Osiem najlepszych (według mnie) odcinków Kaczych Opowieści 217

Trzy tygodnie temu wyemitowano ostatni odcinek rebootu Kaczych Opowieści. Był to niewątpliwie jeden z najlepszych seriali animowanych Disneya ostatnich lat, nie mówiąc już o tym, że twórcy nie tylko odświeżyli kilka postaci z oryginalnych Kaczych Opowieści, ale też wprowadzili do serialu postaci znane z komiksów.

Od kiedy dowiedziałam się, że trzeci sezon rebootu będzie ostatnim, nosiłam się z zamiarem napisania listy jego najlepszych odcinków… z tym, że jest to lista podobna do tej o najlepszych odcinkach Gotham i Nowych przygód Lucky Luke’a – podszyta trochę moimi subiektywnymi odczuciami (zwłaszcza że większość ludzi pewnie i tak wstawiłaby do takiej listy Whatever Happened to Della Duck, a mnie ten odcinek mało interesował).

Zasada jest prosta: jeśli lubię wracać do danego odcinka, bo swego czasu mnie zachwycił fabułą bardziej od innych, trafia na tę listę. I od razu pewnie zdziwiło Was jednak, że jest tylko osiem pozycji. No cóż pierwotnie chciałam wstawić The Depths of Cousing Fethry! oraz finałowy odcinek serialu, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że pierwszy nie porwał mnie tak jak pozostałe, a drugi najlepiej oglądać jak ma się za sobą wszystkie trzy sezony (ja zaś chcę Was zainteresować kreskówką). Na tej liście nie ma też Last Christmas!, bo omawiałam je w grudniu.

Nie przedłużając, oto osiem najciekawszych (według mnie) odcinków rebootu Kaczych Opowieści!

Czytaj dalej „Osiem najlepszych (według mnie) odcinków Kaczych Opowieści 217”

[FF: Kacze opowieści] Zachować sekret cz. 6 – Natalie cz.1

– Wiesz, co masz robić, skarbie – powiedział Zakuty Dziób.
– To samo, co wczoraj. Zdobyć jego zaufanie – odpowiedziała Natalie i uśmiechnęła się.
Oboje szli tego ranka przez korytarz. Wokoło nie było nikogo, więc mogli spokojnie rozmawiać.
– Spraw, aby nasz drogi doktor poczuł się u nas swobodnie. Żeby poczuł się – na twarzy Zakutego Dzioba pojawił się uśmiech – jak w domu. Liczę na to, że z twoją pomocą będzie chętniej z nami współpracował.
– To nie będzie trudne, szefie. Jeszcze nigdy żaden jajogłowy mi się nie oparł. A już po pierwszym dniu widać, że doktor D jest jednym z tych siedzących w swoich laboratoriach i nieśmiałych odludków.
– Właśnie dlatego powierzyłem to zadanie tobie, Natalie. Spośród wszystkich agentek PTAK-u, ty masz największe doświadczenie z naukowcami. Nie tylko potrafisz ich uwieźć, ale i zrozumieć coś z tego, co mówią. Ja odegrałem już swoją rolę. Zagroziłem, że jeśli nasz drogi doktor nie będzie dla nas pracował, jego dziesięcioletniemu siostrzeńcowi stanie się krzywda.
Natalie zatrzymała się na moment i podniosła brew. Zakuty Dziób posłał jej kolejny uprzejmy uśmiech i wziął ją pod ramię.
– Moja droga Natalie – zaczął uspokajającym tonem. – Przecież wiesz, że na tym statku nie ma żadnego dziecka. Siostrzeniec doktora D siedzi sobie w Kaczogrodzie i najprawdopodobniej gra w piłkę z kolegami.
– Ależ czy ja coś mówię? – spytała i również się rozpromieniła. – Ten mały mnie nie obchodzi.
– Mam nadzieję – odparł kogut, poważniejąc i kierując wzrok na korytarz przed sobą. – Po tym wszystkim, co zrobiłem, abyś pozbyła się tego swojego głupiego nawyku, nie chcę się dowiedzieć, że nie został w pełni wypleniony. Mógłby nam jeszcze zaszkodzić.
Dotarli do celi Diodaka i zatrzymali się przy drzwiach.
– Bez obaw, szefie – odpowiedziała Natalie z jeszcze szerszym uśmiechem i włożyła klucz do zamka. – Jestem profesjonalistką.
Zakuty Dziób nic nie odpowiedział, tylko z wyrazem zadowolenia odwrócił się do niej tyłem i odszedł. Natalie weszła do celi i spojrzała na stojącego przed nią Diodaka, który właśnie założył na siebie kitel. Po chwili sam zwrócił swój wzrok na agentkę i od razu zamarł. Przez krótką chwilę patrzyli tak na siebie, a potem Natalie uśmiechnęła się do więźnia przyjacielsko i obejrzała go od stóp do głów.
– No, no. Nie wygląda pan źle. Nawet panu pasuje, doktorze.

