Październik z Agathą Christie – krótka notka o „Agatha Christie’s Great Detectives Poirot and Marple”

Poza tradycyjnymi filmowo-serialowymi ekranizacjami, proza Agathy Christie była adaptowana na różne, czasem zaskakujące media. Nieraz zaskakujące było to, że za adaptacje brali się ludzie z różnych zakątków świata. Powstał, na przykład, francuski serial komediowy Le Petits Muertres d’Agatha Chrsitie (Małe Morderstwa Agathy Christie), Tollywood (kino z Bengalu) brało się, między innymi za Zwierciadło pęka w odłamków stos i I nie było już nikogo (tak samo jak Rosjanie), a Japończycy zrobili swoją wersję Morderstwa w Orient Expressie i Zabójstwa Rogera Ackroyda.

Ale chyba sama Królowa Kryminału nie przeczuwała nawet, że jej bohaterowie pojawią się w animacji. Drodzy państwo, dzisiaj poopowiadamy sobie o anime na podstawie powieści i opowiadań Christie.

I tak, chodzi mi o to anime, o którym sześć lat temu pisałam, że nie mogłam się do niego przekonać z powodu głównej bohaterki, Maybelle. W tym roku jednak postanowiłam przemóc się z okazji setnych urodzin Poirota. Darowałam sobie tylko drugi odcinek, bo pamiętałam, że przez niego dwa razy kapitulowałam, i po pilocie od razu przeszłam do trzeciego odcinka. Moje stanowisko co do Maybelle się trochę zmieniło, ale i tak uważam niektóre chwyty związane z tym anime za durne i niepotrzebne. Ale cóż…

W każdym razie oto moja szczegółowa opinia o Agatha Christie’s Great Detectives Poirot and Marple.

Czytaj dalej „Październik z Agathą Christie – krótka notka o „Agatha Christie’s Great Detectives Poirot and Marple””

Krótka notka o serialach, które polecam obejrzeć na Netfliksie

Doszłam do wniosku, że czas już wreszcie coś napisać, zwłaszcza że dawno nic nie pisałam. W związku z tym, że większość z nas i tak siedzi w domu i nie wie, co ze sobą zrobić, postanowiłam przedstawić Wam kilka propozycji seriali, które tak się składa, że są na Netfliksie, a są naprawdę dobre (a przynajmniej trzymają poziom przez dłuższy czas). Ponieważ zaś czasy mamy bardzo ponure, będą tu przeważać seriale komediowe.

Czytaj dalej „Krótka notka o serialach, które polecam obejrzeć na Netfliksie”

Cztery pairingi, które faktycznie shippuję

Mówiłam o tym już kilka razy – nie należę do osób, które shippują cokolwiek w fandomie, do którego wchodzą… Chociaż zdarzyło się, że ktoś mi na tumblrze zarzucał shippowanie konkretnej pary bohaterów (bo lubiłam jedno z nich albo wyrażałam swoją niechęć do pary „konkurencyjnej”), dlatego właśnie od niedawna widnieje w moim opisie zwrot: „shipper of none”. Jednakże nie jest on do końca prawdziwy, gdyż są pairingi, które jednak shippuję i które wypełniają moje serce miłością. I to z różnych powodów.

Już od jakichś dwóch-trzech lat noszę się z zamiarem napisania niniejszej listy. Prawda jest taka, że w ciągu tak długiego czasu dużo się może zmienić w samym dziele macierzystym i w rezultacie wiele pairingów, które swego czasu shippowałam, już nie shippuję (jak, na przykład, Mon-Ela i Karę Denvers z Supergirl, czy Rosę Diaz i Adriana Pimento z Brooklyn 99). To, jak i fakt, że przyjęłam zasadę „jedna pozycja na fandom”, są naczelnymi powodami, dla których ta lista jest tak krótka.

Nie przedłużając, oto – specjalnie na Walentynki – pairingi, które faktycznie shippuję.

Czytaj dalej „Cztery pairingi, które faktycznie shippuję”

Cztery seriale, które polecam na wakacje

No cóż, wakacje już niebawem się zaczną, ja i Oscar powoli szykujemy się do Wakacyjnego Wyzwania, a mi przyszło do głowy, że mogłabym przygotować listę seriali, które uważam za idealne do zapoznania się z nimi w okresie letnim. No bo po co grzać się na gorącej plaży, wyjeżdżać zagranicę czy chodzić po górach, skoro można siedzieć w domu i oglądać telewizję?
Podczas komponowania tej listy myślałam o tym, jakie seriale uważam za idealne do oglądania w letnie wieczory, kiedy jest parno i męcząco, i chce się zobaczyć coś, co odwróci uwagę od upału. Musiałam też zrezygnować z kandydatów, których planuję omówić w innej, szykowanej w bliżej nieokreślonym czasie liście.
Tak czy inaczej, oto kilka seriali, z którymi polecam Wam się zapoznać na wakacje.


