[FF: Lucky Luke] Daltonowie rozdzieleni – cz. 2

Lucky Luke przejechał nieśpiesznie przez Cactus Junction, rozglądając się po ulicy. Nasłuchiwał uważnie czy z jakiegoś sklepiku nie dochodzą typowe odgłosy napadu z bronią w ręku. Jednak po kilku minutach bezowocnych poszukiwań i rozmów z mieszkańcami, wydawało się, że tym razem najsłynniejsza obywatelka tego spokojnego i sennego miasteczka postanowiła dzisiaj nie ruszać się ze swojego małego domku. Luke nie wiedział, czy był to po prostu kaprys staruszki i nie słyszała ona jeszcze najnowszych wieści, czy też przeciwnie – fakt, że nie wychodziła oznaczał, iż już wiedziała. A co za tym idzie – nie był pewien, czy powinien tu przychodzić.

– Może nie będzie aż tak źle? – powiedział nagle. – W końcu, podobno ten jej rewolwer jest zardzewiały i nienabity.
– Wciąż wierzysz, że to nieszkodliwa staruszka, kowboju? – zapytał Jolly Jumper. – To przecież kobieta, która wydała na świat Daltonów.

Nareszcie opuścili Cactus Junction i znaleźli się na prerii, gdzie kilka metrów dalej stał niewielki, drewniany dom z różową dachówką i kominkiem. Na ganku znajdował się zielony bujany fotel, a przy prawej ścianie – pieniek do ciosania drewna z wbitą weń siekierą. Kiedy Luke był już na miejscu i zszedł z Jolly’ego, aby przywitać się z Mamuśką Dalton, drzwi się otworzyły i z domu wyskoczył czarny kocur z białym podbrzuszem. Na widok nieznajomych zjeżył się i prychnął na nich wrogo.
– Mruczuś jak zwykle towarzyski – stwierdził Luke, pozwalając sobie na uśmiech.
– Przynajmniej nie ma tu Bzika. Patrzenie jak ten idiota dostaje łomot od kota byłoby żenujące – skomentował beznamiętnie Jolly.
Niebawem w drzwiach stanęła sama gospodyni – niska kobieta w niebieskiej sukience, kuchennym fartuchu i w białym czepku na głowie. Jej twarz, choć pozbawiona typowego zarostu i długich, cienkich wąsów, łudząco przypominała aż nazbyt znajome Lucky Luke’owi cztery facjaty. Kobieta, która urodziła i wychowała Joe, Williama, Jacka i Averella; która była gotowa poruszyć niebo i ziemię, aby uratować swoich synów przed stryczkiem. I mimo tego, że Luke raz po raz pakował jej dzieci do więzienia, nie traktowała go jak wroga, tylko jak zwykłego znajomego.
– Witam, pani Dalton – przywitał się pierwszy, ściągając kapelusz.
– Witaj, Luke – powiedziała, uśmiechając się przyjaźnie. Nagle jednak spoważniała, a następnie zamknęła drzwi na klucz. – Wybacz, ale muszę coś załatwić.
Zrobiła krok do przodu, aby następnie zeskoczyć na ziemię i pójść przed siebie. Patrząc jak starsza pani się oddala, Luke zauważył zawieszoną na ramieniu staruszki parasolkę z charakterystyczną rączką w kształcie głowy kaczki; i trzymaną w ręku zieloną torebkę. Kowboj wskoczył na swojego konia i natychmiast ruszył za Mamuśką Dalton.
– Wyprawa po zakupy, pani Dalton? – spytał domyślnie.
– Nie, do dyliżansu – odpowiedziała. Teraz jej twarz przybrała wyraz determinacji. – Chcę pogadać z tym sędzią, który śmiał rozdzielić moich synków.
– A więc słyszała pani?
Spojrzała w jego stronę, a potem znów przed siebie, cały czas idąc.
– A ty zapewne przyszedłeś tutaj, aby mi o tym powiedzieć?
– W zasadzie to przyszedłem sprawdzić, czy pani słyszała, czy nie – wyjaśnił. – A jeśli tak, to co pani o tym myśli.
– A co mam myśleć? Moi synkowie zostaną całkiem sami w tym okrutnym świecie, zdani na łaskę i niełaskę losu. Dotąd mieli Joego, aby czuwał nad nimi i dbał o to, aby nie ulegli złym wpływom, ale teraz… Aż strach pomyśleć, co mogą im zrobić w tych więzieniach. Mogą ich nawet… – Nagle Mamuśka Dalton się zatrzymała i wydała z siebie westchnienie grozy. – Mogą ich nawet zreformować.
Zaraz jednak musiały jej przyjść do głowy jakieś pocieszające myśli, bo uśmiechnęła się i zaczęła iść dalej. Chwilę potem byli już na miejscu, z którego zwykle wyjeżdżały dyliżanse w Cactus Junction. Pani Dalton usiadła na ławeczce, położyła torebkę obok i oprawszy się oburącz na parasolce spojrzała z uśmiechem na Luke’a.
– Ale to jeszcze nie koniec – odparła. – Joe nie dopuści do tego, żeby oddzielono go od Averella, Jacka i Williama. Znasz go przecież, Luke. Ma temperament swojego ojca.
Luke nie wiedział co powiedzieć, ale i tak z oddali nadciął właśnie dyliżans, więc samotny kowboj skierował Jolly’ego w przeciwną stronę i powiedział do Mamuśki:
– Życzę szczęścia z sędzią, pani Dalton.
Podziękowała mu, a on ruszył w drogę, którą znał aż nazbyt dobrze. Miał mnóstwo czasu na refleksję, jadąc do więzienia, i nie krępował się dzielić tymi refleksjami ze swoim wiernym towarzyszem.
– Naprawdę chciałbym poznać ich ojca. Skoro Joe odziedziczył po nim temperament, staruszek musiał być niezłym furiatem.
– Ich rodzinne posiłki musiały wyglądać interesująco – skomentował Jolly. – Założę się, że Jack i William dość często mówili: „Wyluzuj, tatuśku.”
– Musisz przyznać, Jolly, że to bardzo osobliwa familia. Inne rodziny wybierają się na pikniki albo na ryby. Daltonowie integrują się poprzez wspólne napady na banki. Może rzeczywiście rozdzielenie ich to dobry pomysł? Może z dala od siebie wyjdą wreszcie na ludzi?
– Albo zaczną kariery solowe i będziesz musiał łapać każdego z osobna.
– Z drugiej strony sam pomysł wydaje mi się trochę zbyt… drastyczny. To nie jest jakiś tam gang przypadkowych ludzi, tylko czterej bracia. Większość swojego życia dotąd spędzali razem. To musiał być dla nich cios. Chyba sami nie wyobrażają sobie życia bez siebie… – Westchnął ciężko. – Sam nie wiem czemu się o nich martwię. Od momentu, w którym spotkałem ich po raz pierwszy, próbowali mnie zabić. Ciągle robią mi różne numery i muszę ich prowadzić z powrotem do więzienia. To bandyci jak wszyscy inni.
– Może po prostu są tak nieporadni i głupkowaci, że wydają ci się uroczy? A może po prostu znacie się tyle lat, że zacząłeś darzyć ich sympatią? Osobiście obstawiam pierwszą opcję.
Na horyzoncie pojawił się właśnie zarys więziennej bryły osadzonej na kompletnym pustkowiu.
– Jakoś wszystkie eksperymenty resocjalizacyjne przeprowadzone na Daltonach nigdy nie zdają egzaminów. Okres próbny skończył się tym, że obrabowali swój własny bank i wprowadzili terror w miasteczku. Terapia z kolei poskutkowała tym, że zamiast sprowadzić ich na dobrą drogę, terapeuta się do nich przyłączył. Nie mówiąc już o resocjalizacji w wojsku i na ranczu. Dlaczego mam wrażenie, że teraz też tak będzie? – powiedział uśmiechając się lekko, ale zaraz spoważniał. – Tylko gorzej.
– W każdym razie będzie wesoło, kowboju. Tak jak zawsze.
Niebawem zatrzymali się kilka metrów przed główną bramą. Nagle tuż przed nimi wyskoczyła z ziemi brudna łyżka, potem przebiła się ręka, która zaczęła rozkopywać grudki gleby na boki, tworząc wielki otwór i wkrótce wychynęła zeń głowa Daltona. Na widok Luke’a, natychmiast poczerwieniała, zdradzając tożsamość swojego właściciela. Luke uśmiechnął się lekko i przywitał się swoich zwykłym tonem:
– Cześć, Joe.
Joe zawarczał z wściekłości i od razu rzucił się na kowboja, ale zaraz pojawili się Jack i William i ściągnęli go z powrotem do dziury.
– Wyluzuj, Joe – powiedział William, a Jack dodał:
– Właśnie, wyluzuj, Joe.
– Możecie już wyjść, chłopaki? – Z głębi zabrzmiał głos Averella. – Trochę tu ciasno.
– Zamknij się, Averell! – wykrzyknęli wszyscy trzej.
A potem po kolei wygrzebali się na powierzchnię i stanęli przed Lukiem, który tylko przyglądał im się z uśmiechem.
– Czego chcesz, Lucky Luke? – odezwał się pierwszy Joe.
– Chciałem was odwiedzić, chłopcy – odparł beztrosko.
– Kpisz sobie?! – wykrzyknął Joe.
Ale zanim doszło do rękoczynów, Jack i William od razu zainterweniowali, chwytając go jednocześnie za ramiona. Zaczął się miotać i krzyczeć, żeby go puścili, a oni jak zwykle mówili mu, żeby się uspokoił, co zdawało się działać – po kilku sekundach odzyskał panowanie nad sobą. Rzucił jednak Luke’owi chłodne spojrzenie.
– Joe, co robimy? – zapytał Averell. – Lucky Luke nie da nam odejść. Wracamy do więzienia?
Joe podskoczył i uderzył brata w brzuch.
– W żadnym razie. Pokonamy go i ruszamy dalej.
Luke spoważniał.
– A dokądże chcecie się wybrać?
– Jeszcze nie wiemy. Joe nam nie powiedział – odpowiedział Averell.
– Może lepiej nie podejmować żadnych pochopnych decyzji? – zaproponował Luke. – Wasza matka wyjechała właśnie, aby spotkać się z sędzią Archerem i przemówić mu do rozsądku. Możecie zniweczyć jej wysiłki, jeśli teraz uciekniecie.
Przez jakiś czas wyglądali jakby rozważali to, co przed chwilą usłyszeli, i Luke miał wrażenie, że ten argument wystarczy, aby powrócili grzecznie do swojej celi. Zaraz jednak na ich twarzach pojawiła się determinacja.
– Ale jeśli zostaniemy, rozdzielą nas – oświadczył Joe.
– Umieszczą w czterech różnych więzieniach – dodał William.
– I będziemy musieli do siebie pisać – wtrącił Averell.
– Wiesz jaki to dla nas wielki wysiłek intelektualny? – odparł Jack.
– Tak więc za żadne skarby nie wrócimy do więzienia. Będziesz musiał nas zabić – oznajmił Joe i wszyscy czterej założyli ramiona.
W końcu na szczycie murów więziennych pojawił się zaaferowany zamieszaniem przed bramą naczelnik więzienny, wraz ze swoimi strażnikami. W pierwszej chwili na jego twarzy zagościło zdumienie, ale potem ustąpiło ono miejsca uśmiechowi ulgi.
– Panie naczelniku, co robimy? – spytał jeden ze strażników.
– To co zawsze – odparł. – Czekamy, aż Lucky Luke ich tutaj przyprowadzi.
Luke przewrócił oczami nad lenistwem naczelnika i natychmiast przeniósł wzrok na Daltonów.
– Panowie, was jest czterech, nieuzbrojonych więźniów. Ja jestem jeden, ale mam kolta i tak się składa, że strzelam szybciej niż mój własny cień. Jak myślicie, kto wygra?
– Znasz nas całe lata, Lucky Luke, i myślisz, że twoje groźby zrobią na nas wrażenie? – spytał Joe, i wszyscy czterej uśmiechnęli się złośliwie.
Ale Luke był spokojny. Albowiem – jak zauważył najstarszy z Daltonów – znał ich całe lata. Tak się też składało, że znał również rozkład dnia w więzieniu. Podniósł wzrok na naczelnika i strażników i powiedział do nich:
– Dzisiaj jest puree z brokułów, prawda?
Joe, Jack i William wzdrygnęli się i spojrzeli na swojego młodszego brata. Averell najpierw się oblizał, a potem jego twarz rozpromienił błogi uśmiech.
– Tak, prawda – przyznał naczelnik. – A do tego zupa fasolowa.
Averell natychmiast dał nura do tunelu. Joe, Jack i William skoczyli za nim i wyciągnęli go z powrotem na powierzchnię. Joe szybko wymierzył mu policzek, a potem on i jego bracia zaczęli uciekać przed siebie w stronę bezkresnej pustyni. Nie przebiegli jednak kilku metrów, a pętla lassa złapała wszystkich czterech Daltonów i mocnym szarpnięciem Lucky Luke zmusił ich do powrotu do więzienia.
Nie mieli wyboru. Musieli wracać. Joe poczuł przytłaczającą go beznadzieję tej sytuacji. Nie mieli broni, nie mieli jak się wydostać z pętli, nie mieli szans. Nawet gdyby spróbowali teraz uciec, Lucky Luke zapewne znalazłby inny sposób, aby ich schwytać. Kiedy wpuścili ich znów do więzienia; kiedy poprowadzili ich długim, ciemnym korytarzem; kiedy zamknęli wszystkich czterech w nowej celi na trzecim piętrze, aby poczekali tam na przybycie ludzi, którzy mieli ich rozdzielić, Joe nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, stanie się coś złego. Jednakże nie był w stanie nic wymyśleć. Miał pustkę w głowie. Obecność Lucky Luke’a, który najpierw towarzyszył im do celi, a potem usiadł obok wejścia do niej, aby ich przypilnować, nie pomagała w skupieniu.
– Zamorduję cię, Lucky Luke! Zapłacisz za to!
– Tak, tak. – Groźby Joego zdawały się nie robić na kowboju wrażenia. Luke siedział sobie spokojnie obok drzwi i nasłuchiwał tego, co działo się w środku. – Pamiętaj, że mogę zawsze zaproponować naczelnikowi umieszczenie was w czterech różnych izolatkach. Chyba chcesz spędzić te kilka godzin z braćmi, zanim ich zabiorą?
Przez chwilę trwało milczenie, jakby Daltonowie nagle spotulnieli.
Luke poczuł się nieswojo. Bo też w istocie to mogły być ostatnie godziny Daltonów siedzących razem w jednym pomieszczeniu. To wszystko było takie dziwne…
– Spróbujcie odpowiednio spożytkować ten czas – powiedział po chwili. – Wkrótce będziecie mogli tylko do siebie pisać.
– Myślisz, że my, najgorsi bandyci na Zachodzie, będziemy tak po prostu czekać?! – wykrzyknął Joe. – Jeśli będzie trzeba przegryziemy kraty i uciekniemy. Nie będziemy siedzieć tutaj jak owce na rzeź!
– Przesadzasz z tą metaforą, Joe  – odparł beznamiętnie Luke, chociaż z jakiegoś niezrozumiałego powodu czuł niepokój. – Nie chcą was przecież powiesić.
– A skąd wiesz, czy los, który nam gotują, nie będzie gorszy od śmierci? – tym razem odezwał się Jack.
– Poradzicie sobie. Jesteście najgorszymi bandytami na Zachodzie, prawda?
– Ty nic nie rozumiesz – powiedział William.
– Dlaczego miałbyś zrozumieć? – zapytał oschle Joe. – Nigdy nie miałeś rodzeństwa.
Mógłby im powiedzieć o swoich wątpliwościach. Mógłby im powiedzieć co myśli o wyroku sędziego Archera. Mógłby im podsunąć jakieś rozwiązanie ich obecnej sytuacji. Mógłby ich pocieszyć, mówiąc, że na końcu pewnie i tak znów się ze sobą połączą. Ale wiedział, że cokolwiek powie, oni mu nie uwierzą (no, może poza Averellem, a on i tak miał kiepską siłę przebicia). Za często ich zwodził. Za często pakował ich do więzienia. Za często był tym, który krzyżował im plany. Dlaczego niby mieliby wierzyć, że jest po ich stronie? Że chce im pomóc? To w końcu on doprowadził do śmierci ich kuzynów.
I czy był sens im pomagać? Czy był sens litować się nad ich losem? No więc mieli zostać rozdzieleni i co z tego? To nie było to samo, co decyzja prezydenta o powieszeniu ich. Wtedy było Luke’owi żal Daltonów. Wtedy miał wrażenie, że nie zasłużyli sobie na taki los. Teraz… teraz nie wiedział co myśleć. Zawsze uważał, że Averell miałby spore szanse, aby stać się porządnym człowiekiem, gdyby Joe, Jack i William zostawili go w więzieniu i nie ciągali za sobą. Być może nawet Jack i William wyszliby na ludzi, gdyby nie Joe. Być może rzeczywiście rozdzielenie ich było najlepszym rozwiązaniem problemu z gangiem Daltonów.
Ale z drugiej strony Luke miał nieodparte wrażenie, że to nie był dobry pomysł.
No nic. Czas pokaże. Trzeba było na razie obserwować dalszy rozwój wypadków i dopiero wtedy zdecydować, po której stronie się opowiedzieć.
Czekanie na przybycie ludzi z innych więzień było dla Daltonów mordęgą, mimo że Joe spędził całą noc i pół następnego dnia chodząc po celi uporczywie poszukując jakiegoś rozwiązania zaistniałej sytuacji. Cały jego wysiłek intelektualny poszedł jednak na marne i oto późnym popołudniem do więzienia przybyli strażnicy z trzech więzień, do których mieli zostać przetransportowani William, Jack i Averell (Joe miał pozostać w więzieniu, w którym obecnie przebywali).
W korytarzu rozlegały się kroki ciężkich butów co najmniej dziesięciu ludzi. Daltonowie popatrzyli na siebie i wiedzieli, że właśnie nadchodził ten moment, którego się bali. Poczuli jak coś ścisnęło ich za gardła, a oczy zaszkliły im się od łez, które chciały być wylane, ale bandyci byli zbyt twardzi, aby im na to pozwolić. Niebawem zostaną rozdzieleni. Jeśli czegoś nie zrobią, jakoś temu nie zaradzą – być może nigdy się już nie zobaczą. Jednak im głośniejsze były kroki obcych, tym bardziej nie wiedzieli co robić.
– Spróbujmy chociaż stawiać opór – powiedział Joe. – Tylko to nam pozostało.
Siedzący przed celą Luke przyglądał się idącym w jego stronę przybyszom i nawet nie drgnął. Prawdę mówiąc spodziewał się, że przybędą jeszcze później. W końcu od pamiętnej rozprawy minął zaledwie tydzień. W każdym razie teraz każde z tych więzień będzie miało swojego własnego Daltona i będzie się musiało z tym Daltonem użerać. Czy to będzie trudne zadanie, czy nie; czy będzie to koniec jego ciągłych pogoni za niesfornymi braćmi; i czy to w jakikolwiek sposób pomoże – kto to wie? Luke miał jednak złe przeczucia.
Podniósł się z krzesła, na którym siedział, a naczelnik osobiście otworzył przybyszom celę z Daltonami. Najpierw wkroczył jakiś wysoki, chudy jak szkapa mężczyzna z bokobrodami, w towarzystwie dwóch obcych strażników.
– Który z panów do William Dalton? Przybyliśmy zabrać go do więzienia w Yumie.
Daltonowie nie odzywali się, tylko uśmiechnęli złośliwie. Zawsze był problem z rozróżnieniem Jacka od Williama. Nie wyróżniali się aż tak bardzo swoimi osobowościami jak ich młodszy i starszy brat, więc dla wielu pozostawali jedną wielką niewiadomą. Toteż trudno było określić który jest który. Tak więc była nadzieja, że Daltonom się uda. I zamierzali milczeć jak grób.
Zaraz jednak ich nadzieja prysła, kiedy strażnik, który zwykle pilnował ich celi, wszedł do środka i wskazał palcem Williama.
– Tego zawsze nazywają William – wyjaśnił krótko i odszedł na bok.
Strażnicy z Yumy natychmiast przystąpili do Williama i chwycili go za ramiona, ale Jack, Joe i Averell  również go złapali i nie zamierzali oddać. Z całych sił starali się zatrzymać brata w celi. Szybko jednak do środka weszli pozostali strażnicy. Uderzyli Joe, Jacka i Averella w głowy i korzystając z ich chwilowego oszołomienia, odczepili od Williama, który natychmiast został wyprowadzony z celi, chociaż również stawiał zaciekły opór – cały czas próbował bezskutecznie wyrwać się z objęć strażników.
– Zrób coś, Joe! – krzyczał i nawet odwrócił się w stronę brata. – Błagam cię, zrób coś!
Joe rzucił się na pomoc, ale natychmiast został zatrzymany przez dwóch strażników, którzy złapali go za ramiona i unieruchomili. Wciąż krzyczący i wyrywający się William został wyprowadzony z celi. Do środka wszedł kolejny mężczyzna, tym razem niski, w średnim wieku, gruby.
– Przyszedłem po Jacka Daltona. Mamy go eskortować do więzienia San Quentin.
– To ten – wskazał po raz kolejny strażnik Daltonów.
Sytuacja znów się powtórzyła – strażnicy przystąpili do Jacka, a jego bracia próbowali uniemożliwić im wyciągnięcie go na zewnątrz. Tym razem jednak natychmiast zostali unieruchomieni i wciąż odczuwali skutki uderzenia w głowę. Jack został wyprowadzony przez dwóch strażników, twarzą do celi.
– Puśćcie mnie! Joe! Joe!
Po chwili w celi było już tylko dwóch Daltonów. A ponieważ nie trudno było zgadnąć który z nich to Joe, a który Averell, niski mężczyzna o wielkiej, okrągłej głowie kazał swoim ludziom schwytać najmłodszego z braci Dalton.
– Ale mnie się tu podoba! Zostawcie mnie w spokoju! Joe, powiedz im coś!
– Spokojnie. Jestem pewny, że więzienie w Sundance ci się spodoba – odparł niski mężczyzna.
Joe z całych sił próbował się wyrwać z uścisku  strażników, ale mógł tylko patrzeć bezsilnie jak ostatni z jego braci opuszcza celę. Na korytarzu słyszał jeszcze rozpaczliwe krzyki Averella, który wołały go i błagały o interwencję. Kiedy wreszcie ucichły; kiedy wreszcie został uwolniony z uścisku strażników i kiedy drzwi celi zamknęły się z łomotem, Joe miał silniejsze niż kiedykolwiek poczucie przegranej. Nigdy wcześniej smak porażki nie smakował tak potwornie gorzko. Nigdy wcześniej nie miał wrażenia, że zawiódł. Żadne dotychczasowe niepowodzenie nie mogło się równać z tym, że nie zdołał uchronić swoich braci przed rozdzieleniem.
Teraz był sam, w ciemnej i zimnej celi, i pierwsze co zrobił, to walnął pięścią w kamienną ścianę. Ręka natychmiast spuchła i posiniała, a nerwy zarejestrowały ból. Joe zaczął skakać z wściekłości po celi, wykrzykując przekleństwa.