Diodak zarumienił się, ale zaraz potem złapał za płaty kitla i zaczął go na przemian ściągać i wkładać z powrotem, jakby źle go założył i próbował zrobić to dobrze. Uśmiech Natalie zmienił się w wyraz zdziwienia.
– O co chodzi, doktorze D?
Diodak jednym zdecydowanym ruchem włożył na siebie laboratoryjny fartuch, ale nie puszczał jego brzegów, tylko popatrzył znów na agentkę. Wydał z siebie głębokie westchnienie, a potem uśmiechnął się delikatnie.
– To… nic wielkiego – odpowiedział i zaśmiał się nerwowo. Jego wzrok powędrował w dół. – Ja po prostu nigdy wcześniej nie miałem na sobie kitla.
– Nigdy? – Wyraz zdumienia nie opuszczał twarzy agentki. – Myślałam, że wszyscy naukowcy noszą fartuchy.
Nerwowość Diodaka ustąpiła miejsca zdziwieniu, które natychmiast przeszło w rozbawienie. Zaśmiał się cicho, ale jego śmiech wydał się Natalie pozbawiony szyderstwa, wręcz było w nim coś ze śmiechu dziecka albo rodzica, którego pociecha właśnie powiedziała coś głupiego, a przez to uroczego. Mimo to Natalie miała wrażenie, że się wygłupiła.
Kiedy Diodak skończył chichotać, wyprostował się i przybrał poważny wyraz twarzy, na której po chwili i tak pojawił się lekki uśmiech.
– Jestem wynalazcą. Pracuję w małym warsztacie, najczęściej przykręcając, przybijając, rozbrajając na części albo łącząc w jedno różne rzeczy. Wszystko to robię, mając na sobie to. – Wskazał swoje stare ubranie. – I tak się składa, że nie jestem jedyny. Nie do każdej nauki wymagany jest kitel.
– Rozumiem – odpowiedziała Natalie. Teraz to ona się denerwowała. – Oczywiście, wiem, że nie wszyscy naukowcy w nich chodzą, ale jednak…
– Umysł sam podsuwa taki wizerunek? – dokończył Diodak.
Natalie przytaknęła tylko głową. A potem zorientowała się, że doktor D rozmawiał z nią jak ze starą znajomą, a nie kimś, kto pracuje dla jego porywaczy. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Jej urok zadziałał. Znali się ledwie jeden dzień, a doktor już czuł się przy niej swobodnie. Nieważne z kim miała do czynienia – każdy mężczyzna, którego miała za zadanie uwieść, prędzej czy później wpadał w jej sidła.
Z tą myślą przekręciła klucz w zamku i, nie spuszczając wzroku z Diodaka, otworzyła jedną ręką drzwi.
– Chodźmy już, doktorze. Praca sama się nie zrobi.
– A no tak – odpowiedział niepewnie Diodak.
Podszedł do agentki, która już stała jedną nogą na korytarzu. Zaraz jednak zatrzymał się i zerknął szybko do celi za sobą, a potem popatrzył na Natalie z lekkim zdziwieniem.
– Przepraszam, ale… – zaczął niepewnie, po czym znów zajrzał do środka.
– Coś nie tak? – spytała po raz drugi tego dnia.
– Nie bierze pani prania? – odpowiedział pytaniem Diodak, wskazując kciukiem krzesło.
– Ach, prawie zapomniałam – powiedziała.
Szybko skoczyła po leżące na krześle zawiniątko, a następnie wyszła na zewnątrz. Diodak zrobił dwa kroki i znalazł się na korytarzu. Natalie zamknęła gwałtownie drzwi i odwróciła się do więźnia, posyłając mu kolejny uśmiech.
– Najpierw chodźmy do stołówki. Niedobrze pracować z pustym żołądkiem.
Diodak nic nie odpowiedział, tylko poszedł za nią, bacznie wszystko oglądając.
Sknerusa obudziło kilka lekkich, ale wyjątkowo upierdliwych ukłuć w ramię. Otworzył nieśpiesznie oczy i zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze – było już rano, po drugie – tym, który obudził go w tak niemiły sposób, był Wolframik. Żaróweczka stanęła mu na przedramieniu i zaczęła pokazywać palcem na głowę, mniej więcej w tym samym miejscu, w którym zwykle znajdują się usta.
Sknerus rozejrzał się po samolocie. Chłopcy spali na tyle samolotu jak zabici. Również Fulton i Cyfron pogrążeni byli we śnie i tylko Śmigacz pilotował w ciszy aeroplan. Stary kaczor przeniósł wzrok na żaróweczkę i zmarszczył brwi.
– Czego ode mnie chcesz? – syknął na tyle cicho, aby nikogo nie obudzić, a jednocześnie na tyle głośno, aby wyrazić swoją frustrację.
Wolframik znów zaczął pukać w to samo miejsce swojej szklanej głowy. Twarz Sknerusa złagodniała, ale tylko odrobinę.
– Chcesz jeść? Przecież jesteś żarówką – powiedział nieco głośniej, podnosząc ręce do góry. – Żarówki nie jedzą.
W mgnieniu oka wszyscy zaczęli się budzić. Cyfron ziewnął, a chłopcy podnieśli się ze swojego legowiska i przecierając oczy popatrzyli na Sknerusa zaspanym wzrokiem. Siedzący koło starca Fulton odchrząknął.
– Może lepiej dać mu coś do jedzenia – powiedział. – Wolframik potrzebuje od czasu do czasu uzupełnić energię, bo inaczej przestanie działać.
– Ale co mu dać do jedzenia? – spytał Sknerus.
– Ależ to proste jak budowa cepa! – zakrzyknął Megajonek, podnosząc się na równe nogi, i stanowczym krokiem podszedł do Sknerusa.
Następnie wyciągnął z kieszeni spodni grubą baterię alkaiczną z doczepioną do niej metalową słomką i podał ją Wolframikowi. Żaróweczka podziękowała ruchem głowy, wzięła oburącz baterię i zaczęła się posilać, radośnie bzycząc. Tymczasem Megajonek przewrócił oczami i bez słowa wrócił do kolegów. Sknerus domyślał się, co też mógł sobie o nim pomyśleć chłopak.
Bogacz postanowił nie zawracać sobie tym głowy i popatrzył na radar. Żółty punkt migał na mapie kierując się powoli w stronę wyspy Honolulu. Sknerus zmarszczył brwi i podniósł wzrok na pilota.
– Śmigacz, daleko jeszcze do Honolulu?
– Właściwie niedaleko, panie McKwacz. Proszę spojrzeć. – Wskazał na scenerię przed nim.
Wszyscy podeszli do okna i ujrzeli zarys wyspy, który z każdą chwilą stawał się coraz obszerniejszy i wyraźniejszy. Na samym przedzie zamiast pokrytego piaskiem i palmami nabrzeża ujrzeli szereg małych i dużych budynków, a dopiero nieco dalej – malownicze, skalne wzgórza, kosodrzewinę i gęsty las rozciągający się bardzo daleko.
– Poszukaj jakiegoś lotniska, Śmigacz – rozkazał Sknerus, kładąc ręce na lasce.
– Tak jest, panie McKwacz! – powiedział dziarsko pelikan i aż zasalutował jedną ręką.
– Acha, i nie rozbij się – dodał jego pracodawca, rzucając mu chłodne spojrzenie.
A potem rozejrzał się po rozciągających się pod nimi lazurowych wodach. Choć patrzył uważnie, nie mógł znaleźć nawet śladu liniowca. Spojrzał jeszcze raz na radar i zwiększył nieco skalę. Żółta kropka była oddalona od lądu o kilka kilometrów. Czy to możliwe, że mogli przegapić „Odyseusza”? Cóż, ze Śmigaczem za sterem…
Sknerus popatrzył na wyspę. Wkrótce spostrzegł kilka metrów od strefy wakacyjnej wgłębienie lądu w kształcie półksiężyca, a tam pierwsze statki wycieczkowe i handlowe. Starzec uśmiechnął się do swoich myśli, ale zaraz spoważniał i zamyślił się przez chwilę.
– Radar pokazuje, że „Odyseusz” jeszcze nie dopłynął. Będziemy musieli na niego poczekać w porcie.
– Według Poradnika Młodego Skauta, wujku, w Honolulu jest jeden wielki port, który do tego ma dostęp do przedmieścia – powiedział Hyzio trzymając w rękach książkę, a Dyzio oznajmił:
– I widzisz, gdybyśmy się tu nie wślizgnęli, nie wiedziałbyś tego.
– Ale jak tylko znajdziemy „Odyseusza”, chłopcy, zostajecie w hotelu i trzymacie się z dala, dopóki nie wrócimy z Diodakiem – powiedział stanowczo, choć i tak wiedział, że tego nie zrobią.
Wylądowali (o dziwo!) bez problemów na głównym lotnisku wyspy i zaczęli rozglądać się za jakimś w miarę tanim (ale to naprawdę tanim) noclegiem. Poszło naprawdę szybko, bo natychmiast natrafili na jeden z hoteli sieci McKwacz, gdzie nie tylko wszystko było za darmo, ale i oferowano im różne atrakcje w postaci cukierków, przewodników i lekcji tańca hula. Dostali po cztery pokoje. Jeden zajmowali Megajonek wraz z dziadkiem i Wolframikiem; drugi Śmigacz i Cyfron, a w trzecim byli Sknerus i jego siostrzeńcy. Wszystkie były urządzone mniej więcej tak samo jak kaczogrodzkie pokoje hotelowe – miały elegancką, czerwoną wykładzinę, pastelowożółte ściany, małą lodówkę, telewizor, stolik do kawy i krzesła z czerwoną tapicerką.
Wszyscy zebrali się w pokoju Sknerusa. Podczas gdy chłopcy postanowili dać upust swojej młodzieńczej energii i zaczęli skakać po łóżkach, Sknerus, Śmigacz, Cyfron i Fulton zaczęli przyglądali się dystansowi między punktem na radarze a brzegiem Honolulu.
Tak jak Diodak się spodziewał, stołówka okazała się być jadalnią urządzoną w stylu wykwintnej restauracji z okrągłymi stolikami o białych obrusach. Natalie posadziła go przy jednym z nich. Gustowne talerze z pieczywem, wędlinami, serami i masłem już czekały, aby zrobić z nich kanapkę, ale Diodak rozejrzał się najpierw po sali. Przy każdym stoliku siedziało po trzech naukowców, popijających herbatę i rozmawiających ze sobą w bardzo wyluzowany sposób. Diodak spodziewał się, że będą pilnowani, ale o dziwo, nie zauważył przy nich żadnych strażników. Poza tym gdzie się podziała wcześniejsza nerwowość tych wszystkich ludzi? Czyżby źle ich ocenił?
– Coś nie tak, doktorze? – wyrwała go z rozmyślań Natalie.
Odwrócił się do niej i powiedział:
– Tak. Kiedy szedłem powiadomić pani szefa, że zdecydowałem się z wami współpracować, przechodziłem przez laboratorium i ci naukowcy wydawali się być tutaj z tego samego powodu, co ja. Odniosłem wrażenie, że zostali porwani i zastraszeni. No a teraz wyglądają tak jakby ich obecna sytuacja ich nie obchodziła. Poza tym nie ma tu żadnych straży ani nic.
– Oni są tutaj z własnej woli, doktorze D – odpowiedziała Natalie i uśmiechnęła się do Diodaka. – Zostali zatrudnieni przez PTAK i mają stałą pensję, która znacznie przewyższa ich zarobki w poprzednich miejscach pracy. – Nagle spoważniała. – A poprzednim razem wyglądali na zdenerwowanych, bo ich badania nie do końca zadowalały nasze dowództwo, które oczekuje maksymalnych efektów. Mimo wszystko ci naukowcy wiedzą, że nigdzie indziej nie będzie im tak dobrze jak tutaj. Tylko my potrafimy należycie docenić ich geniusz.
Diodak zamyślił się przez chwilę. A więc to ci naukowcy, którzy nie przejmują się konsekwencjami swoich działań byle tylko im dobrze płacono. Czy ja też stanę się kimś takim?
– Niech pan je, doktorze D – powiedziała dziarsko Natalie. – Jedzenie jest dobre dla mózgu.
Diodak przypomniał sobie nagle, że Babcia Kaczka mówiła mu to samo ilekroć spędzał u niej wakacje. Zaśmiał się na jej wspomnienie, a Natalie zareagowała zdziwionym wyrazem twarzy. Wciąż wesoły wynalazca natychmiast wyjaśnił:
– Pewna znana mi właścicielka farmy powtarza mi to przy każdym wspólnie spędzonym posiłku.
– Musiał pan dla niej wynaleźć wiele przydatnych rzeczy – odparła Natalie uśmiechając się do niego przyjacielsko.
– Parę rzeczy rzeczywiście dla niej zrobiłem, ale i tak się bez nich świetnie obywała.
I tak po prostu zaczął jej opowiadać różne anegdotki z życia farmy Babci Kaczki. Natalie słuchała uważnie i z żywym zainteresowaniem, choć wiedziała, że nic z tego, co jej mówił, nie było czymś, co jej dowództwo chciałoby wiedzieć. No bo czy fakt, że Babcia Kaczka miała bardzo łakomego i leniwego parobka albo że doktor D zbudował kiedyś dla niej urządzenie, które wyrabia mleko, jajka i zboże z ziemi, byłby przydatny dla szefów PTAK-u? Na pewno nie. Ale sama Natalie chciała tego słuchać, bo to mogło wpłynąć pozytywnie na jej próby zdobycia jego zaufania. Poza tym to, co opowiadał jej Diodak, było bardzo ciekawe.
Zakuty Dziób siedział w swojej kajucie i już miał zająć się swoim śniadaniem, kiedy nagle z sufitu zsunął się na długiej rurze płaski, zaokrąglony ekran. Kogut westchnął, położył ze zniechęceniem widelec na talerzu i oparł się wygodnie w czarnym, skórzanym fotelu. Zaraz na ekranie pojawił się śnieg, a potem obraz wyklarował się, ukazując kilka siedzących przy stole konferencyjnym czarnych zarysów postaci. Zakuty Dziób naprawdę nie lubił, kiedy przerywano mu posiłek, ale cóż poradzić, kiedy szefostwo się odzywało?
– Witam, witam – powiedział. – Jeśli niepokoi państwa jak idzie nasza misja, to pragnę zaznaczyć, że doktor D zgodził się dla nas pracować.
– To akurat wiemy – oświadczył cień o kształcie płaskogłowej kaczki. – Chcemy się tylko dowiedzieć, czy masz wszystko pod kontrolą.
– Ależ oczywiście, że tak – zapewnił z szerokim uśmiechem kogut.
– A jesteś gotowy na każdą ewentualność? – zapytał siedzący obok kaczki niezidentyfikowany niedźwiedź. – Otrzymaliśmy wiadomość o tym, że na wieść o zniknięciu doktora D Sknerus McKwacz opuścił Kaczogród w poszukiwaniu swojego wynalazcy. Może już być na Hawajach. Musimy być pewni, że nic cię nie zaskoczy.
– Bez obawy. – Zakuty Dziób uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Ten dziadek może i jest najbogatszym kaczorem na świecie, ale prędzej złamie sobie biodro, zgubi sztuczną szczękę i zapomni wziąć lekarstwo na sklerozę, niż odbije stąd doktora D.
Z ekranu dobiegło go gromkie, nawołujące go do mniejszej pewności siebie, chrząknięcie. Zakuty Dziób spoważniał, wyprostował się i oświadczył:
– No i oczywiście będziemy mieć go na oku.
– Liczymy, że nas nie zawiedziesz – powiedziała kaczka. – Zbyt wiele zależy od powodzenia twojej misji. Wyślij za McKwaczem najlepszych ludzi, ale nie dopuść do porażki.
Ekran wyłączył się i wrócił tą samą drogą co przyszedł.
Zakuty Dziób oparł łokcie na biurku i zamyślił się. Skoro Sknerus McKwacz właśnie zmierzał, aby uratować doktora D, zapewne zabrał ze sobą Robokwaka i był gotów poruszyć niebo i ziemię, aby odnaleźć to, czego szukał. Istniała możliwość, że ten incydent z okrętem wojskowym miała ze starcem coś wspólnego.
Mój chłopak okrętowy ma bujną wyobraźnię i ubzdurał sobie, że ktoś, kto zaginął w jego rodzinnym mieście, jest więźniem na pańskim statku…
Rodzinne miasto… Czy to możliwe, że ten majtek był z Kaczogrodu? A jeśli tak i jeśli przechwycił sygnały wysyłane przez doktora D… To to by oznaczało, że McKwacz już wpadł na ich trop. Zakuty Dziób uśmiechnął się do swoich myśli. To nic, że wie jakiego statku ma szukać. Było milion sposobów, aby go zgubić. Wystarczyło zatrzymać się na innej wyspie, zmienić nazwę na dziobie statku, przenieść doktora D do innej jednostki… Ale Zakuty Dziób miał inny plan. Niech McKwacz go znajdzie, niech myśli, że wszystko idzie jak z płatka. Niech popełni ten błąd.
Najpierw jednak, zanim McKwacz wytropi PTAK, PTAK musiał wytropić McKwacza. Starzec był znany ze swego skąpstwa. Zapewne zatrzymał się w którymś ze swoich hoteli, aby nie płacić za nocleg. Należałoby znaleźć ten hotel i wysłać tam kogoś na rekonesans. Może Ammonia? Sprzątaczka to idealny kamuflaż. Wejdzie, posprząta, podsłucha to i owo, posprząta, popatrzy… wypucuje podłogę tak, że pozostanie wielka dziura na środku pokoju…
Po krótkim namyśle Zakuty Dziób doszedł do wniosku, że Ammonia nie będzie najlepszym wyborem.
A więc kto? Kto byłby na tyle dyskretny, a jednocześnie na tyle sprawny, aby dowiedzieć się najważniejszych rzeczy i szybko wrócić na statek? To musiał być ktoś dobry, bardzo dobry. Najlepiej kobieta. Kamuflaż sprzątaczki był zbyt dobry, aby z niego rezygnować. No i żeby jej wdzięki były na tyle silne, aby w razie czego oczarować Robokwaka. Problem polegał na tym, że poza Ammonią przydzielono mu tylko jedną kobietę (szefowie obawiali się, że będzie trochę… rozproszony żeńskim towarzystwem i nie skupi się na zadaniu), a ta kobieta urabiała właśnie doktora D.
Zaraz jednak się uśmiechnął. Właściwie jedno nie wykluczało drugiego. Może kilka miesięcy temu miałby opory, aby przekazać Natalie taką misję, ale teraz wszystko wskazywało na to, że potrafiła przełamać swój głupi nawyk i zająć się misją jak należy. Dzięki jego niezrównanemu treningowi udało mu się stworzyć z miękkiej, sentymentalnej dziewczyny istną femme fatale do zadań specjalnych. Natalie była po prostu idealną agentką. No, a teraz w głowie Zakutego Dzioba zaczął się formować szatański plan, który zapewni mu informacje, ale również ułatwi Natalie zadanie.
Tak, czasem jego własny geniusz go zadziwiał.
– Może panu pomóc, doktorze? – zaproponowała opierająca się o stolik z jakimś urządzeniem Natalie.
Diodak przerwał pracę przy desce kreślarskiej i popatrzył w stronę dziewczyny. Po chwili na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
– Nie, dziękuję. Zwykle sam wszystko robię. – Spojrzał w sufit, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym zachichotał i dodał: – Chociaż właściwie to niecałkiem.
– A więc jednak ma pan pomocnika! – stwierdziła triumfalnie Natalie. – Jaki on jest?
Uśmiech Diodaka osłabł. Wynalazca odsunął się od deski kreślarskiej aż kółka jego krzesła zatrzymały się na środku pomieszczenia, po czym zwrócił całym ciałem w stronę Natalie. Pokazał rękami wielkość Wolframika.
– Taki – odpowiedział, a Natalie tylko podniosła brwi i przytaknęła powoli głową. Znów się uśmiechnął i dodał niepewnie: – Gdyby on mnie teraz usłyszał, strasznie by się zezłościł.
Sam nie wiedział dlaczego jej to mówił; dlaczego przy śniadaniu opowiadał jej o Babci Kaczce, a w drodze do laboratorium – o swoim warsztacie. Z jednej strony obawiał się, że może zdradzić coś, co zostanie wykorzystane przeciwko niemu, z drugiej – czuł jakiś wewnętrzny przymus, aby do kogoś mówić. A Natalie była akurat w pobliżu i słuchała go z niekłamanym zainteresowaniem. Nie czuł się tak wyobcowany jak po pierwszym dniu. Niemniej jednak bardzo uważał. Nie zdradzał zbyt wiele szczegółów co do osób, o których opowiadał, na przykład nigdy nie używał ich imion. Zawsze mówił o nich „pewien mój znajomy”, „pewna moja znajoma”.
Natalie nagle posmutniała i spokojnym tonem powiedziała:
– Musi pan bardzo tęsknić za domem.
On również spoważniał i popatrzył na nią smutno.
– Gdyby pani została porwana z rodzinnego miasta i zmuszona groźbami do pracy, też chciałaby pani być w domu.
Chciała coś odpowiedzieć, ale drzwi się otworzyły i stanął w nich Zakuty Dziób wraz z dwoma strażnikami. Na jego twarzy pojawił się znów ten złośliwy uśmieszek, którego Diodak powoli już miał dość. Miał już dość tego potwora, który szczerzył się za każdym razem, kiedy miał zrobić albo powiedzieć coś złego. Miał już dość tego mężczyzny, który zdawał się czerpać przyjemność z podkreślania swojej władzy nad nim.
I kiedy Diodak spodziewał się, że usłyszy kolejne groźby, Zakuty Dziób zwrócił się do Natalie:
– Kochanie, mam do ciebie pewną sprawę na stronie. Zechcesz na chwilkę opuścić miłe towarzystwo doktora i poświęcić mi minutkę?
Dziewczyna odeszła od stolika, o który się opierała, i powiedziała:
– Oczywiście.
Wyszli na korytarz zostawiając Diodaka samego ze strażnikami. Minęły trzy bardzo dla niego długie minuty i pojawili się znów. Natalie podeszła do Diodaka i położyła rękę na oparciu jego krzesła, a kogut, trzymając wciąż dłoń na klamce, uśmiechnął się złośliwie na ich widok, po czym zwrócił się do swoich ludzi:
– Zostawmy gołąbeczki same, panowie.
Wszyscy trzej wyszli. Natalie i Diodak zostali sami.
Wynalazca popatrzył na agentkę z niepokojem. Przez chwilę trwała między nimi cisza. Widząc w jego ciemnych jak dwa węgielki oczach troskę i zdenerwowanie i pamiętając wszystkie przeprowadzone z nim rozmowy, Natalie pomyślała, że po raz pierwszy od bardzo długiego czasu spotkała kogoś takiego jak on. Kogoś, kto byłby tak miły, dobroduszny i prostolinijny. Kogoś kto miałby w sobie ten dziecięcy idealizm i pragnienie pomagania ludziom. Być może to była kwestia przyzwyczajenia do naukowców PTAK-u, ale uważała te cechy za bardzo urocze. Sama nie była pewna, czy postawa jej więźnia jej imponowała, czy też była jej obojętna, jednak sprawiła ona, że Natalie chciała…
Potrząsnęła głową. Cokolwiek o nim myślała, nie mogła pozwolić, aby jej „głupi nawyk” uniemożliwił jej wykonanie misji. Najpierw była agencja, potem przyjemność. Sentymenty mogły jej tylko zaszkodzić. Tego uczył ją Zakuty Dziób i miał całkowitą rację.
Natalie stanęła przed Diodakiem i z wyrazem smutku na twarzy oznajmiła cicho i spokojnie:
– Jest coś, co powinien pan wiedzieć, doktorze D. – Przerwała i popatrzyła najpierw w dół, a potem na jego twarz. Diodak zaniepokoił się jeszcze bardziej. Dopiero po kilku chwilach milczenia Natalie kontynuowała: – Dowiedziałam się, że Sknerus McKwacz, pański pracodawca, wyruszył z Kaczogrodu, aby pana znaleźć.
Na twarzy Diodaka pojawił się szeroki uśmiech.
– Pan McKwacz? Naprawdę?
Natalie przytaknęła, a Diodak o mało nie zaczął tańczyć z radości po pokoju. A więc Wolframikowi się udało… Dotarł do pana McKwacza i przekazał mu wiadomość. A skoro pan McKwacz jedzie, aby mi pomóc, na pewno wziął ze sobą również Śmigacza i Robokwaka. A więc jest nadzieja…
Natalie ciągnęła dalej.
– Prawdopodobnie już jest w Honolulu i czeka na nasz statek…
– Honolulu? – zdumiał się Diodak. – To znaczy, że jesteśmy w okolicach Hawajów.
– Tak, doktorze – odpowiedziała Natalie. – Agent Zakuty Dziób niebawem zacumuje w tamtejszym porcie, a wtedy moim zadaniem będzie odszukać i wybadać pańskiego pracodawcę. Mam odkryć jego plan, dowiedzieć się z kim przybędzie, a także parę innych rzeczy. To czego się dowiem, przekażę agentowi Zakutemu Dziobowi, aby mógł zniweczyć plan uratowania pana.
Znów przerwała i pozwoliła, aby doktor D doszedł do właściwych wniosków. W pierwszej chwili Diodak wydawał się zaskoczony tym co usłyszał, ale zaraz potem zdziwienie ustąpiło miejsca zrozumieniu pewnej gorzkiej prawdy. Przecież to, że Natalie słuchała jego opowieści, nie oznaczało, że nagle wystąpi przeciwko swojemu pracodawcy. Ale dlaczego mówiła mu to wszystko? Mogła to zachować dla siebie, więc po co tak otwarcie wyjawiła, jaka jest jej następna misja?
– Jednakże nie powiem mu całej prawdy – oświadczyła, znów się do niego uśmiechając i zaglądając mu w oczy. – Wręcz będę bardzo, bardzo oszczędna w szczegółach. A resztę zachowam dla pana, doktorze. Ale ciii. – Przycisnęła palec do ust. – To będzie nasza mała tajemnica.
Diodak rozpromienił się i wstał. Następnie chwycił oburącz dłoń agentki i potrząsnął nią wylewnie wyrażając swoją wdzięczność.
– Dziękuję pani. Bardzo pani dziękuję.
Kiedy wreszcie uwolnił jej rękę ze swojego uścisku, przez myśl Natalie przeszło jedno pytanie: Czy robi dobrze?
Sknerus i jego siostrzeńcy przechadzali się wzdłuż Portu Honolulu i oglądali uważnie każdy zacumowany liniowiec. W innej części portu Śmigacz i Cyfron robili to samo. Obie ekipy porozumiewały się przez krótkofalówki chłopców. Jak na razie jednak żaden z luksusowych statków nie wydawał się być tym, którego szukali przez więcej jak kwadrans. A przecież punkt na radarze niedawno przybił do tego właśnie miejsca.
Starzec powoli zaczynał mieć złe przeczucia. Co jeśli porywacze Diodaka odkryli nadajnik i aby zmylić pościg, wyrzucili go gdzie indziej, na przykład do szalupy? Co jeśli załoga„Odyseusza” zorientowała się, że Sknerus wpadł na jego trop, i zmienili nazwę jednostki? I co jeśli Diodakowi coś się stało? Coś bardzo złego?
– Panie McKwacz! – Wydobywający się z krótkofalówki głos Śmigacza wyrwał jego pracodawcę z rozmyślań.
Sknerus odebrał od Dyzia urządzenie i odezwał się do pilota:
– Słyszę cię, Śmigacz. Znaleźliście coś?
– Nie coś, panie McKwacz. Znaleźliśmy „Odyseusza”!
– Gdzie jesteście?
– Wujku, widzę ich! – zawołał Hyzio i wskazał palcem małe sylwetki obu mężczyzn.
Sknerus też ich dojrzał, po czym powiedział do pelikana przez krótkofalówkę:
– Widzicie może Diodaka?
Śmigacz i Cyfron popatrzyli na stojący w dokach statek. Obejrzeli go ze wszystkich stron na tyle na ile pozwalał im na to fakt, że liniowiec stał w porcie z boku, drugi bok zaś skierowany był na morze i przez to niedostępny ich poznaniu. Szukali w oknach znajomej głowy z sianem rudych włosów albo chociaż sygnałów SOS podobnych do tych, które Diodak wysyłał Donaldowi. Bez skutku. Liniowiec wydawał się być opuszczony, pozbawiony zarówno załogi, jak i pasażerów.
– Nie za bardzo, panie McKwacz – odpowiedział na pytanie bogacza pilot.
– Poczekajcie na nas. Zaraz przyjdziemy.
Śmigacz rozłączył się i czekał. Wraz z Cyfronem znów spojrzeli na liniowiec przed sobą.
– Duży statek – stwierdził księgowy i popatrzył na pilota. – Trzeba sprawdzić co jest w środku.
– Ale nie za bardzo mamy jak. Chyba, że… – Na twarzy Śmigacza zagościł uśmiech podobny do tego, który pojawiał się na twarzy Diodaka, kiedy miał świetny pomysł. – Tak, to mogłoby się udać.
W tej chwili przybył Sknerus i jego siostrzeńcy. Oparł ręce na lasce i przyjrzał się uważnie statkowi. Mógłby tam teraz wtargnąć i zacząć szukać Diodaka, ale wiedział, że to nienajlepszy pomysł. W momencie, kiedy nie znał rozmieszczenia pokoi, nie wiedział ilu agentów znajduje się na pokładzie ani gdzie powinien szukać wynalazcy, brawura po prostu nie wchodziła w grę. Sknerus popatrzył na radar, a potem znów na statek. Wyglądało na to, że wszystko się zgadzało; że gdzieś na pokładzie tego liniowca znajdował się Diodak, który czekał na ratunek. Byli tak blisko, a jednocześnie tak daleko.
Wtem Cyfron nachylił się do ucha swojego pracodawcy i (zapewne, aby Śmigacz go nie usłyszał) szepnął:
– Mam przy sobie skafander, panie McKwacz. – Poklepał swoją teczkę. – Mogę tam wejść i…
Sknerus przerwał mu gestem dłoni, wciąż wpatrując się w statek.
– Musimy być ostrożni. Potrzebny nam dobry plan, ale nie możemy go omawiać tutaj. Oni mogą nas usłyszeć i się przygotować. – Odwrócił się w stronę chodnika prowadzącego do przedmieścia. – Chodźmy do hotelu.
Bez słowa Śmigacz, Cyfron i chłopcy poszli za nim. Żaden z nich nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że są obserwowani przez dwie osoby. Pierwszą z nich był niewidoczny z lądu, siedzący w mostku Zakuty Dziób. Drugą była ukryta w tłumie przechodniów Natalie, która natychmiast ruszyła za kaczkami i pelikanem do hotelu.

