Mama Dalton wyszła z dyliżansu i skierowała się w stronę budynku sądu. Po dwóch tygodniach spędzonych w podróży chyboczącym się dyliżansem z osobnikami, którzy byli… cokolwiek zdziwieni jej obecnością (rodzinne podobieństwo Daltonów od razu rzucało się w oczy, toteż atmosfera była bardzo napięta, mimo że Mama Dalton tylko siedziała i dziergała swetry dla chłopców). Teraz więc kobieta cieszyła się, że mogła wreszcie rozprostować stare kości. Szybko jednak na jej twarzy pojawił się wyraz determinacji. Przejechała taki szmat drogi w konkretnym celu i teraz od tego celu dzieliło ją kilka metrów i zapewne parę pokoi. Nie zamierzała się jednak poddawać. Nie, kiedy jej chłopcy jej potrzebowali.
I tak oto weszła do środka. Zapytała grzecznie jakiegoś przechodnia o to, gdzie mieści się gabinet sędziego Archera, na co ów przechodzień natychmiast wydukał ze strachu, że na pierwszym piętrze, ostatnie drzwi po lewej.
– Dziękuję, młody człowieku – powiedziała z uprzejmym uśmiechem, włożyła pistolet z powrotem do torby i ruszyła przed siebie.
Wchodząc po schodach, a potem zbliżając się do celu wędrówki, raz po raz pokonywała kręcących się wokół urzędników i interesantów, którzy próbowali ją powstrzymać. Ba! – pojawił się nawet jakiś policjant, ale i jego Mama Dalton załatwiła kilkoma uderzeniami laską. Po jakimś czasie korytarz, którym szła staruszka, usiany był poobijanymi i ledwo przytomnymi mężczyznami, którzy próbowali ją powstrzymać. Wreszcie dotarła do drzwi, których szukała, i nawet było na nich napisane: „Sędzia Francis Archer”. Położyła dłoń na klamce i przekręciła gałkę.
Sędzia siedział przy biurku i pochylał się nad jakimiś dokumentami, ale kiedy tylko usłyszał skrzypnięcie drzwi, podniósł wzrok. Na widok wchodzącej bezceremonialnie do jego gabinetu staruszki, zdziwił się. Od razu ją rozpoznał, zauważyła po jego minie, wrażającej osłupienie. Uśmiechnęła się, ale natychmiast spoważniała.
– W czym… w czym mogę służyć? – Sędzia odzyskał głos. – Może zechce pani spocząć?
Wskazał otwartą ręką krzesło przed sobą. Mama Dalton podeszła do biurka, ale nie usiadła. Intrygowało ją, że sędzia Archer nie jest tak przerażony, jak być powinien. Jasne, mieszkańcy Cactus Junction z uśmiechem na ustach przyjmowali napady na ich sklepy, ale obcy, którzy natychmiast orientowali się, że mają przed sobą Daltona, od razu robili, to, co trzeba. A ten facet był nadzwyczaj spokojny. No cóż, najwyraźniej cała zabawa miała się dopiero zacząć.
Mama Dalton przeszła więc do konkretów, najpierw spokojnie, kulturalnie:
– Jestem matką czterech mężczyzn, których niedawno tak okrutnie pan rozdzielił. Żądam więc, aby pan natychmiast przeniósł ich z powrotem do jednej celi.
Sędzia Archer uśmiechnął się i oparł brodę na rękach.
– Przykro mi, pani Dalton – zaczął – ale nie mogę tego zrobić.
– Jak to: nie możesz?! – zdziwiła się i jej ton zmienił się nagle w bardziej gwałtowny. – Wiesz, co może spotkać moich synków, kiedy są rozdzieleni?!
– Ach, tak? – Podniósł brew. – Niech mi pani powie.
Coraz bardziej denerwowało ją jego zachowanie. Dlatego skoczyła na biurko i spojrzała sędziemu w oczy. Osaczony tak nagle Francis Archer wbił się w fotel i milczał.
– Nie pogrywaj ze mną, Archer! Mimo że jestem już stara, wciąż mogę ci sprać tyłek i wpakować kulkę.
Ku zdumieniu sędziego jej twarz przybrała bardziej zrozpaczony wyraz. Mama Dalton zeskoczyła z powrotem na podłogę i zaczęła chodzić w tę i we w tę.
