Wspominałam poprzednio o tym, że Shang Chi i legenda dziesięciu pierścieni to drugie podejście do Mandaryna i kung fu w MCU.
Mandaryn w trzecim Iron Manie okazał się jednym wielkim rozczarowaniem, wyszło bowiem na to, że zamiast legendarnego przeciwnika Tony’ego Starka, dostaliśmy aktora, który go udawał na zlecenie Aldricha Killiana. Z kolei wcześniejsza próba połączenia MCU z kung fu wyszła kiepsko, bo pierwszy sezon Iron Fista nie tylko miał dość nudną fabułę, ale też walki nie powalały (drugi sezon był o wiele lepszy, ale serial skasowano).
Shang Chi i legenda dziesięciu pierścieni miał też być pierwszym filmem superbohaterskim z azjatyckim głównym bohaterem. Nie trudno też sobie wyobrazić, że Marvel Studios chciało nim podbić chińską widownię. Trochę im nie wyszło, ale o wiele lepiej przyjęła go społeczność azjatycka w USA.
Opis Fabuły:
Dawno temu Xu Wenwu zdobył magiczny artefakt w postaci dziesięciu obręczy. Dzięki nim zdobył władzę i wpływy, i założył organizację Dziesięciu Pierścieni, sam zyskując miano Mandaryna. W 1996 roku, kiedy szukał tajemniczej wioski Ta Lo, natknął się na jej strażniczkę, w której się (ze wzajemnością) zakochał i założyli rodzinę. W czasach współczesnych syn Wenwu, Shang Chi, próbuje ułożyć sobie życie w San Francisco, pracując jako hotelowy walet ze swoją przyjaciółką Katy. Pewnego ranka, jadąc do pracy autobusem, Shang Chi zostaje zaczepiony przez bandę zbirów, którzy chcą jego nefrytowego wisiorka i dochodzi do walki. Ponieważ podczas zawieruchy jeden ze zbirów wspominał coś o siostrze Shanga, Xialing, a po wszystkim okazuje się, że wisiorek zniknął, mężczyzna wyrusza do Makao, gdzie znajduje się Xialing.
Wnioski Ogólne:
Hej, dawno nie mówiliśmy w tej serii o gatunkach, pod które podchodzą filmy Marvela, a tak się składa, że tym razem mamy prawdziwą gratkę!
Shang Chi, jako postać, jest silnie związany z filmami sztuk walki (zwłaszcza kung fu), które w latach siedemdziesiątych zawitały na Zachód i zdobyły popularność. W tamtych latach pojawił się serial Kung Fu z Davidem Carradine’m, który stał się jedną z bezpośrednich inspiracji dla Shanga Chi jako bohatera, a nieco później zaczęto też rysować Shanga bardziej jak Bruce’a Lee (ze zrozumiałych powodów). Co ciekawe, pierwsze komiksy o Shangu Chi były bardziej historiami szpiegowskimi, ale zawsze ten bohater był powiązany ze sztukami walki, a nawet był w Marvelu największym ich mistrzem. (Jest jeszcze jedna kwestia, jeśli chodzi o backstory tej postaci, mianowicie – jej ojciec… ale do tego przejdziemy zaraz.)
Shang Chi i legenda dziesięciu pierścieni ma klimat filmu kung fu… czy nawet wuxia, bo to kung fu ma bardzo nadnaturalny charakter (poczynając od tytułowych dziesięciu pierścieni, a na pełnej mitycznych stworzeń wiosce Ta Lo). Z jednej strony przez cały film widzimy sceny walki, które pojawiają się w ten czy inny sposób – a to Shang Chi walczy w autobusie, a to bije się z siostrą na podziemnej arenie, a to znów atakują go zamaskowane zbiry, a to mamy flashbacki z treningów Dziesięciu Pierścieni… Z drugiej strony filmy kung fu i wuxia były i są mocno osadzone w chińskiej kulturze. Jakby nie było te gatunki wyrosły z kina w Hong Kongu, opowiadały o różnych okresach w historii Chin (od czasów panowania cesarzy po XX wiek), nie mówiąc już o tym, że przedstawiały narodowe sztuki walki (nie tylko kung fu, ale i walkę tradycyjną chińską bronią białą). No i oczywiście kung fu było kolejną sferą, w której objawiała się wschodnia filozofia.