[FF: Kacze opowieści] Zachować sekret cz.5 – Nadzieja

 

Wolframik biegł przez długi, ciemny tunel. Po drugiej stronie czekał na niego niecierpliwy wieści Diodak. W jaskini obok Donald relacjonował przez krótkofalówkę jak supergaz radzi sobie z przechwytywaniem uwięzionych pod ziemią pieniędzy starego McKwacza. A radził sobie całkiem dobrze – oblekł forsę balonem i podniósł ją delikatnie do góry, zgodnie z oczekiwaniami swojego twórcy. Wyglądało więc na to, że wynalazek Diodaka okazał się sukcesem.
Nagle jaskinię ogarnęły wstrząsy. Wolframik przyśpieszył kroku.
– Co się dzieje? – Z końca tunelu dobiegł go nerwowy głos Diodaka. – Czy to trzęsienie ziemi? Tylko tego nam brakowało! – Po chwili jednak dodał, nie kryjąc radości: – Nie! To monety muszą się wznosić w górę pieczary! Mój wynalazek działa!
Wolframik nareszcie znalazł się po drugiej stronie, ale Diodak go nie zauważył. Zbyt bardzo pochłonięty był swoim odkryciem. Ruszył z miejsca tak szybko, że podmuch powietrza zrzucił mu z głowy kapelusik. Sam wynalazca wydawał się nawet tego zauważać.
– Biegiem do skarbca! Muszę zobaczyć jak to się skończy!
W pierwszej chwili Wolframik pomyślał, że ten kurak kiedyś straci głowę, jeśli ktoś o niego nie zadba. Potem żaróweczka skorzystała z danych jej przez Diodaka rączek, złapała nakrycie głowy i pobiegła za wynalazcą. Ten spotkał się ze Sknerusem, kiedy starzec właśnie wychodził ze skarbca, witając Diodaka z otwartymi ramionami. Dopiero wtedy Wolframikowi udało się dogonić swojego twórcę i przyczepić się do jego kamizelki.
– Panie McKwacz, ja… – zaczął kurak, ale bogacz mu przerwał:
– Diodak! Mój bohater!
Diodak zatrzymał się i na jego twarzy pojawił się uśmiech. Podczas gdy Sknerus chwalił jego pomysł i jego samego, Wolframik wspiął się na głowę Diodaka i położył na jej szczycie nieszczęsny kapelusik.
W sumie równie dobrze Wolframik mógł być tym, kto zadba o roztargnionego wynalazcę. Właściwie nie miał nic przeciwko. [1]
 