– Moje dzieciaczki, moi biedni, mali chłopcy… – powiedziała cichym tonem. – Jak oni sobie poradzą tak całkiem sami? – Nagle się zatrzymała i spojrzała na sędziego smutnymi oczami. – Mój mały Averellek, czy on się będzie dobrze odżywiał? – I znów zaczęła swój spacer po pokoju.
– Ależ, pani Dalton, przecież jak dotąd więzienny wikt mu dobrze służył – odparł sędzia, który postanowił nagle uspokoić zdenerwowaną matkę czterech skazańców. – Słyszałem nawet od naczelnika więzienia w Sundance, że zaopatrują się tylko w breje bogate w wartości odżywcze.
– A co jeśli William i Jack nie będą się ciepło ubierać? Przecież oni są tacy delikatni…
– San Quentin i Yuma są bardzo ciepłe o tej porze roku. Podejrzewam, że pani chłopcy zdążą się jeszcze opalić.
Ona jednak nie przestawała spacerować po gabinecie i się zamartwiać.
– Moje biedne maleństwa… Aż ciarki mnie przechodzą na myśl, co może się stać z moimi pączuszkami w tych zapyziałych więzieniach.
Sędziemu Archerowi było poniekąd żal Mamy Dalton. Szczerze martwiła się o swoich synów, jak każda matka, której dziecko siedzi w więzieniu. A ta konkretna matka musiała wiele wycierpieć przez swoje cztery niereformowane pociechy. Czy to jej wina, że Daltonowie są tacy, jacy są? Co prawda, słyszał o niej jakieś plotki jakoby sama to i owo zrobiła, ale przecież to tylko biedna wiejska starowinka. Pewnie nawet boi się broni. Jak ta zatroskana kobieta mogłaby być jakąś bandytką?
– No cóż… – zaczął powoli znów ją uspokajać. – Jak dotąd radzili sobie całkiem nieźle w więzieniu w Teksasie.
Poza tym mogli wcale nie popełniać tych wszystkich przestępstw – dodał w myślach.
– Nie rozumiesz, sędzio. Teraz, kiedy nie są razem – a zwłaszcza, kiedy nie ma z nimi Joe – teraz są narażeni na niebezpieczne wpływy. Mogą zacząć słuchać kazań kapelanów, brać udział w zajęciach resocjalizacyjnych i kopać całe dnie kamienie, nie myśląc nawet o ucieczce. A co najgorsze mogą stać się… stać się…
Słowa uwięzły jej w gardle. Ta myśl była zbyt straszna, zbyt rozdzierająca jej kruche, matczyne serce. Ale sędzia Archer domyślił się, co chciała powiedzieć, i z lekkim uśmieszkiem dokończył:
– Porządnymi obywatelami?
Rzuciła mu szybkie, chłodne spojrzenie.
– Tak, właśnie – odpowiedziała. – Toż to byłby wstyd na całą rodzinę. Jak ja bym mogła spojrzeć w oczy sąsiadkom?
Czar prysł. Mama Dalton okazała się jednak nie być tym, za kogo ją miał. I tak, to była – w jakimś stopniu – jej wina, że Joe, William Jack i Averell byli tacy, jacy byli. W tej rodzinie najwyraźniej gloryfikowało się zbrodnię, a on nie zamierzał tego popierać.
– Widzisz więc, sędzio – znów na niego popatrzyła – musisz pan ich zebrać z powrotem w jednym więzieniu. Nie proszę, aby pan ich od razu wypuszczał. Wystarczy, że wszystko będzie tak jak przed ogłoszeniem tego głupiego wyroku.
– Rzecz w tym, że nie mogę tego zrobić, pani Dalton.
– A tam, „nie możesz”… Po prostu nie chcesz pomóc.
– To też – dodał z uśmiechem, ale zaraz spoważniał. – Rzecz w tym, że nie da się tak po prostu anulować jednego wyroku. Można co najwyżej poprosić wyższą instancję o odwołanie się od niego.
– To znaczy? – spytała.
