Site icon Planeta Kapeluszy

Meg ogląda MCU – Mecenas She-Hulk

Reklamy

Mecenas She-Hulk była pierwszą produkcją od bardzo dawna (a konkretnie to od 2008 roku) skoncentrowaną na Hulku.

Tak się składa, że z powodu praw autorskich do postaci, które miał Universal, przez bardzo długi czas Marvel Studios i Disney nie mogli zrobić solowego filmu o Niesamowitym Hulku, za to mógł on występować u innych (wszystkich filmach o Avengersach, jak i w Ragnaroku). Mecenas She-Hulk po raz pierwszy koncentrowałaby się na tematyce około-hulkowej, jak również wprowadzałaby kuzynkę Bruce’a, która miała własne historie do opowiedzenia. Przy okazji był to komediowy serial prawniczy z superbohaterami.

Niestety, został on źle odebrany, zarówno pod względem wizualnym (bo zielona Tatiana Maslany wchodziła ostro w dolinę niesamowitości), jak i fabularnym. Ja sama nasłuchałam się dużo hejtu o tej serii, ale kiedy wreszcie ją obejrzałam, byłam nawet miło zaskoczona.

Opis Fabuły:

Jennifer „Jen” Walters jest wziętą prawniczką w biurze prokuratora okręgowego. Pewnego dnia, jadąc wraz ze swoim kuzynem, Bruce’m Bannerem, ma wypadek z powodu sakaariańskiego statku kosmicznego, który pojawił się nagle na drodze. Ona i Bruce zostają ranni i przez przypadek krew jej kuzyna trafia do krwioobiegu Jennifer. Od tej pory dziewczyna potrafi zmieniać się w wysoką, zieloną i supersilną She-Hulk, a to wywraca jej życie do góry nogami. Jen musi teraz nauczyć się jak żyć ze swoją nową mocą, w czym pomaga jej Bruce. Niemniej jednak Jen szybko musi wracać do pracy, a przemiana w She-Hulk podczas ważnego procesu kosztuje ją posadę. Dobra wiadomość jest taka, że Jen zostaje zatrudniona w innej kancelarii, zajmując się odtąd klientami z supermocami. Zła wiadomość jest taka, że nie wszystkim She-Hulk jako postać publiczna się podoba.

Wnioski Ogólne:

Cofnijmy się do lat siedemdziesiątych, kiedy to w telewizji święcił triumfy serial Niesamowity Hulk z Billem Bixby i Lou Ferigno w rolach Bannera i Hulka. Jednocześnie rywalizujący z nim serial The Six Million Dollar Man (o „bionicznym” superbohaterze, który zyskał supermoce za sprawą ulepszeń genetycznych) otrzymał spin-off The Bionic Woman, który szybko stał się wielkim hitem. Tak więc dyrekcja z Marvel Comics wpadła na pomysł, aby pójść w podobną stronę z Hulkiem i stworzyć jego kobiecą wersję, zanim wpadnie na to Universal mający prawa do serialowego Niesamowitego Hulka.

Tak więc Stan Lee przygotował na szybko fabułę, w której kuzynka Bruce’a Bannera, Jennifer Walters, zostaje postrzelona przez mafię i potrzebuje pilnie transfuzji. Jako że Bruce nie ma za bardzo innego wyjścia (za to oboje dzielą grupę krwi), zostaje dawcą. Sam musi uciekać (bo nadal jest poszukiwany, a wpadł tylko na chwilę), ale kiedy w szpitalu mafijne zbiry próbują dokończyć robotę, Jen wpada w złość i zmienia się w żeńską wersję Hulka. I tak powstała She-Hulk, która była ostatnią oryginalną postacią stworzoną przez Stana Lee dla Marvela.

Ja osobiście znam She-Hulk głównie z serialu animowanego z 1996 (z którego pochodzi moja ulubiona wersja Bannera), dlatego wiem, że u Jen moce Hulka działają zupełnie inaczej niż u jej kuzyna. Podczas gdy Bruce Banner ma różne osobowości (nie tylko tę zieloną, którą wszyscy znamy, bo z czasem pojawiają się następne) i przez dłuższy czas widzi w Hulku swoje przekleństwo, o tyle Jennifer Walters nie tylko zachowuje swoją osobowość jako She-Hulk, lecz także uważa swoją zieloną wersję jako coś wyzwalającego – nie tylko dlatego, że She-Hulk jest ładniejsza i silniejsza, lecz także dlatego, że może zrobić to, na co prawniczka Jen mogłaby się nie zdobyć.