Miejsce czwarte: Randall i duch Hopikirka
Randalla i ducha Hopkirka można uznać za takiego prekursora dramatów i kryminałów z elementami paranrmalnymi; w których owe elementy paranormalne są bardziej narzędziem fabularnym albo wątkiem pobocznym, a bohaterowie zmagają się z rzeczami jak najbardziej przyziemnymi. Bo też poza tym, że Hopkirk jest duchem i jego umiejętności ułatwiają jemu i jego partnerowi rozwiązywanie spraw kryminalnych, rzadko kiedy te sprawy związane są z zaświatami.
Ale od początku:
Jeff Randall i Marty Hopkirk prowadzą agencję detektywistyczną. Pewnego dnia Hopkirk ginie pod kołami auta i powszechnie uważa się, że był to wypadek samochodowy. Jednak jakiś czas po pogrzebie Jeff odbiera dziwny telefon – to Marty błaga swojego przyjaciela o to, aby zbadał okoliczności jego śmierci, gdyż twierdzi, że został zamordowany. Okazuje się, że Hopkirk został duchem i nie może przejść na drugą stronę, dopóki nie zostanie rozwiązana zagadka jego morderstwa, przy czym mówi też Randallowi, że tylko on może go zobaczyć i że według praw zaświatów Marty musi wrócić do swojego grobu przed świtem. Koniec końców, Randallowi i Hopkirkowi udaje się odkryć, kto stał za śmiercią Marty’ego, ale ponieważ duch nie wrócił do grobu przed świtem, bo nie chciał zostawiać przyjaciela samego, jest skazany na sto lat błąkania się po świecie.
Tak oto narodził się duet żywego detektywa i jego partnera ducha, rozwiązujących zagadki kryminalne. Marty bywa pomocny jako ktoś, kto robi rekonesans, potrafi przekazać Jeffowi cenne informacje, a z czasem zyskuje też możliwość telekinezy… ale z drugiej strony nikt, poza Jeffem i paroma wybranymi osobami, go nie widzi, nie mówiąc o tym, że jako duch, nie może cieszyć się radościami żywych. Poza tym on i Jeff często się kłócą o błahe rzeczy. Nie pomaga też to, że Randall jest kobieciarzem, a Hopkirk to neurotyk; i to, że są momenty, kiedy Randall spogląda bardziej tęsknym wzrokiem na wdowę po przyjacielu.
Właśnie pani Hopkirk jest tutaj najsłabszym członkiem obsady, z tej prostej przyczyny, że jest po prostu nijaka. Zagadki kryminalne, które panowie rozwiązują, nie są też jakoś specjalnie wyrafinowane. Dlatego polecam Randalla i ducha Hopkirka głównie dla postaci obu detektywów, bo mimo wszystko to właśnie oni nadają temu serialowi wyrazu.
 
Miejsce trzecie: Anime Crimes Division
Tym razem przyglądamy się serii internetowej Anime Crimes Division, stworzonej przez RocketJump (grupa ta ma zresztą na koncie wcale niezłe Video Game High School, które doczekało się nawet polskiej wersji językowej).
W mieście Neo Otaku City anime traktowane jest bardzo poważnie, dlatego istnieje Oddział Zbrodni Przeciwko Anime, który zajmuje się… no cóż… zbrodniami przeciwko anime. Naszym głównym bohaterem jest Joe Furuya – zaprawiony w boju, nieco cyniczny z powodu fandomowych doświadczeń, niemniej jednak kochający anime całym swoim otakowym serduszkiem. Pewnego dnia  dostaje nową partnerkę – nowicjuszkę o imieniu Diesel, którą na początku traktuje dość oschle, niemniej jednak szybko się do niej przekonuje i wspólnie rozwiązują zagadki związane ze zbrodniami w Neo Otaku City.
Jak łatwo się domyślić, jest to produkcja, która z jednej strony parodiuje filmy z gatunku buddy cop, a z drugiej żartuje sobie z kultury otaku (w pierwszym odcinku, na przykład, mamy rywalizujące ze sobą gangi ludzi wolących napisy i tych wolących dubbing). Jest w niej też od groma nawiązań do wszelkiego rodzaju anime. W drugim sezonie zaś Joe i Diesel odwiedzają Prestige Television City, gdzie królują „poważne” seriale, i one też zostają sparodiowane (na przykład, pomagierzy głównego złego rozwodzą się nad tym jak bardzo skomplikowaną postacią jest ich szef; a Joe ma swoją „scenę w korytarzu”).
W każdym razie seria jest świetna i wszystkim ją polecam, zwłaszcza, że jest krótka. Można ją obejrzeć tutaj.
 