– Termin do wniesienia apelacji wynosi 14 dni i biegnie dla każdego uprawnionego od daty doręczenia mu wyroku z uzasadnieniem. Nie jest pani osobą do tego uprawnioną, bo nie jest pani stroną postępowania. A biorąc pod uwagę, że mamy czwartek, godzinę – spojrzał na wiszący na ścianie zegar, po czym dodał: – trzecią trzydzieści, a wyrok wydałem dwa tygodnie temu w czwartek, dokładnie o trzeciej, wychodzi więc na to, że nie może pani już wnieść apelacji.
W pierwszej chwili Mama Dalton nie wyglądała na kontentą. Potem jednak uśmiechnęła się szeroko, a jej uśmiech przywołał sędziemu na myśl zadowolonego z siebie Joego Daltona.
– Do widzenia, panie sędzio.
Archer miał przeczucie, że knuła coś niedobrego, ale nic nie powiedział i podniósł tylko brew.
Kiedy Mama Dalton znalazła się znów na korytarzu i zamknęła za sobą drzwi do gabinetu, ku swemu zdumieniu spotkała Lucky Luke’a. Spoglądali na siebie przez dłuższy czas, a potem na twarzy Mamy Dalton pojawił się kolejny uśmieszek.
– Podsłuchiwałeś, Luke?
– Poniekąd – stwierdził i spojrzał w bok, po czym jego wzrok znów skierował się na stojącą przed nim staruszkę. – Szkoda, że nie przyszliśmy wcześniej, pan Dalton. Chętnie pomógłbym pani synom z napisaniem odwołania.
– To już nie ma znaczenia, Luke – powiedziała i zaczęła iść przed siebie. Kowboj ruszył za nią, a ona ciągnęła: – Jeśli zawiodą legalne sposoby, zawsze można użyć nielegalnych. A akurat w tym Daltonowie są dobrzy.
Mężczyzna zatrzymał się nagle na te słowa. Zamiast nadal towarzyszyć Mamie Dalton w jej przechadzce po budynku sądu, wodził za kobietą wzrokiem. A potem uśmiechnął się do swoich myśli.
Lucky Luke wkroczył do teksańskiego więzienia, nie wiedząc czego właściwie się spodziewać. Od pamiętnego rozdzielenia Daltonów minęły dwa miesiące. W tym czasie mogło się wydarzyć prawie wszystko. I tak po prawdzie Luke był bardzo ciekaw tego jak rozłąka z braćmi wpłynęła na Joe. Jak go znał, chłopak zapewne przez pierwsze kilka dni skakał ze złości, niszczył jedyne meble w swojej celi, czyli łóżka, i wyżywał się na swoim współlokatorze (jeśli mu jakiegoś przydzielono), ale kto wie jak wyglądał teraz? Czy był wściekły? Drażliwy? Załamany?
Naczelnik przywitał Luke’a swoim szerokim uśmiechem i osobiście poprowadził go przez korytarze do celi Joego. Kowboj już otworzył usta, ale naczelnik uprzedził jego pytanie:
– Ciekawi cię zapewne jak trzyma się Joe Dalton.
– Po to przyszedłem.
Na twarzy naczelnika pojawił się wyraz zakłopotania. Szybko jednak wyprostował się i oznajmił:
– No cóż. Na początku cały czas wariował, był agresywny i się rzucał. Teraz też tak jest, ale Joe głównie siedzi w celi cicho, jak mysz pod miotłą. Nawet podczas ciężkich robót ledwo jest w stanie trzymać w rękach kilof.
– Próbował uciec? – spytał Luke.
– Chyba tak, ale po jakimś czasie zrezygnował.
– Tak po prostu? – zdumiał się kowboj, a naczelnik tylko przytaknął głową.
Luke znał Joego. Spodziewał się raczej, że bandyta od razu weźmie się za jakiś plan ucieczki – wykopie tunel, wynajdzie jakąś lukę prawną, zrobi cokolwiek, aby wyjść. Zwłaszcza biorąc pod uwagę obecną sytuację. Luke nie wiedział, co o tym myśleć. Czy Joe coś kombinował? Miał na podorędziu jakiś plan i czekał na odpowiednią chwilę, aby wprowadzić go w życie? A może szukał jakichś wspólników, aby wykonali za niego brudną robotę? Przecież to niemożliwe, aby tak po prostu siedział i nic nie robił. Joe Dalton był wulkanem energii i całkiem niezłym strategiem. Może niekoniecznie Napoleonem, ale nie można było powiedzieć o nim, że jego plany nie były całkiem zmyślne. Ktoś taki jak on nie mógł tak po prostu się poddać.