[FF: Lucky Luke] Daltonowie rozdzieleni – cz.1

Sędzia Archer oparł brodę na jednej ręce, a palcami drugiej zaczął postukiwać w stół. Spojrzał zrezygnowanym wzrokiem na ławę oskarżonych, którą zajmowała czwórka aż nazbyt dobrze znanych mu braci Dalton. Najstarszy z nich (o dziwo! – również najniższy), Joe, uśmiechnął się do starego sędziego tym złośliwym uśmieszkiem, którym zatwardziali przestępcy częstują uczciwych obywateli, obnażając tym samym swoją zwyrodniałą naturę. Po chwili jego bracia skopiowali jego wyraz twarzy.

Ława przysięgłych właśnie opuściła salę obrad, aby się naradzić, ale sędzia Archer z góry znał wyrok. Był jednym z sędziów, którzy mieli wątpliwą przyjemność sądzić i skazywać Daltonów na kolejne lata ciężkich robót. To było jak jeden wielki młyn – Daltonowie uciekali albo wynajdywali jakiś podstęp, aby wydostać się z więzienia legalnie; dokonywali kilku przestępstw, następnie Lucky Luke (który siedział teraz gdzieś z tyłu) łapał ich w ten czy inny sposób, chłopaki zarabiali kolejne lata odsiadki, a po kilku spokojnych tygodniach czy miesiącach, i tak znów uciekali z więzienia. To, że lata, które musieli spędzić w więzieniu, osiągnęły już liczbę kilku wieków, nie robiło na tych zwyrodnialcach żadnego wrażenia. Wręcz śmiali się z takiej kary. Równie dobrze Archer mógł posłać ich do kąta i oczekiwać, że przemyślą swoje postępowanie.

Joe Dalton szturchnął łokciem siedzącego obok niego Williama, a ten szturchnął Jacka, który z kolei szturchnął Averella. Wszyscy trzej spojrzeli na swojego starszego brata, a on odezwał się do nich – szeptem, ale na tyle głośno, aby sędzia mógł go usłyszeć:
– Hej, chłopaki. Reakcja właściciela banku w Cactus Gulch na nasz widok była świetna, nie? „D-daltonowie! Tak szybko po wypłatę? Przecież odwiedziliście nas po waszej ostatniej ucieczce…”
Jego bracia zachichotali rubasznie.
– Myślał, że jego nowy sejf nas powstrzyma. Nie docenił naszych czterech lasek dynamitu – dodał po chwili William i Daltonowie znów wybuchli śmiechem.
– Przed wybuchem uciekał aż się kurzyło. Pobiegł do przedsiębiorcy pogrzebowego i schronił się w jego najlepszej trumnie, a on na to: „Dziękuję za wybranie mojego zakładu, no, ale najpierw musi pan umrzeć.” – Jack również wtrącił coś od siebie i jego bracia znów zarechotali.
– A wtedy wkroczył Lucky Luke, rozbroił nas jednym strzałem i powiedział: „Dwie godziny od ucieczki z kicia. Mój nowy rekord.” I zabrał nas do więzienia – odezwał się wciąż wesoły Averell.
Joe, William i Jack nagle przestali rechotać i spojrzeli w jego stronę. Joe wskoczył na stół i już miał rzucić się na brata, gotów go rozszarpać, ale William i Jack szybko go złapali i próbowali uspokoić.
– Puśćcie mnie, idioci! Muszę mu przywalić! – wrzeszczał.
– Joe, wyluzuj – powiedział William.
– Właśnie, wyluzuj, Joe – dodał Jack.
Widok złoszczącego się jak małe dziecko i próbującego wyrwać się z objęć swoich braci Joe był tak pocieszny, że sędzia Archer prychnął śmiechem. Inni świadkowie tego dziwnego widowiska również wyglądali na rozbawionych, a kilku z nich wybuchło nawet śmiechem, tylko rozjuszając Joego jeszcze bardziej. W końcu jednak Williamowi i Jackowi udało się sprawić, że Joe się opanował i usiadł grzecznie na swoim krześle. Z rękami założonymi na ramionach rozejrzał się po sali obrad i rzucił nienawistne spojrzenie na Lucky Luke’a, a potem na Averella.
– Jasna cholera, gdyby nie to, że jesteście moimi braćmi i że rabujemy razem banki, pewnie bym was ukatrupił – wymamrotał po chwili, ale echo i tak poniosło jego słowa na koniec sali.
Brew sędziego podniosła się nieznacznie i Archer zamyślił się przez chwilę. W jego głowie właśnie zaświtał pewien pomysł. A gdyby tak ich rozdzielić? Zawsze, do jakiekolwiek więzienia by ich nie wtrącono, dzielili razem celę. Joe knuł plan ucieczki, a potem wraz z braćmi wprowadzał go w czyn. Razem się ukrywali, razem rabowali banki, razem byli pakowani do więzienia… Cholera jasna, nawet na szubienicę wchodzili kolektywnie! Byli ze sobą zadziwiająco zgrani. Ale jeśli się ich rozdzieli, Joe nie będzie miał komu komenderować, a William, Jack i Averell nie wpadną na to, jak wydostać się z paki. Być może nawet z dala od swoich wpływów wyjdą na ludzi. Sędzia Archer nie mógł  wyjść ze zdumienia, że wcześniej o tym nie pomyślał… Że inni sędziowie i naczelnik więzienia o tym nie pomyśleli!
Ława przysięgłych weszła na salę obrad. Archer wodził za nimi wzrokiem, dopóki nie zasiedli na swoich miejscach.
– Czy ława przysięgłych ustaliła już wyrok? – Pytanie w sumie bezsensowne, ale formalności musiało stać się za dość.
– Tak. – Przewodniczący przysięgły powstał. – Ława przysięgłych uznała Daltonów winnymi zarzucanych im czynów.
Po tych słowach spoczął, a sędzia Archer przeniósł swój wzrok na oskarżonych, na twarzach których malował się wyraz znudzenia. Sędzia odchrząknął, wyprostował się i oświadczył głośno i wyraźnie werdykt:
– Joe, Averellu, Williamie i Jacku Dalton, skazuję was na kolejne dwadzieścia lat więzienia.
Na ich twarzach pojawiły się znów te złośliwe uśmiechy, a potem wszyscy trzej ostentacyjnie ziewnęli. Archer znów się wyprostował i poważnym tonem kontynuował:
– Ze względu na niereformowalność podsądnych sąd nakazuje umieszczenie każdego z nich w innym więzieniu – przerwał, aby sprawdzić ich reakcję.
Nagle ich miny zrzedły i na zarośniętych twarzach wymalował się najprawdziwszy szok. Sędzia Archer mógł łatwo odgadnąć, że żaden z nich nie dowierzał własnym uszom. Siedzący z tyłu Lucky Luke najwyraźniej również był zdumiony takim obrotem sprawy. A potem Joe Dalton, którego dolna warga drgała jeszcze przez kilka chwil, zaczerwienił się ze złości, stanął na swoim krześle, oparł ręce na stole i krzyknął:
– Kpisz sobie?! Bracia Dalton nie mogą zostać rozdzieleni!
– Właśnie! – wtrącił William, a Jack dodał:
– Rodziny się nie rozdziela!
– To nieludzkie! – dołączył się do protestu Averell.
Teraz to sędzia był tym, którego twarz rozpromieniła się w złośliwym uśmieszku.
– Niemniej jednak, panowie – ciągnął dalej – nie widzę innego sposobu, aby zapobiec waszym kolejnym występkiem, jak tylko was od siebie odseparować. Z dala od siebie nawzajem nie sprawicie nam więcej kłopotów. Możecie jednak do siebie pisać.
– Słuchaj no, stary idioto! – zaczął znów Joe, podnosząc do góry palec wskazujący. – Daltonowie nie będą męczyć się z układaniem zdań, przyklejać durnych znaczków i wysyłać do siebie idiotycznych kartek tylko po to, aby porozmawiać o tym, że żarcie jest do kitu, praca ciężka, a koledzy z celi przytępawi!
– Czy mówiąc to ostatnie miałeś na myśli tylko Averella, czy nas też? – spytał Jack. Joe natychmiast się do niego odwrócił.
– Oczywiście, że tylko Averella, idioci! I nie przerywać mi mojej płomiennej przemowy, bo zabiję! – zwrócił się znów do sędziego: – Tak czy inaczej, stara prukwo, nie rozdzielisz nas! Prędzej wepchnę ci tę twoją tandetną perukę do gardła i powieszę cię na wadzę Temidy, niż ci na to pozwolę!
Archer wysłuchał tej tyrady z beznamiętnym wyrazem twarzy, a kiedy Joe już skończył i jeszcze dyszał z wściekłości, sędzia wziął swój młotek i chłodnym tonem oświadczył:
– Nie może pan nic zrobić, panie Dalton. Wyrok już zapadł i nie zamierzam go zmienić, bo pan mi grozi. – Uderzył młotkiem w stół. – Koniec rozprawy. Proszę się rozejść.
Ludzie zaczęli podnosić się ze sowich miejsc i kierować w stronę wyjścia, ale wciąż wkurzony Joe pobiegł z gotowymi do rękoczynów dłońmi do sędziego, który na ten widok zamarł. Na szczęście drogę przeciął Joemu pocisk, który przeleciał mu tuż przed twarzą, sprawiając, że najstarszy z braci Dalton zbladł ze strachu. Dopiero wtedy – ku wielkiemu rozczarowaniu sędziego – strażnicy wkroczyli do akcji. Archer zaś odwrócił się w stronę swojego wybawcy.
– Dziękuję panu, Lucky Luke.
– Zawsze do usług. – Z uśmiechem na ustach kowboj zakręcił rewolwerem i jednym szybkim ruchem włożył z powrotem do kabury.
Kiedy jednak oglądał zabieranych z sądu Daltonów, miał nieodparte wrażenie, że to nie koniec, ale początek kłopotów.

