrętów i wzbogacać się na ludzkiej naiwności, aż do chwili, kiedy nie zostaje odkryty w Ankh-Morpolk i osądzony. Zasadnicza część o powieszeniu i o Patrycjuszu pozostaje ta sama, ale wszystkie pokazane na początku oszustwa Moista powrócą potem do niego. Zaraz wyjaśnię w jaki sposób.
Richard Coyle jako Moist von Lipwig.

Jedna z pierwszych rzeczy, których dowiadujemy się o Moiście, jest jego przeświadczenie o tym, że nie da się oszukać uczciwego człowieka, a co za tym idzie – że wszyscy ludzie, których dotąd oszukiwał, nie byli uczciwi i zasługiwali na to, żeby zostać oszukanymi. Książka o wiele lepiej wyjaśnia, skąd się wziął taki właśnie sposób postrzegania świata przez Moista, albowiem większość jego przekrętów opierała się dotąd na tym, że jego ofiary widzą kogoś słabszego, kogoś w potrzebie, jednym słowem: kogoś, na którego nieszczęściu mogliby zarobić. Moist najczęściej przytacza przykład przekrętu z pierścionkiem. Opiera się on na udawaniu obrabowanego człowieka potrzebującego pieniędzy na podróż do Genoi, gdzie leży jego chora matka. W związku z tym proponuje przypadkowemu zainteresowanemu jego losem, że sprzeda mu drogocenny pierścień w zamian za dwadzieścia dolarów na podróż. Przed transakcją obywatel zabiera pierścień do jubilera, który stwierdza, że jest on w rzeczywistości wart o wiele więcej. Ofiara zaczyna być chciwa i kupuje przedmiot z zamiarem sprzedania go później za więcej, zanim to jednak następuje, Moist podkłada mu podróbkę ze szkiełkiem zamiast brylantu.

To samo tyczy się większości sprawdzonych przekrętów Moista, który przez cały ten czas nauczył się rozpoznawać pewne zachowania typowe dla większości ludzi i uważa się nie tylko za eksperta w dziedzinie ludzkiej natury, ale też za Uroczego Łobuza – typ przestępcy, który ma zasady i tak naprawdę nie krzywdzi niewinnych, a wręcz karze tych złych. Pan Pompa jest innego zdania, a kiedy Moist protestuje, mówiąc, że nigdy nie stosował przemocy, golem odpowiada, że jego przekręty doprowadziły do śmierci wielu osób, które w zasadzie oberwały rykoszetem, jak na przykład pracownicy banków, którzy nie kupili fałszywych obligacji Moista, ale po plajcie ich placówki zostali bez pracy i do tego ze stygmatem oszustów.

W filmie dużo miejsca jest poświęcone właśnie uświadomieniu Moistowi tragicznych konsekwencji jego czynów. Listy wręcz pokazują mu, co się działo z ludźmi, których oszukał, poczynając od farmera, który kupił od niego starego konia (wyglądającego na całkiem dobrego, dzięki cyklu licznych zabiegów Moista) i powiesił się, kiedy chabeta zdechła, a na rodzinie Dearheartów, która musiała sprzedać swój interes sekarowy, skończywszy. W gruncie rzeczy odnosi to skutek, bo Moist ma takie wyrzuty sumienia, że przez jakiś czas trzyma się z dala od Adory Belle Dearheart, kobiety, którą zaczął darzyć uczuciem. Jednym słowem – Moist nie jest złym człowiekiem, tylko do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie zniszczenia powoduje. W dziele macierzystym też jest o tym napomknięte, chociaż niedoręczone listy w Urzędzie Pocztowym nie pokazują mu ludzi, do których śmierci się przyczynił, ani Adora nie ma tak dramatycznych powodów, aby go nienawidzić, ponieważ jej ojciec – mimo że zubożały i pozbawiony swojego wynalazku – żyje. Mimo wszystko jednak była jedną z pobocznych ofiar Moista.

Co zaś się tyczy niechęci Moista von Lipwiga do przemocy, jest ona pokazana na dwa różne sposoby w pierwszej i drugiej poświęconej mu powieści. W Piekle pocztowym, kiedy to zabija w samoobronie wynajętego przez Reachera Gilta mordercę, jego reakcją na właśnie popełniony czyn są nagłe mdłości. Można z tego wywnioskować, że Moist nigdy wcześniej nikogo nie zabił i nawet nie widział, jak ktoś umiera, dlatego jest to dla niego wstrząsem. Tymczasem w Świecie finansjery najpierw dochodzi do sytuacji, w której Cosmo Lavish celuje w niego mieczem, a Moist nie tylko się nie denerwuje, ale udaje mu się przekonać Cosmo do tego, aby opuścił budynek. Kilka stron później, w gabinecie Patrycjusza, Vetinari daje mu do potrzymania miecz i nie odbiera go, dopóki nie skończy tłumaczyć tego, co ma do wytłumaczenia. Kiedy wreszcie zabiera broń z rąk nieco już zdenerwowanego Moista, wyjaśnia, że zrobił to, aby przekonać się, czy ma rację, podejrzewając, że jego poczmistrz czuje się o wiele pewniej, kiedy ktoś grozi mu mieczem, niż kiedy sam go trzyma. W zasadzie jest to zrozumiałe. Moist na pewno w swoim życiu wielokrotnie miał jakieś ostrza w siebie wycelowane i musiał nauczyć się przemawiać do tych, którzy je w niego celują. Natomiast nigdy wcześniej nie trzymał miecza, który ma swoją wagę i jeden nieuważny ruch może wyrządzić jakieś konkretne szkody wszystkiemu, co jest w pobliżu.

Niemniej jednak Moist wielokrotnie pyta siebie, czy jest draniem, czy tylko potrafi jak drań myśleć. Sam uważa, że sposób, w jaki udało mu się ostatecznie pokonać Gilta, jest chwytem poniżej pasa. Mimo wszystko pod sam koniec Piekła pocztowego Adora stwierdza, że Moist nie jest taki zły.

