Maj z Batmanem – Artykuł: Rycerstwo Mrocznego Rycerza

Istnieje komiks z serii Elseworlds, w którym Batman jest rycerzem nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. W tymże komiksie – Batman: The Dark Knight of The Round Table – Thomas Waynemoor, wraz z żoną, synem i kilkumiesięczną córeczką zostaje wygnany z Camelotu z dekretu króla Artura, któremu przepowiedziano, że niedawno urodziło się dziecko, będące jego zgubą (chodzi o tak zwane May Day; w oryginalnej legendzie arturiańskiej król kazał wysłać wszystkie niemowlęta na chybotliwe łodzie, aby dzieci się potopiły). Tymczasem czarownica Morgana le Fey miała sen, w którym przepowiedziano jej, że ród Waynemoor i nietoperze będą jej zgubą. Postanowiła więc – w ramach bycia ironiczną – wysłać za łodzią Waynemoorów demony-nietoperze, aby doprowadziły do tego, że cała rodzina zginie. Wydaje się, że tak też się stało, ale z pomocą Merlina z masakry ocalał syn Thomasa – Bruce. Chłopiec zostaje przeniesiony na wyspę Avalon, gdzie nie zaznaje choroby ani głodu, jednak wciąż ma przed oczami demony zabijające jego rodzinę. Dorasta więc ucząc się sztuki rycerskiej i niecierpliwie wyczekując zemsty na Morganie i królu Arturze – dwóch sprawcach swojego nieszczęścia. Z pomocą Merlina Bruce wyrasta na wspaniałego wojownika i przywdziewa zbroję z hełmem i peleryną przywodzącym na myśl skrzydła i głowę nietoperza. Walczy przeciwko siłom Morgany, ale jednocześnie odmawia uznania Artura swoim królem. A w międzyczasie zyskuje sługę, Alfreda, oraz giermka – Dicka Graysona.
Batman: The Dark Knight of the Round Table nie jest może najlepszą opowieścią z Elseworlds, jaką kiedykolwiek napisano, ale swego czasu bardzo mi się podobała. A kiedy niedawno ją sobie powtórzyłam, zaczęłam się zastanawiać nad tym najsłynniejszym homeryckim epitetem Batmana – „Mroczny Rycerz”. Potem przypomniałam sobie, że innym takim jego przydomkiem jest „Zamaskowany Krzyżowiec” i że jego misja oczyszczenia Gotham nazywana jest często krucjatą. Zaczęłam się więc zastanawiać ile Bruce Wayne ma z rycerza i jakie ideały sobą reprezentuje, zwłaszcza w kontraście do Supermana.
Wydaje mi się, że do pewnego stopnia Batman jest współczesnym rycerzem; i że tak jak Superman przypomina bardziej mitycznych herosów, tak Batman przypomina bohaterów legend arturiańskich i baśni.

Wspominałam już kiedyś o tym, że mam w swojej bibliotece książkę pod tytułem Batman i filozofia. Jest to zbiór artykułów na temat Mrocznego Rycerza i wszystkiego, co z nim związane, a każdy z nich egzaminuje Batmana w kontekście poglądów sławnych filozofów – od Arystotelesa po Sartre’a. Ja sama, kiedy wielokrotnie rozmyślałam o Batmanie, miałam wrażenie, że na komiksach o nim i jego wszelakich adaptacjach najlepiej można wyeksponować dwie filozofie: teorię państwa u Hobbesa oraz egzystencjalizm.
Ten drugi zakłada, że z obiektywnego punktu widzenia życie nie mam sensu – jest absurdalne i pełne zła i cierpienia, którego nigdy nie można tak do końca pokonać. „Egzystencja poprzedza esencję.” jak powiedział Heidegger, a więc to człowiek musi nadać swojemu życiu sens; to człowiek musi zadecydować, jakimi prawdami będzie się kierował i czym wypełni czas, jaki pozostał mu do nieuniknionej śmierci.
Oto więc mamy Bruce’a Wayne’a, który w bardzo młodym wieku zostaje dotknięty tragedią i po raz pierwszy w życiu spotyka się ze złem, które toczy Gotham. Śmierć rodziców musiała być dla niego czymś niepojętym – przecież Thomas i Martha Wayne byli dobrymi ludźmi, oddanymi pomocy potrzebującym w ich rodzinnym mieście. A mimo to zginęli dla portfela i kilku pereł, albowiem dla Joe Chilla byli po prostu kolejnymi bogaczami, których mógłby okraść. Tak czy inaczej, to wydarzenie sprawia, że Bruce składa podczas wieczornej modlitwy przysięgę, że odtąd poświęci życie na walkę z przestępcami. Bruce zaczyna więc hartować ciało i umysł, poświęca lata podróżując z jednego miejsca na drugie, aby zyskać cenne umiejętności i być gotowym na każdą ewentualność podczas swojej krucjaty przeciwko przestępcom.
Ale jego krucjata skazana jest na niepowodzenie… a przynajmniej nigdy nie zostanie doprowadzona do końca. Teoretycznie źródeł problemów Gotham jest cztery – pochodząca z problemów społecznych i ekonomicznych przestępczość, braki Azylu Arkham, drzemiące w podziemiach miasta Pradawne Zło oraz tajne stowarzyszenia, którym zależy na utrzymaniu status quo. Jeden człowiek – nieważnie jak bardzo bogaty i uzdolniony – nie jest w stanie pokonać tego całego zła sam – nie, jeśli chce pokonać je raz na zawsze. To jednak nie znaczy, że Bruce Wayne nie próbuje – wszak istnieje coś takiego jak Fundacja Wayne’ów, która pomaga Gothamitom na różne sposoby: buduje im lepsze domy, funduje stypendia, utrzymuje szpitale i kliniki w co gorszych dzielnicach. Samo Wayne Enterprises zapewnia swoim pracownikom stawkę, z której mogą spokojnie wyżyć, i naprawdę rzadko zdarza się, aby potem stawali się superzłoczyńcami.
Bruce Wayne jest Mrocznym Rycerzem, a Gotham to jego królestwo – królestwo pogrążone w chaosie i bezprawiu, w którym rodzice giną na oczach ośmiolatków. Gotham potrzebuje obrońcy, potrzebuje kogoś, kto będzie bronił prostych ludzi przed złoczyńcami i wzbudzi w tychże złoczyńcach bojaźń wobec prawa. Jednakże rycerze (o ile nie byli też wędrowni) byli także wasalami – musieli dbać o swoje lenno i o to, aby dobrze prosperowało. Bruce Wayne nazywany jest Koronowanym Księciem Gotham, bo z jednej strony symbolizuje lepsze czasy – czasy, kiedy Martha i Thomas Wayne jeszcze żyli i działali; a z drugiej strony dba o swoje miasto poprzez Fundację Wayne’ów i różne inwestycje.
Zajęło mi to trochę czasu, ale wiem jaka jest zasadnicza różnica między cnotami reprezentowanymi przez Supermana a tymi reprezentowanymi przez Batmana. Superman uosabia wszystkie najlepsze cechy ludzkości… ale są to cechy, że tak powiem, samoistne, idealistyczne: odwaga, siła, chęć pomagania innym, samopoświęcenie, mądrość… Tymczasem cnoty Batmana – siła woli, spryt, współczucie, samodyscyplina, hart ducha, intelekt – są wynikiem zetknięcia z przeciwnościami, które Batman, jako człowiek i obrońca Gotham, spotkał na swojej drodze. (Co wcale nie znaczy, że jednemu z tych bohaterów brakuje zestawu cnót drugiego. Po prostu u jednego pewne cechy są bardziej wyraźne, a u drugiego inne.)
W wielu opowieściach o rycerzach bohaterowie poddawani są próbom, które mają udowodnić siłę ich charakteru i samodyscyplinę. Z kolei w baśniach sprytni młodzieńcy pokonują przeszkody nieszablonowym myśleniem. Batman jest uważany za niesamowitego, ponieważ jest człowiekiem bez żadnych mocy, a pokazuje, że dzięki ciężkiej pracy i pomyślunkowi, ludzki duch potrafi pokonać każdą przeszkodę. Wszak nawet w serialu z Adamem Westem widzieliśmy, że Batman i Robin byli w stanie wydostać się z każdej opresji, w jakiej zostawiali ich przestępcy, mając do dyspozycji spryt i urządzenia własnej konstrukcji.
Znamienne jest to, że kiedy Bruce zostaje przeniesiony w czasie w Batman: The Return of Bruce Wayne i nic nie pamięta, z jednej strony inni superbohaterowie są przeświadczeni o tym, że jeśli ktoś miałby przeżyć to, co zrobił Batmanowi Darkseid, to z całą pewnością byłby to właśnie Batman; z drugiej zaś każdy okres historyczny, do którego zostaje przeniesiony Bruce Wayne z amnezją budzi w nim inny aspekt jego zamaskowanego alter ego. Tak więc jako jaskiniowiec, Batman objawia zdolności przetrwania i determinację. Jako śledczy w siedemnastowiecznym Gotham, korzysta ze swoich umiejętności dedukcji, przeciwstawiając je ludziom wierzącym w czary. Jako pirat badający tajemnice przyszłej Bat-Jaskini, umie wykryć i ominąć każdą pułapkę, demonstrując przy tym zdolności skradania się. Jako kowboj, jest zaciekłym nemezis przestępców – duchem zemsty, niepowstrzymanym i przerażającym. Jako dwudziestowieczny detektyw badający sprawę śmierci Wayne’ów, w iście batmanowym stylu udaremnia misterny plan pewnej sekty. Najciekawsze jest jednak to, że do każdego z okresów historycznych Batman zostaje wezwany przez kogoś, kto potrzebuje pomocy; i że zawsze w końcu przywdziewa strój z motywem nietoperzy.
Jest jednak pewna rzecz, którą trzeba zrozumieć na temat Batmana. Tak jak Superman wzorowany był na Herkulesie, Samsonie, czy Mojżeszu, tak Batman wzorowany był na Zorro, Sherlocku Holmesie oraz licznych bohaterach pulpowych magazynów. Wśród nich najbardziej prominentni są Cień i Doc Savage. Ten pierwszy był zamaskowanym mścicielem, którego Modus Operandi w dużej mierze opierało się na wzbudzaniu strachu w przestępcach i używaniu różnych sztuczek do tego, aby wyprowadzić ich w pole. Ten drugi zaś poświęcił całe życie na to, aby stać się ekspertem w wielu różnych dziedzinach, a także hartować swoje ciało. Jest wiele postaci, bez których nie mielibyśmy Batmana – a przynajmniej nie byłby to Batman, którego znamy. Warto też zaznaczyć, że na długo, długo przed Zorro (z którego Batman czerpał bodajże najwięcej) był Szkarłatny Kwiat (Scarlet Pumpernel) napisany przez Baronową Orczy i będący protoplastą wszystkich ludzi w maskach walczących z przestępcami.
Mówię o tym dlatego, że aby być współczesnym rycerzem walczącym o sprawiedliwość i porządek, Batman musiał przyswoić sobie nowe sposoby działania. Rycerze króla Artura walczyli z przeciwnikami za pomocą mieczy, a ich przeciwnikami byli wojownicy, magowie i istoty nie z tego świata. Współcześni rycerze musieli zaadaptować nowe metody; musieli walczyć o sprawiedliwość w nowy sposób i przy użyciu innej broni. Zorro pokazał, że kiedy rządy nie są sprawiedliwe, a zło się panoszy, potrzebny jest symbol porządku, który zwykłym ludziom da nadzieję, a podłym – powód, aby się strzegli. Z kolei Sherlock Holmes udowodnił, że aby skutecznie walczyć ze złem, potrzeba również trenować umysł, nie tylko sztuki walki. Nic więc dziwnego, że kiedy wreszcie Batman się pojawił, czerpał właśnie z tych wzorców. Mroczny Rycerz jest przydomkiem, który nadano mu dużo, dużo później, ale jakże mu pasuje! Jakże oddaje to, czym Batman jest!
A skoro Batman jest rycerzem, to czym są Robini? Cóż, pierwszy Robin, Dick Grayson, przez bardzo długi czas pomagał Batmanowi w walce z przestępcami, ale jednocześnie się od niego uczył. W swoim debiucie zaś złożył podobną przysięgę, co swego czasu Batman – że poświęci życie walce z przestępcami. Co jednak jest szczególnie istotne to to, że Dick Grayson stał się potem pełnoprawnym superbohaterem, Nightwingiem.
W dawnych czasach, aby zostać rycerzem trzeba było przez siedem lat pracować jako paź, a przez kolejne siedem – aż do ewentualnego wykazania się w boju albo pojedynku – giermkiem. Kimże więc jest Robin jak nie giermkiem wspomagającym Mrocznego Rycerza i zdobywającym niezbędne do pracy superbohatera doświadczenie? Każdy Robin (poza, być może, obecnym, Damianem Wayne’m) z czasem przyjmował nową tożsamość, aby pokazać, że jego okres treningu pod okiem Batmana się skończył. Obojętnie czy odszedł sam, jak Nightwing, czy narodził się na nowo jak Red Hood, giermek Batmana zawsze w końcu zostaje rycerzem.
Nie inaczej jest też z samym Bruce’m Wayne’m. Albowiem w latach czterdziestych istniała historia o tym jak Batman był w swej młodości Robinem. Jego rycerzem zaś był Harvey Harris – detektyw, który w dzieciństwie Bruce’a odnosił spektakularne sukcesy w rozwiązywaniu zbrodni. Młody Bruce postanowił, że poprosi Harrisa o to, aby został jego mentorem, ale ponieważ chłopak był osobą znaną, ukrył swoją tożsamość za strojem Robina. Już pierwszego dnia, śledząc Harrisa, uratował mu życie, ostrzegając go przed zagrożeniem. Detektyw, w ramach wdzięczności, zgodził się uczyć Bruce’a kryminalistyki i walki wręcz. Prawdopodobnie też wydedukował, kim był jego tajemniczy pomocnik i że po latach stał się Batmanem (ale nigdy nie wyjawił tej tajemnicy, aby nie narażać chłopca na niebezpieczeństwo).
Batman nie jest jednak jedynym rycerzem Gotham. Pomijając Robinów, wszystkie Batgirl i Batwoman, w krucjacie Zamaskowanego Krzyżowca przeciwko przestępczości uczestniczy też komisarz Gordon – człowiek, który przez lata był jednym z najbardziej uczciwych i moralnych policjantów w GCPD. Właśnie dlatego był on pierwszym sprzymierzeńcem Batmana; kimś, komu Batman ufa, ponieważ wie, że Gordon ma na względzie dobro miasta. Gordon zaś ufa Batmanowi, bo choć Mroczny Rycerz działa w cieniu, nigdy nie idzie zbyt daleko i zawsze stara się, aby sprawiedliwości stało się zadość.
Batman ma swój rycerski kodeks. Dwa najbardziej znane elementy tego kodeksu to nie używanie broni palnej i niezabijanie. Ta pierwsza zasada jest spowodowana tym, jak zginęli jego rodzice, ale o ile denerwuje się, kiedy Robini mają przy sobie pistolety, o tyle pozwala korzystać z broni palnej Alfredowi (co świadczy o głębokim zaufaniu do swojego lokaja). O wiele ciekawsza – i do pewnego stopnia również kontrowersyjna – jest jednak ta druga zasada.
Oczywiście, są historie, w których Batman zabija (od pierwszej historii z Człowiekiem-Nietoperzem w ogóle, po filmy Burtona i Nolana), jednakże w większości komiksów i adaptacji Batmana, postawiony jest silny nacisk na to, że Bruce Wayne nie jest zabójcą; a przynajmniej stara się nim nie być i tylko w sytuacji silnego rozchwiania emocjonalnego mógłby chcieć odebrać życie złoczyńcom, z którymi walczy. Na pewno w wielu komiksach i na pewno w Batman: The Animated Series Mroczny Rycerz jest orędownikiem dawania drugiej szansy i pomagania ludziom, którzy są chorzy psychicznie. Problem polega na tym, że są tacy ludzie (jak chociażby Joker), którzy uwielbiają swoje szaleństwo i nigdy się nie zmienią.
Joker jest przeciwieństwem Batmana – o tym wszyscy wiedzą. Batman jest poważny, Joker ciągle rzuca żartami. Batman nosi ubrania zachowane w ciemnej kolorystyce, Joker nosi jaskrawe barwy. Batman próbuje wprowadzić w Gotham porządek, tymczasem Joker chce, aby miasto opanował chaos. Sam klaun postrzega ich relację jak wieczną walkę między przeciwieństwami, które się nawzajem potrzebują. Joker na pewno ma przeświadczenie o tym, że potrzebuje Batmana, bo bez godnego siebie nemezis jego życie nie miałoby sensu. Jednocześnie Joker jest tym, który bodajże był źródłem największych cierpień Batmana – zabił Jasona Todda, okaleczył Barbarę Gordon, raz po raz próbował doprowadzić do tego, że Gotham zostanie pochłonięte przez chaos.
A mimo to wciąż żyje.
W Batman: W cieniu Czerwonego Kaptura Jason Todd pyta Mrocznego Rycerza o to, dlaczego pozwala Jokerowi żyć. Batman odpowiada, że codziennie marzy o zabiciu Jokera, a wcześniej poddaniu go tym samym torturom, którym Joker poddawał innych… ale zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli zabije swojego największego wroga, zabijanie stanie się dla niego łatwe. To motyw stary jak świat: bohater, którego zasada niezabijania wynika z lęku przed tym, co przekroczenie pewnej granicy może oznaczać dla jego duszy. I Joker doskonale o tym wie. Jest w pełni świadomy lęków Mrocznego Rycerza, toteż prowokuje go do tego, aby przekroczył granicę; aby złamał swój kodeks moralny i nie tylko zbił Klauniego Księcia Zbrodni na papkę, ale też go zabił. Z jednej strony wie, że Człowiek-Nietoperz nigdy tego nie zrobi, z drugiej – gdyby jednak to zrobił, oznaczałoby to wygraną Jokera.
Właśnie dlatego ludzie nie chcą Batmana, który zabija. Właśnie dlatego odrzucają Batmana Zacka Snydera i Batmana w ujęciu późnego Franka Millera – pełnego okrucieństwa i nie przebierającego w środkach, byle tylko dojść do celu. Okrutny Mroczny Rycerz byłby Mrocznym Rycerzem, który zatracił swoją duszę i pozwolił na to, aby Joker – i każdy inny przestępca, który kiedykolwiek próbował zmanipulować Batmana do zabijania – wygrał.
Batman reprezentuje sobą te cnoty ludzkości, które pojawiają się w obliczu przeciwności. Przeciwnością są również podszepty Złego, których odparcie wymaga samozaparcia, wierności ideałom i hartu ducha.
Tak jak każdy bohater, Mroczny Rycerz wodzony jest na pokuszenie; na to, aby złamał swój rycerski kodeks. Jednakże Batman kuszony jest również w bardziej przyziemny sposób – przez kobiety. Selina Kyle na pewno chce sprawić, że jej wybranek będzie bardziej niegrzeczny niż zazwyczaj, Bruce z kolei chce sprawić, aby jego wybranka była bardziej praworządna. Z drugiej strony Talia al Ghul działa na początku z woli swojego ojca, Ra’sa, aby Bruce dołączył do Ligi Cieni; dopiero z czasem sama zaczyna darzyć go uczuciem. W pewnym sensie jest też kwestia kuszenia zupełnie innego rodzaju; kuszenia Mrocznego Rycerza wizją szczęśliwego, spokojnego życia w gronie rodziny i z dala od pełnego przemocy życia Batmana. Wielokrotnie Bruce Wayne był bliski odłożenia peleryny na wieszak i przejścia do cywila (ba – w Batmanie Przyszłości nawet do tego doszło!), ale w ostateczności to właśnie Selina albo Talia postanowiły, że o wiele lepiej byłoby, gdyby jednak kontynuował swoją krucjatę. Wszak Batman jest tak wielką częścią jego życia, że pewnie po przejściu na emeryturę Bruce słyszałby jak jego alter ego woła go do dalszej walki z przestępcami. A przecież wiemy, że ta walka tak naprawdę nie ma końca.
Batman jest rycerzem. Rycerz – nawet kiedy założy rodzinę i się zestarzeje – nadal pozostaje wierny swoim ideałom i w razie czego musi stanąć w ich obronie. W Batmanie Przyszłości Bruce Wayne odszedł na emeryturę i przez lata tkwił zamknięty w swoim domu, ale kiedy pojawił się Terry McGinnis i przywdział strój Batmana, Bruce ostatecznie postanowił mu pomóc, trenując nowe pokolenie i ponownie wykorzystując swój umysł i wyposażenie do walki z przestępcami.
W recenzji ostatniego numeru All-Star Batman and Robin Linkara pokusił się o podsumowanie tego jak postrzega Mrocznego Rycerza:

