[FF: Kacze opowieści] Zachować sekret cz.2 – Przebudzenie

Kiedy Wolframik opuszczał pracownię Diodaka, było po północy. Kiedy zaś dotarł (różnymi pokrętnymi drogami) do rezydencji McKwacza, czerwone słońce właśnie wschodziło nad Kaczogrodem, ogłaszając początek nowego dnia. Choć umysł żaróweczki był nakierunkowany na jak najszybsze dotarcie do celu, Wolframik nie potrafił przestać myśleć o Diodaku. O tym, że go zostawił. O tym, co też mogło się z nim teraz dziać. O tym, że teraz jego wolność, a być może nawet życie, spoczywa na blaszanych barkach jego pomocnika. Toteż Wolframik obawiał się o to, czy będzie w stanie przekazać – Sknerusowi, Śmigaczowi, komukolwiek – najważniejsze informacje. Oczywiście zamierzał z nimi iść. Nie wyobrażał sobie wyzwolenia Diodaka bez swojego udziału.
Przedostanie się przez bramę główną bez zwracania na siebie uwagi systemów alarmowych nie stanowiło problemu. Nawet gdyby nie posiadał znajomości zabezpieczeń (w końcu to Diodak je zaprojektował, a on – jako jego pomocnik – był przy tym obecny), Wolframik wciąż byłby na tyle mały, aby przejść przez wejście niezauważony.
Teraz czekała go długa droga przez wybrukowaną białą kostką ścieżkę do ganka. A wokoło nie było żadnej kosiarki ani siostrzeńców Sknerusa na rowerach, aby mógł na nie wskoczyć i podjechać. Praktycznie rzecz biorąc całe podwórko McKwacza było opustoszałe. Ramiona Wolframika opadły ze zrezygnowaniem. Dotarcie do domu zajmie mu jeszcze więcej czasu, który można byłoby spożytkować na poszukiwania Diodaka.

