Kategorie
Recenzje

Recenzja: Nancy Drew. Tajemnica starego zegara

Advertisements

Niedawno doszłam do wniosku, że ostatnio mam szczęście. Jeszcze trzy-cztery lata temu usłyszałabym o jakiejś książce, która w USA jest hitem, i byłoby mi smutno, że nie mogę jej dostać w Polsce, a teraz coraz częściej widzę w polskich księgarniach takie książki jak Ostatnie dzieciaki na Ziemi, Ella Zaklęta, Jak wynaleźć wszystko, czy Jak wytresować smoka i od razu wiem, co wkrótce będę czytać.

Jednymi z książek, których przez całe lata żałowałam, że nie mogłam przeczytać, była seria o Nancy Drew. Tak się składa, że ta bohaterka ma swoje zasługi dla kryminału i literatury młodzieżowej, chociaż Polacy nie zdają sobie z tego tak do końca sprawy. Kiedy zaś dowiedziałam się, że wydano w Polsce dwa pierwsze tomy oryginalnych powieści (niechybnie w związku z serialem CW, który ostatnimi czasy święci triumfy w telewizji), postanowiłam przeczytać pierwszy tom, czyli Tajemnicę starego zegara.

Nancy Drew, osiemnastoletnia córka słynnego prawnika, Carsona Drew, przypadkiem poznaje siostry Turner i ich małą siostrzenicę, Judy. Siostry żyją w biedzie i martwią się o przyszłość dziewczynki, ale opowiadają Nancy o tym, że ich stary przyjaciel, Josaiah Crawley obiecał im – i kilku innym osobom, które darzył sympatią – spory spadek. Jednakże po jego śmierci okazało się, że cały jego majątek przypadnie rodzinie Tophamów, która odznacza się paskudnym charakterkiem, nadmiernym przeświadczeniem o własnej wartości i rozrzutnością; i którzy za życia traktowali staruszka bardzo źle. Krewni i przyjaciele Josaiah przypuszczają, że gdzieś musi znajdować się drugi testament, Nancy postanawia więc zbadać tę sprawę dla dobra Judy, sióstr Turner i innych niedoszłych spadkobierców Crowleya.

Nancy Drew to jedna z tych postaci literackich, których znaczenie dla kultury jest ogromne. Stworzona w 1931 roku, jako damska przeciwwaga dla chłopców Hardy, wkrótce stała się niesłychanie popularna, nie mówiąc już o tym, że była pierwszą dziewczyną detektywem w historii kryminałów i od tego czasu powstało mnóstwo książek, filmów, a nawet seriali i gier komputerowych z jej przygodami. W wielu utworach z USA pojawiają się nawiązania do Nancy Drew, ale zwykle polscy tłumacze tego nie wychwytują (na przykład, w jednym z odcinków Hożych doktorów, doktor Cox nazywa chwalącego się zdolnościami dedukcyjnymi J.D. Nancy Drew, a zostało to przetłumaczone jako Veronica Mars). Ja sama nie byłam w pełni świadoma skali popularności tej bohaterki, dopóki nie obejrzałam recenzji jednego filmów z nią w wykonaniu She-Rod.

W swojej pierwszej powieści Nancy jest całkiem sympatyczną postacią – z jednej strony odważną, sprytną i zaradną, z drugiej – mającą dobre serce i poczucie sprawiedliwości, które każe jej działać. Łączą ją też bardzo ciepłe relacje z ojcem i gosposią. Bardzo łatwo jest ją polubić.

Moim skromnym zdaniem na korzyść tej książki działa też to, że nie ma tam nachalnego moralizatorstwa o tym jak to Nancy ma gorzej, bo jest dziewczyną i przez to musi ona wszystkim coś udowodniać. Wręcz przeciwnie – jej ojciec wspiera ją w dążeniu do znalezienia testamentu, choć ostrzega ją przed potencjalnymi zagrożeniami (ta więź między córką a ojcem jest zresztą bardzo fajna). W sumie jest to zrozumiałe – to miała być lekka, łatwa i przyjemna lektura dla młodzieży. Słyszałam jednak, że książki o Nancy Drew z lat trzydziestych zostały zredagowane w latach sześćdziesiątych, aby były bardziej aktualne obyczajowo (pozbyto się z nich, na przykład, rasistowskich stereotypów), a przez to pierwotna chłopczyca Nancy stała się bardziej kobieca i zachowuje się bardziej „jak dama”. I chyba taka Nancy Drew się lepiej wpasowuje w dzisiejsze trendy feministyczne, bo jest bohaterką, która nie musi rezygnować z kobiecości, aby być zaradną, odważną i inteligentną.

