W lutym 2022 roku pojawiła się wiadomość o tym, że powstanie serial na podstawie Megamocnego. Produkcja powstała we współpracy z platformą Peacock, na której miał pojawić się najpierw film Megamind vs. The Doom Syndicate (służący za odcinek pilotażowy), a potem pierwsze osiem odcinków serialu Megamind Rules!
Pierwszy zwiastun nie wzbudził jednak wielkiego entuzjazmu w widowni, czy to ze względu na animację, czy to ze względu na nietrafione żarty, czy też może dlatego, że serial zapowiadał się dość sztampowo. Ja jednak chciałam zobaczyć jak wyjdzie i czekałam na pierwszy marca, aby go sprawdzić.
Właśnie obejrzałam Megamind vs. The Doom Syndicate i muszę przyznać, że zrobił na mnie raczej pozytywne wrażenie. Nie jakoś porywające, ale pozytywne.
Fabuła zarysowuje się tak: dwa dni po uratowaniu Metro City przed Tightenem, Megamocny rozpoczyna swoją karierę superbohatera. Po udaremnieniu planu Gangu Go Fish były superzłoczyńca z radością przyjmuje klucze do miasta, zapominając o swoim wieloletnim kompanie Minionie, który teraz używa imienia Old Chum i chciałby dostać awans na prawowitego pomocnika. Tymczasem Roxanne Ritchi zastanawia się nad swoim życiem i poznaje rezoltuną dziewczynkę Keiko Moritę; a w więzieniu oglądają Megamocnego jego dawni kamraci, tytułowy Syndykat Zagłady. Wierząc, że Megamocny tylko udaje dobrego i ma większy plan w zanadrzu, Syndykat postanawia uciec i się do niego przyłączyć. Niebieski kosmita musi teraz udawać przed nimi superzłoczyńcę, a jednocześnie utrzymać swoją reputację superbohatera wśród ludności Metro City, zanim nie wymyśli jak unieszkodliwić swoich dawnych kompanów.
Jak wiecie, Megamocny gościł na tym blogu wielokrotnie, a ostatnim razem wyraziłam nawet żal, że w przeciwieństwie do wielu innych filmów Dreamworksu, jest on bardzo zaniedbywany – ma tylko jeden special, grę i krótką serię komiksów, gdy tymczasem takie Kung Fu Panda, Shrek, Jak wytresować smoka czy nawet Potwory kontra Obcy doczekały się kilku odcinków świątecznych czy właśnie seriali animowanych. Tak więc podchodziłam do Megamind vs. The Doom Syndicate z pozycji starej fanki oryginalnego filmu, z nadzieją, ale również pewną ostrożnością.
Powiem tak: ten film nie jest tak dobry, jak oryginał i ma kilka rzeczy, które mi nie pasowały, ale mimo wszystko Megamind vs. The Doom Syndicate się broni.
Najpierw zacznę od tego, co nie pykło. Przede wszystkim film skupiał się trochę za bardzo na wybujałym ego Megamocnego, przez co pewne jego zachowania względem Miniona/Old Chuma wydawały się nie do końca pasować do tego, co zostało ustanowione w oryginale. Tam Minion był nie tylko pomagierem Megamocnego, lecz przede wszystkim jego opiekunem i najbliższym przyjacielem. Wielokrotnie nasz niebieski kosmita nazywa go „fantastyczną rybą”. Prawda, w pewnym momencie dochodzi między nimi do kłótni i Megamocny musi przeprosić Miniona za to, że go nie słuchał, ale nie wydaje mi się, aby w nowej roli zapomniał o tym wszystkim, co Minion (vel Old Chum) dla niego zrobił.
Inna rzecz, która wydawała mi się OOC względem charakteru Megamocnego, to to, że po odejściu Miniona (który postanowił poszukać szczęścia w innej pracy) nie wie on, że toster trzeba podpiąć do kontaktu, aby zadziałał. Prawda, w oryginalnym filmie kosmita był trochę nieprzystosowany do normalnego życia, ale to była bardziej kwestia tego, że całe życie spędził w więzieniu i był upośledzony społecznie, a nie technicznie. Nigdy w życiu nie uwierzę, że facet, który jako bobas budował narzędzia zniszczenia, nie wie, co to wtyczka.
Dalej – film ma miejsce jakiś czas po wydarzeniach z oryginału (który wyszedł w 2011), a Keiko Morita, czyli przewodnicząca fanklubu Megamocnego, jest YouTuberką, która ma spore zasięgi i używa smartfona do streamowania na żywo tego, co się dzieje. Wydaje mi się, że na początku poprzedniej dekady YouTuberzy działali trochę inaczej; streaming jako forma internetowego contentu nie był jeszcze tak powszechny, tak więc Keiko jest, jak dla mnie, trochę anachroniczna w tym względzie (chociaż mogę się mylić, bo jednak nie jest powiedziane wprost, że to rok 2011).
