Site icon Planeta Kapeluszy

Meg ogląda MCU – Fantastyczna Czwórka: Pierwsze kroki

Reklamy

Pamiętacie? Tym, co popchnęło mnie, aby wreszcie wziąć się za retrospektywę Filmowego Uniwersum Marvela było wideo celebrujące franczyzę i zapowiadające po rocznej przerwie premiery kolejnych filmów. A na samym końcu, pojawił się znajomy skądinąd znaczek świadczący o tym, że do MCU przybędzie Fantastyczna Czwórka.

I jest to sprawa tak wielka, jak kiedy do MCU przybył Spider-Man, albowiem Fantastyczna Czwórka są kolejnymi – obok Człowieka-Pająka, X-Menów i Niesamowitego Hulka – flagowymi bohaterami Marvela, których ludzie kojarzyli na długo przed MCU. Niestety, Pierwsza Rodzina Marvela nie miała za bardzo szczęścia do adaptacji ( i o nich też trochę opowiem), toteż ludzie byli ciekawi, jak uda się to Disneyowi.

Fantastyczna Czwórka: Pierwsze kroki miała wprowadzić grupę do MCU i zrobiła to w trochę unikalny sposób.

Opis Fabuły:

Na Ziemi-282 od czterech lat działa Fantastyczna Czwórka – rozciągający się Pan Fantastyczny (Reed Richards), jego żona Niewidzialna Kobieta (Sue Richards) z mocami niewidzialności i pól siłowych, szwagier Ludzka Pochodnia (Johnny Storm) o mocach ognia oraz najlepszy przyjaciel, kamienny i supersilny Stwór (Ben Grimm). Fantastyczna Czwórka zrobiła na przestrzeni lat wiele dobrego i stała się ulubieńcami ludzkości, a właśnie się okazało, że po żmudnych staraniach Sue i Reed wkrótce zostaną rodzicami. Podczas gdy państwo Richards wyczekują potomka i Pan Fantastyczny martwi się, jak ich zmienione DNA wpłynie na ciążę, z kosmosu dochodzą dziwne dźwięki, które postanawia zbadać Johnny. Nagle w noc halloweenową z nieba zlatuje na srebrnej desce kobieta, która twierdzi, że Ziemia ma zostać pochłonięta przez Galactusa, Pożeracza Światów. Fantastyczna Czwórka wyrusza w kosmos, aby spotkać się z Galactusem, a na miejscu Pożeracz Światów oświadcza, że oszczędzi ich planetę w zamian z dziecko Reeda i Sue.

Wnioski Ogólne:

Cofnijmy się do roku 2005. Kilka lat wcześniej Spider-Man Sama Raimiego oraz X-Meni Bryana Singera rozpoczęły Renesans Filmów Superbohaterskich. Wkrótce pojawiła się adaptacja Fantastycznej Czwórki z Jessiką Albą, Ioanem Gruffuddem (który potem zagrał Henry’ego Morgana w Forever), Chrisem Evansem i Michaelem Chiklisem. Film miał krindżowe momenty i pewne głupotki (jak dekolt w kosmicznym skafandrze Sue Storm), no i CGI miejscami nie powalało (szczególnie jeśli chodzi o skórę Reeda Richardsa podczas rozciągania się), ale całkiem nieźle poprowadził origin story Pierwszej Rodziny Marvela, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich wzajemne relacje (dawną znajomość Sue i Reeda, która nagle się odnawia; przekomarzanki Johnny’ego i Bena) oraz wątek Bena, dla którego wypadek miał najbardziej tragiczne skutki (nie tylko deformację ciała, która utrudniała życie, lecz także utratę narzeczonej). Przy okazji zachowano również to, że Fantastyczna Czwórka to celebryci, z czego najbardziej cieszy się Johnny, który zwykle był takim kobieciarzem i lekkoduchem (i w tamtych czasach Chris Evans obsadzany był głównie w takich niepoważnych rolach, przez co potem ludzie mieli wątpliwości, czy podoła jako Steve Rogers).