(…) ja postrzegam Batmana jako wzór tego jak ostatecznie można podnieść się ponad tragedię, aby czynić na świecie dobro i stać się lepszym. Prawda, jest szorstki, ale nie jest bez serca; jest agresywny, ale etyczny. Doprowadza się do skrajności, poświęca siebie, a czasem nawet swoje szczęście, dla jednego celu: aby żadne inne ośmioletnie dziecko nie musiało przechodzić przez to samo, co on. Czasami idzie za daleko i czasami popełnia błędy, ale to dlatego, że nie jest bogiem. I nie powinien być. On jest człowiekiem.
Jeśli Superman reprezentuje nadzieję i współczucie, do których zdolna jest ludzkość, Batman reprezentuje determinację i intelekt, do których również jesteśmy zdolni. Największym wrogiem Supermana jest Lex Luthor – bogaty geniusz, który używa swojej mocy do złego… ale najlepszym przyjacielem Supermana jest Batman – bogaty geniusz, który używa swojej mocy do czynienia dobra.

Oto współczesny rycerz, proszę państwa. Obrońca niewinnych i zmora winnych. Walczący tak z zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi demonami. Wierny swoim ideałom i przysiędze, którą złożył wiele lat temu na grobie swoich rodziców. Wykorzystujący wszystkie swoje zasoby do tego, aby czynić dobro.
Oto rycerz Gotham; rycerz na miarę naszych czasów – oto Batman, Mroczny Rycerz.

Artykuł: Sympatyczny szkielet, czyli kilka słów o All Mighcie

Zanim przejdziemy do samego tekstu, dwie sprawy. Po pierwsze – jest on najeżony spoilerami do mangi My Hero Academia. Po drugie – wiem, że nadchodząca kinówka – My Hero Academia: The Tale of Two Heroes – opowiada o przeszłości All Mighta, jednak ponieważ nie mam do niej na razie dostępu, postanowiłam napisać ten artykuł, a dopiero później przygotować oddzielny tekst o filmie. Artykuł jest więc o All Mighcie jakiego znamy z mangi i anime, które pojawiły się do tej pory.

Twoje policzki zapadnięte, twoje oczy zapadłe! Jakże wynędzniałym „numerem jeden” się stałeś! Ale nie czuj się zażenowany! Wszak to twoja prawdziwa postać, czyż nie?!

Te słowa wypowiada złoczyńca All For One, kiedy udaje mu się doprowadzić do tego, że bohater All Might z mocarza staje się wychudzonym mężczyzną, ledwie trzymającym się na nogach. Dla stanowczej większości mieszkańców, oglądających walkę z telebimów, komputerów i telewizorów, All Might był pełnym życia, umięśnionym i uśmiechniętym mężczyzną w sile wieku; największym bohaterem wszech czasów i Symbolem Pokoju. Sam All Might starał się bardzo ukrywać swoją prawdziwą postać, bo gdyby było powszechnie wiadomo o jego stanie zdrowia, wiele rzeczy, które budował przez lata, rozpadłoby się w mgnieniu oka.

Właśnie dlatego jego arcywróg, All For One, postanowił, że anihilację swojego przeciwnika zacznie od pokazania światu jego słabości.

Od kiedy jednak wciągnęłam się w My Hero Academia, o wiele bardziej od heroicznej, muskularnej postaci All Mighta, wolałam jego postać prawdziwą. Mimo że jest ona brzydka i ma wiele cech, które na pierwszy rzut oka każą myśleć, że All Might będzie co najmniej antypatyczny, jeśli nie po prostu zły, z czasem sprawiła ona, że wydał mi się właśnie o wiele sympatyczniejszy, a na pewno o wiele mniej upiorny niż jako uśmiechający się szeroko mocarz.

