Site icon Planeta Kapeluszy

Fandomy Po Latach – Ze wspomnień fana: Sherlock

Advertisements

W ramach obchodzenia dziesiątej rocznicy bloga, postanowiłam, że przez te dwanaście miesięcy będę powtarzać sobie pewne seriale, filmy, kreskówki i anime, które były przez te wszystkie lata częścią mojego życia i na punkcie których miałam nawet mniejszą lub większą obsesję; a następnie spróbuję spojrzeć na nie z perspektywy czasów. Długo zastanawiałam się nad tym, czy przygotować oddzielną serię Fandomy Po Latach, czy może zrobić ją w ramach Ze wspomnień fana…, ale w końcu doszłam do wniosku, że po prostu zrobię tak jak w przypadku różnych Miesięcy z…, gdzie teksty pisane w ramach jednego wydarzenia mają w tytule nazwę tegoż wydarzenia niezależnie od tego, czy to artykuły, krótkie notki, recenzje czy rankingi. I tak właśnie powstała koncepcja Fandomów Po Latach.

Tak się jakoś złożyło, że styczeń kojarzy mi się nieraz z Sherlockiem. Głównie dlatego, że w styczniu miały premierę kolejne sezony serialu BBC, a tydzień po oryginalnej premierze Polacy mogli cieszyć się wersją z polskim lektorem. Toteż zrozumiałe było dla mnie to, żeby pierwsze Fandomy Po Latach poświęcone były właśnie Sherlockowi i mojej przygodzie z tym serialem. Niedawno powtórzyłam sobie wszystkie cztery sezony na Netfliksie, tak więc mogłam na niego spojrzeć świeżym okiem. I cóż, naszło mnie kilka refleksji.

Zacznę może od tego, że nigdy nie byłam zbyt wielką fanką Sherlocka Holmesa. Przed Sherlockiem przeczytałam może dwa opowiadania Conan Doyle’a i choć rozumiałam, dlaczego Holmes jest uważany za najlepszego fikcyjnego detektywa wszechczasów, nie czytało mi się go zbyt dobrze. Zdecydowanie bardziej znałam go z wszelkiego rodzaju adaptacji, pastiszy i nawiązań (jakby nie było Sherlock Holmes wciąż jest najczęściej ekranizowaną postacią literacką w historii kina). Może też dlatego pewne rzeczy, które niektórym fanom słynnego detektywa się nie podobały w Sherlocku, mnie niekoniecznie przeszkadzają.

Moja przygoda z Sherlockiem zaczęła się w 2012 roku (jak zobaczycie jeszcze wiele razy, był to bardzo szczególny rok dla fandomów). Wcześniej coś tam słyszałam piąte przez dziesiąte na temat tego, co to za serial i o czym jest, i nawet byłam go ciekawa. Toteż kiedy ogłoszono, że BBC One (w polskiej kablówce, rzecz jasna) puści dwa pierwsze sezony, czekałam na niego.

A kiedy obejrzałam Studium w Różu byłam naprawdę pod wrażeniem. Odcinek był pełen humoru i trzymał w napięciu, a jednocześnie był dopracowany pod wieloma szczegółami, zwłaszcza wizualnie. Mimo że Sherlock Holmes w wydaniu Camberbatcha wydawał się typowym wrednym geniuszem, który niezbyt dba o uczucia innych, była w nim jakaś dziecięcość, jakieś pragnienie przygody, które sprawiało, że oglądało mi się go bardzo przyjemnie i chciałam, aby jednak John Watson poszedł za nim na miejsce zbrodni.

Nie byłabym też sobą, gdybym nie wspomniała, że jedną ze scen, która najbardziej zapadła mi w pamięć, było pierwsze spotkanie doktora Watsona i Mycrofta Holmesa. Zwłaszcza że podczas pierwszego oglądania widz myśli sobie: „O, kurde, to pewnie Moriarty! Uciekaj, Watson, ten gość jest niebezpieczny!” To w jaki sposób Mycroft się zachowuje i jakich słów używa, sprawia, że trudno go sobie wyobrazić jako kogoś innego niż starego przeciwnika Sherlocka Holmesa, który chce zdobyć o nim informacje (sam Sherlock podchodzi do całej sytuacji dość nonszalancko, więc pewnie owego osobnika zna i nie traktuje jak jakieś wielkie zagrożenie). Kiedy pierwszy raz widziałam jak Mycroft pojawia się ponownie pod koniec odcinka i nagle rzuca tekst, że zachowanie Sherlocka „zawsze denerwowało ich mamę”, nagle pomyślałam sobie: „A no tak. Czytałam gdzieś, że Sherlock Holmes ma starszego brata.” Jeszcze o tym nie widziałam, ale był to początek mojej obsesji na punkcie starszego z Holmesów.