Na czas załatwienia formalności związanych z przenosinami Daltonowie mogli spędzić jeszcze kilka dni razem w jednej celi. Następnego ranka po ogłoszeniu wyroku Joe spacerował z jednego końca pomieszczenia na drugi, podczas gdy jego bracia leżeli na dwupiętrowych pryczach i przyglądali mu się.

– Próbowali nas zreformować poprzez pracę, wyleczyć terapią, ożenić, a nawet powiesić, ale nigdy dotąd nikt nas nie chciał rozdzielić!

– Co zrobimy, Joe? – zapytał William.
– Będziemy walczyć – odparł Joe nawet się nie zatrzymując. – Jeżeli te kojoty myślą, że tak po prostu damy się wsadzić do czterech osobnych więzień, to się mylą.
– A co jeśli Lucky Luke się wtrąci? – spytał nagle Averell.
Joe nagle zamarł, a po chwili odwrócił się w jego stronę. William i Jack szybko zareagowali, każąc Averellowi się zamknąć, ale Joe i tak natychmiast się zaczerwienił i skoczył na niego. Na szczęście jego brat siedział na niższej z prycz, więc Joe wylądował na jego brzuchu. Złapał go za kołnierzyk i spojrzał mu w oczy rozwścieczonym wzrokiem.
– To go ukatrupimy i sprawa załatwiona.
– Ależ Joe… – zaczął Averell, jednak lewy sierpowy brata nie pozwolił mu dokończyć.
– Posłuchaj mnie, Averell: Choćbyśmy mieli stanąć do walki nawet z Lucky Lukiem, nie pozwolimy mu nas rozdzielić.
– Co zamierzasz zrobić, Joe? – zapytał Jack.
Najstarszy z braci Dalton zeskoczył na ziemię i spojrzał na pozostałych z uśmiechem.
– To co robimy zawsze: wykopiemy tunel i uciekniemy.
Na szczęście dla nich zostali umieszczeni w swojej starej celi. Toteż Joe podważył kafelek w podłodze, pod którym krył się wykopany przez nich poprzednim razem tunel, i odstawił go na bok. Wyglądało na to, że strażnicy zdążyli go już zakopać. Następnie wziął swoją łyżkę.
– Bierzmy się do pracy.

[FF: Lucky Luke] Gary Zajebisty

Luke siedział w barze w Nothing Gulch, popijając lemoniadę, kiedy nagle do środka wszedł ON. Był zabójczo przystojny – pod gustownym kowbojskim kapeluszem kryła się burza długich, czarnych, jedwabistych włosów, a jego lekki zarost dodawał jego młodej, delikatnej twarzy męskości. Nosił ciemne dżinsy i obcisłą, różową koszulę, która tylko uwydatniała jego ogromne mięśnie. Jego szyję ozdabiała zaś czerwona chusta. Jego kolty spały w kaburze, gotowe w każdym momencie wychynąć i zastrzelić głupca, który śmiał rzucić przystojniakowi wyzwanie.

Kiedy tylko wkroczył do baru, parę kobiet zaczęło mdleć, inne przyglądały mu się rozmarzonym wzrokiem, wodząc za nim, jak szedł powolnym, ale pewnym krokiem przez cały przybytek, aż zatrzymał się przy ladzie i głębokim, seksownym głosem powiedział do oniemiałego z powodu jego obecności barmana:
– Martini z wódką. Wstrząśnięte, nie mieszane.
Przez chwilę jeszcze barman stał jak posąg, oszołomiony urokiem, wdziękiem, aparycją i generalną zajebistością swojego gościa, ale w końcu ocknął się z tego oszołomienia, powiedział: „Tak jest.” i przygotował szybko napój. Po chwili położył szklankę z drinkiem przed zabójczo przystojnym kowbojem, który bez słowa odwrócił się nonszalancko i dopiero wtedy zdał sobie sprawę z obecności Luke’a.
– Kogóż widzą moje piękne oczy? – powiedział, uśmiechając się. – Lucky Luke!
– Witaj, Gary Zajebisty – odparł Luke i rzucili się sobie w ramiona. Kiedy przerwali objęcia, Luke spoważniał i zapytał: – Co cię tutaj sprowadza?
– Ty dobrze wiesz, co – odrzekł równie poważnie Gary i spojrzał w pustą przestrzeń. – Zemsta.

– Gary, minęło tyle lat… Nadal chcesz to zrobić?
– Tak. Nie spocznę, póki on nie zapłaci za swoje zbrodnie.
– A o co w ogóle chodzi? – zapytał nieco nieśmiało barman. – Opowiedz, przybyszu, może będzie ci lżej jak się wygadasz.
– Nic nie ukoi mojego bólu, jedynie śmierć tego, który jest jego przyczyną – powiedział Gary z ręką na piersi, podnosząc się z miejsca. – Ale skoro pytasz, opowiem ci moją smutną historię i wszyscy poznają moją mroczną jak otchłań przeszłość.
Wszyscy zamienili się w słuch. Nawet omdlałe wcześniej kobiety, które zdążyły już się w tym czasie ocknąć, znów zemdleć z wrażenia i ponownie ocknąć. Wszyscy wpatrywali się teraz w Gary’ego Zajebistego, który spoczął na swoim miejscu i z opuszczoną głową zaczął opowiadać swoją mroczną historię:
– Urodziłem się i wychowywałem na małej fermie w Kentucky. Moi rodzice hodowali kukurydzę i kurczaki, a także najprzedniejsze konie w całych Stanach. Moim ojcem był baron von Stu, wywodził się ze starej rodziny szlacheckiej, ale został pozbawiony majątku, bo cesarzowa Austro-Węgier na niego leciała, więc cesarz był zazdrosny i go nienawidzić. Dlatego mój ojciec pojechał do Ameryki szukać złota, a znalazł miłość, albowiem zakochała się w nim księżniczka Apaczów, Jasna Łania, i mimo obiekcji jej ojca, wodza Wielkiego Wała, postanowiła z nim uciec i założyć rodzinę.
W barze rozległo się masowe „Ohhhhhh”. Wszyscy uważali tę opowieść za bardzo romantyczną. Tymczasem przybysz mówił dalej:
– Tak więc uciekli i osiedli na wspomnianej wyżej małej fermie, gdzie spokojnie przeżyli kilka lat. Niebawem urodził im się syn, czyli ja, a przy jego, czyli moich, narodzinach był obecny szaman z plemienia Apaczów, który powiedział, że miał sen, w którym strzelam celniej niż najcelniejszy strzelec, jestem silniejszy niż największy bizon, szybszy niż najszybszy rumak, i atrakcyjniejszy niż najpiękniejszy zachód słońca nad kwiatową łąką, położoną tuż przy bezkresnym morzu, w którym pływają majestatyczne delfiny. Miał rację, zwłaszcza, co do tego ostatniego. Moja atrakcyjność to wręcz klątwa.
Kilka kobiet na sali westchnęło, przyglądając mu się z rozmarzeniem.
– Tak czy inaczej, przez dziesięć lat żyłem sobie spokojnie na swojej fermie. Byłem przeciętnym uczniem, miałem bardzo dobre stopnie i przyjaźniłem się z całą klasą. Ojciec nauczył mnie dobrych manier, dobrego gustu w trunkach, jazdy konnej, fechtunku, strzelania z pistoletu i tańca, a matka łucznictwa, skradania się, polowania i tropienia. Byłem szczęśliwy, dopóki… – nagle przerwał, przyłożył rękę do oczu i zaszlochał cicho, po męsku. – Wybaczcie, to takie trudne…
– No już, już, Gary. – Luke poklepał go po plecach.
– Pewnie macie mnie za mięczaka… – zaczął Gary, wciąż zakrywając twarz.
– Nonsens – powiedział Luke. – Wszyscy wiedzą, że Gary Zajebisty jest nie tylko przystojny, genialny i twardy, ale posiada również wrażliwą osobowość. Nie musisz mówić o swojej tragicznej przeszłości, jeśli nie chcesz.
– Ależ chcę. – Gary wziął się w garść i z nowym ogniem w oczach ciągnął dalej: – W dniu, w którym odebrano mi wszystko, wróciłem do domu wcześniej. Zastałem naszą chatę spaloną, z naszych kurczaków zrobiono kurczaki w sosie słodko-kwaśnym i rosół, a nasze konie pouciekały przed niechybnym pożarciem. Również moja ukochana kurka, Mirabelle, została zjedzona przez niego: Averella Daltona, postrach wszelkiego drobiu, bydła, owoców, warzyw i innych grup żywnościowych. Stał tam i zjadał moją słodką Mirabelle i być może zjadłby nawet mojego pieska, kotka i fretkę, gdybym go nie zaatakował. Byłbym go wtedy dorwał, gdyby nie jego przeklęci bracia, którzy mnie powstrzymali. Byliby mnie zabili, gdyby nie siedzący tutaj Lucky Luke – Gary poklepał kompana po plecach – który akurat szukał ich, aby odstawić do więzienia. Udało mu się ich wykurzyć i obezwładnić.
– Nie bądź taki skromny, Gary. To w zasadzie ty ich dopadłeś, ogłuszając Joe Daltona ciosem karate. A może to był wolkański chwyt obezwładniający?
– Ale to i tak nic nie dało. Mirabelle i inne kurczaki spoczywały już w brzuchu tego potwora, Averella Daltona, nasza ferma była spalona, więc rodzice musieli przeprowadzić się do tej okropnej luksusowej daczy w Kalifornii i zająć się handlem nieruchomościami, a ja byłem pusty i zrozpaczony po utracie Mirabelle. Poprzysiągłem sobie wtedy, że dorwę Averella Daltona i zabiję go. I oto moja historia.
Kiedy skończył mówić, wszyscy w barze chlipali, poruszeni smutną i tragiczną opowieścią Gary’ego Zajebistego.
Wtem drzwi do baru się otworzyły i – ku zdziwieniu wszystkich obecnych – stanęli w nich Daltonowie. Wtargnęli dziarsko do środka i stanęli naprzeciw Luke’a i Gary’ego, którzy spojrzeli na nich chłodno. Bracia uśmiechnęli się złośliwie. Luke wyciągnął kolta, aby ich zastrzelić. Normalnie nikogo by nie zabił, ale tragiczna historia Gary’ego Zajebistego sprawiła, że chciał ich zabić, tu i teraz. Zanim jednak zdążył strzelić, Gary z szybkością światła wyciągnął kolty z kabury i zastrzelił wszystkich czterech Daltonów za jednym razem. Wszyscy po kolei upadli na podłogę, a krew lała się z strumieniami z ich piersi. Averell Dalton jeszcze oddychał, kiedy Gary podszedł do niego i z chłodnym wyrazem twarzy przyglądał się mu z góry.
– Wreszcie pomściłem moją ukochaną Mirabelle – powiedział cicho. – Jakie są twoje ostatnie słowa, gnido?
Averell uśmiechnął się do niego.
– Twoja… ukochana Mirabelle – zaczął z trudem – nie… była… nawet smaczna. Smakowała… jak kurczak.
I umarł.
Gary „Zajebisty” von Stu ożenił się z Miss Świata, pokonał w swoim życiu jeszcze wielu bandytów (w tym Jesse Jamesa i Billy Kida), dorobił się wielkiej fermy kurczaków i kilkorga dzieci, które były równie zdolne i atrakcyjne jak on, a jedna z jego córek, Mary-Sue, była nawet skrytą miłością Lucky Luke’a. Kiedy dorosła, Luke wyjawił jej sekrety swego serca i porosił ją o rękę, a ona za niego wyszła. Choć co tydzień Mary-Sue była porywana przez bandytów, którzy byli szaleńczo w niej zakochani i chcieli zemścić się na Luke’u, życie Mary-Sue i Lucky Luke’a było pełnie szczęścia i radości. Wszyscy opiewali ich miłość, a Gary Zajebisty stał się legendą Dzikiego Zachodu, nawet większą niż Lucky Luke.
KONIEC

[FF: Lucky Luke] Koniowatość

To wszystko zaczęło się dosyć niepozornie. Pewnego dnia nagle poczułem ból w lewej, przedniej nodze. Ponieważ był to ból dokuczliwy, ale znośny, i ponieważ ja i mój kowboj byliśmy wtedy na tropie kolejnego podrzędnego rzezimieszka, postanowiłem nie zdradzać się Luke’owi z tą dolegliwością. Pamiętam, że pomyślałem sobie wtedy: Czegóż to ja nie robię dla tego mojego kowboja – czekam pod oknem saloonu, aby w razie czego pomóc mu uciec; robię zakupy, rozwiązuję węzły, przybywam na gwizdnięcie… A on tylko poklepie mnie czasem po plecach w geście uznania moich zasług. Nie to, żeby mi to przeszkadzało, ale pamiętam, że wyraziłem wtedy głośno pewną myśl:

– Czasem chciałbym wiedzieć, ile mój kowboj jest w stanie zrobić dla mnie.