Dlatego postanowiłam, że poświęcę kolejny artykuł właśnie Symbolowi Pokoju i jego obu wersjom. Zwłaszcza pod kątem tego, jak silną osobowością w tym uniwersum jest All Might.

Zarówno o świecie przedstawionym, jak i o samym All Mighcie opowiadałam Wam przy okazji dwóch list. Wspominałam o tym, że świat My Hero Academia zapełniony jest ludźmi z supermocami, nazywanymi „quirkami”. Owe supermoce zostały uregulowane prawnie i superbohaterstwo stało się prawdziwym zawodem; a aspirująca do tej ścieżki kariery młodzież kształcona jest w specjalnych szkołach, w tym – tytułowej Akademii Bohaterów UA.

All Might nazywa się tak naprawdę Toshinori Yagi. Zarówno w mandze, jak i w anime na podstawie My Hero Academia, poznajemy go poprzez pryzmat jednego z jego największych fanów – Izuku Midorii, który należy do tej części ludzkiej populacji, która jest pozbawiona quirku. Przed odkryciem, że jest „bezquirkowcem” Izuku miał zwyczaj oglądać wideo z pierwszej bohaterskiej akcji All Mighta, w której uratował mnóstwo ludzi z uśmiechem na ustach i zapewnieniami, że od teraz wszystko będzie dobrze, bo „on tutaj jest.” Izuku podziwia All Mighta, jego chęć udzielania pomocy, jego odwagę i bohaterstwo. Dla niego – tak jak dla większości ludzi – All Might jest niezwyciężony i nie ma takiej przeszkody, która by go mogła powstrzymać. Nic więc dziwnego, że chłopiec bardzo chce zostać bohaterem, jak dorośnie.

Wydaje się, że jego marzenie legło w gruzach z chwilą, kiedy dowiedział się od lekarza, że nie ma quirka. Mimo że wszyscy dookoła – nauczyciele, koledzy z klasy, a nawet jego własna matka – mówią mu, że nie ma siły, aby kiedykolwiek mógł zostać profesjonalnym bohaterem, on jest zdeterminowany udowodnić, że jest inaczej. I tak oto pewnego dnia, wracając ze szkoły, zostaje zaatakowany przez szlamowatego potwora i kiedy już ma wrażenie, że zaraz zginie, w całej swojej chwale pojawia się All Might i ratuje chłopaka. Izuku jest, oczywiście, nie tylko wdzięczny, ale wręcz oszołomiony tym, że jego idol jest tutaj we własnej osobie. A All Might jest na tyle miły, że sprawdza, czy chłopcu nic się nie stało i podpisuje mu kartki w zeszycie… jednakże z jakiegoś powodu bardzo się spieszy, mimo że Izuku chce, aby bohater poświęcił mu jeszcze chwilę. W końcu dochodzi do tego, że młodzieniec leci z All Mightem aż na dach pewnego budynku i tam – właściwie szukając potwierdzenia i zachęty do podążania za marzeniami – pyta All Mighta czy ktoś bez quirka mógłby zostać bohaterem. Jeszcze kiedy pytanie jest zadawane, wokół bohatera pojawia się dziwny dym, a kiedy już Izuku kończy swój wywód i spogląda znów na swego idola, widzi nie umięśnionego, szczerzącego się olbrzyma, lecz obłożony skórą szkielet z włosami, czarnymi oczami i ponurem wyrazem twarzy.

W ten właśnie sposób Izuku Midoriya (wraz z czytelnikami/widzami) dowiaduje się, że jego bohater z dzieciństwa podupada na zdrowiu; że ma dwie postaci – publiczną i prawdziwą; i że o prawdziwej nie wie prawie nikt, ponieważ jako Symbol Pokoju, All Might musi utrzymywać pozory bycia niepokonanym i wiecznie uśmiechniętym. Bohater pokazuje nawet swojemu fanowi dziurę w lewym boku, która została mu po pewnej walce, i która to dziura spowodowała liczne komplikacje w zdrowiu All Mighta. Co więcej, czas przez który jest w stanie utrzymać swoją formę publiczną jest ograniczony do trzech godzin.

Ten kontrast między bombastycznym, silnym i uśmiechniętym All Mightem a zrezygnowanym, mizernym i ponurym All Mightem jest wstrząsający. Coś, co w szczególności zwraca uwagę czytelnika to jego ostre rysy, ledwo widoczny nos i pozbawione białek czarne oczy, w których świecą się niebieskie iskierki. To ostatnie widoczne jest również w jego heroicznej postaci, ale tam w ogóle nie widać jego źrenic, co przywodzi na myśl tendencję artystyczną z lat dziewięćdziesiątych, którą Linkara określa mianem Youngblood desease. To wszystko sprawia, że do pewnego stopnia czytelnik spodziewa się, że All Might będzie postacią negatywną.

Wszystko w jego zachowaniu wydaje się mówić, że jest zmęczony swoją rolą; że nie jest tak optymistyczny i tak idealistyczny, jak się na początku wydawało. Wydaje się do pewnego stopnia antypatyczny; tak antypatyczny, że spodziewamy się, że okaże się cyniczną, odartą ze złudzeń i brutalnie szczerą dekonstrukcją superbohatera ze Srebrnej Ery Komiksu. Pogłębia to wrażenie odpowiedź jaką daje swojemu fanowi na zadane wcześniej pytanie:

Profesjonalista powinien być zawsze gotów do ryzykowania życiem. Czy można zostać bohaterem bez mocy? Nie, nie powiedziałbym. (…) Nie jest źle mieć marzenia.  Jednakże… musisz być realistą, chłopcze.

Tak więc Izuku Midoriya właśnie usłyszał od swojego idola, że nigdy nie zostanie bohaterem; że jego marzenie nie jest możliwe do spełnienia. Ze zrozumiałych powodów opuszcza dach załamany i kieruje się do domu. All Might również idzie w swoją drogę, ale na klatce schodowej odkrywa, że butelki, w których uwięził śluzowatego potwora, zniknęły. Wkrótce okazuje się, że potwór zaatakował kolegę z klasy i gnębiciela Izuku, Katsukiego Bakugou. A ponieważ większość bohaterów na miejscu napotyka trudności, które uniemożliwiają im podjęcie jakichkolwiek działań, Izuku instynktownie biegnie, aby pomóc Bakugou, zwłaszcza, że wie z własnego doświadczenia jak straszne jest bycie uwięzionym przez śluzowego potwora. Nie za bardzo jest w stanie cokolwiek zrobić, ale jego bohaterski czyn motywuje będącego wśród tłumu gapiów All Mighta do przekroczenia swojego limitu i pokonania potwora.

Później, kiedy Izuku wraca po całej hecy do domu, znów pojawia się przed nim All Might i tym razem jego odpowiedź na pytanie Izuku jest zupełnie inna:

All Might: Młody, przyszedłem ci podziękować i zrewidować to, co powiedziałem wcześniej… Mam również propozycję. Bez ciebie… gdybym nie usłyszał wcześniej twojej historii… Nie byłbym niczym więcej jak tylko fałszywym, nieszczerym mięśniakiem! Tak więc dziękuję!
(…) Ze wszystkich osób na miejscu zdarzenia, tylko ty, lękliwy i bezquirkowy, działałeś! Zmusiłeś mnie do akcji!
Większość najlepszych bohaterów wykazuje oznaki wielkości już jako dzieci… Wielu z nich twierdzi, że ich ciała ruszyły do akcji, zanim zdążyli pomyśleć. Tak właśnie było z tobą, prawda?!
Izuku:
Tak…
All Might:
Ty też możesz zostać bohaterem.

W tym dialogu wszystkie przypuszczenia jakoby All Might był cynikiem, który zatracił swój idealizm, zostają na zawsze pogrzebane. Nawet jeśli zignorujemy jego rozterki wynikające z tego, że nie mógł pomóc Bakugou, gdy ten był w tarapatach, to tutaj mamy niezbity dowód na to, że nie tylko pierwsze, ale i drugie wrażenie o All Mighcie było błędne. Co więcej – z każdym następnym rozdziałem mangi i odcinkiem anime, odkrywamy, że All Might ma podobne zapędy do spontanicznego bohaterstwa, co Izuku Midoriya.

Tak więc jego idol odnajduje Izuku, uznaje jego odwagę i mówi mu, że może być bohaterem. To całkiem podnosząca na duchu scena, ale All Might wspomina o tym, że przyszedł również z propozycją. Propozycja polega na tym, że bohater przekaże Izuku swój quirk i pomoże mu go rozwinąć. Tak się bowiem składa, że jego quirk o nazwie One For All może być przekazywany z jednej osoby na drugą. Zanim jednak ciało Izuku byłoby w stanie przyjąć tę moc i nie zostać przez nią rozsadzonym od środka, chłopak musi zwiększyć swoją masę mięśniową. Tak więc przez dziesięć miesięcy Izuku przygotowuje się i do przejęcia One For All, i do egzaminów wstępnych do UA, gdzie miałby zapewnioną najlepszą edukację do profesji bohatera.

Zostańmy jeszcze trochę przy Izuku Midorii. Wydaje się zdeterminowany, aby zostać bohaterem mimo braku supermocy… ale jedyne, co robi w tym zakresie, to analizowanie innych quirków i spisywanie swoich obserwacji. Wydawałoby się, że bardziej realną ścieżką byłby właśnie trening siłowy, nauka sztuk walki, może nawet wyćwiczenie się w posługiwaniu jakąś bronią. Innymi słowy – Izuku Midoriya mógłby spróbować pójść drogą Rocka Lee z Naruto i nadrobić brak quirka poprzez muskulaturę i sztuki walki. A jednak tego nie robi. Jakby mu to nigdy nie przyszło do głowy.

Cóż więc robi All Might jak tylko Izuku zgadza się na przyjęcie One For All? Przygotowuje chłopakowi specjalny trening siłowy z odpowiednią dietą, dopasowany do jego predyspozycji fizycznych. All Might pełni więc rolę personalnego trenera i jest kimś, kto nakierowuje Izuku na właściwe tory. Tak naprawdę młodzieniec nie wiedział, jak się zabrać za realizację swojego marzenia, bo jego nauczyciele mu nie zasugerowali rozwiązania a la Rock Lee, a on sam skupiał się raczej na intelekcie.

Plan, który All Might przygotowuje dla Midorii, nosi nazwę Przejdź Test, Amerykański Śnie. W ogóle All Might jest bardzo amerykański. Przede wszystkim mamy jego specjalne ataki, które zwykle nazywane są od amerykańskich miast i stanów. Toshinori Yagi – zanim stał się All Mightem – przez jakiś czas pracował w USA, żeby zdobyć superbohaterskie doświadczenie, a poza tym jego stroje zawsze mają jakąś konfigurację białego, niebieskiego i czerwonego. Poza tym My Hero Academia: A Tale Of Two Heroes pokazuje, że jako młodzieniec Toshinori miał niebieskie oczy. Jaki muskularny superbohater ma blond włosy, niebieskie oczy, a jego kostium utrzymany jest w kolorystyce amerykańskiej flagi? Co więcej – jaki superbohater urodził się z fizycznymi ułomnościami, utrudniającymi mu na początku walkę o sprawiedliwość; i ktoś inny doszedł do wniosku, że jego pragnienie obrony innych kwalifikuje go do otrzymania niepowtarzalnej szansy?

Chodzi mi, oczywiście, o Kapitana Amerykę.

Jest między Izuku Midoriyą a Steve’m Rogersem pewne podobieństwo… ale później okazuje się, że zachodzi ono również między Kapitanem a All Mightem. Nie tylko dlatego, że Toshinori Yagi także został kiedyś uznany godnym tego, aby otrzymać One For All, ale też dlatego, że – tak samo jak Izuku – był kiedyś bezquirkowcem. Ta pozycja bycia słabym, ale pragnienia ochrony innych, daje wszystkim trzem bohaterom szczególny wgląd w rzeczywistość.

Jest pewne zdanie, które doktor Abraham Erskine wypowiada, wyjaśniając Steve’owi Rogersowi, dlaczego wybrał właśnie jego do „Projektu: Odrodzenie”:

Bo człowiek silny, który znał siłę całe swoje życie, może stracić szacunek do siły, ale człowiek słaby zna wartość siły i zna… współczucie.