Dwa lata później pojawił się sequel – Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Serfera – który adaptował jedną z najsłynniejszych linii fabularnych Czwórki, czyli przybycie Galactusa, Pożeracza Światów. Pod kątem wątku Srebrnego Serfera przylatującego na Ziemię przed swoim panem, ale poznającego Czwórkę, która przekonuje go, aby jednak pomógł im z Galactusem; jak i wątku samego Galactusa, ten film nie wykorzystał w pełni potencjału tej historii, bo raz, że za bardzo nie czuć, że lada chwila ma być koniec świata; a dwa, że legendarny Pożeracz Światów to była wielka kosmiczna chmura (zapamiętajcie te zarzuty, bo potem opowiem, jak podeszły do tematu Pierwsze kroki). Niemniej jednak Narodziny Srebrnego Serfera próbują mieć motyw przewodni rodzeństwa Storm myślącego o przyszłości (Sue zależy bardzo na ślubie z Reedem, ale boi się, że status celebrytki i ciągłe katastrowy, którym Czwórka musi zaradzić, przeszkodzą jej w tym pięknym dniu; a Johnny zaczyna pragnąć głębszego związku), a i Ludzka Pochodnia właśnie ma tutaj story arc o byciu bardziej odpowiedzialnym.

Narodziny Srebrnego Serfera jednak zostały uznane za nienajlepszą produkcję i przez długie lata nie było filmu o Fantastycznej Czwórce. A czas mijał i lada chwila 20th Century Fox miał stracić prawa do postaci i mogły one trafić pod skrzydła rozrastającego się coraz bardziej MCU. Dlatego w 2015 roku wyszła nowa Fantastyczna Czwórka, która miała czerpać z serii Ultimate (gdzie Pierwsza Rodzina Marvela zyskała moce jako nastolatki), była reklamowana jako body horror (co miało nawet sens, zwłaszcza w przypadku Bena Grimma) i nawet miała u sterów reżysera, który zasłynął dobrze przyjętym filmem o superbohaterach, czyli Kroniką. Z tym, że relacje między bohaterami są prawie zerowe, wszystko jest mroczne i nijakie, a do tego wątek grozy nie został dostatecznie dobrze przedstawiony, zwłaszcza że potem ma miejsce roczny skok w czasie. Generalnie film nie został zbyt dobrze przyjęty i dlatego tym bardziej ludzie woleli, aby Fantastyczna Czwórka trafiła wreszcie do MCU.

I tak oto jesteśmy. A jeszcze przed pojawieniem się Fantastycznej Czwórki, dostaliśmy w Doktorze Strange’u Pana Fantastycznego, jako członka Iluminatów (i ludzie nawet żałowali, że to nie John Krasinski został Reedem w Pierwszych krokach, zamiast Pedro Pascala).

Widać, że twórcy Fantastycznej Czwórki: Pierwszych kroków postanowili uniknąć pułapek poprzednich adaptacji, ale też nadać swojej pewien unikalny klimat. Zamiast mhrocznej atmosfery filmu z 2015 czy krindżowej komedii duologii z 2005 i 2007, mamy kolorowy świat z estetyką lat sześćdziesiątych z elementami Raygun Gothicu. Zamiast opowiedzieć po raz kolejny historię o tym, jak Reed, Sue, Johnny i Ben wylecieli w kosmos i zmutowała ich kosmiczna burza jonowa, mamy krótki filmik dokumentalny puszczany z okazji czterech lat działalności Czwórki, który przedstawia nie tylko ich origin story, ale też to, co zrobili do tej pory. Zamiast powielać wątek angstu Bena z powodu przemiany, mamy wątek Franklina Richardsa, którego do tej pory nikt nie adaptował na duży i mały ekran. W dodatku rzecz dzieje się na innej Ziemi (której numer pochodzi od daty urodzin Jacka Kirby’ego – 28 sierpnia), tak więc jest oderwany od głównego uniwersum MCU i Pierwsze kroki mogą robić to, co im się żywnie podoba.

