Site icon Planeta Kapeluszy

Meg ogląda MCU – Spiderman: Bez drogi do domu

Reklamy

Oto więc doszliśmy do filmu wieńczącego trylogię o Spidermanie, a zarazem najlepszej rzeczy z Peterem Parkerem w MCU do tej pory. Niby Spiderman: Bez drogi do domu opiera się na tym samym pomyśle, co Spiderman: Uniwersum i ogranicza się tylko do trzech filmowych Spidermanów, ale jednak jest w tym filmie coś, czego (w moim odczuciu) brakowało Homecoming i Daleko od domu.

Zanim jednak wzięłam się za ponowne oglądanie Bez drogi do domu, postanowiłam obejrzeć Spidermany od Sama Raimiego (i był to dla mnie pierwszy raz, kiedy obejrzałam te filmy od początku, a nie od jakiegoś momentu, jak pojawiły się w telewizji) oraz odświeżyć sobie oba Niesamowite Spidermany. Tak, żeby wiedzieć mniej więcej jak stoją sprawy z pozostałymi dwoma Peterami Parkerami.

Opis Fabuły:

Po tym, jak Quentin Beck wrobił Spidermana we własną śmierć i nawet wyjawił jego tajną tożsamość, Peter nie ma lekko – nie tylko od razu rozpętuje się prasowa nagonka na niego, lecz także zostaje aresztowany. Dzięki pomocy adwokata Matta Murdocka zarzuty wobec Petera nie zostaną podtrzymane, ale mimo to cały świat wie już, że jest on Spidermanem i to utrudnia życie jemu, Nedowi i MJ… do tego stopnia, że zostają z miejsca odrzuceni na swoje wymarzone studia. Dlatego chłopak postanawia zwrócić się do Doktora Strange’a z prośbą o to, aby magią wymazał populacji pamięć o jego tajnej tożsamości. Kiedy już zaklęcie jest rzucane, Peter niechcący doprowadza do tego, że osiąga ono masę krytyczną i musi zostać zamknięte. Wygląda na to, że wszystko jest normalnie, ale kiedy chłopak rusza, aby przekonać rekruterkę uczelni, aby dała szansę Nedowi i MJ, zostaje zaatakowany przez Doktora Octopusa, który przybył z innego uniwersum. Wkrótce pojawiają się też Norman Osborn, Sandman, Jaszczur i Electro, a łączy ich to, że wszyscy wiedzą, że Peter Parker to Spiderman.

Wnioski Ogólne:

Cóż mogę powiedzieć o Spidermanach Sama Raimiego, czego już nie powiedziano? Powszechnie wymienia się pierwszego Spidermana z 2002 roku jako początek renesansu kina superbohaterskiego, drugi film zaś uważany jest za o wiele lepszy sequel. Nawet trójka – choć dość chaotyczna i nierówna – trzyma się całkiem nieźle, zwłaszcza że ma bardzo dobre CGI. Trudno sobie wyobrazić współczesnego Marvela bez tych filmów, bo choć X-Meni i Blade też przyczynili się do wspomnianego wyżej renesansu, to jednak Spiderman był jednak zawsze flagową postacią Marvela, adaptowaną dość często i popularną tak samo jak Superman i Batman w DC.

W 2012, kiedy wchodził Niesamowity Spiderman Marca Webba, kino superbohaterskie wyglądało już nieco inaczej. Po pierwsze – ledwie siedem lat wcześniej Christopher Nolan zaczął swoją trylogię o Mrocznym Rycerzu, która wprowadziła bardziej realistyczne i mroczne podejście do historii o superbohaterach. Po drugie – MCU niedawno wydało Avengersów i rozpoczęło boom na wspólne filmowe uniwersa. Oba trendy były dość popularne i Sony postanowił zaczerpnąć od nich inspirację. Peter Parker zresztą (choć nadal inteligentny) zatracił większość swoich nerdowych charakterystyk, za to stał się jeżdżącym na desce i noszącym soczewki młodzieńcem, który nie jest jakoś specjalnie dręczony w budzie; za to oba Niesamowite Spidermany chciały opowiedzieć historię o spisku, w którym zamieszane było Oscorp i przez który rodzice Petera musieli uciekać i zostawić syna u Bena i May. Generalnie odbiór tych filmów był dość mieszany (a i sami ludzie, którzy brali udział w produkcji, wspominają to doświadczenie raczej negatywnie), ale chwalono, na przykład, chemię pomiędzy Peterem a Gwen Stacy, nawet uważając ich relację za lepiej rozwiniętą niż romans między Peterem a Mary Jane u Sama Raimiego. (Ja osobiście mam do pierwszego Niesamowitego Spidermana pewien sentyment, również za sprawą doktora Connorsa.)

