W kinach triumfy święci Superman Jamesa Gunna, a nam przypadają Strażnicy Galaktyki Vol. 3, którymi Gunn pożegnał się z Marvelem.
O trzecich Strażnikach Galaktyki już kiedyś pisałam, świeżo po obejrzeniu filmu w kinach. Tonalnie jest to o wiele cięższa odsłona przygód znanej nam grupy i jeden z najmroczniejszych filmów MCU do tej pory (do tego stopnia, że była też dostępna wersja ocenzurowana) i w 2023 roku, kiedy kolejne produkcje Marvela były uważane za śmierć franczyzy, Strażnicy Galaktyki byli zaliczani do tych, które jednak tchnęły jakimś optymizmem (choć nie obyło się bez problemów).
Tak więc zobaczmy jak wygląda zwieńczenie historii Strażników, a zwłaszcza – Rocketa i Quilla.
Opis Fabuły:
Po walce z Thanosem Strażnicy Galaktyki osiedli na Knowhere. Peter Quill nadal tęskni za Gamorą, którą znał, i nie potrafi pogodzić się z tym, że obecna Gamora go nie kocha. Tymczasem Kraglin wciąż nie opanował pozostawionej mu przez Yondu Udontę strzały Yaka, a Rocket jest cokolwiek markotny. W pewnym momencie na Knowhere przybywa złoty, supersilny osobnik, z którym Strażnicy mają nie lada problem podczas walki. W pewnym momencie Rocket zostaje ciężko ranny, ale normalne sposoby leczenia zdają się tylko pogarszać sprawę… a to dlatego, że wewnątrz Rocketa umieszczono bezpiecznik korporacji OrgoCorp, który uniemożliwia modyfikację szopa bez zgody OrgoCorpu. Można jednak odblokować bezpiecznik hasłem. Strażnicy wyruszają więc do siedziby korporacji, aby ocalić przyjaciela.
Wnioski Ogólne:
Sporo się działo od czasu Strażników Galaktyki Vol 2. Strażnicy brali udział w walce z Thanosem, Gamora zginęła, aby jej „ojciec” dostał ostatni Kamień Nieskończoności, a pogrążony w żalu Star-Lord przyczynił się do Blipa. W tymże Blipie zginęli prawie wszyscy Strażnicy, oprócz Rocketa i Nebuli, tak więc oni współpracowali z Avengersami podczas skoku czasowego, po którym reszta wróciła do życia (chociaż Gamora była już nie ta sama); przez króciutki czas bujali się z Thorem, a potem urządzili na Knowhere Boże Narodzenie i okazało się, że Mantis jest siostrą Quilla (ale o tym będę opowiadać kiedy indziej).
I niby trzeci Strażnicy Galaktyki mają podobny początek, co dwie pierwsze odsłony – najpierw retrospekcja, a potem scena, w której bohaterowie robią coś do dźwięków muzyki – ale ton jest zdecydowanie mniej lekki niż poprzednim razem. Bo choć w pierwszej części widzieliśmy, najpierw jak Peter Quill jest świadkiem śmierci matki w szpitalu i zostaje porwany przez Yondu, a potem tańczy po opustoszałej planecie; a w drugiej części pokazano nam najpierw romans między matką Quilla a Ego, a potem Groota tańczącego na tle walczących z wielkim monstrum Strażników, to w trzeciej części od razu widać, że wszystko będzie inaczej. Bo oto tym razem widzimy retrospekcję, która dotyczy nie Quilla, lecz Rocketa, który jako dziecko zostaje wyciągnięty z klatki przez jakąś groźną rękę; a w czasach współczesnych Rocket puszcza sobie muzykę z Zune’a Quilla i przechadza się po Knowhere. I o ile w poprzednich odsłonach serii muzyczne wstępy były lekkie, zabawne i zwiastowały campową rozrywkę przeplataną z dramatycznymi momentami, o tyle teraz atmosfera wśród Strażników jest cokolwiek depresyjna. Po części też dlatego, że sam Rocket w tej scenie wygląda na pogrążonego w ponurych myślach, a po części dlatego, że co poniektórzy jego przyjaciele kłócą się, siedzą cicho albo – jak w przypadku Quilla – piją na umór z powodu utraconej miłości.
