Jak wspominałam na początku miesiąca, 8 maja 1984 roku do kin wszedł Indiana Jones i Świątynia Zagłady. Dziś ten film uważany jest za jedną ze słabszych odsłon franczyzy, jednakże również ma on większe lub mniejsze zasługi dla kinematografii, a także wywołał swego czasu kilka kontrowersji.
Jedenaście lat temu wymieniłam Indianę Jonesa i Świątynię Zagłady jako jeden z dziesięciu moich ulubionych filmów. Czy nadal tak jest? I jak ten film prezentuje się po równo czterdziestu latach od swojej premiery?
Już na samym wstępie Świątynia Zagłady jest zupełnie różna od Poszukiwaczy Zaginionej Arki. Podczas gdy w pierwszym filmie widzieliśmy Indianę Jonesa w środku amazońskiej dżungli, tutaj spotykamy go w barze w Szanghaju, robiącego interesy z gangsterem Lao Che. Tam też pojawia się kontrastująca z Marion Ravenwood postać piosenkarki Willie Scott.
Przy omawianiu poprzedniego filmu wspominałam, że Indiana Jones zaczyna jako nie do końca porządny człowiek (który kradnie zabytki i sprzedaje je do muzeum, a swego czasu romansował z nastolatką) i że potem staje się dużo bardziej heroiczny. We wstępie Świątyni Zagłady jego nie-heroiczne zachowania są o wiele wyrazistsze, nie tylko dlatego, że sprzedaje gangsterowi prochy cesarza, lecz także dlatego, że w pewnym momencie bierze Willie – jakby nie było, osobę poboczną – za zakładnika, jeśli Lao Che nie odda mu obiecanej zapłaty. W pewnym sensie nawet to, że Short Round był częścią planu, pełniąc rolę kierowcy, jest podejrzane, bo Indy w zasadzie naraża kilkuletniego chłopca na niebezpieczeństwo. Później, kiedy wreszcie Indiana Jones, Short Round i Willie Scott trafiają do Indii i dowiadują się o Kamieniach Shankary, nie jest do końca jasne, czy Indy postanawia ruszyć do Pankot, aby zwrócić Kamień i uwięzione w kopalniach dzieci, czy tylko interesuje go „sława i chwała”, którą legendarne kamienie mogą mu dać.
Ale widzicie, ten film ma ciągnący się motyw przewodni dzieci w niebezpieczeństwie. Nie tylko Short Rounda, który towarzyszy Indy’emu prawie od początku filmu; nie tylko dzieci porwanych z pobliskiej wioski i zmuszonych do niewolniczej pracy w kopalniach, lecz także młodego maharadży Zalima Singha, który jest poddawany praniu mózgu. W pewnym momencie – tuż po tym, jak byli świadkami mrocznego rytuału – Indy widzi, jak jeden ze strażników w kopalni przymierza się, aby wychłostać jedno z porwanych dzieci, i rzuca w owego strażnika kamieniem. Widzimy też po jego twarzy, że ta sytuacja napawa go gniewem i nawet jeśli wcześniej myślał o tym, aby po prostu zabrać Kamienie Shankary i je sprzedać, tak teraz chce też uratować porwane dzieci. W tej właśnie chwili Indiana Jones staje się postacią heroiczną.
Również relacje Indy’ego z Short Roundem są w tym filmie po to, aby pokazać tę bardziej opiekuńczą i heroiczną stronę Indiany Jonesa. W scenie, w której grają w pokera przy ognisku, dowiadujemy się o historii między nimi: że Short Round od czwartego roku życia był sierotą i mieszkał na ulicy; że pewnego dnia próbował ukraść Indy’emu portfel i został przyłapany, i że od tego momentu doktor Jones wziął chłopca pod swoje skrzydła (jednocześnie w samej grze w pokera Indiana Jones przypomina bardzo ojca albo fajnego wujka – zawsze uważałam ją za bardzo uroczą). Wreszcie kiedy już Indy, Shorty i Willie zostają pojmani, jest taka scena, kiedy chłopiec jest biczowany i Indy woła, aby go zostawić w spokoju.
A skoro już jesteśmy przy Short Roundzie, to wielokrotnie wspominałam o tym, że jest on moim ulubionym elementem tego filmu. Nie tylko dlatego, że jego relacje z Indy’m są bardzo urocze, ale przede wszystkim dlatego, że to jest naprawdę kompetentny dziecięcy pomocnik. No bo czego to on nie umie? Umie kierować samochodem, umie walczyć (do tego stopnia, że pomaga Indy’emu w pokonaniu członków sekty), umie sam wydostać się z kajdan, umie wreszcie wybudzić doktora Jonesa z transu. I wydaje mi się, że nie bez powodu to właśnie jemu udaje się przywrócić Indy’emu zmysły, a nie Willie – nie tylko dlatego, że Willie jest uwięziona i nie za bardzo może zrobić cokolwiek poza przemówieniem do protagonisty, ale też dlatego, że Shorty specjalnie biegnie, aby uratować kumpla i sam wpada na pomysł, aby go oparzyć.
Jednocześnie są też ludzie, którzy nie przepadają za Shorty’m i uważają go za tak samo irytującego jak Willie, już choćby dlatego, że tak jak ona prawie ciągle krzyczy ze strachu, tak on ciągle mówi bardzo głośno, i do tego łamaną angielszczyzną (czego nie widać aż tak bardzo w wersji z polskim lektorem). W ostatnich czasach ludzie spoglądają na niego nieco bardziej przychylnie z powodu Oscara Ke Huy Quana za Wszystko wszędzie naraz, ale jeszcze dekadę temu spotykałam się z opiniami, że on i Willie są wkurzający.