(Nie jest też wielkim zaskoczeniem, że Legenda dziesięciu pierścieni ma w swojej obsadzie królową kung fu, Michelle Yeoh.)
Tu warto wspomnieć, że Shang Chi powstał, kiedy Marvel miał prawa do postaci doktora Fu Manchu z książek Saxa Rohmera. Fu Manchu dzisiaj postrzegany jest jako rasistowska karykatura, źródło wyobrażeń Azjatów jako „żółtego niebezpieczeństwa”, gdyż był to władca przestępczego półświatka, dysponujący armią i czarnoksięskimi mocami, który chce przy okazji zdobyć władzę nad światem. Z czasem Fu Manchu stał się takim archetypem azjatyckiego złola, z którego wyrósł, między innymi, marvelowski Mandaryn (jeśli widzieliście chociażby animowanego Iron Mana od Sabana, podobieństwo łatwo można zauważyć).
Mówię o tym dlatego, że pierwotnie Shang Chi był pomyślany jako syn doktora Fu Manchu, który przeszedł przez jego piekielny trening i stał się mistrzem sztuk walki, ale też wielokrotnie stawał przeciwko ojcu i jego organizacji. Później, kiedy Marvel stracił prawa do Fu Manchu (i zdał sobie sprawę z niefortunnych implikacji, które ciągną się za tą postacią), ojcem Shanga Chi został Zheng Zu – były przywódca Five Weapons Society, który po śmierci brata stał się superzłoczyńcą. Tak czy inaczej, jednym z elementów postaci Shanga Chi było to, że musiał walczyć ze swoim ojcem.
Legenda dziesięciu pierścieni ma właśnie ten główny wątek relacji między Shangiem Chi a jego ojcem, Mandarynem. Co by nie mówić, Xu Wenwu to jeden z bardziej złożonych złoczyńców w MCU – niby przedstawia się nam go jako władcę wiecznie żądnego podbojów i władzy; niby poddającego kilkuletniego syna bolesnym treningom i ignorującego swoją córkę; niby nie wahającego się rozlać krew w imię zemsty lub władzy, ale jednak, na swój sposób, kochającego swoje dzieci i żonę. Przez cały film daje nam się do zrozumienia, że to człowiek, który po ożenieniu się i po narodzinach swoich dzieci był gotów zrezygnować z władzy, Dziesięciu Pierścieni i tytułu Mandaryna, aby po prostu być mężem i ojcem. Wierzył nawet, że może być kimś innym, niż tylko zdobywcą, bo jego ukochana w to wierzyła… ale jego przeszłość go dogoniła – gangsterzy, których kiedyś rozgromił, przybyli się na nim zemścić i zabili jego żonę. Dlatego Wenwu powrócił na starą ścieżkę, syna szkolił na swojego następcę, a córkę odsunął w cień, bo za bardzo przypominała mu matkę. I też przez resztę filmu jego główną motywacją jest odzyskanie ukochanej, której głos błaga go o pomoc.
Shang Chi i Xialing mają wobec niego skomplikowane uczucia. Nienawidzą go za to, kim się stał, do pewnego stopnia nawet się go boją, ale przede wszystkim chcą go powstrzymać. Sam Shang Chi widział na własne oczy, jak ginie jego matka, potem przez większość dzieciństwa podążał za Mandarynem, aż w końcu, w wieku czternastu lat, uciekł do Stanów, aby tam ułożyć sobie życie. Przez to praktycznie rzecz biorąc, porzucił swoją młodszą siostrę, która musiała radzić sobie sama i stworzyła swoje własne imperium w Makao. Do pewnego stopnia jest to film o tym, jak ta dwójka powraca do domu, konfrontuje się ze swoją przeszłością i odkrywa się na nowo w rodzinnej wiosce matki, Ta Lo.