Mało wiadomo jaki był ten młody, nastoletni Toshinori Yagi, zanim nie został wybrany na następnego posiadacza One For All przez Nanę Shimurę, ale jest niemal pewne, że – w przeciwieństwie do swojego ucznia – był bardziej bokserem niż taktykiem. Gran Torino, bohater, który później szkolił All Mighta, stwierdza, że jedyną jego zaletą było ciało i że w związku z tym o wiele szybciej udało mu się opanować One For All. Można więc zaryzykować teorię, że jako młodzieniec Toshiori zamierzał na początku zostać kimś w rodzaju Batmana – wyszkolić się w walce i wykształcić sobie muskulaturę, aby w ten sposób konkurować z ludźmi z quirkami.

Ważne jest też to, że All Might dorastał w czasach, kiedy był wysoki wskaźnik przestępczości. Widział więc codziennie cierpienie zwykłych ludzi i chciał z jednej strony ich chronić, a z drugiej strony wzbudzić lęk w przestępcach. Nana Shimura – ówczesna posiadaczka One For All – wybrała go na swojego następcę ze względu na jego „szalony” pomysł stworzenia symbolu, który dawałby otuchę społeczeństwu; który sprawiałby, że ludzie mogliby się znów uśmiechać i żyć w spokoju. Aby to właśnie on stał się tym symbolem, Nana Shimura przekazała mu swój quirk.

Co ciekawe w retrospekcjach z tego okresu Toshinori wygląda na całkiem zdrowego; szczupłego, ale nie wychudzonego. Jego mundurek gimnazjalisty prawdopodobnie zakrywa jego mięśnie. Z kolei w All Might Rising, specjalnej mandze rozdawanej podczas japońskiej premiery My Hero Academia: The Tale of Two Heroes, wygląda na nawet trochę mniejszego w porównaniu do Gran Torino, jednak już widać jego muskulaturę. Potem wyrusza do Ameryki, aby zdobyć doświadczenie potrzebne do walki z All For One i kształt jego twarzy oraz sylwetka przywodzą na myśl bardziej jego postać heroiczną. A że we wszystkich scenach z Dave’m Shieldem – twórcą pierwszego kostiumu All Mighta – bohater pozostaje właśnie w takiej postaci, łatwo przyjąć, że potrafił ją utrzymać na dłużej i występował w niej prawie cały czas.

Tak więc co się stało, że nagle zmienił się z całkiem zdrowego człowieka w chodzący szkielet z czarnymi oczami? Już kiedy Izuku Midiriya odkrywa prawdziwą postać swojego idola, All Might wyjaśnia, że dawno temu, podczas walki z potężnym przeciwnikiem (później zostaje wyjawione, że był to All For One) otrzymał cios tak silny, że zniszczył jego system oddechowy i żołądek. All Might jest nieraz pokazywany z jedzeniem, ale niekoniecznie w trakcie posilania się. To może być powód jego dziwnego wyglądu w prawdziwej postaci.

Toshinori Yagi w „Vigilante: Boku no Hero Academia Illegals”

Ktoś mógłby powiedzieć, że w Vigilante: Boku no Hero Academia Illegals (która to manga dzieje się kilka lat przed wydarzeniami z głównej serii) All Might jest jak najbardziej aktywny, a jego prawdziwa postać jest tak samo mizerna, jak kiedy spotkał Midoriyę. W Illegals cały jeden rozdział poświęcony jest temu jak detektyw Tsukauchi (jedna z niewielu osób, które wiedzą o stanie All Mighta), poznaje Toshinoriego i odkrywa jego sekret. W tamtych czasach All Might miał swoje własne biuro i pracowników, a jako Toshinori Yagi pełnił również rolę sekretarza All Mighta. Jednakże gdy Tsukauchi dowiaduje się, że Toshinori to All Might (bo bohater nie potrafi usiedzieć na miejscu, kiedy słyszy wołanie o pomoc, więc ciągle odchodzi od stolika, przy którym rozmawia z detektywem) i informuje Symbol Pokoju, że powinien zająć się wypełnianiem formalności po każdym bohaterskim czynie, Toshinori mówi, że nie nadąża z papierkową robotą i że, co prawda, kiedyś miał pomocnika, który tym się zajmował, ale ten pomocnik odszedł. Ci, co czytali główną serię, wiedzą, że owym pomocnikiem był Sir Nighteye, który miał zdolność widzenia przyszłości. Po pamiętnej walce z All For One, Nighteye błagał All Mighta, aby zaprzestał działań bohaterskich i skupił się na szukaniu następcy. Jednak All Might odmówił, ponieważ wierzył, że musi być aktywny, aby dać ludziom nadzieję, a bez Symbolu Pokoju przestępcy mogliby poczuć się bezkarni. Nighteye odszedł z dwóch powodów: po pierwsze – chciał znaleźć All Mightowi odpowiedniego następcę, a po drugie – nie mógł patrzeć jak bohater się wykańcza, bo miał wizję, że Toshinori umrze straszną, krwawą śmiercią.

Na przestrzeni serii pojawiają się tu i tam sugestie o tym, że dni All Mighta są już policzone; że musi szybko przygotować swojego następcę, bo nie zostało mu zbyt dużo czasu. Najbardziej wyrazista z nich to scena, w której All Might wyjaśnia Izuku jak powstało One For All, kim jest All For One i że pewnego dnia możliwe, że Midoriya będzie musiał się z nim zmierzyć. Izuku odpowiada, że nie martwi się o to, co go czeka, bo wierzy, że All Might będzie przy nim stał. W tym momencie Toshinori chce mu powiedzieć o przepowiedni Nighteye’a, ale nie jest w stanie tego wykrztusić.

Dużo, dużo później, All For One szykuje się do tego, aby ostatecznie pognębić swojego starego wroga i, między innymi, zdradza, że wie już, komu All Might oddał One For All. Ponieważ wcześniej Izuku wyruszył wraz z małą grupką przyjaciół, aby uratować uwięzionego przez Ligę Złoczyńców Bakugou, wbrew zakazom nauczycieli, All For One mówi:

Na co All Might odpowiada, że tak, zawiódł swojego ucznia i dlatego musi przeżyć, aby go skrzyczeć; mówi wręcz: „Muszę być tym, który go skrzyczy!” I też kiedy jest już po wszystkim; kiedy All For One jest już uwięziony, All Might opatrzony, a uczniowie ukarani za złamanie zasad, Toshinori Yagi zaprasza Izuku na plażę, aby z nim porozmawiać. Najpierw beszta go za to, że znów naraził się na niebezpieczeństwo, a potem wyraża radość z tego, że tym razem Izuku udało się użyć One For All bez szkód dla swojego ciała (gdyż dotąd przeważnie quirk sprawiał, że Izuku kończył ze złamanymi rękoma i nogami). W końcu All Might uświadamia swojego następcę o tym, że ponieważ nie ma w nim już mocy, musi przejść na emeryturę. Od teraz jego zadaniem będzie wychowanie Izuku i bycie dobrym nauczycielem. Również później, kiedy matka młodzieńca nie chce go puścić do UA z powodu licznych niebezpieczeństw, na jakie był narażony, a Izuku pokazuje jej list od małego chłopca, którego udało mu się uratować, All Might przeprasza ją za swoje zaniedbania i obiecuje, że poświęci życie, aby wykształcić Midoriyę. W końcu, kiedy wreszcie Midoriya dowiaduje się, że nad jego mentorem ciąży widmo śmierci, All Might mówi, że dawno temu pogodził się z tym, co go czeka, jednak potem poznał Izuku i postanowił, że przeciwstawi się przeznaczeniu byle tylko przygotować go do bycia bohaterem.

Innymi słowy, Izuku Midoriya stał się dla All Mighta powodem do życia. Coś, co jest o tyle interesujące, że All Might nigdy nie założył rodziny, a więc nigdy nie miał dzieci. Jego poprzedniczka miała, co prawda, męża i dziecko, ale po śmierci małżonka, oddała potomka do adopcji, aby uchronić go przed złoczyńcami. Sama poświęciła się wychowywaniu swojego następcy i Toshinori myślał o niej jak o matce.

Standardowy uśmiech All Mighta.

Powróćmy jeszcze to prawdziwej postaci All Mighta. O tym, że ten wychudzony człowieczek jest Symbolem Pokoju wie całe grono pedagogiczne UA, ale o jego fatalnym stanie zdrowia wiedzą tylko Recovery Girl (szkolna pielęgniarka), dyrektor szkoły Nezu, detektyw Tsukauchi, Gran Torino i Sir Nighteye. Podczas gdy postać publiczna All Mighta jest zawsze uśmiechnięta (choć podczas pierwszego ataku Ligi Złoczyńców na UA, bohater nie uśmiechał się prawie wcale, aby pokazać jak poważnie traktuje grożenie jego uczniom), postać prawdziwa na przestrzeni całej serii wyraża różne emocje – smutek, żal, wściekłość, satysfakcję, dumę, radość… Również jego uśmiechy, uśmieszki i półuśmiechy wydają się o wiele bardziej szczere niż ten sztuczny i odrobinę upiorny uśmiech zarezerwowany dla publiczności. Lecz jest to właściwie zrozumiałe, bo ten uśmiech jest wyćwiczony; on jest po to, aby ludzie, którzy właśnie przeżyli coś strasznego (jak pożar albo atak złoczyńcy) mieli poczucie, że wszystko będzie dobrze. To filozofia, którą przekazała następcy Nana Shimura; którą All Might przez lata kultywował i którą jeszcze za młodu przejął Izuku.

Horikushi w jednym z wywiadów wspominał o tym, że kiedy oglądał Dragon Ball Z – a konkretnie: Sagę Frezera – miał wrażenie, że niezależnie od ran, z których dopiero co się wyleczył, i niezależnie o tego, że dołączył się do walki późno, Goku będzie w stanie coś zrobić, ponieważ jest właśnie tym, kim jest. Ponieważ Goku pojawił się podczas walki z Frezerem, przyszły autor My Hero Academia czuł, że wszystko już teraz będzie dobrze, bo Goku tu jest. I takie uczucia miał wzbudzać All Might przychodzący ludziom z pomocą. Ludzie w uniwersum My Hero Academia mieli na jego widok wierzyć, że wszystko będzie dobrze, bo ich bohater na pewno przyjdzie im z pomocą i znajdzie sposób na pokonanie przeciwności losu. All Might wzbudza więc w zwykłych ludziach nadzieję.

Ale nazywany jest Symbolem Pokoju. Dlaczego akurat Pokoju?

Jak już wspominałam, Toshinori Yagi dorastał w czasach, kiedy wskaźnik przestępczości był bardzo wysoki. Sam powiedział swojej mentorce, że chciałby stworzyć świat, w którym „wszyscy się uśmiechają i żyją razem szczęśliwie”. Dlatego właśnie potrzebny był symbol, który stałby się filarem tego nowego społeczeństwa. Kilka razy w przeciągu trwania serii słyszymy o tym, że kiedy All Might zaczął na dobre działać jako bohater, wielu przestępców zeszło do podziemia i przestało się panoszyć. All For One stwierdza nawet, że nienawidzi All Mighta bardziej niż All Might mógłby kiedykolwiek go nienawidzić, gdyż bohater zniszczył wszystko, co All For One zbudował przez wszystkie lata swojej przestępczej działalności. Gdy z kolei jego uczeń, Shigaraki Tomura, przechadza się po centrum handlowym, jest zirytowany tym, że przebywający w nim ludzie są beztroscy i uśmiechnięci. Ponieważ All Might nad nimi czuwa, zwykli ludzie nie muszą się martwić złoczyńcami i przestępcami. All Might jest więc zapewnieniem spokojnej egzystencji i dlatego właśnie nazywany jest Symbolem Pokoju.

I podczas ostatecznej walki między All For One i All Mightem, złoczyńca przykłada taką samą (jeśli nawet nie większą) wagę do zniszczenia tak ducha, jak i ciała Symbolu Pokoju. All For One niewątpliwie przygotował się przez lata życia w ukryciu do kompletnej anihilacji swojego największego wroga. Każde jego słowo ma sprawić, że morale All Mighta będzie powoli, powoli opadać; że Symbol Pokoju zginie, pogrążony w rozpaczy. Zarówno All For One, jak i Shigaraki chcą podkopać wiarę społeczeństwa w bohaterów, tak więc zniszczenie All Mighta wydaje się być naturalną koleją rzeczy.

