Jak sam tytuł wskazuje, w tym roku mija nam 60 lat Star Treka. 8 września 1966 roku swoją premierę miała Męska słabość, a wraz z nią rozpoczęła się na dobre saga, która zmieniła telewizyjne science-fiction.
Z tej okazji wypadałoby coś przygotować na Planecie Kapeluszy. Na bicie rekordu wulkańskiego pozdrowienia w London Science Museum nie mogłam się wybrać, ani na odsłonięcie odnowionej gwiazdy Gene’a Roddenberry’ego na Hollywood Boulvard.
Tak więc zrobię to inaczej.
Na tym blogu opowiadaliśmy sobie o Star Treku nieraz. Nie tylko swego czasu zrobiłam tutaj retrospektywę TOSa (i nawet w ramach przypominania i promocji Treka, ją ostatnio linkuję na Facebooku), lecz także swego czasu przygotowałam Wrzesień ze Star Trekiem na pięćdziesiątą piątą rocznicę franczyzy. Być może powinnam to wydarzenie powtórzyć na 60 lat Star Treka, ale nie miałam na niego żadnych pomysłów.
Z jednej strony, już na samym początku 2026 przygotowałam urodzinową listę ulubionych odcinków klasycznego Star Treka, moja pierwsza prelekcja w tym roku dotyczyła kultury Ferengi, a Lower Decksy były jednym z seriali, które wymieniłam na tej liście. Poza tym oglądałam Akademię Gwiezdnej Floty (nawet z chłopakami z USS Phoeniksa omawialiśmy jej odcinki), a teraz jeszcze trwa czwarty sezon Strange New Worlds.
Z drugiej strony zaś świętowanie okazało się nieco utrudnione. Po pierwsze, już na początku stycznia z Netfliksa zniknęły wszystkie klasyczne Star Treki, tak więc ich legalne oglądanie w Polsce było niemożliwe (prawda, na SkyShowtime były serie od Enterprise wzwyż, a na Amazonie jeszcze gdzieś się wala Picard, ale jednak człowiek chciałby sobie powtórzyć jakąś Oryginalną Serię czy Następne Pokolenie). Po drugie, średnio było widać, aby Paramount robił coś szczególnego na tę wielką rocznicę jednej ze swoich najważniejszych franczyz, a wręcz traktował ją po macoszemu. Po trzecie wreszcie, nowsze Star Treki (zwłaszcza Akademia Gwiezdnej Floty czy Strange New Worlds) wydają się szerokiemu gronu fanów nie być za bardzo startrekowe.
Pomijając tradycyjne psioczenie co poniektórych, że woke i w ogóle, da się wyczuć zmęczenie ciągłymi eksperymentami formą w Strange New Worlds (gdzie w zasadzie jakieś takie typowo startrekowe fabuły zeszły mocno na dalszy plan), przesadną brutalnością Picarda, kolejnymi dziwnymi pomysłami związanymi z kanonicznymi bohaterami (Spock-lowelas się, na przykład, kłania), fabułami, które są bardziej zabawą, niż poważną historią na temat dylematów moralnych, czy wreszcie niewykorzystanym do końca potencjałem. Bo ja osobiście jak oglądałam tegoroczne Treki, miałam takie wrażenie, że są tam fajne pomysły, są tam wątki i postaci, które można by było posunąć dalej, ba, są nawet odcinki, które mnie poruszyły albo ucieszyły… tylko, że scenariusze nie zawsze dowożą.
I wydaje mi się, że problem z Akademią i nowymi sezonami SNW jest w dużej mierze związany z obecnymi serialowymi trendami. Co przez to rozumiem? Już od ponad dekady mamy coś takiego, że sezony seriali mają tylko dziesięć odcinków (a czasem i mniej). „Stare” Star Treki miały dwa razy tyle epizodów, a to oznacza, że mogły sobie pozwolić nie tylko na zabawy formą, lekkie odcinki, w których bohaterowie odbywają niezobowiązujące przygody, czy właśnie historie skoncentrowane na samych postaciach. Pomiędzy tymi wszystkimi odcinkami był komentarz społeczny i ważkie filozoficzne pytania, które przedstawiano w formie jakiejś obcej cywilizacji; czy spojrzenie na jakąś przewijającą się obcą rasę. Dziesięć odcinków okazało się całkiem dobre dla Lower Decksów i dla Picarda, ale jednak gdyby scenarzyści mieli więcej miejsca na to, aby rozwinąć pewne postaci i wątki, Akademia Gwiezdnej Floty i Strange New Worlds być może mogłyby być o wiele lepszym Trekiem.