Oczywiście Luke mnie nie słyszał. I dobrze, bo gdyby usłyszał kiedyś, co mamroczę pod nosem, najpierw wybałuszyłby oczy ze zdumienia, że jego koń potrafi mówić (ale z drugiej strony – umiem robić takie rzeczy, że pewnie umiejętność mowy nie zrobiłaby na nim większego wrażenia), a potem zacząłby na te moje komentarze odpowiadać.
Jednak w miarę jak posuwaliśmy się dalej, ból zyskiwał na intensywności i oto następnego dnia był tak silny, że ledwo mogłem iść. Kiedy spojrzałem w dół, odkryłem, że tuż przy kopycie moja lewa noga spuchła jak balon. Mój kowboj zaczął właśnie zbierać to, co pozostało z rozpalonego poprzedniej nocy ogniska, a ja zacząłem się poważnie martwić tym, czy uda mi się daleko zajść z opuchniętą nogą. Po raz pierwszy w życiu spotkało mnie coś takiego. Dotąd byłem niemal niezniszczalny. To ten debil, Bzik, bez przerwy przeziębiał się, bo wiecznie wpadał do wody i tylko dzięki interwencji mądrzejszych od siebie nie kończył na dnie. Ja miałem zawsze końskie zdrowie (ha, ha).
Mój kowboj założył mi na grzbiet derkę i zapiął siodło. Następnie wsiadł na mnie, chwycił za lejce i lekkim pociągnięciem rozkazał iść przed siebie. Ledwo zrobiłem dwa kroki, a już poczułem kolejną falę bólu w nodze. Niejako odruchowo podniosłem do góry głowę i mógłbym przysiąc, że mój pysk wykrzywił się w grymasie bólu. Nie uszło to uwadze mojego kowboja, zwłaszcza, że natychmiast przystanąłem.
– Coś nie tak, Jolly? – spytał, zniżając głowę.
Właśnie wtedy musiał spostrzec w jakim stanie była moja lewa noga. Mogłem zobaczyć jak jego wyraz twarzy zmienia się z neutralności w szczere zdziwienie, a nawet zauważyłem w jego rysach coś na kształt… lęku? Natychmiast ze mnie zszedł, aby zaraz przykucnąć i przyjrzeć się lepiej schorzeniu. Przez moment milczał, a jego czoło zmarszczyło się, zdradzając ślady głębokiego zamyślenia.
A potem podniósł się na równe nogi i rozejrzał dookoła. Nagle uśmiechnął się. Spojrzałem w stronę, w którą patrzył. W oddali znajdował się znak głoszący, że najbliższe miasto jest oddalone stąd o dwa kilometry.
– Ciekawe, że po zmroku nie zwraca się uwagi na takie szczegóły… – powiedziałem sam do siebie.
– Będziesz musiał wytrzymać dopóki tam nie dojdziemy i nie obejrzy cię weterynarz – oznajmił mój kowboj, klepiąc mnie po barku.
Następnie ściągnął siodło wraz z derką i położył je sobie na barku.
To były chyba najgorsze, najdłuższe dwa kilometry w moim życiu. Przez całą drogę nawiedzały mnie jakieś dziwne myśli. Obawiałem się, że z moją nogą nie da się już nic zrobić, a ponieważ nie będę użyteczny dla mojego kowboja, mój kowboj się mnie pozbędzie w ten, czy inny sposób. Może niekoniecznie pośle do fabryki kleju czy zastrzeli, ale na pewno wyśle na zieloną trawkę i spędzę resztę życia, rozmawiając ze starymi kobyłami, które dotąd prowadziły pług albo coś w tym stylu. Cóż począć, często marudzę na swoje życie, ale koniec końców jest ono bardziej ekscytujące niż praca na farmie czy w kopalni. Poza tym wiem, że… Ale o tym jeszcze wspomnę później.
Mój kowboj był mi bardzo pomocny w tej podróży. Może na starość robię się sentymentalny, ale to, że przy mnie był i że co chwilę zapewniał mnie, że wszystko będzie dobrze, czyniło tę mękę o niebo znośniejszą. Jednocześnie co chwila jego przyjacielski uśmiech bladł, a głos, którym mój kowboj próbował mnie uspokoić, nosił w sobie nutę niepewności. Miałem wrażenie, iż on sam obawiał się tego, co mogło wyniknąć z tej mojej małej kulawizny.
Po trwającej wieczność wędrówce nareszcie dotarliśmy na miejsce. Miasto nazywało się Black Hole Gulch, a napis pod tą nazwą głosił: „Hej, nieznajomy! To może i pipidówa, ale, jak w każdej pipidówe, za fałszywy ruch dostaniesz kulkę.” Jakoś tak zawsze, kiedy czytam coś takiego, mogę być pewien, że w saloonie mój kowboj zostanie zaczepiony przez jakiegoś nadpobudliwego i pewnego siebie gostka z rewolwerem, potem zawiąże się walka, którą Luke wygra, ale gościu, zamiast sobie odpuścić jak każdy normalny człowiek, zechcę się na nim odegrać czy coś w tym stylu. Będziemy musieli go wyprowadzić z błędu, nadrabiając nieco drogi i niwecząc jego plany, ale i tak na końcu wygramy. Naprawdę wolałem tym razem sobie darować.
Zaczęliśmy iść przez główną ulicę i rozglądać się za szyldem weterynarza albo chociaż jakąś stajnią. Wszyscy mieszkańcy się na nas gapili i to pewnie była moja wina. Musiałem wyglądać pokracznie, utykając i co chwila podnosząc głowę, w dodatku z bulwiastą w okolicach kopyta nogą. Te natrętne oczy były wszędzie, a kilku miejskich chłopaczków raczyło nas komentarzami w stylu: „Co staruszku? W kaktus się wdepło?” Czułem się idiotycznie, jakbym nosił na głowie Bzika. Co oni, konia z kulawizną nie widzieli? Słowo daję, niektórzy ludzie to istne perełki tępoty. Myślą, że są śmieszni, gdy tymczasem udowadniają po raz kolejny, że śmieszy ich byle krowi placek.
W końcu dotarliśmy do jakiejś stajni i nawet ktoś wyszedł nam naprzeciw. Był to młody, ledwie dwudziestokilkuletni mężczyzna z czupryną jasnobrązowych włosów, okrągłą twarzą i cienkimi okularami na nosie. Bylibyśmy go uznali za zwykłego stajennego (rękawy miał podwinięte, a w ręku trzymał widły), gdyby nie zaczepiona na niebieskiej koszuli gwiazda.
– Erm… jesteś szeryfem? – spytał mój kowboj, podnosząc brew.
– Zastępcą. Ale pracuję też jako stajenny – wyjaśnił nam młokos. – Jestem Artur McGee, ale mówią na mnie Artie.
– Miło mi. Lucky Luke – przedstawił się najzwyczajniej w świecie.
A nasz zastępca szeryfa/stajenny najzwyczajniej w świecie zareagował na tę nowinę jak większość ludzi, którym mój kowboj się przedstawia.
– Ten Lucky Luke?
– Tak – odpowiedział mój kowboj.
– Ten, który strzela szybciej niż jego własny cień?
– Tak, tak, to ja – westchnął, przewracając oczami.
– Ten, który…?
– Rozumiem, chłopcze, że jesteś podekscytowany – przerwał mu Luke – ale mój koń potrzebuje pomocy. Macie tu jakiegoś weterynarza?
– Ach, tak, tak – obudził się młokos. – Zaraz po niego pójdę.
No i poszedł. My tymczasem rozejrzeliśmy się po stajni. W środku znajdowało się kilka koni, ale tylko jeden zwrócił uwagę moją i mojego kowboja. Był szary, o czarnej grzywie i z niemal idealnie okrągłą, białą kropką na czole. Stał sobie w przegrodzie. Na podłodze, tuż przed nim leżała otwarta książeczka, w której lekturze ten szary koń wydawał się być pogrążony.
– Ciekawe rzeczy tam piszą? – spytałem.
Koń oderwał wzrok od książki i popatrzył na nas.
– Niespecjalnie. Ale czego się spodziewać po Arystotelesie? Ciągle tylko byt, substancja, przypadłości…
Nie pierwszy raz widziałem konia-intelektualistę (poniekąd sam się za takiego uważam), więc ten chłystek nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Westchnąłem tylko ze zniechęceniem, że będę musiał dzielić z nim stajnię. No, cóż… Przynajmniej mój kowboj dotrzyma mi towarzystwa, prawda?
Tak wtedy w swej naiwności myślałem.
Artie i weterynarz wreszcie się pojawili. Najpierw doktorek obejrzał moją nogę, a potem kazał mojemu kowbojowi przeprowadzić mnie kilka kroków. W końcu usłyszeliśmy jakie są zalecenia: solidny wypoczynek w stajni i okłady. Szczerze mówiąc spodziewałem się, że grozi mi coś poważniejszego – co najmniej, że nie będę chodził. Ale widocznie jako rumak głównego bohatera mam fory u scenarzystów.
Mój kowboj wyglądał, jakby coś go nurtowało. Czyżby nie cieszył się z takiego obrotu sprawy? Mnie się podobało, że nie będę musiał się nigdzie ruszać. Tak rzadko ja i mój kowboj możemy sobie pozwolić na wakacje… Myślałem, że on też się ucieszy. W końcu ta fucha dyżurnego bohatera Dzikiego Zachodu jemu też dawała w kość. Niestety zapomniałem o jednym ważnym szczególe.
– Mógłbym pogadać z twoim przełożonym, Artie? – zapytał mój kowboj.
– Pan Brokenbee, właściciel stajni, jest obecnie na wakacjach.
– Chodziło mi o szeryfa – sprostował Luke. – Widzisz, jestem w trakcie szukania pewnego bandyty i zdaje się, że będę potrzebował waszej pomocy, nie mówiąc już o koniu zastępczym.
Poczułem jak coś mnie ściska w sercu. Bandyta… Kompletnie zapomniałem o bandycie. Czy Luke naprawdę chciał za nim ruszyć? I to na innym koniu niż ja? Chyba nie mówił poważnie. Przecież dobrze wiedział, że żaden rumak nie zastąpi mu mnie, szczególnie przy ściganiu przestępców.
– Może zanim zaprowadzę pana do szefa, panie Luke, zajmijmy się pana koniem – oświadczył Artie i otworzył wolną przegrodę tuż obok konia-intelektualisty.
Chwycił mnie za lejce i już chciał zaprowadzić do środka, ale oparłem się na tylnych kopytach i stawiłem mu opór. Dzieciak nieźle się namęczył, aby ruszyć mnie chociaż o milimetr z miejsca, ale i tak jego wysiłki spełzły na niczym. Im mocniej ciągnął, tym mocniej ja się zapierałem. Jak na konia, który właśnie okulał, miałem całkiem sporo krzepy. Aż sam się dziwiłem. Lewa noga, rzecz jasna, bolała mnie jak diabli, ale zaciągnięcie do przegrody równało się z zostawieniem mojego kowboja samego. Luke mógł jeździć na mnie i tylko na mnie. Jedynie ja wiedziałem, co robić, kiedy on był w potrzasku. Jedynie ja potrafiłem sam rozwiązać węzeł, otworzyć zamek i pokonać paru oprychów za jednym kopnięciem. Jedynie ja mogłem być koniem Lucky Luke’a! W tamtej chwili byłem gotowy przebyć z tą kulawą nogą choćby sto mil, byle tylko nie rozdzielano mnie z moim kowbojem. Między nami oboma zaś stał ten czterooki gołowąs, który próbował z całych sił zaprowadzić mnie do przegrody. Byłem świadom tego, że inne konie się na mnie gapią, ale nie obchodziło mnie to.
A potem usłyszałem gwizd. Przeciągły gwizd, który zawsze stawia mnie na nogi i każe podążać za Lukiem, gdziekolwiek jest w danej chwili. To wystarczyło, abym zamarł, a młody stajenny padł na ziemię, wciąż trzymając się oburącz moich lejc i oddychając ciężko. Luke podszedł do niego, pomógł mu wstać i odbierając od niego lejce, powiedział:
– Może lepiej wezwij tu szeryfa, a ja spróbuję zaprowadzić Jolly Jumpera do jego tymczasowego apartamentu.
Chłopak tylko przytaknął i ruszył w drogę. Mój kowboj tymczasem zaczął iść w stronę przegrody, próbując pociągnąć mnie za sobą. Ale i tym razem stawiłem opór. Odwrócił się do mnie, przewrócił oczami, a w końcu popatrzył na mnie z dezaprobatą.
– Jolly Jumper, co się z tobą dzieje? Przecież to dla twojego dobra.
– Napisz do tych idiotów z Teksasu, że nie będziesz gonił tego zbira albo mnie dosiądź, kowboju, i wyruszamy w prerię – powiedziałem, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że ten argument do mojego kowboja nie dotrze.
– Jolly, ty masz kulawiznę – oznajmił, grożąc mi palcem. Luke. – Wiesz, co się stanie, jeśli nie odpoczniesz?
– No już daj spokój – odparłem. – Jak ty masz katar, to i tak gonimy Daltonów, Billy Kida czy komu tamci idioci pozwolą uciec z więzienia.
– To dopiero! – odezwała się jakaś kobyła. – Koń uparty jak osioł.
– Ekhm… to prywatna rozmowa. Lepiej zatkaj uszy – rzuciłem w jej stronę.
– Za przeproszeniem, czym? – odgryzła się.
– Jolly, patrz na mnie jak do ciebie mówię! – prawie krzyknął mój kowboj, a ja natychmiast zwróciłem wzrok z powrotem na niego. Luke westchnął, usiadł na pobliskim sianie i dopiero wtedy znów do mnie przemówił: – Rzecz w tym, staruszku, że jeśli ci się pogorszy, możesz okuleć na stałe. A wtedy, Jolly, będę musiał cię posłać do stajni spokojnej starości.
– Uuu, to by była dopiero kaszana – zasyczał jakiś inny koń. – Podobno mają tam kiepskie żarcie.
– Będę musiał się z tobą rozstać, Jolly – kontynuował mój kowboj, konsekwentnie olewając rżenia zgromadzonych. – A ja nie chcę się z tobą rozstawać. – Podniósł się z siana i położył rękę na moim pysku. – Ja chcę jeszcze na ciebie wsiąść, Jolly Jumper.
Normalnie powiedziałabym mu coś o samolubstwie, ale jakoś tak sposób, w jaki mój kowboj do mnie przemawiał, sprawił, że się wzruszyłem. I pewnie bym nawet uronił jedną łezkę, gdyby nie to, że gapiło się na nas stado obcych koni, które zarżałyby chórem ze śmiechu na ten widok.
– To co? Będziesz grzeczny, old boy? – spytał Luke, uśmiechając się i klepiąc mnie po podbródku.
Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, chwycił znów za lejce i zaczął iść w stronę przegrody. Tym razem jednak nie stawiałem oporu. Pozwoliłem mu się zaprowadzić, a kiedy już byliśmy w środku, ściągnął ze mnie uzdę i wraz z derką i siodłem położył ją na ziemi. Sama przegroda była dość przestronna, abym mógł się w niej położyć albo odwrócić, aby skorzystać ze żłobu. Nie ma co – ta stajnia była porządniejsza niż do tej pory myślałem.
Wtedy właśnie pojawił się Artie z wysokim, podstarzałym szeryfem. Mój kowboj poklepał mnie ostatni raz po plecach i wyszedł im naprzeciw. Uścisnął rękę szeryfa, który chwycił oburącz dłoń Luke’a i potrząsnął ją zamaszyście dwa razy.
– Jestem szeryf Darren Willowbee. Miło mi poznać człowieka, który strzela szybciej niż jego własny cień.
Uwolnił z uścisku rękę mojego kowboja, który odchrząknął i przeszedł do sedna sprawy:
– Widzi pan, szeryfie, zanim mój ognisty ogier okulał, śledziłem pewnego kojota, który uciekł z więzienia, bo strażnicy pewnie wpadli na genialny pomysł, aby wstawić go do dawnej celi Daltonów z niezakopanymi dołami. Teraz włóczę się po okolicy, szukając gościa po całym Teksasie, bo policja jest zbyt leniwa i zamiast samodzielnie się tym zająć, marnuje czas mój i mojego konia.
Dobra, może niekoniecznie użył dokładnie tych słów, ale wiem, że to właśnie myśli za każdym razem, gdy dostaje telegram o nowym uciekinierze/zadaniu od gubernatora. W zasadzie ten bandyta, którego szukaliśmy, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był po prostu kolejnym facetem, który krążył po okolicy, okradał banki, wkurzał Indian i strzelał do każdego, kto jakoś mu zawinił. Gdybyście  byli na moim miejscu i przeżywali to wciąż i wciąż, również nie uważalibyście gościa za wartego zapamiętania. Zresztą, ten bandyta nie jest wcale aż taki ważny w tej historii. Dla potrzeb narracji będę go nazywać Bob Antagonista.
Mój kowboj opisał pokrótce doczesne dokonania faceta, podał jego rysopis i przedstawił wyniki swojego śledztwa.
– Wczoraj doszedłem do wniosku, że Bob Antagonista zapewne zatrzyma się w Sul-Sul Gulch, które jest milę na północ od miejsca, w którym rozbiłem obóz, ale dzisiaj rano, zaraz po odkryciu dolegliwości Jolly Jumpera odkryłem drogowskaz mówiący o tym, że wasze miasteczko jest dwa kilometry stąd.
– Nie jest zbyt lotny ten twój kowboj – usłyszałem komentarz następnej kobyły.
– O, wybacz. Nie wszyscy kowboje widzą w ciemnościach, szczególnie po kilku godzinach w siodle – odburknąłem.
