Uwaga, w tekście znajdują się małe spoilery do pierwszego i drugiego sezonu 1670.
Nadszedł Dzień Niepodległości! Z tej okazji w tym roku postanowiłam sprawdzić netfliksowe 1670 – polską produkcję, która swego czasu zrobiła furorę, a niedawno miał premierę jej drugi sezon.
Mam wśród znajomych wielu fanów tego serialu, ale znam też ludzi, którzy nie byli w stanie go oglądać. Sama przez dłuższy czas unikałam go, ale tu i tam słyszałam o nim kilka rzeczy, które wzbudziły moje zainteresowanie. W końcu doszłam do wniosku, że 11 listopada to idealny moment, aby przyjrzeć się 1670.
Jakie 1670 jest, każdy widzi: mamy sarmacki folwark z rodziną Adamczewskich – marzącym o wielkości ojcem Janem Pawłem, pobożną matką Zofią, nie zainteresowanym sprawami folwarku najstarszym synem Stanisławem, młodszym synem księdzem Jakubem oraz świadomą społecznie córką Anielą – i mamy chłopów, w tym przybyłego z Litwy pomocnika kowala Macieja. A jeszcze Adamczewscy biorą pod swój dach zubożałego szlachcica i brata Zofii, Bogdana. Większość odcinków opiera się na tym, że w folwarku coś się dzieje, a Jan Paweł próbuje to wykorzystać do swoich celów, nawet jeśli nie ma zielonego pojęcia o tym, co robi.
Pamiętam jak Darek Rybacki z Encyklopedii Staropolskiej wziął się pierwszy raz za 1670. Porównał wtedy serial do Norsemen, będącego parodią Wikingów, ale ja sama im dłużej słuchałam o tym serialu, tym bardziej przypominał mi on Dawno temu w wyższych sferach (Another period). Tamta produkcja – co prawda – działa się w 1902 roku i była jawną parodią Downton Abbey, ale też miała rodzeństwo z jedną siostrą odznaczającą się większym zainteresowaniem sprawami społecznymi; też prześmiewczo spoglądała na różnice społeczne i zachowania elit, i też miała format paradokumentu, w którym postaci czasem mówiły do kamery. Przy czym mam wrażenie, że Dawno temu w wyższych sferach jest o wiele bardziej cyniczne od 1670. Już po drugim sezonie przestałam oglądać, bo nie tylko nie miałam trzeciego sezonu w wersji po polsku, lecz także serial napawał mnie apatią i straciłam nim zainteresowanie.
Jeśli chodzi o historyczną kwestię 1670, to wiadomo, że serial raczej traktuje ją po macoszemu. Chociaż może inaczej: traktuje ją tak jak Asteriks, a nawet Lucky Luke – bierze jakiś element historyczny i na jego podstawie buduje całą fabułę, która jest trochę śmieszna, trochę przygodowa, trochę dramatyczna, ale też odnosi się, w ten czy inny sposób, do współczesności. Tak więc pierwszy odcinek jest o sejmikach i tym jak działały; w drugim na samym początku mamy wymuszanie przez szlachtę picie folwarkowej wódki (co jest przedstawione jako interwencja), a potem przechodzimy do pracy folwarku w ogóle (m. in. Anieli próbującej namówić chłopów na walkę ze zmianami klimatycznymi); w trzecim mamy coś o wolności religijnej w sarmackiej Polsce (tutaj przedstawionej w kontekście Parady Równości, którą Zofia chce zakazać, a Aniela – doprowadzić, aby ruszyła), i tak dalej, i tak dalej.
Wybór akurat sarmackiej Polski jest zrozumiały z kilku powodów. Po pierwsze to okres, w którym Rzeczpospolita Obojga Narodów była mocarstwem. Po drugie, dzięki Trylogii Sienkiewicza ten okres kojarzy nam się z czymś epickim i napawa nas dumą narodową (zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że Trylogia powstała w czasach zaborów i była przykładem powieści historycznych rozbudzających na nowo świadomość narodu; podobny efekt uzyskał Walter Scott, kiedy Szkocja była pod panowaniem Anglików). Po trzecie, sama sarmacja i związane z nią tradycje, nadal ma w sobie coś powabnego; to bardzo unikalna kultura, która wykształciła się wśród polskiej szlachty. Po czwarte wreszcie, kiedy mówi się o rozpasaniu polskiej szlachty wetującej każdą ustawę i wykorzystującej chłopów pańszczyźnianych, często stoi nam przed oczami sarmata.
