Ze wspomnień fana: Marvel

Przez bardzo długi czas jedynymi superbohaterami, których kojarzyłam, byli Superman i Batman (ewentualnie jeszcze postaci z Kleszcza i Żółwie Ninja). Kiedyś, co prawda, natrafiłam na jeden odcinek Spiderman: The Animated Series na TVP2, ale nie porwał mnie. Minął jakiś czas i na tym samym programie obejrzałam inny odcinek Spidermana, tym razem jeden z ostatnich i właściwie nawet jakaś część mnie chciała wiedzieć, co się działo dalej, ale Dwójka nie raczyła puścić dalszego ciągu. Później, dużo, dużo później pojawił się TVN i w porannej ramówce dla dzieci zaczął emitować Iron Mana: Obrońcę dobra i Fantastyczną Czwórkę, i o ile Iron Mana uważałam za nudnego, o tyle Fantastyczną Czwórkę starałam się oglądać, ale też nie zawsze byłam w stanie.

Tym, co ostatecznie sprawiło, że zainteresowałam się bohaterami Marvela i zapoznałam się z nimi, było Fox Kids. Ta stacja, którą namiętnie oglądałam, kiedy tylko odkryłam jej istnienie, w pewnym momencie zaczęła puszczać i Spiderman: The Animated Series, i Iron Mana: Obrońcę dobra, i X-Menów, i Fantastyczną Czwórkę, i Hulka… Dzięki Fox Kids poznałam Marvela i jego superbohaterów, a także do dzisiaj wiem o bohaterach marvelowskich więcej, niż o tych ze stajni DC Comics. I prawdopodobnie nie jestem jedyna. Ale po kolei…

Czytaj dalej „Ze wspomnień fana: Marvel”

Recenzja: Gotham (pilot)

Jedną z wielu rzeczy, które uwielbiam w Sadze Mrocznego Rycerza Nolana jest to, że otworzyła mi ona oczy na to, jaką wspaniałą postacią jest komisarz James Gordon. Dotąd był on dla mnie posiwiałym okularnikiem, ucinającym sobie pogaduszki z Batmanem tuż obok Bat-Sygnału… Aha, i jeszcze ojcem pierwszej Batgirl, ale to wszystko, co o nim wiedziałam. Tymczasem u Nolana Gordon jest tym, który pierwszy pociesza Bruce’a Wayne’a po śmierci rodziców; i który jest jedynym porządnym gliną w całym Gotham, a więc odpowiednim sojusznikiem dla Mrocznego Rycerza w jego krucjacie ze zorganizowaną przestępczością. Ponadto w drugim filmie nie tylko zostaje wreszcie komisarzem, ale też stawia się go w bardzo dramatycznej sytuacji tuż po wielkim finale, aby w trzeciej części trylogii uczynić z niego człowieka poświęconego swojej pracy, wielkiego, ale złamanego.

Tak czy inaczej – Jim Gordon szybko stał się kolejną postacią poboczną, którą uwielbiam. Toteż kiedy dowiedziałam się o tym, że ma powstać serial Gotham i że ów serial ma koncentrować się właśnie na przyszłym komisarzu w czasie jego pierwszych lat w policji, chciałam go obejrzeć. Oczywiście słyszałam mnóstwo słów krytyki odnośnie tego, czy Gotham jest dobrym pomysłem, chociażby dlatego, że wielu z przyszłych antagonistów Batmana było w nieodpowiednim wieku; i że James Gordon sprawdza się doskonale jako postać drugoplanowa, ale niekoniecznie jako główny bohater. Mimo wszystko jednak chciałam przekonać się sama, jak to będzie wyglądać i czekałam na pilota Gotham prawie tak samo ochoczo, jak na pilota The Flash.