– Tak czy inaczej być może Bob Antagonista się tutaj ukrywa. W razie gdyby go tu jednak nie było, będę musiał wypożyczyć od kogoś konia.
– Chętnie bym oddał panu mojego – zaczął szeryf – ale jest mi potrzebny, a poza tym nie jest zbyt szybki. Jestem jednak pewien, że ktoś panu chętnie wypożyczy swojego wierzchowca. – Zwrócił się nagle do swojego zastępcy: – Artie, Horacemu na pewno przyda się nieco ruchu.
Ku memu wielkiemu zdumieniu dotąd oderwany od rzeczywistości koń-intelektualista podniósł wzrok i z wyrazu jego pyska mogłem wywnioskować, że wieść ta wprawiła go w osłupienie. W pierwszej chwili niedowierzałem, ale to, że zastępca spojrzał na mojego sąsiada z tym samym wyrazem zdziwienia, ostatecznie przekonało mnie, iż koń-intelektualista jest właśnie tym, którego proponują Luke’owi jako mojego zastępcę.
Kiedy mój kowboj zauważył reakcję młodzika, z przyjaznym uśmiechem powiedział:
– Oczywiście, nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz. Pewnie wszyscy trzej źle byśmy się z tym czuli.
Młodzik zaśmiał się nerwowo.
– Ależ, panie Luke, to byłby zaszczyt i w ogóle… – zaczął się tłumaczyć. Po chwili spuścił wzrok, po czym popatrzył znów na mojego kowboja i kontynuował: – Widzi pan, chętnie go panu pożyczę w tej konkretnej misji, ale on bardzo dawno nie był dosiadany.
– Jak to? – Brew mojego kowboja podniosła się. – Nie jesteś czasem zastępcą szeryfa?
– Prawda, jest – wtrącił Willowbee. – Ale tutaj prawie nic się nie dzieje, więc chłopak przeważnie siedzi tutaj, zbiera łajno albo czyta swojej szkapie którąś z tych dziwacznych książek, które przyniósł ze studiów.
– To on jest jeszcze studentem? – Tym razem to moja brew się podniosła.
– Ściślej mówiąc, już absolwentem – oznajmił z uśmiechem dumy Horacy. Dostrzegłem w jego oczach rozmarzenie, kiedy dodał: – Ukończył Harvard z wyróżnieniem. Byliśmy z niego tacy dumni…
– To co robi jako stajenny? – niemal wykrzyknąłem.
– Wypełnia swoją misję jako filozof. – Teraz w głosie Horacego dało się wyczuć pewnego rodzaju pompatyczność. – Zagłębia się w świat, aby zbliżyć się do prawdy. – Odchrząknął i dodał nieco mniej wzniośle: – Tylko, idiota, wybrał jako swoją szkołę perypatetyków[1], gdy tymczasem wszyscy wiedzą, że to Platon zgłębił prawdę do samej jej istoty.
– A ty? – dopytywałem się go. – Podoba ci się takie bezczynne bytowanie.
– Mój drogi, nie ma czegoś takiego jak bezczynne bytowanie. Zawsze wykonujesz jakieś czynności.
Gdybym miał ręce, pewnie by mi teraz opadły.
– I co pan powie, panie Luke? – spytał szeryf.
Popatrzyłem znów na mojego kowboja, którego wyraz twarzy zdradzał głębokie zamyślenie. Obawiałem się najgorszego. Z jego pomysłami, wszystkiego można się było spodziewać. A ja nie chciałem oddawać go jakiemuś bumelantowi-intelektualiście.
Jednak uśmiech na jego twarzy, który pojawił się chwilę potem, świadczył o tym, że mój kowboj właśnie podjął decyzję i – niestety – nie była ona po mojej myśli.
– Niech będzie Horacy. Wydaje mi się, że w tym koniu jest więcej, niż można się spodziewać.
Pokręciłem głową. Moim zastępcą miał być koński zwolennik Platona. To nie mogło się udać. To było istne szaleństwo.
– A teraz, szeryfie – odezwał się znów mój kowboj – rozejrzę się po mieście.
– Oczywiście. Jakby co, jestem w saloonie.
Szeryf wyszedł, a mój kowboj podszedł do mnie, poklepał czubek mojej głowy i powiedział:
– Baw się grzecznie z innymi dziećmi i nie narób kłopotów. Wrócę za jakiś czas.
Po chwili już go nie było.
Oczywiście rozumiecie, że chciałem, aby Bob Antagonista był w Black Hole Gulch i aby mój kowboj raz-dwa go przymknął. Tym razem nie byłoby odjazdu w stronę zachodzącego słońca z Poor Lonesome Cowboy na ustach, ale przynajmniej mógłbym wtedy cieszyć się w spokoju rekonwalescencją. Za nic nie chciałabym, aby Luke jechał za Bobem na obcym koniu, szczególnie na byle jakim koniu.
W czasie kiedy mój kowboj szukał Boba, Artie robił mi okłady. To przynosiło sporą ulgę mojej obolałej nodze. Starałem się jak najmniej ruszać, a przy okazji rozmyślałem o zaistniałej sytuacji. Dobrze wiedziałem, że nawet jeśli Bob Antagonista był w Black Hole Gulch, rzadko się zdarzało, aby bandyta, którego śledził Luke, pozostał w jednym mieście. Właściwie dość często zdarzało nam się podążać za rzezimieszkami przez prerię, pustynię albo góry i załatwiać ich dopiero w innym mieście, czy osadzie. Tak czy inaczej – perspektywa ta była bardzo prawdopodobna i to napawało mnie smutkiem.
– Coś nie tak, przyjacielu? – pytanie Horacego wyrwało mnie z rozmyślań. – Wyglądasz na zmartwionego.
Zwróciłem głowę w jego stronę.
– Nie obraź się, Horacy, ale nie sądzę, abyś był odpowiednim koniem dla mojego kowboja.
– O czyżby? – zapytał, ale ku memu wielkiemu zdumieniu nie usłyszałem w jego głosie oburzenia. – Wbrew pozorom całkiem niezły ze mnie rumak. Po dziesięciu metrach nie dostaję zadyszki.
– A umiesz otwierać zamki albo rozwiązywać węzły?
– Nie, ale mam kilka ukrytych talentów. Myślisz, że Artie nie wpakowuje się w kłopoty?
Ta rekomendacja nie brzmiała dość pocieszająco, choć wiedziałem, że Horacy ma dobre chęci.
Nigdy nie znosiłem, kiedy Luke dosiadał innego konia niż mnie. Czułem się wtedy taki jakiś zdradzony, chociaż wcześniej marudziłem, że jeździ na mnie zbyt często. Po prostu byliśmy duetem, którego się nie rozdziela. Oczywiście czasem to było nieuniknione. Jak wtedy, kiedy ukradł mnie doktor Daxey i mój kowboj musiał ruszyć za nim na pijanym koniu szeryfa[2] albo kiedy nie byłem pewien, którym oknem wyjdzie mój kowboj, więc ustawiłem po koledze pod każdym[3]. I wyglądało na to, że i tym razem będę musiał oddać Luke’a innemu koniowi. Mój kowboj potrzebował środka transportu. Ja – z wiadomych przyczyn – nie mogłem pełnić tej funkcji. To jednak nie zmieniało faktu, że decyzja ta przychodziła mi z trudem.
Ale spokojnie – myślałem sobie. Jeszcze za wcześnie na podejmowanie decyzji. Musiałem poczekać na dalszy rozwój wydarzeń.
Otóż i jakieś półtorej godziny później pojawił się mój kowboj. Artie, który właśnie przekładał widłami siano z jednego miejsca na drugie, przerwał pracę i przywitał go szerokim uśmiechem.
– I jak poszło, panie Luke?
– Ani śladu Boba Antagonisty – odparł ze zrezygnowaniem mój kowboj. – Przeszukałem całe miasto kilka razy, ale wygląda na to, że jednak zawitał zeszłej nocy w Sul-Sul Gulch albo ukrywa się gdzieś na prerii. Będę musiał dosiąść twojego konia.
– Zaraz go przygotuję – oznajmił Artie.
A więc stało się. Mój kowboj musiał wyruszyć w drogę i to nie na mnie. Osiodłanie Horacego zajęło Artiemu jakieś pół minuty, ale zanim mój kowboj wskoczył na koń; zanim w ogóle wyprowadził Horacego z przegrody, poprosił młodzika na stronę. Ja tymczasem postanowiłem pouczyć mojego zastępcę o tym, co ma robić.
– Posłuchaj mnie, młody, bo to bardzo ważne. Sukcesy mojego kowboja zależą zwykle od trzech czynników: jego sprytu, jego kolta i jego konia, czyli mnie, a teraz ciebie…
Rzecz w tym, że kiedy ja pouczałem Horacego jak ma postępować z moim kowbojem, mój kowboj pouczał Artiego jak ma postępować ze mną.
– Jolly zazwyczaj jest spokojny, ale potrafi otwierać zamki i rozwiązywać węzły pyskiem, więc na niego uważaj…
– Kiedy mój kowboj wchodzi do salonu, masz stać przy oknie i czekać aż z niego wyskoczy…
– Teraz nie może, co prawda, biegać, ale jeśli mu się polepszy i jeśli ci ucieknie, nie próbuj złapać go na lasso, tylko zagwiżdż. Myślę, że to mu wystarczy…
– Kiedy każe ci pędzić, bo gonicie kogoś albo ten ktoś goni was, pędzisz jak szalony…
– Jeśli sam zagwiżdże, to do niego idź. Od razu pokaże ci, czego chce…
– Kiedy ktoś chce go zaatakować od tyłu, a on jest zbyt zajęty, aby zareagować, eliminujesz zagrożenie kopytami…
– Wiem, że to brzmi głupio i pewnie sam bym się z tego śmiał, gdybym nie wiedział lepiej, ale od czasu do czasu zagraj z nim w szachy…
– Bądź zawsze w gotowości. Mój kowboj ma tu wrócić cały i zdrowy.
– Rozumiem – odparł Horacy. – Coś jeszcze?
Chyba go przestraszyłem, bo przełknął ślinę. Pewnie powinienem dodać mu otuchy, ale raz, że miałem wtedy większe rzeczy na głowie (jak na przykład martwienie się o mojego kowboja), a dwa, że Luke chwycił lejce Horacego i – widząc zapewne jego zdenerwowanie – poklepał go po plecach mówiąc, że wszystko będzie dobrze. Zanim wyprowadził go na zewnątrz, odwrócił się jeszcze raz w moją stronę i posłał mi lekki uśmiech, jakby to samo chciał powiedzieć mnie. Przez drzwi stajni widziałem jak dosiada Horacego i rusza w siną dal, zostawiając mnie samego.
Przez pierwsze dwie godziny od wyjazdu mojego kowboja nic się nie działo (poza, oczywiście, tym, że martwiłem się czy mój kowboj do mnie wróci). Patrzyłem jak Artie krząta się po stajni, rozrzucając siano, czyszcząc podłogę i doglądając koni. Gdzieś tak popołudniu, kiedy wyglądało na to, że na razie nie ma już nic więcej do roboty, chłopak usiadł, oparł się o drzwiczki przegrody, którą jeszcze niedawno zajmował jego „dzielny rumak” i podniósł leżącą tam książeczkę, którą czytał wcześniej Horacy. Nie zagłębił się jednak w lekturze tylko obejrzał z obu stron, a nawet przekartkował, aby po chwili prychnąć śmiechem i powiedzieć (do dziś nie wiem, czy do siebie, czy do rezydentów stajni):
– No, no, Horacy robi postępy. Tym razem nie wygryzł żadnej kartki. Swoją drogą, po co czyta Arystotelesa, skoro go nie znosi?
Wzruszył ramionami i włożył książeczkę do tylnej kieszeni spodni. A potem jego wzrok skierował się na mnie. Artie nagle posmutniał, podniósł się na równe nogi i podszedł do mojej przegrody. Następnie podparł podbródek i popatrzył na mnie jakbym był jakąś ciekawostką przyrodniczą.
– Ty, koń Lucky Luke’a, umiesz grać w szachy, rozwiązywać węzły i otwierać zamki.
– Tak, tak, wiem – powiedziałem. – Tyle razy już wspomnieliśmy o tym w tej historii, że czytelnicy pewnie zaraz porzucą tego fanfika.
– Horacy umie czytać, rozwiązuje zadania logiczne, dobiera mi ubranie i sam nie wiem, co jeszcze robi.
A więc to były te słynne „ukryte talenty” Horacego… Mój kowboj był zgubiony.
– Ty jesteś biały, on szary. Ty należysz do jednego z najsłynniejszych rewolwerowców na Dzikim Zachodzie, a on do zwykłego zastępcy szeryfa. A mimo to…
Myślałem, że zmierza w stronę: „A mimo to, mój koń służy teraz Lucky Luke’owi.”, co byłoby w sumie dość żałosne i w pewnym sensie byłby to też chwyt poniżej pasa dla mnie, który musiał tu tkwić. To, co usłyszałem, wprawiło mnie w lekkie zdziwienie, a nawet zmusiło do tego, abym zamienił się w słuch.
– A mimo to macie ze sobą przynajmniej jedną rzecz wspólną.
– Zakład o podkowę, że to znowu będzie koniowatość? – odparł brązowy koń, bezczelnie odwracając moją uwagę od Artiego.
– Obaj posiadacie koniowatość – oznajmił młodzik.
– Wygrałem! – zawołała triumfalnie szkapa. – Teraz będzie pewnie o kocie.
Chciałem zapytać co za „koniowatość” i o co chodzi z tym kotem, ale nie mogłem, bo Artie ciągnął dalej:
– Kiedyś ludzie pytali, po co są koty, i większość z nich odpowiadała, że koty istnieją po to, aby łapać myszy. Idąc tym tropem można by przypuszczać, że konie istnieją po to, aby wozić ludzi i ciągnąć pług. – Oddalił się o dwa kroki i usiadł znów na ziemi, aby kontynuować swój wywód: – Ale w takim razie, co z dzikimi końmi? Czy działają wbrew swej naturze? A skoro koty istnieją po to, aby łapać myszy, to po co istnieją myszy? Jeśli spojrzeć na to zagadnienie z biblijnego punktu widzenia, to w Księdze Rodzaju nie ma nic o powinnościach koni i kotów. Jasne, wspomina się tam, że człowiek ma sobie czynić ziemie poddaną, ale przecież najpierw została stworzona natura, dopiero potem Bóg pomyślał o stworzeniu człowieka. Tak więc wszystkie zwierzęta w Raju, tuż przed i prawdopodobnie również po szóstym dniu, istniały tak po prostu, aby być dziełem bożym. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę teorię ewolucji Darwina, to ona również nie wyjaśnia po co istnieją zwierzęta. Co najwyżej wyjaśnia istnienie poszczególne części ich ciała. Aczkolwiek…
Nagle podniósł się na równe nogi i zaczął chodzić z kąta w kąt.
– Aczkolwiek w zasadzie Darwin twierdzi, że głównym celem wszystkich istot żywych, łącznie z roślinami, jest samo istnienie. No dobra, może nie tyle istnienie, co przetrwanie. I to nie tylko przetrwanie jednostki, ale również całego gatunku. Procesy ewolucyjne zaś służą wypracowaniu pewnych zachowań i dziedziczeniu pewnych cech. Darwin twierdzi, że zwierzęta i rośliny mają podświadomą potrzebę rozmnażania się dla zachowania gatunku. Czy więc w takim razie nie mają poczucia indywidualności?
Muszę przyznać, że bardzo interesowałem się tym, co ten młody mówił, mimo że nie wiedziałem, kim był Darwin. Właściwie to wciąż miałem nadzieję, że w końcu dowiem się, o co chodzi z tą koniowatością.
Nagle zatrzymał się i spojrzał znów w moją stronę, sprawiając, że poczułem się nieswojo. To, że chwilę potem podszedł do mnie, tylko zwiększyło moje zdenerwowanie.
– Dawno temu ludzie nauczyli się oswajać zwierzęta – kontynuował, oparłszy się o drzwiczki mojej przegrody. – Zaczęli hodować psy, koty, bydło, drób… No i konie. Piękne, majestatyczne, a przy tym wytrzymałe konie…
Spojrzał w dół i zaśmiał się pod nosem.
– Oswajanie to naprawdę dziwna rzecz – odparł, znów podnosząc wzrok, ale przez chwilę nie patrzył na mnie, tylko na sąsiednią przegrodę. – Człowiek myśli o oswojonym przez siebie zwierzęciu: „mój pies”, „moja krowa”, „mój koń”… – Ostatnie słowa wypowiedział szeptem, po czym popatrzył wreszcie na mnie i ciągnął dalej: – Ale bardzo często nie tyle traktuje je jak swoją własność, ale jak towarzysza. A ten pies, krowa czy koń potrafi odróżnić swojego człowieka od tysięcy innych ludzi; dzieli napotkanych przechodniów na swoich i obcych; reaguje na nadane mu imię…
Zrobił dwa kroki w tył i znów powrócił do spaceru po stajni.
– Również w stadach, wśród dzikiej przyrody, poszczególne osobniki rozróżniają się. Członkowie stada zawsze podążają za tym, którego postrzegają jako swojego przewodnika, którego wybrali i który wyróżnia się od reszty siłą woli czy pewnymi cechami fizjologicznymi.
Stanął, aby zaraz potem opaść na pobliskie siano z lekkim westchnieniem, jakby właśnie wykonał jakąś ciężką pracę. Wpatrując się w podłoże, cicho, bardziej do siebie, niż do nas, przemówił po raz kolejny:
– Tak więc wychodzi na to, że tak – zwierzęta mają poczucie indywidualności.
W tym momencie pojawił się w drzwiach szeryf Willowbee.