Zaraz jednak przypomniał sobie ten smutny uśmiech, którym Diodak go pożegnał, i w żaróweczkę wstąpiły nowe siły. Wolframik wyprostował się i pobiegł w stronę domostwa. Sam nie wiedział skąd miał tyle energii, ale udało mu się dotrzeć do ganku w niecałe pięć minut, co prawda kilka razy się przewracając, lecz za każdym razem powstając i biegnąc dalej.
Kiedy jednak już znalazł się na miejscu, napotkał na kolejny problem. Nie wiedział jak obwieścić swoje przybycie i przedostać się do środka. Był za niski, aby dosięgnąć do dzwonka, a wspinaczka do niego nie wchodziła w grę. Nie mógł też zapukać. Jego małe rączki nie wydałyby dźwięku dość głośnego, aby przyciągnąć czyjąkolwiek uwagę. Nawet prześlizgnięcie się pod drzwiami było niemożliwe, bo szpara między podłogą, a drzwiami była za wąska.
Wolframik usiadł na ganku i ze zrezygnowaniem oparł głowę na rękach. Musiał znaleźć jakiś sposób, aby dostać się do środka, ale jak na razie nie był w stanie nic wymyśleć. Ta cała sytuacja napawała go rozpaczą.
Nagle usłyszał za sobą skrzypnięcie drzwi i zamarł na chwilę.
– Wielkie Nieba, toż to mały przyjaciel pana Diodaka!
Wolframik podniósł się gwałtownie z miejsca i odwrócił w stronę tego, który zauważył jego obecność. W drzwiach, trzymając oburącz koszyk z praniem, stał lokaj Sknerusa, Cezar. Wolframik zaczął skakać z radości, ale zaraz powstrzymał swoje emocje, przypominając sobie, z czym przyszedł. Tymczasem Cezar wyszedł przed dom i postawił kosz na ziemi, po czym kucnął i wystawił przed żaróweczką otwartą dłoń. Pomocnik wszedł na nią i lokaj powstał na równe nogi.
– Co cię do nas sprowadza? – zapytał z lekkim uśmiechem.
Wolframik znów się załamał. W jaki sposób miał zakomunikować komukolwiek co się stało? Jak miał im powiedzieć, że Diodak został porwany i że miał ze sobą nadajnik?
Po chwili ciszy ze strony żaróweczki Cezar postanowił zastosować metodę pytań zamkniętych.
– Czy chodzi o jakiś wynalazek, który pan Diodak miał zreperować?
Żaróweczka machnęła zamaszyście rękami, sygnalizując, że nie.
– A więc chodzi o aktualizację programu Robokwaka?
Wolframik znów zaprzeczył.
– No to może przyszedłeś tutaj, aby oznajmić, że pan Diodak wyjeżdża na jakąś wystawę i nie będzie do dyspozycji pana McKwacza?
Kolejne machnięcie rękami. Cezarowi zaczęły kończyć się pomysły i, szczerze mówiąc, zaniepokoił się odrobinkę. Jeśli nie chodziło o naprawę, aktualizację ani wyjazd służbowy, to o co? I dlaczego właściwie Wolframik był tu sam? Nigdy wcześniej Diodak nie wysyłał go z jakąkolwiek sprawą, najczęściej informował o wszystkim osobiście.
– Czy pan Diodak jest chory? – spróbował po raz kolejny lokaj.
I po raz kolejny otrzymał w odpowiedzi stanowcze „nie”. Cezar westchnął, ale zaraz wytrzeszczył oczy i uśmiechnął się zadziornie. Już wiedział o co zapytać teraz.
– Czy panu Diodakowi coś się stało?
Tym razem Wolframik przytaknął i zgiął ręce, aby zakomunikować lokajowi, że jest na dobrej drodze i powinien zgadywać dalej. Jednak Cezar posadził go sobie na ramieniu, wziął pranie i skierował się z powrotem do domu.
– Musisz porozmawiać z panem McKwaczem – oświadczył, wchodząc do środka, i zamknął za sobą drzwi. – Zaprowadzę cię do gabinetu pana i obudzę go.
Kiedy Diodak odzyskał świadomość, obudził się w białym, surowym pomieszczeniu. Leżał na prostym łóżku z materacem i poduszką, i wyglądało na to, że jest to jedyny mebel w jego więzieniu. Oczy wynalazcy zaczęły wodzić po pokoju. Na suficie nie było żadnych kamer. Nad sobą ujrzał jedno, jedyne maleńkie okno. Białe, ledwo wyróżniające się z od ścian drzwi zapewne były zamknięte. Mimo to Diodak podniósł się z łóżka, podszedł do nich i chwycił za klamkę. Drzwi wydawały się otwierać na zewnątrz, toteż popchnął ją do przodu.
Nic się nie stało.
Diodak usiadł na łóżku i nagle przez głowę przeszła mu pewna myśl. Szybko odchylił klapę kamizelki i sprawdził kieszeń. Odetchnął z ulgą, kiedy zorientował się, że nadajnik i fiolka wciąż tam są. Na szczęście dla niego porywacze nie wpadli na to, aby go przeszukać. Wyciągnął buteleczkę i przyjrzał się jej uważnie. Zastanawiał się, czy może teraz nie nadszedł czas, aby ją użyć. Czy nie lepiej byłoby zrobić to teraz, kiedy jeszcze nic się nie stało?
Ale zaraz zacisnął rękę wokół fiolki. Nie, właśnie dlatego, że nic się jeszcze nie stało, nie powinien tego robić. Jest jeszcze nadzieja. Na pewno już Wolframik zdążył wezwać pomoc i ktoś zmierza tutaj, aby go uwolnić. A nawet jeśli jeszcze nie, Diodak wiedział, że powinien czekać na ratunek i nie podejmować pochopnych decyzji.
Schował fiolkę do kieszeni. Wtedy właśnie usłyszał zgrzyt zamka i drzwi się otworzyły. Do środka wszedł wysoki kogut w białym garniturze i ze stalowym dziobem. Wszedł sam, ale ktoś przymknął za nim drzwi. Diodak wstał, po części, aby nie być niegrzecznym, po części, aby przygotować się na to, co mogło nastąpić.
– Witamy w PTAK, doktorze D – odezwał się kogut i wyciągnął do Diodaka rękę, uśmiechając się przyjacielsko. – Proszę mi mówić Zakuty Dziób.
– Czego ode mnie chcecie? – spytał chłodno Diodak, mimo że się tego domyślał.
Uśmiech Zakutego Dzioba zrzedł i kogut opuścił rękę.
– Wiem, że pierwsze wrażenie nie wypadło zbyt dobrze, doktorze, ale proszę mi wierzyć: jeśli tylko zgodzi się pan z nami współpracować, nie musi się pan niczego obawiać.
Krew Diodaka zaczęła się gotować. Toż to kpiny… Wtargnęli do mojego domu, porwali mnie i więżą w tej dziurze i jeszcze twierdzą, że nie muszę się niczego obawiać… Przez chwilę chciał wygarnąć temu gryzipiórkowi, co o nim myśli, ale postanowił milczeć. Słyszał o tym, czym zajmuje się PTAK. Ci ludzie byli niebezpieczni. Musiał uważać na słowa.
Tymczasem Zakuty Dziób mówił dalej:
– Mamy dla pana propozycję, doktorze. Interesuje nas pański wynalazek.
– Który? Zbudowałem wiele rzeczy.
Kogut uśmiechnął się delikatnie.
– Chodzi nam o skafander Robokwaka.
Diodak prychnął śmiechem. Właściwie mógł się tego domyśleć. Robokwak stanowił potężną broń i Diodak zdziwiłby się, gdyby nikt nie chciał go w taki sposób wykorzystać. Wielu ludzi (w tym z agencji rządowych) zgłaszało się do Sknerusa McKwacza z zamiarem wykupienia projektu, ale Sknerus, na prośbę Diodaka, każdemu odmawiał.
– Oczywiście, oferujemy stosowną zapłatę za wyjawienie nam planów Robokwaka i pomoc przy konstruowaniu kilku sztuk na nasz własny użytek; a także stały etat w naszej agencji. Zapłacimy więcej, niż KAW, a na pewno więcej niż ten stary sknera, McKwacz. To co, doktorze D? Możemy liczyć na owocną współpracę? – Nagle przybliżył się do twarzy Diodaka i spojrzał na niego mniej przyjaźnie. – Czy też mamy przekonać pana w inny sposób?
Diodak milczał przez chwilę. Na jego czole pojawił się zimny pot. Nie chciał im pomagać. Wiedział, do czego zostanie wykorzystany jego wynalazek, jeśli się zgodzi, ale z drugiej strony kto wie, do czego byli zdolni? Potrzebował czasu. Dużo czasu, aby ustalić jakiś plan działania – może ucieczkę, może walkę na dwa fronty, może coś jeszcze innego – ale wymyśleć go i wprowadzić w życie.
Wyprostował się, odchrząknął i – próbując nie brzmieć jak przerażone dziecko – wreszcie przemówił:
– Pan wybaczy, ale to przyszło tak nagle… Potrzebuję czasu do namysłu.
– Jak dużo czasu? – zapytał Zakuty Dziób, podnosząc brwi.
Diodak rozluźnił ramiona i wzruszył nimi.
– Dzień, może dwa…
– Jest – zaczął Zakuty Dziób i spojrzał na zegarek – ósma rano. Ma pan czas do ósmej wieczorem. – Odwrócił się w stronę drzwi i na odchodnym dodał jeszcze: – Do tego czasu żegnam. Mam nadzieję, że odpowiedź będzie twierdząca.
Wyszedł. Diodak usłyszał zgrzyt zamykanego zamka i cichy tupot oddalających się od jego drzwi stóp. Opadł na łóżko i przetarł twarz rękoma, po czym, splótłszy je, dotknął podbródka, pogrążając się w zadumie.
– Dobra, mały. – Ubrany w koszulę nocną i szlafmycę Sknerus usiadł na krześle w swoim gabinecie i rzucił żaróweczce podejrzliwe spojrzenie. – Co takiego wymyślił ten idiota, Diodak, że musiałem obudzić się o tak barbarzyńskiej porze?
W pomieszczeniu obecni również byli inni domownicy – ubrani w piżamy Hyzio, Dyzio i Zyzio, pani Dziobek i Tasia w koszulach nocnych, a także Cyfron Liczypiórek, który przyszedł dziś do pracy wcześniej.
– Proszę mi wybaczyć, panie McKwacz – odezwał się Cezar – ale z tego, co udało mi się ustalić po rozmowie z Wolframikiem, nie chodzi o wynalazek. Wolframik twierdzi, że panu Diodakowi coś się stało.
– Pewnie kolejny wynalazek uderzył go w głowę i ten fajtłapa stracił przytomność – stwierdził Sknerus. – Nie pierwszy raz zresztą.
– Ale, wujku – wtrącił się Zyzio. – Diodakowi mogło stać się coś złego.
– Właśnie – dodał Hyzio. – Chyba nie chcesz, aby umarł, bo nie zdążyliśmy przyjść na czas, prawda, wujku Sknerusie?
– No, już dobrze, dobrze. – Machnął ręką Sknerus i zwrócił się znów do Wolframika: – Mów wreszcie o co chodzi i miejmy to za sobą.
Wolframik po raz drugi tego dnia stanął przed problemem zakomunikowania osobom trzecim o tym, co się stało. Tymczasem wszyscy patrzyli na niego w oczekiwaniu na to, co miał do powiedzenia. Na szczęście szybko zorientowali się, że nie miał pojęcia jak się z nimi porozumieć, bo Dyzio pochylił się nad nim i powiedział:
– Spróbuj nam pokazać. Wiesz, tak jak w kalamburach.
Wolframik doszedł do wniosku, że to dobry pomysł i od razu zabrał się do dzieła. Ułożył rękę w pięść i udał, że puka do drzwi. Następnie stanął z boku, pochylił się i nagle wyprostował, jakby się czegoś przestraszył, a potem uciekł i schował się za nogą Tasi.
– Kitwciskacz był u Diodaka? – zdziwił się Hyzio.
– Ale chciał coś sprzedać, czy dać do naprawy? – spytał Dyzio.
Wolframik wyszedł z kryjówki i pokiwał przecząco rękoma. Przez chwilę zastanawiał się, jak im to przekazać inaczej, aż w końcu jego głowa zapaliła się i spróbował jeszcze raz. Znów udawał, że puka, po czym zrobił kilka wielkich, zdecydowanych kroków, wyprostował się i udawał że coś za sobą ciągnie.
– Bracia Be go okradli – zgadł Zyzio.
Żaróweczka znów zaprzeczyła.
– To nam zajmie cały dzień – powiedział Sknerus. – Musimy wymyśleć inny sposób.
– Mam! – wykrzyknął Cyfron, pstryknąwszy palcami, po czym pochylił się nad Wolframikiem. – Znasz alfabet?
Żaróweczka ostrożnie przytaknęła.
– Umiesz liczyć? – spytał księgowy, a Wolframik przyjął pozę jakby chciał powiedzieć: „Taak. To, że jestem żarówką, nie znaczy, że jestem głupi.” Cyfron uśmiechnął się i oznajmił: – W takim razie zrobimy tak: ty wystukasz długopisem liczbę, pod którą występuje dana litera. Wiesz o co chodzi? Jeden to A, dwa to B, i tak dalej.
Wolframik przytaknął.
– Ja z kolei policzę twoje stuknięcia i zapiszę to w formie liter na kartce. Spróbujemy z jednym słowem, a jeśli to nie wystarczy, przekażesz nam coś więcej, dobrze?
Wolframik szybko wspiął się na biurko i chwycił za długopis. Sknerus wstał, aby Cyfron mógł zając jego miejsce. Księgowy wziął kartkę i ołówek, po czym potwierdził kiwnięciem głowy swoją gotowość. Żaróweczka zaczęła wystukiwać pierwszą literę. Kiedy liczba stuków osiągnęła wielkość szesnastu, Cyfron zapisał ją na kartce.
– „P” – przeczytał. – Mam. Dalej – dodał i spojrzał na Wolframika.
Pomocnik Diodaka natychmiast zabrał się za stukanie. Tym razem długopis wydał jeden dźwięk mniej, ale tylko Cyfronowi udało się to wychwycić.
– Zapisałem „O”. Mamy na razie „PO”.
Trzecia litera liczyła sobie osiemnaście stuknięć, czwarta – trzydzieści dwa, a piąta tylko jedno. Podczas gdy Wolframik stukał dalej, Cyfron spojrzał na zapisane już litery i zamarł. „PORWA” – głosił napis na kartce. Księgowy przyglądał się jej szeroko otwartymi oczami i nawet nie zauważył, kiedy żaróweczka skończyła stukać.
– Cyfron, zapisujesz? – zapytał Sknerus.
Księgowy tylko oparł się na krześle i już sam dopisał dwie ostatnie litery.
– Porwany… – wyszeptał, ale jego szept odbił się po pokoju. – Diodak został porwany.
Zapadła cisza. Słowa Cyfrona wsiąkły w umysły zebranych i nagle wszyscy zdali sobie sprawę z ich znaczenia.
Zaraz jednak Wolframik dźgnął dwa razy księgowego, po czym zaczął znów stukać w stół. Kiedy przerwał, Cyfron zapisał na kartce literę „N”. Żaróweczka zerknęła na papier, a potem wystukała kolejny komunikat. Po trzech minutach spędzonych na odszyfrowywaniu komunikatu Wolframika na papierze pojawiło się nowe słowo.
– „Nadajnik”? – przeczytał Cyfron i spojrzał ze zdziwieniem na małego przyjaciela Diodaka.
W przypadku Diodaka to słowo mogło znaczyć wszystko, toteż przez chwilę wszystkie obecne w gabinecie osoby nie rozumiały o co chodzi. A potem Wolframik sięgnął po leżącą koło Cyfrona gumkę, podbiegł do niego i włożył mu ją do kieszeni marynarki.
I wszystko stało się jasne. Kilka sekund później Zyzio był pierwszym, który wypowiedział konkluzję, do jakiej doszli pozostali.
– Diodak wziął ze sobą nadajnik, abyśmy mogli go wytropić!
– W takim razie gdzieś w jego pracowni musi być urządzenie, które ten nadajnik namierzy! – wykrzyknął z równym entuzjazmem Hyzio.
– Tak, musimy je tylko znaleźć! – dodał Dyzio. – Chodźmy uratować Diodaka!
Pobiegli w stronę wyjścia, ale zaraz zatrzymał ich głos wuja:
– Zaczekajcie!
Spojrzeli w jego stronę. Podniósł się z krzesła, na którym siedział, i podszedł do swoich siostrzeńców.
– Wy nigdzie nie idziecie. – Stanął przed nimi, opierając ręce na lasce.
– Ale, wujku! – wykrzyknęli, jednak Sknerus natychmiast ich uciszył.
– Diodaka porwali ludzie, którzy na pewno są niebezpiecznymi przestępcami. To nie to samo, co szukanie złota, chłopcy. Możecie nam pomóc w szukaniu jakichś śladów w pracowni Diodaka, ale potem będziecie musieli zostać tutaj. Rozumiecie?
Wszyscy trzej spuścili wzrok i przez chwilę milczeli, pogrążeni w smutku. Kiedy minęło pół minuty, dotąd milcząca Tasia spytała:
– Ale pomożesz Diodakowi, prawda, wujaszku?
– O, tak. Na pewno – odparł Sknerus uśmiechając się do niej. Następnie jego twarz przybrała wyraz zdeterminowania, kiedy ruszył w stronę wyjścia i, nie odwracając się, zawołał: – Cezarze, przygotuj mi jakieś ubranie.
– Tak, proszę pana. – Lokaj ruszył za swoim pracodawcą.
– Ty też się szykuj, Cyfron. Ruszamy po śniadaniu.
– Tak jest, panie McKwacz. – Księgowy aż zasalutował.
Sknerus nie usłyszał go, bo był już na korytarzu. Chyba pierwszy raz przydarzała mu się sytuacja, w której musiał ratować Diodaka. Sknerus nie wiedział na razie, gdzie jest ten idiota ani jak go stamtąd wydostanie, ale stary bogacz nigdy nie zostawiał przyjaciół w potrzebie.