Antagonista Piekła pocztowego – Reacher Gilt, będący właścicielem sekarów – to także oszust. Można powiedzieć, że to Zły Odpowiednik Moista, a Moist stwierdza nawet, że Gilt jest o wiele lepszym oszustem, niż on sam. O ile różnica między nimi jest doskonale widoczna w filmie i zasadza się na sposobie, w jaki obaj postrzegają swoich pracowników i klientów (czyli: Gilt pozwala ginąć swoich ludziom i nie ma co do tego wyrzutów sumienia, a Moist odczuwa jeszcze większą presję, wiedząc, że w wyścigu między sekarami i pocztą, jego pracownicy postawili na niego swoje oszczędności), o tyle w książce ta różnica nie jest aż tak wyeksponowana, to znaczy – Gilt nadal jest złym, brutalnym człowiekiem i nie dba o to, kto ginie w jego firmie, ale troska Moista o listonoszy nie jest tak uwidoczniona. Za to duży nacisk położony jest na coś zupełnie innego, a mianowicie – na to, że Moist w pewnym momencie przestaje postrzegać swoją pracę jako ciężar czy sposób na robienie pieniędzy, gdyż zdaje sobie sprawę z tego, że ma misję: doprowadzić pocztę do dawnej świetności i dostarczyć listy, które leżały w niej już wiele lat i które chcą być wreszcie odczytane.

I tutaj dochodzimy do Moista będącego tytułowym awatarem Hermesa. Kiedy Moist odwiedza po raz pierwszy Urząd Pocztowy i zdaje sobie sprawę z tego, że ma do dyspozycji tylko dwóch pracowników (starego Groata, który eksperymentuje z medycyną naturalną, i młodego Stanleya, mającego obsesję na punkcie szpilek), odkrywa nie tylko masę niedoręczonych listów, ale też Groat opowiada mu o dawnej świetności poczty (której świadkiem był jako dziecko): o złocistych kandelabrach, krzątających się wokół listonoszach i o posągu boga, po którym teraz został tylko cokół. Później Moist widzi to wszystko na własne oczy, kiedy to wędrując po wyższych kondygnacjach budynku natrafia co rusz na odtwarzane przed nim przebłyski z przeszłości. Zauważa również, że bóg poczty to młody, prawie nagi mężczyzna przedstawiony z czapką i butami, do których doczepiono małe skrzydełka. Oficjalna czapka poczmistrza (którą Moist nosi na początku z niechęcią, ale z czasem się do niej przywiązuje) też ma skrzydełka i złoty kolor.
Jednakże to nie koniec. Groat – który widzi, że nowy pracodawca jest o wiele bardziej zaradny, niż jego czterej tragicznie zmarli poprzednicy – przypomina sobie pewną starą przepowiednię, głoszącą, że oto pojawi się poczmistrz nad poczmistrze, który „zgniatał będzie pod butami Porzucone Wrotki, a Psy Tego Świata połamią na nim swe Zęby”. Zwołuje więc tajne stowarzyszenie listonoszy (które składa się z emerytowanych pracowników poczty, mniej entuzjastycznych i o wiele starszych od niego) i zmusza Moista, aby przeszedł inicjację, składającą się na tor przeszkód – porozrzucanych przedmiotów, pułapek w skrzynce na listy, a także agresywnych psów. Moist z trudem przechodzi wszystkie próby, używając wrodzonego sprytu, a także wiedzy, którą zdobył, będąc pod opieką hodującego psy wyścigowe dziadka. Tym samym zdobywa uznanie starszych listonoszy i przekonuje ich do tego, że jest właśnie tym poczmistrzem, który przywróci poczcie dawną świetność.
I w tym właśnie momencie same listy naznaczają go na awatara boga poczty.

Latarnie pogasły… a przy ciemności, którą teraz promieniowały, Moist von Lipwig zobaczył napis na ścianie, a w każdym razie wiszący w powietrzu tuż przed nią. Ukryte pióro zataczało pętle i łuki, formując za sobą lśniące błękitne litery.

Moist von Lipwig? wypisało.

– Eee… tak?

Jesteś poczmistrzem!

– Słuchaj, nie jestem tym, którego szukacie!

Moiście von Lipwig, w takiej chwili jak ta każdy się nada!

– Ale ja… nie jestem godzien!

Zatem pozyskaj godność jak najszybciej, Moiście von Lipwig! Wpuść znowu światło! Otworz drzwi! Nie zatrzymuj Posłańcow wykonujących Zadania!

Moist spojrzał w dół, na złocisty blask wokół swych stop. Światło zaiskrzyło się przy czubkach palców i zaczęło z wolna wypełniać go od wewnątrz, niczym dobre wino. Czuł, że jego stopy odrywają się od podłogi, jakby słowa uniosły go i obróciły łagodnie.

Na początku było Słowo, ale czym jest słowo bez swego posłańca, Moiście von Lipwig? Jesteś poczmistrzem!

– Jestem poczmistrzem! – krzyknął Moist.

Listy muszą się przemieszczać, Moiście von Lipwig! Za długo już byłyśmy tu uwięzione.

– Przemieszczę listy!

Przemieścisz listy?

– Tak! Obiecuję!

Moiście von Lipwig!

– Tak?

Słowa napłynęły jak szkwał, aż w roziskrzonym blasku zawirowały koperty, a budynek zadrżał od fundamentów po dach.

Doręcz nas!

Najwyższy czas wyjaśnić, dlaczego moim zdaniem Moist jest awatarem właśnie Hermesa. Pomijając kaduceusz, czyli laskę herolda, wokół której wiją się dwa pogodzone węże, grecki bóg Hermes przedstawiany jest zwykle właśnie tak jak ów bóg poczty, którego Moist widział w swojej wizji – jako młodzieniec z małymi skrzydełkami na czapce i butach. Jedna z rzeczy, które zawsze wspomina się na początku, omawiając Hermesa jako postać, to to, że jest on posłańcem bogów. Motyw posłańców powtarza się w całym Piekle pocztowym i to nie tylko w odniesieniu do podległych Moistowi listonoszy, ale też do tego, że składając mu swoją propozycję Vetinari mówi: „Panie Lipwig, wierzy pan w anioły? Ja jestem takim aniołem, który przyszedł, aby dać panu drugą szansę.”, a pamiętajmy o tym, że słowo „anioł” pochodzi od greckiego określenia posłańca. Pojawia się także postać starego golema, który miał przekazać królowi starożytnej cywilizacji wiadomość od kapłanów o tym, że bogini morza się gniewa i że przesyłają oni instrukcje jak ją przebłagać. Golem nie zdążył spełnić zadania i przez to cywilizacja została pochłonięta przez morze, dlatego czeka on teraz na to, aż sytuacja znowu się powtórzy i będzie mógł przekazać wiadomość komuś innemu.