– No, młody, teraz będziesz mógł wygłosić te swoje tyrady komuś, kto będzie cię słuchał. Chodź, popilnujesz aresztu.
Artie natychmiast wstał, ale zanim wyszedł z szeryfem, otworzył jeszcze przegrodę swojego konia. Schylił się, pogrzebał trochę w sianie, a po chwili – ku mojemu wielkiemu zdumieniu – wyciągnął pasek z doczepionym doń koltem. Dopiero, kiedy się uzbroił, ruszył za swoim przełożonym pełnić obowiązki zastępcy szeryfa. Prawdę mówiąc nie wyglądał już jak stajenny. Wyglądał bardziej… męsko.
Wychodząc zostawił mnie jednak z niezłym mętlikiem w głowie. Nadal nie wiedziałem o co chodzi z tą koniowatością. Próbowałem się tego dowiedzieć od innych koni w stajni. Bądź co bądź, wydawały się wiedzieć, o czym mówił Artie, bo słyszeli to tysiące razy. Wszystkie jednak powtarzali jedno: „Nie wiem. Zapytaj Horacego jak wróci. On jeden wie zawsze, o czym ten dzieciak mówi.” Tak więc wyglądało na to, że będę musiał poczekać nie tylko na mojego kowboja, ale również na mojego tymczasowego zastępcę.
Przez kolejne dni, które spędziłem na oczekiwaniu na mojego kowboja i na Horacego, przeminęły mi pod znakiem dziwnej mieszanki monotonii, melancholii, niecierpliwości, niepewności, zmartwienia i zwyczajnej tęsknoty. Artie bardzo dobrze się mną opiekował, nie powiem. Opuchlizna z każdym dniem robiła się coraz mniejsza, a ból w nodze również stawał się bardziej znośny, aż w końcu wydawało się, że moja noga była już całkiem wyleczona. A że miałem już powoli dość tego siedzenia w jednym miejscu, tym bardziej wyczekiwałem dnia, w którym mój kowboj powróci i na mnie wsiądzie.
Konie w stajni były odbierane przez swoich właścicieli, a pod koniec dnia odprowadzane do niej z powrotem. Za każdym razem, kiedy słyszałem tętent kopyt, miałem wrażenie, że zaraz pojawi się mój kowboj wraz z Horacym, toteż kiedy okazywało się, że to jednak ktoś inny, upadałem nieco na duchu. Tęskniłem za Lukiem. Za naszymi wspólnymi wędrówkami w stronę zachodzącego słońca. Za otwartą przestrzenią. I obawiałem się, że wkrótce usłyszę o tym, że jednak tym razem zginął. W końcu kilka razy już robił mi takie numery. Udawał, że nie żyje, ja się wypłakiwałem, a on po chwili ożywał i kpił sobie z mojej rozpaczy. Miałem nadzieję, że i tym razem jego szczęście go ochroni.
Odniosłem wrażenie, że Artie również. To było właściwe zrozumiałe. Kiedy ja martwiłem się o jeźdźca, on martwił się o konia. Swoją drogą, Artie i Horacy wyglądali na równych gości. Szkoda by było, gdyby Horacy nie wrócił.
Lecz po niemal tygodniu nasza wspólna męka się wreszcie zakończyła. Mój kowboj wkroczył do miasta na Horacym, ciągnąc za sobą skrępowanego Boba Antagonistę. Przez dłuższy czas nie widziałem ich, a jedynie słyszałem zamieszanie na zewnątrz. Ludzie na ulicy wołali i szeptali między sobą: „Lucky Luke! Lucky Luke wrócił!” Pierwszą reakcją moją i Artiego było ożywienie, a potem młody wybiegł na dwór, aby sprawdzić czy to prawda. Po chwili powrócił prawie że w podskokach i natychmiast podbiegł do mnie.
– Są, Jolly Jumper! – wykrzyknął, a potem zbliżył się bardziej w moją stronę i dodał nieco spokojniej: – Lucky Luke powiedział, że tylko odstawi Boba Antagonistę do więzienia i zaraz tu przyjdą.
Cieszyłem się bardzo z takiego obrotu sprawy. Po niespełna tygodniu od rozstania, miałem zobaczyć znów mojego kowboja. Cały aż się gotowałem, taki byłem podniecony na jego przyjście. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, ale w końcu wkroczył do stajni prowadząc za lejce Horacego. Artie natychmiast rzucił się swojemu koniowi na szyję, a pysk Horacego od razu rozpromienił się w radości. Po chwili Artie przerwał uścisk i zwrócił się do mojego kowboja:
– No i jak się spisał?
– Bardzo dobrze. Masz wspaniałego wierzchowca, Artie.
Denerwowało mnie, że tak długo muszę czekać na to, aby mój kowboj raczył na mnie spojrzeć, ale w końcu jego wzrok powędrował z filozoficznego duetu w moją stronę. Od razu na jego twarzy zajaśniał uśmiech. Luke podszedł do mnie, a ja skorzystałem z okazji i polizałem go po policzku. Zareagował śmiechem. Wciąż chichocząc, zrobił krok w tył i poklepał mnie przyjacielsko po pysku.
– No, już, już, staruszku. Też za tobą tęskniłem. – Po czym zwrócił się do Artiego, który właśnie otworzył przegrodę Horacego: – A jak tam z Jolly Jumperem? Dawał ci w kość?
– Nie, był całkiem spokojny – oświadczył młodzieniec, wprowadzając swojego konia do jego przegrody. – No, Horacy, teraz sobie odpoczniesz – mówił do niego.
Mój kowboj popatrzył w dół, aby przyjrzeć się mojej nodze. Po chwili na jego twarzy zajaśniał kolejny uśmiech.
– No, no – odezwał się znów i spojrzał mi w oczy. – Wygląda na to, że ci się polepszyło, old boy.
– Weterynarz też tak twierdzi, panie Luke – odrzekł Artie, ściągając Horacemu uzdę.
Pomyślałem, że to dobry pomysł, aby zaproponować mojemu kowbojowi przejażdżkę. Wziąłem w zęby kawałek zawieszonej na belce derki i pociągnąłem ją bliżej do Luke’a wraz ze spoczywającym na niej siodłem. Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy mojego kowboja. Luke spojrzał na mnie tymi smutnymi oczami, a potem znów się uśmiechnął, ale tym razem słabo, jakby się do niego zmuszał. Zacząłem mieć złe przeczucia.
– Wolę nie ryzykować, Jolly – odparł. – Kto wie czy ci to czasem nie zaszkodzi.
– Kowboju, za kogo ty mnie masz? Za rumaka, czy kucyka? – spytałem, nie bez irytacji.
– Weź, daj mu spokój – wtrącił się Horacy. – Jeździł konno przez tydzień. Pewnie ma odciski na siedzeniu.
Ten argument postawił mnie do pionu. Nie pomyślałem o tym wcześniej. Właściwie to myślałem tylko o sobie. Dobra, ciągle myślę o sobie, ale zwykle potrafię się przemóc i pomyśleć też o moim kowboju. Rodzice zawsze mi mówili, że człowiek to nie zabawka, a opieka nad nim to duża odpowiedzialność.
Mój kowboj przeciągnął się i ziewnął. Dopiero teraz zauważyłem, że wyglądał na bardziej zmęczonego niż zwykle i chyba nawet miał lekko podkrążone oczy (chociaż teraz myślę, że to akurat była wina oświetlenia).
– Zajmę pokój w hotelu i się na chwilkę zdrzemnę – wyjawił swój zamiar. – Pewnie jeszcze potem wpadnę, Jolly, więc się nie martw.
Poklepał mnie ostatni raz po pysku i wyszedł.
– Hej, Artie! – usłyszeliśmy z ulicy i po chwili w drzwiach stanął szeryf. – Popilnuj trochę aresztu. Nasz nowy więzień pewnie nie może się doczekać wykładu o wewnętrznym dążeniu wszystkich istot do dobra.
– Tak jest, szefie. Już idę. – Artie aż zasalutował, a szeryf odwrócił się i oddalił.
Artie wziął swoją broń i natychmiast wybiegł na ulicę. Byliśmy tylko ja i Horacy.
– Czy tu naprawdę nie ma innych stajennych? – spytałem. – Przecież mogliby nas ukraść.
– Nie, kiedy ja tu jestem – odparł Horacy. – Każdy koniokrad dostaje ode mnie Diogenesem Laerthiosem[4]. – Wskazał mi głową grubą książkę, leżącą tuż pod jego siodłem.
– A właśnie – zacząłem, aby podjąć wątek koniowatości. – Mam do ciebie jedno pytanie…
– Ja do ciebie też, ale jestem wykończony, więc pogadamy potem, dobra?
– Erm… Ale ja…
Zanim cokolwiek zdążyłem odpowiedzieć, mój towarzysz ziewnął i ułożył się wygodnie na sianie. A ja zostałem sam, skazany na  nudę.
Kiedy Horacy znów ziewnął, oznajmiając swoje przebudzenie, za oknem słońce chyliło się ku zachodowi, pozostawiając za sobą czerwone niebo. Mimo tak późnej pory, wciąż byliśmy jedynymi końmi w stajni. Horacy podniósł się na równe nogi i wciąż zaspanym wzrokiem spojrzał w moją stronę.
– Słucham – odezwał się. – Chciałeś o coś zapytać.
Gdybym musiał czekać dłużej, pewnie bym sobie odpuścił, ale teraz nareszcie mogłem przejść do nurtującej mnie kwestii. Postanowiłem nie przedłużać i nie bawić się w uprzejmości. Zwyczajnie walnąłem prosto z mostu:
– Co to jest koniowatość?
– Idea konia – odpowiedział jakby nigdy nic Horacy.
Nie za bardzo rozumiałem. Odpowiedź, choć krótka i zwięzła, wydawała mi się nie zawierać w sobie zbyt wiele informacji.
– Czyli? – dopytywałem się.
– To co czyni konia koniem.
Mój wyraz pyska musiał zdradzić mu, że nadal nic nie rozumiem, bo Horacy westchnął i przeszedł do bardziej szczegółowych wyjaśnień:
– Widzisz, Platon twierdził, że nasz świat jest mętnym odbiciem świata idei. Mógłbym się zagłębić w metafizykę[5], ale oszczędzę ci tego, bo twój mózg pewnie by eksplodował od nadmiaru abstrakcji. To, co musisz wiedzieć, to to, że świat idei zamieszkują byty, które stanowią istotę bytów występujących tutaj. Poniekąd gdzieś tam, w tym świecie idei, bryka sobie idea konia, czyli koniowatość. Koniowatość jest więc tym czymś, co sprawia, że koń jest koniem, i to nie jakimś konkretnym koniem, tylko po prostu koniem.
Zamyśliłem się na chwilę. Przypomniałem sobie jaki byłem, kiedy poznałem Luke’a. Wolny, nie oswojony, nie zaprzątający sobie głowy tym, pod którym oknem saloonu powinienem się ustawić, nie potrafiący samemu się uwolnić ani galopować podczas snu. Mój kowboj często powtarzał, że jestem wyjątkowy, a teraz poważnie zastanawiałem się, czy czasem nie aż nazbyt wyjątkowy.
– Tak sobie myślę… – zacząłem. – Ja już nie przypominam zwyczajnego konia. To znaczy: z wyglądu pewnie tak, ale pod względem umiejętności to nie bardzo. Nie jestem jak konie dzikie ani jak te oswojone. Czy w związku z tym, co powiedziałeś – zwróciłem się twarzą w stronę mojego rozmówcy – utraciłem swoją koniowatość?
– Tak to jest, kiedy się nie słucha ze zrozumieniem – westchnął z rezygnacją Horacy i przeszedł do dalszych tłumaczeń: – To w taki sposób nie działa. Nie ma czegoś takiego jak „zatracenie koniowatości”. Możesz nabywać nowe przypadłości, ale to, że jesteś koniem, pozostaje niezmienne. Koniowatość istnieje niezależnie od cech poszczególnych koni, tak samo jak idee innych bytów istnieją mimo różnic między indywidualnymi przedmiotami. Weźmy na przykład naszych dwóch kowboi. Możesz wyliczyć zachodzące między nimi różnice, ale te różnice nie zmieniają faktu, że obaj są ludźmi. Teraz już rozumiesz?
Przypomniałem sobie wszystkie napotkane w swoim życiu konie – rumaki cyrkowe, które umiały robić różne sztuczki; lubiącego mocne trunki konia szeryfa, którym musiał jechać mój kowboj, kiedy zostałem mu ukradziony; wierzchowca łowcy głów Eliota Belta, Wanted, który nie chciał współpracować, dopóki nie daliśmy mu jakiejś łapówki[6]; należącego do trumniarza Bonesa czarnego konia, który składał mi kondolencje, kiedy myślałem, że mój kowboj nie żyje[7]; oraz wszystkie te szkapy, które towarzyszyły spotykanym przeze mnie i mojego kowboja ludziom. Czasem podobne do swoi właścicieli, czasem trochę się od nich różniące, ale zawsze w pewnym sensie ukształtowane przez swój styl życia.
– Tak – odrzekłem z lekkim uśmiechem. – Rozumiem.
– No to skoro odpowiedziałem już na twoje pytanie, ty musisz odpowiedzieć mi na moje.
Obawiałem się tego, co to może być za pytanie, ale odniosłem wrażenie, że jestem to winien Horacemu. Miałem tylko nadzieję, że nie będę musiał poruszać jakiegoś bardzo kłopotliwego tematu.
– Pytaj – powiedziałem i czekałem na to, co miało wkrótce nadejść.
– Kiedy towarzyszyłem Lucky Luke’owi, zastanawiałem się nad znaczeniem terminu „samotny kowboj”. Możesz mi je wyjaśnić?
– A co tu wyjaśniać? „Samotny” znaczy „samotny”, i już.
– No, tak, ale semantycznie rzecz biorąc „samotny” ma kilka znaczeń. Przeanalizowałem je wszystkie i nadal nie jestem pewien, które z nich pasuje do twojego kowboja. No bo popatrz: Lucky Luke nie żyje z dala od ludzi, jak średniowieczny pustelnik. Wręcz przeciwnie: podróżuje po Zachodzie, zatrzymuje się w miastach, startuje w rodeach, przyjmuje zlecenia od rządu, i za każdym razem, kiedy widzi ludzi w potrzebie, decyduje się im pomóc.
Trudno się było z tym nie zgodzić. Mój kowboj miał syndrom chronicznego bohatera i po prostu musiał wplątywać się w nie swoje sprawy. Była to jedna z bardziej uciążliwych cech przebywania z nim.
– „Samotny” oznacza również uczucie odosobnienia, braku kontaktu z drugim człowiekiem czy jakiegokolwiek innego przyjaznego towarzystwa. Biorąc pod uwagę, że zawsze podróżuje razem z tobą, muszę odrzucić, i tę definicję.
Poczułem nagły przypływ wściekłości na mojego kowboja. Nie wiem czemu akurat wtedy, ale z jakiegoś powodu przypomniałem sobie wszystkie te razy, kiedy zajmował się wdowami i sierotami, brał się za wyznaczanie sprawiedliwości i ruszał w pogoń za zbiegłymi bandytami, a przy tym ciągle zapominał o mnie.
– Czasami mam wrażenie, że go nie obchodzę; że jestem dla niego tylko pomocnikiem. – Sam nie wiem, dlaczego nagle zacząłem się zwierzać Horacemu, ale widocznie potrzebowałem to w końcu z siebie wyrzucić. – Nie towarzyszem, który się co chwilę poświęca, bo jego kowboj musi pochylić się nad każdym biedakiem jak jakiś święty czy rycerz w lśniącej zbroi. Nawet kiedy dostałem kulawizny, po prostu odstawił mnie do stajni i wyruszył na poszukiwanie Boba Antagonisty, nie myśląc wcale o tym, że będę się o niego martwił, a już tym bardziej, że poczuję się dotknięty, jeśli wyruszy na obcym koniu. Bez urazy, Horacy – od razu dodałem.
– Nie, spoko. – Uśmiechnął się pojednawczo.
– Mój kowboj jest „samotnym kowbojem”, bo nigdy nie założy rodziny. Nie dlatego, że nie interesuje się kobietami, ale po prostu dlatego, że jego styl życia mu na to nie pozwala. On jest ciągle w ruchu. Ciągle coś robi. Ciągle kogoś goni. Ale on lubi takie życie i dlatego nie zamierza się ustatkować. Właśnie to, przynajmniej w tym konkretnym przypadku, znaczy termin „samotny kowboj”.
Wziąłem głęboki oddech i milczałem przez chwilę, aby pozbierać myśli. Następnie odwróciłem głowę w stronę Horacego i ciągnąłem dalej:
– Problem polega na tym, że ja podróżuję razem z nim, a więc nawet jeśli będę chciał się kiedyś ustatkować, nie będę w stanie, bo on mi na to nie pozwoli. Właściwie to spotykałem wiele klaczy, które mi się podobały, ale byłem zmuszony je opuścić, bo mój kowboj postanowił mnie osiodłać i wyruszyć w dalszą drogę, znów myśląc przede wszystkim o sobie i innych, ale nie o mnie. Po prostu taki z tego mojego kowboja dobry kumpel.
– No to następnym razem daj mu do zrozumienia, że chcesz zostać i zawrzeć bliższą znajomość z jakąś samicą. Wydaje mi się, że nie jest aż tak samolubny jak ci się wydaje i że zrozumie. Zresztą, gdybyś miał do wyboru pozostać z jakąś klaczą i ruszyć w dalszą drogę z Lucky Luke’iem, zapewne i tak miałbyś spory problem, nawet jeśli on nie miałby nic przeciwko.
– Dlaczego niby tak sądzisz? A może jednak nie wahałabym się wcale.
– Bo przez cały czas mówisz o nim „mój kowboj” – oznajmił Horacy, wprawiając mnie w osłupieniem.