[FF: Kacze opowieści] Zachować sekret cz.1 – Prolog

Diodak nie wiedział co robić. Podczas gdy jego najnowsze dzieło – mechaniczny odźwierny – przytrzymywał z całych sił drzwi, aby nie wpuścić nikogo do środka, sam wynalazca chodził nerwowo po warsztacie i szukał jakiegoś rozwiązania. Stojący na zewnątrz przybysze próbowali za wszelką cenę wedrzeć się do pracowni.
Obudzili Diodaka w środku nocy natarczywym pukaniem, a kiedy stanął przy drzwiach i lekko je otworzył, ujrzał trzech ubranych w trencze mężczyzn. Wtedy właśnie w jego głowie zapaliło się czerwone światło. Kiedy zapytał o co chodzi, a oni kazali mu ze sobą iść, wszystko stało się jasne. Diodak natychmiast zamknął drzwi i uruchomił odźwiernego, który teraz oparł się całym swoim mechanicznym ciałem o wejście, aby utrudnić napierającym na nie intruzom wywarzenie drzwi z zawiasów, swojemu twórcy zaś dać trochę czasu.

Serce Diodaka waliło jak szalone, a oczy co chwila spoglądały w stronę drzwi. Wiedział, że odźwierny nie wytrzyma zbyt długo, on sam zaś był zbyt chuderlawy, aby się bronić i za mało wysportowany, aby uciec (pewnie i tak strzelaliby do niego w biegu). Nie był też w stanie w żaden sposób wezwać pomocy, zresztą nawet gdyby to zrobił, pomoc ta przybyłaby pewnie za późno. Wyglądało na to, że nie było dobrego wyjścia z tej sytuacji.
Toteż szybko rzucił się do biurka i włożył do klapy marynarki szkolną gumkę.
– Wolframik – zawołał szeptem swojego pomocnika.
Żaróweczka szybko podbiegła do niego i stanęła tuż przed nim. Zacisnęła dwupalczaste pięści, wyrażając tym samym chęć do walki, ale Diodak położył na nie palec, sygnalizując, że nie chce, aby Wolframik walczył.
– Posłuchaj mnie uważnie – zaczął, nadal rozglądając się za czymś użytecznym. – Wymkniesz się tym oknem – wskazał okno wychodzące na trawnik – i wezwiesz kogoś na pomoc. Mam w kieszeni nadajnik. Pokażesz im radar i go włączysz.
Woframik złapał oburącz palec swojego pana. Diodak dobrze wiedział, co jego pomocnik chce powiedzieć.
– Nie ma innego wyjścia. Widzisz przecież, że nie mogę ani z nimi walczyć, ani im uciec.
– Ten opór jest bezcelowy, doktorze D – odezwał się jeden z mężczyzn na zewnątrz. – Pójdzie pan z nami po dobroci, albo wysadzimy tę ruderę.
– Słyszysz, Wolframik? – syknął Diodak. – Jeśli teraz nie uciekniesz, moja nadzieja przepadnie.
Żaróweczka nadal nie ruszała się ze swojego miejsca. Ścisnęła tylko mocniej palec Diodaka, dając mu do zrozumienia, że się o niego boi. Diodak tylko się uśmiechnął.
– Nie martw się, nadajnik jest dokładny i ma szeroki zasięg. Znajdą mnie gdziekolwiek będę.
Wolframik wreszcie rozluźnił uścisk i skierował się w stronę okna. Diodak poszedł z nim i uchylił je lekko. Kiedy żaróweczka stała już na parapecie i gotowała się do skoku, odwróciła się po raz ostatni do Diodaka, który rzucił jej smutny uśmiech.
– Idź już. Lepiej, żeby cię nie zobaczyli.
Wolframik zeskoczył. Diodak spojrzał ostatni raz na swój trawnik. Poczekał, aż jego pomocnik dobiegł do płotu i przecisnął się przez wąską szczelinę. Dopiero wtedy wynalazca zamknął okno. Jego wzrok zatrzymał się na małej, stojącej na półce z książkami, żółtej fiolce. Przez chwilę jeszcze Diodak wahał się czy ją wziąć, czy nie, jednak w końcu sięgnął po nią i włożył do tej samej kieszeni, gdzie znajdowała się gumka z nadajnikiem. Miał szczerą nadzieję, że nie będzie musiał jej wypić, ale jeśli zajdzie taka konieczność… jeśli nie będzie innego wyjścia, wolał być na to gotów.
Strzał z pistoletu wyrwał go z rozmyślań. Diodak spojrzał w stronę drzwi. System sterowania mechanicznego odźwiernego właśnie został przestrzelony (sądząc po dymiącej w drzwiach dziurze – agenci domyślili się, gdzie powinni celować). Jego wynalazek był tylko nieruchomym robotem. Intruzom udało się wreszcie wywarzyć drzwi i wtargnąć do środka. Diodak odwrócił się do nich całym ciałem, starając się zachować kamienną twarz, mimo uderzenia gorąca i oszalałego bicia serca.
– I co, doktorze? – zapytał jeden z agentów z uśmiechem. On musiał być tu szefem. – Było się tak stawiać? Wcześniej czy później i tak byśmy tu weszli.
– Czego chcecie? – zapytał Diodak, ledwie powstrzymując drżenie głosu. Rzucił przywódcy chłodne spojrzenie, a on podszedł do niego bliżej. Na jego twarzy pojawił się wyraz fałszywego smutku.
– Myślałem, że słynny warsztat „Wynalazki dla ludności” będzie otwarty dla każdego. – Rozejrzał się dookoła po czym dodał: – Nawiasem mówiąc, to ciekawe, że kurak pełniący tak ważną funkcję w KAW, mieszka w tak zapyziałej dziurze.
Diodak zrobił krok w tył. Miał szczerą nadzieję, że Wolframikowi nic się nie stało i że niebawem jego pomocnik znajdzie kogoś, kto będzie w stanie mu pomóc.
– Cokolwiek planujecie – zaczął podniesionym głosem Diodak – nie zamierzam wam pomagać. Wiem kim jesteście i czemu tu przyszliście. Jeśli chcecie, żebym z wami poszedł, będziecie musieli mnie do tego zmusić.
– To nie będzie konieczne. 37, 34 – Szef zwrócił się do agentów stojących po jego lewej i prawej stronie. – Zajmijcie się doktorem.
– Tak jest – powiedzieli obaj.
Podbiegli do Diodaka. 37 uwięził go w silnym uścisku, podczas gdy 34 przytknął do dzioba więźnia materiał nasączony chloroformem. Umysł Diodaka powoli zaczął tracić kontakt z rzeczywistością i odpływać w ciemność. Zanim jednak  wynalazca całkiem stracił przytomność, przez głowę przeszła mu tylko jedna myśl.
Oby mnie tylko znaleźli…

Aktualności: Słowo wstępne do "Zachować sekret"

Fanfik, który od tego piątku będę regularnie przesyłać, jest niestety niedokończony, gdyż moja faza na Kacze opowieści zamarła wiele lat temu i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że kiedyś powróci mi wena. Niemniej jednak jest to jeden z tych fików, które oscylują wokół mojej ulubionej postaci w danym fandomie, w tym przypadku – Diodaka.

Pomysł wziął się z mojej refleksji nad tym, że Diodak w Kaczych opowieściach pracuje dla tajnej organizacji KAW i robi dla niej gadżety, a także jest twórcą skafandra Robokwaka, a mimo to w zasadzie nigdy nie zdarzyło się w serialu (nie wiem jak w komiksach), aby jacyś złoczyńcy chcieli go porwać i skłonić do współpracy. Tak więc przyszło mi do głowy, że mogłabym opisać taką sytuację w fanfiku. Złoczyńcami zaś, którzy mieliby go uprowadzić, była organizacja przestępcza ze spin-offa Kaczych opowieściDarkwing Ducka (jeśli nie widzieliście, polecam gorąco, chociaż polskich odcinków jest bodajże sześć) – PTAK. Pojawi się tam nawet dwoje sztandarowych agentów PTAKu – Ammonia Pine i Zakuty Dziób. A poza nimi znajdą się również inni bohaterowie, w tym ojciec i siostrzeniec Diodaka.