Jednakże mimo licznych momentów, podczas których All Might upada na duchu, wsparcie tak innych bohaterów, jak i zwykłych ludzi, pomaga mu odnaleźć siłę, aby walczyć dalej. Wie przy tym, że jest to jego ostatnia walka, po której nie zostanie mu ani jedna iskierka One For All. Pokonuje więc All For One, po raz ostatni pokazuje, że jest niepokonany, a na końcu celuje palcem w stronę jednej z reporterskich kamer, krzycząc: „Ty! Ty będziesz następny!”, co przestępcy i publika odbierają jako groźbę dla złoczyńców, a Izuku jako wezwanie do broni.

Tak więc All Might przechodzi na emeryturę i zajmuje się byciem nauczycielem dla uczniów UA i mentorem dla swojego następcy. Podczas lekcji, na której klasa Izuku musi przygotować swoje specjalne ruchy, All Might przychodzi, aby przyjrzeć się, jak im idzie. Nagle kawałek ściany, którą zniszczył Bakugou, odrywa się i już-już ma spaść na głowę nieświadomemu All Mightowi, gdy nagle Izuku używa swoich nowych ciosów, aby wyeliminować zagrożenie. Pierwszą reakcją nauczyciela jest duma z ucznia, ale zaraz potem zdaje sobie sprawę z pewnej smutnej rzeczy: od teraz to nie on będzie chronił, tylko jego będą chronić inni. Tak samo jak cały świat, All Might musi przyzwyczaić się do rzeczywistości, w której nie jest już bohaterem.

Prawdziwa postać All Mighta jest prawdziwa w więcej niż jeden sposób – jest słaba, świadoma swojej śmiertelności, boi się i ma wątpliwości. A przy tym nawet jako zwykły człowiek Toshinori Yagi jest życzliwy i ma dobre chęci. Ten chudy, mizerny All Might jest niezwykle ludzki. I być może właśnie dlatego lubię jego postać prawdziwą bardziej od tej heroicznej.

Czerwiec z Supermanem – Artykuł: Człowieczeństwo Człowieka ze Stali

Dawno, dawno temu, jeszcze kiedy stawiałam swoje pierwsze kroki na blogu, napisałam artykuł W obronie Kapitana Ameryki, czyli dlaczego nie lubimy postaci praworządnych, w którym to artykule próbowałam odpowiedzieć na zadaną tezę w pięciu punktach. Pierwszy z tych punktów głosił, że „postaci praworządne dobre irytują nas, bo czasem przypominają bardzo Mary Sue. Wydają się być bez skazy – nigdy nie kłamią, nigdy się nie boją, zawsze się kontrolują, nie mają fatalnych wad, nie można ich przekupić… Jednym słowem – są w swojej cnocie odrealnieni, przypominają bardziej ideał, do którego trzeba dążyć, niż rzeczywistego człowieka.”
I otóż w tym roku obchodzimy osiemdziesiątą rocznicę powstania Supermana. Obecnie żyjemy w czasach, kiedy bliżej nam do Batmana i kiedy wielu fanów przeciwstawia Batmana Supermanowi, aby pokazać wyższość człowieka nad nadludzką istotą. Ponadto sama sytuacja Supermana jako postaci wydaje się być obca i trudno się z nim utożsamiać. Superman jest ostatnim członkiem swojej rasy, a jednocześnie kimś, kto jest prawie niezwyciężony i ma niezachwiane zasady moralne. Z pozoru nie jest ludzki, więc nie przeżywa tych samych rozterek ani nie ma tych samych bolączek, co my.
To jest, oczywiście, błąd.
Superman jest człowiekiem z wyboru. Może nie krwawić, może i lata i jest potężny, ale to nie znaczy, że nie ma żadnych słabości, że nie targają nim wątpliwości i że nie odczuwa smutku albo bezsilności. Co więcej, jego sytuacja życiowa uniemożliwia mu doświadczenie pewnych rzeczy, jednakże otwiera go na inne, niemniej dramatyczne. Ludzie mają zwyczaj dehumanizacji Supermana, dlatego ostatni tekst na Czerwiec z Supermanem poświęcony jest człowieczeństwu Człowieka ze Stali.

Zacznijmy od Fryderyka Nietzschego. Ten filozof niemiecki znany jest, między innymi, z koncepcji nadczłowieka, którą potem podchwycili i spaczyli dla swoich celów naziści. Jeżeli ktokolwiek z Was czytał kiedykolwiek, na przykład, Tako rzecze Zaratustra, na pewno zauważyliście, że często powtarzanym zdaniem jest tam: „Człowiek jest czymś, co pokonanym być winno.” Nietzsche krytykował ludzkość, uważał wiele z jej zachowań za hipokryzję, ograniczenie woli mocy i zatracenie pewnego rodzaju szlachetności. Ludzie powinni pokonać samych siebie i wznieść się na nowy poziom – stać się nadludźmi. Nadczłowiek, według Nietzschego, tworzy nową moralność i nową kulturę, gardzi szczęściem w rozumieniu stoików, rozumiem w koncepcji Kanta, cnotą pojmowaną jako zaprzeczenia własnych pragnień, współczuciem rozumianym jako poczucie wyższości nad innymi… i sprawiedliwością, która chroni zarówno słabych, jak i silnych. Przede wszystkim jednak nadczłowiek to ktoś, kto działa.
Zapytacie może: Co ma Nietzsche do człowieczeństwa Supermana? No cóż, już sama nazwa „Superman” przywodzi na myśl koncepcję nadczłowieka. W końcu „super” to po łacinie „nad”, a „man” znaczy po angielsku „człowiek” (albo „mężczyzna”). Lecz Superman jest nadczłowiekiem w zupełnie innym znaczeniu niż rozumiał to Nietzsche. To prawda – Człowiek ze Stali jest człowiekiem czynu, kimś, od kogo bije moc… ale Superman, jakiego znamy, zawsze był pomyślany jako zbiór wszystkich najlepszych cech ludzkości – jest jednocześnie Herkulesem, Salomonem i Mojżeszem. Nie zależy mu na tworzeniu nowej moralności ani nie gardzi on współczuciem i sprawiedliwością. Wręcz przeciwnie – walczy o sprawiedliwość i okazuje współczucie (oczywiście, nie podszyte pogardą dla słabszych).
„Nadczłowieczeństwo” Supermana polega na tym, że jest on wszystkim tym, czym chcielibyśmy być; umie to, co każdy z nas chciałby umieć – jest supersilny, superszybki, niezniszczalny, odważny i gotowy przeciwstawić się złu. W postaci Supermana chodzi o siłę – siłę fizyczną, siłę emocjonalną, siłę umysłu, siłę charakteru, siłę, aby zrobić to, co należy, siłę, którą również można dać innym, inspirując ich.
Kiedy Superman wreszcie został opublikowany, stworzył cały nowy gatunek opowieści. W komiksach nie mieliśmy już tylko bohaterów – teraz byli to superbohaterowie, a umiejętności, którymi dysponowali, nie były tylko mocami, były supermocami. Supersiła, superszybkość, superzłoczyńca, super geniusz… Przedrostek „super-” nagle zaczął jakoś bardziej gościć w słownictwie, nieraz w sprzężeniu z gatunkiem opowieści o superbohaterach. Nie bez powodu mówi się, że Superman jest ojcem chrzestnym gatunku superbohaterskiego.
Powróćmy jednak do samego Człowieka ze Stali – kiedy myślimy „Superman”, myślimy: „człowiek, który potrafi zrobić wszystko i ma wszystko w swoim życiu pod kontrolą”. Mężczyźni chcą być Supermanem, kobiety chcą mieć Supermana za partnera (jak również same być Supergirl). Mamy więc tę tak ważną dla historii popkultury postać; to samospełniające się życzenie o bohaterze, który może zrobić prawie wszystko, uratować prawie każdego, naprawić prawie każde zło; tego nadczłowieka, który daje ludziom nadzieję; ten chodzący ideał, którego nigdy nie dościgniemy.
Jakże łatwo jest zapomnieć, że on też ma uczucia; jakże łatwo jest odmówić mu prawa do słabości.
W finale Justice League: Unlimited Superman wygłasza przed Darkseidem mowę, która zawiera takie oto dwa zdania: „Czuję się jakbym żył w świecie z kartonu; jakbym zawsze musiał uważać na to, aby czegoś nie popsuć, aby nie popsuć kogoś. Nigdy nie pozwalam sobie stracić kontroli, nawet na chwilę, bo inaczej ktoś zginie.” Wprawdzie sama mowa jest o tym, że Superman wreszcie znalazł przeciwnika, na którym może wypróbować pełnię swoich mocy, bo Darkseid jest nie tylko paskudnym typem, ale też niezwykle odpornym facetem; jednakże ten fragment daje nam wgląd w uczucia i doświadczenia Człowieka ze Stali. Jako istota niemal wszechpotężna, musi kontrolować swoją siłę, bo jeśli naciśnie za mocno na ścianę, może zrobić w niej dziurę; a jeśli ściśnie kogoś za mocno, może mu zrobić krzywdę. Dodatkowo jest jeszcze taka kwestia, że Superman ma tajną tożsamość, która ma chronić jego i jego bliskich, tak więc jako Clark Kent musi udawać, że jest zwykłym człowiekiem i musi ukrywać te wszystkie rzeczy, które jest w stanie zrobić.
Wyobraźcie sobie teraz małego chłopca, mieszkającego w małym miasteczku w Kansas. Już jako niemowlę był w stanie podnieść nad głowę ciężarówkę, ale w miarę jak dorastał, nagle okazywało się, że ma rentgen w oczach i potrafi rozgrzać coś, tylko na to patrząc; że biega bardzo szybko, że unosi się w powietrzu, że jego słuch jest czasami niesamowicie czuły. Przecież to musiało być przerażające dla małego Clarka Kenta, kiedy jego moce zaczęły dawać o sobie znać. Z jednej strony lęk przed tym, co może się stać, jeśli straci nad nimi kontrolę albo zostanie odkryty przez rząd; z drugiej strony coraz większe i większe poczucie alienacji względem reszty społeczności Smallville. Stara się nie używać swoich mocy, stara się wieść normalne życie, ale jest to coraz trudniejsze. Zwłaszcza, że chciałby pomagać ludziom i po prostu nie może stać z boku, kiedy dzieje się coś złego.
Clark Kent uważa Ziemię za swój dom i ma na niej ludzi, którzy są mu bliscy – rodziców, przyjaciół ze szkoły, współpracowników z „Daily Planet”, Lois Lane… Ale jednocześnie jest na Ziemi obcy. Przez dłuższy czas wie tylko tyle, że jest jedynym, który przeżył zagładę Kryptonu. Nie ma drugiej takiej istoty jak on (przynajmniej dopóki nie pojawiają się Kara, Krypto, generał Zod albo Brainiac z Kandorem w butelce). A skoro nie ma drugiej takiej istoty jak on, przez długi czas nie ma z kim porozmawiać na pewne rzeczy, które go nurtują.
Nie bez powodu tym, co stanowi niebezpieczeństwo bezpośrednio dla Supermana, jest minerał z jego rodzinnej planety; nie bez powodu tym, co może go nie tylko osłabić, ale nawet zabić, jest kryptonit. Widzicie, za kryptonitem kryje się pewnego rodzaju symbolika – kryptonit to przeszłość, to dawno utracony dom, to rodzice, których Superman nigdy nie zobaczy, i kultura, której nigdy nie doświadczy. Superman często myśli o Kryptonie, chce się o nim dowiedzieć jak najwięcej, chce wiedzieć o tym, jacy byli jego biologiczni ojciec i matka. Jednak wszelkie próby powrotu do Kryptonu naznaczone są porażką. Nie ma sposobu na to, aby przywrócić mieszkańców Kandoru do normalnych rozmiarów, większość Kryptonian, która trafia na Ziemię, chce ją sobie podporządkować, Brainiac, który oferuje jakiś wgląd w historię swoich twórców, też nie ma dobrych zamiarów… a cudowne życie na ojczystej planecie, którego kiedyś doświadczył Clark, było tylko pięknym snem wygenerowanym przez Black Mercy.
Kara, co prawda, może coś powiedzieć o Kryptonie (biorąc pod uwagę to, że opuściła go, kiedy była o wiele starsza od swojego kuzyna), ale w wielu wersjach opowieści o jej przybyciu na Ziemię, Superman zostawia ją pod opieką innych. Może robi to między innymi dlatego, że jakaś jego część nie chce już myśleć o utraconym domu, skoro ułożył sobie życie na Ziemi?
Bo tak naprawdę jedyne, co może zrobić ktoś taki jak on, to zapomnieć o przeszłości i iść dalej.
Jednocześnie przez lata Superman stał się takim symbolem nadziei; postawiono go na piedestale i dano pewne wymagania. A wszyscy wiemy, że publika jednego dnia może kogoś kochać, a następnego nienawidzić.
Co się stanie, kiedy Superman kogoś nie uratuje? Co się stanie, kiedy Człowiek ze Stali nie zdąży przyjść komuś z pomocą? Co się stanie, kiedy ten symbol nadziei nie będzie mógł zapobiec katastrofie? Superman jest, mimo wszystko, ograniczony – nie może być w kilku miejscach na raz, nie ważne jak szybko będzie leciał; i zawsze może coś przegapić, zwłaszcza, kiedy wokół sporo się dzieje. Oczywiste jest, że każda tragedia, której zapobiegł, będzie go nurtować… i że ktoś, komu w tej tragedii zginął bliski, będzie miał Supermanowi za złe, że nie udało mu się uratować tej jednej osoby. Przecież Superman jest niesamowity – supersilny, superszybki, umie latać… – a mimo to nie ocalił wszystkich. To co z niego za superbohater? Nie mówiąc już o tym, że dla niektórych obojętnie jak Superman by się nie starał, zawsze będzie robił za mało.
W historii komiksów DC i ich adaptacji było wiele momentów, w których opinia publiczna traciła zaufanie do superbohaterów, a zwłaszcza do Supermana. Superbohaterowie są – do pewnego stopnia – osobami publicznymi i wzbudzają różne uczucia, zwłaszcza kiedy zrobią coś kontrowersyjnego. Ktoś może uważać, że superbohaterowie za bardzo się cackają z przestępcami i powinni ich z miejsca zabijać; inni wręcz przeciwnie – krytykują to, że superbohaterowie są brutalni i biorą prawo w swoje ręce. Nie zapomnijmy też o tym, że również uniwersum DC uwikłane jest w politykę, w tym sensie, że nawet w świecie Supermana pojawiają się skomplikowane kwestie społeczne i polityczne, do których Liga Sprawiedliwych musi się w ten czy inny sposób ustosunkować. I obojętnie jakie stanowisko przyjmie Superman w sprawie uchodźców, George’a W. Busha, czy wojny w Wietnamie, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie go wyzywać od najgorszych.
Superbohaterowie są osobami publicznymi, tak więc poddawani są podobnej dehumanizacji przez media, społeczeństwo i „fanów”, co osoby publiczne w prawdziwym świecie. Dla wielu ludzi Superman jest tylko przystojnym mięśniakiem, który porywa serca tłumów, ale nie ma prawa do poglądów czy gorszego dnia. I w sumie mamy tutaj jeszcze jeden powód, dla którego superbohaterowie mają tajne tożsamości. Bo czy wyobrażacie sobie, co by było, gdyby dzisiaj, w dobie „doxxingu” (wyjawiania informacji o czyimś adresie w celu nagonki na daną osobę i jej rodzinę), było powszechnie wiadomo, że Superman to Clark Kent? Prędzej czy później ktoś by wymalował na drzwiach Jonathana i Marty Kentów nienawistne graffiti, do „Daily Planet” przychodziłyby pogróżki, a Jon w szkole wzbudzałby niezdrowe zainteresowanie.
A pamiętajmy, że w tym świecie istnieją kosmici, klony, sobowtóry, kontrola umysłów, kamienie sprawiające, że człowiek wyciąga na wierzch różne resentymenty… Myślicie, że społeczeństwo, tak po prostu, wybaczy Supermanowi, że pod wpływem czerwonego kryptonitu zrobił zadymę? Na reputację pracuje się latami, a można ją stracić w jednej chwili.
I dla wielu ludzi Superman nie jest nikim dobrym; wielu ludzi uważa, że Superman stanowi zagrożenie dla świata i ludzkości. Prawda, teraz jest po naszej stronie, ale równie dobrze może jutro zwrócić się przeciwko nam (i też było kilka alternatywnych rzeczywistości, w których Superman staje się dyktatorem). Poza tym kto wie, czy nieświadomie nas nie niszczy. Przecież nie wiadomo skąd się biorą jego moce i jak dokładnie działają.
W Lois and Clark: The New Adventures of Superman był odcinek, który stawiał Człowieka ze Stali właśnie w sytuacji, kiedy wydawało się, że jego moce mogą powodować falę upałów w Metropolis. Odcinek nosił tytuł Man of Steel Bars i zasadzał się na tym, że pewien naukowiec wysunął hipotezę, że im dłużej Superman działa, tym bardziej wzrasta temperatura w mieście (pokazał nawet wykres przedstawiający zależność między jednym a drugim). Wszystko ma jako takie podstawy naukowe, więc wśród obywateli Metropolis znajdują się tacy, którzy naciskają na Supermana, aby zaniechał swoich superbohaterskich działań. On sam obawia się, że może niechcący powodować efekt cieplarniany i zgłasza się przed sądem w akcie dobrej woli. Sędzia ogłasza, że na czas wyjaśnienia całej sprawy, Superman musi się powstrzymywać przed używaniem mocy i Clark się zgadza, wierząc, że może oprzeć się pokusie korzystania z wrodzonych zdolności… ale jak tylko opuszcza salę rozpraw, jeden ze skazańców bierze zakładnika i Człowiek ze Stali musi go powstrzymać, rozgrzewając mu broń w rękach. Jeszcze kilka razy jest zmuszony używać swoich zdolności, aby kogoś uratować, a temperatura ciągle rośnie. A to z kolei powoduje u ludzi zrozumiałą wrogość i Superman – przekonany o swojej szkodliwości – musi odejść. Zanim jednak odejdzie, jako Clark Kent pisze swój (wydałoby się) ostatni artykuł w „Daily Planet”, oddający uczucia Supermana w chwili, kiedy opuszczał salę rozpraw po ogłoszeniu swojej decyzji:

Tłum zareagował ze zdziwieniem i ulgą. To był koniec, Superman o tym wiedział. Poczuł, że coś uderzyło go w pierś. Jego wzrok spoczął na twarzy małego chłopca, który wydawał się powstrzymywać łzy, kiedy Superman podniósł przedmiot – figurkę Supermana, niegdyś bezcenną dla swojego młodego właściciela. Superman chciał ją oddać, ale chłopca już nie było.

Mówią, że Człowiek ze Stali jest niezniszczalny. Nie wydaje mi się.

Potem się okazuje, że upały spowodowane były przez specjalną maszynę do manipulowania pogody i Superman może powrócić do Metropolis, ale jednak Man of Steel Bars pokazuje kilka rzeczy na temat głównego bohatera. Po pierwsze – jest on skłonny nawet oddać się w ręce policji i na dobrowolne wygnanie, jeśli jest przekonany o tym, że może niechcący szkodzić innym. Po drugie – nie szuka poklasku ani chwały, ale jednak nagłe przejście od bycia powszechnie kochanym do bycia powszechnie pogardzanym nie pozostawia go obojętnym. Po trzecie wreszcie – ma silną potrzebę pomagania ludziom.
Jest taki termin psychologiczny, stworzony przez Fredrica Werthama (tego od Seduction of the Innocent) – kompleks Supermana. Ta przypadłość polega na tym, że ma się niezdrowe poczucie odpowiedzialności za innych; przeświadczenie o tym, że nikt (poza osobą z kompleksem Supermana, oczywiście) nie jest zdolny do tego, aby wykonać z powodzeniem więcej niż jedno zadanie, toteż osoba mająca kompleks Supermana czuje ciągłą potrzebę, aby „ratować” innych. Sam Wertham uważał, że Superman jest tak naprawdę nazistą, przedstawicielem rasy panów, i jego przygody napełniają dzieciom głowy fantazjami o mocy i sadystyczną przyjemnością karania innych wciąż i wciąż, dlatego kompleks Supermana stanowi dobry przykład pewnych błędnych wyobrażeń, jakie ludzie mają o Człowieku ze Stali.
Zawsze znajdzie się ktoś, kto przekręci coś o Supermanie, aby zrobić z niego nazistę, dyktatora, czy nawet bezwolne narzędzie rządu. Zawsze – obojętnie czy w uniwersum DC, czy w naszym świecie – znajdzie się ktoś, kto będzie się doszukiwał jakichś ukrytych motywów w Supermanie, będzie próbował pokazać go jako kogoś nie do końca dobrego. Wszak dzisiaj nikt już nie lubi Supermana; dzisiaj uważamy, że postaci praworządne dobre to przeżytek albo płytka charakterystyka. W najlepszym razie Superman jest więc dla wielu naiwnym, bezrefleksyjnym harcerzykiem, a w najgorszym – symbolem establishmentu (jak to przedstawił Frank Miller w Powrocie Mrocznego Rycerza), no bo w końcu walczy o Prawdę, Sprawiedliwość i Amerykański Styl Życia.
Nie oszukujmy się, jednym z powodów, dla których ludzie debatują o tym, kto wygrałby walkę między Supermanem a Batmanem, jest to, że chcą zobaczyć jak Batman – buntownik, działający w cieniu i człowiek, który sam zapracował na własną niesamowitość wieloletnimi przygotowaniami – pokonuje mocarza. Moim zdaniem, Alexander Luthor w Świcie Sprawiedliwości właśnie tego chciał – chciał, aby człowiek pokonał boga, bo dla niego Superman był właśnie takim bogiem, który obiecuje, że wszystkich uratuje i na którego ludzie spoglądają z czcią.
Ale widzicie, z bogami jest taka sprawa, że też potrafią być mniej lub bardziej ludzcy. A Superman może i ma nadludzką siłę, ale całe życie przeżył wśród ludzi. To, co może; to, skąd pochodzi, nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Ma ludzkie uczucia i ludzkie odruchy. Targają nim wątpliwości, czuje się samotny i bezsilny, ma osoby, na których mu zależy.

Człowiek ze Stali jest, mimo wszystko, człowiekiem.

Artykuł: Artur Everest, prawdziwy Człowiek-Ćma

Dawno, dawno temu natrafiłam na dziwną kreskówkę. Zaczynała się od dwóch mężczyzn – jednego wielkiego w niebieskim stroju z antenami, i jednego mniejszego, w stroju przypominającym kostium białego królika – siedzących na fotelach w jakimś czarnym pomieszczeniu. Wyglądało na to, że udzielali wywiadu i to przypuszczenie zostało szybko potwierdzone przez głos z offu, który zapytał: „Kleszczu, od jak dawna jesteś superbohaterem?”

Od tej sceny właściwie zaczęła się moja przygoda z Kleszczem – zwariowaną kreskówką o muskularnym superbohaterze, który może i był trochę mało rozgarnięty, ale miał serce we właściwym miejscu i wygłaszał górnolotne przemowy; i o jego pomocniku, Arturze, który z jednej strony jest bardzo mocno osadzony w rzeczywistości, a z drugiej – codziennie chodzi w stroju ćmy (który wszyscy mylą ze strojem królika). Kleszcz był moim pierwszym zetknięciem z parodią opowieści o superbohaterach i choć niektóre nawiązania zrozumiałam dopiero po latach, i tak zapamiętałam jego specyficzny humor, kolorowe postaci i ciekawą fabułę.

Tak więc lata mijały i Fox Kids zaczęło puszczać stare i nowe odcinki Kleszcza. Kiedy jednak kanał przestał istnieć, serial stał się tylko wspomnieniem. Jednakże kilka razy zdarzyło mi się go wpisywać w Google albo w wyszukiwarkę YouTube’a i wkrótce przekonałam się, że w 2001 powstała aktorska adaptacja. Ponieważ jednak wyglądała dość dziwnie, przez jakiś czas wstrzymywałam się z zapoznaniem z nią.

