
I otóż w pierwszej rundzie oboje z Oscarem Readmore wybraliśmy piłkę nożną. Mój przeciwnik polecił mi komediodramat Mała Miss, który swego czasu robił furorę i nawet był nominowany do czterech Oscarów, aczkolwiek ze statuetką wrócił tylko Alan Arkin, grający dziadka Edwina.
Mój rywal prosił, abym nie pytała go to, czym się kierował podczas wyboru polecanki, ja jednak chciałabym spróbować to odgadnąć. Akurat przy Małej Miss mam pewną teorię, o której wspomnę pod koniec.
Sheryl Hoover odbiera ze szpitala swojego brata, Franka, który niedawno próbował popełnić samobójstwo. Frank nie może zostać sam, więc siostra zabiera go do swojej rodziny – męża Richarda, który jest mówcą motywacyjnym, nastoletniego syna, Dwayne’a, który fascynuje się Nietzschem i postanowił, że nie będzie się odzywał, dopóki nie zostanie przyjęty do szkoły lotniczej; teścia Edwina, który bierze heroinę i czyta pornografię; oraz córkę Olive, która marzy o tym, aby wziąć udział w konkursach piękności dla dzieci. Tak się akurat złożyło, że w najbliższy weekend ma odbyć się konkurs Miss Słoneczka, dlatego rodzina postanawia wyjechać z Albuquerque aż do stanu California w zdezelowanym, żółtym vanie.
Szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że ciągnącym się motywem tego filmu są wygrana i porażka. Ciągle słyszymy od Richarda komunały o naturze zwycięzcy i przegranego; ciągle któryś z członków rodziny Hooverów opowiada o swoich marzeniach albo postanowieniach, a zarazem wszyscy dorośli dopingują małą Olive. Jednocześnie co rusz zdajemy sobie sprawę z pewnych niepowodzeń, które wiszą nad Hooverami. Frank opowiada o tym, jak próbował popełnić samobójstwo z powodu utraty pracy i ukochanego na rzecz znienawidzonego rywala, a Richard zainwestował sporą sumę pieniędzy, aby promować swój system dziewięciu kroków i lada chwila ma otrzymać wiadomość od biznesmena Stana Grossmana czy będą mieli umowę na książkę.
Jednocześnie wiadomo, że nie mielibyśmy filmu, gdyby podróż z Albuquerque do Californii przebiegła bez żadnych przeszkód. Jak można się domyślić, na każdym kroku prawo Murphy’ego prześladuje Hooverów, i nie chodzi mi tylko o takie standardowe klisze, jak powoli rozpadający się samochód, o nie! Wiele z tych przeszkód ma charakter bardziej osobisty, a przez to boli bardziej. Niektórych można się domyślić, a inne są o wiele bardziej nieoczywiste. Rodzina jest jednak zdeterminowana, aby dotrzeć na konkurs na czas i spełnić marzenie Olive.
Małą Olive przedstawia się nam, jak ogląda ona nagranie z konkursu Miss Ameryka. Można sobie wyobrazić, że wizja wygranej w takim konkursie robi niesamowite wrażenie na małej okularnicy, jednak widz – zwłaszcza dzisiejszy widz – zdaje sobie sprawę z tego, jak problematyczne są tego typu imprezy (wystarczy wspomnieć o tym, że swego czasu kontrowersyjnym programem na TLC były Toddlers and Tiaras). Nie tylko poprzez seksualizację małych dziewczynek, ale też za sprawą rodziców, którzy nieraz posuwają się do operacji plastycznych i niebezpiecznych diet, aby ich dziecko wygrało. I też sam konkurs na Miss Słoneczko ma wiele niepokojących elementów (jak rzucanie w stronę małej dziewczynki wyzwisk, co jest okropne na wielu różnych poziomach, im dłużej nad tym pomyśleć). Nagle zaczynamy się zastanawiać, czy w ogóle ten konkurs jest wart całego tego zachodu. Co więcej – w pewnym momencie pada stwierdzenie, że całe życie jest jednym wielkim konkursem piękności.
(Chociaż sam finał filmu jest po prostu czystym złotem i to pod wieloma względami.)
Teraz powiem coś o aktorstwie. Po pierwsze, po raz kolejny Steve Carell i Toni Colette grają razem w rodzinnym komediodramacie, który pojawia się w Wakacyjnym Wyzwaniu, i o ile Colette znów gra matkę dziecka z problemami, o tyle Carell pokazuje, że może grać role bardziej dramatyczne. Po drugie – przeważnie nie przepadam za bardzo za Paulem Dano, bo zwykle gra wymoczków, ale tutaj był całkiem spoko, zwłaszcza że przez dłuższy czas milczy i gra twarzą. Po trzecie – z chwilą, kiedy dowiedziałam się, że w rolę dziadka wciela się Alan Arkin, skupiałam się w dużej mierze na nim… a to dlatego, że w Minionkach: Wejściu Gru gra on Wściekłego Kułaka, który też jest wredny, ale staje się dziadkiem dla małego Gru (dopiero po obejrzeniu Małej Miss, zdałam sobie sprawę, że przecież Gru też tam jest – w postaci Franka). Po czwarte wreszcie – grającego Richarda Grega Kinnaera nie widziałam dotąd w żadnej innej roli, ale wcielającą się w Olive Abigail Breslin kojarzę z kilku filmów (m. in. z Wyspy Nim), a jako Olive wypadła bardzo uroczo.
Podobno zaczynem do powstania tego filmu było stwierdzenie Arnolda Schwarzeneggera, że najbardziej nienawidzi on przegranych. Scenarzysta Michael Arndt – wierząc, że „każdy jest w jakiś sposób przegranym i to wcale nie oznacza, że jest się złym człowiekiem” – postanowił, że napisze scenariusz właśnie o przegranych. Stąd moja teoria jest taka, że Oscar wybrał do hasła „piłka nożna” Małą Miss w związku naszą reprezentacją, której jakoś prawo Murphy’ego nie może opuścić (co nawet widać w tegorocznym Euro).
Tak czy inaczej, film całkiem przyjemny, ale nie obejrzałabym go jeszcze raz dla przyjemności. Za to pewnie zaproponowałabym go na jakiś seans Dyskusyjnego Klubu Filmowego.
Podczas gdy ja jechałam na konkurs z Hooverami, Oscar odwiedził pewien sklep.
Odkryj więcej z Planeta Kapeluszy
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

No hej, zgadzam się co do motywu przegranych i wygranych. Wyraźnie przewija on się przez cały film. Z tym, że koniec końców wygrana nie ma znaczenia. No i jest to film drogi. Bardzo lubię ten motyw w kinie. Gdybyśmy kiedyś robili wyzwanie drugich szans to ten film jako, że pojawia się w nim duet Colette/Carell był moim typem. Olive też już pojawiła się kiedyś w wyzwaniu jeśli mnie pamięć nie myli, a Greg Kinnar gra jeszcze w jednym oscarowym komediodramacie, który warto obejrzeć. Ta runda nie była najgorsza, obawiam się innej, „granej” kategorii.