Co więcej powiedzieć? Do widzenia jutro.

[FF: Herkules] Opowieści hermesowe – rozdział 9

[Uwaga. Tekst zawiera nawiązania do odcinka Twilight of Gods.]

Ugłaskać Thota

Narrator: Góra Olimp, siedziba greckich bogów. Miejsce decyzji o wielkiej wadze…
– I co robimy, stary? – zapytał kompana Hefajstos.
Dionizos przyglądał się przez dłuższy czas sytuacji. To był naprawdę ciężki orzech do zgryzienia. Musiał wybrać mądrze. Od jego decyzji zależało nawet więcej niż równowaga we wszechświecie. Toteż myślał intensywnie przez dłuższy czas, aż w końcu, rozważywszy wszystkie alternatywy, westchnął głęboko i oznajmił:
– Dobra, niech stracę.
Wyciągnął rękę w stronę naczynia z winem.
– Tym razem bierzemy chilijskie. Smakuje jakby chrzcili je Styksem, ale nie mam po nim kaca.
Narrator:Miejsce, w którym rozgrywają się rodzinne dramaty…
– A właśnie, że ja mam rację! – wykrzyczał Ares.
– Dobrze wiesz, że ja, tłumoku! – odkrzyknęła Atena.
– Dajcie spokój! – wrzasnęła Hera. – Kogo, do jasnej cholery, obchodzi które z was wygrało ostatnio w bierki?!
Narrator:Miejsce, w którym bogowie zajmują się bardzo ważnymi sprawami…
Hermes podleciał do Zeusa z wielką skrzynką. Po chwili położył ją przed tronem, a na twarzy króla bogów pojawił się szeroki uśmiech nadziei, i Zeus pochylił się nad przesyłką.
– Czy to jest to o czym myślę? – spytał, spoglądając na swojego posłańca.
– Jak najbardziej, szefie – odparł Hermes i pstryknął palcami.
Skrzynka sama się otworzyła, a dochodząca z niej biała łuna oświetliła twarz Zeusa, który wyciągnął z niej dwa modele greckich statków.
– Tak, teraz basenowe bitwy morskie z Posejdonem będą o wiele fajniejsze!
Narrator: Jednakże tego dnia miało to być również miejsce pewnego wydarzenia. Nie uprzedzajmy jednak wypadków.