To, co Spidermany Raimiego i Webba mają wspólnego (poza tym, że udziabał ich radioaktywny pająk, ich wuj przez nich zginął, a Harry Osborn chciał ich zabić), to to, że Peterzy Parkerzy są jedynymi superbohaterami w Nowym Jorku. Prawda, w drugim Spidermanie Raimiego J. Jonah Jameson wspomina w pewnym momencie o tym, że nazwa „Doktor Strange” już jest zajęta, więc nie mogą tak nazwać Ottona Octaviusa, ale tak poza tym ani nie widać, ani nawet nie słychać, aby istnieli gdzieś jacyś inni superbohaterowie – jest tylko ten biedny Peter Parker, który próbuje łączyć ze sobą uniwerek, pracę na pół etatu, życie osobiste oraz walkę z przestępcami. I zawsze to ostatnie odbija się na całej reszcie. A fakt, że jest jedynym superbohaterem sprawia, że walka z superprzestępcami i negatywne reakcje publiczności na Spidermana, są tym bardziej przytłaczające. Tymczasem Peter Parker Toma Hollanda – jako Spiderman wprowadzony do MCU – od samego początku jest po prostu kolejnym superbohaterem, który w dodatku brał udział w trzech dużych crossoverach. Ma też relację z Iron Manem, który pełni rolę mentora, a zarazem przyczynił się do tego, że w MCU powstało dwóch przeciwników Pajęczaka – Vulture i Mysterio.

Teraz, kiedy już to sobie zakreśliliśmy, przejdźmy do samego Bez drogi do domu.

Było kilka komiksów, w których szeroka publika poznaje tajną tożsamość Spidermana i w rezultacie jego życie staje się piekłem. Najsłynniejsza taka sytuacja pochodzi z linii fabularnej Civil War, gdzie Peter sam ściąga maskę na oczach kamer, a przez to staje się celem swoich przeciwników, ciocia May dostaje kulkę przeznaczoną dla niego i aby ją ratować, Peter zwraca się do Mephisto i mamy One More Day. Tutaj, co prawda, żaden superzłoczyńca nie atakuje Petera i jego bliskich, ale zamiast tego stają się oni obiektem nagonki mediów. Na samym początku Bez drogi do domu Peter musi uciekać przed tłumem na Times Square i podążają za nim dziennikarskie helikoptery, które okrążają jego rodzinny blok. Później jest jeszcze gorzej – Peter, Ned, MJ i May zostają aresztowani i przesłuchiwani w sprawie śmierci Becka, a potem przez jakiś czas populacja Nowego Jorku dzieli się na tych, którzy uważają, że Spidey jest bohaterem (i Flash Thompson, na przykład, mówi wszystkim, że zawsze się przyjaźnił ze Spidermanem); i na tych, którzy uważają go za przestępcę i potwora, bo Beck miał rację. Nawet kiedy zarzuty wobec Petera nie zostają podtrzymane, to jednak nadal musi on sobie radzić z tym, że jest na świeczniku, media piszą o nim niestworzone rzeczy, wciąż istnieją ludzie, którzy nie wierzą w jego niewinność, a na domiar złego ani on, ani MJ i Ned nie dostali się na upragnione MIT.

To, co przeżywa Peter przez pierwsze pół godziny filmu, to istny koszmar i to na wielu różnych poziomach, ale dopiero świadomość, że przez niego jego najlepszy przyjaciel i dziewczyna nie mogą pójść na MIT „ze względu na kontrowersje”, popycha go do szukania pomocy u Doktora Strange’a. Na początku chłopak chce, aby Strange cofnął czas i sprawił, że nie dojdzie do „zdemaskowania”, ale czarownik się temu sprzeciwia, uważając, że byłoby to zbyt ryzykowne. Wpada jednak na inny pomysł: rzuci zaklęcie, które sprawi, że ludzie zapomną, że Peter Parker jest Spidermanem. Peter się na to godzi, ale kiedy już Strange szykuje się, aby rzucić zaklęcie, wyjawia mu, że wszyscy, którzy wiedzieli o jego tajnej tożsamości – nawet jego przyjaciele, rodzina i superbohaterowie – zapomną kim on jest. Dlatego Peter prosi co chwila, aby z tego zaklęcia wykluczyć kolejne osoby – Neda, MJ, May, Happy’ego… – i te zmiany wpływają na stabilność czaru i w rezultacie musi być on przerwany i zamknięty w specjalnym pudełku, aby nie doszło do katastrofy. Przy okazji Strange robi się coraz bardziej poirytowany działaniami młodzieńca, zwłaszcza że się okazuje, że Peter mógł się po prostu odwołać od decyzji MIT.