Miejsce drugie: Poirot
Cóż bardziej nastraja wakacyjnie niż kryminał? A jak kryminał, to oczywiście od królowej gatunku.
Oczywiście mogłabym podać Wam multum adaptacji Agathy Christie, w końcu było ich całkiem sporo właściwie od lat pięćdziesiątych. Mimo wszystko jednak lepiej byłoby zdecydować się na jeden serial na podstawie prozy Christie, tak więc padło na Poirota produkcji ITV. To w końcu klasyka i dla większości fanów David Suchet jest jedynie słusznym Herkulesem Poirotem, bo grał tę postać z przerwami od lat osiemdziesiątych aż do 2015 roku.
Serial o Poirocie jest o tyle wakacyjny, że dzieje się nie tylko w Anglii, ale też często w egzotycznych miejscach (niewątpliwie bohaterowie Christie nieraz podróżowali, tak więc zbrodnie działy się nieraz w bardzo malowniczej scenerii). Same intrygi są wciągające, stosunki międzyludzkie i charaktery – ciekawie zarysowane, a detektyw – ujmujący. A wszystko ma taki charakterystyczny klimat klasycznych kryminałów.
Dlatego jeżeli jeszcze nie zapoznaliście się z tym arcydziełem, wakacje to dobry czas, aby to zrobić.
 
Miejsce pierwsze: Avatar: Legenda Aanga
Avatar: Legenda Aanga jest już uważana za jedno z tych „dojrzałych” animacji dla młodszego widza (stawia się go na równi z Batman: The Animated Series)… i nie bez powodu. To kreskówka, która jest nie tylko ładnie narysowana i ma za sobą ciekawy koncept, ale przede wszystkim porusza poważne kwestie, takie jak uprzedzenia, zemsta, pokuta, wojna, równowaga… a przy okazji jest przesiąknięta kulturami Wschodu, ma fantastycznych bohaterów, których da się polubić; ciekawą faunę i architekturę miast, i przy tym nie stroni od humoru.
Ale o czym jest Avatar: Legenda Aanga? Otóż, w tym świecie istnieją magowie, którzy potrafią władać czterema żywiołami. Poniekąd właśnie ze względu na te umiejętności, wyróżnia się cztery podstawowe grupy etniczne: Plemiona Wody, Królestwo Ziemi, Nomadów Powietrza i Naród Ognia. Zawsze odradza się mag, który jest w stanie opanować wszystkie cztery żywioły, i jego zadaniem jest dbać o równowagę na świecie. Jest to właśnie tytułowy Avatar. Jakieś sto lat temu Naród Ognia zaczął podbijać pozostałe ludy, a w związku z tym kilkuletni wtedy Avatar – pochodzący od Powietrznych Nomadów Aang – musiał zostać przysposobiony do swojej roli nieco wcześniej niż planowano. Jednakże nagle zaginął i na sto lat zapanował terror. Pewnego dnia rodzeństwo z Północnego Plemienia Wody – Katara i Sokka – odkrywają zamrożonego w lodowcu chłopca i jego latającego bizona. Udaje im się go odmrozić i tak oto zaczyna się przygoda Aanga, Katary i Sokki, aby pomóc Aangowi opanować magię wody, ziemi i ognia. A Naród Ognia nie śpi i tak się składa, że wygnany syn cesarza, książę Zuko, dostał od ojca zadanie odnalezienia Avatara w celu odzyskania utraconego honoru.
Jak to zwykle bywa w takich opowieściach, bohaterowie podróżują z jednego miejsca na drugie, spotykają po drodze różnych ludzi i przeżywają różne przygody. Każdy z sezonów (nazywanych kolejno Księgami Wody, Ziemi i Ognia) teoretycznie jest o tym jak Aang i spółka szukają ludzi, którzy mogą nauczyć Avatara pozostałych trzech żywiołów, ale jest też wątek walki z Narodem Ognia oraz wątek księcia Zuko, który również przeżywa pewien rozwój postaci.
Nie chcę mówić za dużo, bo mam nadzieję, że kogoś do tego serialu zachęcę. To naprawdę jedna z najlepszych animacji ostatnich dwóch dekad. Poza tym po co oglądać film M. Night Shyamelana, kiedy można zobaczyć oryginał?
I na tym kończy się moja lista seriali, które polecam Wam na wakacje. Dajcie znać, czy kogoś czymś zainteresowałam, a tymczasem ja wracam do przygotowywania się na Wakacyjne Wyzwanie.

