Site icon Planeta Kapeluszy

Meg ogląda MCU – Avengers: Koniec Gry

Reklamy

I tak oto doszliśmy do filmu, który dla wielu jest wielkim finałem Marvel Cinematic Universe. Avengers: Koniec Gry wieńczy Sagę Nieskończoności oraz story arki wielu bohaterów, których losy śledziliśmy przez te dwadzieścia dwa filmy.

Jest to też pierwszy film w MCU, który wykorzystuje podróże w czasie. I tak jak pierwsi Avengersi, czy Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów, Koniec Gry będzie miał konsekwencje dla uniwersum.

Zarazem jest to film, przy którym paranoja przecieków i spoilerów była tak silna, że aktorzy grali prawie w ciemno, i w zasadzie tylko Robert Downey Jr i Chris Evans przeczytali cały scenariusz.

Opis Fabuły:

Po tym jak Thanosowi udało się użyć Kamieni Nieskończoności, aby wymazać pół życia we wszechświecie, Tony Stark i Nebula zostają ocaleni od pewnej śmierci w kosmosie przez Kapitan Marvel, która sprowadza ich na Ziemię. Reszta ocalałych bohaterów próbuje dowiedzieć się, gdzie jest Thanos, jak go pokonać i jak odzyskać Kamienie Nieskończoności, w czym pomaga im Nebula. Kiedy jednak udaje się Avengersom odnaleźć Szalonego Tytana, ten już dawno zniszczył Kamienie, aby „go nie kusiły”. Po pięciu latach ludzie próbują radzić sobie z tą nową sytuacją. Tymczasem z Wymiaru Kwantowego zostaje uwolniony Scott Lang i proponuje nowy plan: cofnąć się w czasie i wykraść Kamienie Nieskończoności, aby odwrócić „Pstryknięcie”.

Wnioski Ogólne:

Można podzielić ten film na trzy części.

W pierwszej części w zasadzie mamy nową, smutną rzeczywistość, którą stworzył Thanos. Już pierwsza scena filmu, w której widzimy, jak w jednej chwili znika cała rodzina Clinta Bartona, pokazuje jakim szokiem było dla wszystkich „Pstryknięcie”. Bohaterowie próbują się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości – najpierw chcą odnaleźć Thanosa i odwrócić „Pstryknięcie”, a potem, kiedy już okazuje się, że Kamienie zostały zniszczone, przez kolejne pięć lat trochę pogodzili się z tym, że połowy życia we wszechświecie już nie ma. Steve Rogers prowadzi terapię grupową, Clint stał się Roninem, który zabija bez litości członków organizacji przestępczych, Thor wraz z garstką Asgardian osiedlił się na Ziemi i popadł w taką depresję, że cały dzień tylko gra w Fortnite’a i pije hektolitrami piwo, a Natasha i większość pozostałych superbohaterów ogarnia chaos jaki powstał przez Thanosa. I tylko Bruce Banner i Tony Stark mają się całkiem nieźle, bo jeden połączył się z Hulkiem i stał się nową istotą łączącą ze sobą najlepsze cechy obu osobowości; a drugi założył rodzinę i dorobił się uroczej córeczki, Morgan.

Druga część zaczyna się od momentu, w którym Scott Lang wraca z Wymiaru Kwantowego i zachodzi do byłej siedziby Avengers. Tak się składa, że od powrotu do domu wciąż nie może przestać myśleć o tym, że na Ziemi minęło pięć lat, podczas gdy w Wymiarze Kwantowym – zaledwie kilka godzin; i zastanawia się, czy możliwe jest użycie cząsteczek Pyma, aby cofnąć się w czasie i nie dopuścić do „Pstryknięcia”. Od teraz zaczyna formułować się plan „skoku czasowego” (time heist) – Avengers i ich sprzymierzeńcy testują cząsteczki Pyma, aby zbudować stabilną maszynę czasu, przygotowują plan wykradnięcia Kamieni Nieskończoności z poszczególnych momentów w historii franczyzy (Rocket i Thor wyruszają do Asgardu, Nebula i War Machine lecą na Morag, Clint i Natasha na Vormir, aby zdobyć Kamień Duszy, a reszta bohaterów wyrusza do Nowego Jorku w czasach walki z Chituari, aby odebrać berło Lokiego, Tesseract oraz Oko Agamotto), a potem wyruszają w podróż w czasie, dzięki czemu mamy okazję przyjrzeć się różnym ikonicznym scenom MCU z boku. Nie wszystko, oczywiście idzie po myśli bohaterów i natrafiają na różne przeszkody, ale udaje się wreszcie zdobyć wszystkie Kamienie Nieskończoności i umieścić je w nowej rękawicy, zrobionej przez Iron Mana.