Dalej – Hermes jest jednym z tych bogów, którzy podchodzą pod archetyp boga oszusta, a ponadto jest on patronem, między innymi, złodziei, bo sam dokonał swego czasu licznych kradzieży (w tym bydła Apollina i pioruna Zeusa). Moist jest oszustem i złodziejem. Po wygnaniu z Olimpu Hermes zostaje sprowadzony z powrotem i Zeus przydziela mu funkcję boskiego posłańca. Moist zostaje powieszony i otrzymuje drugą szansę od Vetinariego. Hermes jest wygadany i wnosi do Olimpu powiew świeżości. Moist porywa tłumy, dając im przedstawienie, potrafi improwizować i wzbudza entuzjazm w swoich skostniałych pracownikach. Hermes jest uważany za twórcę wielu rzeczy (liry, palestry, liter…). Moist również jest bardzo pomysłowy, co widać zarówno w Piekle pocztowym (gdzie wymyśla znaczki), jak i w późniejszym Świecie finansjery (gdzie wprowadza papierowe pieniądze). Na początku Świata finansjery zresztą dowiadujemy się, że Gildia Kupców proponuje Moistowi stanowisko swojego przywódcy, a przecież Hermes jest również bogiem kupców!

Co więcej, przyjęcie roli awatara boga poczty sprawiło, że podczas rozmowy z Adorą w restauracji Moist nagle wyczuwa, że listy płoną i natychmiast rzuca się, aby ratować Urząd Pocztowy. Kiedy zaś jest już po wszystkim i większość listów została strawiona przez ogień, Moist myśli sobie, że nie ma bardziej smutnego widoku, niż spalone wiadomości. Nie można też zignorować faktu, że tuż po naznaczeniu Moista przez listy, wydaje się, że został on opętany przez boga poczty i następnego dnia prawie niczego nie pamięta z tego, co się działo przez resztę wieczoru.

Wielokrotnie Moist odkrywa, że znajduje się w sytuacji dogodnej do ucieczki; że wystarczy wsiąść na konia i pod pozorem pracy dla poczty opuścić miasto i już nigdy nie wrócić. Co więcej – mówi sam sobie, że w każdej chwili może znów stać się oszustem. Mimo wszystko jednak nie korzysta z żadnej z nadarzających się sposobności i ostatecznie pozostaje na stanowisku, nawet kiedy w kolejnej poświęconej sobie książce obejmuje nowe obowiązki jako dyrektor mennicy. Tak naprawdę sytuacja wyjściowa Świata finansjery przedstawia nam Moista von Lipwiga, który wiedzie spokojny żywot uczciwego obywatela, ale jest to żywot tak nudny i pozbawiony wrażeń, że Moist włamuje się do swojego własnego biura tylko po to, aby poczuć zastrzyk adrenaliny.

Moist von Lipwig – tak samo jak komendant Straży Miejskiej, Samuel Vimes, i pierwszy magnat prasowy na Dysku, William de Worde – stał się w bardzo krótkim czasie jedną z najważniejszych osobistości Ankh-Morpolk. W zasadzie wszyscy trzej panowie stanowią linię obrony przeciwko Gildiom i wszelkim wpływom, które mogłyby zechcieć zrzucić Vetinariego ze stanowiska, a jednocześnie mogą mówić i robić, co im się żywnie podoba, bo Vetinari doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że o wiele lepiej dla miasta jest dać im wolną rękę. Nie przepadają za sobą i potrafią siebie nawzajem doprowadzić do szału, ale jakoś to znoszą i robią swoje, a nawet zdarza się, że sobie pomogą. Co więcej – fani prozy Pratchetta najczęściej doszukują się następcy Vetinariego albo w Vimesie, albo właśnie w Moiście, ponieważ obaj posiadają zdolność planowania, znają się na ludzkiej naturze i preferują bardziej pokojowe i dyplomatyczne metody załatwiania spraw. Najważniejsze jednak jest to, że prawdopodobnie obaj nie chcieliby zostać Patrycjuszem, gdyby ktoś im taką możliwość zaproponował.
Kto wie jak potoczą się dalsze losy Moista. Jak dotąd ukazały się trzy książki z jego udziałem, a ostatnia z nich, z tego co wiem, jeszcze nie wyszła po polsku. Niemniej jednak szybko zdobywa on popularność i ma czas na to, aby jego postać została rozwinięta w taki sam sposób jak komendant Vimes czy choćby Śmierć.
Kategorie
Artykuły popkulturowe Świat Dysku

Artykuł: Ludzka twarz pratchettowskiej Śmierci

Advertisements

UWAGA! Mimo że starałam się mówić w miarę ogólnie, w artykule mogą pojawić się spoilery do Morta, Kosiarza, Muzyki duszy i Wiedźmikołaja.

Filozofowie, psycholodzy i teolodzy zauważają z niepokojem, że myśl o śmierci i śmiertelności w dzisiejszych czasach jest odsyłana na dalszy plan; że prawie nie widuje się ludzi w żałobie; że w skutek medykalizacji podchodzimy do śmierci jak do czegoś, co nie jest naturalnym procesem, tylko czymś, co (przy pomocy współczesnej medycyny) można odłożyć na później; że dzisiaj starcy umierają samotnie w szpitalach, a nie (tak jak kiedyś) w domach, w otoczeniu bliskich; w końcu że obecna w mediach śmierć jest banalizowana i w konsekwencji – nie wywołuje takich emocji jak kiedyś.

To już nie jest nękane plagami i wojnami średniowiecze ze swoimi Tańcami Śmierci i wszechobecnym Memento Mori. A przecież właśnie z tego okresu wyewoluowało nasze zachodnie wyobrażenie Śmierci, jako kościotrupa w czarnym płaszczu i z kosą. Mimo że pojedyncze jej przedstawienia różnią się diametralnie (chociażby tym, że taka polska Śmierć, odwiedzająca mistrza Polikarpa była kobietą, a w brytyjskim folklorze jest to zwykle mężczyzna), o tyle  zamysł był zawsze ten sam – martwe ciało z kosą, przybywające, aby zabrać na tamten świat duszę, której czas już minął; Ponury Kosiarz, który bierze każdego, niezależnie od jego stanu, czy wykształcenia; Kostucha na siwym koniu, który był jej atrybutem już w Apokalipsie świętego Jana. Średniowieczna Śmierć wyryła się w naszej świadomości i przetrwała w miarę nienaruszonym stanie do XXI wieku. Jednak wyraźnie można zauważyć bardziej humorystyczne podejście do niej, niż w zeszłych epokach.
I tak oto – jeszcze w XX wieku – na scenie pojawiła się bardzo szczególna wizja Śmierci. Co prawda jest to Śmierć z uniwersum fantasy, jednak na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat stała się ona jednym z najważniejszych bohaterów Świata Dysku. Śmierć pojawia się już w pierwszej powieści z cyklu, Kolorze magii, gdzie niecierpliwie oczekuje na to, aż magowi Rincewindowi coś się stanie; a w następnej książce, Blasku fantastycznym, czytelnicy są zaznajomieni z Siedzibą Śmierci i rytuałem AshkEnte, przywołującym Śmierć.