Mamy więc rok 2016. Amazon Prime postanowił zacząć robić własne seriale i wypuścił kilka pilotów, aby widownia mogła się z nimi zapoznać. Jednym z nich był nowy, aktorski Kleszcz. Wiedziona ciekawością, obejrzałam tego pilota i od razu rzuciły mi się w oczy dwie rzeczy: 1) serial, mimo tego, że miał komediowe elementy, był o wiele mroczniejszy niż kreskówka; i 2) o wiele bardziej niż na Kleszczu skupiał się na Arturze. Kiedy później pojawiły się kolejne odcinki, jasne stało się to, że tak naprawdę nie jest to opowieść o Kleszczu, tylko właśnie o drodze jego pomocnika do bycia superbohaterem.

Jakiś czas temu udało mi się nadrobić pierwszy sezon tego nowego Kleszcza i doszłam do wniosku, że warto by się było przyjrzeć Arturowi w różnych jego inkarnacjach. Niektóre rzeczy pozostają wspólne wszystkim jego wersjom, inne różnią się drastycznie od pozostałych, dając nam szczególny wgląd w pomocnika Kleszcza.

Czytaj dalej „Artykuł: Artur Everest, prawdziwy Człowiek-Ćma”

Artykuł: O pewnym kuloodpornym czarnym

Uwaga! Tekst zawiera spoilery do pierwszego sezonu Luke’a Cage’a.

Jednym z najczęstszych zarzutów stawianych Marvel Studios jest to, że nie ma w jego produkcjach różnorodności i że tak zwani POC (people of color , czyli osoby o innym kolorze skóry niż biały) są poddawani „wybielaniu”. Niedawno mieliśmy aferę z Doktorem Strangem, w którym – mimo że istotna część akcji dzieje się w Tybecie – odsetek Azjatów w obsadzie jest bardzo niski (że o Tildzie Swinton w roli Starożytnego nie wspomnę). Możemy też nie oddalać się od tematu marvelowsko-netflixowych seriali i przytoczyć wielki krzyk sprzeciwu wobec tego, że Danny Rand będzie grany przez Finna Jonesa, bo to powtarzanie schematu „białego wybawcy”; przeto lepiej byłoby, gdyby Żelazną Pięść grał aktor azjatyckiego pochodzenia (sprawa w sumie nie jest nowa; już kiedy Żelazna Pięść zadebiutował jako komiks, ludzie woleli, aby głównym bohaterem był Azjata). A jeszcze na długo przed obiema tymi aferami naczytałam się o tym jak to protagoniści Marvela, będąc w komiksach biali, powinni – w imię różnorodności – być grani przez czarnych aktorów (żeby dodatkowo stanowili komentarz do wydarzeń, o których jeszcze wspomnę). Wtedy wyraziłam opinię o tym, że zamiast posuwać się do racebendingu, Marvel Studios powinno adaptować te komiksy, w których główny bohater nie jest biały, jak Czarna Pantera czy właśnie Luke Cage. Tak też Marvel zrobił.
Tak jak w przypadku jego przyszłego kolegi z drużyny, postanowiłam poświęcić Luke’owi Cage’owi dłuższy tekst i przeanalizować jego postać, zwłaszcza w kontekście kultury, z której pochodzi.

Luke Cage (znany też jako Bohater do Wynajęcia i Power Man) był jednym z pierwszych czarnoskórych superbohaterów. On i Żelazna Pięść narodzili się z popularności pewnych gatunków filmowych w latach siedemdziesiątych. W przypadku Żelaznej Pieści były to filmy kung fu, a w przypadku Luke’a Cage’a – tak zwane blaxploitation. Jak łatwo się domyślić, były to mało wyrafinowane filmy, w których główny bohater był czarnoskóry. Do tego jeszcze walczył z systemem, wyglądał przerażająco, cenił swoją niezależność i potrafił kopać tyłki. Dość często w takich filmach pojawiają się gangsterzy, zawadzający, rasistowscy policjanci, a także muzyka z Harlemu.
Mimo że z tego gatunku wywodzi się kilka całkiem niezłych produkcji, jak na przykład Shaft, blaxploitation doprowadziło do zakorzenienia się kilku stereotypów na temat czarnej społeczności i w zasadzie dzisiaj traktowany jest raczej jako guilty pleasure. Właśnie dlatego Mike Colter, który gra Luke’a Cage’a, wahał się, czy przyjąć tę rolę i zgodził się dopiero, kiedy zapewniono go, że serial nie będzie robiony w tonie blaxploitation. Mimo wszystko jednak Luke Cage jest, do pewnego stopnia, blaxploitation… przy czym korzysta tylko z najlepszych jego elementów, porzucając te niosące ze sobą tak zwane niefortunne implikacje.
Dodajmy jeszcze, że przez ostatnie kilka miesięcy przed premierą Luke’a Cage’a w USA było głośno o przypadkach brutalności policji wobec czarnoskórych obywateli, czy nawet zabójstw tychże obywateli z broni palnej. W rezultacie powstał ruch #BlackLivesMatter („Czarne życia się liczą”), którego główną rolą jest mówienie głośno o ofiarach brutalności policji i walka z uprzedzeniami rasowymi. Przy czym sam ruch też nie jest kryształowo czysty – nie dość, że wielu jego członków podziela poglądy Czarnych Panter; nie dość, że przy okazji zamachów w Paryżu okazywali brak wrażliwości tylko dlatego, że ofiary były białe; to jeszcze bronili rozruchów w Baltimore. W tej sprawie społeczeństwo amerykańskie (ale nie tylko) jest podzielone – jedni uważają, że rzeczywiście są jakieś uprzedzenia rasowe, które nie są należycie adresowane, a drudzy – że wprowadza się retorykę „biedni POC, źli biali”, mimo że problem jest o wiele bardziej skomplikowany.
I między innymi właśnie dlatego ludzie chcieli tak bardzo czarnoskórego superbohatera w Marvel Cinematic Universe – chcieli bohatera, który dorastałby w tym konkretnym środowisku i jakoś by się odniósł do powyższych wydarzeń. Luke Cage nadawał się do tego jak żaden inny bohater Marvela.
Luke Cage tak naprawdę nazywa się Carl Lucas. Mimo że jego głównym terenem działania jest nowojorski Harlem, sam Carl urodził się w Georgii, w rodzinie pastora Jamesa Lucasa. Jego ojciec, będąc już żonatym, miał długotrwały romans ze swoją sekretarką, Daną Stryker, a z tego związku narodził się Willis Stryker. Żona pastora, Etta, długo nie mogła zajść w ciążę, ale w końcu jej się udało i wkrótce na świat przyszedł Carl. To sprawiło, że przyszły Bohater do Wynajęcia nazywany był przez parafian ojca cudownym dzieckiem, czego nie znosił. Lata mijały, Carl i Willis dorastali razem i stali się najlepszymi przyjaciółmi, często razem brojąc. Dało się jednak wyczuć napięcie między ich matkami, i choć Carl nie zdawał sobie do końca sprawy, z tego, co się dzieje, Willis dobrze wiedział, kto jest jego ojcem i starał mu się przypodobać. Z czasem doszedł do wniosku, że pastor Lucas faworyzuje jego brata, a jego ma w pogardzie. Ostatecznie znienawidził Carla, kiedy obaj zostali przyłapani na kradzieży samochodu i James Lucas wstawił się tylko za swoim prawowitym synem. W rezultacie Carl trafił do marynarki, a Willis – do poprawczaka, gdzie dwa dni później zabił współwięźnia w samoobronie i został skazany na więzienie. Później dowiedział się, że pastor przestał opiekować się jego matką i Dana zmarła w przytułku na raka. Za wszystkie swoje nieszczęścia Willis winił przyrodniego brata i od tej pory postanowił się na nim zemścić.
Nie jest do końca powiedziane, o jakie przestępstwo Carl został później oskarżony i w jaki sposób Willis go w nie wrobił, w każdym razie dużo, dużo później przyszły Luke Cage trafia do więzienia Seagate. Na początku próbuje się nie wychylać, trzyma się z dala od innych więźniów i jest bardzo małomówny podczas terapii grupowej, prowadzonej przez doktor Revę Connors. Jednakże zwraca na niego uwagę strażnik Albert Rackham i próbuje przekonać do tego, aby wystartował w organizowanych w Seagate nielegalnych walkach więźniów w zamian za przywileje. Carl odmawia, stwierdzając, że nie chce być jego niewolnikiem.
Oczywiście, kiedy rozmawiamy o kwestii czarnoskórych Amerykanów i ich cierpień, motyw niewolnictwa nieraz nasuwa się sam. W końcu większość współczesnych Afroamerykanów wywodzi się od niewolników. W tym jednak przypadku wspomnienie niewolnictwa może wydawać się naciągane, zważywszy na to, że strażnik proponuje układ na zasadzie „coś za coś”. Jednak wcześniej Rackham nakłonił dwóch więźniów, aby zaatakowali Carla i przyglądając się jak walczy, mówi: „Znalazłem swojego gladiatora.” Przyszły Luke Cage wie, że ma do czynienia z innym typem niewolnictwa – niewolnictwa, które wygląda na bardzo korzystny układ, jednak jest pułapką, z której trudno się wyplątać. Ostatecznie tym, który zyskiwałby na tym układzie najwięcej, byłby Rackham. Strażnik przyjmuje odmowę Carla do wiadomości, ale ma go na oku.
Chociaż wcześniej twierdził, że zaufanie współwięźniom byłoby błędem, Carl zaprzyjaźnia się z niejakim Kłótnikiem, człowiekiem oskarżonym o handel narkotykami. Otwiera się również bardziej przed Revą Connors. Generalnie, mimo że został wrobiony w zbrodnię, której nie popełnił, myśli o zaistniałej sytuacji jako o karze za przewinienia, które wcześniej uchodziły mu na sucho. Sam też przyznaje, że Reva daje mu nadzieję na to, że wszystko się jakoś ułoży.
Pewnego dnia Rackham znowu proponuje mu przywileje w zamian za walkę na arenie, tym razem jednak grozi, że jeśli Carl się nie zgodzi, Kłótnikowi stanie się krzywda. Carl nie ma więc wyboru i zostaje wplątany pułapkę, której chciał wcześniej uniknąć. Na ringu jest niemalże niezwyciężony. Czas mija, nasz bohater odcina się od Revy, aby jej nie narażać. Nic to nie daje, bo kiedy doktor Connors konfrontuje go w sprawie jego dziwnego zachowania, Rackham zauważa łączącą ją z Carlem więź. Carl postanawia więc walczyć dalej, ale postanawia też zebrać dowody na to, że Rackham organizuje nielegalne walki. Mówi o swoich planach tylko Kłótnikowi, który zostaje przyłapany przez strażników, zmuszony do mówienia, a potem zabity. W nocy zaś Carla atakują ci sami więźniowie, którzy zaatakowali go za pierwszym razem na polecenie Rackhama. Tym razem jednak biją swoją ofiarę tak mocno, że Carl jest w stanie krytycznym i wydaje się, że niedługo umrze.
Nie wszystko jest jednak stracone, albowiem nielegalne walki na arenie to nie jedyny mroczny sekret więzienia Seagate. Już wcześniej dowiadujemy się, że wśród osadzonych krążą plotki, jakoby niektórzy więźniowie byli poddawani eksperymentom. Reva zaprzecza, jakoby takie rzeczy miały miejsce, niemniej jednak współpracuje z doktorem Bernstine’m, który te eksperymenty przeprowadza, i kiedy widzi, w jakim stanie jest Carl, prosi naukowca, aby mu pomógł. Bernstine zgadza się i wsadza mężczyznę do urządzenia, które ma przyspieszyć leczenie ran. Ale nagle do laboratorium wpada Rackham i podkręca temperaturę w urządzeniu, w którym leży Carl. W rezultacie urządzenie wybucha, zabijając Rackhama, ogłuszając Bernstine’a i dając pacjentowi wielką siłę i kuloodporną skórę. Korzystając z okazji, Carl ucieka z Seagate i odnajduje Revę, która wymazuje dane o nim z więziennych dokumentów.
Carl Lucas zmienia swój wygląd i przybiera nowe nazwisko – Luke Cage. „Luke” od wersetu z Ewangelii świętego Łukasza, w której Chrystus powiada: „Duch Pański nade mną, przeto namaścił mnie, abym zwiastował ubogim dobrą nowinę, posłał mnie, abym ogłosił jeńcom wyzwolenie, ślepym przejrzenie, abym uciśnionych wypuścił na wolność…”; a „Cage”, ponieważ „Nikt nie może uwięzić człowieka, jeśli on naprawdę chce być wolny.”
Już kiedy Luke Cage zadebiutował w Jessice Jones, był on człowiekiem, który próbuje żyć spokojnie, z dala od kłopotów. Kłopoty go jednak znalazły w postaci zazdrosnego męża kobiety, z którą Luke (nie wiedząc, że jest ona mężatką) miał romans. Bar należący do Luke’a został spalony, a on sam – wykorzystany przez Kilgrave’a do potyczki z Jessiką. W swoich solowym serialu również stara się trzymać z dala od kłopotów. Ma dwie prace – jedną w klubie „Harlem’s Paradise”, należącym do gangstera Cornela „Cottonmoutha” Stokesa; a drugą w zakładzie fryzjerskim niejakiego Henry’ego „Popa”.
Pop był swego czasu przestępcą i to brutalnym (jego przezwisko odnosi się do dźwięku, jaki roznosił się, kiedy Pop kogoś bił). Trzymał się nawet z Cottonmouthem i nauczył go tego i owego na temat zbrodni. W końcu został przyłapany z bronią w ręku i wysłany do więzienia, to doświadczenie zaś zupełnie go zmieniło. Gdy Pop wyszedł na wolność, poprzysiągł sobie, że nie tylko nigdy nie będzie tym człowiekiem, co kiedyś, ale też że spróbuje ochronić innych młodych ludzi przed życiem przestępcy. Stworzył więc swój zakład fryzjerski, aby mogli gdzie przebywać, zamiast szwendać się po ulicy i wpadać w kłopoty. W zakładzie Popa ludzie siedzą, rozmawiają, grają w szachy, oglądają mecze w telewizji. Pop dba też o to, aby jego pracownicy coś sobą reprezentowali i aby w jego zakładzie nie przeklinano. W ogóle jego mała działalność przedsiębiorcza jest traktowana jak teren neutralny. Kiedy Cottonmouth dowiaduje się potem, że jeden z jego ludzi zaczął strzelać w lokalu Popa, jest tak wściekły, że zrzuca mężczyznę z dachu.
Ogólnie rzecz biorąc, Harlem w Luke’u Cage’u jest traktowany jako miejsce, w którym łatwo wpaść w złe towarzystwo. Pełno tam ludzi, którzy żyją w biedzie i mimo że wielu z nich ciężko pracuje, wielu też decyduje się robić karierę przestępczą. W Harlemie pełno jest zresztą gangów złożonych z konkretnych grup etnicznych i robiących ze sobą interesy. Ponadto mówi się nam kilka razy, że w tej dzielnicy wielu chłopaków nie ma ojców, więc z powodu braku męskiego wzorca popadają w kłopoty. Tak więc serial kładzie pewien nacisk na to, że środowisko nieraz wywiera wpływ na to, że wielu młodych Latynosów i Afroamerykanów decyduje się na takie życie a nie inne. Nawet Cottonmouth stwierdza w pewnym momencie, że gdyby wychowująca go babka, Mamuśka Mabel, posłała go na studia i próbowała rozwijać jego talent muzyczny, zamiast czynić z niego swojego następcę, jego życie byłoby o wiele lepsze.
Jednocześnie – o czym świadczy chociażby przykład samego protagonisty – to nie jest tak, że ludzie są całkowicie zdominowani przez środowisko. Czasem popełniają błędy albo robią złe rzeczy, bo podejmują głupie, lekkomyślne decyzje. Trzej młodzieńcy, którzy ukradli Cottonmouthowi pieniądze i których gangster potem ściga, sami postanowili rzucić się z motyką na słońce, nie myśląc o konsekwencjach swoich działań.
Jest więc w Luke’u Cage’u taka równowaga między czynnikami zewnętrznymi a ludzkimi wyborami – serial nie ucieka od wątków społecznych, ale też nie odmawia bohaterom wolnej woli.
I mimo że Carl Lucas był w o wiele lepszej sytuacji, niż jego przyrodni brat, kiedy przyłapano ich na kradzieży samochodu, wie też, że robił złe rzeczy i chce żyć uczciwie. Teraz, kiedy jest zbiegiem z więzienia, tym bardziej nie może rzucać się w oczy. Na początku próbuje nie mieszać się do tego wszystkiego, co się wokół niego dzieje, potem jednak – z powodu perswazji ze strony Popa, a następnie jego tragicznej śmierci – postanawia coś zrobić i stanąć do walki z Cottonmouthem, zaczynając od zaatakowania miejsc, gdzie gangster trzyma pieniądze.
Jest taka scena, w której Luke Cage stoi przed jednym z takich właśnie miejsc, kiedy nagle podchodzi do niego pewien drobny złodziejaszek, grożąc mu bronią i nazywając czarnuchem. Luke odpowiada, pytając rzezimieszka czy wie, kim był człowiek, którego imieniem nazwano budynek, przed którym obaj stoją.
 