Z każdym kolejnym odcinkiem (no może poza Niewidomym Bankierem, który jest przeraźliwie nudny) wciągałam się coraz bardziej w Sherlocka. Wielka Gra od początku do końca trzymała w napięciu, Skandal w Belgravii miał kilka bardzo sympatycznych scen (nawet między braćmi Holmes), Psy Baskerville’ów ciekawie zaadaptowali koncept piekielnego ogara, a Upadek z Reichenbach pozostawił mnie – tak jak większość fandomu – w kawałkach.

Po jakimś czasie zaczęły mi się podobać wszystkie sceny, w których pojawia się Mycroft Holmes – zarówno jego interakcje z młodszym bratem, jak i pojedyncze sceny. Braterska miłość, oczywiście, była jednym z motywów, które mnie do tej postaci przyciągnęły, ale poza tym sam Mycroft, grany przez Marka Gatissa, ma w sobie coś takiego, co sprawia, że ogląda się go z przyjemnością. Być może jest to jego tajemniczość i sposób, w jaki emanuje od niego władza i wyrachowanie. Być może jest to fakt, że nosi się z elegancją i nonszalancją. A być może jest to ten kontrast wielkiej powagi Mycrofta zderzonej z dziecinnością Sherlocka. Może też trzyczęściowe garnitury Mycrofta sprawiały, że wydawał mi się niezwykle atrakcyjny. Tak czy inaczej, po jakimś czasie lubiłam go bardziej niż resztę bohaterów. Reliktem z czasów, kiedy moja obsesja na punkcie tej postaci dopiero się zaczynała, jest to wideo.

Przez dłuższy czas istniały dla mnie tylko te dwa sezony i tylko na nich mogłam się posiłkować, czekając, aż wyjdzie trzeci. Dość powiedzieć, że dowiadując się potem kolejnych informacji na temat Sherlocka oraz będących w nim nawiązań do utworów Conan Doyle’a, zapragnęłam porównać „klasycznego” Holmesa z tym uwspółcześnionym. Dlatego właśnie przeczytałam Studium w Szkarłacie i obejrzałam adaptacje Sherlocka Holmesa wytwórni Granada, gdzie główną rolę grał Jeremy Brett. Po jakimś czasie napisałam dwa artykuły – Rzecz o Reichenbach i Sherlock klasyczny kontra Sherlock uwspółcześniony – które najpierw pojawiły się na Polskiej Bazie Opowiadań i Fanfiction, a dopiero po jakimś czasie opublikowałam je na Planecie Kapeluszy (poniekąd również dlatego, że nie miałam nic innego do opublikowania).

Jeśli przeczytacie teraz Rzecz o Reichenbach, zauważycie, być może, że sugeruję tam trochę, iż Mycroft Holmes wyjawił Moriarty’emu szczegóły z życia Sherlocka niechcący. Miałam wtedy taką teorię fanowską, że Mycroft opowiadał staremu wrogowi swojego brata historie z życia Sherlocka, aby wciągnąć od niego informacje… ale specjalnie mówił o rzeczach, które były jakimiś rodzinnymi anegdotkami. Wychodziłam z założenia, że starszy z Holmesów rozumowałby tak: „Moriarty zapewne chce dowiedzieć się, czy Sherlock ma jakieś słabości albo czegoś się boi. W takim razie będę mu opowiadać rzeczy nie zawierające tego rodzaju informacji.”, ale niestety plan Moriarty’ego był zupełnie inny.

Tę teorię wstawiłam również do Pękającego lodu, czyli mojego pierwszego fanfiction do tego fandomu. Ostatnio nawet miałam okazję powtórzyć sobie wszystkie rozdziały i choć kiedyś uważałam je za jedne z moich najlepszych fanfików, teraz dostrzegam różne jego wady – momenty, w których bohaterowie są OOC, w których Mycroft podejmuje głupie decyzje, a ostateczne rozwiązanie zagadki nie wyszło dobrze. Moje późniejsze fiki o Mycrofcie wychodzą zdecydowanie lepiej i ciekawiej (ale do nich jeszcze wrócę).