Ta scena we wstępie (tuż po tym, jak Sue i Reed dowiadują się, że będą rodzicami), w której widzimy program Teda Gilberta, stanowi genialne podsumowanie tego, kim Fantastyczna Czwórka jest dla świata, w którym żyją: nie tylko superbohaterami, którzy walczą z superprzestępcami i ratują ludzkie życia w spektakularny sposób, lecz także ludźmi, którzy promują edukację (Fantastyczna nauka z Panem Fantastycznym) oraz pokój na świecie (Fundacja Przyszłości, ale też traktat pokojowy z Subterranią, czyli podziemnym państwem Człowieka-Kreta; oczywiście na rozmowach o międzynarodowym rozbrojeniu nie ma przedstawiciela Latverii), a także mają własną kreskówkę i płatki śniadaniowe. Dzięki temu w bardzo efektywny sposób informuje się widzów o tym, jak bardzo Pierwsza Rodzina Marvela jest kochana na samym początku filmu.

Niewątpliwie też to, czym Fantastyczna Czwórka: Pierwsze kroki wyróżnia się na tle reszty filmów MCU jest estetyka retro, która z jednej strony czerpie z lat sześćdziesiątych (czyli dekady, w której Fantastyczna Czwórka zadebiutowała), a z drugiej dodaje też elementy retrofuturyzmu w kombinezonach Czwórki i technologii, czego najlepszym przykładem jest mały robot H.E.R.B.I.E., który pomaga bohaterom. Żadna inna odsłona Filmowego Uniwersum Marvela tak nie wygląda (co najwyżej Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie ma taki retro klimat, choć pulpowy), a mój kolega xetnoinu powiedział nawet, że ta optymistyczna wizja przyszłości (choć nie do końca wiadomo, czy to ma być przyszłość) ma w sobie coś z Jetsonów i wczesnego Star Treka.

Nagle pojawia się zagrożenie – kobieta na srebrnej desce serfingowej ogłasza, że wkrótce ma przybyć Galactus, Pożeracz Światów. Przy czym, choć Srebrna Serferka (Shalla-Ball a nie Norrin-Rad, któremu tradycyjnie przypada ta rola) wydaje się chłodna i nieczuła wobec tego, że skazuje cały świat na zagładę, radzi też mieszkańcom Ziemi, aby „spędzili czas z bliskimi i nie odkładali ważnych słów na potem” i później to zdanie nabierze dodatkowego znaczenia. Na razie jednak nad Ziemią wisi widmo zagłady i Pierwsze kroki podchodzi do tego wątku bardzo poważnie – naprawdę będziemy odczuwać, że ten świat lada chwila może zniknąć, jeśli się niczego nie wymyśli. A zegar tyka.

I to jest jedna rzecz, którą Pierwsze kroki zrobiły lepiej niż Narodziny Srebrnego Serfera. Druga rzecz to fakt, że sam Galactus nie tylko wygląda tak, jak powinien, ale też gra większą rolę w fabule. Jest ogromny i przerażający, zwłaszcza że kieruje nim potworny głód, którego nie da się zaspokoić. Jest w nim coś przedwiecznego, coś kosmicznego… Galactus wymyka się pojmowaniu bohaterów i dlatego jest tak trudnym przeciwnikiem. Fantastyczna Czwórka przybywa do niego w promie kosmicznym, aby dowiedzieć się czym Pożeracz Światów jest i czego chce, a być może nawet coś wynegocjować. I Galactus twierdzi, że jest skłonny oszczędzić Ziemię, jeśli Czwórka odda mu nienarodzonego jeszcze syna Reeda i Sue. Bo Franklin ma ogromną moc i jest zdolny do tego, aby pochłonąć cały głód Galactusa i pozwolić mu odpocząć (w domyśle też Franklin ma zająć jego miejsce jako Pożeracz Światów). Kiedy Fantastyczna Czwórka mu odmawia, Galactus wywołuje poród u Sue i bohaterowie muszą uciekać – najpierw do promu, a potem przed goniącą ich Srebrną Serferką. Tak czy inaczej, udaje się ją zgubić, a i poród przebiega w miarę bezpiecznie i wkrótce na świat przychodzi Franklin Richards.