W końcu trzecia część zaczyna się od tego drugiego „Pstryknięcia”, które przywraca utracone życia, ale pojawia się znów na Ziemi Thanos (z przeszłości), który wie, co się z nim stanie, kiedy już dokona swego dzieła, i postanawia po prostu odtworzyć wszechświat na nowo, aby nie pozostał nikt, kto pamiętałby stary porządek. Tak więc następuje finałowa bitwa, w której biorą udział wszystkie najważniejsze postaci, które kiedykolwiek pojawiły się w filmach MCU i każdy ma swój moment chwały. Aż wreszcie Tony Stark poświęca się i „pstryka”, aby wymazać ludzi Thanosa.

Teraz, kiedy mamy już cały ogląd sytuacji, chciałabym poświęcić trochę miejsca poszczególnym postaciom, zwłaszcza Iron Manowi, Thorowi, i Kapitanowi Ameryce. Bo każdy z nich przechodzi pewną przemianę i jest to w zasadzie zwieńczenie ich historii, ciągnących się przez całe MCU.

Zacznijmy od Thora. Dla wielu ludzi to, jak Thor został potraktowany, jest jednym z głównych mankamentów tego filmu. W poprzedniej odsłonie Avengers, Bóg Piorunów widział jak giną jego przyjaciele, brat (z którym niedawno się nawet pogodził) oraz jego lud. Tymczasem już w jego pierwszej scenie po pięciu latach, jest on przedstawiony jako gruby alkoholik, który całe dnie spędza przed telewizorem. Jednym słowem: cierpi na depresję, ale ta depresja traktowana jest przez dłuższy czas jako coś zabawnego, no bo paczcie, Thor jest grubym opijusem!

W miarę jednak jak trwa film, widzimy pewne niuanse. Przede wszystkim Gromowładny ma przeświadczenie, że zawiódł jako władca Asgardu, a do tego Koniec Gry rzuca go w taki moment w czasie, kiedy jego ukochana Jane Foster gościła w Asgardzie, a jego matka, Frigga, jeszcze żyła (chociaż później miała nastąpić jej śmierć). Co więcej, kiedy Frigga natyka się na niego, od razu zdaje sobie sprawę z tego, że ma do czynienia z synem, który pochodzi z innego czasu. I jest to moment, w którym Thor może swobodnie porozmawiać z matką, może zwierzyć się ze swoich wątpliwości i otrzymać radę, której bardzo potrzebuje. Być może nie sprostał oczekiwaniom Odyna, ale porażki nie oznaczają, że jest złym człowiekiem. Thor powinien postarać się być jak najlepszą wersją siebie. Pod sam koniec udaje mu się nawet odebrać Mjolnira, ale kiedy próbuje ostrzec Friggę o jej losie, ona go ucisza, bo nie chce znać swojej przyszłości.

Wątek Thora jest też mocno sprzężony z wątkiem Rocketa, który od czasów Wojny Bez Granic jest jednym z najbliższych przyjaciół Boga Piorunów, a że w poprzednim filmie stracił jedyną rodzinę, jaką znał (Strażników Galaktyki), ma nadzieję, że uda mu się ją przywrócić. W pewnym momencie bierze Thora na stronę, aby porozmawiać z nim szczerze i dodać mu otuchy. Obaj żyją ze świadomością, że zawiedli i że przeżyli, chociaż ich bliscy zginęli za sprawą Thanosa. Do tego jeszcze dochodzi Nebula, która przez Szalonego Tytana straciła też siostrę (z którą też się niedawno pogodziła), i choć z Thorem nie ma ona zbyt wiele styczności, to z Rocketem są sobie bliżsi i to będzie pokazane w świątecznym specialu oraz trzeciej odsłonie Strażników Galaktyki.