W międzyczasie odkryłam też tumblra, a warto pamiętać o tym, że na tumblrze w 2012 roku miał miejsce pewien szczególny fenomen: Superwholock. Jak sama nazwa wskazuje, był to crossover pomiędzy Nie z tego świata (Supernatural), Doktorem Who i Sherlockiem. Czasami dodawano inne fandomy, na przykład Przygody Merlina albo Avengersów, ale generalnie Superwholock przejawiał się w tym, że gify z poszczególnych serii były montowane w taki sposób, aby opowiedzieć jakąś historię i pokazać jak postaci z tych seriali wchodzą ze sobą w interakcje (podobny zabieg został zastosowany przy wymieszaniu scen z Sherlocka i scen Meryl Streep z Diabeł ubiera się u Prady, aby przedstawić prawdopodobne spotkanie doktora Watsona z matką Holmesów). Po latach bycia na tumblrze i stykania się z jego bardziej… osobliwą częścią, Superwholock stał się dla mnie takim reliktem lepszych, bardziej niewinnych czasów, zwłaszcza że i Nie z tego świata, Doktor Who i Sherlock po latach zaczęły być postrzegane w bardziej negatywny sposób  (jak to nieraz bywa z czymś, co kiedyś było bardzo popularne). I w sumie nadal mi trochę żal, że tego typu tworzenie historii obumarło.

Tak więc musieliśmy czekać bardzo długo (aż dwa lata) na trzeci sezon Sherlocka – nie tylko na dalsze losy głównych bohaterów, lecz także na wyjaśnienie w jaki sposób Sherlockowi udało się przeżyć upadek z dachu Barts i jak udało mu się oszukać Watsona, który ten upadek widział, a nawet sprawdził Sherlockowi puls. Fani, oczywiście, mieli swoje teorie, co do tego, jak to się stało i choć wiele było bardzo rozbudowanych, my czekaliśmy, aż twórcy którąś z nich potwierdzą. Przed premierą Pustego karawanu BBC wydało mini-odcinek Many Happy Returns, który zmienił trochę postrzeganie Andersona przez fandom – wiedziony poczuciem winy Anderson stał się jednym z zagorzałych zwolenników Sherlocka Holmesa i próbował przekonać Lestrade’a, że detektyw żyje, działa po cichu i powoli zmierza do Anglii. Później, już w samym Pustym karawanie (i przez resztę trzeciego sezonu) Anderson był kimś w rodzaju awatara fanów, a nawet znalazł miejsce w Pałacu Pamięci Sherlocka.

Pod wieloma względami Pusty karawan był dla nas wielkim zaskoczeniem. Mary Morstan (czyli kanoniczna żona Watsona) okazała się nie tylko nie mieć nic przeciwko temu, aby jej przyszły mąż znów rozwiązywał zagadki z Holmesem, ale też go do tego aktywnie zachęcała. Mieliśmy okazję zobaczyć rodziców braci Holmes i nie byli oni chłodni i wyrachowani, tylko całkiem normalni. Lestrade i reszta zachowali swoje posady bez większych reperkusji po całym tym skandalu z Moriarty’m (ba – szybko wyszło na jaw, że Moriarty całą tę historię o Sherlocku-oszuście sfabrykował). Wreszcie samo wyjaśnienie tego, jak Holmes przeżył, nie było jednoznaczne, tak więc mogliśmy się tylko pewnych rzeczy domyślać. Jedyne, co udało się fanom odgadnąć, to to, że na widok żywego Sherlocka John Watson będzie bardziej wkurzony, niż uradowany i pięści pójdą w ruch. Ogólnie rzecz biorąc ton odcinka – zwłaszcza po bardzo mrocznym Upadku z Reichenbach – był bardzo lekki i znalazły się tam momenty nie tylko zabawne, ale i bardzo ciepłe (mój osobisty faworyt: bracia Holmes grający najpierw w Operację, a potem w Dedukcję).