– Najważniejsze to dowiedzieć się czegoś o „Odyseuszu” – oświadczył Sknerus. – Musimy odszukać ten statek, a potem znaleźć jakiś sposób, aby poznać układ pomieszczeń, rozstawienie straży i ich uzbrojenie.
– Wolframik – odezwał się do siedzącej mu na ramieniu żaróweczki Fulton. – Może przypominasz sobie coś o ludziach, którzy uprowadzili Diodaka? Cokolwiek.
Pomocnik Diodaka przerwał swoje rozmyślania nad zamierzchłą przeszłością i zaczął się gorączkowo zastanawiać. Nie lubił wracać do zajścia z poprzedniej nocy, ale skoro wymagała tego misja… Przypomniał sobie jak trzej intruzi dobijali się do drzwi warsztatu, a odźwierny dzielnie ich powstrzymywał; jak Diodak schował gumkę do kieszeni, a potem zawołał do siebie swojego pomocnika; jak kazał mu uciec i wezwać pomoc. Wolframik przypomniał sobie jak nie chciał go opuszczać, ale Diodak był uparty, a porywacze…
Wolframik aż się wyprostował. Dlaczego wcześniej mu to umknęło? Jak mógł to przeoczyć?
Zeskoczył na kolana Fultona i przedostał się na teczkę Cyfrona. Ponieważ nie było nic, co pomogłoby mu wystukać to, co miał do powiedzenia, Wolframik zaczął tupać.
– Szybko, dajcie Cyfronowi kartkę i długopis! – zawołał Sknerus.
Z pomocą księgowemu przyszedł Śmigacz, który otworzył schowek w desce rozdzielczej i wyciągnął z niej notes z zaczepionym o okładkę długopisem. Cyfron natychmiast wziął się do pracy, a Śmigacz, Sknerus, Fulton i schowani pod kocami Hyzio, Dyzio i Zyzio czekali ze zniecierpliwieniem na to, co odkryje księgowy.
– Co to za stukanie? – zapytał najciszej jak potrafił Megajonek, który jako jedyny nic nie rozumiał.
– W ten sposób Wolframik może się z nami komunikować – wyjaśnił Dyzio. – A teraz bądź cicho.
Sknerus i Fulton odwrócili się za siebie. Śmigacz również usłyszał szepty chłopców, ale musiał pilotować samolot, zaś Cyfron skończył odszyfrowywanie wiadomości żaróweczki i dopiero wtedy spojrzał za siebie.
– Kiedy ja nie wiem, w jaki sposób stukanie można uznać za komunikację. To Morse? – ciągnął dalej Megajonek, a Sknerus i Fulton podnieśli się ze swoich miejsc i zaczęli ostrożnie zbliżać się do koca.
– Nie, idioto – syknął Zyzio. – To szyfr na zasadzie przydzielania literom alfabetu liczb.
Obaj starcy złapali dwa końce koca, ale jeszcze ich nie podnosili. Sknerus odwrócił się do Fultona i jego usta wypowiedziały bezdźwięcznie słowa: „Na trzy.” Fulton tylko przytaknął.
– Nie jestem idiotą – odparł Megajonek.
– Jesteś, bo zadajesz głupie pytania – odpowiedział Hyzio. – Jeśli dalej tak pójdzie to nas…
– Trzy! – zawołał Sknerus i wraz z Fultonem ściągnęli płachtę, odsłaniając  kryjące się pod nim maluchy.
Teraz wszyscy czterej chłopcy spoglądali niepewnym wzrokiem na stojących nad nimi dorosłych. Po chwili na twarzach Megajonka, Hyzia, Dyzia i Zyzia pojawiły się nerwowe uśmiechy. Fulton założył ręce na ramiona, a Sknerus oparł się na lasce, obaj zaś przyglądali się malcom z wyraźnym niezadowoleniem.
– Co ty tu robisz, Megajonku? – spytał swojego wnuka Fulton.
– Mówiłem wam, chłopcy, że tym razem ze mną nie idziecie – powiedział do siostrzeńców Sknerus. – To zbyt niebezpieczne.
Wszyscy czterej od razu podnieśli się na równe nogi. Nagle nie byli już ani trochę przestraszeni, tylko zdeterminowani.
– Idziemy z wami i już! Nie wykurzycie nas! – oświadczyli stanowczo jak jeden mąż.
– Wykluczone. To… – zaczął Fulton, ale Sknerus podniósł rękę, każąc mu milczeć, po czym znów położył obie dłonie na lasce.
– Powiedzcie mi, malcy – zagadnął do nich spokojnym tonem – odpaliliście w hangarze Śmigacza fajerwerki, aby odwrócić naszą uwagę, prawda? – Nieśmiało przytaknęli. Sknerus ciągnął dalej: – I wślizgnęliście się do środka, kiedy my wybiegliśmy sprawdzić co się dzieje, czy tak?
Znów kiwnęli głowami.
– To był właściwie plan Megajonka – wyjaśnił Dyzio.
– Ależ to perfidne! – wykrzyknął Cyfron. – Panie McKwacz, proponuję ich sprać, tu i teraz!
Sknerus milczał przez chwilę, a potem na jego twarzy pojawił się uśmiech. Starzec zachichotał pod nosem, po czym pogłaskał każdego z chłopców po głowie, czym wzbudził dziwienie nie tylko Fultona, Wolframika i Cyfrona, ale także samych pogłaskanych.
– Starzeję się – powiedział, wciąż się uśmiechając. – Zapomniałem jak bardzo moi malcy są do mnie podobni. – Następnie zwrócił się do Fultona: – I zdaje mi się, że Megajonek również zaczyna przypominać swoich przodków.
– O co panu chodzi, panie McKwacz? – zapytał starzec lekko poirytowanym tonem.
– Nie miałem nic złego na myśli – odparł Sknerus i usiadł znów na swoim miejscu. – Chodziło mi tylko o to, że miałem do czynienia z trzema członkami waszej rodziny, pomijając oczywiście tego małego – wskazał laską Megajonka i zaraz ją opuścił – a każdy okazał siłę swojego intelektu. Najpierw pański ojciec, panie Fultonie, wydawał mi się zwykłym wędrownym sprzedawcą, ale z pomocą jego oczyszczających wodę kulek udało nam się ze stryjem Angusem odnaleźć skarb, nie mówiąc już o tym, że jako mechanik na moim statku uratował nas obu przed pewną śmiercią[2].
– A no tak – odrzekł Fulton i sam usiadł. – Opowiadał mi o tym kotle wypełnionym bawełną.
– Potem był pan, panie Fultonie, który jako jeden z protoplastów Młodych Skautów zajmował wraz z kolegami Kaczogródzki Fort[3].
– Pamiętam, pamiętam – przyznał, tym razem się uśmiechając. – Nadal nie rozumiem jak można było sprzedać ziemię, na której stał taki zabytek.
– Muszę przyznać, że kiedy was wygoniłem, nie myślałem, że napiszecie do prezydenta, ani tym bardziej, że on wam odpowie, wysyłając wojsko. Na szczęście prezydent był moim znajomym, a przy okazji tej całej afery udało nam się przymknąć Braci Be.
– Zaraz, zaraz – przerwał mu Megajonek. – Skoro znał pan pradziadka Newtoniusza i pamięta dziadka z czasów, kiedy był skautem, to ile w końcu ma pan lat?
– Młody człowieku, starszym się nie przerywa – oznajmił ostro Sknerus.
– A ja wciąż mam gdzieś w domu tę klamkę, którą dał pan jako dotację na Młodych Skautów – zmienił temat Fulton. Zaraz jednak w zamyśleniu przytknął rękę do dzioba. – Chociaż może też leżeć u Diodaka.
– No właśnie, Diodak – powiedział Sknerus, przechylając się bardziej do przodu. – On też jest kimś więcej, niż się wszystkim wydaje. Robi te swoje wynalazki dla ludności, które nierzadko nie idą jak trzeba; czasem jego umysł jest nieobecny, ale nie można powiedzieć, że kiedy napotyka na problem, to nie potrafi szybko wymyśleć rozwiązania. – Nagle jego twarz przybrała smutny wyraz. – Na pewno teraz też szuka jakiegoś sposobu, aby się uwolnić.
Po odstawieniu do celi Diodak usiadł pod ścianą, skulił kolana i złapał się za głowę.
Pokazali mu jego miejsce pracy – przestronne pomieszczenie z profesjonalną deską kreślarską, przyrządami do łączenia i rozszczepiania części pancerza, mikroskopem elektronowym i innymi rzeczami, o których Diodak – spędziwszy całe życie w prostym warsztacie – tylko słyszał. Jasne, w KAW dysponował technologią na całkiem wysokim poziomie, ale mimo wszystko zawsze wolał staromodne narzędzia i przyrządy codziennego użytku. Nie to go jednak martwiło.
Zastanawiał się czy będzie w stanie odtworzyć w pamięci plany Robokwaka i jak długo wytrzyma, pracując wbrew własnym przekonaniom. Mógł wynajdywać różne rzeczy dla Granita Forsanta – przeciwnik pana McKwacza zawsze używał ich do przedsięwzięć, które miały dopiec jego rywalowi, ale – o dziwo! – ostatecznie zawsze były to rzeczy w granicach prawa (roboty, które pomagały w budowie, raczej były legalne); mógł robić różne wynalazki dla KAW – wywiad zajmował się obroną kraju, a czasem nawet całego świata; mógł w końcu zbudować skafander Robokwaka dla pana McKwacza, bo cel był w sumie dosyć trywialny – obrona skarbca. Robokwak nie miał atakować, miał bronić i – jak się później okazało – bronił nie tylko pana McKwacza, lecz również reszty Kaczogrodu.
Diodak westchnął, wyciągnął z kieszeni kamizelki buteleczkę i przyglądał się jej przez dłuższy czas. Czuł otępienie i gorycz. Wyglądało na to, że miał tylko dwa wyjścia – pracować dla PTAK-u albo wypić zawartość buteleczki. Żadne z nich mu się nie podobało. Chciał zachować twarz, chciał pozostać dobrym człowiekiem, za którego się uważał. Wiedział, że Zakuty Dziób mu na to nie pozwoli.
Nagle jego wzrok przeniósł się z buteleczki na wciąż stojące w jego celi krzesło. Jakoś tak na zasadzie skojarzeń stanęło mu przed oczami pewne wspomnienie. Wspomnienie Babci Kaczki przywiązującej go do krzesła.
To przyrząd do sprawiania, aby pracujący non-stop wynalazcy brali zasłużony urlop. No, a teraz, Diodaku, po prostu się zrelaksuj…[4]
Potem pomyślał o ubranym w własnoręcznie zrobioną zbroję Wolframiku gotującym się do walki z kurą; o biegającym po warsztacie Megajonku, o budujących namiot siostrzeńcach pana McKwacza, o wściekającym się o byle co Donaldzie, o Śmigaczu testującym na prośbę Diodaka kolejną machinę latającą; o panu McKwaczu dającym nura we własnym skarbcu, o Tasi i pani Dziobek zapraszających jego – Diodaka – na herbatę. Uśmiechnął się do swoich myśli, ale zaraz spoważniał i zacisnął pięść wokół buteleczki. Byli ludzie, którzy go kochali, a on zamierzał kiedyś do nich wrócić.
Jest trzecie wyjście– powiedział sobie. – Wymaga dużo pracy i przygotowań, a do tego jest bardzo ryzykowne, ale gra jest warta świeczki…
– Jednakże obawiam się, że sam nie będzie w stanie zbyt wiele zdziałać – ciągnął dalej Sknerus. – Dlatego właśnie jest mu potrzebna nasza pomoc. Co prowadzi nas do… – odwrócił się do swojego księgowego – wiadomości, którą chciał nam przekazać Wolframik. Czytaj, Cyfron, co też tam naskrobałeś.
Cyfron spojrzał w dół na leżącą na jego teczce kartkę.
– „DOKTORD”. Hm… To chyba nawet nie jest słowo.
Wolframik zabrał księgowemu długopis i postawił na kartce dwie kreski: jedną po „R”, a drugą obok ostatniej litery. Wszyscy – poza pilotującym samolot Śmigaczem – podeszli szybko i zaczęli zaglądać przez ramię na słowo.
– To brzmi jak ksywka jakiegoś zbira – skomentował Dyzio i zwrócił się do Wolframika: – Czy to on porwał Diodaka?
Żaróweczka machnęła przecząco rękoma, po czym zaczęła coś bzyczeć, zginając lekko dłonie i przesuwając nimi po głowie jakby chciała zaznaczyć, że ma wokół niego jakieś kółko.
– Nic nie rozumiem – odpowiedział Sknerus.
Megajonek jednak zrozumiał, ale milczał, bo nie był pewien czy dobrze. W końcu wygłosił niepewnie swoje przypuszczenie:
– Chcesz powiedzieć, że oni tak nazywali wujka? Doktorem D?
Nagle Śmigacz zszedł gwałtownie w dół, sprawiając, że Wolframik i chłopcy poupadali na podłogę. Przez moment nie widział przed oczami nieba, tylko korytarz KAW i wielkie, ciężkie drzwi, na których narysowana była żarówka, a nad nią wielkie litery: „Dr D”. Następnie śmignął mu przed oczami obraz siedzącego przy stole i przyglądającego się uważnie czarnej peruce Diodaka.
– Diodak! Ty też pracujesz dla KAW?
– U pana McKwacza nie zarabiam nawet na czynsz! A tu jestem panem D…[5]
– Śmigacz, co ty robisz?! – Wrzask jego szefa obudził pilota i zaraz Śmigacz wyrównał lot.
Przez chwilę trwała cisza. Śmigacz próbował ustalić, co właśnie odkrył. Był tym bardzo podekscytowany, ale nie wiedział, czy powinien zdradzać cokolwiek na temat KAW. W końcu to były poufne informacje.
– Co to było, Śmigacz? Chciałeś nas pozabijać? – dopytywał się Sknerus.
– Właśnie coś odkryłem, ale nie wiem, czy powinienem wam mówić – wyjaśnił niepewnie Śmigacz.
– Jeśli to coś związanego z Diodakiem i z ludźmi, którzy go porwali, to lepiej powiedz – odparł Fulton. – To nam może pomóc w jego odnalezieniu.
Pelikan zerknął na przyglądających mu się z uwagą pasażerów, po czym spojrzał na to, co było przednim, wziął głęboki oddech i oświadczył:
– Dobrze, powiem, ale musicie mi przysiąc, że to, co powiem, nie opuści tego samolotu.
– Dobra, dobra, przysięgam – odrzekł zniecierpliwiony Sknerus.
– My też! Słowo skauta! – powiedzieli chórem chłopcy, niemal jednocześnie przykładając dłoń do piersi.
Fulton i Cyfron przysięgli również i Śmigaczowi nie pozostało nic więcej, jak tylko przejść do rzeczy:
– Panie McKwacz, pamięta pan jak byłem podwójnym agentem dla KAW?
– Tak – odrzekł Sknerus, marszcząc brwi, a potem nagle podniósł je w akcie zdumienia. – Chcesz powiedzieć, że Diodak…?
– Nie jest szpiegiem per se – wyjaśnił pilot. – Robi gadżety dla KAW, ale nic poza tym. Nazywają go tam panem D albo doktorem D.
– Wujek Diodak pracuje dla wywiadu? – Megajonek nie potrafił powstrzymać ekscytacji. – Super!
– To znaczy, że ludzie, którzy porwali mojego syna też mogą być szpiegami – podsumował Fulton.
– Albo znają go z agencji – wtrącił Śmigacz.
– A właśnie, mały. – Sknerus spojrzał na Wolframika piorunującym wzrokiem. – Znasz alfabet i umiesz posługiwać się długopisem. W takim razie dlaczego wcześniej nie oszczędziłeś nam tego całego szyfrowania i po prostu nie napisałeś o co ci chodzi?
Wolframik zabzyczał coś i wzruszył ramionami.
– Mówi, że bazgrze – przetłumaczył Megajonek.
Niebawem on, Hyzio, Dyzio i Zyzio poczuli się senni, więc Sknerus kazał im iść spać na tyłach samolotu. Po jakimś czasie Fulton i Cyfron również zasnęli na siedząco i tylko Sknerus, Wolframik i Śmigacz byli przytomni. Podczas gdy pelikan pilotował w ciszy samolot, a żaróweczka siedziała nieruchomo i przyglądała się widokowi za oknem, bogacz pogrążył się w rozważaniach.
Dawno nie wspominał starego Newtoniusza. Właściwie to po Jawie całkowicie zerwał z nim stosunki. Obaj zajęci byli swoimi sprawami – kaczor pomnażaniem pieniędzy, a kurak… Sknerus nie wiedział nawet, czym się zajmował. W tym czasie wiele się wydarzyło. Newtoniusz spłodził syna, który potem sam stał się ojcem. I dopiero z wnukiem swojego dawnego współpracownika, a potem mechanika, Sknerus znów zaczął spotykać się jakoś częściej, zwłaszcza, że Diodak był bardzo podobny do dziadka, zarówno fizycznie jak i pod względem zachowania. I tak jak kiedyś Sknerus ufał Newtoniuszowi, tak teraz ufał Diodakowi. Chociaż Diodakowi zdarzały się chwile głupoty i często jego wynalazki okazywały się niepowodzeniem, bogacz nigdy nie pomyślał nawet o zleceniu pracy innemu wynalazcy. Sam nie był pewien, czy to z przyzwyczajenia, sentymentu, czy też może dlatego, że mimo wszystko Diodak był nieodrodnym wnukiem Newtoniusza i był tak samo kompetentnym pracownikiem jak jego dziadek.
Być może też przez te wszystkie lata zlecania mu różnych rzeczy i spotykaniu się z nim przy tej, czy innej okazji, Diodak stał się dla niego kimś więcej niż tylko zleceniobiorcą. Tak jak Śmigacz, Cezar czy pani Dziobek, był też kimś w rodzaju przyjaciela. I właśnie dlatego Sknerus ruszał mu teraz na ratunek. To samo zrobiłby dla każdej bliskiej mu osoby.
Popatrzył na siedzącego obok Wolframika.
– Nie martw się – powiedział do żaróweczki, a pomocnik Diodaka szybko odwrócił się w jego stronę. – Twój szef wróci do ciebie cały i zdrowy, jakem Sknerus McKwacz.
Zamek zazgrzytał i do pogrążonej w ciemnościach celi weszła Natalie. Diodak poznał ją od razu, nawet zanim kliknęła jakiś niewidoczny w mroku przycisk na ścianie i włączyła światło. W ręce trzymała ładnie złożone ubrania. Na samym wierzchu znajdowała się piżama, a pod spodem jakieś spodnie i chyba śnieżnobiała koszula.
– Dlaczego siedzi pan na podłodze, a nie na krześle, doktorze D? – spytała z najszczerszym zdumieniem na twarzy.
– Byłem do niego przywiązany przez cztery godziny – odpowiedział krótko i chłodno, podnosząc się na równe nogi. Zaraz jednak zobaczył wyraz twarzy agentki i pożałował swoich słów. – Przepraszam, nie powinienem. To w końcu nie pani mnie związała – dodał z nerwowym uśmiechem. Następnie podszedł do zbitej z pantałyku Natalie i odebrał od niej ubrania. – Jak sądzę to mój strój na zmianę.
– Tak jest – odparła agentka i uśmiechnęła się przyjaźnie. – Pan się przebierze, doktorze, a ja zabiorę pańskie ubranie i je upiorę. Musi być już bardzo nieświeże.
– Teraz zaraz? – zdziwił się Diodak.
Nie będzie jak ukryć nadajnika i butelki. Poza tym – mam się przebrać na jej oczach?
– Proszę się nie martwić, doktorze – odpowiedziała, odwracając się do niego tyłem. – Nie będę patrzeć.
Mimo wszystko nie był spokojny. Nie chodziło już o to, że mógłby zostać przez nią nakryty na trzymaniu w kieszeniach różnych rzeczy, ale o fakt zmieniania ubrania w obecności osobnika płci przeciwnej. Już na samą myśl o tym trzęsły mu się ręce. Musiał jak najszybciej przekonać Natalie, żeby dała mu się ubrać na osobności.
– Ja wiem, że kazano pani mieć mnie na oku – zaczął niepewnie, a ona odwróciła się twarzą do niego – ale już się zgodziłem na pracę dla PTAK-u i zapewniam, że nie ucieknę.
Uśmiechnęła się do niego uwodzicielsko i zrobiła krok wprzód. Teraz dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. Po chwili spojrzała mu w oczy i odezwała się znów:
– Wie pan, doktorze, ta pańska nieśmiałość jest nawet urocza. Tak rzadko mężczyźni okazują wstydliwość… Myślę, że dobrze będzie się z panem pracowało.
Weź się w garść. To tylko kobieta… Diodak wziął głęboki oddech i odpowiedział stanowczo:
– Po prostu niech pani zostawi te ubrania na krześle, a jutro oddam pani pranie.
– No dobrze – odparła, wzruszając ramionami i odwracając się w stronę drzwi. – I tak nie ma pan jak uciec. – Przeszła kilka kroków, ale tuż przed wejściem zatrzymała się i spojrzała znów za siebie. – Jesteśmy na pełnym morzu.
Nie tylko dlatego, dranie… – chciał powiedzieć, ale jedynie zacisnął pięści i po prostu pozwolił jej wyjść. Następnie położył ubrania na krześle i zaczął się przebierać w piżamę. Zanim jednak położył się do łóżka, zaczął szukać jakiegoś dobrego miejsca, gdzie mógł włożyć buteleczkę i nadajnik. Kieszenie w spodniach były  zbyt obcisłe, oba przedmioty za bardzo by się wyróżniały, ale niebawem Diodak odkrył ze zdumieniem, że to, co wcześniej wziął za koszulę było tak naprawdę kitlem.
– A to ci dopiero… – powiedział uśmiechając się do swoich myśli, po czym zajrzał do „butonierki” kitla.
Wyglądała całkiem przestronnie. Zmieścił by się w niej długopis, notes i coś do jedzenia. Była idealna. Szybko przeniósł gumkę i butelkę do środka, po czym rozłożył kitel na oparciu krzesła. Następnie podszedł do miejsca, gdzie spoczywała ręka Natalie, kiedy agentka włączyła światło, i od razu odnalazł przycisk. Zadziwiające, że nie zauważył go wcześniej, a być może nawet zauważył, tylko zapomniał, że on tam był. Często zdarzało mu się coś takiego. Właśnie dlatego dobrze było mieć przy sobie Wolframika.
Na twarzy Diodaka znów pojawił się uśmiech, ale zaraz wynalazca posmutniał, gasząc światło. W ciemnościach nocy podszedł do łóżka, podniósł kołdrę i nieśpiesznie położył się na plecach. Przykrywając się pościelą, szczerze wątpił, że uda mu się zasnąć w tym obcym i nieprzyjemnym miejscu. Zamknął oczy i pozwolił swoim myślom swobodnie krążyć w jego głowie w nadziei, że sen jednak do niego przyjdzie.
Oczyma wyobraźni znów widział przed sobą Wolframika. Wspominał wciąż i wciąż błazenady swojego pomocnika. Nagle zachciało mu się śmiać, nagle ogarnął go miły spokój, nagle nie martwił się o to, co stanie się następnego dnia. Zanim się spostrzegł, zasnął z uśmiechem na ustach.
————————————————–
 [1] Ta scena pochodzi z komiksu, który opowiada o tym jak powstał pierwszy udany wynalazek Diodaka – czyli Wolframik.
[2] Dziadek Diodaka wyglądał tak: http://duckman.pettho.com/characters/ratchet.html
Miał na imię Newtoniusz (aczkolwiek nazywano go w niektórych źródłach również Zębatka Diodak) i pojawia się pierwszy raz w tym komiksie Życie i Czasy Sknerusa McKwacza: Władca Missisipi. Potem jeszcze pojawia się w innym komiksie z tej serii, tym razem Sknerus spotyka go w Jawie, badającego wulkany.
[3] Znów Życie i Czasy Sknerusa McKwacza, tym razem Invader of Fort Duckburg.
[4] A ta scena pochodzi z komiksu, w którym Diodak jedzie do Babci Kaczki na wakację, aby odpocząć od wynajdywania, ale i tak kończy na tym, że buduje maszynę, która robi mleko, jajka, kukurydzę itd. z ziemi. Chciałam to wrzucić do poprzedniego rozdziału, ale się nie dało.
[5] Nareszcie coś z serialu. Puśćcie sobie ten filmik: http://www.youtube.com/watch?v=szIp9qg2uM4 w momencie 7:12.

[FF: Kacze opowieści] Zachować sekret cz.4 – Bez wyjścia

Donald dyskretnie wszedł na mostek kapitański. Ostrożnie krążył mopem po podłodze, udając zajęcie pracą, podczas gdy admirał obserwował radar. Oczy Donalda skierowały się w stronę przełożonego, który na razie wydawał się nie zdawać sobie sprawy z jego obecności. Powoli kaczor zbliżył się do admirała pod pozorem posprzątania koło steru. Dłonie rozluźniły uścisk wokół rączki i Donald zaczął o wiele mniej energicznie myć podłogę, skupiając się niemal całkowicie na tarczy radaru.
Urządzenie odbierało sygnały dwóch obiektów: jeden z nich oddalał się od statku, więc Donald spojrzał przez okno. Jak się spodziewał, sygnał ów należał do lecących nad morzem mew. Znów popatrzył na radar, a tam inny obiekt znajdował się daleko (jakiś kilometr w rzeczywistości, chyba, że Donaldowi znów coś się pomyliło) od środka, ale się nie przemieszczał (a przynajmniej robił to bardzo powoli). Donald pamiętał, że według instrukcji wujka Sknerusa miał zwracać uwagę na każdy obiekt pływający i latający na pełnym morzu, bo urządzenie, które odbierało nadajnik Diodaka, pokazywało miejsce oddalone od lądu. Mimo to majtek naprawdę nie był pewien, czy to, co widział pulsujące na pokładowym radarze, jest tym, czego szukali.