Nebula zaczynała jako wierna córka Thanosa, która spełnia jego wolę (głównie ze strachu i chęci przetrwania), ale im więcej czasu spędza ze Strażnikami i Gamorą, tym bardziej zaczyna w nich widzieć… może nie tyle rodzinę, co przyjaciół i miejsce we wszechświecie. Nie ulega wątpliwości, że obecnie widzi w Thanosie przemocowca (zresztą pewnie widziała go tak od dziecka), który ją modyfikował, byle tylko zrobić z niej idealną maszynę do zabijania, a i tak zawsze przegrywała z Gamorą. Niestety, w przeciągu trwania tego filmu, dochodzi do związania czasowego i Nebula z przeszłości zaczyna odtwarzać wspomnienia Nebuli z przyszłości, i w taki sposób Szalony Tytan dowiaduje się, co Avengersi i reszta planują zrobić. Nebula zostaje pojmana, a jej odpowiednik z przeszłości zajmuje jej miejsce, jednak ona jest w stanie przemówić do jeszcze stojącej po stronie ich ojca Gamory (mamy tutaj takie odwrócenie ról – na początku to Gamora przekonywała Nebulę, aby przeciwstawiła się „ojcu”). Potem ta Gamora z przeszłości, która nie ma tej samej relacji ze Strażnikami, wejdzie na miejsce tej, która została poświęcona na Vormirze, ale to już historia na późniejszy film.

A skoro jesteśmy już przy Vormirze, pogadajmy o Clincie i Natashy. Pogrążony w rozpaczy po utracie rodziny, Hawkeye stał się mścicielem, który zabija przestępców. Jest to ujęte jako wielka tragedia; jako zatracenie się Hawkeye’a w zemście. Jednak Natasha nadal widzi w nim swojego przyjaciela i chce mu pomóc, chociaż na początku Clint mówi: „Nie dawaj mi nadziei.” Kiedy wreszcie przybywają do Vormiru i stają przed perspektywą, że w zamian z a Kamień Duszy jedno z nich musi się poświęcić, w zasadzie zaczynają się kłócić o to, które z nich ma to zrobić. Z jednej strony Clint uważa, że jego działania jako Ronin sprawiają, że to on powinien umrzeć, no bo jak mógłby wrócić do rodziny po tym co zrobił? Z drugiej strony Natasha też ma krew na rękach, w zasadzie miała ją na długo przed Clintem, jako Czarna Wdowa. Oboje mają bliskich, do których powinni wrócić i oboje chcą, aby to drugie zaznało szczęścia. Dlatego właśnie tak mocno walczą o to, aby się poświęcić dla świata i dla najbliższego przyjaciela. Tak więc ostatecznie Natasha spada i Clint zdobywa Kamień Duszy, ale przez resztę filmu Avengersi ją opłakują, zwłaszcza że nie można jej zwrócić życia, tak jak „pstrykniętym” ludziom.

Być może jest to dobry moment, aby wziąć się za Tony’ego Starka. Jak zapewne zauważyliście z poprzednich odsłon tej retrospektywy, w moim odczuciu Iron Man, jako postać, zaczął się staczać w zasadzie od Czasu Ultrona. I cóż, jeszcze zanim miałam okazję obejrzeć Koniec Gry, nasłuchałam się o jego wybuchu złości tuż po powrocie na Ziemię, kiedy opowiada o tym, jak to on miał rację i jak to nikt go nie słuchał, a teraz Thanos wygrał. Dodatkowo tendencja Roberta Downeya Juniora do improwizowania dialogów sprawiła, że krążyły słuchy, że cała ta przemowa była właśnie taką improwizowaną sceną, a w oryginalnym scenariuszu Iron Man przeprasza za swoje błędy. I choć po latach dowiedziałam się, że improwizowana była tam tylko jedna linijka, to nadal nie zmienia faktu, że Tony nie uznaje Ultrona za błąd. Niemniej jednak kiedy doszłam do tej sceny w filmie, trochę byłam w stanie usprawiedliwić jego zachowanie, jako majaki człowieka, który widział z bliska śmierć wielu osób (w tym swojego młodego protegowanego), jest wygłodzony i na skraju wycieńczenia, i w zasadzie buzują w nim wybujałe emocje. Również jego pierwotna niechęć do pomocy w „skoku czasowym” bierze się z tego, że nie chce stracić córeczki (chociaż jego oburzenie, że reszta coś od niego chce, zamiast po prostu go odwiedzić, brzmi trochę hipokrytycznie, biorąc pod uwagę to, że sam odciął się od świata i reszty Avengers, i pewnie nie pytał co u nich).