Shangowi towarzyszy Katy, jego stara przyjaciółka, którą poznał w szkole w USA i z której rodziną nawet się trochę zżył. Poznajemy ją jako kogoś, kto lubi szybkie fury i szaloną jazdę (co się przydaje później podczas walki w autobusie), ale też jako kogoś, kogo rodzice uważają, że jej obecna praca waleta jest poniżej jej potencjału. Stanowi to dla niej źródło licznych frustracji, a później dowiadujemy się, że Katy ma do wszystkiego słomiany zapał i to dlatego nie znalazła niczego, w czym byłaby dobra. (Nawiasem mówiąc, to była pierwsza rola, w której widziałam raperkę Awkwafalinę. Potem widziałam ją o wiele częściej w różnych produkcjach.)
Ta Lo stanowi z jednej strony kontrast do bazy Dziesięciu Pierścieni (jako ciemnej twierdzy pośrodku gór), będąc krainą pełną światła, zieleni i kolorowych stworzeń; a z drugiej miejsce, w którym kryją się liczne tajemnice. Mandaryn wierzy w to, że jego żona jest tam przetrzymywana wbrew swej woli i po uwolnieniu będą znów rodziną, dlatego najpierw szuka wioski, a potem wyrusza na nią z całą armią. Z kolei Shang Chi, Xialing, Katy i Trevor Slattery (czyli fałszywy Mandaryn, który został zabrany przez tego prawdziwego z więzienia i robi za błazna) wyruszają tam za Maurice’m – hundunem, który czekał na ich przybycie i chce ich tam zaprowadzić. Gdzieś tak w połowie filmu wreszcie trafiają do wioski. Tam też ciotka Shanga i Xialing, Ying Nan opowiada im o tym, że to Mieszkaniec w Ciemności – istota zamknięta przez wojowników Ta Lo w pewnej pieczarze – udaje ich matkę, licząc, że ich ojciec go uwolni. Ponieważ Mieszkaniec w Ciemności ma tendencję do wysysania życia z ofiar, tym ważniejsze jest, aby go powstrzymać.
Podczas gdy Xialing i Katy odnajdują się na nowo (bo Xialing nie musi już trenować w cieniu, a Katy odkryła, że całkiem nieźle idzie jej strzelanie z łuku), Shang Chi prosi ciotkę o to, aby nauczyła go stylu walki, którym posługiwała się ich matka, bo tylko ona była w stanie pokonać Wenwu. Od razu podczas treningu Nan otwiera jego zaciśnięte pięści. Mówi mu też, że ma on w sobie i dobro, i zło; jest w nim i coś z matki, i coś z ojca. Poniekąd, aby pokonać Mandaryna, Shang Chi musi najpierw uporać się z tymi wszystkimi skomplikowanymi uczuciami, które miał wobec niego.
Znamienne jest to, że podczas ostatecznej walki między nimi w pewnym momencie Shang Chi zabiera połowę pierścieni i z powodzeniem ich używa przeciwko ojcu, im dłużej walczą. Jakby pogodził się z tą częścią siebie, która pochodzi od Wenwu. I choć przez większość tej walki Mandaryn uparcie wali w pieczarę, za którą uwięziony jest Mieszkaniec w Ciemności, nawet kiedy jego ludzie przyłączają się do mieszkańców Ta Lo w walce z wysysającymi życie demonami; ale kiedy wreszcie zdaje sobie sprawę z tego, co uwolnił, wypycha syna z linii rażenia i poświęca za niego życie, przekazując mu dziesięć pierścieni. A ostatnie, o czym myśli Xu Wenwu, wielki Mandaryn, przed śmiercią to jego syn.
Legenda dziesięciu pierścieni ma epicki finał, w którym Shang Chi i Xialing walczą na smoku z Mieszkańcem w Ciemności, a Katy strzela w jego gardziel, zabijając go ostatecznie. Polegli zostają uczczeni, Shang Chi i Katy wracają do Stanów (ale zostają wezwani przez Wonga), a Xialing przejmuje Dziesięć Pierścieni. Zarówno Shang Chi, jak i organizacja mają wrócić w przyszłości.
Miałam wziąć się za A Gdyby…?, ale to antologia i chciałam jednak każdy odcinek omówić w osobnej sekcji… a to by było trudne. Dlatego następnym razem bierzemy się za Eternalsów.
