Site icon Planeta Kapeluszy

Maj z Indiana Jonesem – Artefakt Przeznaczenia

Reklamy

Dotarliśmy do piątego i ostatniego filmu o Indiana Jonesie. Indiana Jones i Artefakt Przeznaczenia miał wieńczyć historię Indy’ego, zakończyć przygodę Harrisona Forda z jego najukochańszą rolą i być częścią obchodów setnej rocznicy Disneya jako wytwórni.

Niemniej jednak, w świadomości publiczności zapisał się jako film jeszcze gorszy od Królestwa Kryształowej Czaszki, jedna z wielkich klap Disneya 2023 roku oraz kolejny dowód na to, że Disney nie szanuje dawnych bohaterów (czego nie omieszkał wspomnieć South Park w swoim słynnym odcinku specjalnym Joining the Panderverse). Usłyszałam nawet opinię, że film był taką klapą, bo młode pokolenie nie wie, kto to Indiana Jones i ich on nie obchodzi.

Ja oglądając Indianę Jonesa i Artefakt Przeznaczenia, miałam jakieś pojęcie o czym jest ten film, ale jednocześnie chciałam sprawdzić, na ile zarzuty wobec niego są uzasadnione. Odnoszę wrażenie, że Artefakt Przeznaczenia miał na siebie pewien pomysł, ale nie wykorzystał w pełni jego potencjału.

Motywem przewodnim Indiany Jonesa i Artefaktu Przeznaczenia jest czas. Już na samym początku, kiedy pojawiają się loga wytwórni, słychać tykanie zegara. Następnie mamy wstęp, który jest retrospekcją z czasów drugiej wojny światowej z komputerowo odmłodzonym Harrisonem Fordem. To nie jest pierwszy wstęp filmu o Indianie Jonesie zaczynający się w przeszłości (w końcu Ostatnia Krucjata uraczyła nas nastoletnim Indy’m-skautem), ale nigdy wcześniej nie mieliśmy w tej serii retrospekcji gdzieś w środku filmu, aby pokazać scenę z przeszłości mającą wpływ na fabułę w teraźniejszości.

Następna rzecz – tak jak w przypadku Królestwa Kryształowej Czaszki, śledzimy Indianę Jonesa jako staruszka w nowej erze (tym razem erze lotów kosmicznych w latach sześćdziesiątych), ale teraz jego podeszły wiek i zagubienie są o wiele bardziej wyraziste, już choćby przez to, że spotykamy go jako mieszkającego samotnie starszego pana, narzekającego na hałaśliwą młodzież, pijącego whisky do porannej kawy i będącego w separacji ze swoją żoną Marion. Tego ranka Indy dowiaduje się też, że człowiek stanął na Księżycu i choć on sam nie widzi w tym nic nadzwyczajnego, cała reszta świata wydaje się nie mówić o niczym innym. Wreszcie na samej uczelni scena wykładu stanowi kontrast do podobnych scen w Poszukiwaczach Zaginionej Arki, Ostatniej Krucjacie i Królestwie Kryształowej Czaszki – podczas gdy tam studenci byli zainteresowani tematyką wykładu, tutaj wszyscy są wynudzeni i nie chcą słuchać o Archimedesie. Jednocześnie Indy akurat tego dnia przechodzi na emeryturę i nie będzie więcej uczył.

Tak jak w poprzednim filmie do Indy’ego przybywa Mutt Williams, tak tutaj od wykładu o Archimedesie za doktorem Jonesem podąża Helena Shaw – córka jego starego przyjaciela, Basila (który towarzyszył mu nawet w retrospekcji we wstępie) oraz chrześnica Indy’ego. I tak jak Mutt przed nią, Helena budzi pewne kontrowersje, bo Artefakt Przeznaczenia to w dużej mierze film również o niej – o jej pragnieniu odnalezienia Antykithery, czyli tytułowego artefaktu, który swego czasu był obsesją jej ojca; o jej relacjach z Indy’m, który po śmierci Basila zniknął z jej życia; w końcu o jej obecnych machlojkach i chęci wzbogacenia się na zabytkach.