Jednak prawdziwy rozwój postaci Ponurego Kosiarza Świata Dysku zaczyna się wraz z pierwszą powieścią mu poświęconą – Mortem. Mort zaczyna się w taki sposób: tytułowy młodzieniec zostaje wybrany przez Śmierć, aby zostać jego uczniem, a być może nawet stać się w przyszłości jego następcą. Mort wprowadza się więc do Siedziby Śmierci – czarno-białego świata z łąką i domem, gdzie prawa fizyki są tylko umowne, a czas stoi w miejscu. Następnie nasz bohater poznaje pozostałych lokatorów domu Śmierci – jego przybraną córkę Ysabell i tajemniczego sługę, Alberta. Przez jakiś czas wszystko układa się dobrze, Mort przyucza się do zawodu, a nawet zyskuje trochę mięśni, tymczasem Śmierć ma coraz więcej czasu na małe, ludzkie przyjemności. Potem jednak sprawy się komplikują, bo Mort zakochuje się od pierwszego wejrzenia w księżniczce Keli Sto Lat (której przeznaczeniem było zginąć z ręki zabójcy wynajętego przez jej stryja) i z tego powodu w dzień jej śmierci odbiera życie jej mordercy, a nie jej samej, doprowadzając tym samym do bałaganu w rzeczywistości.

Przez całą powieść Śmierć Świata Dysku jawi się nam (i Mortowi) jako służbista, który jednak „nie jest taki zły”. Kiedy Mort wyraża smutek, ponieważ widział, jak dobry i sprawiedliwy król Sto Lat ginie, zamordowany przez złego i podstępnego diuka Sto Helit, i pyta, czy nie ma sprawiedliwości, Śmierć odpowiada: „>NIE, (…) JESTEM TYLKO JA.” Później, kiedy Mort na chwilę pozwoli mocom Śmierci wziąć górę nad swoim człowieczeństwem, wypowiada zdanie: „Nie ma sprawiedliwości, jestem tylko ja.”, a potem, podczas ostatecznej konfrontacji ze Śmiercią, Mort znów do niego nawiązuje, mówiąc: „Masz rację. Nie ma sprawiedliwości. Jesteś tylko ty.”