– Co ty tu robisz, Kaczor?! – Ostry ton admirała wyrwał Donalda z rozmyślań. – Albo dokończysz to, co zacząłeś, albo wynoś się. Najlepiej to drugie.
Donald natychmiast stanął na baczność i zasalutował.
– Proszę o zezwolenie na zadanie pytania! – oznajmił, a admirał westchnął ze zrezygnowaniem.
– O co chodzi, Kaczor? Byle szybko.
Donald przyjął pozycję „spocznij” i mniej oficjalnym, acz niepozbawionym respektu tonem przeszedł  do sedna sprawy:
– Czy wiadomo nam o innych stacjonujących tu jednostkach?
– Nie o wszystkich, ale na pewno jest paru naszych na tych wodach, w tym przynajmniej dwa lotniska nawodne i chyba z czterdzieści łodzi podwodnych. A są jeszcze jednostki cywilne, patrole morskie, ekspedycje naukowe… W ogóle to nie powinno cię interesować, Kaczor, więc kończ pracę albo śmigaj stąd.
– Tak jest, panie admirale. – Donald znów stanął na baczność, po czym powrócił do sprzątania.
Admirał wygonił majtka z mostka, jednakże Donald zamierzał zebrać trochę więcej informacji. Po pierwsze dlatego, że nie chciał dzwonić do wujka Sknerusa z pustymi rękami, a po drugie – miał zamiar odnaleźć Diodaka i go uwolnić. Wyobrażał to sobie jako wielki, heroiczny wyczyn pełen zawrotnych zwrotów akcji i walk na miecze, które ostatecznie kończyły się jego zwycięstwem; no i Donald wymarzył sobie, że kiedy przybędą wujek Sknerus i inni, poklepią go po ramieniu, a admirał awansuje.
Tak, to będzie brawurowa misja ratunkowa.
– Obiad – oświadczył oschle postawny mops o niezbyt przyjaznej twarzy, który otworzył drzwi celi i wprowadził wózek z jedzeniem.
Diodak spojrzał na niego pytająco, ale nic nie odpowiedział. Nie był pewien, czy to dobrze, czy źle, że tym razem nie pojawiła się Natalie. Jego kelner – tak jak wcześniej kelnerka – ustawił wózek tuż naprzeciw siedzącego na łóżku więźnia. Lecz zamiast – jak spodziewał się tego Diodak – pozostać i pilnować go, mops wyszedł, zostawiając wynalazcę samego z jedzeniem.
Diodak przeniósł wzrok z drzwi na stojący przed nim talerz. Kotlet z ziemniakami i jakąś buraczaną surówką wyglądał całkiem nieźle. Do picia zaś była jakaś mrożona herbata. Kiedy Diodak wziął w ręce nóż i widelec, miał okazję ujrzeć coś, co wcześniej umknęło jego uwadze – sztućce były całkiem porządne, zapewne ze srebra, i do tego wypolerowane tak bardzo, że był w stanie się w nich przejrzeć. Nie ma co! – był w klatce, ale ta klatka była złota.
Nieśpiesznie zaczął spożywać posiłek, pozwalając, aby myśli krążyły swobodnie w jego umyśle. Co chwila jego wzrok padał to na talerz, to na ścianę, to na łóżko, to na szklankę, i powoli zaczął łączyć ze sobą pewne fakty. Najpierw herbata – skoro byłą mrożona, oznaczało to, że znajdował się w jakimś ciepłym miejscu i jego porywacze spodziewali się, że on to w jakiś sposób odczuje. Dalej – cała ta wyszukana zastawa świadczyła o tym, że tym statkiem płynie więcej VIP-ów, niż on. Być może szefowie PTAK-u, być może jakiś inny ważny więzień. Potem umysł Diodaka zaczął krążyć wokół ewentualnych planów ucieczki. Gdyby udało mu się zebrać jak najwięcej rzeczy, być może byłby w stanie stworzyć jakiś wynalazek, który pomógłby mu się stąd wydostać, a przynajmniej ułatwić znalezienie go.
Nagle rozmyślania Diodaka zostały przerwane przez dziwny świst, dochodzący z zewnątrz. Wynalazca zamarł na moment, a po kilku sekundach zdał sobie sprawę z tego, że ten świst pochodził ze statku. Odsunął wózek, szybko podniósł się na równe nogi i wszedł na łóżko, aby zajrzeć przez okno.
Jego oczy rozszerzyły się na widok okrętu marynarki, a chwilę potem zdał sobie sprawę z tego, że skądś go zna. W jego umyśle zamigotało wspomnienie zdjęcia na biurku pana McKwacza; zdjęcia, które przedstawiało statek bliźniaczo podobny do tego. A pod spodem było mniejsze zdjęcie, w zasadzie paszportowe, na którym był…
– Donald – wyszeptał Diodak, a jego twarz rozpromienił uśmiech.
Czy to możliwe, żeby to był tylko zwykły zbieg okoliczności? Czy to możliwe, żeby to był właśnie jego okręt? Niezależnie od tego, czy jego przypuszczenia były słuszne, czy nie, okręt marynarki – nawet bez Donalda – oznaczał możliwość ocalenia. Dlatego Diodak szybko przystąpił do dzieła.
Rozejrzał się po pokoju w nadziei, że umysł sam podsunie mu rozwiązanie. Tak też się stało. Jego wzrok natychmiast napotkał sztućce i nad głową Diodaka zapaliła się wyimaginowana żarówka. Kurak szybko wziął widelec, przetarł go jeszcze serwetką i pokręcił nim przed oknem. Niestety nie mógł go otworzyć, jednak statek znajdował się teraz w takim nachyleniu, że słońce padało akurat na widelec. Diodak aż zmrużył oczy, ale dzięki temu był w stanie dostrzec na pokładzie sąsiedniego statku znajomą postać.
A jednak to jego okręt…
Donald wyszedł na powietrze i kontynuował szorowanie pokładu. Przez pewien czas nic się nie działo. Morze było spokojne, niekiedy lekka bryza przelatywała przez okręt i muskała twarze marynarzy. A potem ktoś na mostku kapitańskim pociągnął za sznurek i rozległ się świst. Donald aż podskoczył. I wtedy jego oczy skierowały się w stronę będącego o jakieś dwadzieścia metrów i wciąż zbliżającego się do nich statku. Wyglądał na jakiś bardzo luksusowy liniowiec z mnóstwem okien i długim śnieżnobiałym dziobem. No, tak. W końcu byli na Hawajach. Zastanie jakiegoś statku wycieczkowego w tych okolicach było właściwie kwestia czasu. Być może nawet to było to coś, co wykrył wcześniej radar.
Mimo to Donald nie potrafił oderwać od niego wzroku, tym bardziej, że ten statek było coraz bliżej jego okrętu (choć sądząc po znajomym uczuciu ruchu, to raczej okręt zmierzał w stronę liniowca, a nie na odwrót). A im bliżej był, tym bardziej majtek miał wrażenie, że w jednym z okien statku połyskuje jakieś dziwne światło. Niebawem dystans między okrętem marynarki a liniowcem mierzył zaledwie dwa metry, i wtedy Donald był w stanie odczytać nazwę statku – „USS Odyseusz” – i zauważyć w oknie jakąś małą postać wymachując czymś odbijającym blask słońca. Kaczor odłożył mop do wiadra, oparł się o barierkę i wychylił niebezpieczne daleko, aby móc się lepiej przyjrzeć osobie w oknie.
Tymczasem Diodak nie przerywał ani na moment wysyłania sygnałów. Miał nadzieję, że jego przyjaciel go rozpozna i że przechwyci wiadomość. Błagam cię, Donald. Zrób coś. Cokolwiek…
Nagle na twarzy kaczora pojawiło się zdumienie, następnie – szeroki uśmiech, a potem – determinacja. Donald szybko odszedł od barierki. Diodak pomyślał, że jego życzenie było chyba trochę nieprzemyślane. W końcu co taki majtek jak Donald mógł zrobić?
Jego znajomy z Kaczogrodu podbiegł do postawnego mężczyzny, który wydawał się być kimś ważnym, i zaczął coś do niego mówić. Mężczyzna nie wyglądał na przekonanego, patrzył tylko na Donalda beznamiętnie.
– Panie admirale, mówię prawdę – przekonywał kaczor. – Wuj doniósł mi, że mój stary znajomy, Diodak, został porwany i jedyny ślad wskazuje na te okolice.
Proszę, uwierz mu– modlił się Diodak. – Wiem, że bywa kłopotliwy, nadpobudliwy i niemądry, ale  w tej jednej kwestii mu uwierz. Uwierz, że jestem tutaj i potrzebuję pomocy…
– Masz wybujałą wyobraźnię, Kaczor – odpowiedział na prośby podwładnego admirał. – Właśnie dlatego wciąż jesteś tylko majtkiem.
Donald poczuł jak nadchodzi jeden z tych licznych momentów, kiedy bardzo chciał swojemu przełożonemu przyładować, ale z oczywistych względów musiał się powstrzymać. Wziął głęboki oddech i przystąpił znów do przekonywania admirała.
– Panie admirale, niech pan spojrzy w te stronę. – Wskazał okno, w którym Diodak wciąż wysyłał sygnały. Admirał natychmiast przewrócił oczami, ale zaraz skierował tam wzrok. Tymczasem Donald dodał: – Czy nie widzi pan, że to sygnał SOS?
Admirał przyglądał się przez moment światłu odbijającego się od okna. Diodak nie ustawał wysyłaniu sygnałów, wręcz robił to teraz z jeszcze większą determinacją. Obaj z Donaldem czekali w napięciu na reakcję dowódcy i mieli szczerą nadzieję, że admirał uwierzy swojemu podwładnemu i własnym oczom.
Tymczasem sam dowódca okrętu nie był pewien, co widzi. Ostatecznie w tym oknie mogło stać jakieś szklane naczynie albo lustro, albo jeszcze co innego… Wiedział jednak, że skoro Donald się tym ekscytuje, nie można było traktować tego z pełną powagą. Dość często zdarzało się, że wznosił alarm, bo coś sobie ubzdurał.
Po kilku sekundach wysyłania sygnałów do admirała, drzwi do celi Diodaka się otworzyły i wynalazca zamarł w obawie, że to Zakuty Dziób. Do celi weszła jednak postawna kura z krótko obciętymi włosami przykrytymi czerwoną chustą; w jasnej, akwamarynowej sukience i fartuchu. Kobieta niosła w jednej ręce wiadro, a w drugiej – mopa, więc Diodak odetchnął z ulgą. To była tylko sprzątaczka.
Po chwili posłała mu chłodne spojrzenie i, podchodząc bliżej do łóżka, powiedziała ostro:
– Kto to widział stać w butach na łóżku… Teraz będę musiała po panu sprzątać?!
– Och. – Diodak popatrzył na dół, po czym uśmiechnął się do sprzątaczki nerwowo. – Przepraszam, ja tylko…
Nagle na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Szybkim ruchem podniosła mopa i podcięła Diodakowi nogi, sprawiając, że wylądował z trzaskiem na podłodze. Sprzątaczka pochyliła się nad nim i przyłożyła rączkę mopa do jego twarzy.
– Proszę się nie martwić, doktorze D. Jestem znana z tego, że lubię sprzątać – oświadczyła, po czym spoważniała i zbliżyła się do jego twarzy. – Chciał pan wezwać pomoc, doktorze. Bardzo niemądrze[1].
Po chwili uderzyła go mopem w twarz. Przez chwilę Diodak miał wrażenie, że jego dolna szczęka się złamała, ale pokręcił żuchwą i z ulgą stwierdził, że wszystko było dobrze.
Donald poczuł przypływ chłodu, kiedy światło w oknie – a wraz z nim Diodak – zniknęło. Tymczasem na pokład linowca wyszedł kogut w stroju kapitańskim i ze stalowym dziobem. Stanął naprzeciw admirała, który uśmiechnął się złośliwie, potem jednak jego twarz przybrała bardziej profesjonalny wyraz.
– Witam, kapitanie – odezwał się do koguta.
– Witam, admirale – odpowiedział Zakuty Dziób. – W czym mogę służyć?
Admirał spojrzał na swojego podwładnego, a potem zwrócił się znów do kapitana statku tonem niby służbowym, ale jednak podszytym szyderstwem:
– Przepraszam, ale czy więzicie tutaj kogoś?
– Nie. – Zakuty Dziób zachichotał w bardzo naturalny sposób. – Jesteśmy zwykłym statkiem wycieczkowym. Mogę zapewnić, że nasi goście płyną nim z własnej woli. Skąd panu przyszło coś takiego do głowy?
– O nie, to nie mnie – oświadczył admirał. Złapał Donalda za kołnierz i podniósł do góry. – Mój chłopak okrętowy ma bujną wyobraźnię i ubzdurał sobie, że ktoś, kto zaginął w jego rodzinnym mieście, jest więźniem na pańskim statku. – Opuścił Donalda na ziemię. – Bardzo przepraszam za moje głupie pytanie. Ja chciałem tylko sprawdzić, czy jesteście jednostką cywilną. W każdym razie życzę miłej podróży.
– Nawzajem, admirale. – Zakuty Dziób posłał mu uprzejmy uśmiech.
Obaj skierowali się do środka. Donald udał, że szoruje pokład, a kiedy admirał zniknął w środku, pobiegł do łącznościowca i kazał się połączyć z Kaczogrodem, a następnie ze Sknerusem. Niestety, kiedy już doszło do nawiązania kontaktu, Donald usłyszał głos nie wuja, a jego wiernego lokaja, Cezara. Mimo to powiedział mu pełnym ekscytacji szeptem:
– Znalazłem go. Znalazłem Diodaka.
Fakt – kiedy Sknerus, Fulton, Megajonek, Wolframik i Śmigacz dotarli do „Wynalazków dla ludności”, zastali warsztat obklejony taśmą, ale poza tym nie było żadnych śladów obecności policji. I to wydawało się niepokojące.
– Może poszli na pączki? – podsunął Śmigacz.
– Obojętnie gdzie są, lepiej się pośpieszmy zanim się pojawią.
Przeszli pod taśmą i przez bramkę w płocie. Niebawem znaleźli się w ogrodzie Diodaka, gdzie stały przeróżne machiny latające, pływające i jeżdżące. Co więcej – Śmigacz miał okazję wieloma z nimi rozbić się w trakcie wykonywania zleceń dla pana McKwacza. Jeszcze poprzedniego dnia dało się usłyszeć znajome odgłosy pracy, teraz ogród wydawał się pozbawiony życia i opustoszały jak cmentarz.
Sknerus poprawił cylinder i ruszył do pierwszego pojazdu jaki napotkał jego wzrok.
– Chodźmy. – Machnięciem ręki nakazał iść za sobą pozostałym.
Zatrzymali się przed czerwoną, helikopteropodobną maszyną ozdobioną tuż pod kopułą szerokim, rekinim uśmiechem.
– Wygląda dość groteskowo – skomentował Fulton. – Ale pewnie ma jakieś ciekawe funkcje.
– A i owszem – oświadczył Megajonek. – Potrafi zlać się z otoczeniem, obojętnie czy to drewno, kamień czy plastik.
– Bardzo użyteczne, ale jak ukryjemy go na pełnym morzu? – zapytał Sknerus.
– Proste, każemy mu zlać się z chmurą – odpowiedział malec.
– A co jeśli niebo będzie bezchmurne? – dopytywał się bogacz.
– Zresztą ten pojazd jest za mały – odparł Śmigacz. – Muszę się zmieścić ja, pan McKwacz, pan Fulton i Cyfron. Nie wytrzymamy przez całą drogę z Kaczogrodu na Hawaje ściśnięci jak sardynki.
Przeszli do wynalazku, który znajdował się po drugiej stronie trawnika. Stała tam lotnia ze zwiniętymi skrzydłami. Megajonek kazał wszystkim się odsunąć, po czym podszedł do lotni, nacisną przycisk i długie na trzy metry metalowe skrzydła rozwinęły się jak wachlarz. Młody wynalazca nacisnął inny guzik i ze skrzydeł wyłoniły się dodatkowe trzy rączki i dwa siedzenia.
– Lotnia na wycieczki rodzinne. Idealna do przeciskania się przez wąskie szczeliny – zarekomendował Megajonek.
– To nadal nie jest to, czego szukamy – odparł Sknerus.
– Bałbym się to skraksować – dodał Śmigacz.
– Zdradzić ci sekret, Śmigacz? – spytał McKwacz. – Ja też bym się tego bał.
Megajonek westchnął ze zrezygnowaniem.
– Idziemy dalej.
Przeszukali nie tylko ogródek, ale i warsztat i jego obrzeża, jednakże następne maszyny były albo za małe, albo za duże, albo nie były latające, albo wydawały się po prostu głupie. I choć Megajonek objaśniał jak mógł ich wyjątkowe funkcje, jego dziadek, pan McKwacz i Śmigacz nie byli przekonani. W dodatku wiele z wehikułów było przez dłuższy czas (niektóre nawet od momentu powstania) nieużywanych, więc zżerała je rdza, a ich części zostały użyte do innych wynalazków. W końcu malec się poddał. Teraz wiedział, co czuł wujek Diodak, kiedy klient zaczynał wybrzydzać na stworzony przez niego wynalazek. Dlaczego dorośli musieli być tacy wymagający?
– Jesteś pewien, chłopcze, że nie ma nic więcej? – zapytał Fulton.
– Dziadku, rozejrzyj się – odpowiedział nieco zrezygnowanym tonem Megajonek. – Nawet gdyby tu coś było, nie starczyłoby na to miejsca. Do przechowywania samolotów potrzebne są hangary… – Nagle na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
– O, nie – zaniepokoił się Sknerus. – Znam ten wyraz twarzy.
Widział go miliony razy, kiedy Diodak miał jakiś pomysł i zamierzał go zrealizować. A Megajonek… no cóż… Choć niewątpliwie pełen tego samego zapału do majsterkowania, co jego wujek, to każda próba wynalezienia przez niego czegokolwiek kończyła się katastrofalnie, nawet w porównaniu do wielu nieudanych wynalazków Diodaka.
– Nawet o tym nie myśl, mały niszczycielu – oznajmił stanowczo Sknerus.
– Przecież jeszcze nic nie zrobiłem! – oburzył się Megajonek. – Zresztą, skąd pan wie, czy to, co mam na myśli, nie zadziała?
– Z empirycznego doświadczenia. Nie tylko mojego.
– Chciałem tylko zaproponować przeszukanie hangaru Śmigacza. Może jest tam coś, co zbudował wujek Diodak. Jeśli nie całe, to chociaż w kawałkach. A jeżeli nic nie znajdziemy, pozostaje nam najbardziej trywialne z rozwiązań: zreperowanie na szybko jednego z samolotów Śmigacza.
– Myślę, że to nie jest taki głupi pomysł – wtrącił Fulton. – Chyba będę w stanie pomóc panu Śmigaczowi w naprawie. No i uwinę się z tym szybko.
– Co ty na to, Śmigacz? – zapytał pilota Sknerus.
– Normalnie nie dopuściłbym nikogo do moich maszyn, ale skoro to pan Fulton, myślę, że to im nie zaszkodzi.
Sknerus westchnął głęboko.
– W takim razie wy idźcie do hangaru. Ja muszę pójść do domu i się przygotować.
– Nie chciałem tego robić, ale pan mnie do tego zmusił – powiedział Zakuty Dziób, zaciskając mocno więzy wokół rąk Diodaka.
Następnie stanął naprzeciw przywiązanego do krzesła wynalazcy, który podniósł na niego chłodny, ale również niepozbawiony obawy wzrok. A potem Diodak spojrzał w dół. Czuł się bezsilny, jeszcze bardziej bezradny wobec swoich oprawców niż na początku. Wcześniej mógł chociaż się ruszyć i zrobić coś. Teraz był związany i nie mógł nic.
– Poznał pan już Ammonię Pine – odezwał się znów Zakuty Dziób, a Diodak znowu na niego popatrzył. – Myślę, że z naukowego punktu widzenia, byłby pan zafascynowany tym, co można znaleźć w jej pomieszczeniu socjalnym. Jest tam, na ten przykład, bardzo silny detergent, który jest w stanie wyplenić każdą plamę, ale przy okazji wypala też materiał, na którym ta plama jest, niezależnie czy to drewno, tytan, czy żywy organizm. – Kogut pochylił się nad więźniem i przybliżył się do jego twarzy. – Z tego, co wiem mali chłopcy często się brudzą. Czy nasza droga Ammonia ma wypróbować swój wynalazek na pańskim siostrzeńcu?
Oczy Diodaka rozszerzyły się.
– Nie – wyszeptał słabym głosem. – Proszę, nie.
– W takim razie ufam, że nie będzie pan próbował więcej sztuczek, prawda, doktorze?
Diodak przełknął ślinę i przytaknął głową.
– Nie będę.
Zakuty Dziób wyprostował się, nie spuszczając wzroku z więźnia, a potem skierował się w stronę drzwi.
– Zostawiam pana samego. Ostatecznie ósma minie dopiero za cztery godziny. Do tego czasu, pozostanie pan związany.
Wyszedł.
Diodak spuścił wzrok. Przez chwilę szukał jakiegoś sposobu, aby przeciąć więzy, ale szybko zorientował się, że w pobliżu nie było niczego dość ostrego. Wózek z obiadem dawno został wyniesiony, łóżko nie miało żadnych ostrych krawędzi, a materac był w tak dobrym stanie, że nie było co liczyć na wystające sprężyny. Diodakowi chciało się płakać, wyć, coś walnąć… ale jedyne co mógł zrobić, będąc przywiązanym do krzesła i unieruchomionym, było pogrążenie się w beznadziei tej sytuacji. Jego próba wezwania pomocy nic nie dała, a tylko spowodowała, że został ubezwłasnowolniony. Nagle poczuł, że nie ma siły walczyć ani się opierać.
Nie wiedział co robić.
Wolframik siedział w hangarze i nie potrafił przestać myśleć o Diodaku. Nigdy wcześniej nie rozdzielali się na tak długo. Co prawda nie byli całkiem nierozłączni, bo zdarzało się, że każdy z nich zajęty był swoimi sprawami, ale nawet na zagraniczne konferencje Diodak zabierał swojego pomocnika ze sobą. Teraz żaróweczka martwiła się o stan zdrowia swojego przyjaciela. Zastanawiała się, co teraz się z nim działo, i do głowy przychodziły jej przeróżne straszne wizje. Kto wie, czy teraz Diodak nie jest więziony w jakimś ciemnym i nieprzyjemnym miejscu; czy nie jest katowany albo torturowany. Kto wie, czy sygnał z nadajnika nie wskazywał już tylko, gdzie znajduje się jego martwe ciało. Myśl o tym, że mogła mu się stać jakaś krzywda, sprawiała, że to czekanie i przyglądanie się jak Fulton i Śmigacz reperują jeden z samolotów (bardzo sprawnie, ale jednak nie dość szybko jak dla Wolframika), było trudne do zniesienia. Ile by dał, aby się dowiedzieć, czy z Diodakiem wszystko dobrze… Ile by dał za jakąś nadzieję, że jego twórca i najlepszy przyjaciel jeszcze żyje…
Od porwania minęło wiele godzin, a misja ratunkowa właściwie stała w miejscu. Wolframik miał wrażenie, że zawiódł Diodaka.
Podczas gdy żaróweczka pogrążała się w swoich smutnych myślach, niedopuszczony do naprawianego przez dziadka i Śmigacza samolotu Megajonek oglądał z zainteresowaniem hangar. Poza odgłosami przykręcanych śrubek, łączonych ze sobą kabli, postukiwania młotkiem i ogólnie pracy, panowała spokojna cisza. Jednak niebawem ta cisza została zakłócona przez podekscytowanych Hyzia, Dyzia i Zyzia.
– Są wiadomości! – wykrzyknął Zyzio, a Dyzio dodał:
– Wujek Donald, którego jednostka jest obecnie w okolicach Hawajów, widział Diodaka.
Fulton i Śmigacz szybko wyszli spod samolotu, Megajonek odwrócił się całkiem do chłopców, Wolframik podniósł wzrok, a wszyscy czterej popatrzyli na siostrzeńców Sknerusa z żywym zainteresowaniem.
– Co z nim? – pierwszy odezwał się Fulton. – Nie zrobili mu krzywdy?
– Wujek widział go tylko w oknie, wysyłającego sygnały lusterkiem – zaczął Hyzio – ale nie zauważył żadnych siniaków czy krwi. Wiemy za to, że Diodak jest przetrzymywany na liniowcu „USS Odyseusz”.
– Jest to jakiś punkt zaczepienia – odparł Śmigacz i powrócił do pracy.
Przez chwilę Fulton siedział i przyglądał się przestrzeni przed sobą. Jego syn żył. Przynajmniej na razie. Czy tak będzie, kiedy przybędą, aby go uratować? Musieli się śpieszyć. Im szybciej wyruszą, tym większą szansę będą mieli, że zastaną Diodaka całego i zdrowego. Dlatego starzec położył się znów na plecach i pomógł Śmigaczowi w naprawach.
Tymczasem Hyzio, Dyzio i Zyzio podeszli szybko do Megajonka, który stał w rogu hangaru i oglądał stół, na którym było mnóstwo map, pocztówek i rachunków. Dyzio nachylił się do ucha kolegi i szepnął:
– Chodź na zewnątrz. Musimy pogadać.
– To my wracamy do domu! – zaanonsował głośno Hyzio.
Chłopcy opuścili hangar, a tam Megajonek odparł:
– Jeśli chcecie mnie nadal przekonywać, abym nie szedł z waszym wujkiem, to…
– Co ty, stary, nie znasz nas? – spytał go Hyzio.
– Nie zamierzamy cię powstrzymywać. Idziemy z tobą – dodał Zyzio.
– Powiedzieliśmy Cezarowi i pani Dziobek, że pobędziemy z tobą przez jakiś czas, dla psychicznego komfortu i że twój dziadek nas popilnuje – wyjaśnił Dyzio. – Nie wiedzą, że jedzie z wujkiem, więc nie będą się martwić.
– Przynieśliśmy też parę rzeczy. – Hyzio ściągnął plecak i pokazał to, co miał w środku.
Megajonek uśmiechnął się na widok bandaży, Podręcznika Młodego Skauta, kompasu, kulek, czterech proc, fajerwerków i wielu innych rzeczy. Zaraz jednak chłopak spojrzał na kolegów i ujrzał ich poważne miny, które zdradzały niepewność. Po chwili Dyzio wyraził wątpliwości swoich braci:
– Jak jednak uda nam się przedostać do samolotu w taki sposób, aby wujek Sknerus, twój dziadek, Cyfron i Śmigacz nas nie zauważyli?
Megajonek znów się rozpromienił.
– Mam pewien plan…
Kiedy Sknerus i Cyfron przybyli do hangaru, niebo było już różowawe, a samolot Śmigacza czekał już gotowy na pustym lotnisku. O tym, że został on właśnie zreperowany świadczyło to, że blacha jego dziobu miała inny kolor niż cała reszta karoserii. Śmigacz siedział za sterem, a Fulton stał przy otwartym wejściu i czekał aż pan McKwacz i jego księgowy wejdą na pokład.
Sknerus i Cyfron już mieli to zrobić, kiedy nagle z hangaru doszedł ich odgłos wybuchów, jakby wystrzał z pistoletu. Szybko pięciu mężczyzn zeszło, aby sprawdzić, co się stało i czy nie ma tam jakiegoś nieproszonego gościa. Chowający się za  hangarem chłopcy, skorzystali z okazji i szybko przedostali się na pokład samolotu. Tam schowali się pod kocami i leżeli nieruchomo. Przez chwilę trwała cisza, a potem usłyszeli jak cztery pary nóg wchodzą po kolei na pokład samolotów i jak czterej dorośli siadają na swoich miejscach.
– Dziwne – powiedział Fulton. – Naprawdę dziwne.
– A co najmniej podejrzane – dodał Sknerus. – No, nic. Nie mamy czasu, aby zaprzątać tym sobie głowy. Diodak nas potrzebuje. Odpalaj, Śmigacz.
– Tak jest, panie McKwacz! – odpowiedział dziarsko pilot.
Po chwili chłopcy mogli usłyszeć dźwięk zapalanego silnika i poczuć wibracje maszyny. A potem samolot przejechał kilka metrów po lotnisku i wzniósł się w powietrze. Klamka zapadła. Cokolwiek miało się stać, dla Megajonka, Hyzia, Dyzia i Zyzia nie było już odwrotu.
Po czterech godzinach Diodak odczuwał dotkliwie niewygody bycia przywiązanym do krzesła, poczynając od bólu mięśni, a na odrętwieniu rąk skończywszy. Toteż kiedy do jego celi weszli dwaj strażnicy i zaczęli go rozwiązywać, nie mógł zaprzeczyć, że czuł ulgę. Zaraz jednak opanował się. Ci dwaj przyszli tutaj w jakimś celu.
– Szefowie chcą pana widzieć, doktorze D – wyjaśnił jeden z nich.
– W jakim celu? – spytał Diodak, próbując zachować zimną krew.
– Chcą z panem pomówić.
Chcą się dowiedzieć, czy się zgadzam… Nie było sensu walczyć, przez te cztery godziny zdążył wszystko sobie dobrze przemyśleć i już wiedział, co musiał zrobić. Poza tym to była dobra okazja, aby się rozejrzeć. Kto wie czy nie przyjdzie mu do głowy jakiś genialny pomysł na ucieczkę.
– Zgoda.
Bez słowa chwycili go za ramiona i wyprowadzili z celi. Diodak nagle znalazł się w długim, wąskim korytarzu o białych ścianach, oświetlonym zawieszonymi na suficie neonówkami. Strażnicy poprowadzili go przez znajdujące się na końcu korytarza duże pomieszczenie, gdzie przy stołach z aparaturą laboratoryjną stali liczni mężczyźni i kobiety w białych kitlach. Kiedy Diodak przechodził koło nich, paru odwróciło się w jego stronę, ale zaraz szybko wróciło do pracy. Inni nawet go nie zauważyli. Diodak domyślał się, że było to spowodowane stojącymi przy wszystkich czterech przejściach strażnikami, a konkretnie trzymanymi przez nich karabinami.
Jego wachmani nagle zatrzymali się przed wielkimi drzwiami, wpisanymi w półkole. Bez słowa pilnujących ich strażnicy odeszli na bok, a przejście się otworzyło. Diodak został wprowadzony do małego, słabo oświetlonego pomieszczenia pokrytego wykładziną i czerwoną tapetą w rąby. Pośrodku pokoju stał stylowy fotel pokryty – również czerwoną – skórą. Strażnicy posadzili na nim brutalnie swojego jeńca, po czym stanęli przy wejściu. Z cienia wyłonił się Zakuty Dziób, oferując Diodakowi kolejny uśmiech.
– I jak, doktorze D? Czy podjął pan już decyzję?
Diodak wziął głęboki oddech, a potem podniósł wzrok na agenta i powiedział cicho, ale wyraźnie:
– Zgadzam się. Będę dla was pracował.
Kogut uśmiechnął się jeszcze szerzej i nawet lekko zachichotał pod nosem.
– Mądra decyzja, doktorze.
———————————————–
[1] Panie i panowie, Ammonia Pine! Kolejna agentka PTAK-u, która była kiedyś zwykła sprzątaczką w laboratorium rządowym, ale nawdychała się różnych chemikaliów i zwariowała.
Wygląda tak: http://darkwingduck.wikia.com/wiki/Ammonia_Pine
Jej broń i sposób walki oscylują wokół sprzątania. Zresztą Ammonia ma bzika na punkcie czystości i potrafi wyczyścić wszystko.