Maj z Batmanem – krótka notka o "Batman Ninja"

Manga o Batmanie.

Dawno temu do Kraju Kwitnącej Wiśni dotarł serial o Batmanie z Adamem Westem. Spodobał się on Japończykom tak bardzo, że postanowili – w porozumieniu z DC – stworzyć mangę z Człowiekiem-Nietoperzem. Tak powstała Bat-Manga autorstwa Jiro Kuwaty, wydawana w magazynie Shonen King.

To była pierwsza próba przeniesienia Batmana na japoński grunt i choć w Japonii Bat-Manga była dość popularna, przez dłuższy czas nie było jej angielskiego wydania. Ja sama wiem, że coś takiego było, bo w jednym z odcinków Batman: Odważni i Bezwzględni (a konkretnie: Bat-Mite Presents: Batman’s Strangest Cases) pojawiła się adaptacja pierwszej historii z Bat-Mangi.
Tymczasem za morzem Batman, jak najbardziej, stykał się z Japonią i Japończykami. W okresie drugiej wojny światowej walczył z siłami Osi, a potem, kiedy już częścią backstory Bruce’a Wayne’a stała się wieloletnia podróż po świecie w celu przygotowania się do roli Mrocznego Rycerza, oczywistym stało się, że uczył się również różnych sztuk walki, technik medytacji i samodyscypliny. A w związku z tym, siłą rzeczy, musiał uczyć się u jakichś mistrzów ze Wschodu. Ba! – zdarzało mu się również walczyć z ninjami.
Jakiś czas temu, kiedy wspomniałam na Twitterze, że będę robić Maj z Batmanem, ktoś zasugerował mi, abym zrobiła recenzję Batman Ninja – filmu anime z 2018 roku, do którego animację robili różni japońscy artyści. Niczego nie obiecałam, ale pomyślałam, że mogłabym chociaż zobaczyć ten film.
Wreszcie go obejrzałam i oto moje wrażenia.
Fabuła zarysowuje się tak: Gorilla Grodd uruchamia w Azylu Arkham pewną machinę i próbujący powstrzymać Grodda Batman zostaje przeniesiony do feudalnej Japonii. Po pierwotnym skołowaniu i ucieczce przed samurajami w dziwnych, klaunich maskach, Bruce zastaje Selinę Kyle, która wyjaśnia mu sytuację – nie tylko maszyna Grodda przeniosła Batmana, Kobietę-Kota, Alfreda i Robinów do dawnej Japonii, ale też zrobiła to z Jokerem, Harley Queen, Pingwinem, Trującym Bluszczem, Deathstrokiem i Dwiema Twarzami. Ponadto złoczyńcy przejęli władzę nad poszczególnymi regionami podzielonej wówczas Japonii, a każdy złol ma po jednej części maszyny Grodda, tak więc jeśli Batman i reszta chcą wrócić, muszą pokonać każdego z nich i zdobyć wszystkie części. Do pomocy mają klan ninja, który wierzy w przepowiednię, że w chwili największego chaosu pojawi się człowiek w stroju nietoperza i pomoże zaprowadzić porządek.
Zanim przejdę do dalszej części jest coś, co muszę wyznać; coś, czego nie mogłam wyznać przy tekście o Galerii Łotrów ani przy Batman i szaleństwo, ale tutaj już muszę, gdyż mam wrażenie, że w dużej mierze popsuło mi to radość z oglądania tego filmu.
Gotowi? No to mówię.
Ekhem…
Nienawidzę Jokera. Nawet nie tyle dlatego, że jest psychopatą (chociaż ma to też pewne znaczenie), ale dlatego, że jest wkurzający i go, kurde, wszędzie pełno. I ja rozumiem – najbardziej ikoniczny przeciwnik Batmana, jego arcywróg, posiadający już pewnego rodzaju symbolikę… no, ale po zobaczeniu po raz enty tego śmiejącego się, silącego na groteskowe plany i wyglądającego zawsze jakby zaciął się przy goleniu, próbując jednocześnie nałożyć make-up, upierdliwca mam już gościa dość. No i jeszcze są na świecie ludzie, którzy uważają, że jest zabawny, podczas gdy większość jego żartów jest po prostu słaba.
Mam już serdecznie dość tej parki.