Ta recenzja jest mocno spóźniona, gdyż czekałam na polską premierę Gotham na Universal Channel, a w między czasie w Ameryce wyemitowano już dwa kolejne odcinki tego serialu. Jeżeli chcecie dowiedzieć się, jakie były pierwsze wrażenia kogoś, kto zna większość wcieleń Batmana i jego „mitologię”, tutaj macie recenzje dwóch pierwszych odcinkównapisane przez Unlce Mroowę. Tutaj zaś o serialu wypowiada się Ichabod, który lubi określoną, niekoniecznie nolanowską wersję Batmana. Nie przedłużając, oto moje wrażenia po pilocie Gotham.

Najpierw mamy krótką scenkę z przyszłą Catwoman, która parkouruje po Gotham i popełnia drobną kradzież, zanim nie zostaje zmuszona, aby się ukryć przed parą z kilkuletnim synem, która właśnie wraca z teatru. Jak się łatwo domyślić, owa para to państwo Wayne, którzy zostają napadnięci i zabici przez tajemniczego złodzieja. Sprawa ich śmierci zostaje przydzielona staremu wydze, Harvey’owi Bullockowi, i jego nowemu partnerowi, weteranowi wojennemu Jimowi Gordonowi, który na miejscu zbrodni rozmawia z Bruce’m i składa mu przysięgę, że dopadnie mordercę jego rodziców. Po męczącym śledztwie (i odwiedzinach u niejakiej Fish Mooney, podwładnej bossa mafii Falcone’a) wydaje się, że Gordon i Harvey znaleźli już sprawcę, jednak wkrótce okazuje się, że dowody zostały mu podłożone przez policję…

Przyszły komisarz Gordon grany przez Bena McKenzie.
Zacznijmy od głównego bohatera. Już w pierwszej scenie, w której się pojawia, widzimy, że Jim Gordon potrafi trzymać rękę na pulsie i wie, kiedy powinien uderzyć, a kiedy mówić. Woli stronić od niepotrzebnej przemocy, już choćby dlatego, że może ona szybko eskalować i doprowadzić do chaosu. Przy okazji jest uczciwym i dość idealistycznie podchodzącym do swojej pracy w policji człowiekiem. Posiada współczucie i nie umie zabić kogoś z zimną krwią. Niestety, ponieważ cała reszta policji Gotham jest skorumpowana i skłonna do nieczystych zagrań, Gordon obrywa rykoszetem i jest nieraz traktowany jak kolejny zepsuty glina. Nie mówiąc już o tym, że ponura rzeczywistość dopada go i Gordon wielokrotnie przez swoje ideały prawie ginie.
Harvey Bullock.
Po prostu postawcie mu flaszkę.

I dlatego to nawet dobrze, że jego partnerem jest Harvey Bullock. Ponieważ oglądając Gotham,miałam nieraz skojarzenia z L.A. Noire(jako że w tamtej grze protagonista również jest pełnym ideałów weteranem, który wstępuje do policji w zepsutym do cna mieście), powiem tak: Bullock jest kimś pomiędzy skorumpowanym i złośliwym Royem Earle’m a zgorzkniałym, nieco zapuszczonym, ale w sumie nawet porządnym Rusty’m Gallaway’em. Z jednej strony jest cyniczny do szpiku kości, zna różnych gangsterów i traktuje ich bardzo przyjacielsko, a w pewnym momencie stwierdza nawet, że jeśli będzie musiał, zabije Gordona; z drugiej strony wie, że jego partner jest jeszcze niedoświadczony i kilka razy ratuje Gordonowi życie, sprzeciwiając się nawet Fish Mooney. Bullock mógł w bardzo łatwy sposób stać się tą zepsutą świnią, którą był partner Gordona w Batmanie: Początku, ale zamiast tego jest postacią wielowymiarową, z odcieniami szarości, które sprawiają, że właściwie jest on przyszłemu komisarzowi potrzebny, chociażby aby przetrwać w skorumpowanym, rządzonym przez mafię Gotham.