Kiedy jednak Luke dotarł do jego celi i zajrzał przez okratowane okienko do środka, zdał sobie sprawę z tego, że prawda była daleka od jego przewidywań. Joe Dalton – Joe Dalton – leżał na swoim łóżku, twarzą do ściany. Luke rozejrzał się po celi. W rogu, tak po prostu, stał wyciągnięty z podłogi kamień, a w miejscu, w którym powinien się znajdować, była wykopana dziura, jednak po jej płytkości i po rzuconej niedbale łyżce, kowboj wywnioskował, że Joe nie tylko porzucił zamiar ucieczki tunelem, ale i nie obchodziło go, czy zostanie odkryty, czy nie.
– Ciekawe… – powiedział sam do siebie Luke, Joe tymczasem wytrzeszczył oczy i podniósł się nieznacznie, słysząc znajomy głos. Kowboj od razu zauważył nagłe poruszenie bandyty i zwrócił się do naczelnika: – Proszę zostawić nas samych.
– Tak jest, panie Luke – odparł naczelnik i po chwili szedł korytarzem przed siebie, aby niebawem zniknąć za zakrętem.
Joe wstał z łóżka, odwrócił się i, przyglądając się Luke’owi chłodno, podszedł do drzwi celi.
– Czego chcesz, Lucky Luke?
– Nie próbujesz uciec, Joe?
– Nie pogrywaj ze mną, Luke! – wykrzyknął najstarszy z Daltonów. – Przyszedłeś tutaj napawać się zwycięstwem?! A może chciałeś zobaczyć jak Joe Dalton upada na duchu?! Taki jesteś dobry i sprawiedliwy, a nie kiwnąłeś nawet palcem, kiedy ich zabierali! Stałeś z boku i pozwoliłeś, aby rząd rozdzielił rodzinę!
– Wyluzuj, Joe – odpowiedział spokojnym tonem Luke.
Ale to tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło Joego. Jak ten świętoszkowaty harcerzyk śmiał wypowiadać te słowa? Jak on śmiał choćby próbować go uspokoić?
Bandyta od razu przemówił cichym, ale pełnym nienawiści i gniewu tonem:
– Tylko Jack i William mogą mi mówić, abym się wyluzował. Nikt inny, tylko oni, rozumiesz, Luke?
– Nie przyszedłem cię poniżyć, Joe – odparł Luke. – Przynoszę wieści o twoich braciach.
Twarz Joego złagodniała, przybierając zdumiony wyraz.
– Wiesz coś o nich? Co z nimi?
Czy to prawda, czy tylko sztuczka? Czy Lucky Luke miał powód, aby go okłamywać? Joe tak długo nie otrzymywał żadnych informacji o braciach, że był gotowy usłyszeć o nich cokolwiek od kogokolwiek. Nawet od swojego najgorszego wroga.
– Spokojnie, Joe, zaraz ci wszystko opowiem. Usiądź, to trochę potrwa.
Joe jeszcze przez chwilę przyglądał się Luke’owi w milczeniu, po czym usiadł przy ścianie, oparł się o nią i, rzucając Luke’owi kolejne nieprzychylne spojrzenie, powiedział:
– Mów.
Lucky Luke zastanawiał się, czy dobrze robi, ale przypomniał sobie swoje niedawne spotkanie z Mamą Dalton i postanowił wprowadzić swój plan w życie. Zresztą – to, co zamierzał przekazać Joemu, nie było znów takie dalekie od prawdy.
Odwrócił się tyłem i oparł o drzwi do celi.
– Najpierw wybrałem się do Yumy, sprawdzić jak radzi sobie William. Miasto leży w Arizonie, która jest bardzo gorąca o tej porze roku. Kiedy zajechałem do więzienia, tamtejszy naczelnik zaprowadził mnie do Williama, przy okazji opowiadając mi o samym więzieniu. Wiedziałeś, że mają tam bibliotekę?
– Ale co z Williamem? – spytał zniecierpliwiony Joe.