Hermes podleciał do wciąż zajętego zabawą stateczkami szefa. Odchrząknął raz, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Podziałało. Zeus natychmiast się zreflektował, odłożył modele i popatrzył na posłańca niepewnym wzrokiem. Hermes wyciągnął z okrągłego koszyka na plecach długi na pół metra papirus.
– Możemy przejść do planów na imprezę, szefie?
– Oczywiście – odrzekł Zeus i spoczął znów na swoim tronie. – Czy wszystko już gotowe?
Hermes spojrzał na papirus. Tymczasem z koszyka wychynęła główka Hermafrodyta. Jego ojciec jednak wydawał się nie zwracać na niego uwagi, tylko zajmować się listą.
– Zobaczmy – powiedział do siebie i do Zeusa. – Jedzenie? Jest. – Zaznaczył to piórem na papirusie. – Muzyka? Jest.
Hermafrodyt zaczął się wiercić i gaworzyć, ale Hermes tylko zerknął na niego z uśmiechem i kontynuował pracę.
– Napoje? Są. Plansza do Twistera?
Nagle Hermafrodyt złapał ojca za włosy i pociągnął je śmiejąc się uroczo. Hermes zamilkł na moment. Najpierw jego oczy spojrzały na chłopca, potem przeniosły się na Zeusa, by znów spocząć na Hermafrodycie. Hermes uśmiechnął się  do szefa nerwowo i powiedział:
– Szef wybaczy na chwilę…
Pstryknął i lista w jego rękach zniknęła. Następnie wyciągnął Hermafrodyta z koszyka, obrócił go twarzą do siebie i popatrzył mu w oczy.
– Co ci mówiłem o przeszkadzaniu tatusiowi w pracy?
Hermafrodyt tylko zaśmiał się znów, wyciągając rączki w stronę ojca. Hermes najpierw westchnął ciężko, ale zaraz potem uśmiechnął się, posadził malca na jednej ręce, a palcem drugiej pokiwał przed oczami syna.
– Zrób to jeszcze raz, a zostawię cię u cioci Ateny. Chyba nie chcesz spędzić całego dnia na rozwiązywaniu zadań matematycznych?
Hermafrodyt nagle posmutniał i pokręcił powoli głową. Hermes włożył go z powrotem do koszyka i znów zmaterializował w swoich rękach listę. Już miał wrócić do pracy, kiedy nagle zobaczył melancholijny wyraz twarzy Zeusa. W oczach króla Olimpu tliła się tęsknota. Posłaniec bogów natychmiast pojął, skąd się wzięła. Będąc świadkiem sceny między ojcem a synem, Zeusowi musiało przyjść na myśl wspomnienie jego własnego syna w wieku niemowlęcym; syna, który został mu odebrany, którego bezskutecznie szukał i którego odzyskał dopiero niedawno.
– Przepraszam, szefie, nie chciałem…
– Nic się nie stało – odpowiedział Zeus, rozpromieniając się. – Czytaj dalej.
– Wygląda na to – Hermes spojrzał z góry na dół na listę, po czym wyrzucił ją i wykrzyknął: – że wszystko jest gotowe na naszą międzypanteonową imprezę!
Melpomena: Widzicie, grecki Panteon może i rządzi w Helladzie, ale w innych krajach ludzie wierzą w innych bogów. Raz na jakiś czas, w ramach ocieplania relacji między jednymi bogami a drugimi, Zeus zaprasza inne Panteony na imprezę.
Kalliope:Oczywiście, wszyscy bogowie na ziemi nie zmieściliby się na Olimpie, obojętnie jak bardzo zostałby rozbudowany, toteż Zeus musi mocno ograniczać listę gości do bóstw z kilku rejonów. Tym razem zaprosił tylko bogów skandynawskich i egipskich.
Narrator: Nasz bohater oczekuje ze zniecierpliwieniem przyjścia dwóch gości. Hermoda, boskiego posłańca Odyna, i Thota, egipskiego boga-ibisa, twórcę prawa, pisma, arytmetyki, geometrii i kalendarza.
Kalliope: Hermes, Thot i Hermod prawie zawsze trzymają się razem na każdej imprezie.
Melpomena: Są jak Mojry, tylko mniej ponurzy.
Kalliope: I nie mają do podziału jednego oka.
Narrator: W każdym razie…
Powoli zaczęli przybywać goście. Hermes stał przy bramie i sprawdzał, czy przychodzący na imprezę bogowie figurują na liście. Właśnie stanęła przed nim wysoka, ruda kocica z ludzkimi rękami i nogami, ubrana w tradycyjną, egipską kreację. Bez słowa ją wpuścił.
– A nie zapytasz jak mam na imię?
– Przecież i tak wiem, Bastet, dziecino. Czuj się jak u siebie w domu.
Bastet przeszła przez bramę, ale zatrzymała się nagle i odwróciła do Hermesa.
– A właśnie. Unikaj Thota. Jest wkurzony.
– Za co? – zdziwił się Hermes.
– Tak właściwie to nie wiem. Jest wkurzony i tyle.
Hermes przez moment wodził wzrokiem za odchodzącą kocią boginią, a potem powrócił do swoich obowiązków. I zaraz uśmiechnął się na widok lewitującego w powietrzu niebieskoskórego chudzielca. Obaj byli do siebie łudząco podobni, wyjąwszy typowo północny strój przybysza, jego długi warkocz i „większy zarost”, jak wyraził się raz Phil, który miał okazję spotkać hermesopodobnego Wikinga.
Obaj bogowie wpadli sobie w ramiona, a potem popatrzyli na siebie z szerokimi uśmiechami.
– Hermod, dziecino, kope lat! – zawołał Hermes. – Co u ciebie?
– Nie narzekam. – Nagle nachylił się bardziej ku kompanowi i szepnął: – Udało mi się poderwać jedną Walkirię. – Oddalił się i zapytał głośno: – A jak u ciebie?
Hermes już miał odpowiedzieć, kiedy Hermafrodyt wystawił główkę z koszyka i pomachał rączką do przybysza. Hermod podniósł brwi ze zdumienia, a potem przeniósł wzrok na Hermesa, który wzruszył ramionami i wyciągnął malca z koszyka.
– To mój syn, Hermafrodyt. Powinienem go zostawić z Hestią albo Demeter, ale były zajęte cateringiem.
– Mnie ten mały nie przeszkadza. Nawet jest bardzo słodki. Mogę się nim na chwilkę zająć, póki masz tu ślęczeć.
– Niezgorszy pomysł – stwierdził Hermes, po czym zwrócił się do Hermafrodyta: – Teraz, kochanie, pójdziesz na chwilkę do wujka Hermoda. Nie masz się czego bać, wujek Hermod może i jest barbarzyńcą, ale cywilizowanym.
Podał chłopca Hermodowi, który się do niego uśmiechnął, stanął z boku i zaczął robić zabawne miny. Podczas gdy on bawił Hermafrodyta, Hermes kontynuował swoją pracę. Przez bramę przeszedł korowód bogów różnych kształtów i rozmiarów. Każdy z nich ubrany odświętnie w ubrania charakterystyczne dla swojego miejsca zamieszkania. Tak więc Skandynawowie mieli na sobie skóry i długie płaszcze z ozdobnymi spinkami, a także hełmy z powyginanymi rogami. Tymczasem panteon egipski odziany był w lekkie złote i białe szaty. Mężczyźni nawet występowali z gołymi klatami, ozdobionymi jedynie napierśnikami.
Niebawem u bramy Olimpu stanął chuderlawy mężczyzna o głowie ibisa. Na jego długim, zakrzywionym dziobie znajdowały się małe binokle, a ubranie stanowiła biała tunika przepasana złotym paskiem. Na widok gościa Hermes się uśmiechnął.
– Cześć, Thot, jak tam życie?!
Bóg-ibis zmierzył Hermesa chłodnym spojrzeniem i tylko nachylił się nad jego uchem i szepnął coś o tym, że policzą się potem. Następnie z wyrazem pogardy minął obu mężczyzn. Greckie i nordyckie bóstwo spojrzały po sobie ze zdziwieniem, po czym Hermesowi przypomniała się przestroga Bastet.
– Ty, co mu się stało? – spytał Hermod.
– Bastet twierdzi, że się wkurzył, ale nie wyjaśniła mi dlaczego.
– Będziemy musieli sprawdzić o co chodzi.
Niebawem obecni byli już wszyscy goście, więc Hermes wraz z synem i Hermodem mogli dołączyć do przyjęcia. Ra, Zeus i Odyn na przemian wywoływali małe grzmoty, upały i śnieżyce, rozmawiając przy tym o różnych sprawach, podczas gdy kilka metrów dalej Hera, Izyda i Frigg zajmowały się typowo kobiecymi pogawędkami. Atena, Walkirie i Sachmet postanowiły poznęcać się nad Aresem i co chwila wyzywały go na pojedynki, które i tak wygrywały. Tymczasem Posejdon i Sobek grali w bitwę morską, Dionizos i Frey nalewał wszystkim wina, Apollo grał na lirze, czasem przy akompaniamencie Hathor, Freyi i Muz; a Thor i Hefajstos siłowali się na ręce.
Hades stał z boku, niezbyt zadowolony z tego jak ta impreza się rozwija. Po chwili stanął przy nim Set i zagadnął boga podziemi:
– Cześć, stary. Ty też się nudzisz?
– Tak – stwierdził Hades i spojrzał na kompana. – Twój brat jest strasznie sztywny.
– No ba! A czego się spodziewałeś po pierwszej na świecie mumii? Bandaże go tak uwierają, że nie jest w stanie zrozumieć żadnego żartu.
– Próbowałem też zagadać do Hel. Z nią to bym sobie poeksplorował podziemny świat. Niestety wieje z niej jeszcze większy chłód niż od twojego zmumifikowanego braciszka.
– Wiesz jakie są Skandynawki. – Nagle na twarzy Seta pojawił się zadziorny uśmieszek. – Chociaż rzeczywiście Hel jest ostra.
– Hej, chłopaki, mówicie o mojej córce.
Pomiędzy Hadesem i Setem stanął Loki i zmierzył obu chłodnym wzrokiem. Setowi i Hadesowi nagle zrobiło się głupio i zaczęli go ugłaskiwać. Pierwszy odezwał się grecki bóg:
– Nie gniewaj się, Loki.
– Właściwie to my tu podziwiamy dzieło Matki Natury. Powinieneś się cieszyć, że twoja córka wygląda tak oszałamiająco mimo tak marnego etatu.
– Poza tym nigdy byśmy jej nie skrzywdzili. Wręcz odnoszę wrażenie, że ona skrzywdziłaby nas.
Twarz Lokiego złagodniała. Przez chwilę trzej nielubiani i znani ze swego wrednego charakterku bogowie milczeli, a potem Hades postanowił przerwać ciszę:
– Wiesz, Set, ja cię podziwiam za ten numer z poćwiartowaniem Ozyrysa. Naprawdę genialny pomysł.
– Och, dziękuję za uznanie. – Set uśmiechnął się i lekko ukłonił. – Twoje prace wywarły na mnie wielki wpływ. Zawsze byłeś dla mnie niedoścignionym wzorem perfidii.
– Poczekajcie tylko aż rozpętam Ragnarok – powiedział Loki. – Chętnie was potem zaproszę na after party.
– Trzymamy cię za słowo, stary – odparł Set.
Hermes spędził część przyjęcia z Izydą, Frigg i Herą, która go zresztą do siebie przywołała, aby wszystkie trzy boginie małżeństwa i rodziny mogły się trochę porozpływać nad słodkością Hermafrodyta. Potem jednak zauważył stojącego przy szwedzkim stole Thota i postanowił do niego pójść.
– Szefowo, może się pani zająć na chwilę Hermafrodytem? – zwrócił się do Hery, podając jej dziecko. – Muszę coś załatwić.
– Oczywiście. – Małżonka Zeusa odebrała od posłańca bogów chłopca i od razu zaczęła łaskotać maleństwo po brzuszku.
Tymczasem Hermes ruszył w stronę Thota, który natychmiast został obsłużony przez Dionizosa i właśnie zajadał jakąś grecką sałatkę. Hermes zaskoczył go, wylatując znienacka z pobliskiej chmury i wołając przy tym radośnie:
– Cześć, Thot! Jak leci?!