Jednakże kiedy Mort pyta, czy zostanie zwolniony za próbę zapobiegnięcia zamachu na króla Sto Lat, Śmierć oświadcza: „ZA TO, ŻE OKAZAŁEŚ WSPÓŁCZUCIE? NIE. MÓGŁBYM TO ZROBIĆ, GDYBYŚ OKAZAŁ RADOŚĆ.” Śmierć chce pracownika, który zdaje sobie sprawę z tego, że istnieje określona kolej rzeczy, ale nie chce psychopaty, który szuka przyjemności w ludzkich cierpieniach.
W miarę jak Mort uczy się fachu i powierzane są mu coraz bardziej poważne zadania (czyli samodzielnie zbiera dusze), staje się coraz bardziej podobny do Śmierci, w tym sensie, że zyskuje jego liczne moce, a to z kolei sprawia, że w którymś momencie staje się Śmiercią prawie w pełni. Mort dowiaduje się jak to jest pełnić obowiązki Kosiarza, ale także odkrywa pewną smutną prawdę – że Śmierć jest istotą, która żyła przez te wszystkie wieki, ma dbać o porządek Świata Dysku, aż do jego końca, a przy tym, jest niesamowicie samotna. Mort zaczyna więc współczuć swojemu panu, a ponieważ zaczyna się z nim utożsamiać poprzez kontakt z jego mocą, grozi mu zatracenie własnej osobowości. Na szczęście Ysabell, która przyjechała razem z nim pełnić obowiązki, przypomina mu, kim tak naprawdę jest.
Ysabell, jak już zostało wcześniej wspomniane, jest przybraną córką Śmierci. Jej rodzice zginęli gdzieś na pustyni, a kiedy Śmierć zdał sobie sprawę z tego, że osierocili Ysabell, wziął ją do siebie do domu. Przy czym sama Ysabell stwierdza, że nie tyle czuł, że jest mu jej przykro (ponieważ nie posiada gruczołów umożliwiających przeżywanie uczuć… co nie jest tak do końca prawdą, bo Śmierć wiele razy objawia przeróżne uczucia łącznie z rozpaczą i wściekłością), co myślał, że jest mu jej przykro. Z biegiem czasu zaczął dla niej tworzyć całą okolicę – od domu, poprzez łąki, aż po rzekę i drzewa. Nie był jednak w stanie stworzyć ani kolorów innych niż czerń, szarość i biel (do tego zdolny będzie dopiero w Kosiarzu), ani sprawić, aby mijał czas. Dlatego właśnie Ysabell przez 35 lat była szesnastolatką. Z charakteru jest dosyć spokojna (chociaż w swoim debiucie w Blasku fantastycznym miała mordercze zapędy) i bardzo lubi czekoladki (przez co Mort nie potrafi uwierzyć, że chudy, kościsty Śmierć jest ojcem puszystej Ysabell). Czasem pomaga też przybranemu ojcu przy wyliczeniach czasu, jaki pozostał poszczególnym śmiertelnikom. Nie przepada za swoim życiem, ale też zdaje sobie sprawę z tego, że Śmierć bardzo się stara przychylić jej nieba, i nawet jednym z powodów, dla którego sprowadził Morta, była właśnie chęć zeswatania go z Ysabell. Przez dłuższy czas to nie działa (no bo Mort jest zakochany w księżniczce Keli, a on i Ysabell za sobą nie przepadają), ale potem zaczynają współpracować, aby naprawić bałagan w Sto Lat, i w końcu się w sobie zakochują.
Podczas gdy Mort zdobywa doświadczenie zawodowe, Śmierć ma nagle bardzo dużo czasu i spędza go na wszystkich rzeczach, o których słyszał, że czynią życie bardziej radosnym, (albo po prostu bardziej znośnym) – przygląda się wschodowi słońca, łowi ryby, wybiera się do baru, gdzie się nie tyle upija, co udaje, że się upija… Jednym słowem, bardziej obcuje z ludźmi. Już wcześniej, podczas zabójstwa króla Sto Lat, przejawia zainteresowanie ludzkimi zwyczajami, ale tak naprawdę właśnie w tych scenach, kiedy Śmierć przechadza się po Dysku i nawet znajduje pracę w jadłodajni w Ankh-Morpolk, pojawia się po raz pierwszy ta cecha, która sprawiła, że Śmierć w późniejszych książkach stał się o wiele bardziej sympatyczniejszy w oczach czytelników, a mianowicie – zafascynowanie ludzkością i jej dziwactwami. Śmierć jest służbistą, ale lubi koty. Śmierć oddziela dusze od ciał, ale z nimi rozmawia. Śmierć twierdzi, że nie ma sprawiedliwości, ale pozwala dwojgu ludziom połączyć się po drugiej stronie. I naprawdę, trzeba by się zastanowić, na ile jest to związane z nagłym natłokiem wolnego czasu, a na ile faktem, że  Śmierć nie tylko obcował z ludźmi na Dysku, lecz także we własnym domu. Przecież nawet przed Ysabell, miał pod swoim dachem człowieka, Alberta.
Albert jest bardzo interesującą postacią. W Muzyce duszy Śmierć stwierdza, że nie powinien nigdy adoptować Ysabell, w sensie: że nie stałby się tak ludzki, będąc pod jej wpływem, ale tak naprawdę już wcześniej był pod ludzkim wpływem, bo Albert przebywał w jego domu od kilku wieków. W tym czasie zdążył pokazać swojemu panu wiele potraw i napojów, a także przeprowadzić mnóstwo rozmów, które bardzo szybko mogły przejść na tematy czysto ludzkie. Widać to zwłaszcza w Wiedźmikołaju. Zadziwia mnie, że rzadko kiedy bierze się pod uwagę Alberta jako czynnik „uczłowieczenia” Śmierci.
Z jednej strony pełni rolę służącego Śmierci, jest mu lojalny (po jakimś czasie Mort zauważa, że Albert wszystkich toleruje i wydaje się, że obchodzi go tylko jego pan), z drugiej strony jest cyniczny i złośliwy. Kiedy tylko powraca na Dysk, aby powiadomić Śmierć o tym, co zrobił Mort, im dłużej pozostaje w świecie śmiertelników, tym bardziej zaczyna się buntować. Należy przy tym zwrócić uwagę na to, że Albert był kiedyś magiem i to bardzo potężnym. Został sługą Śmierci, ponieważ bał się tego, co może go spotkać po drugiej stronie. Dlatego zgodził się na służbę w zamian za przebywanie w Siedzibie Śmierci, gdzie czas nie istnieje, a co za tym idzie – piasek w jego klepsydrze się nie przesypuje. Bunt Alberta jednak nie trwa długo, bo starzec szybko zostaje doprowadzony do porządku przez swojego pana. Mort (i później Susan) odkrywa w pewnym momencie, że najlepszym sposobem na zmuszenie Alberta do uległości to przemówienie do niego głosem Śmierci.
Kulminacją Mortajest walka między Mortem a Śmiercią o duszę księżniczki Keli. Jest to długa potyczka, która będzie miała swoje konsekwencje w Muzyce duszy. Po pierwsze – w pewnym momencie Mort zostaje spoliczkowany przez Śmierć. Wiele lat później na policzku Susan będą pojawiać się ślady po tym ciosie za każdym razem, gdy dziewczyna będzie się rumienić. Po drugie – ta sama Susan będzie świadkiem ostatnich kilka minut pojedynku. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego Śmierć postąpił, tak jak postąpił, pod sam koniec walki (a przynajmniej Pratchett twierdzi, że nie wiadomo, bo czytelnik domyśla się, że chodzi o słowa, które Mort wypowiada tuż przed tym, jak Śmierć zamierza zadać mu ostateczny cios; jeszcze inni doszukują się w poczynaniach Śmierci jakiegoś większego planu mającego na celu zeswatanie Morta z Ysabell, aby potem urodziło im się dziecko). Mort zostaje zwolniony, ale wraz z Ysabell zyskuje nowe zadanie – jako nowy diuk i księżna Sto Helit mają zadbać o to, aby historia potoczyła się we właściwym kierunku. Rozstają się ze Śmiercią w pokoju, a nawet przyjaźni.
Tak czy inaczej, Mortukazał nam Śmierć Świata Dysku innego niż do tej pory. Odtąd nie był to tylko ktoś, kto czyha na czyjś zgon, ale był to bohater z własnymi myślami, zainteresowaniami, a nawet uczuciami. Jednak, moim zdaniem, książką, która najlepiej przedstawia postać Śmierci i jego człowieczeństwo, jest Kosiarz.
Fun fact – pierwszy raz widziałam tę książkę w księgarni i kiedy jakiś czas temu oglądałam „Wiedźmikołaja”, to myślałam, że dziewczynka na tej okładce jest właśnie matką Susan.
W Kosiarzupojawiają się po raz pierwszy Audytorzy Rzeczywistości – istoty, które mają za zadanie badać, czy Śmierć wykonuje należycie swoją pracę. Przy czym nie znoszą wszystkiego, co żywe i co posiada jakąkolwiek indywidualność. Ponieważ Śmierć jest coraz bardziej zafascynowany ludźmi, zyskuje właśnie indywidualność i na tej podstawie Audytorzy postanawiają zwolnić go z piastowanego stanowiska. W ramach podarku z okazji emerytury, Śmierć dostaje własny życiomierz – klepsydrę odmierzającą czas do jego zgonu. Utrata posady nie za bardzo wstrząsa Śmiercią, bo może się on teraz cieszyć wolnością, jednak z czasem zdaje sobie sprawę z kilku istotnych kwestii. Podczas gdy świat (czytaj: Ankh-Morpolk) cierpi z powodu nadmiaru żywotności, Śmierć zatrudnia się jako parobek u niejakiej panny Flitworth, przyjmując nazwisko Billa Bramy.
Ponieważ Śmierć ma przy sobie własny życiomierz i potrafi oszacować swój realny czas w świecie żywych, wkrótce staje przed problemem własnej śmiertelności. Wszystko dookoła przypomina mu, że kiedyś umrze (w szczególności tykanie wielkiego zegara z kukułką w salonie panny Flitworth) i dlatego jest bliski obłędu. Śmierć wręcz nie jest w stanie uwierzyć, jak ludzie potrafią wytrzymać tę ciągłą świadomość własnej śmiertelności. Jest to o tyle istotna kwestia, że w Świecie Dysku każdy ma zagwarantowane takie życie po śmierci, w jakie wierzy. Jeżeli wierzy w reinkarnację, znów się narodzi w nowym wcieleniu. Jeżeli wierzy w niebo i piekło, trafi do nieba lub piekła. Ponieważ Śmierć w swojej długiej karierze widział wszystkie te możliwości i w zasadzie nigdy wcześniej nie pojmował siebie samego jako istotę śmiertelną, nie miał czasu wybrać, w jaką wizję zaświatów wierzy i ostatecznie ma przeświadczenie, że dla niego zgon będzie oznaczał nicość. Kiedy czytałam te sceny rozterek Śmierci nad własnym przemijaniem, miałam niejasne wrażenie, że Pratchett nawiązywał w nich do koncepcji Heideggera, głoszącej, że człowiek jest „byciem [dążącym] ku śmierci” (Desein zum Tode); że niby Śmierć, będący teraz Billem Bramą, tak właśnie postrzega siebie, jako byt, którego celem jest umrzeć. Jakby się nad tym zastanowić, to tendencja ludzi do widzenia Śmierci nie w jego rzeczywistej postaci, ale zawsze jako jakiegoś innego człowieka, też może zostać zinterpretowana, jako skłonność do wyrzucania myśli o własnej śmiertelności na dalszy plan świadomości.
Następna rzecz, z którą musi się pogodzić (a która jest tylko zasygnalizowana i stanowi źródło pewnej fanowskiej teorii, o której zaraz powiem), to fakt, że również jego bliscy są śmiertelni. Którejś nocy Śmierć ma sen, w którym wraca na dawne stanowisko, przechadza się po swojej siedzibie i bierze pierwszy z brzegu życiomierz, który lada chwila ma się przesypać. Kiedy odczytuje nazwisko pod nim, budzi się, wołając pannę Flitworth. Pierwsza z brzegu interpretacja jest taka, że to właśnie jej życiomierz widział w swoim śnie Śmierć i ponieważ już zdążył ją nieco poznać, przestraszył się świadomości, że ta miła staruszka kiedyś umrze. Jednak pewna teoria głosi, że tak naprawdę zobaczył pod klepsydrą nazwisko Ysabell, a może nawet Morta, czyli ludzi, do których zdążył się przywiązać i których postrzegał jako swoją rodzinę. I rzeczywiście, jak zobaczymy w Muzyce duszy, ich śmierć bardzo nim wstrząśnie.
Jednocześnie, kiedy w jednym z domów we wsi, do której przynależy panna Flitworth, wybucha pożar, a potem okazuje się, że została tam mała dziewczynka, Śmierć reaguje, tak jak zwykle – że widocznie miała ona umrzeć i nie wolno jej ratować, bo to zachwiałoby porządkiem wszechświata. Panna Flitworth od razu policzkuje go za te słowa i oznajmia, że go zwalnia. Wtedy Śmierć zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest już uosobieniem śmierci, więc nie obowiązuje go zasada nieingerencji.
Ostatnia rzecz, którą kontempluje Bill Brama (zwracając się do nowopowstałego Śmierci Szczurów) to opowieść o więźniu zamkniętym w wieży i przyglądającym się ptakom, które przelatują koło jego okna. Później, konfrontując Audytorów Rzeczywistości, pyta ich: „CZY WIECIE, DLACZEGO WIĘZIEŃ W WIEŻY PRZYGLĄDA SIĘ PTAKOM?” Śmierć zauważa, że dla wielu ludzi jest wybawieniem. Niemalże symboliczne w tym kontekście wydaje się to, że zatrudnił się jako żniwiarz (ba! – nawet w Morcie rozważał taki wybór kariery zawodowej) i że w trakcie burzy decyduje się ryzykować własne życie, aby ocalić plon, i wścieka się kiedy zauważa koronę na skroniach Nowej Śmierci. Właściwie cały jego wątek zdaje się zmierzać do konkluzji, w której to Śmierć prosi Azraela (anioła śmierci z wierzeń islamskich, w Świecie Dysku będącego czymś w rodzaju symbolu śmierci we wszystkich światach i przeto władcą wszelkich bóstw i personifikacji tego zjawiska) o więcej czasu.