– Akurat, kiedy przybyłem do Yumy, odbywał karę za złamanie regulaminu. Nie za bardzo wiem, co się stało, ale zamknęli go w izolatce, aby się uspokoił. Chciałem z nim porozmawiać, więc naczelnik wyjątkowo pozwolił mi do niego wejść.
– I co ci powiedział William?
– Na początku był tak samo nieufny jak ty, ale kiedy powiedziałem mu, że potem będę również u Jacka, Averella i ciebie, i że w związku z tym, mogę przekazać wam jakąś wiadomość od niego, stał się bardziej otwarty. Powiedział mi, że upał jest nie do zniesienia; że po jednym dniu myślał, że oszaleje albo się usmaży. Miał nadzieję, że kiedy wreszcie trafi do izolatki, będzie mu chłodniej, jednak ona okazała się nie tylko tak samo gorąca jak reszta więzienia, ale również po dłuższym czasie siedzenia w kompletnych ciemnościach, William zaczął się bać.
– Bać?! – wrzasnął Joe. – Nie bądź śmieszny, Luke! Daltonowie niczego się nie boją!
– Wybacz, źle się wyraziłem – odparł z lekkim uśmiechem kowboj, po czym dodał nieco poważniej: – Chodziło mi o to, że czuje się nieswojo, siedząc tak sam, po ciemku i w upale. W dodatku słyszał od innych więźniów, że ludzie umierają tam na skutek gruźlicy, a kiedy ktoś próbuje uciec, to zostaje zastrzelony. Kazał ci przekazać, że bardzo tęskni i że chciałby znaleźć się znów w jednej celi z tobą.
Luke odwrócił się na moment, aby przyjrzeć się Joemu. Najstarszy z braci Dalton wyglądał na zamyślonego. Najwyraźniej rozważał właśnie, co przed chwilą usłyszał. Luke znów popatrzył przed siebie i zaczął mówić dalej:
– Potem wybrałem się do więzienia San Quentin, gdzie przetrzymywany jest Jack. Kiedy powiedziałem naczelnikowi, że go szukam, zaprowadził mnie do lazaretu. Po drodze wytłumaczył mi, że dzień przed moim przyjazdem, Jack został pobity przez dwóch współwięźniów.
– Że co?! – krzyknął Joe. – Kto się ośmielił zaatakować Daltona?!
Luke mógłby wyjawić Joemu, kim byli napastnicy Jacka, ale nie byłoby to dobre posunięcie. Nie tylko dlatego, że Joe mógłby zechcieć ich potem zabić.
– Nie zrobili mu jakiejś wielkiej krzywdy. Dostał w zęby i nabawił się kilku skaleczeń, ale tak poza tym jego życiu na razie nic nie zagraża. Zresztą Jack jest twardy, przecież wiesz – oznajmił kowboj. – Tak czy inaczej, pozwolono mi z nim pomówić. Chcesz się dowiedzieć, co mi powiedział?
– A jak myślisz, Luke? Oczywiście, że chcę.
Luke znów się uśmiechnął, aby zaraz potem spoważnieć.
– Jack powiedział mi, że inni więźniowie się z niego śmieją…
– Co takiego?! – wrzasnął znowu z oburzeniem Joe. – Życie im chyba niemiłe, skoro ośmielają się drwić z Daltonów!
– Mówią, że bez ciebie nie jest już taki twardy; że osobno Daltonowie nic nie znaczą. W końcu Jack nie wytrzymał i rzucił się na nich. Właśnie w taki sposób doszło do tego, że go pobili. Teraz czuje się o wiele lepiej, ale żałuje, że ciebie tam nie było, bo ty byś im pokazał.
– O, na pewno – powiedział bandyta i uderzył trzy razy prawą pięścią w otwartą lewą dłoń. – Już ja bym nauczył tych idiotów szacunku dla naszego nazwiska.
– Na końcu zawitałem do Wyoming – ciągnął dalej Luke, wyrywając Joego z jego zabójczych myśli. Nawet nie zaglądając do celi, kowboj wiedział, że najstarszy z braci Dalton właśnie zamienił się w słuch. Po chwili Luke dodał: – Do więzienia w Sundance, gdzie swój wyrok odsiaduje Averell.