Bóg-ibis prawie upuścił miskę z sałatką, ale w porę ją złapał. Posłał wiszącemu w powietrzu Hermesowi gniewne spojrzenie, po czym postawił miskę na stole, wycelował w niego palec i oświadczył:
– Nie gadam z tobą! Spadaj, bo wyrwę ci serce i je zważę. A potem rzucę je na pożarcie Ammitowi.
– Hej. – Hermes podleciał bliżej i wylądował na ziemi. – O co ci właściwie chodzi?
– O Fajdrosa – odparł krótko Thot i odwrócił się tyłem do Hermesa.
– Fajdrosa? Tego mówcę?
– Właściwie to o Sokratesa.
– Sokrates… Fajdros… – Hermes się zamyślił, ale po chwili pstryknął palcami, doznawszy iluminacji. – Aaa! Tobie chodzi o dialog Platona „Fajdros”! Ale nadal nie rozumiem o co się tak wściekasz.
– Ach tak?! – krzyknął Tot, zwracając na siebie uwagę reszty bogów. – To ja ci zaraz pokażę!
Pstryknął palcami i w jego rękach pojawił się długi zwój. Zaczął go czytać z góry na dół, najpewniej szukając jakiegoś konkretnego fragmentu. W końcu wykrzyknął z triumfem: „Acha!”, odchrząknął i przeczytał:
Otóż kiedy doszli do liter, powiedział Teut do Tamuza: Królu, ta nauka uczyni Egipcjan mądrzejszymi i sprawniejszymi w pamiętaniu; wynalazek ten jest lekarstwem na pamięć i mądrość. A ten mu na to: Teucie, mistrzu najdoskonalszy… Tu pominę i przejdę do rzeczy: Ty jesteś ojcem liter; zatem przez dobre serce dla nich przypisałeś im wartość wprost przeciwną tej, którą one posiadają naprawdę. Ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek, który się tego wyuczy przestanie ćwiczyć pamięć; zaufa pismu i będzie sobie przypominał wszystko z zewnątrz, ze znaków obcych jego istocie, a nie z własnego wnętrza, z siebie samego. Więc to nie jest lekarstwo na pamięć, tylko środek do przypominania sobie. Uczniom swoim dasz tylko pozór mądrości, a nie mądrość prawdziwą. Posiędą bowiem wielkie oczytanie bez nauki i będzie się im zdawało, że wiele umieją, a po większej części nie będą umieli nic i tylko obcować z nimi będzie trudno; to będą mędrcy z pozoru, a nie ludzie mądrzy naprawdę…
Skończył czytać i popatrzył na Hermesa chłodno.
– I co mi teraz odpowiesz na taką obrazę, hę? Ten facet insynuuje, że ja i mój wynalazek jesteśmy głupi!
– Wybacz, stary, ale nadal nie jarzę dlaczego masz o to pretensję akurat do mnie.
– Kto wynalazł greckie pismo?! Ty! Ja jestem szanowanym i poważnym bogiem, a ty, wynalazca greckiego alfabetu, jesteś niepoważny, nie mówiąc już o tym komu patronujesz!
Hermes poczuł jak wzbiera w nim złość i ochota, aby mu to i owo wygarnąć. Jednak powstrzymał się, bo wolał wysłuchać Thota do końca. Ewentualnie potem mu przywali.
– Problem leży w tym, że ponieważ obaj uchodzimy za wynalazców pisma, Grecy zwykli mnie z tobą utożsamiać.
Hermes podniósł do góry jedną brew, po czym z tym samym wyrazem powątpiewania w rozumność usłyszanego właśnie tekstu, oświadczył:
– I na podstawie tak pokrętnego rozumowania doszedłeś do wniosku, że to moja wina?
– No, a nie?!
– Ty chociaż wiesz, że obrażasz mnie z powodu faceta, który twierdzi, że – zaczął wyliczać na palcach: – 1) z powodu jakiejś bliżej nieokreślonej zbrodni dusza wędruje z ciała do ciała i za każdym razem musi na nowo dowiadywać się o tym, że istnieje coś takiego jak idee; 2) państwem powinni rządzić filozofowie i kilka lat przed objęciem rządów kontemplować byt; 3) cała wiedza Egipcjan pochodzi z Atlantydy; a do tego 4) na określenie partnerów homoseksualnych ten facet używa słów „kochanek” i „miłosny”?! Nie mówiąc już o tym, że przeczy sam sobie, PISZĄC o tym, że pismo to samo zło!
– Ale jest jednym z największych filozofów Grecji – dodała Atena.
– Ateno, złotko, nie pomagasz mi – powiedział do niej Hermes, po czym zwrócił się znów do Thota: –Poza tym skąd wiesz, że to o tobie? Przecież to nie jest o Thocie, tylko o Teucie.
– Po pierwsze – zaczął Thot – Teut to inna, bardziej poprawna transkrypcja mojego imienia. Po drugie, on użył tego określenia, żebym go nie pozwał o zniesławienie.
– No to inaczej: Czy ty w ogóle czytałeś ze zrozumieniem, co tam jest napisane? Jemu chodzi o to, że pismo samo w sobie może służyć do przypominania, ale prawdziwa mądrość bierze się z kontemplacji i obserwacji. Dalej – kultura grecka opiera się na mowie, ale to nie znaczy, że nie uznają błogosławieństw pisma.
– Chociaż prawdziwa nauka jest przekazywana w mowie, wielu młodych filozofów popiera jej spisywanie – wtrąciła znów Atena. – Arystoteles i jego uczniowie stworzyli niedawno pierwszą naukową bibliotekę.
– Co więcej, czcigodny Thocie – odezwała się nagle Kloto, a Atropos dokończyła myśl siostry:
– Przyjcie taki czas, że dzięki wyrytemu w kamieniu pismu greckiemu twoje hieroglify zostaną przywrócone do życia po wiekach niebytu.
Thot milczał przez chwilę, spoglądając na Mojry ze zdziwieniem, a może nawet pewnym respektem. Dopiero Apollo odwrócił jego myśli od proroctwa:
– Dzięki wynalazkowi Hermesa powstają również dramaty i poezja, nie mówiąc już o tym, że w szkołach nie trzeba się uczyć na pamięć eposów długości „Iliady”.
– Tak więc widzisz, Thocie, że wściekasz się właściwie o nic – podsumował Zeus. – Powinieneś teraz przeprosić Hermesa za swoje nieopatrzne słowa. Inaczej będę zmuszony cię przypiec.
Thot popatrzył na Hermesa. Przez moment w jego paciorkowatych oczach tlił się jakiś dziwny smutek. Hermes przez dłuższy czas wpatrywał się w te oczy i między oboma bogami nawiązała się niewidzialna dla zgromadzonych nić porozumienia. Posłaniec bogów nie wierzył, aby Thot, z którym miał dotąd tak dobre stosunki, tak po prostu wkurzył się na niego za „Fajdrosa”. Problem tkwił o wiele głębiej.
Toteż Hermes spojrzał na Zeusa i uśmiechnął się.
– Myślę, szefie, że obędzie się bez przypiekania – odparł, a potem spoważniał i zwrócił się do Thota: – Pogadajmy na stronie.
Przenieśli się na oddaloną o kilka metrów chmurę. Hermes podleciał, a Thot przeszedł tam po schodkach z chmury.
– Dobra, stary, o co chodzi tak naprawdę?
Thot westchnął głęboko i spoczął na chmurnym taborecie, który pojawił się pod nim, kiedy tylko bóg-ibis przymierzył się, aby usiąść. Następnie Thot popatrzył na Hermesa.
– Nie obraź się, ale to, że Grecy utożsamiają mnie z tobą, mnie denerwuje.
Hermes usiadł obok niego. Thot ciągnął dalej:
– Za każdym razem, kiedy nas do siebie porównują, krew mnie zalewa. Tylko dlatego, że obaj stworzyliśmy pismo, pośredniczymy w sporach między bogami, jesteśmy sekretarzami tych ważnych i mamy kontakt z zaświatami, te głupki dochodzą do wniosku, że jesteśmy jedną osobą. Tak jakby nie zauważyli, że ja nie mam na nogach latającego obuwia, a ty nie masz głowy ibisa. W ogóle idą jeszcze dalej i twierdzą, że Hathor to Afrodyta, bo obie to boginie miłości; Ptah to Hefajstos, bo obaj to bogowie sztuk; a Neit to Atena, bo obie dzierżą tarcze.
– To nie zupełnie tak, stary – odezwał się Hermes. – To, że na podstawie luźnych podobieństw kojarzą was z nami, nie znaczy, że nas ze sobą utożsamiają. Oni wiedzą, że ty nie jesteś bogiem złodziei i kupców, i wiedzą, że ja nie jestem twórcą prawa. To samo tyczy się całej reszty twoich znajomych. Ostatecznie pozostajecie dla nich obcymi bogami.
– To naturalne, że ludzie robią analogie między jednym Panteonem a drugim. – Hermod wyszedł zza kolumny i usiadł po drugiej stronie Thota. – Co tu kryć, pewne rzeczy się w mitologii powtarzają. Nie powinniśmy mieć o to do nich pretensje.
– To co, stary? – zapytał Hermes. – Wracamy i rozkręcamy imprezę?
Thot uśmiechnął się i podniósł. Hermes i Hermod również to zrobili, po czym wszyscy trzej przenieśli się do chmury, gdzie miało miejsce przyjęcie. Hermes wylądował na środku i z otwartymi szeroko ramionami zawołał:
– A teraz, panie i panowie, czas na sirtaki!
Melpomena: Zabawa trwała w najlepsze. Potem bogowie nordyccy, z racji odległości, musieli się wcześniej zwinąć, pozostawiając Panteony grecki i egipski same.
Kalliope: A potem, kiedy przyszedł czas na wpisanie się do księgi gości…
Thot zamoczył pióro w atramencie i pochylił się nad zwojem. Zaraz jednak spojrzał pytająco na stojącego obok Hermesa.
– Jak się pisze twoje imię?
– A po co chcesz to wiedzieć? – spytał Hermes.
– Zobaczysz jak skończę. No jak się pisze twoje imię? Tak w mianowniku?
– Najpierw jest duże „epsilon” z przydechem mocnym, a potem małe „ro”, „mi”, „eta” z circum flexus i „sigma”, ale taka bardziej w stylu łacińskiego „s”.
Thot zapisał, a potem jeszcze przez dłuższy czas coś pracowicie pisał, aż w końcu wykrzyknął z trumfem: „Acha!” i pokazał efekt swojej pracy przyjacielowi. Cały wpis, poza imieniem Hermesa, był napisany hieroglifami, ale posłaniec bogów mógł je odczytać.
Mój przyjaciel, Hermes, i ja ocalimy nasze ludy od zapomnienia. Platonie, pismo, którym piszemy, może i służy do przypominania sobie, ale przyjdzie taki czas, że ty i twoi uczniowie zamienicie się w proch i jedyne, co po was pozostanie to wasze pisma.
Hermes odebrał od Thota pióro i sam stanął przed zwojem.
– Jak się pisze „Thot” w hieroglifach?
– A na różne sposoby, ale najczęściej używa się ideogramu ibisa, ideogramu bułeczki i dwóch skośnych kresek.
Hermes szybko napisał swój wpis i pokazał go Thotowi. Tak jak wiadomość boga-ibisa, tak i tutaj wszystkie słowa, poza imieniem Thota, były napisane literami wymyślonymi przez piszącego. Wiedząc o tym, że Thot lepiej mówi, niż czyta grecki, Hermes przeczytał mu swój wpis:
Niech będzie pozdrowiony Thot i naród egipski, który zna wartość pisma i potrafi je należycie docenić.
Oddalili się, a po chwili podeszła do nich Hera ze śpiącym Hermafrodytem na rękach. Na twarzy Hermesa pojawił się nerwowy uśmiech.
– Przepraszam, szefowo, zapomniałem go od was odebrać – odparł i wziął ostrożnie malca.
– Nie ma sprawy. Izyda i Frigg bardzo go polubiły – zaśmiała się Hera. – Do widzenia jutro.
Odeszła do księgi gości, zostawiając mężczyzn samych.
– Kurde, dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że masz syna – stwierdził Thot i poklepał Hermesa rubasznie po plecach. – Wiesz, jak mówią: syn ozdobą życiorysu.
– Fakt, ale przewijanie to mordęga…
Rozmawiali tak, idąc w stronę bramy.