Ale okazuje się, że zaklęcie sprowadziło do MCU superzłoczyńców z innych uniwersów, którzy wiedzieli, że Spiderman to Peter Parker. Pierwszym z nich jest Doktor Octopus, który pojawia się na Moście Brooklyńskim i przez dłuższy czas wierzy, że walczy ze „swoim” Spidermanem (chociaż nie ukrywa też zdziwienia, że nagle młodzieniec ma nowe zabawki). Peter z kolei nie rozumie, dlaczego ten dziwny człowiek z metalowymi mackami mówi coś o jakimś urządzeniu. W końcu jednak Doktor Strange przenosi i Octopusa, i Petera do podziemi Sanctum Sanctorum, gdzie już czeka w osobnej celi Curt Connors w postaci Jaszczura; i zarysowuje młodemu sytuację: trzeba wyłapać wszystkich superzłoczyńców z innych wymiarów i za pomocą zaklęcia z pudełka sprowadzić ich z powrotem tam, gdzie ich miejsce. Do tego celu Strange daje Peterowi specjalną bransoletę, która schwyta złoli i uwięzi ich w celach. Wkrótce udaje się znaleźć na obrzeżach Nowego Jorku Sandmana i Electro i wygląda na to, że gdzieś tam szlaja się Norman Osborn.

I według mnie sprowadzenie superzłoczyńców z trylogii Raimiego i Niesamowitych Spidermanów było dobrym posunięciem ze strony scenarzystów Bez drogi do domu. Po pierwsze, wreszcie przeciwnicy Spidermana byli przeciwnikami Spidermana, a nie pewnego znanego nam miliardera. Po drugie, chociaż każdy z nich robił potworne rzeczy, nieraz narażając na niebezpieczeństwo niewinnych ludzi, to jednak odznaczał się też czymś, co sprawiało, że łatwo było mu współczuć, mniej lub bardziej. Nie tylko ich ciała uległy drastycznym mutacjom, lecz także psychicznie nie mają się oni zbyt dobrze. Zresztą superzłoczyńcy byli jednymi z tych elementów poprzednich Spidermanów, które chwalono (jak Doktor Octopus, Sandman czy właśnie Jaszczur… Electro już trochę mniej). Również dlatego, że w przeciągu trwania filmów widzieliśmy, jak jedna tragedia niszczyła im życie i jak zmagali się z własnymi demonami, które ocierały się o metaforę chorób psychicznych i uzależnień. (Dlatego trochę szkoda, że mój ulubiony superzłoczyńca z Niesamowitych Spidermanów – Curt Connors – został przedstawiony jako taki jednowymiarowy czarny charakter i nie zachowano nic z jego relacji z Peterem Parkerem.)

A jeszcze podczas rozmowy Petera, MJ i Neda z przestępcami okazuje się, że trzech z nich – Electro, Doktor Octopus i Zielony Goblin – zostało zabranych przez zaklęcie akurat jak mieli zginąć. No, a poza tym, kiedy w schronisku, w którym działa ciocia May, pojawia się Norman Osborn, nie przypomina on psychopatycznego superprzestępcy, o którym opowiadali młodzieńcowi Sandman i Doktor Octopus; jest po prostu zagubionym, bezdomnym człowiekiem, który szuka pomocy. I choć na początku Peter jest wobec niego nieufny, May przypomina mu, że ona i Peter „są tu po to, aby pomagać ludziom”.

Peter i May chcą im pomóc, a zaznajomiony z poprzednimi Spidermanami widz też tego chce. Chcemy, aby Norman Osborn i Otto Octavius zostali uleczeni z głosów, które słyszą; aby Flint Marko wrócił do córki, i aby Max Dillon i Curt Connors wrócili do ludzkich postaci. I chcemy, aby przeżyli. Doktor Strange jest jednak nieugięty i twierdzi, że ich przeznaczeniem jest zginąć, dlatego Peter musi walczyć z nim o pudełko i zostawia go na całe godziny w lustrzanym wymiarze. Przez, mniej więcej, godzinę Peter, May, Ned i MJ będą pracować nad tym, aby ich uzdrowić, ale pytanie czy w ogóle powinni ich ratować jeszcze do nich wróci.

