Doszliśmy do filmu, który już na samym starcie miał trochę pod górkę. Kapitan Marvel musiała wiele udowodnić, albowiem miała być pierwszym filmem superbohaterskim z kobiecą główną bohaterką w MCU i bardzo Kevinowi Feige zależało, aby to był sukces.
W między czasie DCEU, które było odbierane… różnie po ekscesach Snydera i po pierwszym Suicide Squad, powoli zaczęło nabierać tempa. W rok przed Kapitan Marvel wyszła Wonder Woman, która była powszechnie chwalona jako w zasadzie pierwszy film o superbohaterce, który nie był kompletną klapą. Marvel Studios musiało więc przyspieszyć. Feige chciał zresztą wyprodukować film o Carol Denvers i Czarną Panterę o wiele wcześniej, jednak CEO Ike Perlmutter ciągle się temu sprzeciwiał, uważając, że tylko filmy o białych męskich superbohaterach mają szansę na sukces. Zgodził się na pomysły Feige’a pod warunkiem, że powstanie film o Inhumans (jak pamiętacie, był potem z tego serial… uważany za pierwszą klapę MCU).
Udało się w końcu zrobić tak, że Feige mógł działać niezależnie od Perlmuttera, niemniej jednak Kapitan Marvel miała wiele do udowodnienia. Czy jej się udało, to kwestia sporna.
(W między czasie zmarł też Stan Lee i Marvel Studios postanowiło uhonorować go w swoim logo przed tym filmem.)
Opis Fabuły:
Walcząca w szeregach Kree Vers (a tak naprawdę Carol Danvers) cierpi na amnezję. Kree są w stanie wojny ze Skrullami – rasą kosmitów, która jest w stanie zmieniać postać, a Vers dysponuje energią, którą może strzelać z rąk, ale jej dowódca zabrania jej z nich korzystać. Bohaterkę prześladują też koszmary o tym, jak budzi się pośród zgliszczy, widzi jakąś kobietę oraz Skrulla, który idzie na nie z bronią. Po nieudanej pierwszej misji odnalezienia zaginionego agenta Kree Vers trafia do niewoli Skrullów, którzy chcą wyciągnąć z jej wspomnień informacje o doktor Wendy Lawson, twórczyni napędu nadświetlnego. Vers udaje się uciec, ale rozbija się na Ziemi. Teraz musi dojść co planują Skrulle i co oznaczają jej wspomnienia, a pomóc jej mogą tylko młody Nick Fury i dawna przyjaciółka, Maria Rambeau.
Wnioski Ogólne:
Mam wrażenie, że Kapitan Marvel to jeden z najbardziej znienawidzonych filmów MCU (jeszcze kilka lat temu powiedziałabym pewnie, że najbardziej znienawidzony, ale wiele się przez ten czas wydarzyło). Składa się na to kilka czynników… Ale że ja zarówno po pierwszym, jak i po drugim obejrzeniu uważałam ten film za całkiem niezły (tylko bohaterka była czasami nudna), musiałam zasięgnąć informacji z YouTubowych analiz, które bardziej się w nie wgryzały.
Zacznę może od tego, jak sama podchodzę do tego filmu i przy okazji podejmę temat tego, co sądzą o nim inni.