Powiem tak: od momentu, w którym Iron Man przybywa pomóc rozwiązać problem z podróżami w czasie, oddaje Kapitanowi Ameryce jego tarczę i bierze udział w „skoku czasowym”, staje się o wiele bardziej znośny. Ogląda się go jak starego Iron Mana z Avengers, głównie dlatego, że ten ostatni występ Mścicieli to rzeczywiście jest wspólna walka ze złem. Więcej, Tony i Steve w zasadzie przez większość „skoku” pracują razem. Razem najpierw cofają się do 2012 roku, aby po walce z Chitauri odebrać dwa Kamienie Nieskończoności, i razem cofają się jeszcze wcześniej, aby odebrać Tesseract oraz kilka cząsteczek Pyma (na powrót do domu) z Camp Leigh. Może niektórym nie pasuje, że ten konflikt został tak szybko rozwiązany, ale dla mnie to był moment powrotu do ery sprzed Czasu Ultrona (dodatkowo ostatnio dostałam dwa zbiory komiksów z Avengersami i czytając je, zatęskniłam za Mścicielami, którzy są faktycznie drużyną, a między Iron Manem a Kapitanem Ameryką jest przyjaźń, tak więc Koniec Gry w późniejszych częściach przypominał mi tę dynamikę).

Generalnie jak teraz o tym pomyślę, to sceny w Nowym Jorku i w Camp Leigh oglądało mi się najlepiej. Nie tylko jest tam mnóstwo bardzo dobrych momentów, jak walka między starym a nowym Steve’m Rogersem, Loki kradnący Tesseract (co będzie potem punktem wyjścia do jego solowego serialu), „flagowy tyłek Ameryki”, Hulk, z którego Starożytna wypchnęła ciało astralne Bruce’a Bannera, czy Kapitan nawiązujący do niesławnego mema z Hydrą, lecz przede wszystkim w Camp Leigh mamy okazję zobaczyć młodszą wersję Hanka Pyma, Steve widzi biurko Peggy Carter (na którym jest jego zdjęcie), a także ją samą; a Tony ma okazję pogadać ze swoim ojcem, którego żona jest jeszcze w ciąży. I ta rozmowa jest autentycznie jednym z lepszych momentów w filmie i domyka wątek trudnych relacji między Tony’m a jego ojcem. (Ponadto dla mnie to bardzo szczególny moment, bo swego czasu napisałam fanfiction o tym, jak Howard Stark przenosi się w czasie i ląduje w Wieży Avengersów; a także sequel, w którym to Avengersi muszą cofnąć się w czasie, aby ocalić Howarda i Steve nawet przyjmuje tożsamość Rogera Stevensa, jak w tym filmie).

Koniec Gry wieńczy wątek Tony’ego Starka w bardzo poetycki sposób. Podczas wielkiej, finałowej potyczki, w której biorą udział wszyscy superbohaterowie – od Wonga, Szkarłatnej Wiedźmy i Doktora Strange’a, poprzez siły Wakandy, a na Falconie, Ant-Manie, Osie, a nawet Pepper w pancerzu skończywszy – Iron Man jest tym, który ostatecznie wdziewa Rękawicę Nieskończoności i pstryka, aby usunąć siły Thanosa. Niestety moc Kamieni sprawia, że on sam ginie heroiczną śmiercią i wkrótce widzimy pogrzeb Tony’ego, na którym pojawili się nie tylko wszyscy superbohaterowie, którzy brali udział w bitwie, ale też postaci poboczne, jak Nick Fury, Maria Hill, ciocia May, Pymowie i dzieciak, z którym Tony zaprzyjaźnił się w swoim ostatnim solowym filmie. Być może byli wśród nich ludzie, których Tony skrzywdził (jak Sam Wilson czy Wanda Maximoff), ale to nie zmienia faktu, że Tony zginął jak bohater. Jest to też trochę pożegnanie człowieka, od którego zaczęło się całe MCU, więc jest ono jak najbardziej stosowne.