[FF: Herkules] Opowieści hermesowe – rozdział 8

Hermafrodyt

Hefajstos przetarł zaspane oczy, przechadzając się koło bramy do Olimpu. Nagle jego wzrok rozszerzył się ze zdumienia, niedowierzając w to, co boski kowal ujrzał pod bramą. Bóg ognia i kowali podszedł bliżej, aby się upewnić, że widział dobrze i po chwili musiał przyznać, że tak. Po drugiej stronie bramy leżał koszyk z białym zawiniątkiem, z którego wystawała niebieska główka z rzadką, granatową czuprynką, pyzatymi policzkami i zamkniętymi oczkami. Hefajstos otworzył bramę i podniósł maleństwo z chmurnego podłoża. Nadal spało sobie smacznie, najwyraźniej skrzypnięcie bramy nie było dość głośne, aby niemowlę w koszyku się obudziło. Po chwili boski kowal dojrzał wciśniętą między ściankę wikliny a pierzynkę kartkę. Nie tknął jej jednak, tylko zaczął pokuśtykać do sali tronowej Zeusa.

Apollo i Hermes leżeli brzuchami na chmurze i przyglądali się z zainteresowaniem śmiertelnikowi, który z bojaźnią zbliżył się do wyroczni w Delfach. Widać było po nim wielkie zdenerwowanie, trząsł się niemiłosiernie i trzymał mocno obie ręce na rondzie kapelusza. W końcu odezwał się drżącym głosem:
– O W-w-wiel-l-l-k-k-ka Py-py-pytio! Wyj-wyjaw mi-mi-mi-mi, pro-sz-sz-szę, c-co się s-s-stanie, kiedy m-mój pan, Kre-krezus wypowie wojnę Persji?
– I co się stanie? – spytał Hermes, odwracając się do brata.
– Hm… – zamruczał Apollo, zaglądając do swoich notatek. – Według tego, co jest tu napisane, Krezus przegra, a jego królestwo będzie zrównane z ziemią. Ciekawe…
Apollo schował notatki, odchrząknął i zawołał:
– W tej wojnie zostanie pokonane wielkie imperium!
– W tej wojnie zostanie pokonane wielkie imperium… – powtórzyła na dole Pytia zaspanym tonem i z zamkniętymi oczyma.
W pierwszej chwili sługa Krezusa oniemiał, a potem uśmiechnął się z wdzięcznością, złożył kapłance Apolla pokłon i powiedział: „Dziękuję, Pytio.” Potem sobie poszedł.
– I teraz niech kombinuje, kogo miałem na myśli – odparł Apollo, chichocząc złośliwie.
Hermes tylko przyjrzał mu się z miną niezadowolenia.
– Wiesz co, stary? Tak na dłuższą metę to to nie jest śmieszne.
Nagle poczuł, że Zeus go do siebie wzywa i jest bardzo niecierpliwy, co oznacza, że rzecz jest bardzo poważna. Toteż posłaniec bogów wstał, wziął z ziemi kaduceusz i oświadczył:
– Wybacz, brachu. Obowiązki.
Szybko poleciał do sali tronowej, gdzie Zeus i Hefajstos już na niego czekali. Po chwili oczy Hermesa spoczęły na tym, co boski kowal trzymał w rękach. Zawinięte w biały becik maleństwo ciągle jeszcze spało, a jego klatka piersiowa powoli podnosiła się i opadała pod pierzynką. Na widok dziecka Hermes podniósł ze zdziwienia brwi, ale zaraz odwrócił wzrok i spojrzał na swojego pracodawcę.
– Wzywałeś, szefie?
– Tak, Hermesie. Chciałabym zapytać, czy znasz to dziecko? – Zeus wskazał palcem bobasa w objęciach Hefajstosa.
Hermes podleciał bliżej i zaczął uważnie oglądać dziecko ze wszystkich stron. Pierwsze, co rzucało się w oczy każdemu, kto na nie spojrzał, była jego niebieska skóra oraz granatowe włosy, obie cechy wspólne maleństwu i posłańcu bogów. Ale poza tym dziecko to wyglądało jak każde inne – było pyzate, miało wysokie czoło, maleńki, zaokrąglony nosek, małe oczka i rzęsy. Na oko było w wieku jakichś czterech miesięcy. Poza tym Hermes musiał przyznać, że było bardzo słodkie.
Posłaniec bogów zdjął z głowy swój kapelusz i podrapał się po łysinie. Po dłuższym namyśle włożył z powrotem nakrycie głowy, wyciągnął ręce w stronę Hefajstosa i spytał:
– Mogę?
– Z przyjemnością – odparł kowal, oddając dziecko Hermesowi. – Przez trzymanie tego malucha spada mi poziom testosteronu.
Wciąż śpiący malec spoczął w ramionach posłańca bogów. Spokojna i urocza twarzyczka wywołała u patrona złodziei mimowolny, delikatny uśmiech. Potem jednak Hermes posmutniał i spojrzał na Zeusa.
– Przykro mi, szefie. To nie jest moje dziecko.
– Jak to? – zdziwił się bóg piorunów.
– Takie ładne dziecko nie może być moje – odparł Hermes i uśmiechnął się.
– Zgadzam się – dodał Hefajstos.
– A jednak twierdzę, że jest i mam na to dowód – oświadczył Zeus i wyciągnął w stronę Hermesa kartkę, którą to posłaniec bogów odebrał i jedną ręką rozłożył. – Ten list znaleźliśmy przy tym maluchu. Jest adresowany do ciebie, Hermesie.
Hermes spojrzał na kartkę i zaczął ją po cichu czytać.
Drogi Hermesie,
Wybacz, że dowiadujesz się dopiero teraz i w taki sposób. Próbowałam ci powiedzieć wcześniej, ale naprawdę nie miałam zbytnio sposobności. W każdym razie już dłużej nie mogłam ukrywać przed tobą prawdy. To byłoby nie fair w stosunku do ciebie i do naszego maleństwa.
 Dziecko jest twoim synem, ukochany. Ma na imię Hermafrodyt, po tobie i po Afrodycie, która nas do siebie zbliżyła. Postanowiłam posłać naszego maluszka na Olimp, bo tutaj będzie bezpieczniejszy, niż w Arkadii. Poza tym, już najwyższy czas, abyś spędził z nim trochę czasu. Mam nadzieję, że Hermafrodyt nie przeszkodzi ci w pracy i że świetnie się dogadacie.
Całuski
Dryope
Hermesa zamurowało. Spojrzał jeszcze raz na trzymane przez siebie dziecko, a potem na list, i znów na dziecko i znów na list. I nadal nie mógł uwierzyć w to, czego się przed chwilą dowiedział. W końcu nie co dzień zostaje się ojcem. A potem stanął mu przed oczami obraz Dryope i w jego sercu obudziła się jakaś dziwna tęsknota. Cóż, ich związek był trudny, praktycznie był to związek na odległość. W końcu zdecydowali się ze sobą zerwać. A teraz się okazało, że pozostały po nim nie tylko wspomnienia.
Nagle poczuł, że dziecko w jego ramionach zaczyna się ruszać. Małe oczka otworzyły się, wywołując u Hermesa jakiś dziwny dreszcz. Posłaniec zastanawiał się, jak jego syn zareaguje na jego widok. Od razu w jego umyśle pojawiła się jedna opcja: że kiedy tylko malec go zobaczy, rozpłacze się. Hermes w jego wieku najpewniej by się przestraszył, widząc jak obca osoba trzyma go na rękach.
Jednak na widok swojego ojca Hermafrodyt najpierw zamrugał małymi powiekami, jakby ze zdziwienia, a potem uśmiechnął się szeroko i wyciągnął do Hermesa rękę, która dotknęła jego brody. Bóg złodziei nie potrafił się opanować – po prostu rozpromienił się i przycisnął chłopca mocniej do piersi. Jednakże zaraz na jego twarzy pojawił się smutek. Cały czas Hermes zastanawiał się, czy to dziecko jest rzeczywiście jego (może i miało niebieską skórę, jak on, ale było stanowczo za ładne). Poza tym, nawet jeśli było, to nie wiedział, co robić dalej. Nigdy wcześniej nie zajmował się niemowlętami.
– Wybacz, szefie, ale muszę gdzieś pójść – powiedział nagle do Zeusa.
Schował list do togi, objął dziecko mocno, aby go nie upuścić, i poleciał co sił do osób, które mogłyby potwierdzić jego ojcostwo, bo wiedziały wszystko. Poleciał do Mojr.
Przez cały lot do Hadesu, gdzie trzy panie rezydowały, mały Hermafrodyt śmiał się, wciąż przesuwając rączką po twarzy, szyi i ubraniu swojego „ojca”. Sam Hermes też się śmiał, szczególnie kiedy chłopczyk złapał go za nos. Jednak po jakimś czasie malec zaczął mu już ciążyć. Jeśli Hermes zamierzał go zatrzymać, musiał albo znaleźć jakąś niańkę na czas pracy, albo wykombinować jakiś lepszy sposób przenoszenia dziecka, aby zawsze mieć wolne ręce. Kiedy nareszcie Hermes dotarł do Hadesu, zakrył małemu oczy (kraina umarłych nie była miejscem, które tak młode dzieci powinny oglądać) i wkroczył do środka. Znalezienie Mojr nie zajęło mu zbyt wiele czasu, gdyż zwykle przebywały w sali z wielkim, kamiennym stołem, na którym wyrzeźbiona była mapa całego znanego im świata. Tam Hermes je zastał, kłócące się o swoje jedyne oko. Jednak zorientowawszy się, że mają gościa, od razu przywołały się do porządku.