Kiedy Kevin Feige przedstawił rozpiskę na Trzecią Fazę i okazało się, że to właśnie Carol Danvers będzie tą pierwszą superbohaterką w solowym filmie Marvela, nie byłam nią specjalnie zainteresowana. To dlatego, że o Kapitan Marvel nie wiedziałam zupełnie nic. No dobra, może Linkara coś o niej opowiadał, ale nie widziałam jej zbyt dużo w kreskówkach Marvela, na przykład (pamiętam tylko, że była w X-Menach i że to właśnie od niej Ruda ma moc latania i supersiłę). I też jednym z wielu zarzutów, które słyszałam względem Kapitan Marvel, było właśnie wybranie mało znanej szerokiej publiczności postaci kobiecej, zamiast jakiejś bardziej znanej superbohaterki (jak choćby Czarna Wdowa, o której film fani prosili przez całe lata). Inna sprawa, że po pierwsze – Carol Danvers jest w komiksach już od ładnych paru dekad i jest jedną z najdłużej rezydujących superbohaterek Marvela (pojawiła się po raz pierwszy w 1968); a po drugie – już się zdarzyło, że mało znane postaci dostały własny film i z miejsca stały się popularne. (Zarazem warto zaznaczyć, że Kapitan Marvel to tak zwany Legacy Character i wielu bohaterów nosiło jego miano… no i była cała batalia między Marvelem a DC w kwestii tej nazwy, bo oni mieli swojego Kapitana Marvela.)
Całe lata po premierze tego filmu doszły mnie słuchy, że sama Brie Larson jako osoba jest powszechnie nielubiana, a to za sprawą swoich wypowiedzi w wywiadach i nie tylko (że robi się defensywna, kiedy dostaje komplementy, że gada ciągle i jej paplanina sprawia, że męscy członkowie obsady czują się niekomfortowo; że przy odebraniu statuetki na ceremonii Women in Film Rewards rzuciła tekst o tym, że filmowymi krytykami przeważnie są biali mężczyźni po czterdziestce i dlatego nie podobała im się Pułapka czasu). Niejako ta niechęć sprawiła, że tym bardziej słychać było opinie, jakoby Carol Danvers była tak kiepską postacią również dlatego, że Brie Larson ją źle zagrała. Na pewno nie pomaga tej postaci to, że jej aktorka wydaje się uosabiać bardziej irytujące elementy współczesnego feminizmu, a Kapitan Marvel jest poniekąd o kobiecym wyzwoleniu.
No właśnie, czas przyjrzeć się samemu filmowi i jego bohaterce. Naczelny zarzut to właśnie Carol Danvers, która wydaje się niezbyt interesująca. Kapitan Marvel na początku kreuje się na historię o kobiecie z amnezją, która walczy w Siłach Gwiezdnych Kree, wierzącą w ich misję walki ze Skrullami, ale ciągle słyszącą od przełożonego, że jest zbyt emocjonalna i powinna nauczyć się walczyć z głową; i która z biegiem czasu odkrywa swoją prawdziwą tożsamość i że Kree pomieszali jej we wspomnieniach. Ponadto Carol nosi inhabitor, który sprawia, że jej tajemnicze moce w ręce są hamowane; a w wielu jej wspomnieniach przetacza się motyw przewodni mężczyzn mówiących jej, że do niczego się nie nadaje. Do pewnego stopnia jest to historia o tym, jak Carol odkrywa swoją wewnętrzną siłę i to, że była wykorzystywana; oraz o tym, jak podnosi się z kolan i zaczyna świadomie korzystać ze swojej mocy. Wątki feministyczne są więc w tym filmie bardzo mocno zarysowane.
Jednocześnie to, co zarzuca się samej Carol Danvers, to to, że jest w najlepszym razie mdłą postacią, a w najgorszym – arogancką i impulsywną wredotą; a jej story arc, który zapowiada motyw „intelekt kontra emocje”, nie jest zbyt spójny. Osobiście nie uważam, aby była aż tak zła, ale myślę, że scenarzyści popełnili kilka istotnych błędów w jej arcu. Przede wszystkim ma się wrażenie, że ludzie raczej mówią jej i nam jaka była. Widzimy jej wspomnienia, zarówno kiedy oglądają je Skrullowie, jak i kiedy Carol sama przypomina sobie różne rzeczy, ale z tych retrospekcji nie czuć za bardzo tego szacunku Carol do Lawson, za to jest mnóstwo scen, jak wszyscy ją hamują albo drwią z niej, bo jest kobietą. No a potem trafia ona do Marii Rambeau i jej córki, i to one opowiadają o tym, jaka Carol była niesamowita (Maria nawet pokusza się o rant o zajebistości Carol, kiedy ta mówi: „Sama nie wiem kim jestem”).