Bruce Wayne jest w tym serialu postacią szczególną. Kilka tygodni przed premierą pilota zagranicą, doszłam do wniosku, że chciałabym zobaczyć jak przez kilka pierwszych odcinków mały Bruce radzi sobie z żałobą po rodzicach (być może nawet zaliczając wszystkie pięć stopni żalu), a potem powoli, powoli dochodzi do wniosku, że chce pomścić ich śmierć, stając się Batmanem. Niestety, pierwsza recenzja Uncle Mroowy utwierdziła mnie w przekonaniu, że tego nie uświadczę, bo już w pierwszym odcinku wygląda na to, że Bruce przeszedł od razu do trenowania na Batmana. Może nie chce być Człowiekiem-Nietoperzem, postrachem złoczyńców itd., ale już walczy ze strachem, już z determinacją w oku chce stanąć z mordercą rodziców twarzą w twarz, już widzimy, że powziął jakieś postanowienie.

Pierwsza scena z Gordonem i Bruce’m jest najlepsza
w całym odcinku.
Coś, co wypadło bardzo dobrze w pilocie, to relacje między Bruce’m a Gordonem. Już w pierwszej scenie, kiedy Gordon próbuje rozmawiać z wciąż będącym w szoku chłopcem, nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Widzimy, że z jednej strony przyszły komisarz szczerze współczuje przyszłemu Batmanowi i naprawdę chce odnaleźć mordercę jego rodziców, a z drugiej strony – wie, co powiedzieć, aby Bruce się otworzył i wyjawił jakieś szczegóły, które mogłyby pomóc w śledztwie. Potem, pod sam koniec odcinka, przybywa do Wayne Manor i wyjaśnia chłopcu zaistniałą sytuację, robiąc to tak, jakby prosił o wybaczenie i kolejną szansę. I patrząc na tę scenę, możemy zrozumieć o wiele lepiej, dlaczego w Batman: Początek i Batman: Rok pierwszy, Bruce Wayne uczyni Gordona swoim sojusznikiem – nie tylko dlatego, że Gordon okazał mu współczucie, ale także dlatego, że jest uczciwy, że szuka sprawiedliwości, że jest zdeterminowany, aby doprowadzić sprawę do końca. Spośród wszystkich balansujących na granicy prawa policjantów, Gordon wydaje się być dowodem na to, że w tym zapyziałym mieście istnieją jeszcze dobrzy ludzie.
Fish Mooney.

Przyszli przeciwnicy Batmana, którzy także stanowią istotny element serialu i jego marketingu, w pierwszym odcinku są tylko zasygnalizowani (no, może poza Fish Mooney, ale o niej potem). Widzimy nie tylko młodocianą Serinę Kyle, która przygląda się wszystkiemu z góry; nie tylko przyszłego Pingwina, będącego pomagierem Mooney, lecz także Edwarda Nygmę, próbującego zainteresować zagadkami Harvey’a i Gordona; małą Ivy nazywaną przez ojca „Poison” i komika, który jest bądź nie jest przyszłym Jokerem. Niektórzy uważają, że pilot mógłby się obyć bez tych scen, bo tylko spowalniały akcję, ale mnie osobiście nie przeszkadzały… o ile, oczywiście, owi przeciwnicy będą odgrywać jakąś ważną rolę w serialu, a nie będą tylko pojawiać się od czasu do czasu jako przypomnienie, że oglądamy coś o Batmanie.