Mówię o tym dlatego, że w Batman Ninja Joker – jak zwykle – dostaje od groma czasu antenowego w porównaniu z pozostałymi złoczyńcami. A szkoda, bo kiedy usłyszałam o tym, że każdy ze złoczyńców przejął jakiś konkretny region Japonii, pomyślałam, że Batman ich po kolei będzie pokonywał. Tymczasem ponad trzydzieści minut poświęcone jest walce z Jokerem i Harley, potem pozostali złole spotykają się na wielką rozróbę w jednym miejscu i Joker znowu wraca. Wolałabym jednak zobaczyć trochę więcej Dwóch Twarzy albo Deathstroke’a w wersji japońskiej, a tak musiałam obejść się smakiem, bo znów Joker kradł cały show.

Okej, to skoro mamy to już za sobą, przejdźmy do reszty filmu.
Powiem szczerze – ten film nie ma za bardzo sensu, jeśli zaczniemy nad nim dłużej myśleć. Bo o ile mogę kupić to, że Batman zna japoński w stopniu komunikatywnym, o tyle wątpię, aby było tak w przypadku jego przeciwników, a oni jakimś cudem w ciągu dwóch lat przejęli władzę w kraju, którego języka i historii prawdopodobnie nie znają. Poza tym mamy potem walki Transformersów stworzonych z pałaców zbudowanych przez poszczególnych złoli (tu akurat jest pewne wyjaśnienie… ale wchodzi ono w sferę spoilerów, więc będę o nim milczeć). No i w pewnym momencie Batman i Robiny walczą z tymi mechami z pomocą wielkiego Batmana stworzonego z małp i nietoperzy.
Tak, naprawdę.
Ninja Batman i ninja Robiny.

Widzicie, ten film nie jest po to, aby miał sens. To jest jeden z tych filmów, które ogląda się z wyłączeniem mózgu i zawieszeniem niewiary. Bo to prawda – to wszystko nie ma żadnego sensu… ale wygląda przezajebiście.

Poza tym jest też kwestia estetyki. Animacja jest miejscami trochę grubo ciosana, jeśli chodzi o ruchy postaci i ich mimikę (porównałabym ją do animacji w Smoczym Księciu), ale nie można odmówić jej piękna, zwłaszcza jeśli chodzi o kolorystykę i niektóre efekty mające przywodzić na myśl japońskie malowidła.

Red Hood w wersji japońskiej.

Bo tak po prawdzie to najciekawsza rzecz w tym filmie to postaci z „mythosu” Batmana w realiach feudalnej Japonii. I cóż, ten aspekt historii był bardzo pomysłowy, szczególnie jeśli chodzi o Deathstroke’a, czy Red Hooda, który w swojej japońskiej wersji występuje jako mnich z czerwonym koszem na głowie zamiast tradycyjnej maski. No a Batman… Batman jak staje się wreszcie ninją wygląda monumentalnie.

Muzyka jest przepiękna. Ma ten dalekowschodni klimat, który nadaje scenom właściwą oprawę (posłuchajcie chociażby czołówki). Żałuję też, że nie mogę nigdzie znaleźć melodii, którą Damien Wayne wykonuje na flecie, bo mi najbardziej przypadła do gustu z całego soundtracku.

Animacja, estetyka i ścieżka dźwiękowa osładzają mi nadmiar Jokera i Harley oraz dziury fabularne, ale trochę jednak żal, że pozostali złoczyńcy dostali tak mało czasu antenowego. Chętnie dowiedziałabym się, na przykład, jak wyglądają rządy Pingwina albo Trującego Bluszczu… zwłaszcza, że podobno każdy ze złoczyńców Batmana jest w tym filmie do pewnego stopnia nawiązaniem do prawdziwych władców tychże regionów z czasów feudalnej Japonii (więcej na ten temat tutaj, pod punktem Expy). Jeżeli więc jest jakaś tie-inowa manga o tym co każdy złoczyńca robił przez te dwa lata, to ja chętnie ją przeczytam.

Podsumowując: ten film jest dla tych, którzy chcą zobaczyć Batmana i spółkę w innych dekoracjach, w wersji animcowej i z kilkoma odjechanymi, zupełnie absurdalnymi scenami. Jeżeli nie umiecie zawiesić niewiary, Batman Ninja może Wam się nie spodobać.