Ale poza tymi trzema kwestiami, Megamind vs. The Doom Syndicate zrobił na mnie całkiem pozytywne wrażenie. Pierwsze, co mi się w nim podobało, to humor – wielokrotnie zaśmiałam się z kilku żartów, które zostały rzucone przez poszczególne postaci (na przykład, podobało mi się to, że zahipnotyzowani policjanci, którym polecono aresztować się, zaczęli czytać sobie nawzajem prawo Mirandy). Powiedziałabym, że w tym filmie humor jest na poziomie Pingwinów z Madagaskaru.
Kolejna rzecz, która moim zdaniem wyszła na korzyść tego filmu, to tytułowy Syndykat Zagłady… I warto tutaj wspomnieć, że sam koncept superzłoczyńców, z którymi nasz niebieski kosmita współpracował, był już częścią pierwotnej wersji oryginalnego Megamocnego, ale ponieważ już i tak dużo się działo w fabule, postanowiono wyciąć ich wątek. W zamian za to pojawili się oni w grze na Playstation jako nowi sojusznicy Tightena (a fani tworzyli liczne scenariusze, w których Syndykat Zagłady dowiaduje się o tym, że Megamocny przeszedł na Jasną Stronę Mocy).
Teraz będą głównymi antagonistami w serialu i to samo w sobie już oferuje jakiś potencjał na rozwój uniwersum. Megamocny w zasadzie założył Syndykat Zagłady z mniej znanymi superzłoczyńcami – hipnotyzującym mimem Pierre’em Pressure, władającym ciemnością rycerzem Nighty Knightem, mającą moce pogodowe Lady Doppler i magmowym potworem Behemothem – i przewodził im przez jakiś czas, ale że lubił być w centrum uwagi, a oni kradli mu światła jupiterów, szybko się nimi znudził. Po jakimś czasie zdajemy sobie sprawę z tego, że Behemoth widzi i rozumie więcej, niż można się tego spodziewać po jego typie postaci (w pewnym momencie nawet przejawia myślenie strategiczne); Lady Doppler wspomina, że Roxanne Ritchi przyczyniła się do tego, że wyrzucono ją z posady pogodynki (czyli czeka nas jakiś bardziej osobisty konflikt między paniami), a Nighty Knight ma bardziej wrażliwą stronę, chociaż chce być widziany jako mroczny. (Ponadto w pewnym momencie Megamocny wspomina też o swoim złym mentorze, co zwiastuje jakiś większy arc w przyszłości.)
Odnoszę wrażenie, że jest za Syndykatem pewna konkretna myśl. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że pomysł na Megamocnego powstał z pytania: „Co by było, gdyby Lex Luthor wygrał?”, a przeto sam Megamocny jest odpowiednikiem największego wroga Supermana, to Syndykat jest odpowiednikiem Legionu Zagłady z komiksów, którego Luthor był przywódcą. Komiksowy Luthor był przykładem superzłoczyńcy, który udawał filantropa Metropolis, gdy tak naprawdę miał kilka ciemnych interesów. Można więc powiedzieć, że w pewnym sensie Megamind vs. The Doom Syndicate stawia następujące pytanie: „Co by było, gdyby Lex Luthor był szczery w swoim pragnieniu bycia dobrym, ale jego dawni sojusznicy jeszcze uważaliby, że to część kolejnego niecnego planu?” Przez większość filmu Megamocny działa na dwa fronty, ponieważ – jak sam zauważa – Tighten był jednym superzłoczyńcą; załatwienie czterech będzie o wiele trudniejsze.
Ale poza Syndykatem Zagłady jest jeszcze jedna, całkowicie nowa postać, czyli Keiko Morita – mała dziewczynka, która jest wielką fanką Megamocnego i prowadzi o nim kanał w sieci. W samym zwiastunie nie wzbudziła mojej sympatii, bo wydawała mi się nijaka i dość sztampowa. Spodziewałam się, że będzie taką typową wkurzającą postacią dziecięcą, ale, o dziwo, wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Na każdym kroku wspomagała swojego idola i Roxanne i okazywała się kompetentna, ale nie na tyle, aby przyćmić oryginalne postaci, do których widz przywiązał się już w pierwszym filmie. W dodatku w pewnym momencie dowiadujemy się dlaczego podziwia tak bardzo Megamocnego i to nawet ładnie pasuje do jego postaci. Zrozumiem jednak, jeśli niektórzy nie będą za nią przepadać.
Potrafię też zrozumieć tych, którzy uważają, że zarówno film, jak i serial są niepotrzebne. Pierwszy Megamocny stał się klasykiem dopiero po jakimś czasie, kiedy powoli publika zaczynała być zmęczona MCU i Arrowverse. Dla wielu sequel po tylu latach, kiedy już kino superbohaterskie ledwo zipie, pojawia się po prostu za późno i jest kolejnym skokiem na kasę żerującym na nostalgii.
Dla mnie jednak pilot Megamind vs. The Doom Syndicate wyszedł wcale nieźle. Zamierzam w najbliższym czasie obejrzeć również serial i o nim też za niedługo się wypowiem. Pa!