Te rzeczy mają uzasadnienie fabularne, no bo przecież jest to historia o babce z amnezją, która wierzyła w to, że musi walczyć ze Skrullami i niejako ze wspomnień i opowieści innych ludzi odzyskuje swoją tożsamość. Tak samo jej zachowanie na Ziemi trochę można usprawiedliwić tym, że ona jest członkiem organizacji militarnej, więc skupiona jest na wykonaniu misji. Ma poczucie humoru, ale takie, które najlepiej porównać do Tony’ego Starka czy Shuri – ma tendencję do złośliwych komentarzy na temat niekompetencji innych bohaterów, bo ona zna lepsze sposoby działania, a TARCZA nosi czapki ze swoim logo. Ona musi wyjaśniać Fury’emu kim są Skrulle i jak je wykryć, bo ludzie nie mają pojęcia o tym, co się dzieje w dalekich galaktykach.
Jednocześnie najbardziej interesujące (w moim odczuciu) były właśnie te sceny między Carol i Fury’m – ich dialogi, przekomarzanki, wspólne odkrywanie tego, co się dzieje. Spotkanie z Carol, dowiedzenie się, że istnieją kosmici, a wielu z nich potrafi przyjmować dowolną postać, odnalezienie Tesseractu, którego Lawson (a w rzeczywistości kosmitka Mar-Vell, która postanowiła stanąć po stronie Skrulli) ukryła, uświadamia pięknemu i młodemu Nickowi Fury’emu, że są w tym wszechświecie zagrożenia, na które ludzkość nie jest gotowa. Pod koniec filmu zapożycza od Kapitan Marvel jej przydomek z armii i tworzy Projekt Avengers (i w scenie po napisach Wojny Bez Granic wzywa bohaterkę tuż przed śmiercią).
(Przy okazji dowiadujemy się, że Fury stracił oko, bo nie postępował ostrożnie z kosmicznym kotem. Tak, to właśnie kosmiczny kot Goose jest powodem, dla którego Fury ciągle gada o nieufności.)
Ten film wiele ustanawia – nie tylko jest takim prequelem Avengersów, lecz także córka Marii, Monica, w przyszłości zyska supermoce, a Skrullowie zwiastują adaptację Tajnej Inwazji… chociaż wydaje się, że nie. Jednym z wielkich zwrotów akcji w tym filmie jest odkrycie, że Skrullowie to ofiary propagandy i Kree tępią ich w zasadzie tylko dlatego, że Skrullowie nie zgięli kolana przed imperium Kree i teraz w zasadzie szukają nowego domu. Tymczasem komiksy i niektóre kreskówki (jak Avengers: Potęga i Moc czy Fantastyczna Czwórka z lat dziewięćdziesiątych) przedstawiały Skrulli jako nie mniej krwiożerczych i dążących do dominacji. Właściwie film muska konflikt z eventu Kree-Skrull War. Sama Tajna Inwazja opowiadała o tym, jak Skrulle zaczęli infiltrować ludzkie społeczeństwo, a nawet podszywać się pod co poniektóre ważniejsze postaci (to było też wygodne narzędzie fabularne, aby wyjaśnić nieścisłości w zachowaniu co poniektórych bohaterów).
Tak więc Carol Danvers pokonuje Kree swoimi mocami, ale też determinacją (pokazaną w pięknym montażu, jak Carol ze wspomnień podnosi się po każdej porażce), ratuje Skrullów i świętuje zwycięstwo u Marii. Ale postanawia jednak zacząć szukać im nowego domu w kosmosie i przez kolejne lata nie daje znaku życia… aż do Avengers: Koniec Gry. Ale o tym opowiem kiedy indziej.