Wróćmy teraz do Mecenas She-Hulk.

Ja się w sumie nie dziwię, że już pierwszy odcinek został źle przyjęty. W zasadzie od momentu, w którym do krwioobiegu Jen trafia krew Bruce’a, serial z jednej strony kreuje ją na o wiele lepiej radzącą sobie z mocami Hulka od swojego kuzyna (jako że nie ma drugiego ego), a z drugiej strony na przemądrzałą pannicę, która jest wredna dla jedynego człowieka znającego od podszewki to, z czym Jen będzie się odtąd mierzyć. Poza tym od samego początku podejmowany jest temat unikalnych (zazwyczaj raczej negatywnych) kobiecych doświadczeń; temat, który bardzo szybko może się stać męczący, bo poprowadzony bardzo łopatologicznie. I kwintesencją tego ostatniego jest niesławna przemowa Jen o tym, że radzi sobie z kontrolą gniewu o wiele lepiej niż Bruce, bo dla niej utrata kontroli wiązałaby się z łatką jędzy i braku profesjonalizmu, a być może nawet utratą życia. I biorąc pod uwagę właśnie tę całą mroczną przeszłość Bruce’a z Hulkiem – to, że przez całe lata musiał uciekać przed rządem, był traktowany jak potwór przez otoczenie, a nawet miał myśli samobójcze (jak dowiadujemy się z pierwszych Avengesów) – ta przemowa brzmi nie tylko jak nachalne moralizatorstwo, lecz także jakby Jen licytowała się z kuzynem o to, kto ma gorzej i twierdziła, że jego problemy blakną w obliczu problemów, z jakimi muszą borykać się na codzień kobiety.

I być może nawet o to chodziło. Cały ten montaż, w którym Bruce w Nowym Meksyku uczy Jen różnych technik zarządzania gniewem, zachowania wewnętrznej harmonii i kontroli nad przemianą, ma dwa cele. Pierwszym z nich jest ustanowienie, że choć oboje mają moce Hulka, to nie oznacza, że będą się one przejawiać u Jen tak samo, jak u Bruce’a, dlatego Banner nie powinien niczego zakładać. Drugim zaś jest to, że on jednak wie najlepiej jak to jest być Hulkiem – jak to jest nie tylko musieć ciągle się kontrolować, lecz także użerać się z tym, jak na niego wpływają inni – tak więc Jen nie powinna od razu odrzucać jego rad. Ponadto Bruce od samego początku tłumaczy jej, że co się stało, to się nie odstanie i teraz jego kuzynka będzie musiała nauczyć się żyć z Hulkiem, a nawet zostać superbohaterką; ona zaś po prostu chce wrócić do dawnego życia jako prawniczka.

W przeciwieństwie do większości komiksów, w Mecenas She-Hulk Jen przez dłuższy czas traktuje swoje alter ego jako jeden wielki kłopot, który wywrócił jej życie do góry nogami. Nie tylko zmienił jej ciało, nie tylko doprowadził do tego, że straciła pracę, lecz także postawił ją na świeczniku z dnia na dzień. Jen chce być uważana za profesjonalną i poważną, a zostaje zatrudniona właściwie w celach PR-owych i musi ciągle paradować w swojej hulkowej postaci czy tego chce czy nie; dziennikarze nie dają jej spokoju, a mężczyźni są o wiele bardziej zainteresowani jej zielonym alter ego, niż zwykłą Jen. Dlatego jednym z głównych wątków serialu jest droga, jaką Jennifer Walters musi przejść, aby zaakceptować swoje nowe ja (trochę tak jak Bruce Banner musiał w końcu zaakceptować Hulka).