PANIE, WIEM, ŻE NIE MA DOBREGO PORZĄDKU Z WYJĄTKIEM TEGO, KTÓRY TWORZY MY…

Wyraz twarzy Azraela się nie zmienił.

NIE MA NADZIEI PRÓCZ NAS. NIE MA LITOŚCI PRÓCZ NAS. NIE MA SPRAWIEDLIWOŚCI. JESTEŚMY TYLKO MY.

Ciemna, smutna twarz wypełniła niebo.

WSZYSTKIE RZECZY, KTÓRE SĄ, SĄ NASZE. ALE MUSIMY O NIE DBAĆ. PONIEWAŻ JEŚLI NIE DBAMY, NIE ISTNIEJEMY. A JEŚLI NIE ISTNIEJEMY, NIE MA JUŻ NIC, TYLKO ŚLEPE ZAPOMNIENIE.

ALE NAWET ZAPOMNIENIE PEWNEGO DNIA MUSI SIĘ SKOŃCZYĆ. PANIE, CZY ZECHCESZ DAĆ MI TROCHĘ CZASU? DLA WŁAŚCIWEJ RÓWNOWAGI RZECZY. ABY ZWRÓCIĆ TO, CO DANE. PRZEZ WZGLĄD NA WIĘŹNIÓW I PTAKI.

Wypowiada przy tym najpiękniejszą kwestię, jaką kiedykolwiek będzie mu dane wypowiedzieć: „PANIE, NA CO MOŻE PLON MIEĆ NADZIEJĘ, JEŚLI NIE NA TROSKĘ KOSIARZA?”

To własnie zasadnicza różnica między Śmiercią a Nowym Śmiercią, który kiedy przychodzi po duszę Billa Bramy, zachowuje się tak, jakby chciał wzbudzić strach (do tego stopnia, że specjalnie pojawia się po północy i przy akompaniamencie gromu). Nowy Śmierć chce być panem i traktuje dusze, które zbiera, jako coś niższego, coś, co nie ma prawa głosu. Tymczasem Śmierć od zawsze wiedział, że jego praca to właściwie posłannictwo, i w Kosiarzu przekonuje się o tym jeszcze bardziej. Nawet Danse Macabre w jego wykonaniu jest aktem radosnym i szczęśliwym. Właśnie dlatego zawsze powtarzam, że Kosiarz to książka, która pokazuje w pełni kwintesencję Śmierci jako postaci. Pomijając wątek nieumartego maga walczącego z konsekwencjami nadmiernej żywotności we wszechświecie, wydaje się, że to ta część cyklu Świata Dysku, która poświęcona jest całkowicie Śmierci – Mort i Ysabell nie pojawiają się w ogóle, a Albert nie gra żadnej istotnej roli, poza zdziwieniem na początku i powitaniem swego pana z powrotem na stanowisku. Mamy więc tutaj Śmierć pozostawionego samemu sobie i dochodzącego do pewnych faktów na podstawie obserwacji i kontemplacji. Żadna późniejsza część cyklu nie dokonała tyle w kwestii studium postaci Śmierci, co Kosiarz.