Stereotypowy sarmata reprezentuje konkretne polskie przywary – umiłowanie wolności ponad wszystko (nawet gdyby miało to wspomóc ojczyznę), kapryśne sprzeciwianie się reformom, a jednoczesne przeświadczenie, że Polacy to najlepszy naród świata. I właśnie dlatego wydaje się zrozumiałe, że satyra na współczesną Polskę została w 1670 ubrana w sarmacki strój. Już sam Jan Paweł wydaje się trochę takim Januszem biznesu, który nie jest zbyt inteligentny, ale jest przeświadczony o swojej wspaniałości i kombinuje, jak się wspiąć na wyższe szczeble drabiny społecznej. Widać to zwłaszcza w jego receptach na sukces, które brzmią jak z ust jakiegoś coucha produktywności, a są całkiem bez sensu i w ostatecznym rozrachunku udaje mu się wybrnąć trochę dzięki takiemu szczęściu głupiego.
Pierwszy sezon – ze swoimi nawiązaniami do polskiej rzeczywistości i kultury, a także memicznymi scenami – od razu stał się hitem. Drugi sezon jednak postanowił nie skupiać się głównie na elementach komicznych, ale wydał mi się jakby bardziej eksperymentalny. Zarówno jeśli chodzi o postaci podejmujące jakby bardziej poważne tematy, jak i zabawy fabułą, zwłaszcza że pojawiają się tam wątki nadnaturalne. Z tego, co widziałam, nie każdemu się ten kierunek podoba.
W miarę jak rozwija się fabuła, odkrywane są pewne szczegóły na temat poszczególnych postaci, a nawet serial pokusza się o bardziej poważne wątki. Nieszczęście Zofii w małżeństwie, które prowadzi potem do romansu i który to romans zostaje szybko ukrócony przez poczucie obowiązku Zofii wobec rodziny i swojego stanu. Frustracja Jakuba związana z tym, że jest młodszym synem, a więc nie dziedziczy, podczas gdy jego starszy brat Stanisław nawet nie interesuje się przyszłym majątkiem. Bogdan borykający się z samotnością, nawet kiedy w drugim sezonie jest znów bogaty. Powiedziałabym, że nawet sam Jan Paweł ma momenty głębi, bo choć humor jego postaci polega na tym, że to tłuk z wielkim ego, to jednak są momenty, kiedy ta fasada dumnego pana na włościach opada (zwłaszcza pod koniec drugiego sezonu, kiedy niby zostaje tym przywódcą gminy, a jednak jego dzieci wyjechały, a żona jest myślami nieobecna).
Specjalnie chciałam omówić oddzielnie Anielę i Macieja, bo wydaje mi się, że (może poza Zofią), ich wątki są traktowane o wiele bardziej poważnie niż pozostałe postaci (chociaż mam pewien problem z ich wątkiem romansowym… ale o tym zaraz).
Aniela w zasadzie od samego początku jest kreowana na najbardziej inteligentną, postępową i współczującą, i o ile postawy innych postaci są wyśmiewane, o tyle w jej przypadku żarty polegają raczej na tym, że ona wygłasza płomienne przemowy o zmianach klimatycznych, o tolerancji, o toksycznej męskości, o prześladowaniu starych kobiet… ale nikt jej nie słucha, nawet ludzie, których akurat broni przed stosem. Najbliższy jakiegoś wyśmiania postaw ludzi takich, jak ona, był odcinek drugi, gdzie wymagała od chłopów poświęceń dla ochrony klimatu, była sfrustrowana, że nikt jej nie słucha i miała nawet za złe Maciejowi, że hamuje postęp, a potem sama skorzystała z ciepłej kąpieli i gotowej kolacji.