Przez chwilę Joe zastanawiał się, czy chciał usłyszeć to, jak sobie radzi jego najmłodszy brat. Akurat jeśli chodzi o Averella, to nie martwił się o niego prawie wcale. Averell – mimo że nie był zbyt bystry – zawsze miał szczęście i zawsze był traktowany jako ten najmniej groźny z Daltonów. Zresztą i tak pewnie siedział cicho i żył od posiłku do posiłku. Na pewno wszystko było z nim dobrze.
Jednak Lucky Luke miał mu do przekazania zupełnie inne wieści.
– Nie musiałem go zbyt długo szukać, bo akurat tłukł kamienie na dziedzińcu – zaczął spokojnie kowboj. – Tamtejszy naczelnik poinformował mnie, że Averell spędza całe dnie na pracy. Nie rozmawia z innymi więźniami, tylko rozbija kamienie, jakby nie miał nic innego do roboty. Na początku dyrekcji Sundance to się nawet podobało, ale po jakimś czasie zaczęło to ich niepokoić. Averell nie tylko nie chce wracać do celi po ogłoszeniu końca pracy, ale też opuścił kilka posiłków…
– Zaraz, zaraz – przerwał mu nagle Joe i aż podniósł się na równe nogi. Luke od razu na niego spojrzał. – Chcesz mi powiedzieć, że Averell, Averell nie tylko nie rzuca się na cokolwiek, co mógłby zjeść, ale i z własnej, nieprzymuszonej woli opuszcza posiłki?
– Też byłem zdziwiony – oznajmił poważnym tonem kowboj. – Ale naczelnik więzienia w Sundance zarzekał się, że to prawda i że jedyne, na czym Averell się teraz skupia, to tłuczenie kamieni. Niemniej jednak na mój widok przerwał pracę i się rozpromienił.
– No, jasne. – Joe przewrócił oczami. – Ten kretyn zawsze cieszy się z głupich powodów.
– Tym razem miał bardzo ciekawy powód. Od razu kiedy do niego podszedłem zapytał mnie, czy może już do was wrócić. – Lucky Luke przerwał i zajrzał do celi. Na twarzy Joego pojawiło się zaskoczenie. Luke kontynuował: – Najwyraźniej Averell szczerze wierzy w to, że jeśli się będzie dobrze sprawował, wyrok zostanie anulowany i znowu traficie wszyscy do jednej celi.
Kowboj przyglądał się bandycie za kratkami, z ciekawością oczekując na jego reakcję. W pierwszej chwili Joe złapał się za włosy i wydał z siebie pomruk wściekłości.
– Kretyn, kretyn, kretyn! – zawołał, przechadzając się z kąta w kąt. – Skąd on bierze takie durne pomysły to ja naprawdę nie wiem…
Wydał z siebie głębokie westchnienie, po czym opadł na podłogę. Przez chwilę siedział nieruchomo, spoglądając w przestrzeń, a potem przeniósł wzrok na Luke’a i zapytał:
– Jak on się teraz czuje?
To pytanie było tak niezgodne z charakterem Joego, tak bardzo odbiegało od jego typowego twardego zachowania, że Luke miał wrażenie, że ma przed sobą kogoś innego. Co prawda już wcześniej podejrzewał, że ten ktoś jest wewnątrz Joe Daltona i potrzebował tylko odpowiedniego bodźca, aby się ujawnić. Wystarczyło, że William, Jack i Averell zostaną mu odebrani, a w Joe odezwie się instynkt starszego brata.
Poniekąd świadomość, że Joe ma również taką twarz napawała Luke’a otuchą.
– Wyglądał na zmęczonego – odpowiedział na pytanie bandyty. – Wymusiłem na nim, aby zjadł przy mnie obiad, ale nie jestem pewien, czy po moim wyjeździe jada regularnie. W każdym razie – nagle zmienił temat – czy jest coś, co chciałbyś, abym przekazał twoim braciom?
– Mam tylko jedną wiadomość do przekazania – oświadczył zdecydowanym tonem Joe.