Helena jest pomyślana jako lustro dla Indy’ego – pod wieloma względami przypomina jego z poprzednich filmów. Z jednej strony jest skoncentrowana na zysku i robi szemrane interesy z gangsterami (tak jak doktor Jones w Świątyni Zagłady), a z drugiej strony ma dziecięcego pomocnika, o którego dba (też jak doktor Jones w Świątyni Zagłady). Ponadto sam Indy zwraca uwagę na to, że Helena nauczyła się na pamięć notatników ojca, co wykracza znacznie poza chęć zysku (tak jak Henry Jones Senior miał obsesję na punkcie Graala i szukał go przez całe życie, tak Basil Shaw badał i miał obsesję na punkcie Antykithery, ale utrzymywał, że trzeba ją zniszczyć).

Po sposobie, w jaki co poniektórzy o niej mówili, spodziewałam się, że Helena Shaw zdominuje fabułę, będzie pokazana jako o wiele lepsza od Indy’ego pod każdym względem i że będzie kreowana na jego następczynię. W moim odczuciu podobna jest bardziej do Marion Ravenwood z Poszukiwaczy Zaginionej Arki, w tym sensie, że jest jego partnerką w całej tej eskapadzie i się nawet z nim trochę droczy. Ale mogę zrozumieć niechęć do tej postaci, bo wielokrotnie jest ona po prostu wredna i bezczelna. Poniekąd taka ma być przez większość filmu, bo z jednej strony jest chciwą awanturniczką, która dla kasy pakuje się w kłopoty, a z drugiej strony ma za złe Indy’emu to, że nie wziął jej pod opiekę, kiedy była dzieckiem (co powinien zrobić jako ojciec chrzestny). Generalnie wypracowałam pewną teorię w związku z tą postacią, ale opowiem o niej przy okazji tekstu o kobietach Indy’ego.

(Osobiście bardziej od Heleny nie przypadł mi do gustu jej dziecięcy pomocnik, Teddy Kumar. Wiem, że to głównie dlatego, że miał być odpowiednikiem Short Rounda w tym filmie, no ale przykro mi – w porównaniu z Shorty’m Teddy był bardzo nijakim bohaterem i w zasadzie najciekawsza rzecz o nim, to jego zainteresowanie awiacją.)

W przeciwieństwie do poprzedniego filmu, gdzie wspólna przygoda z Muttem sprawiła, że Indiana Jones odzyskał radość życia i ponownie poczuł smak przygody, w tym filmie Indy przez większość fabuły nie chce, ale musi tam być. Musi odzyskać Antykitherę, zanim ta trafi w niepowołanie ręce; musi powstrzymać Helenę przed sprzedaniem artefaktu i nazistów przed zdobyciem go. Przygoda już go nie pobudza, bo jest już zdecydowanie za stary na walkę i wspinaczki po skałach (w pewnym momencie zaczyna narzekać na bolące kolana), a wszyscy wokół niego giną. Jego syn zginął w Wietnamie, dwoje jego kolegów z uniwersytetu zostało zastrzelonych, kiedy naziści go szukali, a nawet jeden z jego starych przyjaciół (nie pierwszy w tej franczyzie, zresztą) też zginął z ręki antagonistów. Zwłaszcza śmierć Mutta ciąży Indy’emu na sercu, bo chłopak w zasadzie poszedł do wojska ojcu na złość, a kiedy zginął, rozpadło się małżeństwo doktora Jonesa i Marion. Wychodzi więc na to, że nie trzyma go na tym świecie zbyt wiele.

I tak się składa, że Antykithara umożliwia podróż w czasie… czy też raczej stanowi narzędzie, które pozwala wyznaczyć, kiedy pojawią się kolejne szczeliny czasowe. To się wpasowuje w ogólny motyw przewodni czasu i na papierze ten pomysł oferuje ciekawe rozwiązania. Można byłoby, na przykład, w ramach celebracji Indiany Jonesa jako postaci, zabrać go do czasów jego poprzednich czterech przygód, aby mógł spotkać się znów ze starymi przyjaciółmi i znów doświadczył cudów, które widział. Być może nawet można byłoby pozwolić mu spotkać się jeden, ostatni raz ze zmarłym synem i ojcem.