Luke: Wiesz w ogóle kim był Crispus Attucks? Wolnym, czarnym człowiekiem, który jako pierwszy zginął za Stany Zjednoczone. Mógł się przestraszyć Brytyjczyków i ich muszkietów; mógł się ukryć w tłumie, a stanął do walki i zginął. Ale coś zaczął. Tak samo zrobił Pop. Ale nie ja. Ja się ukryłem. On stał dumnie. Przez to zginął. Nie będę więcej się ukrywał! Chcesz mnie zastrzelić? Wal. Pociągnij za spust. Szkoda czasu.

Dużo, dużo wcześniej Pop próbował namówić Luke’a do tego, aby wykorzystał swoje moce do czynienia dobra. Luke odmówił, bo chciał po prostu żyć w spokoju po tym wszystkim, co go spotkało. W momencie, kiedy zginął Pop – ten przemiły, będący podporą społeczności, człowiek – Luke doszedł do wniosku, że czas wreszcie coś zrobić. Tak jak wielu czarnoskórych Amerykanów, którzy najpierw chcieli po prostu żyć w spokoju, ale potem, z powodu aktów przemocy dokonanych na ich braciach i siostrach, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.
Luke nie tylko próbuje krzyżować szyki Cottonmoutha, ale też – na prośbę kilku osób – próbuje odzyskać to, co ludzie gangstera im zabrali w odwecie za działania Luke’a. Tymczasem policja również zaczyna się interesować tajemniczym, niezniszczalnym mężczyzną chodzącym po Harlemie, zwłaszcza, że detektyw Misty Knight dochodzi do wniosku, że Luke Cage łączy się w jakiś sposób ze strzelaniną w zakładzie Popa i brudnymi interesami Cottonmoutha. To, że sam gangster, wraz ze swoją kuzynką, radną Mariah Dillard, postanawiają pokazać go w złym świetle, aby chronić siebie; i że kiedy Mariah zabija kuzyna w przypływie wściekłości, Shades proponuje zrzucenie winy za to morderstwo na Luke’a, tylko pogarsza sprawę. Wkrótce Cage zostaje zatrzymany przez dwóch policjantów, dochodzi do nieporozumienia i w rezultacie kamera w radiowozie przedstawia moment, w którym Luke rzuca oboma funkcjonariuszami… ale nie moment, w którym jeden z policjantów zaczyna strzelać, a Cage osłania przed kulami jego kolegę. I tak oto protagonista zostaje przedstawiony przez media jako niebezpieczny przestępca, a Mariah i Willis Stryker (który handluje bronią mogącą zranić jego kuloodpornego przyrodniego brata) wykorzystują to, aby pogrążyć swojego wroga jeszcze bardziej.
Mimo wszystko jednak ludzie, którzy zdążyli poznać Luke’a, domyślają się, że to wszystko nieprawda i stają w jego obronie. Raper Method Man, który w jednej scenie zostaje nawet przez Cage’a uratowany, wykonuje rapowy kawałek o nim. Dochodzi do tego, że w ramach solidarności z Lukiem, ludzie zaczynają nosić podziurawione bluzy z kapturem, zmylając w ten sposób szukającą go policję.
Właściwie policja w Luke’u Cage’u jest przedstawiona bardzo interesująco. Biorąc pod uwagę problemy, jakie serial próbuje poruszać i wydarzenia, które poprzedziły jego premierę, można by pomyśleć, że na posterunku w Harlemie będzie przynajmniej jeden otwarcie rasistowski biały policjant, który przy okazji lubi bić czarnoskórych. Tymczasem nie ma w tym serialu ani jednej takiej postaci, a wręcz policja przedstawiona jest jako instytucja pełna uczciwych, ale niedoskonałych ludzi. Zamiast sztampowego brutalnego rasisty dostaliśmy: jednego skorumpowanego glinę, który w swoich ostatnich momentach życia okazał odrobinę przyzwoitości; dwa przypadki policyjnej brutalności, które zostały dokonane przez osoby czarnoskóre; i wyżej wymieniony przypadek, w którym policjant zaczął strzelać bez namysłu. Serial nie demonizuje policji, pokazuje tylko, że praca ta jest wybitnie stresująca i że kiedy nie ma się odpowiednich danych, łatwo można dojść do mylnych wniosków. Ponadto detektyw Misty Knight przez cały pierwszy sezon próbuje dojść do prawdy i przyskrzynić kogokolwiek, kto jest odpowiedzialny za złe rzeczy, które mają miejsce w Harlemie.
Ostatecznie Luke Cage odchodzi od retoryki „źli biali, biedni nie-biali” i pokazuje, że sami nie-biali potrafią być oprawcami swoich braci. Cottonmouth zarabia na narkotykach i sprzedaży broni, Mariah Dillard może i na początku wydaje się pomagać Harlemowi, ale w końcu przekonujemy się, że zależy jej przede wszystkim na karierze politycznej; a Stryker korzysta z histerii, aby się zemścić. Zwraca przy tym uwagę na to jaką ironią jest to, że sprzedaje broń, kiedy poprawka do konstytucji USA, która umożliwia Amerykanom prawo do noszenia broni palnej, została wprowadzona tuż po zniesieniu niewolnictwa jako „obrona przed czarnymi”. Żaden z trzech antagonistów nie kieruje się solidarnością rasową, jeśli już, to wszyscy troje używają jej do własnych celów.
I ponownie – wszystko zależy od tego jakich wyborów ktoś dokonuje w tak skomplikowanym środowisku jak Harlem; i jak podchodzi do odpowiedzialności za te wybory. Ostatecznie o tym, jaki ten Harlem będzie, decydują ludzie, którzy w nim mieszkają, co wyraża w ostatnim odcinku sam Luke Cage:

Ludzie się boją, ale strach nie może ich paraliżować. Codziennie musimy walczyć o swoje, czy jesteśmy kuloodporni, czy nie. Nie można odwracać oczu albo brać łapówek, bo zgorzknieliśmy. Kiedy wszyscy tak zobojętnieli? Harlem powinien reprezentować nasze nadzieje i marzenia. To ośrodek twórczości, polityki i innowacyjności czarnych. Powinien dawać przykład światu. Mamy obowiązek przeć do przodu, żeby kolejne pokolenie zaszło dalej. Pop powtarzał to codziennie ze dwa razy. Smarkacze byli wkurzeni, ale wbijał im to do głów: „Nigdy wstecz. Zawsze naprzód.”

Luke Cage chce dać ludziom z Harlemu nadzieję i przypomnieć im o ich dumie. Wielokrotnie w ciągu trwania tego sezonu przytaczane są różne mniej lub bardziej znane postaci z bogatej afroamerykańskiej historii (między innymi Donald Graines, autor serii książek o Kenyatcie – mścicielu z Harlemu). Przesłanie jest proste: „Macie z czego być dumni. Możecie wiele zmienić. Wystarczy tylko, że postanowicie wyjść i coś zrobić.”
Można powiedzieć, że o ile Matt Murdock jest mścicielem, który ma wzbudzać w przestępcach strach i który balansuje na granicy, o tyle Luke Cage chce coś sobą reprezentować; chce pokazać, że zawsze pojawi się ktoś, kto pomoże tym, którzy są w potrzebie. I tak jak niektórzy porównują – z punktu widzenia charakterystyki i ideologii – Daredevila do Batmana, tak Luke’a Cage’a można by uznać za nieco bardziej doświadczonego przez życie Supermana (albo chociaż Kapitana Amerykę). Mimo że czasy się zmieniły, moda się zmieniła i muzyka również, jest to nadal ten Luke Cage, który pojawił się w latach siedemdziesiątych.