A potem miał miejsce Znak Trzech, w którym widzieliśmy nie tylko bardziej rozbudowany Pałac Pamięci Sherlocka, lecz także sama otoczka wesela Watsonów oferowała zabawne i ciepłe momenty. A potem była Jego Ostatnia Przysięga, w której Mary okazała się tajną agentką, poznaliśmy Lady Smallwood, a głównym przeciwnikiem sezonu okazał się Charles Augustus Magnussen – magnat prasowy, który ma haka na prawie każdą liczącą się w Anglii osobistość. Magnussen był trochę inny od Moriarty’ego – zajmował się bardziej szantażem niż jakąś bardziej poważniejszą działalnością przestępczą, ale miał też w sobie pewnego rodzaju oślizgłość. Magnussen nie wypadał na tle poprzednika źle – był niebezpieczny na swój własny sposób i terroryzował ludzi nie groźbą przemocy, ale wyjawienia informacji, które mogłyby im zniszczyć życie. I dlatego był świetnym Big Badem trzeciego sezonu.

Trzeci sezon zakończył się cliffhangerem – najpierw Sherlock został wysłany na samobójczą misję, a potem sprowadzony z powrotem z powodu nagłego pojawienia się komunikatów o tym, że Moriarty żyje. Znów musieliśmy czekać dwa lata na kolejny sezon, ale w między czasie Steven Moffat i Mark Gatiss przygotowali bożonarodzeniowy odcinek specjalny, w którym – dla odmiany – Sherlock Holmes miał rozwiązywać zagadkę w wiktoriańskiej Anglii. Oczywiście, sam pomysł spotkał się z różnymi reakcjami – śmiano się z tego, że alternatywna rzeczywistość serialu zatoczyła koło, a także z tego, że Moffat chyba zapomniał, że pisze Sherlocka a nie Doktora Who… ale mimo wszystko byliśmy ciekawi, jak to wyjdzie; czy postaci, które już zdążyliśmy poznać przez te trzy sezony, będą takie same, czy trochę inne; oraz jak to wiktoriańskie AU zostanie wyjaśnione.

Mnie osobiście Upiorna Panna Młoda się podobała, zwłaszcza że bardzo ciekawie nawiązuje do oryginalnych powieści, i ma kilka fajnych scen między braćmi Holmes (a że wiktoriańskie AU okazało się być wytworem wyobraźni będącego na narkotycznym haju Sherlocka, można było się zagłębić w jego psychikę i odszyfrować, co oznacza co). Niemniej jednak rozumiem, dlaczego niektórzy nie lubią tego odcinka i krytykują go za nieudaną próbę zaadresowania kiepskiego traktowania postaci kobiecych przez twórców i samego bohatera. Pamiętam jak Łukasz Stelmach zwrócił uwagę na to, że Sherlock Holmes wyjaśnia jak to kobiety są źle traktowane przez mężczyzn… samym kobietom, które stoją i tylko od czasu do czasu coś wtrącą.

Wreszcie przyszedł czwarty sezon. W przeciwieństwie do pozostałych trzech, oglądałam go może raz czy dwa razy (no, może poza Ostatnią Zagadką… ale o tym potem) i cóż, nie jest on zbyt dobry. Mary, która wcześniej okazała się całkiem zabawną postacią i miała ciekawe relacje z pozostałymi bohaterami, została zabita już w pierwszym odcinku (lodówkowanie jakich mało); doktor Watson flirtował na boku z obcą kobietą, a Mulverton Smith na tle Moriarty’ego i Magnussena wypadał dosyć sztampowo. W poprzednich sezonach pierwsze dwa odcinki były relatywnie lekkie, a Sześć razy Thatcher i Zakłamany Detektyw szły w bardzo mrocznym kierunku i żartów było tam jak na lekarstwo. W pewnym momencie nawet Watson spuszcza Sherlockowi łomot (i to nie taki jak w Skandalu w Belgravii, tylko taki naprawdę poważny), a tamten przyjmuje go z pokorą z poczucia winy spowodowanego przez śmierć Mary. Po tym, co twórcy zrobili z doktorem Watsonem, trudno mi było go lubić, a nawet chcieć oglądać jego relacje z Sherlockiem.