Chociaż przez większość fabuły jest on w śpiączce, to historia o Rockecie – o jego przeszłości jako obiektu doświadczalnego, o jego pierwszych przyjaciołach, o jego traumie i zdradzonym zaufaniu, i o istocie, która mu to wszystko zrobiła: Wielkiemu Ewolucjoniście. Wspominałam już kiedyś, że ten Rocket z retrospekcji jest taki mały, przerażony i łatwowierny… Ale z drugim seansem zdałam sobie sprawę z tego, po co są niektóre cybernetyczne elementy, które widzimy na nim – metalowe szyny na przednich łapkach mają je upodobnić do rąk; implanty na policzkach mają sprawić, że Rocket będzie zdolny do mimiki twarzy, a te na brzuchu i plecach mają nadać mu wyprostowaną postawę i umożliwić chodzenie tylko na tylnych łapach. Jednym słowem: Wielki Ewolucjonista chciał upodobnić szopa do humanoida. A przyjaciele Rocketa z celi – Lylla, Kieły i Plecy – wyglądają o wiele gorzej, nie mając kończyn i poruszając się na masywnych maszynach (a Plecy ma też wielką, metalową szczękę).
Powoli poznajemy przeszłość Rocketa… ale poznają ją też sami Strażnicy. Fabuła zaczyna się od tego, że na Knowhere wbija Adam Warlock (stworzony przez Suwerennych; do niego zaraz wrócimy), który ma za zadanie przechwycić właśnie szopa, aby Wielki Ewolucjonista nie zniszczył jego cywilizacji. Nagle okazuje się, że Rocketa nie da się wyleczyć zwykłym medpackiem; nagle okazuje się, że trzeba włamać się do OrgoCorpu, aby w archiwach znaleźć jakąś wskazówkę dotyczącą hasła do bezpiecznika; nagle okazuje się, że na nagraniu z archiwum widać wszystkie bolesne eksperymenty, jakim poddano ich przyjaciela. Skonfrontowani z tym wszystkim Strażnicy są w szoku i nawet jedno z nich pyta: „Dlaczego nam o tym nie powiedział?” Ale przecież powiedział – od razu w pierwszym filmie, podczas kłótni z Draxem. Peter widział cybernetyczne implanty Rocketa, kiedy siedzieli w Kyln, a Yondu porównał naukowców z OrgoCorpu do swoich rodziców, kiedy jechał wraz z Rocketem, Kraglinem i Grootem na ratunek Quillowi. Strażnicy wiedzieli o tym, że na ich przyjacielu eksperymentowano (tak samo jak wiedzieli, że Gamora i Nebula to „córki” Thanosa, a Drax stracił rodzinę przez Ronana), ale dopiero teraz zdają sobie sprawę z ogromu cierpienia, jakie mu zadano.
(W zasadzie jedyna rzecz, która psuje trochę tę scenę, w moim odczuciu, to to, że Nebula mówi: „Załatwili go gorzej niż mnie Thanos.” Biorąc pod uwagę to, że Szalony Tytan zamieniał jej po kolei części ciała na cybernetyczne elementy, do tego stopnia, że nie wiadomo, co u niej jest jeszcze organiczne, jednak nie miała lepiej niż Rocket. Można było to lepiej ująć, bo przecież jest to coś, co ich łączy.)
Ten film sprawia też, że wszystkie momenty w MCU, kiedy Rocket traci starych i nowych przyjaciół – „śmierć” Groota w pierwszych Strażnikach, śmierć Yondu Udonty w drugich, większość drużyny padająca ofiarą Blipu – uderzają tym bardziej. Bo widzimy w retrospekcjach, jak mały Rocket nawiązuje więź z trzema innymi obiektami doświadczalnymi, snuje wraz z nimi marzenia o życiu w nowym świecie stworzonym przez Wielkiego Ewolucjonistę, po czym dowiaduje się, że jego twórca uważa ich za nieudane doświadczenia i zamierza się ich pozbyć; a kiedy Rocket próbuje wraz z nimi uciec, doprowadza do ich śmierci. I ta ucieczka była całkiem nieźle zaplanowana: wystarczyło złożyć elektryczny klucz do klatek, otworzyć je i ruszyć korytarzem do statku. I kiedy już wydawało się, że są wolni i muszą tylko biec do statku, słychać strzał i Lylla ginie; a kiedy już wydaje się, że Rocketowi udało się zabić ochronę OrgoCorpu, widzi, że Kieły i Plecy leżą martwi. Tak więc Rocket widział śmierć swoich pierwszych przyjaciół, pewnie też wini się za to, że nie był w stanie uciec z nimi. I w tym kontekście wszystkie inne śmierci przypominały mu o tamtej nocy; a mowa Yondu o tym, że szop boi się bliskości, też nabiera nowego znaczenia.