[FF: Kacze opowieści] Zachować sekret cz.3 – Tak i nie

Diodak stanął na łóżku i zajrzał przez okno. Nie bardzo wiedział, czy mogło mu to w jakikolwiek sposób pomóc, ale chciał mieć jakieś pojęcie o tym, gdzie się znajduje. Za oknem zastał go widok bezkresnego oceanu i błękitnego nieba. Wyglądało na to, że był na jakimś statku albo na platformie, w każdym razie z dala od jakiegokolwiek lądu. Trudno było zidentyfikować wody, na których się znajdował. Nie mógł ocenić czy to Arktyka, czy tropiki, bo wewnątrz jego celi panowała temperatura pokojowa – ani nie było mu gorąco, ani zimno. Jego wybawcy będą musieli bardzo się namęczyć, aby go stąd wyciągnąć.
Wybawcy… Diodak prychnął śmiechem na tę myśl. Oddalił się od okna i ostrożnie zeskoczył na ziemię, aby zaraz usiąść znów na łóżku. Przypomniał sobie jak kiedyś chciał porzucić profesję złotej rączki, przenieść się do czasów średniowiecznych i zostać rycerzem[1]. Przypomniało mu się jak wyobrażał sobie, że będzie walczył z bandytami, startował w turniejach rycerskich i ratował piękne damy z opresji.
Teraz sam jestem damą w opresji. Zamkniętą w wieży przez złego czarownika i czekającą ze zniecierpliwieniem na przybycie swojego wyzwoliciela. Właściwie to moja sytuacja przypomina bardziej film sensacyjny, ale i tak niewiele to zmienia…Diodak zakrył twarz rękoma i westchnął głęboko. Nie miał narzędzi, nie wiedział, gdzie się znajduje, i wyglądało na to, że był w tym więzieniu sam. A czas uciekał.

 Siostrzeńcy Sknerusa i Cyfron z Wolframikiem na ramieniu weszli przez pustą framugę do warsztatu Diodaka. Komendant policji pozwolił im przeszukać pracownię wraz z jego ludźmi, ale pod warunkiem, że będą ostrożni i zgłoszą mu o wszystkim, co znajdą. Zresztą miał wrażenie, że sprawa zaginięcia Diodaka była zbyt poważna na jego mały posterunek, a być może nawet wynalazca znajdował się już dawno poza Kaczogrodem.

 

Spodziewali się zastać kompletne pobojowisko, porozrzucane na ziemi plany, puste miejsca, w który powinny stać wynalazki i puste stojaki na probówki, nie mówiąc już o wywróconym biurku – jednym słowem: spodziewali się, że pracownia Diodaka będzie splądrowana. Zamiast tego wszystko (no, może poza przestrzelonym odźwiernym i wywarzonymi drzwiami frontowymi) wyglądało tak jakby Diodak miał zaraz zejść po drabinie z dachu i przywitać ich szerokim uśmiechem.

 

– Hm… – Policjant, który kierował śledztwem, przytknął dłoń do dzioba i zamyślił się przez chwilę. Hyzio, Dyzio i Zyzio zrobili to samo. A potem policjant odwrócił się do swoich towarzyszy i powiedział: – Sprawdźmy czy coś zginęło. No i czy nie ma jakichś śladów. Chłopcy – odezwał się do siostrzeńców Sknerusa. – Wy przyglądajcie się wszystkiemu i jeśli zauważycie, że coś zginęło, od razu mówcie.

 

Oni tylko przytaknęli i ruszyli do roboty. Hyzio zajął się regałem w rogu pomieszczenia, tuż koło okna, którym uciekł Wolframik; Zyzio i Dyzio asystowali przy przeszukaniu znajdującego się za zielonymi drzwiami składziku, a Cyfron – przy sprawdzaniu okolic biurka. Poszukiwania trwały dłuższą chwilę i były bardzo skrupulatne, ale problem polegał na tym, że Diodak wynalazł w swoim życiu wiele rzeczy, a Cyfron, Hyzio, Dyzio  i Zyzio nie pamiętali ich wszystkich. Toteż po odkryciu kilku wynalazków, o których dawno już zapomnieli, zaczęli się zastanawiać, czy czasem czegoś nie przegapili. Co do śladów pozostawionych przez porywaczy, też nie poszło im zbyt dobrze, choć policja, chłopcy i księgowy szukali wiele razy w tych samych miejscach. Wyglądało jednak na to, że porywacze nie zostawili po sobie ani śladów butów, ani żadnej substancji, ani tym bardziej niczego nie zgubili. Jednym słowem – nie pozostawili po sobie nic.