Na Ziemi ludzkość spodziewa się, że ich bohaterowie właśnie pokonali Galactusa, tak jak każdego innego złola, który pojawiał się w przeciągu tych czterech lat, tak więc pierwszą niespodzianką jest to, że na konferencji prasowej Reed Richards twierdzi, iż Fantastyczna Czwórka jeszcze nie pokonała Galactusa. Drugą niespodzianką jest to, że Czwórka próbowała z nim negocjować, ale „cena okazała się zbyt wielka” i że tą ceną był Franklin. I pomimo tego, co Reed właśnie powiedział, jeden z reporterów zapytał: „I zgodziliście się, prawda?” W tym jednym zdaniu kryje się coś złowrogiego i przerażającego; to zdanie zdradza mentalność przynajmniej większości społeczeństwa Ziemi-828, że Reed i Sue, tak po prostu, poświęcą swoje dziecko. A kiedy Reed daje im do zrozumienia, że tego nie zrobi, postrzeganie Fantastycznej Czwórki przez społeczeństwo się drastycznie zmienia.

Przy czym warto tutaj też zaznaczyć, że ta konferencja prasowa jest PR-ową katastrofą, bo tak naprawdę Reed powiedział tylko, że nie zgodzi się na warunki Galactusa, ale nie zapewnił, że będą szukać innej drogi. Być może po prostu wtedy nie przyszło mu to do głowy, a nie zrobił tego później, bo chciał najpierw znaleźć jakiś plan uratowania ludzkości, ale przez dłuższy czas nic nie przychodziło mu do głowy. A tymczasem opinia publiczna coraz bardziej zwraca się przeciwko Fantastycznej Czwórce, bo nic nie robią, a mogliby ich wszystkich uratować w sposób „matematyczny, etyczny i wykonalny”. A że Reed tak to właśnie określa, Sue boi się, że sugeruje on, iż rozważał oddanie Franklina, chociaż on twierdzi, że nawet jeśli, to nigdy nie wprowadzi go w życie. W tym momencie Reed jest przerażony i nie wie, co robić.

Ostatecznie to właśnie Sue zażegnuje kryzys, wychodząc wraz z Franklinem przeciwko wściekłemu tłumowi i mówi to, co powinno paść dużo, dużo wcześniej: „Nie poświęcę mojego dziecka dla tego świata. Ale nie poświęcę też tego świata dla mojego dziecka. Znajdziemy inny sposób.” Dzięki temu ludzkość się uspokaja i znów wierzy w Fantastyczną Czwórkę… a Pan Fantastyczny ma nowy plan: zbuduje w wybranych miejscach specjalne platformy, które utworzą mosty kwantowe i Ziemia zostanie przeteleportowana w inne miejsce. Czwórka zwraca się jednak do reszty świata, aby nie tylko zbudowała na szybko platformy, ale też w odpowiednim momencie wyłączyła wszystkie elektryczne urządzenia, bo teleporter potrzebuje ogromnej ilości energii. Mamy więc taką powszechną mobilizację ludzkości do działania, co też napawa pewnym optymizmem.

Niestety w dzień, kiedy ma nastąpić teleportacja, pojawia się Srebrna Serferka i niszczy po kolei platformy na świecie. Już ma zniszczyć tę ostatnią na Time’s Square, ale pojawia się Johnny i wprowadza w życie swój własny plan.