I choć Strażnicy Galaktyki ścigający się z czasem, aby uratować Rocketa to całkiem fajny wątek, mam z nim dwa problemy. Pierwszy z nich dotyczy Groota, który – jakby nie było – ma najbliższą relację z Rocketem, a mimo to ledwo widzimy jego reakcję na całą sytuację (a i poskąpiono nam retrospekcji z ich pierwszego spotkania). Drugi problem dotyczy Petera Quilla, który twierdzi, że Rocket to jego najlepszy przyjaciel i to brzmi strasznie na siłę, zwłaszcza że jak się obejrzy poprzednie przygody Strażników, nie widać, aby miał jakąś szczególnie bliską przyjaźń właśnie z Rocketem (a wręcz można łatwo stwierdzić, że Rocket o wiele lepiej dogaduje się Grootem i Nebulą, niż z Quillem).
Skupmy się teraz na Wielkim Ewolucjoniście. Pisałam o tym, że jest to „szalony naukowiec z kompleksem Boga”; że stworzył Suwerennych i dąży do doskonałości, ale niszczy wszystko, co nie spełnia jego wysokich oczekiwań. Porównałam go nawet do doktora Moreau, bo tworzy… może nie tyle hybrydy ludzi i zwierząt, co modyfikuje zwierzęta, aby przypominały humanoidy. Co jeszcze mogłabym powiedzieć o nim, czego nie mówiłam świeżo po powrocie z kina? Ze wszech miar jest to przerażający złoczyńca, a przerażające jest w nim to, że dla jakiejś chorej ambicji, podsycanej przez perfekcjonizm, bawi się życiem innych istot – tworzy je, poddaje bolesnym i drastycznym modyfikacjom, a nawet niszczy, kiedy uzna, że nie osiągnęły zamierzonych rezultatów. Rocketem interesuje się właściwie tylko z dwóch powodów – 1) bo uważa, że Rocket to jego własność i 2) bo Rocket wykształcił u siebie myślenie twórcze, a inne eksperymenty Ewolucjonisty nie (co uważam trochę za bullshit, zważywszy na ludność Anty-Ziemi, która jakąś sztukę wykształciła, a nawet w tajemnicy przed swoim twórcą zaczęła robić narkotyki).
Generalnie powiedziałabym, że zarówno sam motyw eksperymentów na zwierzętach i innych organizmach, OrgoCorp tworzący w zasadzie organiczną stację kosmiczną, w której znajduje się główna siedziba firmy, jak i sam Wielki Ewolucjonista dążący do „ulepszenia” innych istot poprzez nieetyczne i okrutne praktyki naukowe, sprawiają, że Strażników Galaktyki Vol. 3 można zakwalifikować jako biopunk. Nawet skojarzenia z doktorem Moreau każą sądzić, że właśnie o to chodziło, bo Wyspa doktora Moreau Herberta George’a Wellsa jest uważana za pierwszą powieść w tym gatunku.
Teraz skupmy się na pozostałych Strażnikach Galaktyki, bo przecież jest to film wieńczący historię tej drużyny (przynajmniej na razie).
Zacznijmy od Star-Lorda, bo Peter Quill jest tutaj tak jakby głównym bohaterem, jako lider. Można powiedzieć, że w tym filmie kierują nim dwie rzeczy: determinacja, aby uratować Rocketa (wzmocniona dodatkowo przez poczucie winy, bo w chwili ataku Adama Warlocka na Knowhere, Peter był pijany) oraz pragnienie odzyskania Gamory. W tym drugim przypadku widać, że próbuje za bardzo i naiwnie wierzy, że ta alternatywna Gamora, która nie dzieli jego miłych wspomnień, na pewno znów się w nim zakocha. I to jest jedna z bardziej irytujących części trzecich Strażników i tak po prawdzie Star-Lord wkurza zarówno Gamorę, jak i widza swoim zachowaniem. W pewnym momencie Gamora stwierdza też, że Peter ma problemy ze sobą, które musi przepracować i film idzie w kierunku tego, że Quill tak naprawdę powinien wrócić na Ziemię, pomieszkać tam i spotkać się z jedynym żyjącym krewnym (czyli swoim dziadkiem), aby dojść do ładu ze sobą.