Teraz przejdźmy do Fish Mooney. Ta kobieta wyszła po prostu wspaniale. Z jednej strony uprzejma, rozsądna i opanowana, z drugiej – jeżeli ją zdradzisz, oszukasz lub w jakikolwiek sposób poważnie zdenerwujesz, pożałujesz. To bezwzględna manipulatorka, która dba o to, aby utrzymać własnych ludzi w ryzach i która dąży do tego, aby zająć miejsce Falcone’a. Ogląda się ją z przyjemnością.
Trochę inaczej przedstawia się nam Falcone, który zaszczycił Gordona krótką rozmową sam na sam. Widzimy, że to człowiek, który ma zasady, a nawet coś w rodzaju kodeksu honorowego, którym się kieruje w życiu prywatnym i interesach. W dodatku znał ojca Gordona, więc mamy tu bardzo ciekawą sytuację, która w przyszłych odcinkach może rozwinąć się na kilka interesujących sposobów. Kto wie jak będzie wyglądać relacja między Falcone’m a Gordonem pod koniec pierwszego sezonu.
W obu przytoczonych przeze mnie recenzjach Uncle Mroowa i Ichabod szczególnie pozytywnie odnoszą się do tytułowego bohatera, czyli miasta Gotham. Obaj zwracają uwagę na to, że zostało ono przedstawione jako brudne i mroczne, czyli takie jak powinno być Gotham. Wiadomo – miasto Batmana to miasto pogrążone w zepsuciu i trawione przez przestępczość i jego mroczna, szaro-bura kolorystyka służy budowaniu tego dusznego klimatu. Jest również jedna rzecz, która łączy wiekszość adaptacji Batmana, a mianowicie – nie do końca wiadomo, w jakiej konkretnie dekadzie są osadzone. Estetyka niby przedwojenne Art Deco, ale technologia tak jakby z lat dziewięćdziesiątych. I telefony komórkowe w Gotham by mi aż tak bardzo nie przeszkadzały, gdyby nie to, że serial jest prequelem do przygód Batmana, a Bruce Wayne to jeszcze dzieciak, więc przydałoby się pokazać, że jednak rzecz się dzieje w przeszłości, a nie teraźniejszości. Jest o tyle dobrze, że te komórki wyglądają na takie z przełomu XX-XXI wieku.
Prawdę mówiąc nie jestem do końca pewna, czy będę ten serial oglądać, bo choć jest interesujący i na pewno dość dobrze zrobiony, nie porwał mnie tak, jak myślałam, że mnie porwie. Zobaczę jak pójdzie Gordonowi w następnych odcinkach. Mnie osobiście podoba się format serialu jako bardziej kryminału, niż opowieści o superbohaterch. Przecież głównym bohaterem jest tutaj policjant i to nie byle jaki. Dobrze więc byłoby pokazać, że Gordon potrafił być kompetentny na długo przed Batmanem.
(Na końcu powiem tak trochę z przymrużeniem oka: mam nadzieję, że powstanie kiedyś fanvideo do Gothamz tą piosenką.)

Podręcznik fanfikowca cz. 20 – Patchwork fanfiction

 

Powszechnie wiadomo, że adaptacje pewnej fabuły z jednego medium na drugie niosą ze sobą kilka większych lub mniejszych zmian. Zdarza się również, że dzieło macierzyste adaptowane jest wielokrotnie i w jednym fandomie funkcjonuje kilka oficjalnych kanonów. A już szczególnie pogmatwane jest to w komiksach, gdzie różne rebooty i alternatywne rzeczywistości sprawiają, że jedna postać może mieć kilka równorzędnie kanonicznych, choć nieraz sprzecznych ze sobą wersji. Rzecz w tym, że czasem fanfikowiec, pisząc fika do jednego uniwersum, chciałby zawrzeć elementy z innych uniwersów, zwłaszcza tych związanych z postaciami.

Panie i panowie, dzisiaj zajmiemy się zjawiskiem patchwork fanfiction.

Patchwork fanfiction jest fanfikiem, w którym postać kanoniczna ma w sobie cechy różnych swoich wersji. Zjawisko to może przejawiać się na różne sposoby, ale zawsze dotyczy fików do wszelkiego rodzaju adaptacji i retellingów.