Bo tak się składa, że prawie od początku filmu Ludzka Pochodnia badał dziwne nagrania z kosmosu, a kiedy tylko pojawiła się Srebna Serferka, był nią zafascynowany i próbował się z nią porozumieć. Po części ta fascynacja wynika z tego, że Johnny jest kobieciarzem (chociaż w tej adaptacji to nie jest tak widoczne, jak w filmie z 2005), a po części z tego, że lubi kosmos i powziął się zadania rozwiązania tajemnicy dziwnych nagrań. Widzimy, że Johnny chce rozpracować język Serferki, próbuje z nią rozmawiać, bo dostrzegł w niej coś, czego inni nie dostrzegli – pewien smutek i ciepło w sposobie, w jaki powiedziała ona do niego błogosławieństwo: „Umieraj wśród swoich.” W przeciągu trwania filmu Johnny nie tylko pozna jej język, lecz także odkryje, że Serferka była naukowcem na pewnej planecie, nosiła imię Shalla-Bal i postanowiła zostać heroldem Galactusa, aby uratować swój świat. Tak jak Norrin-Rad w oryginalnej wersji tej historii, Srebrna Serferka jest postacią skomplikowaną i zmuszoną do robienia strasznych rzeczy (aczkolwiek jeszcze w animowanym Srebrnym Serferze Norrinowi-Rad Galactus wymazał pamięć, a wcześniej plan Norrina zakładał kierowanie Galactusa na planety z gorącym jądrem, ale bez życia) i właśnie, kiedy przychodzi czas na Ziemię, Fantastyczna Czwórka przekonuje ją, żeby jednak pomogła ocalić ich planetę. Z tym, że Johnny robi to najpierw przemawiając do niej w jej języku, a potem puszczając nagrania z jej rodzinnej planety i z planet, które zostały pożarte przez Galactusa. Ludzka Pochodnia nawet oferuje, że zajmie miejsce siostrzeńca, ale Shalla-Bal twierdzi, że to nic nie da i najlepiej byłoby, aby uciekli i się ukryli wraz z dzieckiem („Może kiedyś zdołacie sobie wybaczyć.”). Tak naprawdę Shalla-Bal całkowicie sprzeciwia się swojemu panu dopiero w momencie ostatecznej potyczki na Time’s Square.

Teraz, kiedy plan teleportacji planety spalił na panewce, Reed ma inny plan: przeteleportować Galactusa jak najdalej od Ziemi. Niestety portal będzie działał tylko trzydzieści siedem minut, a do tego będzie potrzebna przynęta, czyli Franklin (aczkolwiek plan zakłada zmyłkę i wymianę w odpowiednim momencie nosidełka z Franklinem na puste). Ludność Nowego Jorku zostaje ewakuowana do Subterranii (choć Człowiek-Kret na początku jest temu przeciwny i przekonuje go dopiero Sue) i w dzień przybycia Galactusa, jest tam tylko Czwórka i Pożeracz Światów. Ale Galactus jest sprytny – nie daje się zwabić w pułapkę i odnajduje prawdziwego Franklina. Już go ma w garści, ale Sue zatrzymuje go polem siłowym. Reszta musi odebrać dziecko, a tymczasem Sue coraz bardziej się przeciąża i przeciąża. W tym czasie wiele się dzieje: Reed odbiera Franklina, Galactus wpada do portalu, ale zahacza o pobliski budynek i znów wychodzi, tak więc Johnny postanawia wepchnąć go z powrotem, samemu przy tym ginąć. I wtedy właśnie Shalla-Bal spycha go na bok i poświęca się za niego. A Sue traci siły i przeciąża się do granic wytrzymałości, aż w końcu pada martwa.

Na szczęście Franklin używa swoich mocy, aby ożywić mamę i wszystko wraca do normy. Jest to też znak, że przy odpowiednim wychowaniu rodziców i wujków mały Franklin wykorzysta swoją potęgę w dobrym celu. W scenie po napisach, która dzieje się cztery lata później, dowiadujemy się zresztą, że dzieciak jest geniuszem i O powstawaniu gatunków Darwina to jedna z jego ulubionych książek. Niestety, chłopiec wzbudza też zainteresowanie Doktora Dooma.

O Victorze von Doomie (i jego wątpliwym castingu) pewnie jeszcze będę mówić, jak już wyjdzie Avengers: Doomsday. A tymczasem z MCU jestem, mniej więcej, na bieżąco. Pozostali mi do omówienia tylko Strażnicy Galaktyki: Coraz Bliżej Święta, ale to zostawiam sobie na grudzień (z wiadomych przyczyn).

Exit mobile version