Jednocześnie zatrudniona przez Strażników Galaktyki Gamora (która pomiędzy Końcem Gry a tym filmem dołączyła do Łowców) wydaje się o wiele bardziej skłonna stosować przemocowe rozwiązania, gdy w poprzednich odsłonach była jednym z bardziej rozsądnych członków drużyny w porównaniu do takiego Rocketa czy Draxa, zwłaszcza na początku (i tutaj, na przykład, Quill próbujący załatwić wszystko bez zbędnego rozlewu krwi pokazuje, że może być całkiem spoko postacią). Ta konkretna Gamora nie miała wcześniej zbytniej styczności ze Strażnikami i sytuacja, która zmotywowała ją w Świętej Chronologii, aby odejść od Thanosa (zniszczenie pewnej planety na rozkaz „ojca”), też się jej nie przydarzyła, dlatego tak naprawdę zna ona jedynie Nebulę, a z Draxem, Grootem, Mantis czy właśnie Star-Lordem i Rocketem nic jej nie łączy. To pierwszy raz, kiedy ma okazję pracować ze Strażnikami Galaktyki i choć pod koniec wraca ona do Łowców, to wyciąga z tej przygody nowe zrozumienie i dla Strażników, i dla Quilla, stwierdzając nawet, że jej alternatywna wersja musiała się z nim świetnie bawić.
Nebula jest tutaj drugą – po Quillu – osobą, której najbardziej zależy na tym, aby uratować Rocketa (nawet zaczyna płakać z radości, kiedy słyszy jego głos po tym, jak wrócił do życia), i jest to w sumie zrozumiałe. Choć nie mieli zbyt wiele scen wspólnych (najwięcej w świątecznym specialu), to jednak wydaje się, że akurat ta dwójka jest tak do siebie podobna – zarówno pod kątem przeszłości, jak i ogólnego cynicznego podejścia do życia – że można sobie łatwo wyobrazić, że się zakumplowali. W pewnym momencie nawet Nebula mówi, że Rocket dodał jej cybernetyczne modyfikacje (przede wszystkim rękę, która może zmieniać się w różne narzędzia) i w zasadzie to wprowadza dodatkową warstwę ich znajomości: że Nebula ufa mu na tyle, aby pozwolić mu grzebać w swoich ciele. Zarazem to ona w pewnym momencie traci cierpliwość do Draxa i Mantis, bo ich pochopne zachowania sprawiły, że cała trójka utknęła na statku Wielkiego Ewolucjonisty, co tylko opóźniło już i tak ograniczoną czasowo misję uratowania Rocketa.
I jak zarzuty wobec użyteczności Draxa trochę rozumiem (bo przez te wszystkie lata Strażnicy Galaktyki, jako franczyza, mocno skupiali się na tym, że to tępy mięśniak; z sercem, ale tępy), o tyle Mantis ze swoimi mocami manipulowania emocjami jest niezwykle użyteczna (co można było zobaczyć chociażby podczas samego skoku na siedzibę OrgoCorpu), a nawet jest w stanie wykorzystać je podczas walki. Ale ta scena, kiedy Nebula wyrzuca pozostałej dwójce jej bezużyteczność, jest o tyle interesująca, że Mantis w pewnym momencie staje w obronie Draxa twierdząc, że Niszczyciel to jedyny Strażnik Galaktyki, który „się nie nienawidzi”. Mamy tu taką sugestię, że Drax już dawno pogodził się ze swoją przeszłością (może nawet po tym, jak pokonał Ronana). W ogóle Drax ma tutaj bardzo fajną scenę, kiedy wykorzystuje pewne triki z czasów, kiedy był rodzicem, i przekonuje do siebie dzieci więzione przez Wielkiego Ewolucjonistę i potem pomaga im uciec.