 

Wolframik miał zgoła inne zadanie. Jemu przypadło znalezienie radaru, który odbierałby częstotliwość wysyłaną przez nadajnik w kieszeni Diodaka. Dlatego też zaglądał wraz z policjantami i pomagającymi im Zyziem i Dyziem do składziku i włączał po kolei każdy napotkany radar. Jeśli pokazywał miejsce w warsztacie, Wolframik drogą eliminacji zmniejszał krąg podejrzanych.

 

W końcu księgowy oparł się o biurko i przeleciał wzrokiem po pomieszczeniu. Wiele razy siedział na krześle (Diodak wyciągał je zwykle ze składziku) i rozglądał się z nudów po warsztacie, podczas gdy wynalazca zajmował się naprawą albo aktualizacją skafandra Robokwaka. Zdarzało się, że obaj mężczyźni zaczęli ze sobą rozmawiać na niezobowiązujące tematy. Cyfron przez krótką chwilę miał wrażenie, że wynalazca siedzi przy biurku i majstruje coś przy skafandrze, a potem odwraca się do swojego gościa, aby uśmiechnąć się do niego i coś mu odpowiedzieć. Zaraz jednak rzeczywistość wracała i księgowy przypominał sobie, że Diodaka tutaj nie ma; że został porwany i czeka na ratunek.

 

Czasem jednak, kiedy wynalazca potrzebował ciszy i skupienia, Cyfron liczył znajdujące się w pobliżu niego przedmioty. Cyfron westchnął. Podniósł wzrok i niemal natychmiast jego umysł zaczął liczyć rzeczy na biurku i w jego pobliżu.

 

Tymczasem zmęczeni i zniechęceni Hyzio, Dyzio i Zyzio usiedli na podłodze i zaczęli wpatrywać się w sufit, podczas gdy policjanci nie przerywali pracy. Przez dłuższą chwilę chłopcy siedzieli tak w milczeniu, a potem od strony wywarzonych drzwi padł cień, należący do zdumionego widokiem policji i nieobecnością Diodaka Megajonka[2].

 

– Co wy robicie w warsztacie wujka?! – odezwał się w końcu.

 

Chłopcy od razu podnieśli się z podłogi, funkcjonariusze policji przerwali na chwilę pracę, a Wolframik wyszedł ze schowka. Jedynie Cyfron wydawał się nie zwracać uwagi na gościa. Wstał z krzesła i odwrócił się całkiem w stronę biurka. Coś mu się nie zgadzało w rachunkach…

 

Dowódca poszukiwań postanowił zostawić wyjaśnienie tego, co się stało siostrzeńcom Sknerusa. Kiedy tylko podeszli do Megajonka, na jego twarzy wymalowała się obawa.

 

– Gdzie jest wujek Diodak? – zapytał szeptem. Domyślał się, że trojaczki mają dla niego raczej złe wieści.

 

Opowiedzieli mu o porwaniu. Przez pierwszą minutę nie chciał w to wierzyć. Znaczy – wiedział, że jego wuj jest genialnym wynalazcą, ale to, co usłyszał od Hyzia, Dyzia i Zyzia brzmiało jak fabuła jakiegoś filmu szpiegowskiego. W miarę jednak jak był przekonywany, i to nie tylko przez kolegów, ale i Wolframika, to wszystko zaczęło mieć sens.

 

– Nie martw się – powiedział do niego Zyzio. – Wujek Sknerus i Robokwak uratują Diodaka. My zaś pomożemy im jak tylko będziemy w stanie.

 

Megajonek podniósł głowę, a potem popatrzył z determinacją na Hyzia, Dyzia i Zyzia.

 

– Powiedzcie swojemu wujkowi, że idę razem z wami. Na pewno się na coś przydam.

 

– Ale – zaczął Dyzio – tym razem my nie idziemy. Wujek Sknerus mówi, że to zbyt niebezpieczne. Tobie też nie pozwoli.

 

Wolframik stanął przed Megajonkiem i zaczął mu coś pokazywać. Młody wynalazca natychmiast go zrozumiał i spojrzał na żaróweczkę z grymasem zdegustowania.

 

– Taaa, „za mały”. Tere-fere – powiedział do niego, a potem odwrócił się do siostrzeńców Sknerusa. – Wy mnie rozumiecie, prawda? Na moim miejscu też byście próbowali ratować swojego wujka. Nie mogę tak siedzieć, kiedy wujek Diodak potrzebuje pomocy! Ja muszę coś zrobić. Muszę…

 

– Tutaj jest mniej rzeczy – przerwał nagle jego dramatyczny wywód Cyfron.

 

Wszyscy czterej chłopcy wraz z Wolframikiem i funkcjonariuszami policji spojrzeli w jego stronę, a chwilę potem do niego podbiegli. Księgowy przyglądał się uważnie regałowi nad biurkiem. Chłopcy również zwrócili nań swoje oczy.

 

– Ostatnim razem, kiedy tu byłem, naliczyłem na biurku pięćdziesiąt trzy przedmioty, zaś na regale stało ich trzydzieści. Teraz na biurku jest ich pięćdziesiąt dwa, a na regale dwadzieścia dziewięć.

 

– To ciekawe – odezwał się nagle śledczy i wyciągnął notes. – Kiedy to było?

 

– Jakiś miesiąc temu – odparł zgodnie z prawdą Cyfron, po czym dodał: – Wpadłem z wizytą.

 

To drugie zdanie było kłamstwem, ale właściwie nie wnosiło nic do sprawy, a Cyfron musiał dbać o anonimowość Robokwaka.

 

Wolframik wspiął się na biurko i wskazał kubek z przyborami do pisania, a potem podszedł do Cyfrona i rozwarł jego butonierkę. Następnie zeskoczył z biurka, wziął radar w kształcie zegarka z dewizką, opatrzony czterema guzikami w kolorach żółtym, zielonym, czerwonym i niebieskim. Żaróweczka znów wskazała kieszeń księgowego, a później postukała w sam środek radaru. Wszyscy od razu pojęli o co chodzi. Na twarzach księgowego i siostrzeńców Sknerusa pojawił się wyraz zrozumienia, kiedy przypomnieli sobie, iż Wolframik powiedział im już wcześniej, że Diodak wziął ze sobą jakiś nadajnik.

 

– A więc rzecz z biurka załatwiona – stwierdził Hyzio. – Jednak jaka jest druga rzecz, którą zabrał ze sobą Diodak?

 

– Może ty wiesz? – Dyzio odwrócił się do Megajonka.

 

Młody wynalazca wszedł na palce i zmarszczył brwi, przyglądając się stojącym na regale przedmiotom – książkom, pomniejszym maszynom i papierom. Przeskakiwał z jednej rzeczy na drugą aż nie natrafił na drugim końcu regału na puste miejsce.

 

– Ciekawe… – odezwał się w końcu.

 

– No i co wziął twój wujek? – spytał śledczy, podchodząc do kolegi.

 

– Taką dziwną buteleczkę.

 

– I co w niej jest? – dopytywał się dalej policjant.

 

– Nie wiem. – Megajonek wzruszył ramionami. – Pewnie jakaś substancja do eksperymentów chemicznych. Aczkolwiek… – Nagle chłopiec przytknął rękę do dzioba. – Aczkolwiek, kiedy go spytałem co to, powiedział, żebym tego nie ruszał i nigdy przenigdy tego nie pił.

 

– No, to zrozumiałe – stwierdził śledczy. – Nie pije się podejrzanych płynów, zwłaszcza w laboratorium chemicznym.

 

– Ale to musiało być coś ważnego, skoro porywacze to wzięli – odparł Zyzio. – Może to jakiś nowy wynalazek, który może zmienić losy świata? Cofacz w czasie, zmieniacz kształtów albo środek podnoszący iloraz inteligencji…

 

– Może. – Megajonek znów wzruszył ramionami.

 

Jedynie Wolframik domyślał się, co mogło znajdować się w buteleczce. A fakt, że zniknęła, nie wróżył nic dobrego. I w związku z tym żaróweczka musiała działać. Postawiła pionowo radar, znów zwracając na siebie uwagę zgromadzonych w pracowni ptaków, a następnie nacisnęła zielony guzik i na radarze pojawiła się mapa świata, a na niej żółty, pulsujący punkt.

 

 

Diodak nie mógł już wytrzymać tej bezczynności – podniósł się na równe nogi i zaczął chodzić po pokoju. Gdyby miał swój kask-pogo, być może myślenie szłoby mu mniej opornie. W ciągu tych dwóch godzin, które minęły od jego przebudzenia, chyba z dziesięć razy przeszukiwał swoje tymczasowe lokum w nadziei znalezienia czegoś, co mogłoby mu się przydać w ucieczce, ale za każdym razem jego sytuacja wydawała się równie beznadziejna jak na początku. Bo zaiste trudno było zbudować cokolwiek sensownego z łóżka, materaca i poduszki, a w każdym razie jemu nie przychodziło nic do głowy.

 

A świadomość, że niebawem będzie musiał dać Zakutemu Dziobowi odpowiedź, ani trochę nie pomagała Diodakowi w myśleniu. Zresztą i tak odnosił wrażenie, że tak naprawdę nie będzie miał wyboru. Odmowa mogła równać się tylko z czymś strasznym, a umysł Diodaka przepełniony był wizjami tego, co oni mogli mu zrobić.

 

Najbardziej ironiczne było to, że tak naprawdę Diodak nigdy nie spodziewał się, że mógłby znaleźć się w takiej sytuacji. Nigdy, ale to nigdy – nawet, kiedy przyjął propozycję pracy w KAW – nie przeszło mu przez myśl, że ktoś uznałby jego wynalazki za aż tak ważne, że porwałby go z jego własnego domu i trzymał w zamknięciu. Jasne, wielu jego klientów uważało je za bardzo użyteczne, jednakże nie były to rzeczy, które zainteresowałyby jakąkolwiek organizację przestępczą swoim twórcą. Aczkolwiek wyglądało na to, że wart był o wiele więcej, niż mu się na początku wydawało. A wszystko dlatego, że stworzył skafander Robokwaka.

 

Zatrzymał się na chwilę. Zastanowił się, czy żaróweczce udało się przekazać wiadomość, a jeśli nie – to czy ktoś z sąsiadów albo klientów zauważył już jego nieobecność. Diodak przypomniał sobie, że Megajonek miał wpaść do niego z wizytą i mieli razem coś zbudować. Ciekawe, co mały sobie pomyśli, kiedy zastanie warsztat opustoszały.

 

A potem Diodak opadł na łóżko i zaczął myśleć o tym czy kiedykolwiek zobaczy jeszcze Kaczogród albo swój warsztat; czy będzie mu dane ujrzeć jeszcze Sknerusa McKwacza i jego siostrzeńców; swojego ojca, Megajonka czy Wolframika. Kto wie – być może przyjdzie mu zginąć z dala od rodziny i przyjaciół…

 

Potrząsnął głową. Nie, choćby nie wiadomo jak beznadziejna wydawała mu się jego obecna sytuacja, nie wolno mu było porzucić nadziei. Nie wolno mu było przestać wierzyć w to, że Wolframik dotrze do pana McKwacza i przekaże mu wieść o porwaniu swojego twórcy. Nie wolno mu było zwątpić w to, że Sknerus, Śmigacz, Cyfron – a nawet chłopcy! – dołożą wszelkich starań, aby go odnaleźć i stąd wydostać. Tyle razy dokonywali niemożliwego, tyle razy stawali do walki z czarownicami, bandytami, piratami i szpiegami; tyle razy pokonywali wielkie przeciwności, aby w końcu zatriumfować… Tak będzie i tym razem. Wystarczy, że na nich poczeka.

 

Tylko czy on będzie w stanie czekać? Czy w tym czasie, kiedy będzie na nich czekał, nie nastąpi coś, co mu w tym przeszkodzi? Diodak złapał się za głowę. Czas uciekał, powoli skracając dystans między teraźniejszością a momentem, w którym wynalazca miał ostatecznie odpowiedzieć na propozycję PTAK-u. Co jeśli ten moment nadejdzie, zanim pojawi się odsiecz? Jaka będzie odpowiedź Diodaka? Tak? Czy nie?

 

Cezar uchylił lekko drzwi do gabinetu swego pana. Czterej chłopcy i żaróweczka zajrzeli do środka. Sknerus właśnie siedział przy swoim staromodnym telefonie i z kimś rozmawiał.

 

– Nie obchodzi mnie, co masz zrobić przy tym cholernym samolocie, Śmigacz. Jesteś nam potrzebny i to szybko. Czas to pieniądz, a ja nie zwykłem marnować pieniędzy.

 

Stojący w korytarzu malcy spojrzeli po sobie. Nie zdziwiło ich ani trochę, że Sknerus chciał zatrudnić Śmigacza, chociaż wiele razy narzekał na jego niekompetencję. Koniec końców pelikan zawsze był w stanie uratować ich z sytuacji bez wyjścia. Ekspedycja bez Śmigacza byłaby jakby niekompletna. Hyzio, Dyzio i Zyzio postanowili poczekać na korytarzu i dopiero potem poinformować wujka o tym, czego się dowiedzieli i pokazać mu radar.

 

Sknerus jeszcze przez chwilę słuchał tego, co Śmigacz do niego mówił, a potem aż podniósł się gwałtownie z krzesła i oparł rękę na biurku.

 

– Co to znaczy, że nie możesz?! To nie jest jakaś tam ekspedycja, Śmigacz! Diodak został porwany i potrzebuje naszej pomocy!

 

Śmigacz coś odpowiedział, a twarz Sknerusa złagodniała. Bogacz opadł na krzesło i westchnął.

 

– Nie martw się, na pewno znajdzie się jakiś niezepsuty samolot. Choćby z warsztatu Diodaka. Nie wiem jak to jest możliwe, ale obojętnie jaką maszynę latającą zbudował, ty zawsze byłeś w stanie ją pilotować. Więc przestań wymyślać głupie wymówki i jak najszybciej tutaj przybądź. – Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech, a potem starzec dodał: – Doskonale! Ty, ja i Cyfron spotkamy się przed warsztatem Fultona… Tak, Śmigacz, Fultona. Mam nadzieję, że wiesz gdzie to jest, prawda? No… Więc tam się spotkamy we trzech i ustalimy dalszy plan działania.

 

Pożegnał się ze Śmigaczem i odłożył słuchawkę. Dopiero wtedy Cezar otworzył szerzej drzwi i chłopcy wbiegli do gabinetu.

 

– O, cześć, Megajonku – przywitał małego wynalazcę Sknerus. Na twarzy starca pojawił się wyraz zażenowania.

 

– Proszę się nie martwić. Hyzio, Dyzio i Zyzio już mi powiedzieli – oznajmił spokojnie Megajonek.

 

– Czy twój dziadek też wie?

 

– Właśnie od niego wracamy, wujku – odpowiedział za Megajonka Zyzio.

 

– Bardzo się załamał – dodał Hyzio. – W każdym razie, wujku…

 

– Porywacze nie zostawili żadnych śladów, ale mamy jakiś trop – oświadczył Dyzio. – Wzięli z półki Diodaka buteleczkę. Nie wiemy, co w niej jest, ale Megajonek twierdzi, że pewnie coś ważnego, skoro porywacze ją wzięli.

 

– A to – Zyzio wyciągnął zza pleców radar – pokaże nam, gdzie jest Diodak.

 

Sknerus uśmiechnął się jeszcze szerzej i wziął urządzenie od siostrzeńca. Zaraz jednak spoważniał i przyjrzał się dobrze punktowi na radarze, którego pulsujące światełko pokazywało Ocean Spokojny.

 

– Hm… Z tej mapki wynika, że Diodak znajduje się gdzieś w okolicach Hawajów. Szkoda, że nie mamy dokładniejszych namiarów.

 

– Panie McKwacz, coś panu pokażę. – Megajonek kazał mu przybliżyć się do siebie.

 

Sknerus to zrobił, a wtedy malec wcisnął czerwony guzik i na radarze pojawiło więcej szczegółów z obszaru, w którym znajdowało się pulsujące światełko. Megajonek nacisnął niebieski guzik i mapka powróciła do dawnego stanu.

 

– Fantastycznie! – wykrzyknął Sknerus, ale zaraz jego entuzjazm opadł i starzec spoczął znów na krześle. – Ale to, że wiemy gdzie on jest, to pół biedy. Potrzebny nam dobry plan. – Spojrzał na swoich siostrzeńców i uśmiechnął się do nich. – Dobrze się spisaliście, chłopcy, ale teraz czas, aby dorośli wkroczyli do akcji.

 

– Powodzenia, wujku – powiedział Zyzio i wraz z braćmi odwrócił się w stronę drzwi.