Dzięki temu, że Parkerowie zamieszkali u Happy’ego, Peter ma dostęp do zaawansowanej drukarki 3D Starka. I pierwsza próba „uzdrowienia” superzłoczyńców kończy się sukcesem – doktor Otto Octavius dostaje nowy inhabitor, który blokuje wpływ sztucznej inteligencji na jego mózg i po raz pierwszy od dłuższego czasu macki do niego nie mówią. Scena, kiedy odkrywa, że w jego głowie panuje wreszcie cisza, jest naprawdę piękna – ten uśmiech ulgi, kiedy Doktor Octopus zdaje sobie sprawę, że jest wreszcie wolny, sprawił, że również ja za pierwszym razem cieszyłam się jego szczęściem (a słabo pamiętałam, co było w Spidermanie 2). I jak wcześniej Otto Octavius był gderliwy i sceptycznie nastawiony do całej sytuacji, tak po „uleczeniu” od razu przechodzi na stronę Petera i nawet mówi Normanowi jakie to wspaniałe uczucie nie słyszeć głosów w głowie…

Ale wtedy wszystko zaczyna się walić, bo pozostali superzłoczyńcy nie są tak skorzy do tego, aby ich „uleczyć”. Electro kradnie reaktor łukowy, aby zyskać więcej mocy, a Zielony Goblin przejmuje władzę nad Normanem i atakuje Petera. Goblin w zasadzie uważa za obelgę to, że chłopak chciał go uratować, bo dla niego Norman Osborn jest tchórzem i słabeuszem. Niejako też, aby udowodnić Peterowi, że współczucie to słabość, zabija na jego oczach ciocię May. Najgorsze jest to, że przez moment jeszcze wydaje się, że wszystko z nią dobrze; że tylko została draśnięta i potrzebuje kilku chwil, aby złapać oddech… ale potem robi się coraz słabsza i upada. Jeszcze przed śmiercią mówi o tym, że z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność.

W tym momencie Peter Parker jest w najgorszej sytuacji do tej pory – utracił ostatniego członka rodziny, który przez cały ten czas był jego ostoją i źródłem siły; ludzie, którym chciał pomóc, uciekli i są na dobrej drodze, aby doprowadzić do kolejnej katastrofy, jeśli zdobędą pudełko; a J. Jonah Jameson nawet z tej tragedii zrobił widowisko, w którym całą winę zrzuca na Spidermana. Peter jest załamany, wściekły, zrezygnowany i ogarnięty poczuciem winy, a Ned i MJ nie wiedzą, gdzie jest. Nedowi udało się wcześniej przejąć od Doktora Strange’a pierścień umożliwiający otwieranie portali, więc postanawia użyć go, aby znaleźć kumpla… ale za pierwszym razem ściąga Petera Parkera granego przez Andrew Garfielda. Potem próbuje drugi raz i tym razem przybywa Peter z trylogii Sama Raimiego.

Musi minąć mniej więcej godzina i dwadzieścia dziewięć minut Bez drogi do domu, zanim wreszcie pojawią się ci dwaj Spidermani, na których opierał się marketing tego filmu. I jest w ich pojawieniu się dopiero teraz coś z przeznaczenia, bo choć zostali przeniesieni do MCU tak samo, jak ich przeciwnicy, to Ned i MJ odnajdują ich dopiero, kiedy ich własny Peter przeżywa swój najgorszy dzień w życiu. Ci dwaj Peterzy Parkerzy sami przyznają, że czują, iż on ich potrzebuje.

Wspominałam wcześniej, że Spiderman w MCU widział w Iron Manie mentora. To Spiderman otoczony starszymi i bardziej doświadczonymi superbohaterami… ale też podatny na wpływy i zmagający się z własnymi problemami. Dlatego istotne jest to, że w Bez drogi do domu to właśnie inni Spidermani ruszają mu na ratunek. Bo oni wiedzą jak to jest być Spidermanem.

Zarówno Peter Tobey’ego Maguire’a, jak i Peter Andrew Garfielda kogoś stracili na swoich oczach (wujka Bena, Harry’ego, Gwen Stacy…). Zarówno Peter Maguire’a, jak i Peter Garfielda mieli okres, w którym spadło na nich tyle złych rzeczy, że już nie chcieli być Spidermanami. Zarówno Peter Maguire’a, jak i Peter Garfielda wiedzą jak to jest, kiedy cały świat jest przeciwko nim i jak bycie superbohaterem potrafi negatywnie odbić się na ich życiu zawodowym, szkolnym i osobistym. Oni też usłyszeli od zmarłych bliskich najważniejszą lekcję: „Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność.”, dlatego kiedy już odnajdują Petera Toma Hollanda, mogą zrozumieć, przez co przechodzi.