Przy okazji też mamy wątek grupy Intelligencia, na którą w komiksach składali się najwięksi źli geniusze na świecie, a tutaj są to… internetowi incele pod dowództwem niejakiego Todda? Poniekąd można się domyślić, jakiemu celowi służy pokazanie ich właśnie w taki sposób. To mają być z jednej strony ci internauci, którzy narzekają na różnorodność (na przykład, na Lady Thor w Marvelu); a z drugiej strony osobniki, którzy są tak pełni nienawiści do jakichś osób publicznych, że autentycznie grożą im śmiercią i robią wszystko, aby je zniszczyć. Dlatego chociaż łatwo można powiedzieć, że to żałośni incele bez własnego życia, mimo wszystko są niebezpieczni – mają wiedzę i zasoby, aby spróbować wykraść krew She-Hulk, zhakować jej komórkę, a nawet uwieść swoją ofiarę i wypuścić jej nagranie z sypialni, aby zniszczyć jej reputację.

Z wypowiedzi członków Intelligencii bije przeświadczenie, jakoby She-Hulk „się panoszyła”; jakoby „ukradła” moc Hulkowi. My wiemy, że Jen ani nie prosiła się o te moce, ani o to, żeby być na świeczniku. Nie chce być superbohaterką, ona jest w zasadzie zmuszana przez okoliczności, żeby używać swoich mocy. Nawet za swoim superbohaterskim przezwiskiem nie przepadała na początku i musiała się do niego przekonywać. Ale Intelligencia widzi to, co chce, i po prostu dorabia sobie własną narrację.

W sumie z jednej strony Mecenas She-Hulk chce być komedią, a z drugiej pokusza się o wywody o tym, jak to ciężko, a nawet niebezpiecznie jest być kobietą w dzisiejszym świecie. Niektóre z nich walą po łbie łopatą jak przemowa Jen, czy właśnie Intelligencia, a inne – jak na przykład to, że randka Jen leciała na She-Hulk, ale szybko odeszła, kiedy zobaczyła ją rano bez zielonych „upiększeń” – są bardziej subtelne.

Powiem jednak tak, że Mecenas She-Hulk wychodzi całkiem nieźle bycie serialem prawniczym w MCU. Nie jest to pierwszy serial o prawnikach w tym uniwersum (i zaraz powrócę do tego tematu), ale pierwszy, w którym znaczna część akcji dzieje się przed sądem i widzimy, jak wyglądałyby sprawy sądowe w świecie, gdzie istnieją supermoce, magia czy kosmici. W przeciągu trwania serialu śledzimy takie sprawy, jak: apelację Emila Blonsky’ego (czyli Abominacji z Niesamowitego Hulka) o wcześniejsze zwolnienie z więzienia; magika wykorzystującego sztuki mistyczne do celów zarobkowych; człowieka naciągniętego na forsę przez zmiennokształtną, która przybrała postać celebrytki; superbohatera, który doznał uszczerbku na zdrowiu podczas używania nowego superbohaterskiego stroju, czy influencerski, która zastrzegła nazwę She-Hulk jako znak towarowy. To, co prawda, nadal prawo w wydaniu hollywoodzkim i jest tam kilka błędów, które prawdziwy prawnik by od razu wytknął, ale jednak jako superbohaterska komedia prawnicza jakoś się broni.

Mecenas She-Hulk korzysta też z tego, że Jen nie jest jedyną prawniczką-superbohaterką w MCU, i w przedostatnim odcinku sprowadza do siebie na gościnne występy Matta Murdocka. To z kolei pozwala na kontrast między Jen a Mattem. Kontrast nie tylko w tym, że ona pracuje w dużej kancelarii w Los Angeles, a on ma małą praktykę w Nowym Jorku; nie tylko w tym, że ona preferuje bardziej bezpośrednią walkę na pięści, a on woli podchodzić do spraw bardziej strategicznie, ale przede wszystkim w tym, że She-Hulk to postać publiczna, która nie ukrywa swojej tajnej tożsamości, a Daredevil chroni swoją w obawie o życie swoje i bliskich (zresztą ta debata na temat prawa superbohaterów do prywatności pojawia się podczas rozprawy, w której Matt i Jen stają przeciw sobie). Spotkanie z Daredevilem pozwala Jennifer nabrać pewnej nowej perspektywy na swoje położenie.