 

Ale Megajonek nie szedł z nimi i to zdziwiło nie tylko ich, ale również siedzącego na ramieniu malca Wolframika. Popatrzyli na kolegę ze zdumieniem, jednak on tylko posłał im smutne spojrzenie i dał do zrozumienia, że zaraz do nich przyjdzie. Następnie podszedł bliżej do Sknerusa, który znów chwycił za telefon, ale zanim wykręcił jakikolwiek numer, zauważył wciąż stojącego jego gabinecie Megajonka.

 

– O co chodzi, chłopcze? – spytał bogacz.

 

– Niech pan mnie ze sobą weźmie, panie McKwacz.

 

Brwi Sknerusa podniosły się ze zdumienia, a potem uśmiechnął się do malca pobłażliwie.

 

– Rozumiem, że chcesz pomóc, ale…

 

– Proszę – przerwał mu błagalnym tonem Megajonek. – Jestem dobry w naprawianiu różnych rzeczy i mam mnóstwo harcerskich sprawności.

 

– Chłopcze, to nie jest wyprawa dla dzieci.

 

– Ale ja muszę uratować wujka Diodaka! – wykrzyknął, ale zaraz splótł ręce w błagalnym geście i dodał nieco ciszej: – Proszę, panie McKwacz.

 

Sknerus westchnął tylko i położył ręce na ramionach malca.

 

– Nie wiem kim są ludzie, którzy porwali twojego wujka, lecz wiem jedno: na pewno są niebezpieczni. Dlatego nie zabieram ze sobą Hyzia, Dyzia i Zyzia, i ciebie też nie wezmę. Nie wątpię w to, że jesteś odważnym i nad wiek inteligentnym chłopcem, jednak jesteś tylko małym dzieckiem i Diodak nigdy by mi nie wybaczył, gdybym naraził cię na niebezpieczeństwo.

 

– Ale… Ale… – Megajonek był bliski płaczu.

 

– Wyjdź, proszę. – Sknerus wstał, obrócił chłopca i skierował go w stronę drzwi. – Muszę jeszcze gdzieś zadzwonić.

 

Wyprowadził go z gabinetu i zamknął drzwi. Stojąc tak przez dłuższą chwilę na korytarzu, Megajonek zacisnął pięści. Nie zamierzał się poddać. To, że był dzieckiem, nie oznaczało, że będzie grzecznie siedzieć, kiedy jego wujek potrzebował pomocy.

 

Tymczasem w gabinecie Sknerus czekał znów na połączenie, a kiedy wreszcie ono nastąpiło i usłyszał w słuchawce głos łącznościowca, powiedział:

 

– Mówi Sknerus McKwacz. Na waszym statku służy mój siostrzeniec, Donald Kaczor. Czy to prawda, że teraz pływacie w okolicach Hawajów?

 

Usłyszawszy odpowiedź twierdzącą, Sknerus uśmiechnął się.

 

– Czy mógłbym porozmawiać z moim siostrzeńcem?

 

 

Zamek w drzwiach zazgrzytał. Diodak gwałtownie podniósł się z łóżka, a do jego celi weszła kobieta. Miała łagodne rysy, podkreślone jeszcze przez maleńki dzióbek. Długie kasztanowe włosy opadały jej na ramiona, sprawiając, że oczy Diodaka powoli zeszły z pięknej twarzy nieznajomej i przeniosły się na delikatnie zarysowane, acz obfite piersi; smukłą talię i długie nogi. Ubrana była w niebieski kombinezon, który podkreślał każdy detal idealnej figury, jednak najbardziej przyciągające było spojrzenie jej orzechowych oczu.

 

Uśmiechnęła się do niego delikatnie i odwróciła się tyłem. Po chwili wjechała do celi z wózkiem i postawiła go tuż przed Diodakiem. Na wózku znajdował się talerz z polanymi syropem naleśnikami, sztućce, pusta filiżanka, cukiernica, mleko i dzbanek, prawdopodobnie z herbatą lub kawą.

 

– Proszę wybaczyć, że tak długo musiał pan czekać, doktorze D, ale w kuchni jest istne piekło – wyjaśniła nieznajoma, wciąż się uśmiechając.

 

Ich spojrzenia znów się spotkały i Diodak poczuł jak się poci. Wziął głęboki oddech i ledwie udało mu się wydusić z siebie:

 

– Dziękuję.

 

Coś zaskoczyło w umyśle Diodaka i nagle wszystko stało się jasne. Ta kobieta była zbyt piękna i zbyt ponętnie ubrana jak na kelnerkę. Została tu wysłana nie po to, aby podać mu jedzenie, tylko aby swoimi wdziękami przekonać go do przyjęcia propozycji PTAK-u.

 

Postanowił skupić się na swoim spóźnionym śniadaniu, zwłaszcza, że dał już o sobie poznać jego pusty żołądek. Usiadł na łóżku, tuż przed naleśnikami. Wziął w ręce sztućce i już miał zacząć jeść, gdy zorientował się, że kobieta wciąż jest w jego celi. Spodziewał się, że kiedy tylko zajmie się posiłkiem, kobieta wyjdzie i zostawi go w spokoju, ale ona tylko oparła się o drzwi do celi i krępowała go swoją obecnością.

 

– Przepraszam – zaczął nieco pewniej niż wcześniej, kładąc nóż i widelec na brzegu talerza. – Czy pani musi tutaj być?

 

– A co? Nie podobam się panu, doktorze D? – zapytała, nagle smutniejąc. Diodakowi zrobiło się głupio.

 

– Tego nie powiedziałem – odparł, spuszczając wzrok, ale zaraz znów spojrzał na nią z nerwowym uśmieszkiem. – Chodzi po prostu o to, że nie czuję się zbyt swobodnie, kiedy piękna kobieta przygląda się mojemu posiłkowi.

 

Nieznajoma znów się uśmiechnęła, po czym podeszła do Diodaka i usiadła tuż obok niego. Diodak poczuł jak robi mu się gorąco, i natychmiast odwrócił wzrok. Ale zaraz musiał znów spojrzeć na siedzącą koło niego kobietę, kiedy poczuł jak jej udo ociera się o jego delikatnie. A potem niewiasta zbliżyła się do jego ucha i szepnęła kusicielsko:

 

– Widzę, że umie się pan obchodzić nie tylko z maszynami, ale również z kobietami, doktorze D. – Oddaliła się nieco, ale wciąż siedziała obok. – Jestem Natalie. Mam nadzieję, że przyjmie pan ofertę naszej agencji i będziemy się mogli lepiej poznać. Byłaby wielka szkoda, gdyby rzucił mnie pan na pastwę tych wszystkich nieokrzesańców.

 

Diodak nic nie odpowiedział. Wziął tylko ponownie nóż i widelec i przystąpił do jedzenia śniadania. To było chyba najdłuższe dziesięć minut w jego życiu. Natalie próbowała bawić go miłą rozmową, a on próbował zignorować nerwowe reakcje swojego ciała – od potu po drżenie ręki – i skupić się na jedzeniu. Jednakże jej ponętne spojrzenia i bliskość sprawiały, że udawanie niewzruszonego było cholernie trudne. Kiedy wreszcie udało mu się skończyć posiłek (a po upewnieniu się, że wynalazca nie chce napić się herbaty, Natalie podniosła się, aby zabrać wózek), Diodak poczuł przypływ radości, jakby stał w długim korku, który właśnie ruszył się gwałtownie. Kiedy zaś agentka opuściła jego celę, wydał z siebie głębokie westchnienie ulgi.

 

 

Fulton[3] siedział zgarbiony w fotelu i trzymał oburącz radar, który wcześniej pokazali mu Sknerus, Śmigacz i Cyfron. Przyglądał się jak zahipnotyzowany żółtemu światełku, które w jednej sekundzie znikało, aby w następnej pokazać się znów. Jednak dla Fultona nie było to tylko światło, bowiem za tym niepozornym, żółtym punktem krył się jego porwany syn. Z każdą chwilą Sknerusowi, Śmigaczowi i Cyfronowi (a także Megajonkowi, który wraz z Wolframikiem siedział na schodach i obserwował rozwój wydarzeń) wydawało się, że starzec był coraz bliższy płaczu. W końcu jednak spojrzał na swoich gości i uśmiechnął się do nich gorzko.

 

– Zawsze wiedziałem, że będzie kimś więcej, niż złotą rączką – powiedział cicho. – Że w przeciwieństwie do mnie i mojego ojca Diodak nie będzie tylko mechanikiem, ale też wynalazcą. Zawsze kiedy coś budował, byłem z niego taki dumny… – urwał i zamrugał kilka razy, jakby chciał przepędzić ze swoich oczu łzy. Jego ręce zacisnęły się mocniej na radarze, a oczy powędrowały znów na żółte światełko. – A teraz przez swój niezwykły dar, mój mały Diodak został porwany przez jakichś bandytów i wywieziony z Kaczogrodu.

 

Wydał z siebie głębokie westchnienie i położył radar na stoliku do kawy. Następnie spojrzał znów na trzech siedzących przed nim mężczyzn.

 

– Co was jednak do mnie sprowadza? Chcecie mnie zapewnić, że dołożycie wszelkich starań, aby uratować mojego syna? Przecież o tym wiem, ale ta wiedza nie sprawia, że czuję się spokojniejszy.

 

– To prawda, że przyszliśmy tutaj właśnie w tym celu, ale jest jeszcze coś, panie Fultonie – odparł Sknerus. – Widzi pan, Śmigacz nie ma ani jednego sprawnego samolotu, a on i Diodak świetnie się w sprawach samolotów rozumieją, więc doszliśmy do wniosku, że dobrym pomysłem byłoby wzięcie jednego z aeroplanów skonstruowanych przez pańskiego syna.

 

– Proszę bardzo. Nie widzę powodów, abyście nie mieli tego zrobić. O ile, rzecz jasna, policja nie postanowi zarekwirować wszystkich wynalazków jako dowodów, albo w ogóle nie obklei warsztatu taśmą.

 

– Problem leży zupełnie gdzieindziej, panie Fultonie – oznajmił Sknerus. – Potrzebny nam ktoś, kto zna wynalazki Diodaka na tyle, aby wybrać ten, który będzie do naszego zadania idealny, a także ktoś, kto jest w stanie je szybko zreperować i dostarczyć nam o nich różnych informacji. Sam pan rozumie, że Wolframik nie jest odpowiednim źródłem wiedzy. Nie to, że jej nie posiada, ale po prostu dlatego, że nie potrafi jej przekazać. Dlatego właśnie przyszliśmy do pana.

 

– Mogę być waszym mechanikiem – zaczął ostrożnie Fulton – jednakże już dawno nie byłem w „Wynalazkach dla ludności” i, wstyd się przyznać, nie znam wszystkich maszyn mojego syna.

 

– Ale ja znam! – zawołał Megajonek i szybko zbiegł ze schodów do salonu. – Bywałem w warsztacie wujka tak często, że wiem, co który wynalazek robi. Pomogę wam, jeśli weźmiecie mnie ze sobą.

 

– A ten znowu swoje… – westchnął Sknerus, przewracając oczami.

 

– Megajonek, co to ma znaczyć? – Fulton podniósł się z fotela. – Nie powinieneś podsłuchiwać, kiedy dorośli rozmawiają.

 

– Dziadku, ja chcę z nimi iść pomóc wujkowi, a oni mi nie dają. – Wskazał palcem gości.

 

– Jesteś za mały – odpowiedział Fulton. – A gdyby coś ci się stało? Pomyślałeś w ogóle co byśmy czuli ja i wujek Diodak?

 

– Zgodnie z zasadą, że to tych spokojnych należy się bać – zaczął Śmigacz uśmiechając się do malca przyjacielsko – gdybyśmy dopuścili do tego, że stałaby ci się krzywda, Diodak zadźgałby nas śrubokrętem.

 

– Albo jeszcze lepiej: nasłał na nas jakiegoś robota-mordercę – wtrącił dotąd milczący Cyfron.

 

– Poza tym gdybyśmy cię wzięli, musielibyśmy ciągle na ciebie uważać – wyjaśnił Sknerus, opierając obie ręce na lasce. – A to mogłoby źle wpłynąć na powodzenie misji. Chyba chcesz, aby nam się udało, prawda, chłopcze?

 

– Ależ tak, jak najbardziej.

 

– W takim razie nam nie przeszkadzaj –odparł Sknerus.

 

– Ale z samolotem mogę wam pomóc? – spytał Megajonek, spoglądając na trzech mężczyzn spode łba. W jego głowie zaświtał pewien pomysł.

 

Sknerus uśmiechnął się i przytaknął głową.

 

– Oczywiście, chłopcze.

 

 

Po raz trzeci tego dnia drzwi do celi Diodaka się otworzyły. Zakuty Dziób wszedł do środka. Na jego widok Diodak poczuł przypływ chłodu, a serce podskoczyło mu gwałtownie w piersi. Szybko spojrzał w stronę okna. Słońce wisiało już bardzo wysoko na niebie.

 

– Nie minęła ósma wieczór. Mam jeszcze czas do namysłu – powiedział Diodak i spojrzał chłodno na agenta.

 

– Wiem – odparł Zakuty Dziób i podszedł bliżej do więźnia. – Przyszedłem tutaj, bo nurtuje mnie pewne pytanie. Tak się zastanawiałem, doktorze… Przejął pan warsztat po swoim ojcu, a on z kolei przejął go wcześniej po pańskim dziadku. Z tego co się orientuję, nie ma pan żony ani nawet dziewczyny. – Stanął koło Diodaka i zniżył głos. Wynalazca zaczął mieć złe przeczucia. – W związku z tym, kto przejmie warsztat, kiedy przejdzie pan na emeryturę?

 

– Będę się nad tym zastanawiał, kiedy stanę się zgrzybiałym starcem – odpowiedział podniesionym głosem Diodak, posyłając kogutowi kolejne nieprzychylne spojrzenie.

 

– Czyżby? – Zakuty Dziób podniósł brwi. – A ja mam wrażenie, że już pan wybrał.

 

Na czole Diodaka pojawił się zimny pot. Wynalazca zaczynał rozumieć do czego zmierza kogut.

 

– Pański siostrzeniec to naprawdę złoty chłopak. Jestem pewien, że jest niezgorszym wynalazcą, niż jego wuj. – Zakuty Dziób przeniósł wzrok z Diodaka na sufit. – Szkoda byłoby, gdyby przydarzył mu się jakiś przykry wypadek, zanim ziściłaby się jego świetlana przyszłość.

 

Diodak nie wytrzymał.

 

– Jeśli mu coś zrobicie, na pewno nie będę dla was pracował. – Sam nie wiedział skąd nagle wziął odwagę, ale wypowiedział te słowa bez wahania.

 

A wtedy ręka Zakutego Dzioba zacisnęła się nagle wokół jego szyi i Diodak został przybity do ściany.

 

– Musi pan zrozumieć, doktorze, jedną ważną rzecz – odpowiedział spokojnym, wyrachowanym tonem agent. – Zależy nam tylko na pana umyśle. Reszta pańskiego ciała nas nie obchodzi, dlatego nie zawaham się złamać panu tego i owego, jeśli nie okaże pan dobrej woli. To samo tyczy się, oczywiście, pańskich bliskich.

 

Puścił Diodaka, a ten zakaszlał gwałtownie i wziął kilka głębokich oddechów. Kiedy już doszedł do siebie, podniósł wzrok na swojego oprawcę.

 

– Myślę, że podejmie pan właściwą decyzję – oznajmił Zakuty Dziób i odwrócił się tyłem do Diodaka. – Wybór jest właściwie tylko jeden. A czas leci.

 

Kiedy wyszedł, Diodak ześlizgnął się na podłogę i pogrążył w rozmyślaniach. Jasno przedstawili mi kij i marchewkę…  Chyba rzeczywiście lepiej będzie przystać na ich propozycję. Z drugiej strony, oni mogą użyć mój wynalazek do czegoś złego. Ale nie mogę narażać na niebezpieczeństwo Megajonka… Co robić? Przecież musi być jakieś wyjście…

 

Musiał je znaleźć i to szybko. Z położenia słońca mógł wywnioskować, że pozostało mu pięć godzin.
———————————————————————–
[1] „Sir Diodak z Maszylandii” mój drugi ulubiony odcinek „Kaczych Opowieści” po „Prawdziwym bogactwie” (Oh, Sknerus w kilcie…).
[2] Megajonek wygląda (mniej więcej) tak: http://www.comicvine.com/newton/29-4216/
Pamiętacie siostrzeńca Diodaka? Podobno sam jest wynalazcą i idolizuje wujka, ale na potrzeby tego fika dodałam mu też zdolność rozumeinia Wolframika.
[3] Fulton, ojciec Diodaka, wygląda tak: http://www.comicvine.com/…ton/105-602586/
A z ogólnych informacji to facet był jednym z protoplastów Małych Skautów  i był kiedyś złotą rączką.