Oswajanie to naprawdę dziwna rzecz. Człowiek myśli o oswojonym przez siebie zwierzęciu: „mój pies”, „moja krowa”, „mój koń”… Ale bardzo często nie tyle traktuje je jak swoją własność, ale jak towarzysza… W zasadzie nigdy się nie zastawiałem, dlaczego zawsze tak go nazywam. Czy to dlatego, że on mnie oswoił?
Gdy po pół minuty nic nie odpowiedziałem, Horacy ciągnął dalej:
– Poza tym wskazówki, które mi przekazałeś, przemawiają za tym, że raczej przez cały czas od rozłąki obawiałbyś się o jego zdrowie i życie. Masz przeświadczenie, że bez ciebie twój kowboj ma zmniejszone szanse na przeżycie.
– No bo tak jest – odparłem.
– Myślę też, że gdyby choć raz zignorował kogoś w potrzebie i gdyby potem wynikło z tego coś złego, być może nie uznałbyś go za godnego siebie jeźdźca.
Trochę drażniło mnie to przeświadczenie Horacego, że zna mnie od podszewki, ale nic nie powiedziałem. Złość na mojego kowboja trochę zelżała, ale mimo wszystko wciąż miałem mętlik w głowie. Myślałem na przemian o tym, co powiedział mi Horacy; o tym, co mówił w swoim małym wykładzie Artie, a także o tym, co się ostatnio wydarzyło – że Luke odłożył na bok poszukiwania Boba Antagonisty i najpierw znalazł mi jakąś stajnię, w której mógłbym wyleczyć kulawiznę (a to już o czymś świadczyło). Już sam nie wiedziałem, co czuć do mojego kowboja – złość czy wdzięczność.
Zapadł zmrok, a ja i Horacy już się do siebie nie odzywaliśmy. Nagle do stajni wbiegł zaaferowany Artie. Natychmiast otworzył drzwi mojej przegrody i zaczął zakładać mi siodło, co zaskoczyło zarówno mnie jak Horacego. Po chwili Artie spojrzał mi w oczy i, zapinając siodło, wyjaśnił:
– Lucky Luke bije się z kilkoma facetami w saloonie i kazał mi cię zaprowadzić pod okno.
– I co, Jolly? – odezwał się do mnie Horacy. – Pojedziesz tam?
Mimo wcześniejszych rozmyślań jedyne o czym teraz myślałem to to, że mój kowboj potrzebuje teraz mojej asysty. Odpowiedź w zasadzie była tylko jedna.
– Wiesz jak to jest z kowbojami. Ciągle wpakowują się w kłopoty.
Kiedy tylko Artie skończył zakładać mi uzdę wybiegłem na zewnątrz, a on za mną. Chyba bał się, że ucieknę, ale kiedy tylko zauważył, że kieruję się w stronę saloonu, uspokoił się i powrócił do stajni. Skąd wiedziałem, że to saloon, skoro było ciemno? One wszystkie wyglądają tak samo, szczególnie z daleka – palące się światła, odgłosy muzyki, kilka przywiązanych do poręczy koni, pijących z poidła, które zapewne niebawem zapełni się jakimś poobijanym kowbojem. Ale dziwne – spodziewałem się, że z budynku będą dochodzić jakieś wrzaski wskazujące na mającą tam miejsce drakę, a okna będą już powybijane. Na razie wydawało się, że w saloonie jest spokojnie.
Podszedłem bliżej i zajrzałem do środka przez okno. Kilku facetów przy pobliskim stole grało w pokera (a każdy z nich miał cztery asy… to już się robiło nudne), kilku innych stało przy barze i piło różne ciecze. Pianista grał, tancerki tańczyły, ale nikt się nie bił. Mój kowboj zaś stał przy ladzie, rozmawiał z barmanem i popijał co jakiś czas oranżadę. Stąd wniosek, że albo bijatyki w Black Hole Gulch były bardzo łagodnie, albo Artie zbłądził w swej misji poszukiwania prawdy i mnie okłamał. A ja biegłem tam prawie łeb na szyję, bo myślałem, że mój kowboj mnie potrzebuje. Ostatnio wszyscy bawili się moimi uczuciami…
Już miałem sobie iść, kiedy nagle Luke popatrzył w moją stronę i natychmiast znieruchomiał na mój widok. Zaraz jednak odzyskał panowanie nad sobą, powiedział coś do barmana i zdecydowanym, zdradzającym wściekłość krokiem, wyszedł mi na spotkanie. Stanął tuż przede mną, chwycił moje lejce i zaczął kierować się w stronę stajni. Ja jednak stawiłem mu opór. Zatrzymał się i spojrzał na mnie.
– Jolly, wracaj do stajni. Musisz odpoczywać – powiedział stanowczo jak do małego dziecka.
– Może nie zauważyłeś, kowboju, ale jestem już zdrowy.
– Pewnie myślisz, że skoro opuchlizna zeszła, możemy już przejść do naszej codziennej rutyny, ale tak nie jest. Natychmiast wracaj. Nie chcę, aby coś ci się stało.
– Przyszedłem tutaj, bo mi powiedziano, że się bijesz, więc przyszedłem ci pomóc. – Zbliżyłem pysk do jego twarzy. – Czy ci się to podoba, czy nie, zamierzam stać pod tym oknem i wykonać moją robotę.
Przez moment milczał, ale potem zrobił krok w tył i z uśmiechem na twarzy poklepał mnie w podbródek.
– Nic się nie dzieje, możesz wracać. A jak nie dasz się zaprowadzić po dobroci, to złapię cię na lasso.
– Akurat! Tak się składa, kowboju, że lasso mam ja, przy siodle. Zresztą jak sobie chcesz. – Odwróciłem się do niego tyłem, w stronę przeciwną od stajni. – Mam już ciebie serdecznie dość.
Żeby jeszcze podkreślić, że jestem na niego obrażony, zrzuciłem z grzbietu siodło (na szczęście dla mnie Artie za bardzo się spieszył, żeby założyć je porządnie) i podniosłem do góry głowę. Zacząłem iść przed siebie, w stronę bezkresnej prerii, z mocnym postanowieniem nie spoglądania na mojego kowboja.
– Ej, no, Jolly, znów się będziesz dąsał? – powiedział za mną.
Słyszałem jak rusza z miejsca i podąża za mną. Wyobrażałem sobie, że na jego twarzy pojawia się w tej chwili głupkowaty, nerwowy uśmieszek. Jednak szedłem dalej, nie spoglądając w tył. A on nadal podążał za mną.
– Jolly! Jolly! – wołał. – Nie zachowuj się jak rozkapryszony dzieciak!
Mogłem wyczuć w jego głosie nutkę irytacji, ale byłem niewzruszony. Dość szybko udało nam się wyjść poza obręb miasta, na pełną krzaków, kamieni i piachu równinę.
– No dobra, Jolly. Stań tu, przodem do mnie i wytłumacz mi wreszcie o co ci chodzi – powiedział nagle, a po ustaniu odgłosu kroków wywnioskowałem, że się zatrzymał.
Ale sam szedłem wciąż naprzód. Wiedziałem, że nie będę mógł wyrazić mu swoich żalów, a przez to moja wściekłość wzrosła do takiego stopnia, że nawet nie zwolniłem.
– Chciałbym wiedzieć, Jolly. Tym razem naprawdę nie rozumiem – oświadczył cichym, spokojnym głosem.
Właśnie ta dziwna zmiana tonu sprawiła, że nagle zwolniłem. No bo przecież nie zawsze mam okazję zobaczyć jak mój kowboj robi się sentymentalny. To było prawie jak nie on. Wciąż jednak stałem tyłem do mojego kowboja, chociaż korciło mnie, aby spojrzeć za siebie.
– To dlatego, że wyruszyłem w pościg za Bobem Antagonistą, zostawiając cię samego? Wiesz, że musiałem. Miałeś kulawiznę i nawet gdybyś był w stanie z nią galopować, mogłoby ci to zaszkodzić. A ja nie chciałem zaszkodzić.