Można wyróżnić kilka motywów patchwork fanfiction:

1.      Zapożyczenie cech postaci. Powiedzmy, że obejrzeliśmy któryś z filmów osadzonych w Marvel Cinematic Universe i postanowiliśmy dowiedzieć się czegoś na temat jednej z postaci. Czytając o niej na stronie poświęconej filmowemu i komiksowemu uniwersum, odkrywamy kilka interesujących rzeczy, których nie uwzględniono w filmie, a które są kanonem w komiksach. O ile nie kłóci się to znacznie z tym, co zostało powiedziane o danej postaci w uniwersum, do którego piszemy, wprowadzenie w ramach headcanonu cech z innego uniwersum może być bardzo interesujące. (Będąc od dawna w fandomie Strażników Galaktyki, jestem bardzo za uwzględnieniem w fanfikach zdolności łowieckich komiksowego Yondu Udonty. Jak dotąd najlepszym fikiem z tym motywem okazało się Death by Terran.)

2.      Zapożyczenie przeszłości postaci. Działa na podobnej zasadzie, co punkt pierwszy – dowiadujemy się czegoś interesującego na temat danej postaci w jednym uniwersum i o ile nie jest to sprzeczne z tym, co zostało powiedziane o jej innej wersji, wprowadzamy to do fanfika. A że akurat przeszłość nie każdego bohatera jest odkrywana, zapożyczenie jakichś elementów z dzieciństwa czy origin story jest wypełnieniem luki. (Już kiedyś przytaczałam wam wspaniały przykład de-agingfika, w którym Avengersi odkrywają smutne szczegóły z dzieciństwa Bruce’a Bannera. W filmach – no może poza dziełem Anga Lee, ale ono nie jest częścią MCU – nie ma nic o Brianie Bannerze ani o tym, jak Bruce był traktowany przez ojca, ale w wielu komiksach przeszłość doktora Bannera miała istotny wpływ na niego samego.)

3.      Pseudo-OC. Chodzi tutaj o wprowadzenie bohatera, który istnieje w większości wersji pewnego dzieła, ale w fandomie, do którego piszemy, jeszcze się nie pojawił. Dlatego do fanfika wprowadzany jest jego odpowiednik, czasem z pewnymi wariacjami na temat jego osobowości lub umiejętności. Dotyczy to zwłaszcza retellingów różnych legend i mitów. (Sama w kilku fanfikach do Przygód Merlinawprowadziłam lady Elaine, z którą – według legend arturiańskich – Lancelot miał syna, Galahada.) Pseudo-OC są szczególnie ważne, jeśli są to członkowie rodziny jednej z postaci kanonicznych (spotkałam się z kilkoma fikami do Strażników Galaktyki, w których Star-Lord odnajduje swojego ojca, J’Sona), przyszli sojusznicy (na przykład Peter Parker pod opieką Avengersów), następcy (detektyw Blake z Mroczny Rycerz powstaje stający się Robinem/Skrzydłem.) albo wrogowie.

4.      Zapożyczenie elementów świata przedstawionego. Może niekoniecznie związane z postaciami, ale niejako wpływające na nie w ten, czy inny sposób. Czasem ma to charakter crossoverowy. (W tym fanfiku atak Chituari odbił się echem wśród mutantów.)

5.      Zapożyczenie fabuł. Dotyczy głównie retellingów i adaptacji. Wiadomo, że w dziele macierzystym miało miejsce pewne wydarzenie. Może to było coś mało istotnego (jak zaklęty we wierzbie Merlin) albo jakaś wielka bitwa (jak, na przykład, Bitwa Pięciu Armii w Hobbicie). Możemy zarówno opisać samo wydarzenie, jak i jego skutki (wiele fików do Hobbita traktuje o tym, co przeżywa Bilbo po wyżej wspomnianej bitwie.)

Jak widzicie, patchwork fanfiction oferuje fanfikowcom kilka interesujących możliwości. Polecam takie zapożyczanie, bo mogą z tego wyjść genialne rzeczy. Pamiętajmy jednak, aby zachować przy tym spójność postaci i nie sprawić, aby była ona OOC.

Recenzja: The Flash (pilot)

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do ósmego i dziewiątego odcinka drugiego sezonu Arrow (The Scientist i Three Ghosts).