Podniósł się na równe nogi, podszedł do drzwi, podskoczył, po czym chwycił się krat i oparł nogi o drzwi. Teraz on i Luke patrzyli sobie w oczy, a wzrok Joego był chłodny i pełen determinacji, kiedy bandyta oznajmił:
– Powiedz to naczelnikom Sundance, San Quentin i Yumy, a także każdemu więźniowi, który tam siedzi: Jeżeli usłyszę, że moim braciom spadnie chociaż włos z głowy, ten kto ich tknie, będzie musiał stawić czoła gniewowi Joe Daltona.
A skoro już do tego doszło – dodał w myślach – niech się strzegą, bo nadchodzę.
– Przekażę im twoje pozdrowienia – odparł spokojnie Luke i nawet się uśmiechnął. – Bywaj, Joe.
Odszedł, ale wiedział już, że tym razem ze zniecierpliwieniem będzie oczekiwał na wiadomość o ucieczce Joego.
Jego kroki odbijały się jeszcze przez jakiś czas po korytarzu, aż w końcu Joe mógł usłyszeć tylko ciszę. Zamyślił się i ścisnął pięści na kolanach. Przez cały ten czas, od kiedy został sam w teksańskim więzieniu, miał złe przeczucia. Wiele razy (właściwie bez przerwy) rozmyślał o swoich braciach; o tym, co muszą przeżywać bez niego i o tym, jak sobie radzą. Teraz był już pewien, że nie radzą sobie wcale.
Jednocześnie wielokrotnie słyszał w głowie słowa matki.
Joe, jesteś mózgiem rodziny. Musisz chronić swoich braci. Ciężko cię było wychować, Joe, lecz właśnie ty jesteś najbardziej podobny do swego biednego ojca… Dlatego zawsze miałam do ciebie słabość… Nie mogę znieść myśli o moich dzieciach oddalonych od siebie. Twoi bracia w więzieniu mogą ulec różnym wpływom i obawiam się, że źle skończą…
Dokładnie pamiętał ten dzień, kiedy, bawiąc w Cactus Junction, William, Jack i Averell wpadli w pułapkę, a on był na nich tak wściekły, że nie zamierzał im pomagać. Wtedy ona – Mama Dalton – do niego przemówiła. Przypomniała mu, co jest ważne i jakie są jego obowiązki. W ciągu tych dwóch miesięcy słyszał te słowa o wiele częściej i za każdym razem miał wrażenie, że tym razem matka przemawia do niego z wyrzutem. Zresztą, teraz zapewne przeżywała katusze. Nie udało jej się przekonać sędziego do anulowania wyroku, Jej dzieci były z dala od siebie i ona nie mogła nic z tym zrobić.
Podniósł się na równe nogi i popatrzył w stronę napoczętego jakiś dzień po rozłące z braćmi tunelu. Nagle poczuł jak wstępują w niego nowe siły. William smaży się w izolatce, Averell się głodzi, a Jack jest pośmiewiskiem współwięźniów. Wszyscy trzej potrzebują pomocy. Nigdy wcześniej nie potrzebowali jej tak bardzo jak teraz, a on zmarnował już stanowczo zbyt dużo czasu. Dlatego właśnie Joe chwycił leżącą opodal łyżkę, podszedł do dziury w podłodze i zaczął kopać.
Nocą, w ciemnościach celi słyszał wielokrotnie ich krzyki z tamtego dnia. Ich błagania, zanoszone do niego – ich starszego brata i przywódcy.
Zrób coś, Joe! Błagam cię, zrób coś!
Puśćcie mnie! Joe! Joe!
Joe, powiedz im coś!
Wtedy napawały go bezsilną złością, teraz były dla niego jak łyk bardzo mocnej gorzały – dodawały mu sił i rozjaśniały umysł. Już niebawem znów ich zobaczy. Dzieliło go od nich kilkadziesiąt machnięć łyżką, pięć stanów i paru strażników, ale zobaczy ich i wyciągnie z więzienia. A wtedy znów będą rodziną.
Lucky Luke siedział na grzbiecie Jolly Jumpera i ze zbocza przyglądał się z góry więzieniu przez lunetę. Próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek podczas swojej długiej kariery stróża prawa zdarzało mu się czekać na to, aż Daltonowie uciekną z więzienia. I jedyny taki przypadek, jaki przychodził mu do głowy, to ta historia ze ślubem Mamy Dalton. Tak czy inaczej, była to też sprawa rodzinna. Luke nawet cieszył się, że dla odmiany będzie dostarczał jej pociechy na ważną uroczystość, zamiast po prostu prowadzić je znów do więzienia (chociaż spodziewał się, że Joe spróbuje coś wyciąć).
