Zaczynamy od ulubionego filmu świątecznego Polaków – Kevina samego w domu!
Za każdym razem, kiedy oglądam ten film po raz kolejny, jestem pod wrażeniem tego, jak dobrze jest zrobiony od strony technicznej.
To, że w pierwszym akcie widzimy, że Kevin jest trochę denerwującym smarkiem, ale też, że nie jest traktowany sprawiedliwie przez rodzinę.
To, że widzimy, jak zniszczone przez burze drzewo zahacza o elektrykę i jak późniejszy chaos przyczynia się do zapomnienia przez rodzinie o Kevinie.
To, że montaż, muzyka i sposób kręcenia kamery pokazują nam tak naprawdę perspektywę dziecka (co widać też w scenach, w których pojawia się Staruszek Marley).
Co więcej, dwa lata temu obejrzałam wszystkie wypuszczone do tej pory części franczyzy. I choć pierwsza i druga na zawsze pozostaną najlepszymi, każda kolejna ma coś interesującego do zaoferowania. Na przykład, Sam w domu po raz trzeci (część czwarta) dzieje się w tak zwanym „inteligentnym domu” z licznymi udogodnieniami zaawansowanej technologii i z niej Kevin niejako korzysta podczas obrony przed złodziejami; z kolei w Finnie samym w domu (części piątej) nowe domostwo tytułowego bohatera ma reputację nawiedzonego i to niejako też jest na rękę Finnowi, kiedy przychodzą rabusie. No a w Aleksie samym w domu (części drugiej) mamy niespodziewany polski akcent.
(Tylko ta ostatnia część taka niedorobiona. Mniej więcej wiem, jaki był pomysł – pokazanie, że rabusie nie są tacy źli, ale i dzieciak nie jest taki niewinny – ale jednak nie dali nam zbyt wiele powodów, aby polubić małego Maksa.)
Tak czy inaczej, pierwszy Kevin zawsze w cenie. Zabawny, nostalgiczny, trzymający w napięciu i bardzo wzruszający (choć rodzi pewne niepokojące teorie na temat tego, na kogo Kevin McCallister wyrośnie).
(Trochę o Kevinie mówię też tutaj.)