W końcu przyszedł finał sezonu – Ostatnia Zagadka, w której głównym przeciwnikiem Sherlocka Holmesa jest jego psychopatyczna młodsza siostra, Eurus. Tak jak w przypadku Wielkiej Gry i Upadku z Reichenbach, był to finał zasadzający się na grze, którą antagonista prowadził z detektywem, ale tym razem uczestników było trzech – Sherlock, John Watson i Mycroft – i wszystko działo się w zamkniętej przestrzeni. Eurus grała swoim trzem więźniom na emocjach, zmuszała ich do sadystycznych wyborów i manipulowała nimi, aby udowodnić prawdziwość swojego nihilistycznego punkt widzenia. Od samego początku aż po sam koniec dowiadywaliśmy się różnych zaskakujących rzeczy na temat rodziny Holmesów, dzieciństwa Sherlocka i tego, jak Eurus postrzega świat i co ją motywuje. I w zasadzie największy problem tego odcinka leży w zakończeniu, bo nawet jeśli komuś nie przeszkadza fabuła w stylu Piły; i uważa, że Eurus jako antagonistka jest bardzo interesującą postacią (zwłaszcza w porównaniu z Moriarty’m i resztą), to jednak stwierdzenie, że Eurus robiła te wszystkie złe rzeczy, bo czuła się samotna i chciała zwrócić na siebie uwagę Sherlocka; oraz to, że rodzina Holmesów po całej tej katastrofie chce nadal się z nią porozumieć, sprawiły, że Ostatnia Zagadka dołączyła do grona niesławnych złych zakończeń popularnych serii (jak Gra o Tron, czy Nie z Tego Świata).

Ja należę do tych osób, które uważają, że (pomijając to fatalne zakończenie) Ostatnia Zagadka była całkiem niezła. W zasadzie dla mnie ten odcinek został odratowany tym, że mój ulubieniec ma tam największy czas antenowy do tej pory i dostał kilka interesujących scen. Oczywiście, będąc świeżo po obejrzeniu Ostatniej Zagadki, skupiałam się głównie na scenie, w której Sherlock jest zmuszony do tego, aby zabić albo swojego brata, albo najlepszego przyjaciela, i Mycroft w zasadzie sam stara się, aby to on został zabity… ale po jakimś czasie – zwłaszcza po przeczytaniu analiz innych ludzi i obejrzeniu tego odcinka jeszcze raz – zaczęłam skupiać się na innej scenie: scenie, w której państwo Holmes dowiadują się, że ich córka żyje i konfrontują Mycrofta w związku z tym, że ich przez lata okłamywał. Przy okazji pani Holmes mówi swojemu najstarszemu synowi, że „jest bardzo ograniczony” i że jest idiotą. Za pierwszym razem ta wściekłość wydaje się w pełni zrozumiała, ale jak się spojrzy na to, jak działania Eurus wpłynęły na Mycrofta (bądź co bądź, nastolatka, który nie tylko był świadkiem potwornych rzeczy, które robiła jego mała siostrzyczka; nie tylko widział, jak jego brat przeżył traumę i zmienił swoje wspomnienia, aby sobie z nią poradzić; lecz także musiał przez całe lata ukrywać prawdę przed pogrążoną w żałobie rodziną), oraz jak sami państwo Holmes nie potrafili sobie poradzić z całą tą sytuacją, nagle słowa matki Holmesów brzmią trochę nie fair. I też był taki okres czasu, kiedy nie tylko szukałam w fandomie fanfików, które jakoś odnosiły się do sceny konfrontacji, lecz także sama kilka z nich napisałam. I w sumie do dzisiaj uważam, że Little big brother, In his defense czy Who are you playing for? są jednymi z moich lepszych fanfików, zwłaszcza w porównaniu do Pękającego lodu – i postaci są IC, i wątek Bratji granej na skrzypcach wychodzi lepiej, i studium postaci Mycrofta Holmesa ma więcej sensu. Ale odkryłam też kilka innych, dobrych fików do tego fandomu, w tym genialne utwory WhiteGloves, które są pełne suspensu i z łatwością mogłyby być kolejnymi odcinkami serii (poza tym dziewczyna świetnie pisze braci Holmesów – potrafi wspaniale oddać ich charaktery).

I wiecie, po Ostatniej Zagadce, której zakończenie miało w sobie pewną ostateczność, doszłam do wniosku, że równie dobrze przyszedł czas na to, aby napisać artykuł o samym Mycrofcie Holmesie – o tym, jak przedstawiany jest w oryginalnych książkach, jak był adaptowany przez te wszystkie lata i jak jego postać jawi się w serialu BBC. Poruszyłam też temat słynnego trzeciego brata Holmes i tego, jak przedstawiany jest w fikcji. Swego czasu nadałam mu też przypisy (bo chodziła za mną chęć, aby publikować teksty naukowe, a doradzono mi, abym poćwiczyła robienie przypisów), ale ostatnio, kiedy redagowałam ten artykuł, aby był bardziej przyjazny WordPressowi, usunęłam te przypisy. Doszłam do wniosku, że i tak nic nie wnoszą, a są mało czytelne, zwłaszcza w porównaniu z innymi artykułami na Planecie Kapeluszy.