Przy czym, ja na przykład, w tym sezonie SNW stałam się wielką fanką ichniej wersji Scotty’ego. Wcześniej nawet lubiłam jego relacje z Pelią, która widzi tego genialnego, acz niepewnego siebie młodzieńca i chce go pokierować, ale w czwartym sezonie Scotty ma mnóstwo bardzo fajnych wątków (Human Best Friend z miejsca stał się moim ulubionym odcinkiem ze względu na relacje między Scotty’m a Ortegas) i w zasadzie widzimy, jak się rodzi jego miłość do Enterprise (ach, Off-Hour). Zarazem też zdałam sobie sprawę z tego, że czwarty sezon próbuje wchodzić bohaterom do głowy na różne sposoby – od pokazywania im przerażających wizji na Griffinie po zmuszanie ich do wyrażania emocji w operze mydlanej (kto wie, czy nie przygotuję artykułu analizującego te wszystkie podróże do wnętrza umysłu; wszystko zależy od tego, jak ostatnie trzy odcinki będą wyglądać w tej kwestii).
Ale wiecie, zdarzyła się w tym roku dość ciekawa rzecz.
W czerwcu zaczęłam oglądać Niebezpiecznego Henryka (tak z ciekawości) i znalazłam tam kilka nawiązań do Oryginalnej Serii – we śnie Henryka pojawiła się Orionka ewidentnie stylizowana na Vinę, w innym odcinku graficiarze nazywają go Herbertem (tak jak kosmiczni hipisi załogę Enterprise), kiedy Henryk mówi im, aby nie dewastowali mienia, a epizod Odwrócony świat (2×13) był jednym wielkim nawiązaniem do Po drugiej stronie lustra (serio, tam nawet parodiowano całe sceny z tamtego odcinka, a na ścianach wisiał symbol Imperium Terrańskiego).
Ale to jeszcze nic!
W sierpniu wzięło mnie wreszcie na nadrabianie filmów z X-Menami i cóż tam widzę? W Przeszłości, która nadejdzie i w Apokalipsie w kilku scenach w tle lecą odcinki TOSa. W pierwszym filmie Hank McCoy puszcza sobie trzy stacje informacyjne… i PBS, na którym właśnie puszczają Spotkanie z przeszłością. Z kolei w drugim filmie, w egipskiej telewizji (z arabskimi napisami) leci sobie Samotny Apollo. I w sumie oba te odcinki wydają się być tam nie bez powodu – nawiązują one swoją fabułą do tego, co dzieje się akurat w samych filmach. Spotkanie z przeszłością opiera się na tym, że załoga utknęła w dawnych czasach i musi teraz naprawić przeszłość, aby naprawić przyszłość – tak samo jak Wolverine, którego misja polega na nie dopuszczeniu do zamachu, który przekona ludzkość, że mutanci są niebezpieczni. W X-Men: Apokalipsa zaś mamy starożytnego mutanta, który był wręcz czczony jak bóstwo, a teraz chce zdobyć kolejnych wyznawców… tak jak startrekowy Apollo.
A żeby jeszcze było mało, to ostatnio mnie wzięło na oglądanie Bajera z Bel-Air (miałam ochotę na coś lekkiego z lat dziewięćdziesiątych), a tam – niedysponowany wujek Phil siedzi sobie przed telewizorem w sypialni, w przeciągu odcinka przychodzą do niego członkowie rodziny i oglądają razem z nim, a kiedy przybywa sam protagonista, Will, i kładzie się na łóżku, mówi: „Hej, kapitan Kirk zarywa do zielonej laski!” (pewnie scenarzyści nie mieli na myśli jakiegoś konkretnego odcinka, ale ja bym postawiła, że chodzi o Szaleństwo, bo jest tam Orionka Marta).
Tak więc, choć nie szukałam w tym roku Star Treka i nie myślałam nad nim jakoś intensywnie, jakoś tak się zdarzyło, że on do mnie powracał, w tej czy innej formie. Niezależnie od tego, co się teraz dzieje, dziedzictwo franczyzy pozostaje wieczne.
I wiecie co? Ja już wcześniej zdecydowałam, że będę dziś świętować te 60 lat Star Treka, oglądając odcinki TOSa i nie tylko, być może nawet pogram sobie w Star Trek: Online (po raz pierwszy od bardzo dawna) i obejrzę filmy Abramsa.
Nie muszę mówić, czym jest dla mnie ta seria. Zamierzam miło spędzić ten Dzień Star Treka.
A Wy jakie macie plany?