Dobrze, przejdźmy teraz do Willie Scott.
Przez większość czasu jest ona raczej bezużyteczna, humorzasta, wygodnicka i mało rozgarnięta. O tym też już mówiłam, ale George Lucas i Steven Spielberg chcieli, aby była ona przeciwieństwem Marion Ravenwood. Teraz widzę, że w zasadzie łączy te dwie postaci kilka rzeczy, ale jedna jest bardzo szczególna: obie miały pecha i zostały wciągnięte w przygodę wbrew swej woli. Tak naprawdę, gdyby Willie nie podeszła do stolika Lao Che, żeby z nim porozmawiać, nie zostałaby wzięta za zakładnika; a gdyby od razu dała Indy’emu odtrutkę, nie zabrałby jej ze sobą do samochodu, uciekając przed Lao Che. W zasadzie zachodzi pytanie: Dlaczego po odebraniu od niej antidotum Indy po prostu nie zostawił jej gdzieś, chociażby po dotarciu do samolotu? Czy spodziewał się, że może ona coś powiedzieć Lao Che? A może myślał, że jeśli ją zostawi, kobieta zginie? Tak czy inaczej, ona nie chce tu być i chłopaki też specjalnie za nią nie przepadają, ale Willie i Indy skazani na swoje towarzystwo. Nie można jednak powiedzieć, że jej udział w przygodzie był całkowicie bezwartościowy, bo raz, że udało jej się uratować Indianę Jonesa i Shorty’ego przed śmiertelną pułapką, w która wpadli; a dwa, że w drugiej połowie filmu robi się bardziej proaktywna.
Świątynia Zagłady przeszła jednak do historii kinematografii z dwóch, kontrowersyjnych powodów.
Pierwszy z nich to sposób przedstawienia Indii i hinduizmu. Sam Indiana Jones w tym filmie ociera się o tak zwanego „białego zbawcę”, który przybywa do zacofanej indyjskiej wioski i jest traktowany jako ratunek zesłany przez bogów. Mieszkańcy Indii przedstawieni są jako biedni wieśniacy, lubiący dziwne potrawy arystokraci albo sekciarze składający ofiary z ludzi. Sam kult, któremu przewodzi Mola Ram, jest nazywany Thagami, ale ich przedstawienie odchodzi od tego, czym ta organizacja tak naprawdę była (to wciąż byli zabójcy, którzy uważali się za dzieci Kali, ale ich metody działania były bardziej przyziemne i praktykowali raczej duszenie ofiar). Prawdopodobnie najbardziej rzucającym się w oczy błędem jest przedstawienie bogini Kali jako złego bóstwa, w opozycji do boga Śiwy (który jest, jakby nie było, jej mężem). Nic więc dziwnego, że przez jakiś czas rząd indyjski zakazał pokazywania Indiany Jonesa i Świątyni Zagłady.
(Książkowa adaptacja próbuje ratować ten wątek, np. sugerując, że Mola Ram to tak naprawdę heretyk, który wykorzystuje idee Thagów do własnych celów; i że scena kolacji w Pałacu Pankot ma sugerować, że coś niepokojącego się tu odwala.)
Indiana Jones i Świątynia Zagłady przeszedł też do historii jako jeden z dwóch filmów (drugim były Gremliny), które przyczyniły się do powstania kategorii wiekowej PG-13. Pierwotnie mieścił się w kategorii PG (czyli dzieci mogły go oglądać z rodzicami), ale uważany był za bardzo brutalny (nie mówiąc już o podtekstach seksualnych). Ponieważ jednak nie był aż tak krwawy, aby można było go zakwalifikować do kategorii R, w USA wprowadzono właśnie kategorię PG-13, którą można określić jako: „niektóre treści nie są odpowiednie dla dzieci poniżej trzynastego roku życia”. Pod wieloma względami jest to kamień milowy dla kina i telewizji, bo dzięki temu wiele produkcji było dostępne dla szerszej publiczności. Jednocześnie jednak ta kategoria niosła ze sobą swoje własne ograniczenia i dzisiaj, jeśli pojawia się adaptacja bardzo brutalnego materiału źródłowego i ma oznaczenie PG-13, widzowie mogą się niepokoić.
Przez całe lata dziedzictwem Indiany Jonesa i Świątyni Zagłady było to, że uważano ten film za najsłabszy z pierwotnej trylogii. Potem wyszło Królestwo Kryształowej Czaszki, które było odtrącane od czci i wiary (sama pamiętam, jak ERod mówił: „Indiana Jones to trylogia. Nie było żadnych innych filmów z Indiana Jonesem.”). Pojawiają się też głosy, że Świątynia Zagłady próbuje robić coś swojego; coś innego niż to, co pokazali Poszukiwacze Zaginionej Arki.
I wiecie, Świątynia Zagłady była pierwszym filmem Ke Huy Quana. Później wystąpił jeszcze w Goonies jako Data, a potem grał tylko w kilku filmach i jednym serialu. Jako dorosły aktor miał problemy ze znalezieniem pracy i głównie pracował za kamerą, tworząc, m. in., choreografię walk do X-Menów i Tylko jednego, a także będąc asystentem reżysera Wang Kar-Weia przy produkcji filmu 2046. Wreszcie w 2018 roku zobaczył Szalonych, bogatych Azjatów i to zainspirowało go do powrotu do aktorstwa. I tak oto w 2022 roku wystąpił w filmie Wszystko wszędzie naraz. A kto mu wręczył Oscara na gali za ten film? Sam Harrison Ford.
Po czterdziestu latach dziedzictwem Świątyni Zagłady nie jest już tylko to, że to najsłabszy Indiana Jones. I wiecie co? To nadal jest jeden z moich ulubionych filmów.
