Można powiedzieć, że jest to opowieść o… Opowieści wigilijnej. Myślę też, że wielu pisarzy poczuje bliskość z frustracją Dickensa.
Kiedy omawiałam ten film za pierwszym razem, wspominałam, że w okresie bożonarodzeniowym zawsze puszcza się jakąś wersję Opowieści wigilijnej (i w Fandomowym Kalendarzu Adwentowym też czeka nas jedna… choć nietypowa). Natomiast bardzo chciałam, aby Człowiek, który wynalazł Boże Narodzenie znalazł się w FKA, bo od kiedy dowiedziałam się o tym filmie i go obejrzałam, stał się on jednym z tych świątecznych produkcji, które lubię sobie puszczać co roku. Zwłaszcza jako pisarki, historia o procesie twórczym Charlesa Dickensa podczas pisania jego najsłynniejszej książki, fascynuje mnie.
Dickens zaczyna w bardzo nieciekawym położeniu. Jego poprzednie trzy książki były klapami, on sam ma ostatnio sporo wydatków przy remoncie domu, a wkrótce na chatę wbija mu rozrzutny ojciec, tak więc pisarz musi napisać coś, co się sprzeda. A nie ma za bardzo pomysłów. Pewnego wieczoru słyszy opowieść, którą pochodząca z Irlandii pokojówka snuje przed jego dziećmi; opowieść o tym, że w Boże Narodzenie duchy częściej się pojawiają. Potem, po wyjściu z pewnej gali, Dickens trafia na pogrzeb starego skąpca, na który przyszedł tylko jego wspólnik. Tak zaczyna mu kiełkować nowy pomysł na świąteczną książkę o duchach, ale jego wydawcy nie widzą w niej żadnej marketingowej wartości (jako że Boże Narodzenie było wtedy podrzędnym świętem). Dickens postanawia więc pójść w self-publishing.
Z jednej strony widzimy, jak różne wydarzenia i postaci zainspirują Dickensa do kolejnych elementów fabuły Opowieści wigilijnej, a nawet postaci będą do niego mówić (zwłaszcza Scrooge). Z drugiej strony są momenty, które każdy pisarz rozumie z autopsji – od frustracji spowodowanej przez to, że ktoś co chwila przeszkadza mu akurat jak ma wenę, poprzez blokadę twórczą i twierdzenie, że pewnych rzeczy jego postać nie będzie w stanie zrobić; a na zaznajamianiu się (wbrew zdrowemu rozsądkowi) z negatywnymi komentarzami na temat swojej twórczości skończywszy. Jednocześnie Dickens stawia wszystko na jedną kartę – bierze pożyczki, zatrudnia legendarnego ilustratora Johna Leecha, sprawia sobie nowy frak tylko po to, aby załatwić sobie dalsze fundusze. Naprawdę wierzy w ten projekt i chce go dokończyć, choć ma coraz mniej czasu.
Dodatkowo Człowiek, który wynalazł Boże Narodzenie wgłębia się w traumatyczne dzieciństwo Dickensa, który przez długi ojca musiał pracować w fabryce i poznał smak biedy. Teoretycznie ojciec Charlesa nie jest złym człowiekiem (nawet wpoił synowi kilka cennych lekcji) i jego obecna rozrzutność to też taka chęć sprawienia wnukom przyjemności, niemniej jednak wiele z jego zachowań przyprawia o białą gorączkę, nie tylko Dickensa, ale i widownię. Ponadto jest trochę zasugerowane, że Ebenezer Scrooge jest częścią swojego stwórcy; że Charles Dickens ma w sobie pewien mrok i pewne skąpstwo. Tak więc Dickens przechodzi podobną przemianę, co jego postać, a w związku z tym jego też odwiedzają Trzy Duchy.