Tak czy inaczej, Ostatnia Zagadka została przyjęta dość kiepsko i sprawiła, że coraz głośniej mówiło się o wadach Sherlocka jako serialu. Jednym z zarzutów, który powtarzał się wielokrotnie, był queerbaiting – sugerowanie, że między Sherlockiem Holmesem a Johnem Watsonem coś jest, aby przyciągnąć zainteresowanie grup LGBTQ+, ale nigdy nie doprowadzenie tego wątku do końca, aby nie zrazić do serii heteryków. Wciąż pamiętam to, jak Johnlockerzy oburzali się na twórców, a nawet napastowali ich w sieci, zarzucając im właśnie tę niechlubną praktykę. I choć sama uważam, że żadnego queerbaitingu nie było i mamy tutaj bardziej sytuację, w której fani interpretują coś w pewien sposób, a potem oburzają się, że ich ship nie stał się kanoniczny… o tyle w pełni rozumiem zarzut, że osoby LGBTQ+ w Sherlocku traktowane są jak żart. Dla mnie wszystkie te sceny, w których John Watson jest brany za geja, nigdy nie były śmieszne, więcej – to był dowcip, który był powtarzany do znudzenia i nawet jeśli był dla kogokolwiek zabawny, to po dwóch-trzech sezonach przestawał taki być.

Z czasem zaczęły pojawiać się inne kontrowersje wokół serialu (nie tylko związane z zakończeniem i queerbaitingiem, ale też z pewnymi wypowiedziami obsady) i zaczęto go porównywać do jego amerykańskiego kuzyna – Elementary, który nagle wydawał się bardziej progresywny i zdecydowanie mniej problematyczny względem brytyjskiego pierwowzoru. Ja sama, kiedy oglądałam Elementary po raz pierwszy, doszłam do wniosku, że to nie jest zły serial kryminalny (tak po prawdzie to wiele intryg samych w sobie było genialnych), ale fakt, że występują tam Sherlock Holmes, doktor Watson, pani Hudson itd., sprawia, że serial na tym traci. W rezultacie wydał mi się on w najlepszym razie średni.

(Dowiedziałam się w ogóle ostatnio, że obaj odtwórcy roli słynnego detektywa – Benedict Camberbatch i Jonny Lee Miller – są przyjaciółmi. To w sumie dość ciekawe, bo kilka lat temu, śledząc jeszcze oba seriale, czytałam o sztuce na podstawie Frankensteina, gdzie w jednym spektaklu Camberbatch grał potwora, a Miller doktora, a w następnym było na odwrót.)

Tak czy inaczej dzisiaj Sherlock ma trochę reputację serii, na którą swego czasu był straszny hype i która po latach spadła z piedestału. Większość postów na tumblrze wspominających serial pisze o nim zdecydowanie negatywnie (a w każdym razie ja częściej widzę opinie negatywne). Spodziewałam się, że ponowne obejrzenie Sherlocka będzie dla mnie trudne ze względu na te wszystkie kontrowersje, które wokół niego narosły, ale choć udało mi się po latach dostrzec pewne problematyczne elementy (do których zaliczają się też robione komputerowo psy z Baskerville), muszę przyznać, że serial trzyma się całkiem nieźle. Oglądając go ponownie przypomniałam sobie, za co go kochałam i dlaczego tak długo siedziałam w tym fandomie. Wiele żartów nadal mnie śmieszyło, wiele ciepłych scen nadal poruszało za serce i wiele efektów wizualnych nadal zachwycało (jedynie właśnie ten czwarty sezon był jednym wielkim nieporozumieniem i zniszczył wiele dobrych rzeczy, które dał nam serial). Być może nawet jeszcze będę do niego wracać, jak najdzie mnie ochota na powtórkę.

Ale nie chciałabym, aby powstał piąty sezon. Nawet gdyby udało się całą obsadę skrzyknąć (a Uma Stubbs niedawno zmarła, więc pani Hudson na pewno by nie było), wątpię, aby miało to jakikolwiek sens. Zdecydowanie lepiej zobaczyć, co twórczość fanowska ma do zaoferowania.

Na tym kończę pierwsze Fandomy Po Latach. Do zobaczenia za miesiąc.

Exit mobile version