Od chwili, kiedy trzej Spidermani się wreszcie spotykają, Bez drogi do domu daje im mnóstwo scen, w których pracują razem w laboratorium, rozmawiają, porównują doświadczenia, nawet podnoszą się nawzajem na duchu. Peter Hollanda i Peter Garfielda są nawet pod wrażeniem, że Peter Maguire’a nie potrzebuje dozowników, aby strzelać pajęczą siecią! Przy okazji dowiadujemy się, że Peter Garfielda nadal przeżywa śmierć Gwen Stacy, za to Peter Maguire’a jest z Mary Jane i udało im się być razem, mimo przeciwności. Jest też coś epickiego w widoku trzech Spidermanów huśtających się na sieci.

W końcu nadchodzi ostateczna walka między trzema Spidermanami a superzłoczyńcami na Statui Wolności. Najpierw pojawiają się Jaszczur, Electro i Sandman i Spidermani wymieniają się w walce z nimi. Flint Marko zostaje szybko zneutralizowany, ale Max Dillon i Curt Connors stanowią poważne wyzwanie i w zasadzie dopiero, jak pojawia się Doktor Octopus i zamienia reaktor łukowy na stroju Electro na syfon energii elektrycznej, udaje się jakoś sytuację ogarnąć. Ale na końcu pozostaje jeszcze Zielony Goblin… i Doktor Strange, który uwolnił się z lustrzanego wymiaru i jest mocno wkurzony.

Podczas tej walki zresztą jest mnóstwo takich fajnych, małych momentów – od Petera Garfielda nastawiającemu Peterowi Maguire’a kręgosłup, poprzez Petera Garfielda mającego okazję uratować MJ przed tym, co spotkało Gwen Stacy (co daje mu domknięcie, którego potrzebował po tylu latach) i rozmawiającego z Dillonem o tym, że „nigdy nie był nikim” i „gdzieś na pewno jest czarny Spiderman”; po wreszcie stwierdzenie Peterów, że zawsze chcieli mieć braci. I kiedy już wszyscy inni superzłoczyńcy zostają pokonani, pozostaje już tylko zająć się Zielonym Goblinem, a gdy on leży na brzegu pokonany, choć nadal plujący jadem, Peter Hollanda chce go zabić za to wszystko, co od niego wycierpiał… ale Peter Maguire’a go powstrzymuje. Dlatego, że nie chce, aby Peter Hollanda był mordercą. Zostaje przy tym ranny, ale Peter Garfielda rzuca Peterowi Hollanda antidotum, które sprawia, że Norman Osborn wraca do siebie i jest przerażony tym, co zrobił.

Udało się – wszyscy superzłoczyńcy zostali „uleczeni” i prawdopodobnie, kiedy zostają wysłani z powrotem do swoich wymiarów, unikną swych tragicznych śmierci. Ale Doktor Strange mówi Peterowi Hollanda, że zaklęcie jest tak niestabilne, że lada chwila do MCU mogą przybyć inni superzłoczyńcy, którzy są daleko bardziej potężni. Dlatego Peter decyduje się na poświęcenie – prosi Strange’a, aby rzucił nowe zaklęcie zapomnienia, tym razem bez żadnych modyfikacji. To oznacza, że nawet jego przyjaciele o nim zapomną, ale wszechświat zostanie uratowany (co ciekawe Doktor Strange jest na początku niechętny temu rozwiązaniu, ale kiedy Spiderman potwierdza, że chce to zrobić, Strange jest pełen podziwu). Peter ma jeszcze chwilę, aby się pożegnać – z pozostałymi dwoma Peterami i ze swoimi przyjaciółmi, ale przyrzeka, że ich odnajdzie.

W Bez drogi do domu mamy więc retcon postaci Spidermana – nie pierwszy i nie ostatni zapewne, ale umożliwiający budowanie jego postaci z dala od pozostałych superbohaterów, za to z problemami takimi jak samodzielne mieszkanie w Nowym Jorku i szukanie pracy. Nie jest to idealne rozwiązanie… ale przynajmniej nie sprzedał swojego małżeństwa diabłu. A tak się składa, że w scenie pomiędzy napisami końcowymi Bez drogi do domu MCU odwiedził też Venom i choć on i Eddie Brock nie mieli za dużo do roboty, to jednak pozostawili po sobie część symbionta, która może w przyszłości zwiastować nieszczęście.

Tak czy inaczej, Spiderman: Bez drogi do domu to kolejny film, który buduje Sagę Multiwersum. I też wygląda na to, że wydarzenia z tego filmu będą miały swoje konsekwencje w Doktorze Strange’u: W Multiwersum Obłędu… ale najpierw przyjdzie czas na Moon Knighta.

Exit mobile version