W zasadzie jeśli jest jakaś wada Anieli, nad którą 1670 się pochyla (a już szczególnie w drugim sezonie), to właśnie fakt jej uprzywilejowania a jednocześnie pewnej naiwności co do tego, czym kierują się niektórzy ludzie. I dlatego w drugim sezonie trzy osoby uświadamiają jej, że może się mylić – turecka przewodniczka mówi, że Aniela wcale nie jest mniej irytująca od swojej rodziny i podchodzi bardzo idealistycznie do „normalności”, której szuka (tutaj rozumianej jako proste życie) nie zastanawiając się nad tym, z czym owa „normalność” się wiąże; wysłannik z Warszawy, Marcin, zarzuca jej ocenianie ludzi po ich pochodzeniu i udowadnia, że choć jest szlachcicem, nie jest zadufany w sobie i zamknięty na nowe idee; a Maciej uświadamia jej, że szmugluje sól i chce się wybić nie dlatego, że toksyczna męskość każe mu coś udowadniać, ale dlatego, że w swojej obecnej sytuacji życiowej nie jest w stanie nawet o sobie decydować.
I tak po prawdzie, jak dla mnie, Maciej ma najlepszy story arc w tym serialu, bo zaczyna jako pomocnik kowala żyjący według zasady: „Niczego nie pragnij, niczego nie oczekuj.”, ale z powodu (zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych) interakcji z Adamczewskimi, zaczyna myśleć o sobie i o swoich pragnieniach. Wreszcie następuje odcinek z hazardem, gdzie Maciej zostaje w zasadzie zaciągnięty na imprezę z kartami jako tragarz, a potem Jan Paweł prawie przegrywa go w karty. Chociaż wszystko kończy się relatywnie dobrze i Maciej dostaje nawet złotą monetę, to jednak w chłopie budzi się nowa determinacja, aby zdobyć jakieś własne fundusze i wyrwać się z folwarku razem z Anielą.
Sam w sobie ten wątek jest świetnie rozpisany, ale irytuje mnie, że jest połączony z tym wątkiem romansu z Anielą. Tak, rozumiem, że to właśnie przez znajomość z panienką Maciej zaczął „pragnąć”, ale ich relacja jest jakaś taka pozbawiona chemii, za to pełna irytujących klisz. Oboje nie mają ze sobą nic wspólnego, prawie ze sobą nie gadają, przez dłuższy czas nawet nie wiedzą, co się u tego drugiego dzieje. Jak dla mnie to nagłe przebudzenie się jego pragnień o wolności mogłoby się obejść bez Anieli; niech on to zrobi dla siebie, a nie dla niej (zwłaszcza że akurat Aniela ma swoje plany na folwark i udaje jej się je wprowadzić w życie). Niestety serial usilnie chce, aby byli parą.
Jeśli miałabym powiedzieć, na czym polega fenomen 1670, to powiedziałabym, że poniekąd serial zdobył uznanie Polaków, bo wydawał się unikalny jako polska produkcja (chociaż ja widzę w niej też trochę z Niebezpiecznych dżentelmenów, nad którymi rozpływałam się dwa lata temu; i tu i tu mamy komedię w historycznych dekoracjach). Jednocześnie wydawało się, że 1670 czerpał z dobrych zachodnich wzorców. Porównuje się go do The Office (na pewno w Janie Pawle można dostrzec pewne ślady Michaela Scotta), ale też do Allo, allo, które przecież śmiało się z francuskiego Ruchu Oporu. Mam jednak wrażenie, że fenomen 1670 polega nie tylko na tym, że jest unikalnym serialem robionym przez Polaków dla Polaków, ale też dlatego, że inna związana z Polską produkcja Netfliksa okazała się dla nas rozczarowaniem. W pewnym sensie 1670 wypełnia dla nas lukę, którą pozostawił Wiedźmin.
Z tymi luźnymi przemyśleniami zostawiam Was w tym Dniu Niepodległości.