Wielkim wydarzeniem dla fanów serialu Arrow (a także wielu fanów komiksów DC), było pojawienie się w odcinku ósmym drugiego sezonu postaci Barry’ego Allena. Przyszły najszybszy bohater uniwersum DC przybył do Starling City, aby zbadać sprawę, którą zajmowali się w tym czasie Oliver Queen i jego ekipa, a przy okazji odwiedzić miasto słynnego Strzały. I choć był obecny w serialu tylko przez dwa odcinki (The Scientist i Three Ghosts), odegrał bardzo ważną rolę dla fabuły, po pierwsze – dzieląc się swoją wiedzą z policją Starling City i Strzałą, po drugie – będąc podejrzewanym przez Strzałę o to, że coś ukrywa, po trzecie – proponując mu użycie określonego materiału na maskę (dotąd Oliver malował sobie „maskę” na twarzy, bo materiał utrudniałby mu widoczność podczas strzelania z łuku), po czwarte wreszcie – ratując życie samemu bohaterowi. W ciągu tych dwóch odcinków widzowie mogli dowiedzieć się kilku rzeczy na temat Barry’ego Allena – o tym, że jego matka zginęła w dziwnych okolicznościach i że o jej śmierć został oskarżony jego ojciec; że Barry jest zakochany w pewnej dziewczynie, ale ona nie odwzajemnia jego uczuć; że on sam często się spóźnia na miejsce zbrodni; że ma wprawne oko i sporą wiedzę z zakresu fizyki, chemii i biologii. Ba! – pod koniec Three Ghosts widzimy właściwie sam wypadek, który sprawił, że Barry stał się Flashem i przez kolejne odcinki Arrow to, że Barry leży w śpiączce, ma znaczenie dla tego, co dzieje się w samym serialu.

Barry Allen (Grant Gustin) w Arrow.
Tak czy inaczej, The Scientist był zapowiedzią spin-offu Arrow o Flashu i tego, że telewizyjne uniwersum DC się rozwija. Właściwie od maja 2014 wiadomo było, że The Flash ma powstać i dziać się równolegle do trzeciego sezonu Arrow. Wielu ludzi (w tym ja) było bardzo podekscytowanych tą wiadomością i czekało ze zniecierpliwieniem na premierę The Flash, tym bardziej, że spin-off wprowadzał do uniwersum supermoce. I choć owa premiera została wyznaczona 7 października, pilot serialu można już obejrzeć w Internecie i tak też zrobiłam ja.

The Flash zaczyna się od tego, że Barry Allen (grany przez Granta Gustina) opowiada nam o swoim dzieciństwie – o tym, że od dziecka nie biegał zbyt szybko i często wdawał się w bójki (najczęściej w obronie kogoś innego). Potem widzimy retrospekcję ze śmierci jego matki, Nory – śmierci, która potem wpłynie na całe jego życie. Po latach Barry pracuje jako naukowiec z CSI, podkochuje się w córce swojego szefa, Joe Westa (Jess L. Martin), i przyjaciółce, Iris West (Candice Patton), fascynuje się nauką i marzy o tym, aby zobaczyć urządzenie zwane S.T.A.R. accelerator, zbudowane przez Harrisa Wellsa (Tom Cavanagh). Na posterunku Barry traktowany jest trochę z przymrużeniem oka, jako dziwak, który ciągle się spóźnia, czasem się myli, ale tak ogólnie zawsze znajdzie coś ciekawego i przydatnego w śledztwie.
I tak oto pewnej nocy (kilka godzin po tym, jak nasz bohater wraca ze Starling City), nad Central City rozpętuje się dziwna burza i piorun trafia w chemikalia w laboratorium Barry’ego, powodując eksplozję, w wyniku której Barry zapada w śpiączkę. Po dziewięciu miesiącach budzi się w S.T.A.R. Labs prowadzonym przez Harrisa Wellsa, który informuje go, że burza była wynikiem nieudanego uruchomienia S.T.A.R. acceleratora i że miała osobliwy wpływ na ciało Barry’ego, czyniąc go tak zwanym meta-human – człowiekiem z supermocą. Wkrótce nasz bohater odkrywa, że potrafi poruszać się z nadludzką prędkością, jego serce bije bardzo szybko, a proces regeneracji złamanej ręki trwa u niego trzy godziny. Tymczasem w Central City dochodzi do rabunku, którego sprawca potrafi kontrolować pogodę…
Już kiedy oglądałam Barry’ego w Arrow, wiedziałam, że będzie on zupełnie innym superbohaterem niż Oliver Queen. I nie chodzi mi tylko o to, że Strzała nie ma żadnych mocy, a Flash jest superszybki. Przede wszystkim Oliver postanowił zostać myścicielem po wydarzeniach z Wyspy, a i tak potem zrewidował swoje poglądy i kodeks moralny, tymczasem Barry przystał do policji, aby oczyścić ojca z zarzutów morderstwa jego matki. Poza tym jest bardziej zorientowany naukowo niż Oliver, to znaczy – jego wiedza z zakresu nauk ścisłych jest o wiele szersza i może okazać się pomocna w trakcie jego przygód jako superbohatera (Oliver też ma sporą wiedzę, ale raczej związaną ze światkiem przestępczym i survivalem).