Niemniej jednak czuć, że to książka dla młodszego czytelnika. I tak po prawdzie na początku wydaje się nawet trochę toporna. Jej pierwsze kilka zdań wygląda tak:

Nancy Drew, atrakcyjna osiemnastolatka, prowadziła swój nowy, granatowy kabriolet wiejską drogą. Wiozła dokumenty dla swojego ojca.

„Jak miło, że tato podarował mi samochód na urodziny” – myślała, „A poza tym podoba mi się, że mogę mu pomóc w pracy.”

Ojciec Nancy, Carson Drew, znany w ich rodzinnym mieście River Heights prawnik, często omawiał co ciekawsze spawy ze swoją jasnowłosą, niebieskooką córką.

Nancy uśmiechnęła się pod nosem i mruknęła do siebie:

– Tato polega na mojej intuicji.

Kiedy pierwszy raz to przeczytałam – zwłaszcza tę „jasnowłosą, niebieskooką” „atrakcyjną osiemnastolatkę” i to ostatnie zdanie wypowiadane przez nią do samej siebie – odniosłam wrażenie, że czeka mnie lektura pełna cringe’u (chociaż zadaję sobie sprawę z tego, że nie każdy może to tak odczuć).

Niemniej jednak im dalej w las, tym bardziej sposób podawania informacji i przedstawiania bohaterów się poprawiał. Prawda, Nancy zdarza się mówić do siebie, a i wielokrotnie przychodzi jej z pomocą Deus Ex Machina (dość często miałam wrażenie, że akurat Nancy dostała to, czego potrzebowała, aby poprowadzić śledztwo naprzód), ale czyta się to całkiem przyjemnie.

Niemniej jednak nie oszukujmy się – pewne klisze, z których dzisiejszy czytelnik zdaje sobie sprawę, bo widział je już wielokrotnie w różnego rodzaju kryminałach, będą się same nasuwać podczas lektury tej książki.

Sama zagadka jest nieco prozaiczna, biorąc pod uwagę to, że już to widzieliśmy w innych kryminałach – ot, pewien bogaty staruszek zostawił testament, w którym pieniądze dostali nie ci krewni, którzy na niego zasługiwali, ale gdzieś tam znajduje się nowy testament. Teraz trzeba tylko wyśledzić, gdzie może być, a to wymaga dowiedzenia się, kim był staruszek i co robił przed śmiercią. Brakuje tylko tego, aby został zamordowany, kiedy akurat ma miejsce w jego domu wystawne przyjęcie i aby Nancy musiała wytypować z zamkniętej grupy podejrzanych mordercę.

Bardzo dużo miejsca jest zresztą poświęcone przedstawieniu tych prawowitych spadkobierców Josaiah Crowley’a – poza Turnerównami są to młode panny Hoover (z których jedna ma talent muzyczny, który marnuje się na ich rodzinnej farmie), kuzyni Crowley’a, bracia Mathews, którzy ciężko pracują, ale marzą o dalekich podróżach; oraz kuzynka zmarłej pani Crowley, panna Rowen, która swego czasu opiekowała się staruszkiem, kiedy został wdowcem, a teraz mieszka sama i ma problemy ze zdrowiem. To są bardzo sympatyczni ludzie i kiedy porównuje się ich do rodziny Tophamów, która żyje w przepychu, źle traktuje ludzi niżej postawionych i pragnie uchodzić za elity, tym bardziej chce się, aby spadek jednak trafił do tych krewnych i przyjaciół zmarłego niż do Tophamów. Pod tym względem książka jest trochę moralizatorska, ale w sposób, który da się przełknąć bez większej żenady.

Czy jednak Tajemnica starego zegara zachęciła mnie do zapoznania się z kolejnymi tomami przygód Nancy Drew? Być może kiedyś przeczytam Zagadkę ukrytych schodów, ale nie tyle po to, aby dowiedzieć się więcej o samej Nancy, lecz dlatego, że chciałabym zobaczyć w akcji koleżanki Nancy, Bess i George, których w tej książce nie uświadczyłam. Na razie przyznaję, że główna bohaterka jest całkiem fajną postacią, ale jeszcze mnie nie porwała.

A tymczasem niebawem napiszę Wam recenzję pierwszej książki o Arsenie Lupinie.

Autor: redhatmeg

Filozof kultury, doszukujący się głębokich odniesień w najbardziej rozrywkowych filmach, książkach i serialach. Lubi analizować to, co czyta i ogląda. Ma nadzieję na wydanie książki. Przez niektórych nazywana Królową Fluffu.

Zobacz archiwum

Leave a Reply