Ludzie zwykle pamiętają w szczególności dwie rzeczy z „Muzyki duszy” – Śmierć na motorze i Śmierć z gitarą.
Niemniej jednak Muzyka duszy – następna książka mająca Śmierć jako jednego z głównych bohaterów – zaczyna się od wypadku, w którym giną Mort i Ysabell. Wydarzenie to doprowadza Śmierć do załamania i skutkuje jego ucieczką od obowiązków. Śmierć za wszelką cenę próbuje zapomnieć o tym, co widział i przeżył, m. in. zaciąga się do Legii Cudzoziemskiej i próbuje się upić w barze. Wkrótce czytelnik odkrywa, że Śmierć ma szczególny rodzaj pamięci – pamięta nie tylko to, co już było, ale też to, co ma się dopiero wydarzyć. I boleje nad tym, że nie tylko pamięta przyszłość, ale też nie może jej zmienić.

CZY WY. CZY WY CHODZI O TO, CZY WIECIE, JAK TO JEST, EEE, MIEĆ PAMIĘĆ TAK DOBRĄ, JASNE, TAK DOBRĄ, ŻE SIĘ PAMIĘTA, CO SIĘ JESZCZE NIE WYDARZYŁO? TO JA. TAK JEST. ZGADZA SIĘ. JAKBY. JAKBY. JAKBY NIE BYŁO PRZYSZŁOŚCI… TYLKO PRZESZŁOŚĆ, CO SIĘ JESZCZE NIE ZDARZYŁA. I. I JESZCZE. A I TAK. I TAK TRZEBA ROBIĆ SWOJE. WIECIE, CO SIĘ WYDARZY, ALE MUSICIE ROBIĆ SWOJE.

Rozejrzał się po twarzach słuchaczy. Bywalcy Załatanego Bębna byli przyzwyczajeni do alkoholowych wykładów, jednak nie do takich jak ten.

WIDZICIE. WIDZICIE. WIDZICIE, COŚ WYRASTA JAK GÓRA LODOWA NA KURSIE, ALE NICZEGO NIE WOLNO ZROBIĆ, BO… BO… BO TAKIE PRAWO. NIE WOLNO ŁAMAĆ PRAWA. …SIBYĆJAKIEPRAWO.

WIDZICIE TĘ SZKLANKĘ, TAK? WIDZICIE? JEST JAK PAMIĘĆ. BO TO TAK JEST, ŻE JAK SIĘ WIĘCEJ NALEJE, TO WIĘCEJ SIĘ WYLEJE. SOŚTAKIEGO CHRONI LUDZI PRZED SSSZZ… SZSZSZ… OBŁĘDEM. RÓCZ MIE. BIEDACZYSKO ZEMIE. PAMIĘTAM SZYSKO. JAKBY SIĘ ZDARZYŁO JUTRO. SZYSKO.

W Muzyce duszy chyba po raz pierwszy w historii fikcji mamy personifikację śmierci przeżywającą żałobę. I jest to w zasadzie zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że rozpacza nad kobietą, którą opiekował się przez trzydzieści pięć lat i mężczyzną, z którym pracował. To nie byli dla niego obcy ludzie, których dusze zwykł zabierać na drugą stronę. Śmierć wiedział, że oni umrą, nawet wiedział jak, jednak jako siła wyższa nie miał prawa ich uratować. Zaproponował im pewne rozwiązanie, ale nie zgodzili się na nie, ponieważ oznaczałoby ono utratę ich człowieczeństwa. Śmierć to uszanował, ale i tak czuje się podle z powodu ich zgonu.
Tak czy inaczej, w obecnym stanie emocjonalnym Śmierć nie jest zdolny do pełnienia swoich obowiązków, więc potrzebne jest zastępstwo. Śmierć Szczurów znajduje je w osobie córki Morta i Ysabell, Susan.

Susan z jednej strony posiada wiele typowych cech Mary Sue, jednocześnie nie będąc Mary Sue wcale. W tym sensie, że już  na wstępie ma znamienity rodowód (jest księżną Sto Helit), a dowiaduje się, że ma jeszcze znamienitszy (jest wnuczką Śmierci); jej ciało reaguje w nietypowy sposób na emocje (wspomniany wcześniej rumieniec w kształcie śladu po uderzeniu Śmierci, ale także mimowolne stawanie się niewidzialną), posiada nietypowy kolor włosów (białe z jednym czarnym kosmykiem), a także moce i liczne talenty sportowe i naukowe. Z drugiej strony Susan nie jest kompletnym orłem we wszystkim i ostatcznie nie okazuje się, że to ona miała rację, tylko właśnie Śmierć.

Nie wie o tym, kto jest jej dziadkiem, ponieważ kiedy była mała i regularnie przyjeżdżała do Siedziby Śmierci, Mort i Ysabell zauważyli pewne niepokojące zachowania wynikające ze spotkań Susan ze Śmiercią (konkretnie – to, że zażyczyła sobie na urodziny zobaczyć, co dziadek ma pod koszulą) i dlatego postanowili więcej nie przychodzić do Siedziby Śmierci i wychować Susan w duchu logiki i rozumu. Na początku też, kiedy Śmierć Szczurów i kruk Miódrzekł (który został zmuszony do bycia tłumaczem pisków zakapturzonego towarzysza na język ludzki) wyjawiają jej, kim jest jej drugi dziadek (bo dotąd znała tylko ojca Morta), Susan na początku im nie wierzy, ale w wyniku splotu kilku zdarzeń, zaczyna się oswajać z tą myślą. Ostatecznie przekonuje się, że to prawda po rozmowie z Albertem, który opowiada jej całą historię i udawadnia, że mimo wszystko Susan pamięta rozmieszczenie pokoi w Siedzibie Śmierci.
Jej stosunek do dziadka zmienia się na przestrzeni całej książki. Ponieważ Susan popełnia ten sam błąd, co Mort (tzn. ocala człowieka, którego przeznaczeniem było zginąć, a potem dokłada starań, aby pozostał żywy) i ma okazję obejrzeć wspomnienie walki między ojcem a Śmiercią, a także wypadek rodziców, nabiera przekonania, że Śmierć jest nieczuły i nie ma odwagi robić tego, co słuszne (czyli zabierać dusz niegodziwców, a ludziom dobrym dawać długie i szczęśliwe życie). Rozmowa z samym Śmiercią w tych wspomnieniach tym bardziej ją do takiego zdania przekonuje. Potem jednak, im więcej przypomina jej się z czasów, kiedy była mała, zdaje sobie sprawę z tego, że Śmierć był bardzo troskliwym dziadkiem – dawał jej jeździć na swoim koniu, kąpał ją, kupował jej prezenty i nawet sam zrobił jej bardzo dziwną huśtawkę. Również ostatecznie tym, co popycha Śmierć do działań, choć wszystko wydaje się stracone, jest krzyk wołającej go wnuczki.
Koniec końców, Susan – tak jak swego czasu Mort – dochodzi do wniosku, że mimo iż Śmierć jest służbistą, „nie jest taki zły”, i dziewczyna nawet przychyla się do prośby dziadka, całując go w czaszkę. W późniejszych książkach, kiedy Susan jest już dorosłą kobietą (i nauczycielką), woli nie mieszać się do spraw dziadka, ale zostaje wmieszana przez to, że jest w stanie wykonać zadania, których nie może Śmierć. Tak jest na przykład w Wiedźmikołaju.