Trzeci Strażnicy Galaktyki nie wykorzystują jednak dostatecznie wielu innych członków załogi. Kraglin w zasadzie przez większość czasu siedzi z boku na Knowhere i się boczy na telepatyczną suczkę Cosmo, a jednocześnie jego wątek nieudanych prób opanowania strzały Yaka gra mniejszą rolę w fabule, niż można by się spodziewać, i zostaje zażegnany bardzo szybko w trzecim akcie. Również Kaczor Howard nie robi nic, tylko jest taką ciekawostką (w zasadzie jak przez całą trylogię).
Natomiast ogólnie panuje powszechna zgoda, że największym zmarnowanym potencjałem w tym filmie jest Adam Warlock. Bo on jest jednak ważną postacią w komiksach – jedną z najpotężniejszych istot w Marvelu, która wielokrotnie stawała w szranki z samym Thanosem – a Strażnicy Galaktyki robią z niego mocarza o umyśle dziecka. Niezwykle potężnego, ale jednak trochę głupiego ze względu na to, że wykluł się z kokonu za wcześnie (na polecenie Wielkiego Ewolucjonisty). Strażnicy Galaktyki Vol. 2 kazali nam myśleć, że jego pojawienie się zwiastuje coś niesamowitego, a mimo to przez większość czasu spychany jest na bok na rzecz pozostałych wątków. Tak, od niego zaczyna się cała fabuła, tak, mamy okazję zobaczyć, jak zaprzyjaźnia się ze zwierzątkiem Łowcy, którego nieopatrznie spalił podczas przesłuchania; i tak, próbuje on odbić Rocketa od Gamory, bo od tego zależy istnienie całej jego rasy, a w ostatecznej walce ratuje Star-Lorda, staje po stronie Strażników i nawet zostaje ich nowym członkiem… ale jego redemption arc przebiega bardzo szybko, on sam nie jest zbyt interesujący, a i podczas ostatecznej konfrontacji z Wielkim Ewolucjonistą, siedzi na Knowhere.
Można powiedzieć, że w trzecim akcie Wielki Ewolucjonista traci powoli całą swoją potęgę. Jego podwładni zdają sobie sprawę, że kompletnie postradał rozum i naraża całą firmę na straty z powodu swojej obsesji na punkcie Rocketa; dlatego niebawem buntują się przeciwko niemu. I choć wszystkich ich wybija, pojawia się kolejny problem: Strażnicy Galaktyki właśnie weszli na pokład jego statku i zaczęli uwalniać jego okazy i przenosić je na Knowhere (przy okazji Rocket raz na zawsze przekonuje się, że jest pochodzącym z Ziemi szopem, co oznacza, że nie mogę już twierdzić, że jest kosmitą). Wreszcie następuje ostateczna konfrontacja oprawcy z ofiarą; konfrontacja, w której Wielki Ewolucjonista jeszcze wygłasza mowy o tym, jak to Rocket jest niczym bez niego, tylko nieudanym eksperymentem (właściwie przez cały film mówił o nim i zwracał się do niego jego desygnatem), Rocket zaś celuje do niego z pistoletu i mówi: „Jestem Rocket. I jestem szopem.” A potem na pomoc przychodzą mu jego przyjaciele i na końcu z Wielkiego Ewolucjonisty pozostaje tylko żałosny człowieczek z poharataną twarzą, którego Rocket nawet nie raczy zabić.
Strażnicy Galaktyki Vol. 3 kończą się tym, że następują poważne zmiany kadrowe. Peter Quill wyrusza na Ziemię, aby spotkać się z dziadkiem, Mantis też idzie w swoją stronę, aby zrozumieć siebie po latach robienia wszystkiego dla innych (najpierw dla Ego, potem dla Strażników), Nebula i Drax zostają na Knowhere, aby pomóc w ogarnięciu sytuacji z nowymi mieszkańcami (Nebula nawet stwierdza, że Drax powinien zająć się teraz dziećmi, które uwolnili), a nowym przywódcą Strażników Galaktyki (na których składają się teraz Groot, Adam Warlock, Kraglin, Cosmo i jedna z dziewczynek uratowanych od Wielkiego Ewolucjonisty) zostaje Rocket.
Chciałabym przed Sierpniem ze Spider-Manem omówić jeszcze drugi sezon Lokiego. Postaram się zrobić to w przeciągu następnego tygodnia, ale nic nie obiecuję (w ogóle chyba we wrześniu zrobię sobie przerwę od superbohaterów).