W samym The Flash jest scena, w której Oliver i Barry rozmawiają. Końcówka tej sceny, kiedy Strzała mówi: „Zastosuj się do własnej rady. Noś maskę.”, została użyta w zwiastunie serialu, ale właściwie sama rozmowa między oboma mężczyznami jest bardzo ładnie rozegrana. Barry opowiada Oliverowi o swoim planie zostania superbohaterem, a jednocześnie dzieli się z nim swoimi wątpliwościami. Oliver odpowiada, że Barry będzie popełniać błędy, ale jednocześnie stwierdza: „Nie uważam, że ten piorun strzelił w ciebie przypadkowo. Myślę, że on cię wybrał.” Barry może być bohaterem i to nawet lepszym niż sam Strzała. To była bardzo piękna scena.

Barry w kostiumie Flasha.
Wspominałam też wcześniej, że dotąd w Arrow nie było czegoś takiego jak supermoce (no, może poza Mirakuru, ale to było coś bardziej na zasadzie „tajemniczy specyfik, który daje ci supersiłę, ale doprowadza też do szaleństwa”), więc przeciwnicy, z którymi mierzył się dotąd Oliver byli albo bossami mafii, albo płatnymi zabójcami, albo terrorystami, albo szalonymi geniuszami. Podejrzewam zatem, że przeciwnikami Flasha będą głównie owi meta-humans… Choć podobno w którymś odcinku ma się gościnnie pojawić Clock King, który swego czasu walczył również z drużyną Strzały. Nie wykluczam, że zarówno w The Flash, jak i w trzecim sezonie Arrow pojawią się oba warianty antagonistów, ale już niejako w pilocie The Flasha zostało ustalone, że to właśnie meta-humans będą w centrum zainteresowania Barry’ego, Wellsa i jego dwójki pomocników.
Bardzo ładnie zostały zarysowane relacje między głównym bohaterem a poszczególnymi postaciami – Joe Westem, który był przy tym jak aresztowano ojca Barry’ego i przygarnął chłopca do siebie; Iris West, która wychowała się z Barry’m w jednym domu i troszczy się o niego; Harrisonem Wellsem, który stracił reputację i zdolność chodzenia, ale widzi swoją szansę w Barry’m i jego mocy; pomocnikami Harrisona, nieco zgorzkniałą Caitlin Snow (Danielle Panabaker) i wynalazcą Cisco Ramonem (Carlos Valdes); a wreszcie z siedzącym w więzieniu ojcem, który chce, aby jego syn nie zajmował się już sprawą śmierci matki i poszedł dalej ze swoim życiem. Na razie nie mogę powiedzieć, że którykolwiek z bohaterów mnie zirytował. Nawet Iris – choć widać, że w przyszłości czeka nas dramat związany z nieodwzajemnioną miłością Barry’ego do niej – nie była irytująca jak na love interesta. Także detektyw Eddie Thawne, mimo że robi wrażenie aroganta, mnie nie irytuje. W zasadzie to nie znalazłam w tym serialu absolutnie nic, co mogłoby mnie zdenerwować. Być może coś takiego pojawi się w następnych odcinkach, ale na dzień dzisiejszy jestem zadowolona.