To, co uważam też za bardzo duży plus tego serialu, to to, że choć jest bardzo łopatologiczny, jeśli chodzi o to, jak to ciężko być kobietą, och, ach, to jednak zachowuje balans w postaciach męskich. Tak, jest tam wielu inceli, podrywaczy o wybujałym ego, czy dwulicowych drani… Ale jest kolega Jen z kancelarii, Pug, który wita ją po przyjacielsku, załatwia jej krawca dla superbohaterów i nie czuje się zbyt dobrze w infiltrując Inteligentię; jest Emil Blonsky, który autentycznie się zresocjalizował i prowadzi teraz ośrodek duchowej odnowy (a nawet pomaga Jen zaakceptować samą siebie); jest ojciec Jennifer, który okazuje córce troskę i odpędza dziennikarzy wężem ogrodowym; są wreszcie wspomniani wyżej Matt Murdock i Bruce Banner (do niego też zaraz wrócimy).

Na koniec poświęćmy trochę czasu łamaniu czwartej ściany przez Jennifer Walters. Nie jest to nic nowego w adaptacjach Marvela (wszak zdarzało się to, i Deadpoolowi, i Peterowi Parkerowi w Mega Spidermanie… a i sama She-Hulk miała zwyczaj łamania czwartej ściany w komiksach). Przez dłuższy czas nie wychodzi ono poza komentarze na temat klisz fabularnych wygłaszane do widowni, ale w pewnym momencie idzie o wiele dalej. Kiedy już ma dojść do wielkiej rozróby z udziałem Abominacji, Bruce’a i zhulkowanego Todda, Jen wychodzi poza ramy swojego serialu i idzie na spotkanie z jego scenarzystami. A tam się okazuje, że wszystkie projekty aprobuje sztuczna inteligencja K.E.V.I.N. (co teraz wydaje się nawet jakby bardziej wymowne, niż kiedy ten serial wychodził). Jen argumentuje, że ta cała nawalanka (a w szczególności zhulkowany Todd) nie ciągnie naprzód jej story arku o akceptacji siebie (bo ignoruje konkluzję z poprzedniego odcinka, że Jen wreszcie pogodziła się z She-Hulk, a tu nagle jej życie znów się zawaliło). Prawniczka nakłania komputer do tego, aby wprowadził pewne zmiany (m. in. usunął wątek jej krwi, bo za bardzo przypomina wątek z krwią Kapitana Ameryki; jak również dorzucił do sceny Daredevila, bo Jen „ma potrzeby”) i wszystko dobrze się kończy, chociaż tylko na chwilę.

Tego typu łamiące czwartą ścianę zakończenia też trudno się pisze, bo bardzo łatwo można przeszarżować i doprowadzić do tego, że będą pozbawione suspensu, a humor nie pyknie. Wydaje mi się, że właśnie tak został odebrany ten finał – jak zakończenie pozbawione suspensu i z nietrafionymi żartami, chociaż tym razem scenarzyści chcieli pokusić się o coś bardziej oryginalnego.

Teraz wróćmy jeszcze do Bruce’a Bannera. Bo tak się składa, że w pewnym momencie musi on polecieć na Sakaar (wiecie, tę planetę, gdzie był gladiatorem w Thorze: Ragnaroku) i w ostatnim odcinku przybywa na Ziemię z nowym gościem – swoim synem Skarem (co jest o tyle dziwne, że w Czasie Ultrona twierdził, iż przez Hulka nie może mieć dzieci). Niemniej jednak miała to być zapowiedź adaptacji komiksu World War Hulk – pierwszego solowego filmu o Hulku od 2008 roku. Teraz, co prawda, nie wiadomo, czy ten film powstanie, bo na razie nie ma nawet daty rozpoczęcia prac.

A tymczasem następny w kolejce po Mecenas She-Hulk jest film Wilkołak Nocą… ale zarówno jego, jak i świąteczny special ze Strażnikami Galaktyki zostawię sobie na październik i grudzień. Dlatego następny film MCU, jaki omówię, to Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu.

Exit mobile version