Wtedy po prostu miał ich dostarczyć na wesele w ramach przepustki i wiedział, że sensowniej będzie poczekać, aż sami wykopią tunel niż wejść do więzienia i ich odebrać. Wtedy spodziewał się, że wyjdą wszyscy czterej. Wtedy nie musiał zbyt długo czekać, bo przecież co cztery kopiące łyżki to nie jedna. Pamiętał też, że wtedy również wisiał na niebie księżyc, chociaż był ranek.
Teraz jednak sytuacja była inna. Luke w napięciu wypatrywał w nocy wyskakującej z tunelu małej, pojedynczej postaci. Wiedział, po prostu czuł, że lada chwila Joe Dalton dokona kolejnej brawurowej ucieczki z więzienia w Teksasie, a on – Lucky Luke – nie tylko na nią czekał, ale też nie zamierzał mu w niczym przeszkadzać.
– No dalej, Joe – powiedział do siebie i opuścił lunetę, aby dać trochę odpocząć ramionom. – Musisz tylko uciec.
– Co się tak niecierpliwisz, kowboju? – zapytał Jolly Jumper. – Wiesz, że to więzienie jest bardziej dziurawe niż sito, do którego strzelano.
– Po prostu im dłużej mu to zajmuje, tym bardziej martwię się, że coś poszło nie tak. Na przykład, że akurat dzisiaj naczelnik postanowił bardziej się przyłożyć do pilnowania swojego najbardziej kłopotliwego osadzonego.
– To rzeczywiście byłaby ironia losu, gdyby ten jeden raz, kiedy liczysz na jego niekompetencję, zmądrzał. Ale nie od dziś wiemy, kowboju, że ludzie to idioci i że czasem to nawet dobrze.
Luke ponownie podniósł lunetę i skierował ją na więzienie. I otóż wreszcie jego cierpliwość popłaciła: dostrzegł kilka metrów od wejścia do więzienia otwierającą się dziurę. Po chwili wychynęła z niej głowa Daltona. Zaraz potem Joe wydostał się całkowicie na powierzchnię. Odrzucił na bok łyżkę, a następnie pobiegł w siną dal. Nie miał przy sobie niczego – żadnych zapasów, broni ani narzędzi – niczego, poza pasiakami i determinacją na twarzy.
Lucky Luke uśmiechnął się do swoich myśli i schował lunetę do torby.
– Brawo, Joe – powiedział i chwycił lejce Jolly’ego. – Teraz my zajmiemy się resztą.
Przez następne kilka tygodni Lucky Luke był aniołem stróżem Joe Daltona na pustyni. Dyskretnie zaprowadził go najpierw do zniszczonego dyliżansu (użyczonego samotnemu kowbojowi przez Wells Fargo, bo pojazd już i tak miał wypaść z obiegu), przy którym stał koń i w którym leżały świeże ubrania, pełna manierka i dość jedzenia, aby wystarczyło mu do najbliższego miasta. Następnie dbał o to, aby bandyta bezpiecznie przedostał się z Teksasu, przez Nowy Meksyk do Arizony, dbając o to, aby zwykli wędrowcy, Indianie i inni podróżnicy go nie zauważyli. Czasami było to nieco trudne, bo Joe bywał głośny i wpadał na głupie pomysły, ale jednak udało się go przeprowadzić przez dwa stany bez zdradzania się.
Co ciekawe, kiedy Joe trafiał do jakiegoś miasta, nie przechodził do okradania banku, tylko ukrywał się w stodołach, aby odpocząć, uzupełnić zapasy i wymienić konia na świeżego (w pierwszym mieście jednak zaopatrzył się w broń palną i amunicję). Tak jak Luke podejrzewał, teraz Joe Daltona zaprzątała tylko myśl o braciach i nie interesowała go forsa.
Tak czy inaczej, wkrótce dotarli na miejsce. Joe ujrzał w oddali więzienie w Yumie, a Lucky Luke wraz z Jolly Jumperem przyglądali się mu z pobliskiej skały i czekali na jego kolejny ruch.