Lecz niestety, film poszedł w zupełnie inną stronę. Po pierwsze – nazistowski fizyk chce wykorzystać Antykitharę, aby cofnąć się w czasie, zdetronizować Hitlera i samemu doprowadzić Trzecią Rzeszę do zwycięstwa w wojnie. Po drugie – sama podróż w czasie nie trwa zbyt długo w porównaniu z resztą filmu i ma tylko jeden przystanek: drugą wojnę peloponeską, podczas której Indy i Helena spotykają Archimedesa. I najciekawsze jest w niej to, że Archimedes miał nadzieję, że przybysze z przyszłości pomogą mu odeprzeć Rzymian; i to, że sam Indiana Jones pragnie zostać w przeszłości. Bo w XX wieku nie czeka go już nic: jego syn nie żyje, jego małżeństwo się rozpadło, on sam jest stary i zmęczony. Teraz może obcować z historią, którą do tej pory badał tylko w źródłach. To też wpasowuje się w motyw przewodni czasu i być może byłoby to nawet idealne zakończenie dla Indiany Jonesa jako bohatera…

Ale Helena protestuje. Po pierwsze dlatego, że Indy jest ranny i w starożytnej Grecji nie ma co liczyć na porządną opiekę medyczną; po drugie dlatego, że obecność Indy’ego może zakłócić linię czasową; po trzecie wreszcie dlatego, że sama Helena chce, aby Indy wrócił wraz z nią. I w rezultacie nie jest ona w stanie go przekonać normalnymi argumentami, tak więc go po prostu ogłusza. Indy budzi się w swoim mieszkaniu, gdzie po chwili przybywają do niego Marion i Sallah.

No właśnie, Sallah – towarzysz Indy’ego z Poszukiwaczy Zaginionej Arki i Ostatniej Krucjaty. Sam w sobie jest jednym z jaśniejszych momentów filmu, nie tylko dlatego, że John Rhys-Davis powraca w jednej ze swoich najlepszych ról i przez chwilę mamy klimat starego Indiany Jonesa; ale też dlatego, że Sallah pojawia się w momencie, kiedy Indy jest sam w tarapatach. Co więcej – dowiadujemy się, że dzięki Indy’emu siedzi w Ameryce wraz z rodziną od czasów Kryzysu Sueskiego. Z jednej strony dobrze, że pojawił się w ostatniej przygodzie doktora Jonesa, ale z drugiej strony przydałoby się z tej okazji pokazać więcej znanych twarzy. Wiadomo, że teoretycznie wielu towarzyszy Indy’ego nie żyje, ale co się stało z dziekanem z Królestwa Kryształowej Czaszki, co się stało z Haroldem Oxleyem, co się stało, do jasnej cholery, z Short Roundem?

Oglądając ten film – jakby nie było, film kończący sagę przygód Indiany Jonesa – chciałam mieć takie wrażenie ostateczności. Chciałam podczas napisów końcowych poczuć, że jest to naprawdę satysfakcjonujący koniec jego historii. Ale tak nie było. Tak naprawdę takie poczucie satysfakcjonującego końca miałam dwa filmy wcześniej, oglądając Indianę Jonesa i Ostatnią Krucjatę, kiedy Indy, Sallah i Henry Jones Senior jechali w stronę zachodzącego słońca. Tymczasem Artefakt Przeznaczenia jest nijaki, traktuje po macoszemu swojego bohatera, a zakończenie dla Indy’ego nie jest ani triumfalne, ani specjalnie oryginalne. W najlepszym razie jest tylko optymistyczne. I dlatego, moim zdaniem, ten film to jedno wielkie rozczarowanie.

Na szczęście Artefakt Przeznaczenia to wcale nie musi być koniec przygód Indiany Jonesa. Tak się bowiem składa, że filmy to jeszcze nie wszystko.

Exit mobile version