Czego oczekuję? No cóż, nawiązań do komiksów, oczywiście; ciekawych przeciwników, a także więcej szczegółów odnośnie tajemniczej śmierci Nory Allen, zwłaszcza, że już w pilocie dano nam do zrozumienia, że w serialu istnieje motyw podróży w czasie. Zaś retrospekcja z wydarzeń zaraz po śmierci Nory Allen i aresztowaniu jej męża kazała mi się zastanowić, czy może twórcy The Flash chcą wprowadzić podobną konwencję jak w Arrow, to znaczy – będą próbowali w każdym odcinku przeplatać zdarzenia w teraźniejszości z tym, co działo się w przeszłości. Wolałabym, żeby jednak tego nie robili, bo nie jestem pewna, czy w przypadku Barry’ego do zdałoby egzamin nawet, gdyby retrospekcje dotyczyły śledztwa Barry’ego w sprawie śmierci matki.
Mam też szczerą nadzieję, że wątek miłosny między Barry’m a Iris nie będzie jakimś wielkim, męczącym dramatem i że główny środek ciężkości będzie położony na walce Flasha z przestępcami.
(Jeszcze takie małe pragnienie ze strony fanki Arrow – niech oba seriale raz na jakiś czas zrobią takie małe crossovery, bo duet Oliver-Barry już w The Scientist oglądało się bardzo przyjemnie.)
Na razie – tak samo jak pierwszy odcinek Arrow – pilot The Flasha okazał się wciągający i interesujący. Czekam na to, jak potoczą się kolejne przygody Flasha.

Aktualności: Oto zaczyna się Superpaździernik! (Także pewna informacja)

A więc przemówiliście! Cztery osoby były za tym, abym robiła częściej Miesiące z…, gdy tymczasem dwie były przeciw, a dwie powiedziały, że im to obojętnie. Co za tym idzie – jestem zobowiązana, aby zorganizować miesiąc poświęcony superbohaterom. Jest nim październik, albowiem w tym październiku mamy kilka premier związanych z serialami w uniwersum DC: premierę trzeciego sezonu Arrow (8 października), premierę Flasha (7 października), a także polska premiera Gotham (8 października).

Ale Superpaździernik nie będzie dotyczył tylko i wyłącznie uniwersum DC, ale również Marvela (a kto wie – może nawet zahaczymy o Białego Orła…). Nie wiem, ile z tego, co zaplanowałam, uda mi się zrealizować, tak czy inaczej oto, co chciałabym wam w ciągu tego miesiąca opublikować:

– Część Podręcznika fanfikowca poświęconą  zjawisku Patchwork fanfiction.

– Artykuł o Arrow (napoczęty, ale jeszcze mam sporo do napisania).

– Artykuł o gatunkach filmów Marvela.

– Moje przemyślania o Gotham (kiedy już zobaczę pilota) i o komisarzu Gordonie w ogóle.

– Może Ze wspomnień fana… o Marvelu.

Zauważyliście pewnie, że obok znajduje się ankieta. Otóż, przez najbliższe tygodnie, aż do drugiej rocznicy powstania Planety Kapeluszy (czyli 14 listopada), będę was pytać które moje teksty z danych działów wam się najbardziej podobały, abym mogła potem zrobić wpis okolicznościowy na ich temat.

Pierwsza ankieta będzie dotyczyć artykułów i potrwa do niedzieli.