Wiedźmikołaj już samym pomysłem na fabułę wydaje się dość osobliwy. Dyskowy odpowiednik naszego świętego Mikołaja znika i ktoś musi go zastapić, dopóki nie zostanie odnaleziony, bo wiara Nocy Strzeżenia Wiedźm zniknie i stanie się coś strasznego. Śmierć decyduje podjąć tego zadania i nagle ma wypełnić rolę symbolu świątecznego szczęścia. Ma być radosny, ma wzbudzać uśmiech na twarzach dzieci, ma rozdawać prezenty, ma jeździć saniami po niebie, aby wiara w Wiedźmikołaja nie zamarła. Jednocześnie sam nie wie zbyt wiele o świętach Nocy Strzeżenia Wiedźm, bo rzadko je obchodzi w swojej siedzibie. Odnalezienie się w nowej roli trochę mu zajmuje, z czasem jednak udowadnia, że jest bardzo dobrym Wiedźmikołajem. Posuwa się nawet do tego, że w ramach prezentu świątecznego wypełnia piaskiem życiomierz Dziewczynki z Zapałkami. A pod koniec nie tylko Wiedźmikołaj wyraża wdzięczność za całą jego pracę, ale też Susan zaprasza go na gorącą czekoladę.

Przy czym po raz pierwszy w książkach ze Świata Dysku poświęconych Śmierci pojawia się we Wiedźmikołajukonkretny antagonista – Pana Teatime, któremu Audytorzy Rzeczywistości zlecają zabicie Wiedźmikołaja. Teatime sprawia wrażenie psychopaty, ale Gildia Skrytobójców rekomenduje go do tego szczególnego zadania, ponieważ ma on plan na zabicie każdego nietypowego celu – Wróżki Zębuszki, Wiedźmikołaja, a także Śmierci. Dysponuje też szeroką wiedzą, jeśli chodzi swoje cele. Jest nawet taka scena, w której próbuje zabić Śmierć na oczach Susan i jej podopiecznych, ale mu się nie udaje.

Przesłaniem Wiedźmikołajajest ludzka potrzeba fantazjowania, a także wiary w te fantazje. Mimo że sam Pratchett jest ateistą, wielokrotnie pokazuje w swoich książkach, że wiara w cokolwiek (nawet w coś, czego nie ma) spełnia ważną funkcję i człowiek, jak najbardziej powinien w to wierzyć, nawet nie dlatego, że daje ono jakieś pocieszenie, ale dlatego, że bez niej człowiek straciłby sporą część swojego człowieczeństwa. I też końcowa rozmowa między Śmercią a Susan, świadczy o tym, że Śmierć Świata Dysku w pełni to rozumie.
Ostatnia książka, w której głównym bohaterem jest Śmierć, to Złodziej Czasu, której niestety nie przeczytałam. Dlatego wspomnę jeszcze o Śmierci w ekranizacjach Świata Dysku i przejdę do konkluzji.

Jak wiadomo ekranizacji prozy Pratchetta było pięć – trzy filmy aktorskie (Kolor Magii, Wiedźmikołaj i Piekło pocztowe) i dwa animowane (Muzyka duszy i Trzy wiedźmy, przy czym oba są dostępne tylko po angielsku, a ich animacja jest miejscami… dziwna). W Piekle pocztowym Śmierć się nie pojawia, ale w Kolorze magiii w Muzyce duszy głosu użyczył mu Christopher Lee, zaś w  Wiedźmikołaju – Ian Richardson. Obaj panowie starali się swoimi potężnymi głosami, wzmocnionymi jeszcze przez dudnienie, oddać sposób mówienia Śmierci. To, że w książkach kwestie Śmierci pisane dużymi literami, ma przywodzić na myśl potęgę, jaka pojawia się nawet wtedy, gdy Śmierć jest skonfundowany albo rozbawiony. Lee i Richardson świetnie się wywiązali z tego zadania.

Co zaś się tyczy powierzchowności, to o ile w filmach Śmierć grany jest przez wysokiego mężczyznę w beznamiętnej masce i jego głowa tylko przekręca się w tę i we wtę, o tyle w Muzyce duszy na przykład udało się pokazać całą gamę ekspresji Śmierci. Mimo że jego twarz to w zasadzie czaszka pozbawiona mięśni, sposób ułożenia szczęki i oczodołów, a także tkwiące w tych oczodołach niebieskie ogniki, są w stanie wyrazić wściekłość, zacięcie, zdumienie, nawet radość. A trzeba pamiętać, że w książkach twarz Śmierci też bywa zaskakująco ekspresyjna.

Wielokrotnie zastanawiałam się czy to, że Śmierć w Świecie Dysku stał się tak przyjazny i sympatyczny, ma związek z chorobą autora, ale do rozpoznania u Pratchetta Alzheimera doszło całe lata po wydaniu Złodzieja Czasu, nie mówiąc już o Morcie. Poza tym on sam wspominał, że inspiracją dla tej postaci był Śmierć z Siódmej pieczęci Ingmara Bergamana. Pratchett widział ten film jako dziecko i doszedł do wniosku, że tamtejszy Śmierć nie jest wcale przerażający. Tak czy inaczej, przez te wszystkie lata Śmierć stał się jedną z najbardziej rozbudowanych postaci ze Świata Dysku. Pojawił się również we wszystkich powieściach cyklu, poza Wolnymi Ciut Ludźmi; dorobił się także licznej grupy fanów, którzy chcieliby, aby na drugą stronę przeprowadził ich właśnie taki Ponury Kosiarz.