Ale nie myślcie, że pozwolę Wam zapomnieć, że to Hulk swoim „Pstryknięciem” przywrócił życie połowie wszechświata! Tak, to on pierwotnie wdział rękawicę i to on „pstryknął”, otrzymując potworne poparzenia i złamaną rękę. (I ta scena, jak Scott widzi kwitnące drzewo, na którym siadają ptaki, a do Clinta dzwoni jego żona, ma w sobie taki pierwiastek cichego triumfu. Bohaterowie mogą na chwilę odetchnąć… no, a potem przyłazi Thanos.)

I tak się składa, że „Mądry Hulk” swego czasu wzbudził kontrowersje (i nadal je trochę wzbudza). Z jednej strony uważano, że powstały z połączenia Hulka i Bannera „Mądry Hulk”, który łączy ze sobą najlepsze cechy obu osobowości i który jest powszechnie lubiany, jest oznaką, że Banner zaakceptował swoje drugie „ja” po latach strachu i Hulk nie jest już dla niego tylko „tym drugim”. Z drugiej strony upatrywano w tym stłamszenia unikalnej osobowości Hulka. Jak dla mnie Koniec Gry nie zrujnował tej postaci jakoś bardzo, chociaż nie powiem, jako wielka fanka Bannera z trudem patrzyłam na jego nową, zieloną wersję, bo jest ona dość upiorna. Niemniej jednak to Banner właśnie przekonuje ostatecznie Starożytną, aby pożyczyła mu Kamień Czasu pod warunkiem, że Avengersi oddadzą Kamienie na swoje miejsce, gdy będzie już po wszystkim.

Koniec Gry jest też kontrowersyjny ze względu na to, jak potraktowało wątek Kapitana Ameryki. Steve przez większość historii jest tym „człowiekiem poza czasem”, który musiał pozostawić przyjaciół i miłość życia w XX wieku i wciąż ma trudności z przystosowaniem się do nowej rzeczywistości. Fakt, ma we współczesności nowe relacje, takie jak Sam, Natasha, a od niedawna nawet Bucky, ale prawda jest taka, że nadal jest zagubiony. Steve przyznaje się w pewnym momencie Natashy, że choć mówi ludziom na grupie wsparcia, że warto iść naprzód, sam ma z tym problem. Dlatego kiedy cofa się w czasie, aby oddać Kamienie, a potem widzimy go już jako starca, który postanowił zostać w przeszłości i ułożyć sobie wspólne życie z Peggy, ludzie mieli z tym problem. Film ujmuje to jako Steve’a decydującego się wreszcie żyć własnym życiem, ale widzowie uważali to za objaw samolubstwa ze strony Kapitana, bo „porzucił” wiele osób w przyszłości i wygląda na to, że nic nie robił, aby walczyć z niesprawiedliwością przez ten czas (chociaż Kevin Feige i bracia Russo nadmienili, że Steve po prostu stworzył oddzielną linię czasową, w której nie wiemy, co się działo). Ja jednak uważam, że choć pewne niefortunne implikacje się pojawiają, to jednak Steve Rogers zasłużył na to, aby odpocząć i przekazać tę nieszczęsną tarczę dalej. I podobno, kiedy Chris Evans przeczytał scenariusz i doszedł do sceny, w której tarcza trafia do Sama, usiadł z Anthony’m Mackie, aby zobaczyć jego reakcję.

Avengers: Koniec Gry w napisach końcowych składa hołd wszystkim najważniejszym superbohaterom, którzy budowali przez te dwadzieścia dwa filmy MCU. Nie tylko tych, którzy aktywnie brali udział w finałowej walce z Thanosem, ale też przyjaciołom, rodzinie i współpracownikom tychże superbohaterów. A na samym, samiuteńkim końcu zostawia sobie oryginalnych Avengersów.

Ten film kończy się tym, że wielu bohaterów idzie w swoją stronę i ich przygody będziemy śledzić w dalszych filmach i serialach. Przy okazji Koniec Gry wprowadza wątek podróży w czasie i multiwersum, którym będzie przyświecać kolejna, mniej lub bardziej trafiona saga. Dla wielu (w tym dla mnie) Filmowe Uniwersum Marvela mogłoby się skończyć właśnie na Avengers: Końcu Gry, bo jest w tym filmie pewna ostateczność. Ale cóż, Disney miał inne plany.

Tymczasem pozostał nam jeszcze jeden, ostatni film Trzeciej Fazy i Sagi Nieskończoności. Dowiemy się bowiem, jak Koniec Gry wpłynął na Petera Parkera.

Exit mobile version