– Wiedziałyśmy, że przyjdziesz, posłańcu bogów – powiedziała Kloto.
– Upiekłybyśmy babeczki, ale nam się nie chciało – dodała Lachesis.
Hermes zorientował się, że wciąż zakrywał Hermafrodytowi oczy i przez to malec w jego rękach był bardzo niespokojny, więc posłaniec bogów usunął rękę i dał swojemu „synowi” rozejrzeć się po okolicy. Następnie odchrząknął i oświadczył:
– Przyszedłem tutaj, bo…
– Bo chcesz wiedzieć, czy dziecko, które trzymasz w ramionach, jest twoje – dokończyła za niego Atropos.
Wszystkie trzy podeszły do Hermesa i pochyliły się nad Hermafrodytem, który najwidoczniej się przestraszył trójki „pięknych inaczej” panien, bo odwrócił głowę i ścisnął mocno togę „ojca”. Hermes tymczasem zaczął gładzić jego plecki, aby go uspokoić. Po chwili Kloto powiedziała:
– To jest twój syn, Hermesie.
Słysząc to, Hermes spojrzał jeszcze raz na dziecko, a szczególnie na jego oczy, które zamrugały ciekawsko. Dziecko uśmiechnęło się. Bóg złodziei poczuł się nieco zakłopotany, a z drugiej strony – odczuł jakąś dziwną ulgę. Sprawa była załatwiona. Mojry wiedziały wszystko i ostatecznie rozwiały jego wątpliwości, dotyczące ojcostwa. Właściwie mógł już sobie iść, jednak coś wewnątrz niego kazało mu podnieść wzrok na Mojry i niczym w transie spytał:
– Co go czeka?
– A co my, wróżki jesteśmy? – zdenerwowała się Lachesis.
– Nie możemy ci wyjawiać takich rzeczy, bo jeszcze pomanipulujesz losem i zrobisz straszny bałagan – oznajmiła Atropos.
– Chcę tylko wiedzieć, czy mojego syna czeka straszny, czy wspaniały los – odparł Hermes.
– Posłuchaj, Hermie – zaczęła Kloto – rozumiemy, że jako świeżo upieczony ojciec martwisz się o swoje dziecko, ale jeśli ci teraz powiemy, co czeka Hermafrodyta, możesz wszystko zepsuć i w rezultacie jego przyszłość będzie gorsza, niż na początku miała być. Będziesz albo starał się jej uniknąć, albo wręcz przeciwnie, dążyć do jak najszybszego jej spełnienia.
Hermes musiał przyznać, że miały rację. Jednak wewnętrzna ciekawość, a także niepokój nie pozwalały mu tak po prostu przyjąć to do wiadomości. Uciekł się więc do małego podstępu. Uśmiechnął się uwodzicielsko do Mojr i powiedział:
– Czy już wspominałem, że wyglądają dziś panie bosko? Tak promiennie i fantazyjnie. Czyżbyście zmieniły płaszcze na bardziej wiosenne kolory?
Wszystkie trzy zachichotały i odwróciły głowę z zawstydzeniem. Gdyby mogły, zarumieniłby się. Hermes już wiedział, że wygrał. Wiadomo przecież, że aby wyciągnąć od Mojr informacje, trzeba im troszeczkę poschlebiać.
– Dobrze, możemy uchylić rąbka tajemnicy – odparła Kloto. Nachyliła się ku niemu, aby zaraz szepnąć posłańcowi bogów do ucha: – Twój syn będzie istotą o dwóch naturach.
Cofnęła się o dwa kroki. Hermes nie za bardzo rozumiał tę przepowiednię, jednak na twarzach Mojr pojawiło się zniecierpliwienie i wszystkie trzy siostry szybko wygoniły go z Hadesu.
Na powierzchni Hermes usiadł na pobliskim kamieniu i posadził swojego syna na kolanach. Hermafrodyt uraczył go szerokim uśmiechem, na widok którego Hermes również się rozpromienił. Zaraz jednak sposępniał. Nie za bardzo wiedział, co teraz zrobić. Nigdy w życiu nie zajmował się dziećmi. To, że trzeba je przewijać i karmić mlekiem, wiedział tylko z obserwacji i relacji innych rodziców. Nie obawiał się zmiany pieluch, w końcu widział w życiu rzeczy gorsze, niż dziecięca kupa, ale jednak narastały w nim obawy, czy uda mu się zająć Hermafrodytem, nie zabijając go przy tym.
Nagle, ni stąd ni z owąd, twarz Hermafrodyta przybrała smutny wyraz i malec zaczął płakać. Ogarnięty paniką Hermes spróbował się uspokoić. Podniósł dziecko do góry. Przyglądając się mu uważnie, nie znalazł żadnych ran ani sińców. Powąchał też pieluszkę chłopca, ale po zapachu poznał, że to raczej nie był czas przewijania. Posłaniec bogów przytulił swojego syna mocno i zaczął go kołysać. Jednakże to nie dawało żadnych efektów. Hermes naprawdę nie wiedział, co się właściwie dzieje. To nie była pielucha, ból ani potrzeba bliskości, więc co? A tymczasem Hermafrodyt płakał dalej w niebogłosy. Hermes bał się, że zaraz ktoś przybiegnie albo że zjawi się tutaj jakieś dzikie zwierze. Nie ma co – potrzebował rady kogoś, kto się zna na opiece nad dziećmi.
Bóg złodziei wzniósł się w powietrze, nadal tuląc wrzeszczącego Hermafrodyta, i szybko poleciał z powrotem na Olimp. Hermafrodyt wciąż płakał, co tylko wzmagało w jego ojcu zdenerwowanie. Hermes tulił mocno do siebie chłopca, głaskał jego główkę i szeptał mu do ucha cały czas: „Już, już. Nie martw się. Wszystko będzie dobrze…” Jednak malec wciąż płakał rozdzierając uszy swojego ojca, który starał się zachować spokój.
W którymś momencie Hermes westchnął głęboko.
– Szkoda, że nie możesz mi powiedzieć, czego właściwie chcesz…
Kiedy dotarł już na górę Olimp, poleciał do pierwszej osoby, która przyszła mu do głowy, kiedy pomyślał o kimś, kto mógłby wiedzieć, jak postępować z małymi dziećmi.
– Wybacz, szefowo, że przeszkadzam  – zaczął, kiedy tylko wleciał do komnaty Hery – ale potrzebuję pomocy.
Na widok dziecka w ramionach posłańca bogów Hera w pierwszej chwili oniemiała, a potem na jej twarzy pojawił się znajomy skądinąd uśmiech rozczulenia. Żona Zeusa podeszła do Hermesa i pochyliła się nad chłopcem, który ani przez chwilę nie przestawał płakać. Twarz bogini przez cały czas była rozpromieniona. Tymczasem Hermes był coraz bardziej zestresowany.
– To twoje maleństwo? – spytała Hera i spojrzała na boga złodziei, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Od razu widać rodzinne podobieństwo.
– Proszę mi pomóc. Ja… ja nie wiem, co się dzieje – odrzekł Hermes.
– Możesz mi je dać na chwilę? – zapytała bogini, wyciągając do niego ręce.
Hermes bez słowa przekazał jej swojego syna, a wtedy Hera podniosła do góry jedną rękę, w której od razu zmaterializowała się butelka dla niemowląt, wypełniona mlekiem. Następnie Hera spokojnym, acz zdecydowanym ruchem włożyła smoczek butelki do ust Hermafrodyta. W pierwszej chwili chłopiec wydawał się nie rozumieć, co właśnie się stało, ale zaraz zaczął ssać smoczek i pić mleko. Jego ojciec tymczasem odetchnął z ulgą.
– A więc był głodny…
– Tak, poznałam po krzyku.
– Krzyku?
Hera odwróciła wzrok od Hermafrodyta i spojrzała na Hermesa.
– Niemowlęta nie potrafią komunikować się w inny sposób, niż poprzez krzyk. Z czasem można rozróżnić, czy dany krzyk oznacza głód, ból, czy brudną pieluchę.
– Aha… – Hermes tylko przytaknął ze zrozumieniem. Tymczasem Hera uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.
– Swoją drogą, to naprawdę ciekawe, że facet, którego zwykle wszyscy proszą o przysługę, prosi mnie o pomoc.
Hermes odchrząknął. Na jego policzkach pojawił się rumieniec, który w połączeniu z jego niebieską skórą, przyjął fioletowy kolor.
– Nic na to nie poradzę, szefowo – Wzruszył ramionami. – Nigdy wcześniej nie zajmowałem się dzieckiem.
– W takim razie zawsze możesz zapytać mnie, Demeter albo Hestię o radę – odpowiedziała Hera. Odwróciła wzrok od Hermesa i spojrzała na karmione przez siebie dziecko. Zaraz odłożyła butelkę na pobliskim stoliku i popatrzyła znów na posłańca bogów. – Wygląda na to, że już skończył.
Bez słowa oddała dziecko ojcu. Hermafrodyt był tak samo pogodny, jak przed wyjściem z Hadesu. Jego małe oczka powoli zamrugały, aż w końcu chłopczyk zamknął je na dobre. Po rytmicznym ruchu klatki piersiowej Hermes domyślił się, że jego syn zasnął. Bóg złodziei spojrzał na Herę z wdzięcznością.
– Dziękuję, szefowo.
Narrator: Tak oto rozpoczęła się przygoda Hermesa z ojcostwem.