Wydaje mi się, że nie jest aż tak samolubny jak ci się wydaje…

Myślę też, że gdyby choć raz zignorował kogoś w potrzebie i gdyby potem wynikło z tego coś złego, być może nie uznałbyś go za godnego siebie jeźdźca…
Nagle, niewiadomo dlaczego, wydawało mi się, że kopyta mi w jakiś dziwny sposób ciążą i stawianie kolejnych kroków stało się, ni stąd ni zowąd, bardzo trudne. Słyszałem jak Luke nagle rusza z miejsca i po chwili szedł szybkim krokiem tuż obok mnie. Wtedy spostrzegłem, że trzyma w rękach siodło.
– Posłuchaj mnie, Jolly – ciągnął dalej. – Kiedy zobaczyłem, że kulejesz, bałem się, że nieodwracalnie zniszczyłem ci zdrowie; że przez to, że cię nie oszczędzałem, zrobiłem ci krzywdę.

On naprawdę miał wyrzuty sumienia. To również rzadko mu się zdarzało (głównie dlatego, że rzeczywiście rzadko miał czego żałować). Przypomniałem sobie, że kiedy szliśmy do Black Hole Gulch, mój kowboj nie tylko szedł ze mną i dodawał mi otuchy, ale również ściągnął z pleców siodło i derkę. Chciał jak najbardziej przysłużyć się do zmniejszenia mojego cierpienia.

– Zawsze wiedziałem, że jesteś niezwykłym zwierzęciem. Jesteś w stanie galopować we śnie, mając mnie na plecach, i potrafisz przeskoczyć przepaść. Służysz mi pomocą już od tak dawna, że zdawało mi się, że jesteś niezniszczalny. Ale teraz wiem, że muszę o ciebie lepiej dbać, Jolly Jumper!
Ostatnie dwa słowa zadudniły mi w uszach i sprawiły, że się wreszcie zatrzymałem.

Oswajanie to naprawdę dziwna rzecz. Człowiek myśli o oswojonym przez siebie zwierzęciu: „mój pies”, „moja krowa”, „mój koń”… Ale bardzo często nie tyle traktuje je jak swoją własność, ale jak towarzysza. A ten pies, krowa czy koń potrafi odróżnić swojego człowieka od tysięcy innych ludzi; dzieli napotkanych przechodniów na swoich i obcych; reaguje na nadane mu imię…
Mój kowboj szybko do mnie podbiegł. Postawił siodło na ziemi, natychmiast rzucił mi się na szyję i potarł policzkiem o mój pysk.
– Jolly Jumper – powtórzył mi do ucha.
Jolly Jumper – to było moje imię. Od momentu, w którym przeskakując przepaść uratowałem nas obu (i tego dzieciaka, który wolał zostać wśród Indian niż wracać do swoich rodziców) przed biegnącym za nami stadem bizonów[8]. A ten człowiek przede mną był moim kowbojem, od kiedy jako dziecko uratował mi życie, przeganiając z procy otaczające mnie wilki. Nigdy nie pomyliłem go z innym jeźdźcem (jednakowoż jeden uderzająco do niego podobny typ chciał mnie kiedyś dosiąść; oczywiście, nie udało mu się[9]). I choć życie z nim nie jest zbyt różowe, wiedziałem, że tak naprawdę nigdy nie chciałem go opuścić. Los kiedyś skrzyżował nasze drogi i nic nie jest w stanie ich rozdzielić. Razem dorastaliśmy, razem stawiamy czoła przeciwnościom i zapewne razem posiwiejemy. Być może do tego czasu zdążymy nawet założyć rodziny, ale na razie wystarczyło nam to, że byliśmy tylko we dwóch.
I pewnie obaj zakpilibyśmy sobie ckliwości tej sceny, gdyby nie to, że byliśmy całkiem sami i że w sumie w tym momencie nie miało to dla nas takiego wielkiego znaczenia. Nie czuliśmy się skrępowani okazywaniem sobie przywiązania. W końcu jednak doszliśmy do wniosku, że co za dużo, to niezdrowo, i postanowiliśmy przerwać ten wyciskacz łez, zanim zbłaźnimy się na oczach jakiegoś pieska preriowego.
Mój kowboj spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem i przemówił pierwszy:
– Już dobrze?
Przytaknąłem łbem, a Luke podniósł do góry siodło.
– Mogę to założyć? Czy wykopiesz mnie na Wschód?
– Po prostu zakładaj, kowboju, i wracamy.
Ale wbrew moim oczekiwaniom nie wrócił do miasta na moim grzbiecie, tylko zaprowadził mnie tam za lejce. Noc była ładna, bezchmurna i gwiaździsta. Droga upłynęła nam w sumie bardzo wesoło, bo mojemu kowbojowi zebrało się na wspominki.
A kiedy dotarliśmy do stajni i już mieliśmy wejść do środka, zobaczyliśmy dość ciekawą scenę. Oto w środku znajdowali się tylko Horacy i Artie. Obaj leżeli na pobliskim sianie, Artie opierał się o grzbiet swojego konia i czytał mu na głos jakąś książeczkę. I wtedy wszystko stało się jasne. Już rozumiałem, dlaczego chłopak skłamał o bójce w saloonie. Po prostu chciał się wreszcie nacieszyć swoim koniem. Tak czy inaczej, ja i mój kowboj rzuciliśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia i oddaliliśmy od drzwi stajni.
– To co, Jolly? – odezwał się Luke. – Dzisiaj noc pod gwiazdami?
– Wyjąłeś mi to z ust, kowboju – odparłem.
Ostatecznie przekonałem się, że wszystko wróciło do normy, kiedy obudziłem się następnego ranka leżąc na otwartej przestrzeni, z drzemiącą na grzbiecie głową mojego kowboja. Luke obudził się chwilę potem, podważył kciukiem zasunięty na twarz kapelusz i uśmiechnął się do mnie. Następnie rozprostował kości i podniósł się na równie nogi. Ja także wstałem. Nasz poranek przeszedł właściwie normalnie. Zjedliśmy fasolę napiliśmy się kawy, a potem Luke wskoczył mi na grzbiet.
– No, wreszcie! – wykrzyknąłem. – Już myślałem, że się nigdy nie zdecydujesz.
Jeszcze przez chwilę wiercił się w siodle jakby próbował się tak ułożyć, żeby mu było wygodnie. W końcu jednak przestał i chwycił mnie wreszcie za lejce.
– Miło jest nareszcie móc na tobie usiąść, Jolly – wyznał. – Horacy był całkiem niezłym koniem, ale strasznie nerwowym.
Mniej więcej rozumiałem skąd ta nerwowość Horacego się brała, ale mimo to siedziałem cicho. Jedynie ubolewałem nad tym biednym, niedoświadczonym koniem, którego nieźle nastraszyłem, a i pewnie misja mojego kowboja musiała go cokolwiek zestresować jeszcze bardziej. Nieraz zapewne do nich strzelano, no i ten galop na łeb na szyję… Nie każdy jest w stanie znieść taką ilość adrenaliny.
Z sentymentalnego nastroju Luke’a z poprzedniego wieczora nie pozostało nic. I dobrze, bo nie zdzierżyłbym więcej ckliwych scen, kiedy jedyne, o czym teraz myślałem, to wyruszenie w dalszą drogę. Gdyby mój kowboj był sentymentalny dwadzieścia cztery godziny na dobę, pewnie bym go zatłukł.
– Odbierzemy Boba i podziękujemy Artiemu za pomoc – oznajmił po chwili mój kowboj i zaczął robić sobie skręta. – Może chyba nawet lepiej zacząć od Artiego, a później przejść do Boba.
Tak więc zawitaliśmy ostatni raz do stajni. Nasz młodociany filozof właśnie oparł widły o ścianę i przetarł czoło chustką. Na nasz widok od razu się ożywił, wykrzykując: „Pan Luke!”. Horacy, który skubał właśnie swoje śniadanie, natychmiast podniósł głowę i odwrócił się w naszą stronę. Mój kowboj podszedł do Artiego z wrodzoną sobie nonszalancją.
– Wielkie dzięki za wszystko, Artie. – Nagle spoważniał i wyciągnął rękę w jego stronę. – Doceniam to, że zająłeś się Jollym i zaufałeś mi na tyle, aby pożyczyć swojego konia.
– To był zaszczyt, panie Luke – odparł młodzieniec i uścisnął jego dłoń.
– A ja dziękuję tobie – zwróciłem się do Horacego. – Nie tylko dlatego, że zaopiekowałeś się moim kowbojem, ale i za naszą wczorajszą rozmowę.
– Polecam się na przyszłość jako kompan do dialogu! – zawołał do mnie. – Bo jednak uważam, że na konia Lucky Luke’a najlepiej nadajesz się ty. Mimo wszystko miło było was poznać.
– Was też – odpowiedziałem.
Nasi kowboje również się ze sobą pożegnali.
– Do widzenia, panie Luke.
– Nawzajem, Artie.
Po raz ostatni uścisnęli sobie ręce, a potem ja i mój kowboj wyszliśmy na ulicę i skierowaliśmy w stronę aresztu. Już po paru minutach ciągnęliśmy za sobą skrępowanego Boba Antagonistę i zmierzaliśmy ku słońcu, które tym razem nie zachodziło, tylko dopiero się wznosiło. Podróż do więzienia zajęła nam cały ranek, południe i popołudnie. Kiedy dotarliśmy więc na miejsce i odstawiliśmy Boba do jego celi, pora była akurat idealna na nasze standardowe zakończenie. Czekałem aż mój kowboj zacznie śpiewać, a w razie czego byłem nawet skłonny zanucić mu pierwszą linijkę. Spodziewałem się usłyszeć początek pierwszej zwrotki (wiecie: I’m a poor lonesome cowboy/I’m a long long way from home…), zamiast tego Luke zaczął od ostatniej:
I’m a poor lonesome cowboy
But it doesn’t bother me
‚Cause this poor lonesome cowboy
Prefers a horse for company…
————————————————————————————————————————–
[1] Szkoła filozoficzna założona przez Arystotelesa.
[2] Eliksir doktora Doxeya.

[3] Cesarz Smith.
[4] Diogenes Laerthios to historyk starożytny, który spisał życie i poglądy sławnych filozofów greckich. Większość jego informacji na ten temat, to różne anegdoty, które krążyły w tamtych czasach o filozofach starożytności.
[5] Oczywiście „metafizyka” to nauka o bycie w sensie najogólniejszym – jego przyczynach i cechach.
[6] Łowca głów.
[7] Daltnowie na weselu.
[8] I ja sobie tego nie wymyśliłam. To wszystko jest w Kid Lucky. Mogę wam przesłać miejsce, gdzie to jest zachomikowane i do tego po polsku.
[9] To z kolei było w dodatku do numeru Kopalnia Dicka DiggeraSobowtór Lucky Luke’a, opowiadającym o bandycie Mad Jimie, który fizycznie był do Luke’a podobny, ale Jolly Jumper i tak rozpoznał w nim oszusta. Zresztą, potem właśnie tak ich rozróżnili – przynieśli Jolly’ego i kazali mu wybierać między Luke’iem a Jimem.