Site icon Planeta Kapeluszy

Wakacyjne Wyzwanie – krótka notka o „Miasteczku Pleasantville”

Advertisements

No i gdzie mnie ten Oscar wysłał? Do jakiejś dziwnej mieściny, gdzie wszystko jest czarnobiałe, ciągle świeci słońce, a ludzie utknęli w latach pięćdziesiątych? Przecież tutaj nie ma nic ciekawego!

Zaraz, co tu robią Elle Woods i Peter Parker? I dlaczego wszystko nagle robi się kolorowe? I dlaczego mam nagle dejavu z WandaVision?

No tak, będzie się działo…

A wszystko zaczyna się od dwójki rodzeństwa – interesującej się głównie chłopakami Jennifer, oraz nieśmiałego Davida. Tak się składa, że ich matka zamierza wyjechać z młodszym kochankiem na weekend, tak więc brat i siostra mają już kolidujące ze sobą plany – ona chce wraz z chłopakiem oglądać koncert w MTV, a on zamierza oglądać maraton swojego ukochanego serialu z lat pięćdziesiątych, Pleasantville. Podczas szamotaniny Jennifer i David doprowadzają do uszkodzenia pilota, ale to nic nie szkodzi, bo nagle pojawia się technik, w dodatku wielki fan Pleasantville. Będąc pod wrażeniem wiedzy Davida, technik oferuje mu nowego pilota, który przenosi rodzeństwo do świata serialu – od teraz David i Jannifer zajmują miejsce Buda i Mary-Sue, czyli nastoletnich dzieci głównej rodziny z serialu. Technik mówi im, że pozwoli im żyć w idyllicznym świecie Pleasantville przez dwa tygodnie, co się im niespecjalnie uśmiecha. Niemniej jednak z czasem obecność obcych powoduje poważne zmiany w życiu mieszkańców tytułowego miasta.

Widziałam już kilka historii o tym, jak bohaterowie zostają uwięzieni w sitcomie albo starym filmie i zazwyczaj stoi za tym chęć ucieczki od problemów do świata, który zwykle jest prostszy, a każdy problem zostaje raz-dwa rozwiązany. Zazwyczaj też jest tak, że aby się uwolnić, trzeba doprowadzić historię do końca, chociaż już przy przybyciu do serialu/filmu bohaterowie doprowadzili niechcący do poważnych zmian w fabule (tutaj kłania się, na przykład, pierwszy Teen Beach Movie). Ale ostatnimi czasy widzę też inne podejście do tego motywu, a mianowicie – pokazanie, jak takie zamknięte w konkretnej formule życie może być opresyjne nie tylko dla kogoś z zewnątrz, lecz także dla postaci w samym filmie/sitcomie. Tak było we wspomnianym przeze mnie WandaVision i tak było też w odcinku Quack Pack! rebootu Kaczych Opowieści.

No, ale miałam pisać o Miasteczku Pleasantville

Już w pierwszej scenie filmu raczy nas się reklamą maratonu Pleasantville, która ma pokazywać główny powab tego serialu – to, że jest to klasyczny sitcom z lat pięćdziesiątych, pokazujący szczęśliwą rodzinę z prostymi problemami; oraz miasto, gdzie wszyscy są uśmiechnięci. To serial o amerykańskiej rodzinie nuklearnej, która codziennie jada obfite posiłki i jest ze sobą zżyta. Tymczasem matka Davida szlaja się z młodszym mężczyzną, ojciec prawdopodobnie nie żyje albo odszedł, a siostra jest dla niego ciągle wredna. Biorąc pod uwagę to wszystko, trudno się dziwić, że David jest wielkim fanem serialu – prawdopodobnie sam chciałby żyć w tym prostym i radosnym świecie.

Ciekawe jest jednak to, że kiedy wreszcie tam trafia, nie ma tam sceny, w której zachwyca się światem ukochanego sitcomu. Wręcz przeciwnie – pewne rzeczy go niepokoją (jak wszystkie celne strzały do kosza szkolnej drużyny) i stara się nie odchodzić od scenariusza i nie wprowadzać zamieszania… co jest trochę trudne, bo nie tylko Jennifer się go nie słucha, ale też jego własne działania sprawiają, że wybity z rutyny szef jego postaci nie wie, co ze sobą zrobić.

I trzeba przyznać, że Miasteczko Pleasantville świetnie operuje obrazem jako formą opowiadania historii. Ten film najbardziej znany jest z tego wątku koloru, który pojawia się nagle w czarnobiałym świecie, ponieważ postaci odchodzą od rutyny i robią rzeczy, na które nie pozwoliłby Kodeks Haysa. Czerń i biel oznaczają moralność lat pięćdziesiątych i pozorną perfekcyjność Pleasantville; kolor zaś to wprowadzenie czegoś, co jest prawdziwe i ludzkie. Wraz z nim zaś przychodzą do miasteczka rzeczy, które też są prawdziwe (jak chociażby deszcz, burze czy pożary). I po jakimś czasie w zasadzie czekałam, aż pewne postaci zaczną nabierać kolorów i oświetlenie w niektórych scenach padało tak, że myślałam sobie: „O, policzek Davida już się robi różowy!”, ale potem okazywało się, że to jednak nie pora.

Łatwo się w kolorze i reakcji na niego doszukać różnych metafor (np. w tym, że w pewnym momencie w sklepach pojawiają się znaki: „Kolorowych nie obsługujemy”; i że dochodzi do palenia książek). I widzicie, lata pięćdziesiąte zdają się mieć w umyśle Amerykanów właściwie dwa oblicza: idylliczne, nostalgiczne czasy, w których wszystko było prostsze i ładniejsze; a jednocześnie zacofane, niemalże purytańskie w swej obyczajowości czasy, w których mniejszości miały ograniczone prawa i panoszył się makkartyzm. Mam wrażenie, że Miasteczko Pleasantville próbuje również w pewien sposób rozprawić się właśnie z tą nostalgiczną wizją lat pięćdziesiątych.

Oscar powiedział mi w ogóle, że to jego ulubiony film i w sumie się nie dziwię: poza tym, że jest to utwór, który najlepiej rozwija ten motyw osób uwięzionych w sitcomie i wpływających na fikcyjny świat, ma w sobie pewien wdzięk, który sprawia, że lekcja o eskapizmie nie wydaje się nachalna. Pewnie gdybym obejrzała ten film jeszcze kilka razy, mogłabym doszukać się jeszcze kilku różnych smaczków i napisać o nim cały artykuł, ale nie wiem, czy Oscar byłby na to gotowy.

Ale, ale, tak się składa, że dzisiaj są urodziny Oscara Readmore! Dlatego życzę mu wszystkiego najlepszego, pogody ducha, siły na przyszłość i powodzenia w nadchodzących przedsięwzięciach! Oscar może się też pochwalić tym, że niedawno jego praca pojawiła się w Imaginarium wielkopolskim, tak więc (poza tym, co już Wam kiedyś polecałam), jeśli natraficie na ten magazyn, obczajcie sobie opowiadanie Burzowe monstrum!

(Nawiasem mówiąc, kiedy ja zwiedzałam Pleasantville, Oscar trafił do Roswell z moimi ukochanymi goblinami.)

Exit mobile version